Kwiaty oranżady - Kamila Szymańska

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dzień 1

Otworzyłam oczy i sennie rozejrzałam się po moim pokoju. Słońce delikatnie przeświecało przez żaluzje, tańcząc na drobinkach kurzu unoszących się w powietrzu. Leniwie spojrzałam na zegarek i przez chwilę mrugałam, by wyostrzyć spojrzenie i móc coś dojrzeć na niewielkim ekranie. Gdy w końcu mi się to udało, moje gardło gwałtownie ścisnęła panika. Za dwadzieścia minut byłam umówiona z przyjaciółką w pobliskim parku - chciałyśmy pójść do kina, dlatego zdecydowanie nie mogłam się spóźnić. Wyskoczyłam z łóżka i kilka długich sekund stałam, usiłując odpędzić mroczki. W chwili, kiedy pojawiły się przede mną pierwsze kształty i kolory, podskoczyłam do szafki z ubraniami i wyjęłam pierwszą lepszą bluzkę oraz spodnie. W pośpiechu naciągając na siebie bluzę, wybiegłam na korytarz, kierując się w stronę kuchni. Złapałam suchą drożdżówkę samotnie leżącą już od kilku dni na stole i jedną ręką włożyłam buty. Nie mówiłam rodzicom, że wychodzę - mało obchodziło ich moje życie i udowadniali mi to na każdym kroku, zachowując się, jakby od zawsze byli bezdzietni. Wybiegłam z domu i popędziłam do parku. Moje buty stukały po chodniku, a drzewa zlewały się w rozmazaną masę. W biegu gryzłam drożdżówkę, by zaćmić głód spowodowany zapachem dochodzącym z lokalnej pizzeri. Przebiegłam skrótem przez młodą wiosenną trawę, która łamała się pod moimi stopami. W końcu zdyszana usiadłam na ławce i sprawdziłam godzinę - jeszcze pięć minut. Odetchnąwszy z ulgą, z zadowoleniem oparłam się wygodniej o twarde drewno. Kiedy okolica zatonęła w półmroku, był to wielki szok dla moich oczu i miałam wrażenie, jakbym właśnie budziła się ze snu o słonecznym dniu w środku nocy. W momencie, gdy dotarło do mnie, że to po prostu kolejnych samolot, który startuje bądź ląduje na odległym o kilka kilometrów lotnisku, uspokoiłam się nieco. Spojrzałam z zaciekawieniem w niebo - co tym razem? Czarterowy, liniowy, wojskowy... wariantów było bez liku. Raz nawet trafił się samolot popularnej firmy produkującej żelki, który zgodnie z kolorem jej loga był pomalowany na neonowe barwy, co stanowiło całkiem niecodzienny widok. Jednak tym razem czekało na mnie jeszcze większe zaskoczenie. Coś zniżało się w stronę parku. Zniżało się lotem pionowym, co było dla mnie zupełnie nielogiczne biorąc pod uwagę poziom rozwoju współczesnej techniki. Dookoła poderwały się drobne okruchy ziemi, wskakując na ławkę i plamiąc moje spodnie, a drzewa pochyliły swoje gałęzie przez nagły, porywczy podmuch wiatru. Włosy wpadły mi na twarz, przez co nie mogłam dokładniej przyjrzeć się maszynie - zdążyłam jedynie zarejestrować, że jest zbyt duża nawet jak na samolot i ma trudny do określenia kształt. A jeśli lądowała tutaj, w dodatku pionowo, do głowy przyszła mi tylko jedna możliwa przyczyna - była katastrofa, a ona nie ląduje, lecz spada. W niektórych filmach moment tuż przed śmiercią także pokazują w zwolnionym tempie - jakby w obliczu nieśmiertelnego bytu człowiek zyskiwał nagle zupełną jasność istnienia i swojej porażki. To pewnie dlatego mogłam obserwować, jak powoli zniża się ku ziemi. Dlatego, że nie było już dla mnie ratunku. Moje obawy zyskały potwierdzenie, gdy zorientowałam się, że nie mogę się ruszyć. Nie mogłam wstać, położyć się na ławce ani zwinąć w pozycję obronną, a nawet w panice odgarnąć włosy z oczu. Kiedy w końcu udała mi się ta jedna czynność, dostałam szansę na ostateczną obserwacje mojej śmierci... Czy też statku, który wylądował kilkanaście metrów dalej, z wyglądu przypominając popularne w filmach sci-fi oraz pseudodokumentach UFO. Niewielkie drzwi, metalowe, położone z boku maszyny drgnęły i powoli zaczęły piąć się w górę, równocześnie z podestem, który wysuwał się w dół. Nie sądziłam, że jest możliwe, by czas zwolnił jeszcze bardziej, ale teraz widziałam wszystko dokładniej. Słyszałam, jak serce bije w mojej piersi tak szybko, jakby próbowało wyrwać się na wolność, jak ryczą silniki odrzutowe, jak pozostałości wiatru szumią w liściach i trawie. Czułam, że moje ręce i nogi drżą w pierwotnej chęci ucieczki, a mózg nie może poradzić sobie z całą sytuacją, zatrzymując mnie w miejscu. Gdy z maszyny wyłoniły się dwie postacie zyskałam moment, w którym wszystko stanęło. Mogłam dokładnie przyjrzeć się twarzom o nieznanych mi, ale całkowicie ludzkich rysach, zobaczyć jak słońce tańczy na ich lśniących włosach, przyjrzeć się wytwornej szacie jednego z nich. Mogłam napawać się uśmiechem drugiego, który patrzył się na mnie jak na odnaleziony skarb, tak, jak jeszcze nikt nigdy na mnie nie patrzył. Mogłam to wszystko... w ostatnim momencie obrony przed wszechogarniającym bezwładem i ciemnością.

Otworzyłam oczy. To był jednak tylko sen. Tylko... to nie był mój pokój. Zostałam położona na miękkiej leżance w dziwnym pomieszczeniu o półokrągłym suficie. Przez maleńkie okna widać było całkowitą ciemność. Z przodu pomieszczenia, przy rozległym urządzeniu o nieznanej mi funkcji, gdzie cały czas coś pikało i strzykało, stali ludzie, których wcześniej widziałam. Ludzie... to określenie straciło swój sens w tamtym momencie. Skrzydła jednej z tych istot były śnieżnobiałe, a jasnobrązowe włosy zostały zebrane w kucyk. Miał na sobie długą szatę przepasaną złotym sznurem. Skrzydła drugiego były czarne, zresztą tak jak włosy. Odezwał się do towarzysza:

- To całkiem dobrze działa. Liczyłem na większe wyniki, ale w ciągu kilku dni powinniśmy być na miejscu. A ty naprawdę mogłeś darować sobie zakładanie tej sukienki...

Blondyn parsknął śmiechem, a ja poruszyłam się delikatnie, chcąc zmienić pozycję. Zastygł w bezruchu, a ja wstrzymałam powietrze, kiedy odwracał się w moją stronę. Miał ostre rysy, a jego oczy były nieomal czarne. Nie było mi dane zobaczyć twarzy tego, który się odezwał, bo wciąż pracował przy maszynerii.

- Co tu się dzieje? - zapytałam cicho, słysząc drżenie własnego głosu.

- Lecimy do twojego domu - odparł blondyn obojętnie.

- Przed kilkoma minutami z niego wyszłam. Ale... był dzień. Teraz jest noc, widocznie zemdlałam, tak, ale skąd się tu znalazłam? Kiedy zdążyli tak unowocześnić te karetki? Jeju, te mroczki przed oczami to pewnie był jeden z pierwszych objawów, czemu ja nie zwróciłam no to uwagi? To wszystko bez sensu...

Z początku zdzwiony moją paplaniną, mężczyzna szybko otrząsnął się z szoku i podszedł bliżej, wyciągając rękę w moją stronę. Odruchowo cofnęłam się przed jego dotykiem, ale nie uniknęłam delikatnego muśnięcia ramienia.

- Dobranoc - usłyszałam.

I znów zapadła ciemność. Chyba będę musiała się do tego przyzwyczaić...

Dzień 5

Obudziłam się dosyć wcześnie, a po ubraniu się i obejściu całego domu znów nie znalazłam Brokina, odważyłam się cichutko uchylić drzwi do jego pokoju i tam zajrzeć. Pierwszy raz widziałam to pomieszczenie - ściany miały lekko kremowy kolor, a meble zostały wykonane z ciemnych, drewnianych desek. W prostym łóżku spał Brokin, zawinięty po czubek głowy w białą pierzynę. Słońce prześwitujące przez pomarańczowe firanki rzucało nieregularne plamy na jego postać. Przez chwilę zaświtała mi myśl, żeby odwrócić się i pójść na dół, jednak chęć zobaczenia (i przygarnięcia) miniaturowej pandy wielkiej była silniejsza. Stojąc niezdecydowanie w progu chrząknęłam cicho. Później głośniej. W końcu, obserwując brak jakichkolwiek reakcji ze strony brokinowego kokona, zawołałam cicho:

- Wstawaj.

Chłopak mruknął coś z pod kołdry, ale się nie poruszył.

- Brokin, jest taki piękny poranek, mam jeszcze tyle do obejrzenia. Wstawać pora - powiedziałam dosadniej.

Zza kołdry wychynęła jego głowa. Rozczochrane włosy ułożyły się się komicznie, przez co ledwo powstrzymałam się od śmiechu. Patrzył na mnie zaspanym wzrokiem, mrużąc oczy.

- To ty się może przygotuj, a ja pójdę zebrać coś na śniadanie - po tych słowach wyszłam z pokoju, ostrożnie zamykając za sobą drzwi.

W podskokach zbiegłam po schodach, machając skrzydłami, o których co chwila zapominałam. Jednak wylecenie przez drzwi nie było dobrym pomysłem, o czym zorientowałam się, kiedy skrzydła zahaczyły o framugi, a ja spadłam na ziemię. Podniosłam się z cichym jękiem, złożyłam skrzydła, postanawiając nie eksperymentować z nimi więcej w zamkniętych pomieszczeniach i wyszłam do ogródka. Wybrałam kilka kwiatków wyglądających najbardziej obiecująco, obmyłam je w małym strumyczku, którego źródła nadal nie potrafiłam się doszukać i weszłam z powrotem do domu. Ułożyłam kwiaty na talerzach, w kubki szybko nalałam wody i z ciekawością dodałam do niej ciemnoróżowego, lepkiego syropu wyjętego z szafki. Spróbowałam powstałego w ten sposób napoju, chcąc uniknąć przypadkowego otrucia gospodarza, ale smakowało jak połączenie kilku owoców leśnych i aromatów, których nie potrafiłam rozpoznać, w żaden sposób nie zaburzających jednak tej delikatnej kompozycji. Czekając na Brokina, popijałam do łyczek po łyczku, aż ze zdziwieniem odkryłam, że patrzę na dno naczynia. Odłożyłam je na stół i położyłam na nim dłoń, od niechcenia wybijając jakiś znajomy rytm palcami.

