Kwiaty z cukru - Antoine Laurain

Kup ebooka

38.00 zł
31.90 zł (31,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Je­śli wie­rzyć son­da­żom, któ­rych wy­ni­ki opu­bli­ko­wa­no w ostat­nich la­tach, dwa mi­lio­ny Fran­cuzów ma­rzy o wy­da­niu ksi­ążki. Wi­ęk­szo­ść snu­je jed­nak fan­ta­zje o po­wie­ści, któ­rej ni­g­dy nie na­pi­szą. Do ko­ńca ży­cia będą cy­ze­lo­wać w gło­wie pro­jekt--mrzon­kę, do­piesz­czać go w cza­sie urlo­pu. Pod wa­run­kiem oczy­wi­ście, że zre­zy­gnu­ją z ba­se­nu, kon­tro­lo­wa­nia tem­pe­ra­tu­ry gril­la i w pó­łm­ro­ku pa­nu­jącym w domu usi­ądą przy biur­ku, żeby w bla­sku ekra­nu kom­pu­te­ra prze­re­da­go­wać na­pi­sa­ne dzień wcze­śniej stro­ny. Często będą roz­pra­wiać o ksi­ążce, któ­ra "w nich" kie­łku­je. Ich bli­scy, po­cząt­ko­wo pe­łni po­dzi­wu, z cza­sem nie wi­dząc wi­ęk­szych re­zul­ta­tów, za­czną wy­mie­niać po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia, kie­dy przy­szły au­tor z za­chłan­nym za­du­fa­niem wspo­mni o swo­jej twór­czo­ści, za­rze­ka­jąc się, że w te wa­ka­cje wresz­cie się przy­ło­ży. Na pró­żno jed­nak. Upły­nie ko­lej­ne bez­pro­duk­tyw­ne lato, a po­tem rów­nie ja­ło­wa zima. Wid­ma nie­na­pi­sa­nych ksi­ążek spo­wi­ja­ją li­te­ra­tu­rę ni­czym war­stwa ozo­nu Zie­mię.

Ci, któ­rzy ni­g­dy nie prze­kro­czą pro­gu trzech pierw­szych stron i za­ry­su fa­bu­ły w punk­tach, są w grun­cie rze­czy nie­szko­dli­wi. Żad­ne ich dzie­ło nie zo­sta­nie wy­sła­ne na ad­res re­dak­cji. Lecz nie­wiel­ki pro­cent aspi­ru­jących pi­sa­rzy za­prze się i na­pi­sze. Na­praw­dę na­pi­sze. Po­świ­ęci trzy mie­si­ące lub na­wet pięć lat ży­cia, nie­wa­żne, li­czy się, że sko­ńczą z opa­słym pli­kiem bia­łych kar­tek w dło­ni. Kar­tek zbin­do­wa­nych pla­sti­ko­wą spi­ra­lą, z ty­tu­łem, ich na­zwi­skiem i tym naj­wa­żniej­szym sło­wem "po­wie­ść", dum­nie wy­dru­ko­wa­ny­mi na pierw­szej stro­nie, czcion­ką Ti­mes New Ro­man, wiel­ko­ści dwu­dzie­stu pi­ęciu punk­tów. Z ich wła­snym ma­szy­no­pi­sem. Z eg­zem­pla­rzem wy­dru­ko­wa­nym kart­ka po kart­ce, od pierw­szej do ostat­niej stro­ny, owo­cem bez­sen­nych nocy, wcze­snych po­bu­dek bla­dym świ­tem, po­spiesz­nie ba­zgra­nych no­ta­tek w me­trze czy na lot­ni­sku, po­my­słów na­tręt­nych ni­czym ata­ku­jące osy i wpa­da­jących nie­spo­dzie­wa­nie do głowy pod prysz­ni­cem lub na biz­ne­so­wym lun­chu, a jed­nym spo­so­bem, żeby się ich po­zbyć, jest za­pi­sa­nie ich jak naj­szyb­ciej w czer­wo­nym no­tat­ni­ku Mo­le­ski­ne albo w smart­fo­nie, w apli­ka­cji No­tat­ki. Bo oka­żą się klu­czo­we dla fa­bu­ły. Albo nie­ko­niecz­nie.

