Jeśli wierzyć sondażom, których wyniki opublikowano w ostatnich latach, dwa miliony Francuzów marzy o wydaniu książki. Większość snuje jednak fantazje o powieści, której nigdy nie napiszą. Do końca życia będą cyzelować w głowie projekt--mrzonkę, dopieszczać go w czasie urlopu. Pod warunkiem oczywiście, że zrezygnują z basenu, kontrolowania temperatury grilla i w półmroku panującym w domu usiądą przy biurku, żeby w blasku ekranu komputera przeredagować napisane dzień wcześniej strony. Często będą rozprawiać o książce, która "w nich" kiełkuje. Ich bliscy, początkowo pełni podziwu, z czasem nie widząc większych rezultatów, zaczną wymieniać porozumiewawcze spojrzenia, kiedy przyszły autor z zachłannym zadufaniem wspomni o swojej twórczości, zarzekając się, że w te wakacje wreszcie się przyłoży. Na próżno jednak. Upłynie kolejne bezproduktywne lato, a potem równie jałowa zima. Widma nienapisanych książek spowijają literaturę niczym warstwa ozonu Ziemię.
Ci, którzy nigdy nie przekroczą progu trzech pierwszych stron i zarysu fabuły w punktach, są w gruncie rzeczy nieszkodliwi. Żadne ich dzieło nie zostanie wysłane na adres redakcji. Lecz niewielki procent aspirujących pisarzy zaprze się i napisze. Naprawdę napisze. Poświęci trzy miesiące lub nawet pięć lat życia, nieważne, liczy się, że skończą z opasłym plikiem białych kartek w dłoni. Kartek zbindowanych plastikową spiralą, z tytułem, ich nazwiskiem i tym najważniejszym słowem "powieść", dumnie wydrukowanymi na pierwszej stronie, czcionką Times New Roman, wielkości dwudziestu pięciu punktów. Z ich własnym maszynopisem. Z egzemplarzem wydrukowanym kartka po kartce, od pierwszej do ostatniej strony, owocem bezsennych nocy, wczesnych pobudek bladym świtem, pospiesznie bazgranych notatek w metrze czy na lotnisku, pomysłów natrętnych niczym atakujące osy i wpadających niespodziewanie do głowy pod prysznicem lub na biznesowym lunchu, a jednym sposobem, żeby się ich pozbyć, jest zapisanie ich jak najszybciej w czerwonym notatniku Moleskine albo w smartfonie, w aplikacji Notatki. Bo okażą się kluczowe dla fabuły. Albo niekoniecznie.
*
Dla tych, którzy dojdą do słowa "koniec" i niestety nie mają znajomości w środowisku wydawniczym, nadejdzie czas wysyłek. Rankiem lub wieczorem wybiorą się do zakładu poligraficznego, w którym zlecą zrobienie dziesięciu lub dwudziestu kopii maszynopisu z przezroczystą okładką z przodu, niezakrywającą wydrukowanego na pierwszej stronie tytułu, i tekturową czarną lub białą podkładką z tyłu, oczywiście zbindowanego za pomocą plastikowej spirali - czarnej lub białej, co jest zresztą bez większego znaczenia, bo występują tylko w tych dwóch kolorach. Potem wrócą do domu objuczeni ciężką siatą ważącą tyle co truchło osła i nadejdzie uroczysta chwila wsuwania w każdy egzemplarz utrzymanego w rzeczowym tonie listu motywacyjnego, którego celem, poprzez prezentację najlepszych aspektów dzieła, jest wzbudzenie zainteresowania adresatki bądź adresata.
*
Listy, które Violaine zdecydowanie preferuje, charakteryzują się schludną prostotą, lecz niestety są też inne, wręcz naszpikowane megalomanią, która pozwala nieszczęsnym autorom lub autorkom na zrównywanie ich dzieła z twórczością James'a Joyce'a, Maurice'a G. Danteca, Jima Harrisona czy Ernesta Hemingwaya. Są również indywidua, którym ewidentnie brakuje kręgosłupa moralnego, dlatego wspominają - co prawda bez wgłębiania się w szczegóły - o pokrewieństwie lub przyjaźni łączącej ich ze znaną i wpływową osobą, jakby kryła się w tym zawoalowana groźba, zapowiedź gwałtownego protestu ze strony władzy w wypadku odrzucenia tekstu. Violaine zachowuje najpocieszniejsze, najbardziej absurdalne czy najżałośniejsze listy; trzyma je w specjalnym segregatorze w archiwum redakcji. Na jego grzbiecie widnieje napis: "Insekty", co mylnie sugeruje, jakoby wewnątrz znajdowała się dokumentacja na temat chrząszczy czy innych skarabeuszy. Znajomi Violaine wiedzą jednak, że w jej ustach to z pozoru banalne, zwyczajne słowo jest jedną z najgorszych obelg.
Zazwyczaj uprzejme i życzliwe wypowiedzi szykownej, roztaczającej wokół siebie niekwestionowany urok czterdziestolatki o zielonych oczach i brązowych, rozświetlonych rudymi pasemkami włosach przyciętych równo na wysokości ramion, ubarwiają przykładowo następujące zdania: "Rano przyszedł e-mail od tego insekta..." czy wręcz bezpośrednie zwroty do zainteresowanych: "Czy masz w ogóle pojęcie, z kim rozmawiasz? Insekcie jeden...".