Brokin pojawił się niedługo później, a po kilku chwilach byliśmy już w drodze w głąb miasteczka. Zatrzymaliśmy się przy dosyć prostej chatce zbudowanej z błyszczących się w słońcu, niewielkich desek, z dachem pokrytym lśniącą w słońcu substancją. Ruszyłam ochoczo za Brokinem do drzwi, ale gdy już miałam minąć próg, zatrzasnął mi je przed nosem. Stanęłam lekko zdenerwowana pod ścianą, ale nie zdecydowałam się wejść. Czekałam kilka minut, uparcie patrząc się w niebo i próbując przypomnieć sobie, jak obliczało się czas względem słońca. Mój wzrok cały czas prześlizgiwał się na małe, puchate obłoki przenikające po błękicie, które przypominały baranki na najdziwniejszym pastwisku świata. Westchnęłam przeciągle i ukradkiem zajrzałam w okno. Delikatne, ale, ku mojej frustracji, całkiem kryjące firanki zasłaniały mi część widoku, a jedyne, co zobaczyłam to kawałek dywanu w pastelowym kolorze. Już chciałam wrócić do domu, gdy z budynku wyszedł Brokin. W ręku trzymał śliczne, puchate zwierzątko. Popatrzyłam się na nie z zachwytem i najdelikatniej jak mogłam wzięłam je od niego.

Pandziątko podniosło na mnie wzrok dużych, jasnych oczu i wczepiło się łapkami w moją bluzkę. Po chwili opuściło główkę i zwinęło się w niepełny kłębek. Ruszyłam w stronę domu.

- Samiec, czy samica? - spytałam cicho, nie pamiętając już nawet o wcześniejszym znieważeniu.

- Samica - odparł.

Kiwnęłam głową. Z racji, że miałam zajęte ręce, Brokin otworzył przede mną drzwi do domu. Ostrożnie położyłam pandę na kanapie i patrzyłam, jak zwierzątko spokojnie śpi.

- Dziękuję, naprawdę, to niesamowite - powiedziałam Brokinowi, który ukucnął obok mnie.

Uśmiechnąl się tylko.

- Czym one się żywią? - spytałam po chwili, poniewczasie zorientowawczy się, że zapomniałam o kluczowych kwestiach.

- Trawą. Pozwól, że przyniosę jej trochę.

Wstał i wyszedł z domu, a ja wygodniej usiadłam na podłodze i delikatnie pogłaskałam pandę. Widocznie i tak nie na tyle delikatnie, jak chciałam, bo zwierzątko podniosło na mnie nieprzytomnie spojrzenie i ziewnęło słodko. W tym momencie pojawił się też Brokin z trawą, którą wepchnął mi w milczeniu do ręki. Pokazałam ją pandzie. Na początku niechętnie ją obwąchała, ale później zaczęła jeść, zabawnie marszcząc pyszczek. Kiedy skończyła, zeskoczyła, bardzo zwinnie jak na takie z pozoru nieporadne zwierzątko, z kanapy i poszła w głąb domu, jakby była tu nie pierwszy raz. Brokin poprosił, żebym zajęła się nią przez chwilę, kiedy on pójdzie poszukać czegoś, co mogłoby posłużyć za kuwetę. Zwierzę znalazłam w swojej sypialni, kiedy w najepsze wylegiwała się w słońcu na parapecie. Usiadłam obok niej i odszukałam na kawałek materiału, który widocznie odpadł z którejś z poduszek. Podrzuciłam go przed pandą, co momentalnie ją ożywiło. Uśmiechnęlam się, gdy moje przekonania co do jej zadziwiającego podobieństwa do kota się potwierdziły. Z entuzjazmem rzuciła się na końcówkę materiału, a kiedy przesunęłam ją w bok, na chwilę zastygła zaskoczona, po czym znów rzuciła się na niespodziewanie odnaleziony skrawek. Roześmiałam się i bawiłam z nią dalej. W końcu udało jej się upolować materiał i z triumfem w oczach przytrzymała go w pyszczku. Później podeszła do mnie, wzruszającym gestem kładąc mi go na kolanach. Pogłaskałam ją w nagrodę po głowie, dziwiąc się jej ufnością i tak szybkim przywiązaniem. Bawiąc się jej futerkiem, patrzyłam się na ściany sąsiednich domów, na las w oddali i te wyjątkowo puchate chmury, przez które prześwitywało radośnie słońce. Tą pełną sielanki chwile przerwało mi ciche pukanie do drzwi.

- Proszę! - krzyknęłam. Do pokoju wszedł Brokin.

- Kuweta już stoi gdzie powinna stać, znalazłem też coś, co nadaje się na miskę. I przy okazji zrobiłem obiad.

- Och - zmieszałam się - A ja tak tu tylko siedzę i zawadzam... Brokin stanowczo zamachał rękami.

- Jesteś moim gość... khem... współlokatorką z wyboru! Siedź sobie w spokoju jeśli chcesz, musisz po prostu przywyknąć do nowego położenia.

Spojrzałam na niego z wdzięcznością i zostawiłam w spokoju pandę, której w oczach wciąż błyskały radosne iskierki. Minęłam Brokina i zbiegłam po schodach. Na stole w kuchni leżały duże, białe kwiaty, których brzegi płatków zwinęły się i zbrązowiały, umoczone w znanym mi różowym syropie.

- Jak mi ją nazwiemy? - zapytałam między kęsami.

- Kogo?

- Pandę.

- Nie myślałaś jeszcze nad imieniem? Pokręciłam głową z zakłopotaniem.

- W takim razie może teraz masz jakiś pomysł?

- Czy ja wiem... Gertruda? Brokin aż przerwał jedzenie.

- Chyba sobie żartujesz.

- Masz rację, żartuję. Stokrotka?

- Nie, dziwnie brzmi.

- Lila?

- Nie pasuje do niej.

- W takim razie może ty coś zaproponuj - zdenerwowałam się.

- Sisi?

Pomyślałam o tym chwilę i westchnęłam, gdy zrozumiałam, że tym razem nie postawię na swoim.

- Tak, Sisi. To dobre imię - zadecydowałam.

Brokin uśmiechnął się z nutką wyższości i wrócił do jedzenia. Gdy dokończyłam swoją porcję, wróciłam na górę, by pobawić się jeszcze trochę z pandą. Kiedy znudziła się i zwinęła w kłębek na jednej z poduszek, wyjęłam z półek książkami dosyć opasłe, ładnie oprawione tomisko podpisane "Mity i Legendy". Już na Ziemi byłam zwolenniczką wszystkich opowieści tego typu, więc ochoczo zabrałam się za czytanie. Wiele razy natknęłam się na wątek pegazów i kruków, co raczej nie było dziwne biorąc pod uwagę tutejszą faunę i zadziwiające podobieństwo czarnych skrzydeł Kraunów do wymienionych ptaków. Zagłębiłam się w świat kolorowych drzew, wyskakujących znikąd pegazów i dziwnych sił rządzących tym światem. Po niedługim czasie na zewnątrz zapadł zmrok, więc z pewną niechęcią odłożyłam książkę i poszłam się umyć. Po wyjściu z łazienki zobaczyłam, że na dole włączony jest już telewizor. Zamknęłam drzwi od pokoju i rzuciłam się na pierzynę, po drodze zgarniając książkę. Niedługo potem zasnęłam, ukojona równymi rzędami liter i cichym posapywaniem pandy.

Dzień 6

Obudziłam się z książką na twarzy. Panda zniknęła ze swojego stanowiska, a niektóre z poduszek leżały na podłodze. Wybrałam z szafy zwiewną sukienkę, przebrałam się i zbiegłam po schodach. Tym razem Brokin wstał przede mną, a parujące, spieczone kwiaty leżały już na stole wraz z kubkami po brzegi wypełnionymi złotym płynem. Zjadłam danie ze smakiem, zatrzymując się jednak na chwilę, gdy przypomniało mi się o złożonej niedawno obietnicy.

- Czuję, że dzisiaj jest świetny dzień, żeby... - nie dokończyłam.

- Zostać w domu leżąc na kanapie? - zaproponował Brokin z rozmarzonym uśmiechem.

- Nie... - skrzywiłam się - żebyś nauczył mnie gotować. Brokin westchnął, jakbym zaproponowała cały dzień wojskowych morderczych treningów.

- A nie wolałabyś może poczytać, nauczyć pandę nowych sztuczek?

- Brokin - powiedziałam poważnie - Bez pytania zostałam zabrana ze swojej planety, umieszczona w domu z nieznajomym mi mężczyzną, zmuszona do życia tutaj, a jeszcze nawet nie minął tydzień mojego pobytu i już mam siedzieć w czterech ścianach jak więzień polityczny?

Chłopak gwałtownie pokręcił głową.

- Nie dramatyzuj, jeśli tak bardzo chcesz, nauczę cię przyrządzać kwiaty. Zbieraj się - z tymi słowami podniósł się i skierował ku wyjściu

Zrobiłam zdziwioną minę. Przecież...

Brokin zatrzymał się przy drzwiach i z uśmiechem popatrzył na mój osłupiały wyraz twarzy.

- Kwiaty najpierw trzeba zebrać, tak? Muszę ci pokazać jak je odpowiednio dobrać, więc trzeba przejść się trochę dalej niż za dom.

Pokiwałam głową. jakbym już dawno się tego domyśliła i była szczerze obrażona jego brakiem wiary we mnie. Niemniej, jednym łykiem dopiłam miód i popędziłam na spotkanie nowego dnia.