*

Dla tych, któ­rzy doj­dą do sło­wa "ko­niec" i nie­ste­ty nie mają zna­jo­mo­ści w śro­do­wi­sku wy­daw­ni­czym, na­dej­dzie czas wy­sy­łek. Ran­kiem lub wie­czo­rem wy­bio­rą się do za­kła­du po­li­gra­ficz­ne­go, w któ­rym zle­cą zro­bie­nie dzie­si­ęciu lub dwu­dzie­stu ko­pii ma­szy­no­pi­su z prze­zro­czy­stą okład­ką z przo­du, nie­za­kry­wa­jącą wy­dru­ko­wa­ne­go na pierw­szej stro­nie ty­tu­łu, i tek­tu­ro­wą czar­ną lub bia­łą pod­kład­ką z tyłu, oczy­wi­ście zbin­do­wa­ne­go za po­mo­cą pla­sti­ko­wej spi­ra­li - czar­nej lub bia­łej, co jest zresz­tą bez wi­ęk­sze­go zna­cze­nia, bo wy­stępu­ją tyl­ko w tych dwóch ko­lo­rach. Po­tem wró­cą do domu ob­ju­cze­ni ci­ężką sia­tą wa­żącą tyle co tru­chło osła i na­dej­dzie uro­czy­sta chwi­la wsu­wa­nia w ka­żdy eg­zem­plarz utrzy­ma­ne­go w rze­czo­wym to­nie li­stu mo­ty­wa­cyj­ne­go, któ­re­go ce­lem, po­przez pre­zen­ta­cję naj­lep­szych aspek­tów dzie­ła, jest wzbu­dze­nie za­in­te­re­so­wa­nia ad­re­sat­ki bądź ad­re­sa­ta.

*

Li­sty, któ­re Vio­la­ine zde­cy­do­wa­nie pre­fe­ru­je, cha­rak­te­ry­zu­ją się schlud­ną pro­sto­tą, lecz nie­ste­ty są też inne, wręcz na­szpi­ko­wa­ne me­ga­lo­ma­nią, któ­ra po­zwa­la nie­szczęsnym au­to­rom lub au­tor­kom na zrów­ny­wa­nie ich dzie­ła z twór­czo­ścią Ja­mes'a Joy­ce'a, Mau­ri­ce'a G. Dan­te­ca, Jima Har­ri­so­na czy Er­ne­sta He­min­gwaya. Są rów­nież in­dy­wi­dua, któ­rym ewi­dent­nie bra­ku­je kręgo­słu­pa mo­ral­ne­go, dla­te­go wspo­mi­na­ją - co praw­da bez wgłębia­nia się w szcze­gó­ły - o po­kre­wie­ństwie lub przy­ja­źni łączącej ich ze zna­ną i wpły­wo­wą oso­bą, jak­by kry­ła się w tym za­wo­alo­wa­na gro­źba, za­po­wie­dź gwa­łtow­ne­go pro­te­stu ze stro­ny wła­dzy w wy­pad­ku od­rzu­ce­nia tek­stu. Vio­la­ine za­cho­wu­je naj­po­ciesz­niej­sze, naj­bar­dziej ab­sur­dal­ne czy najża­ło­śniej­sze li­sty; trzy­ma je w spe­cjal­nym se­gre­ga­to­rze w ar­chi­wum re­dak­cji. Na jego grzbie­cie wid­nie­je na­pis: "In­sek­ty", co myl­nie su­ge­ru­je, ja­ko­by we­wnątrz znaj­do­wa­ła się do­ku­men­ta­cja na te­mat chrząsz­czy czy in­nych ska­ra­be­uszy. Zna­jo­mi Vio­la­ine wie­dzą jed­nak, że w jej ustach to z po­zo­ru ba­nal­ne, zwy­czaj­ne sło­wo jest jed­ną z naj­gor­szych obelg.

Za­zwy­czaj uprzej­me i życz­li­we wy­po­wie­dzi szy­kow­nej, roz­ta­cza­jącej wo­kół sie­bie nie­kwe­stio­no­wa­ny urok czter­dzie­sto­lat­ki o zie­lo­nych oczach i brązo­wych, roz­świe­tlo­nych ru­dy­mi pa­sem­ka­mi wło­sach przy­ci­ętych równo na wy­so­ko­ści ra­mion, ubar­wia­ją przy­kła­do­wo na­stępu­jące zda­nia: "Rano przy­sze­dł e-mail od tego in­sek­ta..." czy wręcz bez­po­śred­nie zwro­ty do za­in­te­re­so­wa­nych: "Czy masz w ogó­le po­jęcie, z kim roz­ma­wiasz? In­sek­cie je­den...".