Kwiaty zła - Charles Baudelaire

Kup ebooka

24.90 zł
19.92 zł (12,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

Spis treści

Do czytelnika

Błogosławieństwo

Albatros

Wzlot

Oddźwięki

Lubię tych nagich epok bawić się wspomnieniem...

Latarnie

Muza chora

Muza sprzedajna

Zły mnich

Nieszczęście

Życie poprzednie

Cyganie w podróży

Don Juan w piekle

Do Teodora De Banville

Hymn do piękna

Ideał

Olbrzymka

Kara pychy

Maska

Warkocz

Pośmiertne żale

Sprzeczność

Wyznanie

Jutrzenka duszy

Niepowrotne

Do Kreolki

Do Malabarki

Zapach egzotyczny

Zaproszenie do podróży

Wodotrysk

Sed non satiata

Cały świat byś ściągnęła...

Moesta et errabunda

Pieśń jesienna

Smutek księżyca

Harmonia wieczorna

Widmo

Wiersz ten ci święcę...

Pęknięty dzwon

Głos

Żądza nicestwa

Otchłań

Zmora

Heautontimoroumenos

Spleen

Upiór

Amor i czaszka

Mogiła wyklętego poety

Epigraf na potępioną książkę

Dusza wina

Wino gałganiarza

Wino samotnika

Zmrok wieczorny

Zmrok poranny

Marzenie paryskie

Staruszki

Marzenie ciekawego

Śmierć nędzarzy

Podróż

?

Błogosławieństwo

Gdy poeta za potęg najwyższym wyrokiem,

Zstępuje na tej ziemi nudy i nieszczęście:

Jego matka, w rozpaczy, z przerażonem okiem

Bluźni - i przeciw Bogu podnosi swe pięście:

 

"O, czemuż raczej łona nie strułam gadziną,

Zanim na świat wydałam to szczenię ohydne!

Bądź przeklęta, chwilowej rozkoszy godzino,

Gdy tą pokusą drgnęło me łono bezwstydne.

 

Boże, skoroś mnie wybrał śród trzody niewieściej

Abym memu mężowi była widmem kary,

I ponieważ nie mogę w całej mej boleści

Jak list miłosny w ogień rzucić tej poczwary:

 

Więc twą nienawiść dla mnie, ja odbiję w gniewie

Na tym tworze wyklętym twoich złości lutych,

I tak gałęzie pognę w tym nikczemnym drzewie,

Że nigdy nie wypuści pączków swych zatrutych".

 

Tak szałem nienawiści warga jej się pieni,

I, nie pojmując wiecznych wyroków pochodni,

Sama przygotowuje w piekielnej bezdeni

Stosy dla macierzyńskich zapalone zbrodni.

 

Ale, pod niewidzialną anioła opieką,

Wyklęte dziecko słońca upaja się czarem,

I zatruty chleb czarny i zatrute mleko -

Zdaje mu się ambrozją i boskim nektarem.

 

Igra z wiatru powiewem, rozmawia z obłokiem

I upaja się dźwiękiem dróg krzyżowych pieśni,

A duch, co go w wędrówce śledzi krok za krokiem,

Płacze, widząc, że wesół jak ptaszkowie leśni.

 

Wszyscy, których chce kochać, patrzą nań z bojaźnią,

Albo, rozzuchwaleni dziecięcia spokojem,

Próbują, jaką dotknąć mogliby go kaźnią

I łzy jego wywołać okrucieństwem swojem!

 

Do wina i do chleba, które on połyka,

Mieszają czarny popiół i nieczyste jady,

Obłudnie precz rzucają, czego on dotyka,

Skarżą się, że stąpali, gdzie nóg jego ślady.

 

Jego kochanka stawa na rynkach publicznych,

Wołając: "Gdym dość piękną dlań i dość wspaniałą,

Ażeby on mnie wielbił, więc wzorem klasycznych

Bogiń każę wyzłocić swe różane ciało!

 

Upoję się kadzidłem i mirrą, i nardem,

Mięsem płeć swą odświeżę, wykąpię się w winie,

Aby poznać ze śmiechem, czy w tym sercu hardem

Wywołam, że mnie będzie czcił jako boginię.

 

A kiedy się bezbożną tą znudzę zabawą,

Położę na nim dłoń swą mocną, choć bezsilną,

I harpią swych paznokci bezlitośnie krwawą

Do serca jego drogę znajdę nieomylną.

 

I jak omdlałe ptaszę, co drżąc się szamota,

Wydrę mu z łona serce jeszcze krwią bijące,

I, ażeby nakarmić miłego mi kota,

Z pogardą mu i śmiechem na ziemię je strącę".

 

Ale tam, gdzie słoneczny widzi tron - w błękity

Wznosi dłoń rozmodloną wieszcz pełen pogody,

I drżą w nim jasnowidzeń błyskawiczne świty,

I nie słyszy, jak huczą wzburzone narody.

 

"Błogosławionyś Boże, co dajesz cierpienie,

Jako boskie lekarstwo przeciw naszym grzechom,

Jak najlepszej esencji przeczyste płomienie,

Które silnych gotują ku świętym uciechom!

 

Wiem, że ty zachowujesz miejsce dla poety

W błogosławionych kołach twych świętych legionów,

I że go przywołujesz na wieczne bankiety

Cnoty i rozanieleń, panowań i tronów.

 

Wiem, że ból - to jedyny herb na tym padole,

Którego nie poruszą piekła ani nieba,

I że, by mą mistyczną upleść aureolę,

Na to wszystkich stuleci, wszech globów potrzeba.

 

Lecz nieznane metale, perły z głębi morza,

Zatracone klejnoty Palmiry odwiecznej,

Cały ten skarb najdroższy, promienny jak zorza,

Byłby na jasny diadem mój niedostateczny.

 

Gdyż uwity on będzie z światłości przezroczej,

Czerpanej z pierwotnego ogniska promieni,

Z tych źródeł przenajświętszych, których ludzkie oczy

Są jedynie zwierciadłem nędznym, pełnym cieni".