To, ile kwiatów było na łące znów zmyliło moje zmysły i choćbym chciała, nie potrafiłam rozróżnić poszczególnych zapachów i kolorów. Szczególnie, gdy Brokin rozkazał mi wybrać jeden. Usiadłam wśród roślin, zgniatając te, które były pode mną i rękami przeszukując pozostałe. W końcu, kiedy Brokin stojący nade mną zaczął już postukiwać nogą ze zniecierpliwienia, w ręce wpadł mi malutki, skromny kwiatek, którego płatki rozbrzmiewały głębokim, ciemnoczerwonym odcieniem. Zerwałam go delikatnie i pokazałam Brokinowi.

- Nie mogłaś wybrać mniejszego? - zapytał z przekąsem, omal nie zgniatając główki kwiatka.

- Mogłam, ale nie chciałam utrudniać - zironizowałam. Chłopak westchnął, oddając mi roślinę.

- Pierwsza zasada naszej kuchni: podobny smak mają kwiaty o tych samych odcieniach danego koloru. Powinnaś szukać kwiatów o odcieniach od różowego po trochę ciemniejszy od tego, który masz w ręce. Jeśli chcesz wzbogacić danie, dodaj do niego innego koloru i, oczywiście, próbuj, bez tego się nie obejdzie.

Skubnęłam kawałek kwiatka i w zamyśleniu przeżułam. Był dosyć nijaki, porównywalny do smaku ryżu czy makaronu. Wzięłam inny, pierwszy z brzegu, jaskrawoniebieski. W smaku był zdecydowanie za słodki, nie pasował. Wypróbowałam jeszcze kilka, aż w końcu trafiłam na biały kwiat wystarczająco kwaśny, by dobrze kontrastować z czerwonym. Po kilkunastu minutach poszukiwań udało mi się uzbierać garść czerwonych, bordowych i amarantowych roślin oraz podobną ilość mlecznych, alabastrowych i kremowych. Zabraliśmy się z tym wszystkim z powrotem do domu, gdzie położyłam zdobycz na stole. Dokładnie umyłam je wszystkie, rozłożyłam na czystych talerzach i spojrzałam pytająco na Brokina, który od kilku minut bez słowa obserwował moje wysiłki.

- Pokażę ci jak zrobić zupę i danie główne, które można podać zarówno na obiad, śniadanie jak i kolację. Podaj mi kilka białych - kiwnął na mnie ręką.

Szybko dałam mu, o co prosił i obserwowałam jak wlewa do niewielkiego, czarnego ni to garnka, ni to miski, trochę wody. Wrzucił tam kwiaty, otworzył szafkę nad sobą i pokazał mi trzy pudełeczka. Każde podpisane było obco brzmiącą nazwą i zawierało coś, co poprawnie wzięłam za przyprawy.

- To mieszanki niektórych gatunków kwiatów - wyjaśnił - proszę, spróbuj.

Niepewnie wzięłam na palec po trochu każdego z nich, wyczuwając pieprzne, pikantne i lekko słone aromaty. Wzięłam od Brokina jeden z nich i wsypałam szczyptę do wody.

- Jak uważasz - odłożył resztę na półki.

Natępnie wziął jeden talerz, powiedział, żebym pomieszała na nim kwiaty "jak tam chcę", a kiedy to zrobiłam, polał syropem wyciągniętym z lodówki i otworzył klapę piekarnika.

- Teraz wystarczy wstawić to do ocieplacza aż zobaczysz, że woda w zupie zgęstniała a kwiaty na talerzu się przypiekły na końcach. Ot, cała filozofia.

- Zrozumiałam - kiwnęłam głową i usiadłam przy stole, wgapiając się w maszynę.

- Ale wiesz, to nie zrobi się tak szybko - ze zwątpieniem w głosie przypomniał Brokin.

- Spokojnie, poczekam.

Chłopak kiwnął głową i wyszedł do salonu. Co pięć minut podlatywałam to tego dziwnego urządzania doglądając potraw, które w ogóle nie chciały zmienić swego wyglądu. Po nieostrożnym włożeniu ręki do ocieplacza spostrzegłam, że panuje tam temperatura, którą można uznać za ciepłą, ale z pewnością nie tak wysoką jak w ziemskich piekarnikach. Musiałam więc poczekać dłużej. Minuty ciągnęły mi się niesłychanie długo, lecz po kolejnym sprawdzeniu zobaczyłam, że płatki już są zwęglone, a woda w zupie straciła swą przezroczystą barwę. Wyciągnęłam potrawy przez ścierkę i rozłożyłam na talerzach. Zanim zawołałam Brokina, spróbowałam zupy, która zgęstniała i smakowała kwaśno, trochę jak pomidory i była pikantna jak po dodaniu papryczki chili. Danie przypominało mi coś w rodzaju spaghetti, ewentualnie pizzy, nie biorąc pod uwagę formy i tekstury. Krzyknęłam do Brokina i w ciszy zjedliśmy posiłek.

- Może poszlibyśmy teraz... - zaczęłam, ale Brokin popatrzył na mnie zmęczonym wzrokiem.

Tym razem ja westchnęłam.

- Chciałam powiedzieć - ty zrobiłbyś na co tylko masz ochotę, a ja pójdę na górę nauczyć pandę nowych sztuczek.

Chłopak uśmiechnął się i ochoczo pokiwał głową, a ja poszłam szukać Sisi. Okazało się być to zadaniem trudniejszym niż sądziłam, ponieważ, mimo przeszukania wszystkich zakamarków w domu, nie potrafiłam jej znaleźć. Zrezygnowana poszłam do ogródka, jak zwykle w takich niecodziennych sytuacjach właśnie tam znajdując pandę. Okazało się, że zostawiłam niedomknięte okno w kuchni i Sisi wyskoczyła tamtędy. Leżała na trawie obok strumyka, podjadając ją raz na jakiś czas i z rozmarzeniem turlając się z boku na bok. Prychnęła cicho, kiedy ukucnęłam obok niej i z niechęcią usiadła, patrząc na mnie swoimi wielkimi oczami.

- Jak widzę komendę "siad" już umiesz... - mruknęłam - W takim razie "leżeć"!

Panda spojrzała na mnie z niezrozumieniem. Delikatnie popchnęłam ją ręką, powtarzając "leżeć", lecz położyła się tylko na chwilę, błyskawicznie powracając do pozycji siedzącej.

- Masz tylko jeden tryb, czy co? - mamrotałam pod nosem, usiłując nauczyć czegoś nowego nieposłuszne zwierzę.

Po godzinie nieprzerwanych prób udało mi się położyć pandę, lecz z niepożądanym skutkiem - Sisi zasnęła, jak leżała. Westchnęłam głośno, ale wydawało się, że panda poległa na dobre. Delikatnie wzięłam ją na ręce i zaniosłam do domu, po czym położyłam ją u siebie w pokoju na jednej z poduszek. Spojrzałam przez okno na słońce, które już zbliżało się do horyzontu, choć wydawało mi się, że ledwo minęło południe. Zeszłam na dół, żeby zobaczyć, czy Brokin ogląda coś ciekawego, ale okazało się, że zasnął na kanapie, a w telewizji leci jakiś program o pieczeniu. Tak, pieczeniu. Nie dość, że mają tu tylko jeden sposób na obróbkę cieplną, to jeszcze potrafią ją przedstawić na milion sposobów. Powlokłam się z powrotem do siebie i, postanawiając nie kontynuować poprzedniej książki, sięgnęłam po inną. Lekko pochylone, srebrzyste litery na jej okładce głosiły wszem i wobec

"Podstawy budownictwa". Z dobrą myślą zaczęłam czytać, przeglądając proste schematy domów i krzywizny dachów, oraz niewidzącym wzrokiem lustrować tekst, który zawierał więcej fachowych określeń, niż byłam w stanie zrozumieć. Nie zdążyłam dotrzeć do końca, kiedy zmęczone oczy ujrzały wyczekiwaną czerń snu.

Dzień 7

Obudziłam się bladym świtem z nosem w książce. Rozciągnęłam mięśnie, pozbywając się resztek snu. Stanowczo postanowiłam, że to o jeden raz za dużo, kiedy budzę się z otwartą książką na głowie, i muszę nauczyć się odkładać je zawczasu. Z niesmakiem spojrzałam na pogniecione ubranie, więc przebrałam jej szybko. Nie zastawszy pandy na parapecie, zeszłam na dół i dokładnie przeszukałam wszystkie pomieszczenia, nie znajdując ani jej, ani Brokina, z czego jego nieobecność nie zdziwiła mnie zbyt mocno. Zdecydowałam przyrządzić sobie śniadanie z wykorzystaniem nowej wiedzy piekarniczej. Nałożyłam buty, na ramiona narzuciłam cienki sweter i spokojnie przeszłam się na łąkę, gdzie już przechadzało się kilkadziesiąt Kraunów, zbierając kwiaty w celu, który prawdopodobnie był podobny do mojego. W oko wpadł mi pewien żółty kwiatek, niewielki, ale przypominający różę bez kolców. Zerwałam go i spróbowałam płatek. Był słodkawy, z charakterystyczną, kwaśną nutą. Ruszyłam na poszukiwania żółci w tęczy barw. Cytrynowy, słoneczny, piaskowy... mój wzrok przypadły złote, lśniące płatki w dużym pąku na wyjątkowo wątłej, czarnej łodydze. Na końcu głowy usłyszałam jakby ostrzeżenie, miałam przeczucie, by go nie zrywać, ale z racji, iż nie przypomniałam sobie dlaczego, dorzuciłam go do bukietu kwiatów już zebranych. Wróciłam się do domu, umyłam kwiaty i z rozmachu polałam je miodem, włożyłam do ocieplacza i usiadłam obok, czekając aż się zarumienią. Po chwili po kuchni rozniósł się słodkawy aromat, a chrupiące płatki wyjrzały zza przypieczonych listków. Czymś w rodzaju patyka znalezionego w jednej z szafek, odgrodziłam je równo na połowy i rozłożyłam na talerzach, a do kubków wlałam zimną wodę. Na talerzu Brokina nieśmiało połyskiwały

złote drobinki. W pewnym momencie obok nóg poczułam ciepłą, włochatą kulkę. Pogłaskałam Sisi za uszkami i poszłam do ogródka po kilka kępek trawy dla niej. Gdy wracałam, w drzwiach zastał mnie Brokin. Podałam Sisi trawę z ręki, uśmiechnęłam się do Brokina i kiwnęłam głową w stronę kuchni. Po chwili dołączyłam do niego i z wyczekiwaniem patrzyłam, jak próbuje mojego dania. Chłopak jadł w ciszy, a chrupanie rozlegało się po kuchni. Może za mocno przypiekłam? Zaniepokojona usiadłam naprzeciw i już miałam sama spróbować, gdy nieoczekiwanie Brokin... zniknął. Na jego miejscu pojawił się sporych rozmiarów, czarny kruk.

- Nie żartuj, zamieniaj się z powrotem w człowieka i mów jak ci smakuje - powiedziałam z uśmiechem.

Jednak Brokin nadal się nie zmieniał. Zamachał krótko skrzydłami, pokręcił dziobem i spojrzał na mnie jakoś tak przenikliwie.

- Brokin? - spytałam z lękiem - Dlaczego się nie zmieniasz?

Ptak wskoczył na stół, pogrzebał dziobem w swoim talerzu i wyciągnął niewinny złoty płatek, którym pomachał mi przed nosem. Głośno wciągnęłam powietrze. "Jest trujący. Nie powstrzymuje to oczywiście niektórych od próbowania go, a na każdy organizm reaguje inaczej. Najłagodniejszym skutkiem są wszelakie reakcje alergiczne, a najgorszym śmierć." - w mojej głowie rozbrzmiało echo niedawnych słów. Głupia, głupia, głupia. Przez chwilę stałam po prostu, zesztywniała z przerażenia.

- To... to tylko reakcja alergiczna, tak? To nie jest... ty nie... - szeptałam, patrząc na kruka, który położył płatek z powrotem na talerzu i przysiadł na stole.

Potrząsnęłam głową. Nie panikuj, przecież musi być jakieś rozwiązanie. "Jest przyjęte, że pegazy potrafią władać magią: od leczniczej, po bojową..." - słowa obijały się o moją czaszkę. Tak, to jest to. Trzeba znaleźć pegaza.

- Chodź, Brokin, lecimy do lasu - machnęłam do niego i zerwałam się na nogi.

Wybiegłam z domu w akompaniamencie trzepotu skrzydeł za mną. Podskoczyłam krótko i wzniosłam się nad ziemię czując każdy mięsień na plecach, każdy podmuch powietrza i usiłując odnaleźć środek równowagi. Poleciałam jednak równo, napędzana adrenaliną, ale po kilku metrach kruk zakrakał głośno, przenikliwie.

- Co jest? - zapytałam z przerażenim, że stało mu się coś gorszego.

Kruk machnął łebkiem w stronę przeciwną do tej, którą lecieliśmy. Na horyzoncie widać było czubki drzew. Zarumieniłam się ze złości na samą siebie i zaawróciłam, podążając tym razem w dobrym kierunku. Po kilku minutach wylądowaliśmy, mocno młócąc powietrze skrzydłami. Kruk powoli ruszył przed siebie, pokonując następne metry krótkimi skokami.

- Pegazie! Hej, pokaż się! - krzyknęłam, przepłaszając kilka mniejszych ptaszków z drzewa niedaleko.

Kruk przystanął i spojrzał na mnie z wyrzutem, więc postanowiłam więcej się nie odzywać. Drzewa migały mi po bokach, ściółka zlała się w jedną kolorową plamę, a moje kroki - w niewyraźny szum. Po czasie, który ciągnął się w nieskończoność, oparłam się o szorstką korę najbliższego drzewa i wycieńczona osunęłam po niej. Nie wiem, ile przeszliśmy, ale czułam się, jakby droga ciągnęła się kilometrami, już dawno nie orientowałam się też, w którą stronę pójść, by trafić do domu. Kruk natychmiast zatrzymał się i swoimi śmiesznymi skokami podszedł do mnie.

- Brokin, my go nie znajdziemy - powiedziałam cicho - To po prostu niemożliwe.

Nagle na obrzeżach mojego pola widzenia zalśniło oślepiające światło. Powoli podniosłam zmrużone oczy i zobaczyłam... pegaza. Tak, pojawił się jakby znikąd i teraz sobie po prostu stał i patrzył na mnie oczami zbyt inteligentnymi jak na zwierzę. Kruk podskoczył pod samą jego pierś i zakrakał. Piwne oczy konia skierowały się z ociąganiem w stronę ptaka. Pegaz przekręcił się bokiem i przykrył go na chwilę skrzydłem, pod którym zajaśniało światło. Gdy je odsunął, zobaczyłam klęczącego Brokina w jego ludzkiej postaci. Ostrożnie podniosłam się na nogi i powoli, przesuwając stopę za stopą, podeszłam do pegaza. Kiedy znalazłam się tylko kilka centymetrów od jego pyska, a ciepły oddech owiał moją twarz, delikatnie podniosłam rękę i zbliżyłam ją do konia. Ten poruszył gwałtownie łbem, wpychając go pod moją dłoń. Pogłaskałam go, patrząc prosto w ciemne oczy. Pegaz pozwolił mi na to przez kilka chwil, po czym z cichym parsknięciem stanął słupka, zamachał potężnymi, perłowo białymi skrzydłami i odleciał gdzieś w błękitne odmęty nieba. Spojrzałam zaniepokojona na Brokina, który, nie zmianiając pozycji, wpatrywał się w ściółkę, opierając się na rękach zaciśniętych w pięści.

- Prze-przepraszam... - wyjąkałam.

Spojrzał na mnie nieco zamglonym wzrokiem i usiadł wygodniej, zaplatając nogi.

- Chyba mówiłem ci o tym kwiecie?

- Ja... Wiesz, miałam sporo wrażeń w ciągu ostatnich kilku dni

- przybrałam obronny ton, próbując odgonić strach ostatnich godzin.

- Rozumiem - pokiwał wolno głową - Od dzisiaj biorę na siebie przyrządzadnie śniadań. Obiadów też.

- Dla mnie to nawet lepiej - uśmiechnęłam się, ale po chwili mina mi zrzedła - Chyba bym już nic nie przyrządziła po tym... wypadku.

- Nie przesadzaj, ważne, że nic mi niem jest. Spokojnie.

Sam odetchnął głębiej i powoli zaczął przeczesywać trawę wokół siebie. Dopiero po chwili zobaczyłam, że jego dłonie wypełniają się małymi, białymi kwiatuszkami. Kiedy wstał, informując mnie o zamiarze wypłukania ich w strumieniu, zapytałam z nadzieją:

- To ty wiesz, gdzie jesteśmy?

- Znam ten las jak własną kieszeń.

Uznałam to za "tak". Po chwili marszu usłyszałam głuchy szum i przed nami ukazał się szeroki, rwący potok. Na maleńkich falach tańczyły słoneczne odblaski. Chłopak uklęknął i zanurzył ręce z kwiatami w bystrej wodzie. Powtórzyłam jego ruch, a moje palce oblała zimna, orzeźwiająca woda. Przełożyłam wilgotne kwiaty do jednej ręki, a drugą zaczerpnęłam płynu i wypiłam zachłannie. Powtórzyłam to jeszcze kilka razy, a dopiero później zaczęłam jeść. Kwiaty nie miały szczególnego smaku i jadło się je trochę jak papier, ale hamowały głód i napełniały żołądek. Po nędznym posiłku, rozciągnęłam się pod jednym drzewem i zapatrzyłam na skrawki nieba widoczne między koronami drzew. Brokin w zamyśleniu bawił się nielicznymi źdźbłami traw i kolorowymi liśćmi. Leniwie obserwowałam, jak niebo powoli zmienia swoje kolory na czerwień, pomarańcz, lekki róż i fiolet, aż w końcu zaciąga się ciemnym błękitem. Z ciężkim sercem podniosłam się i machnęłam do Brokina.

- Prowadź, proszę. Nie mam pojęcia, jak wrócić do domu. Chłopak podniósł się, wrzucając do wody długie źdźbło, finezyjnie zawiązane w supełki. Wyszedł przede mnie i zagłębił się w leśną gęstwinę. Kluczyłam za nim między drzewami. Bez problemu znalazł drogę i już po kilkudziesięciu minutach drzewa przerzedziły się, a my wyszliśmy na ścieżkę prowadzącą do naszego domu, gdzie dotarliśmy już niedługo potem. Zanim weszłam do środka, poszłam na chwilę do ogródka, zerwałam trochę trawy i niemal natychmiast wręczyłam ją pandzie, która przy powitaniu o mało mnie nie przewróciła. Ze zmęczeniem weszłam po schodach, krótko życzyłam Brokinowi dobrej nocy i, już w pokoju, z ulgą przebrałam się w koszulę, i rzuciłam na łóżko. Baldachim zafalował pod wpływem ruchu powietrza, lecz zanim znieruchomiał, już zdążyłam zasnąć.

Dzień 8

Tego dnia obudziłam się, gdy słońce już dawno wisiało nad horyzontem. Przeciągnęłam się leniwie, ziewnęłam i leżałam jeszcze chwilę, wpatrując się w sufit, nim postanowiłam wstać. Kilka minut później byłam już w salonie. Brokin leżał na kanapie i czytał jakieś opasłe tomisko z zagadkowym tytułem, więc wyminęłam go i wyszłam z domu. Zerwałam pojedyńcze kwiaty z ogródka, szybko je przemyłam i zjadłam zachłannie, popijając wodą. Wróciwszy, usiadłam na kanapie obok Brokina. Natychmiast odwrócił się w moją stronę.

- I jak ci się podobają?

Przez chwilę zastygłam w bezruchu, próbując sobie przypomnieć co mogłoby mi się zacząć podobać, jednak nie przyszło mi nic konkretnego do głowy, więc po prostu spytałam się Brokina.

- Skrzydła - odpowiedział.

- To raczej nowość z przed paru dni, co prawda nie zdążyłam się jeszcze do końca przyzwyczaić, ale czarny pasuje do wszystkiego, oczywiście wspaniale jest latać, więc raczej mi nie przesz...

- Nie o to mi chodzi - przerwał moją paplaninę - Czy oglądałaś je po wczorajszym spotkaniu z pegazem?

- Nie... nie miałam czasu. A co, coś się stało?! - zapytałam zaniepokojona i natychmiast wykręciłam głowę, by ujrzeć brzeg mojego skrzydła.

Brzeg skrzydła... i czarne pióra, jeszcze niedawno matowe, po których teraz tańczyły refleksy światła niczym po perle. Otworzyłam usta ze zdziwienia i mimowalnie poruszyłam nim, by upewnić się, że na pewno należy do mnie. W odpowiedzi połyskliwe smugi płynnie przelały się po jego powierzchni.

- I mówisz... - wyksztusiłam po dłuższej chwili - że to od pegaza?

- Nie jestem pewny, lecz tak podejrzewam.

- To... znaczy się... miło.

Brokin roześmiał się cicho, więc czym prędzej odwróciłam zachwycony wzrok od skrzydła i wstałam z kanapy, w międzyczasie zauważając krzątającą się nieopodal pandę. Z ociąganiem znów wyszłam do ogrodu, zerwałam tyle trawy, ile tylko zdołałam unieść i wróciłam do domu. Garść położyłam przed pandą, która zaczęła ją z entuzjazmem pochłaniać, a resztę ulokowałam na najniższej półce w szafce chłodzącej, żeby mieć ją pod ręką w razie potrzeby. Wróciłam na kanapę i wpatrzyłam się w przeciwległą ścianę, lecz nie wytrzymałam tak długo i popatrzyłam w okno z chęcią, by wyjść na zewnątrz. Brokin jakby czytał mi w myślach, podniósł się i powiedział:

- Wydaje mi się, że powinnaś lepiej poznać Krauron. Już nauczyłaś się poprawnie i sprawnie korzystać ze skrzydeł, więc chciałbym cię zabrać...

- Tak? - przerwałam mu ponaglająco.

- Na wyspę.

- Jaką wyspę?

- Taką... wiesz, zwyczajną. Niewielka, niedaleko od naszego kontynentu...

- Tak, chcę!

- A czy ja się ciebie pytam? To obowiązkowy punkt programu. Ubieraj się.

Wiele do ubierania nie było, włożyłam tylko lekkie, cienkie buty, a że dzień był wyjątkowo ciepły, to nie musiałam nawet narzucać niczego na ramiona. Brokin otworzył przede mną drzwi, lecz zatrzymałam się w progu.

- Co zrobimy z Sisi? - zapytałam.

- Włożyłem jej już do miski ilość trawy, która spokojnie wystarczyłaby dwa razy większej od niej istocie na kilka dni i tyle też wody, a w kuwecie ma świeżą ziemię. Zostawiam też otwarte okno w kuchni, ponieważ, jak widziałem, w razie czego potrafi wyjść do ogródka. Spokojnie wytrzyma kilkanaście godzin sama.

Pokiwałam głową, nie wyzbywszy się jednak wątpliwości. Brokin skinął głową i natychmiast po zamknięciu drzwi, jednym płynnym ruchem wzniósł się nad ziemię. Patrzył na mnie cierpliwie, gdy dobrą chwilę wyczuwałam mięśnie, by poruszyć skrzydłami, po czym niezbyt zgrabnie uniosłam się na pewną wysokość. Sama przed sobą przyznałam, że było mi to zrobić prościej, gdy wczoraj działała adrenalina. W końcu znalazłam się niewiele nad ziemią, ciężko młócąc skrzydłami powietrze. Delikatnie unosiłam się w górę i w dół, zanim udało mi się wyrównać lot i wznieść się wyżej. Brokin poleciał trochę na ukos od lasu, a ja posłusznie za nim, choć czułam się nieco niepewnie, gdy nie wiedziałam, gdzie mnie prowadzi. W ogóle czułam się zagubiona, choć ze wszystkich sił starałam się tego nie okazywać, nawet przed samą sobą. Monotonny krojobraz domów, lasów i pomniejszych jezior skutecznie odwrócił moją uwagę od ponurych myśli, szczególnie gdy na horyzoncie ukazał się wąski pasek połyskliwej wody, a już po chwili rozciągnęła się pode mną jej równa połać. Gdy tylko wystarczająco oddaliliśmy się od lądu, nieco krzywo obniżyłam się tak, że szybowałam kilkanaście centymetrów nad taflą i zachwycona przesunęłam po niej palce, a chłodne krople poleciały na boki. Byłam już w życiu kilkakrotnie nad morzem, lecz nigdy nie czułam się tak bardzo wolna jak w tej chwili. Miałam wrażenie, że mogę robić co tylko zapragnę, a nowy, nieznany świat stoi przede mną otworem. To uczucie towarzyszyło mi nawet nawet, gdy z góry zabrzmiał ponaglający krzyk:

- Wracaj tu! Już niedaleko!

Posłusznie zrównałam się z Brokinem, choć lot w górę mogłam porównać do wchodzenia po schodach. Daleko, na niebieskim płótnie malowała się niewielka, ciemna plamka.

- To ona! - Brokin wskazał przed siebie - Nazywa się Londo. Nie minęło długo czasu, kiedy przystąpiliśmy do lądowania. Miękki, ciepły piasek na brzegach wyspy natychmiast zmusił mnie do zdjęcia butów i zanurzenia w nim stóp z zadowolonym westchnieniem. Brokin złożył elegancko skrzydła i schylił się po garść piasku, który w zamyśleniu przelał między palcami. Po chwili bez ostrzeżenia rozciągnął się na ziemi i zapatrzył się przed siebie, na wodę. Jeszcze przez chwilę stałam, delektując się promieniami słońca na twarzy i obserwując otoczenie. Na granicy plaży rosła trawa, gęsto poprzetykana bladymi, delikatnymi kwiatami. Po chwili zastanowienia ruszyłam w tamtym kierunku, co chwilę wchodząc głęboko w piasek. Odetchnęłam, gdy poczułam pod nogami równy grunt, nabrałam naręcze kwiatów i wróciłam. Ukucnęłam nad brzegiem oceanu i ostrożnie zanurzyłam jeden kwiat, obawiając się słonego posmaku. Z zaskoczeniem zlizałam z jego płatka słodkie krople.

- Brokin?! - zawołałam.

Chłopak wolno podniósł się na łokciach i spojrzał na mnie z uniesionymi brwiami.

- Jesteś pewien, że to ocean?

- Skąd takie pytanie? - spytał, zamiast odpowiedzieć.

- Ma słodką wodę!

- I co w związku z tym? - powiedział z narastającym zdziwieniem.

- Słodką wodę mają rzeki i jeziora, morza i oceany z reguły słoną - tłumaczyłam, już podchodząc z bukietem umytych kwiatów.

- Z reguły to nie je się kwiatów na Ziemi. Jeszcze nie zrozumiałaś, że tutaj wiele rzeczy zupełnie nie pasuje do ziemskich standardów?

- Usilnie próbuję to zrozumieć... - mruknęłam, już bardziej do siebie niż do Brokina i podałam mu część kwiatów.

Odgłosy chrupania kwiatów dziwnie brzmiały w dziewiczej ciszy odludnej plaży. Słońce świeciło coraz słabiej i powoli chyliło się ku miejscu swego spoczynku. Popatrzyłam na Brokina.

- Nie powinnyśmy... nie wiem, poszukać jakiegoś miejsca noclegu? - zapytałam niepewnie.

Brokin zamrugał kilkakrotnie, jakby został gwałtownie wyrwany z głębokiego zamyślenia. Spojrzał na horyzont i wolno pokręcił głową.

- Już za późno. Wszyscy kładą się do snu, trzeba było pójść wcześniej... Oczywiście, jak chcesz, mogę jeszcze pójść się zapytać, ale...

- Nie kłopocz się. W końcu lepszy od hotelu cztery gwiazdki jest hotel cztery miliardy gwiazdek, prawda? - rzuciłam formułką.

- Hotel cztery gwiazdki? - z powątpieniem powtórzył Brokin. Był to moment, w którym zorientowałam się, że jeszcze długo zajmie mi przyzwyczajanie się do życia tutaj.

- Później ci wyjaśnię... - machnęłam ręką i położyłam się, kładąc ręce pod głowę.

W zamyśleniu wpatrywałam się w zmieniające się kolory na niebie. Przypominały mi mieszające się farby na palecie barw. Gdy dominującym stał się ciemny granat, zaczęły być widoczne gwiazdy - małe lśniące punkciki, świecące mocniej, niż widziałam kiedykolwiek na ziemi. Gdzieś na obrzeżach wzroku widziałam blady półokrąg księżyca dający światło w wyjątkowym, ciepłym odcieniu. Zasnęłam, wpatrując się w ciemne płótno nocnego nieba.

Dzień 9

Obudziłam się, gdy oślepiająco jasne słońce wyłaniało się zza horyzontu. Leniwie rozejrzałam się wokół i z pewnym przestrachem zarejestrowałam nieobecność Brokina. Podniosłam się na łokciach, otrzepałam piasek przylepiony do ubrania i już miałam wstać, żeby wyruszyć na jego poszukiwania, kiedy wyłonił się na granicy plaży. Gdy podszedł wystarczająco blisko, z uśmiechem rzucił mi wielki, kulopodobny kwiat, który złapałam odruchowo. Zaintrygowana przekręciłam do kilkakrotnie, by przekonać się, że nie mogę zarejestrować pojedyńczych płatków. Brokin przysiadł obok mnie. Patrzyłam, jak paznokciami nadrywa losowy punkt kuli. Uczyniłam to samo, a po zerwaniu sporego płata żylastej skórki ujrzałam w środku przezroczysty, lekko zielonkawy płyn. Spojrzałam przez ramię na granicę plaży będącą jednocześnie początkiem pasma zieleni. W niewielkiej odległości przed nią zauważyłam drzewa o ulokowanych wysoko, dużych zielonych liściach. Pod nimi kryły się właśnie te dziwne, kuliste kwiaty, co natychmiast przyniosło mi skojarzenie z ziemskimi palmami i pogłębiło moje wrażenie, jakby ta planeta była mocno wzorowana na Ziemi (czy może Ziemia na niej). Ze zwątpieniem spróbowałam soku z kwiatu i okazał się zadziwiająco wręcz słodki i kremowy, trochę podobny do jogurtu. Płatki też były zjadliwe, o smaku i konsystencji podobnej do suszonego mięsa, co jednak nie smakowało dobrze z sokiem, dlatego puste skorupy, swoją i Brokina, odniosłam na trawę i lekko przysypałam suchą ziemią, żeby nikt inny ich nie wziął przez przypadek. Przy tej krótkiej wycieczce okazało się, że jednak piasek dostał mi się także pod ubranie oraz między włosy i drapał przy każdym ruchu. Wróciłam do Brokina z niepewnym grymasem.

- Nie wiesz może, czy ktoś nie zajmuje się tutaj wyrobem ubrań? Albo chociażby pożyczy jakiś kawałek materiału żeby narzucić na siebie i uprać ubrania? Nie pomyślałam wcześniej, ale spanie na plaży nie jest zbyt dobrym pomysłem.

- Spokojnie - przerwał mi z uśmiechem - Zanim zabrałem się za szukanie śniadania, wstąpiłem do pobliskiej wioski. Jest tam jedna szwaczka z zapasem ubrań, wszyscy tutaj mają ich już pod dostatkiem. Na moją propozycję uwolnienia jej od nadmiernej ich ilości zareagowała aż nadto entuzjastycznie. Mamy od niej odebrać cztery pary spodni, kilka bluzek, sukienkę obficie udekorowaną falbanami i dwie pary butów. Poinformowała mnie, że albo weźmiemy tyle ile ofiaruje, albo nic, więc nie miałem wyboru...

Skrzywiłam się na nagłą wizję mojej szafy, która rozpada się pod naporem zbyt dużej ilości strojów. Przyjaciel wstał powoli. Jak zwykle pozwoliłam mu prowadzić, bo sama długo nie trafiłabym do wioski, która ukazała się dopiero za rozległą, lecz słabo rozwiniętą pod względem roślinności łąką i niewielkim skupiskiem palmopodobnych drzew. Brokin podszedł do pierwszego domku na brzegu udeptanej, wąskiej ścieżki. Budynek był niewielki, o ścianach zbudowanych z niezidentyfikowanego, białego budulca, a jego dach pokryty był łupinami, które przypominały brunatne dachówki. Po chwili oczekiwania drzwi otworzyły się, nie ujawniając postaci wewnątrz domu. Brokin wszedł, a ja, trzymając się w pobliżu jego pleców, także skierowałam się do wnętrza. Drzwi nieomal zatrzasnęły mi się na nosie. Zirytowana szarpnęłam klamką i ku mojej złości odkryłam, że są one zamknięte, choć nikt w okolicy nie zamyka drzwi nawet jak wychodzi (w końcu nikt nie praktykuje tu kradzieży). Przybita usiadłam pod ścianą i postukałam palcami w ubitą ziemię. Znudzona zaczęłam kreślić na niej kwietne wzory znalezionym nieopodal patykiem. Po kilku minutach wyszedł Brokin, niosąc w ręku naręcze ubrań. Podniosłam się szybko, porzucając gałązkę w przydrożną trawę.

- Po co ja szłam z tobą?! - wykrzyknęłam oburzona.

- Żeby odebrać ubrania - odpowiedział nieco zaskoczony.

- I jaka niby jest moja rola w tym?!

Chłopak uniósł brwi w górę i rzucił ubrania w moje ręce. Odruchowo złapałam je, a on ruszył w drogę powrotną.

- Taka - rzucił przez ramię.

Sapnęłam ze zirytowaniem. Kiedy dotarliśmy do pierwszej z palm, rzuciłam ubrania na świeżą trawę i wyciągnęłam z nich jeden ze zwiewniejszych strojów, po czym pomknęłam w najbliższe krzaki. Z ubrania, które z siebie zdjęłam poleciały cienkie strużki drobniejszego piasku. Pobieżnie je otrzepałam i przewiesiłam przez ramię. Wyszłam na plażę, rozrzuciłam ubrania na piasku i położyłam się na nich. Zamknęłam oczy, wystawiając twarz do słońca. Usłyszałam za sobą szuranie.

- Co robisz? - padło pytanie gdzieś z tyłu.

- Opalam się - odparłam leniwie.

- Nie znudzi ci się tak... leżeć?

- Nigdy. Chwila spokoju to wspaniały czas, żeby porozmyślać.

- To ty masz tak dużo do przemyślenia? Westchnęłam.

- Nawet nie wyobrażasz sobie, ile.

Później nie było już pytań. Słyszałam, jak Brokin przesuwa coś obok mnie i sam się kładzie. Po jakimś czasie, kiedy policzki i ramiona zaczęły mnie już lekko piec, a temperatura doskwierać, uznałam, że czas na obiad w chłodnym cieniu palm. Czułam się jak na wymarzonych wakacjach, dopóki na ślepo nie zapytałam:

- Czy ktoś z tu obecnych chciałby poszukać jakichś kwiatów do jedzenia?

Kiedy przez dłuższy czas nie otrzymałam odpowiedzi, podniosłam się na łokciach i rozejrzałam wokół. Jedyną obecną osobą na plaży byłam ja. Zacisnęłam rękę w pięść i bezsilnie uderzyłam nią w piasek, sprawiając, że jego drobiny rozprysły się wokół. Że też Brokinowi dzisiaj zebrało się na takie niezapowiedziane znikanie. Zebrałam się pospiesznie i wolno ruszyłam w stronę palm. Gdy tylko weszłam w ich cień, zauważyłam błądzącego wśród drzew chłopaka. Zbierał coś z nosem przy ziemi, w ręku trzymając bukiet kwiatów, które przypominały mi różnokolorowe róże. Odchrząknęłam znacząco. Później drugi raz. W końcu poddałam się z wydawaniem dźwiękowych pretensji, oparłam się o palmę i powoli zsunęłam po niej na ziemię.

- O, przyszłaś - usłyszałam, gdy tylko usiadłam na ziemi. Zaśmiałam się bezdźwięcznie.

- O, usłyszałeś - odparłam, a przede mną pojawił się barwny bukiet.

- Dziękuję - powiedziałam, zacząwszy skubać palcami płatki. Dziwna sytuacja - kiedy to na ziemi bukiet był prezentem, oznaką sympatii, tutaj przybrał kształt czegoś w rodzaju kebaba. Cóż, wypada się przyzwyczaić. W końcu co planeta to obyczaj. Brokin usiadł po drugiej stronie pnia.

- A, zapomniałem ci wspomnieć. Dzisiaj musimy wracać - mruknął Brokin z pełnymi ustami.

Skrzywiłam się. A było tak pięknie.

- Dlaczego?

- Ponieważ jutro jest święto.

- Byłbyś tak łaskaw powiedzieć coś więcej? - odparłam w przekąsem.

- Wielkie święto.

Przewróciłam oczami, lecz po chwili zza pnia doszedł do mnie stłumiony chichot.

- Nazywamy go Świętem Kwiata Jedynego - kontynuował już normalnym tonem - W ten dzień Kraunowie poszukują kwiatu

mieniącego się wszystkimi kolorami, jakie znamy dotychczas. Kwitnie on tylko raz w roku, a nawet wtedy na całym Krauronie jest jedynie po jednej sztuce na wyznaczoną ilość lądu, która waha się w granicach sporej wyspy, nieco większej od tej. Na Krauna, który go znajdzie przypada obowiązek rozsiać go w liczbie dziesięciu sztuk. Dziewięć przypada dla niego, a dziesiątą należy posadzić na dzikiej łące, aby rozsiała się i zwiędła jeszcze tego samego dnia.

Wsłuchałam się w to jak w baśń, coś niewyobrażalnego, więc kiedy skończył, milczałam jeszcze kilka chwil.

- Znalazłeś kiedyś choć jeden?

- Oczywiście. Dwa podczas całego mojego żywota.

- W takim razie pora znaleźć trzeci - odparłam, odrzuciłam łodygi zjedzonych kwiatów i wstałam.

Brokin dołączył do mnie już powyżej ziemi. Tym razem przypadło na mnie zaszczytne zadanie prowadzenia, czego niestety nie wypełniałam zbyt godnie, ponieważ ciągle zbliżałam się i oddalałam do wody, aby kolejny już raz przelecieć po jej tafli palcami albo zanurzyć całą dłoń. Brokin tylko parskał w reakcji na moje zachowanie, ale drogę znał o stokroć lepiej ode mnie, więc nie mieliśmy większych problemów z dotarciem do domu. Słońce już zbliżało się ku końcowi swej codziennej wędrówki, gdy wylądowaliśmy przed drzwiami. Brokin przepuścił mnie przodem, a sam zapobiegawczo zerwał kępkę trawy, którą ostudził zapał pandy, kiedy usilnie próbowała przewrócić mnie, uderzając z rozpędu w moje nogi. Na szczęście nie doszło do tego, a ja bez przeszkód dotarłam do pokoju. Zdążyłam jedynie rzucić się na łóżko i zamknąć oczy, w założeniu na pięć minut, by otworzyć je dopiero rankiem.

Dzień 10

Usłyszałam głośny, irytujący dźwięk. Chciałam go zignorować i spać dalej, jednak jego rytmiczność i natarczywość nie pozwalała mi na to. Powoli otworzywszy jedno oko, zobaczyłam Brokina trzymającego w rękach dwie metalowe płytki, którymi uderzał o siebie.

- Co się dzieje?! - zapytałam zaspana.

- Nie obudziły cię moje krzyki, więc musiałem zastosować inny sposób pobudki - powiedział powstrzymując śmiech.

Spojrzałam na niego krzywo, a on przestał w końcu uderzać. Niemrawo przetarłam oczy, sprawdziłam czy sponiewierane uszy są na swoim miejscu i podniosłam się na jednej ręce.

- Jakaż to znowu okazja? Zwykle mogłam spać dłużej.

- Czy cierpisz może na amnezję? - zapytał - Mówi ci coś nazwa "Święto Kwiata Jedyn..."

- Dobrze, dobrze - przerwałam mu - Już pamiętam. Zerwij dla mnie tylko jakiegoś kwiatka czy dwa, proszę, a ja się szybko przebiorę i możemy lecieć.

Mrugnął do mnie jeszcze i wyniósł się razem ze swoimi płytkami. Padłam na łóżko, lecz drugi raz nie popełniłam taktycznego błędu jakim jest zamknięcie oczu. Zwlekłam się niechętnie, wyciągnęłam z szafy jakieś ubranie i poszłam do łazienki. Po kilku minutach stałam na dole świeża, pełna energii, lecz niekoniecznie wyspana. Ziewnęłam w kułak. Brokin rzucił do mnie małe kwietne zawiniątko, które zjadłam szybko w trakcie zrywania trawy na zewnątrz. Pośpiesznie wrzuciłam kilka jej kępek do miski, którą położyłam dla pandy i wyszłam z powrotem. Brokin już na mnie czekał. Ramię w ramię, szybkim marszem poszliśmy na łąkę, gdzie natychmiast ruszyliśmy na poszukiwania. Już po kilku minutach zrozumiałam, że trudnym zadaniem jest znalezienie rzeczy, której nigdy w życiu się nie widziało. Nie było to jednak powodem do poddania się.

Z czasem przybywało coraz więcej Kraunów. Była to największa łąka w okolicy, o czym wcześniej uprzedził mnie Brokin, lecz oczywiście nie jedyna, co zmniejszało szanse na znalezienie kwiata. Jednak postanowiliśmy, że dopóki nie przeszukamy jej całej, dopóty nie zaczniemy szukać na następnej. Po kilku długich godzinach pozostało jeszcze od groma łąki do przeszukania, a nieskazitelnej ciszy ani razu nie przeszył okrzyk zwycięstwa. Zrezygnowana usiadłam w miejscu, które zewsząd otaczały jaskrowe słoneczniki. Zaczęłam rysować figury geometryczne na ziemi pozbawionej trawy. Przy rysowaniu trójkąta mój wzrok przykuł mały, na pierwszy rzut oka całkiem czarny kwiatek schowany nieśmiało między grubymi łodygami wysokich roślin. Jednak gdy przyjrzałam się dokładniej... Po jego płatkach niczym nieskończona rzeka przewijały się najróżniejsze barwy, których zawstydziłaby się nawet sama tęcza. Ostrożnie podważyłam ziemię wokół jego cienkiej, białej jak śnieg łodyżki, a on wypadł prosto w moją rękę. Podniosłam się oszołomiona i zaczęłam szukać pośród wszystkich zgromadzonych Kraunów znajomej czarnej czupryny. W końcu znalazłam ją, jedynie kilka metrów dalej. Dotarłam do Brokina w kilku skokach i entuzjastycznie poklepałam go w ramię.

- Czy to ten? - zapytałam nabrzmiałym od emocji szeptem, podsuwając mu kwiat pod nos, zanim jeszcze zdołał podnieść wzrok.

- Tak - odparł równie cicho.

- Znalazłam, znalazłam! - wykrzyknęłam już bez żadnych zahamowań, aby usłyszeli mnie wszyscy.

Usłyszałam kilka lekko zirytowanych pomruków, a Krauni powoli zaczęli rozchodzić się w swoje strony. Roześmiałam się beztrosko. Miałam poczucie, jakbym wygrała jakąś nagrodę.

- Chodź, bo nie zdążymy do końca dnia! - powiedział Brokin, ciągnąc mnie za ramię.

W szybkim tempie udało nam się dotrzeć do domu. Brokin wyciągnął z szafki kuchennej coś, co przypominało gąbkę i wyskoczył na zewnątrz, by po kilku sekundach wrócić z garstką ziemi i trawy usypanej na niej. Położył ją na blacie, po czym wziął skądś jeszcze trójkątny pojemnik, który wyglądał na zbudowany ze szkła. Przyjaciel delikatnie wyjął mi z ręki kwiat i postawił w przyniesionej gąbce, opierając o ścianę pojemnika, który założył na górę. Przez mały otwór na jego szczycie wlał trochę wody. Popatrzyłam wyczekująco na kwiat. Przez pierwsze kilka minut nic się nie działo. Przysiadłam na blacie stołu i nieprzerwanie wyczekiwałam jakiejś reakcji. Po około godzinie, która ró1)nie dobrze mogła być chwilą jak i wiecznością, kwiat powoli podniósł się do całkiem pionowej pozycji, a obok niego z gąbki wyłonił się mały kiełek. Szybko piął się do góry, bocznymi strąkami zahaczając o Kwiat Jedyny. Po następnej godzinie, może dwóch, w pojemniku kłębiło się dziesięć kwiatów, jedynie trochę mizerniejszych od swojego pierwowzoru. Po tym czasie do kuchni przyszedł Brokin, który w czasie procesu oglądał coś w salonie. Przez kilka chwil po prostu patrzył na kwiaty z nieobecnym wyrazem twarzy, ale po chwili podszedł i delikatnie zdjął pojemnik. Zerwał jeden kwiatek, który wyrwał się wraz ze splątanymi niteczkami cienkich korzeni. Podał mi go z namaszczeniem.

- Spróbuj - powiedział.

Przez chwilę przyglądałam się jeszcze kolorom przepływającym przez płatki. Zgięłam delikatnie kwiat w pół i w całości włożyłam do ust. Na początku czułam się, jakbym żuła papier, który po chwili przekształcił się w coś mlecznego. Przymknęłam oczy w skupieniu. To mi coś... przypominało. Nie smakowało jak nic z Ziemi, ale miałam wrażenie, że znam ten smak. Pod powiekami mignęły mi kolory, cienie, powoli kształtujący się obraz... przełknęłam. Wszystko zniknęło. Otworzyłam oczy zaskoczona i zobaczyłam, że Brokin właśnie kończy jeść kwiat. Na gąbce został już tylko jeden. Parsknęłam.

- Dałeś mi go, żeby odwrócić moją uwagę, prawda? - zapytałam.

Chłopak przełknął, wyszczerzył się do mnie złośliwie i przytaknął. Przyjrzałam się mu dokładniej. Jego poza wyrażała całkowite rozluźnienie, beztrosko się ze mnie nabijał, ale jego oczy były poważne, chyba wbrew zamierzeniu. Być może miał jakiś problem, o którym mi nie mówił. Zresztą czego ja wymagam od osoby, którą znam dopiero dziesięć dni? Tymczasem Brokin otrzepał ręce, wyjął ostatni kwiat z gąbki i gestem pokazał mi, żeby iść za sobą.

- Słońce niedługo zachodzi, trzeba go zasadzić - wyjaśnił i wyszedł z domu.

Wyrwana z rozmyślań, dogoniłam go szybko. Po kilku minutach doszliśmy do łąki, na której kręciło się jeszcze kilka osób. Błądziliśmy przez pewien czas, aż w końcu znaleźliśmy ustronne miejsce pod drzewem o bladożółtej korze i liściach o delikatnym morskim kolorze. Otoczone było wysokimi trawami, więc nikt niepowołany nie powinien nastąpić na rozkładający się kwiatek. Brokin uklęknął, ręką odgarnął trochę ziemi, położył tam roślinę i przyklepał grunt wokół niej. Usiadłam obok i przyglądałam się, jak kwiat drga przez chwilę roztaczając wokół małe pyłki, po czym ugina się ku ziemi i brązowieje wraz z ciemniejącym niebem. Słońce ukryło się już całkiem za horyzontem, gdy ostatni, matowy płatek odpadł w kwiatu i roślina zupełnie przestała przypominać swój pierwowzór. Podniosłam się i otrzepałam kolana. Brokin położył otwartą dłoń na ziemi obok kwiatu, westchnął cicho i razem ze mną skierował się do domu. Gdy tylko tam dotarliśmy, rozeszliśmy się do swoich łóżek. Panda przytruchtała za mną, z pewnym trudem wdrapała się na łóżko i zwinęła w kłębek. Głaskałam jej puszystą sierść do chwili, kiedy całkiem odpłynęłam.

Dzień 11

Ziewnęłąm i przekręciłam się na drugi bok, lecz mimo prób nie udało mi się zasnąć ponownie. Zrezygnowana wstałam z łóżka i przebrałam się. Wolno zeszłam na dół, gdzie okazało się, że jednak nie jest tak wcześnie jak sądziłam. Śniadanie złożone z kilku zarumienionych kwiatów już czekało na stole, a Brokin leżał na kanapie.

- Tobie chce się tak wcześnie wstawać? - zapytałam zaskoczona.

- Jeszcze kilka dni temu mógłbym zadać ci to samo pytanie. Pokręciłam głową z uśmiechem i poszłam zjeść śniadanie. Gdy tylko skończyłam, wróciłam do salonu i przysiadłam na rogu sofy. Telewizor był włączony, a na ekranie widniał obraz kosmosu.

- Skąd wy macie kablówkę? Nie widziałam żadnej anteny na zewnątrz - powiedziałam zaciekawiona.

- W każdym kraurońskim telewizorze montuje się specjalny korzeń srebrnego drzewa. To on jest odpowiedzialny za wszelkie programy telewizyjne. W każdym telewizorze leci to samo. Powodują to najbliższe sebrne drzewa, mające między sobą i swoimi oderwanymi korzeniami jakiś niewyjaśniony związek, dzięki czemu wywołują te same informacje na ekranach. W jednym miejscu na planecie kilka Kraunów założyło instytut, w którym chętni nagrywają programy - wyjaśnił.

- A telewizor?

- Sam skonstruowałem. Wystarczy poszukać odpowiednich elementów w lesie i połączyć z korzeniem.

- Może ja też bym zbudowała taki telewizor?

- Potrzebujesz drugiego? - zapytał zerkając na mnie z boku.

- Po prostu chciałabym spróbować. Skoro i tak nie miałby żadnego zastosowania w domu, to zawsze może stanąć w moim pokoju...

Chłopak zaśmiał się.

- Nie ma sprawy. Na strychu zostało mi trochę części. Jednak pamiętaj - nie ma instrukcji. Na całym Krauronie nie ma żadnej instrukcji. Trzeba kombinować.

- W takim razie chyba już zacznę - uśmiechnęłam się.

Poszłam na górę po schodach i stanęłam pod klapą w suficie. Rozejrzałam się.

- Gdzie drabinka? - zawołałam do Brokina.

- Masz skrzydła, zapomniałaś? - odkrzyknął.

No tak - mam skrzydła. Delikatnie wzniosłam się i pociągnęłam za rączkę od klapy. Ukazało mi się przejście na strych. Wzleciałam wyżej i stanęłam stabilnie na podłodze. Było tu pełno pudeł, a wszystkie opierały się o ścianę, tworząc pokrywę, która ją zasłaniała. Podłoga była wyłożona drewnopodobnymi segmentami, na których leżał szary dywan o wysokim włosiu. W pomieszczeniu stała lampa, dwa fotele i komoda na kółkach. Odwróciłam wzrok od wystroju wnętrza, skupiając się na pudłach, na których widniały opisy ich zawartości. Dopiero po kilku długich chwilach przeszukiwania pudeł znalazłam to z napisem "części do budowy". Szybko je wyjęłam, o mało nie zburzając całej konstrukcji, i zeszłam na dół.

Gdy tylko Brokin mnie zobaczył, zaproponował wyjście do ogrodu.

- Dlaczego? - spytałam zaskoczona.

- Wiesz, gdyby coś wybuchło, to jednak wolałbym, żeby to nie stało się pod naszym dachem.

Spojrzałam na niego przerażona, a on roześmiał się.

- Na świeżym powietrzu lepiej się pracuje. Idź, ja w tym czasie pójdę na spacer z Sisi.

Już bez słowa odwróciłam się i wymaszerowałam na zewnątrz. Usiadłam na trawie, w jedynym miejscu wolnym od kwiatów. Otworzyłam pudło i wypakowałam jego zawartość na trawę. Moim oczom ukazały się różorakie przekładnie, metalowe płytki, części obudowy i jeden błyszczący, srebrny korzeń. Wyglądało to dla mnie jak zwykła masa części zamiennych i długo myślałam, jak dopasować do siebie poszczególne elementy. Szło mi to dosyć opornie i dopiero po kilku godzinach stworzyłam ogólny zarys tego, co powinno znajdować się w środku obudowy, której, swoją drogą, także jeszcze nie stworzyłam.

Dopiero, gdy zaczęło robić się ciemniej ujrzałam coś na kształt telewizora, co jednak nie miało ekranu, połowy ramy i głównego elementu - korzenia, jednak z powodu uporczywego głodu zrobiłam sobie krótką przerwę, w trakcie której zerwałam kilka kwiatów z tych, które rosły wokół i zjadłam łapczywie. Po tym nie miałam już siły ani chęci, żeby budować dalej, więc wróciłam zrezygnowana do domu. Światła były już pogaszone, więc po omacku próbowałam dotrzeć do schodów. Boleśnie uderzyłam palcami w pierwszy stopień, a gdy próbowałam wlecieć na górę, źle wymierzyłam odległość i walnęłam głową w sufit, przez co spadłam na schody, stoczyłam się na sam dół i zwinęłam w poobijany kłębek. Kiedy otrząsnęłam się z szoku, rozejrzałam się i przez chwilę nasłuchiwałam, czy Brokin się nie obudził. Gdy upewniłam się, że cisza trwa i ma się dobrze, ostrożnie wpełzłam na górę. Weszłam do pokoju i już chciałam rzucić się na łóżko, gdy pośrodku materaca wyczułam coś podejrzanie futrzanego. Prychnęłam cicho pod nosem i delikatnie złapałam całą miękką kulkę, która była zdecydowanie zbyt ciężka niż powinna. Ostrożnie przełożyłam ją na parapet i w końcu położyłam się na łóżku.

Dzień 12

Słońce świeciło już od dawna, gdy otworzyłam oczy. Odgarnęłam kołdrę i spojrzałam na siebie. Byłam ubrana we wczorajszy strój, który był dosyć pogięty, ale nie miałam siły się przebrać. Zeszłam wolno po schodach. Światło słoneczne oświetlało dom, sprawiając że wszystko okryło się jakby mgłą. W kuchni stał Brokin.

- Co chcesz na śniadanie? - zapytał dziwnie miękkim głosem.

- Nic, zjem w ogródku. Muszę skończyć budowę telewizora. Panda śpi w pokoju, zajmij się nią, proszę - poprosiłam, czujac że słowa układają się w moim ustach niemalże bez mojej wiedzy.

Wyszłam na zewnątrz i zerwałam kilka białych kwiatów. Zjadałam je, siadając na trawie przed szkieletem telewizora. Zaczęłam łączyć kolejne, kolejne elementy... Czas ciągnął się jak guma. Nagle poczułam silny wiatr wzbijający mi włosy i wszystko gwałtownie przyspieszyło. Głośny, przeszywający czaszkę pisk rozległ się w powietrzu. Do ogródka wpadł Brokin.

- Alarm! Inwazja! - wykrzyknął z paniką w oczach.

Patrzyłam na niego oszołomiona, kiedy podnosił mnie na nogi. Bez sprzeciwu pozwoliłam wyprowadzić się przed dom. Niedaleko lasu, kilkadziesiąt metrów od nas wylądował biały, zgrabny statek o opływowym kształcie. Brokin pociągnął mnie w stronę drzew. Potykając się, ruszyłam za nim. Cały czas patrzyłam się przez ramię do tyłu. Drzwi statku opuściły się, a ja zobaczyłam ludzi w skafandrach, którzy powoli, uważając na każdy krok, wychodzili z wnętrza pojazdu. Zatrzymałam się, wyrwałam rękę z dłoni Brokina i zaczęłam biec w ich stronę. Oszołomiony Brokin pobiegł za mną. Kiedy zorientował się, gdzie biegnę, stanął nagle i zawołał:

- Co robisz?! Musimy się kryć! Do lasu!

- To przecież ludzie, nie widzisz?! Nic nam nie zrobią! - odkrzyknęłam.

Pociągnęłam go za sobą. Nie biegł. Musiałam go wlec, ale nie męczyłam się. Szybko dopadłam do pierwszego człowieka.

- Hej, też pochodzę z Ziemi! Co was tu sprowadza? - zapytałam, zdumiona maszyną, która nijak nie przypominała znanych mi statków kosmicznych - Możecie zdjąć już te stroje, tu można spokojnie oddychać.

Zobaczyłam jak wytrzeszcza oczy.

- Aaron, mam dwóch - usłyszałam informację, którą wymówił do kogoś z ich grupy.

- Przyjąłem - odpowiedział mu ledwie dosłyszalny głos.

Ziemianin złapał mnie brutalnie za ramiona. Próbowałam się wyrwać, mówić, że nic mu nie zrobię, ale on jakby nie rozumiał. Związał mi ręce liną i zawlókł do wnętrza statku. Spojrzałam za siebie.

- Brokin! - chciałam zawołać, lecz głos ugrzązł mi w gardle. Zobaczyłam jak obezwładniają mojego przyjaciela. Gdy go pojmali zaczął się szarpać i młócić ramionami w powietrzu, lecz szybko przestał. Ktoś wbił mu strzykawkę w odsłonięte ramię. Oczy Brokina zaszły mgłą, bezwładne ciało złapało dwoje ludzi. Poczułam jak łzy napływają mi do oczu. Odwróciłam głowę i bez sił do dalszego oporu ruszyłam za trzymającym mnie człowiekiem, który wprowadził mnie do statku. Znalazłam się w białym, owalnym pomieszczeniu z migoczącymi światłami po bokach. Przy ścianie stały cztery łóżka. Zobaczyłam parę Kraunów wciąganych do pomieszczenia przez drzwi po drugiej stronie. Jeden z nich próbował zmienić się w kruka. Poleciał kilka metrów, podczas gdy człowiek, który go prowadził, stał oszołomiony w miejscu. Chwilę później dało się słyszeć strzał i coś opadającego na ziemię. Kobieta, którą prowadzono wraz z tym Kraunem, krzyknęła w rozpaczy. Do pomieszczenia wleciało czarne pióro. Zamknęłam oczy. Poczułam jak ktoś zrzuca mnie na łóżko i zapina pasami. Uniosłam powieki i ujrzałam Brokina, którego niosło na rękach dwóch kosmonautów. Jego także położyli na łóżku. Chciałam zobaczyć, co dalej z nim zrobią, ale nie mogłam, bo oślepiło mnie światło. Mocno mrużąc oczy zauważyłam, że wokół mnie zebrało się więcej osób. Każda z nich trzymała inne narzędzie używane w medycynie. Nóż, skalpel, kredka... Kredka? Człowiek trzymający ją podwinął mi tunikę i zaczął rysować mi na brzuchu przerywane okręgi. Gdy skończył, zbliżył się ktoś inny, z nożem. Już wiedziałam, co zamierza uczynić. Mocno zacisnęłam oczy. Zaczęłam się modlić, po moich policzkach płynęły łzy bezsilności. Poczyłam ostrze wkłuwające się w delikatną skórę wokół pępka. Jednocześnie usłyszałam stuknięcie. Później drugie. Nim nóż zagłębił się w mój brzuch, nie słyszałam już stuknięć, a uderzenia - mocne, natarczywe. "Pewnie mam omamy, bo nie chcę umrzeć tak szybko" - pomyślałam mimochodem. Lecz wtedy ostrze zostało zdjęte z mojego brzucha. Delikatnie rozchyliłam oczy. Człowiek, który chciał przeprowadzić na mnie operację bez znieczulenia rozglądał się wokół oczami rozszerzonymi z przerażenie. Inni Ziemianie miotali się spanikowani po pomieszczeniu. Spojrzałam na ścianę dygoczącą koło mojego łóżka. Od kiedy ściany dygoczą? Nagle poczułam ciepło rozpływające się po plecach. Odkręciłam głowę najbardziej jak potrafiłam. Zobaczyłam końcówkę moich skrzydeł. Złote pióra. Na moich skrzydłach były złote pióra. Nie mogłam się nad tym dłużej zastanawiać, po usłyszałam, że ściany pękają. W najbliższej pojawiła się ogromna wyrwa. Już po chwili z sufitu zaczęły spadać odłamki. Zobaczyłam wyłaniającego się zza muru pegaza. Skąd wziął się tu pegaz? Po chwili ujrzałam następnego. Oba przebijały się przez ściany, które poddawały się niczym masło dla noża. Dziesiątki dziurek i pęknięć zasiały ścianę. Gdy rozchybotała się na dobre, a sufit zaczął się niebezpiecznie trząść, pegazy pogalopowały w moją

stronę. Oba dotknęły pyskami moich skrzydeł. Kiedy już tak uczynili, usłyszałam ryk, jaki wydały burzące się ściany. Wiedziałam, że brakuje już tylko sekund do zawalenia się sufitu. I wtedy poczułam jak całe moje ciało zaczyna piec. Oczy wypełniła mleczna biel, w której usłyszałam głęboki, wyraźny głos: "To nie tylko sen, to rzeczywistość. Jeśli nie powstrzymasz wydarzeń, Krauron zginie...". Zobaczyłam jeszcze tylko maleńkie czarne kropki wpływające na biały ekran, jak przerywania w telewizorze. A potem? Potem nie było już niczego.