Kiedy byłam małą dziewczynką, naiwnie wierzyłam, że całe moje życie będzie jak jeden długi, cudowny letni dzień.
Wierzyłam w to, bo tak się ono dla mnie zaczęło. Choć niewiele
pamiętam z wczesnego dzieciństwa, jedno o nim mogę
powiedzieć na pewno: było szczęśliwe, za co do dziś jestem ogromnie
wdzięczna.
Moi rodzice nie byli bogaci, ale nie byli też biedni. Na
niczym nam nie zbywało, dlatego nikomu z nas nie przychodziło
do głowy myśleć o pieniądzach, martwić się ich brakiem czy
nadmiarem. W naszym średnio zamożnym sąsiedztwie nikt nie
miał ani mniej, ani więcej, nikt też w związku z tym nie
próbował porównywać własnego bogactwa do bogactwa innych.
Byliśmy zwykłymi ludźmi, którzy cieszyli się urokami
spokojnego życia.
Nasz tata pracował w służbie informacyjnej dużej firmy
produkującej komputery, w Gladstone - małym miasteczku
o liczbie dwunastu tysięcy sześciuset dwóch mieszkańców - w stanie
Pensylwania. Tata osiągnął wielki sukces. Jego szef tłumaczył
to niezwykłe powodzenie w pracy nienagannymi manierami
i nieprzeciętną urodą ojca. Często, jadając z nami obiad,
wychwalał go pod niebiosa, na koniec oświadczając: "Wielki Boże,
Chris, nikt rozsądny nie mógłby się oprzeć facetowi takiemu
jak ty!".
W pełni się z tym zgadzałam. Ojciec był ideałem. Miał metr
osiemdziesiąt pięć wzrostu, ważył osiemdziesiąt dwa kilo i miał
gęste, jasne włosy. Jego błękitne oczy wyrażały ogromną wolę
życia. Grał w tenisa i golfa jak profesjonalista, a pływał tak
często, że przez cały rok zachowywał doskonałą kondycję.
Zawsze był w biegu. Podróżował w interesach samolotami po
całym kraju, od Kalifornii po Florydę. Często drogi jego
służbowych wojaży prowadziły za granicę.
Podczas nieobecności taty my pozostawaliśmy w domu pod
opieką mamy.
W każde piątkowe popołudnie, nawet jeśli padał deszcz czy
śnieg, dla nas zawsze świeciło słońce, bo tata, który nie mógł,
jak sam mówił, znieść rozłąki dłużej niż pięć dni, niezawodnie
tego dnia uszczęśliwiał nas swoim powrotem. Instynktownie
odgadując godzinę jego przyjazdu, mój brat i ja chowaliśmy się
gdzieś blisko frontowych drzwi, a gdy tata wreszcie
wykrzykiwał słowa powitania, z wrzaskiem wybiegaliśmy z naszych
kryjówek, aby po chwili odnaleźć się w silnych ramionach ojca,
którego pocałunki rozgrzewały nasze usta.
Tak, piątki były najszczęśliwszymi dniami, sprowadzały tatę
do domu - do nas.
Podczas naszych powitań mama zazwyczaj stała z boku,
cierpliwie czekając na ich koniec. Dopiero wówczas, kiedy
zabieraliśmy się do rozpakowywania przywiezionych przez tatę
prezentów, ona, układając usta w powitalny uśmiech, wolno
podchodziła do niego. Wtedy tata czule brał ją w ramiona
i ciekawie przyglądał się jej twarzy, jakby się długo nie widzieli.
Mama doskonale wiedziała, jak osiągnąć ten efekt. W piątki
spędzała pół dnia w salonie piękności. Po przyjściu do domu
brała kąpiel w pachnącej olejkiem wodzie. Potem na długą
chwilę siadała przed lustrem przy toaletce i ostatecznie
przeobrażała się z kobiety atrakcyjnej w istotę tak zachwycająco
piękną, że aż nieprawdziwą. Najzabawniejsze w tym wszystkim
było przekonanie taty, który stanowczo twierdził, że mama
nigdy nie stosowała makijażu. Po prostu wierzył, że z natury
była urzekającą pięknością.
Kiedy tak stali przytuleni jedno do drugiego, tata zasypywał
mamę pytaniami o to, czy go kocha, czy cieszy się z jego
powrotu, czy bardzo tęskniła, a ona odpowiadała mu
pocałunkami, zmysłowym spojrzeniem lub namiętnym szeptem.
Pewnego dnia, gnani zimowym wiatrem, Christopher i ja
wróciliśmy ze szkoły do domu wcześniej niż zazwyczaj. Mama
siedziała przy kominku w pokoju gościnnym. Jeszcze zanim
tam weszliśmy, dwukrotnie zdążyła przypomnieć nam
o konieczności zdjęcia butów. Zrzuciliśmy je w przedpokoju, tam
też zostawiliśmy ciężkie płaszcze z kapturami, a potem tylko
w skarpetkach ścigaliśmy się do tego miejsca wysłanego białym
pluszowym dywanem.
Pokój gościnny był królestwem mamy. Urządziła go sama,
według własnego pomysłu. Trudno było oprzeć się wrażeniu,
że wszystkie zgromadzone w tym pastelowym pokoju rzeczy
istnieją wyłącznie po to, aby jej służyć. Dobrane z gustem
świadczyły o wyrobionym smaku mamy, a pełniąc rolę
jedynego w swoim rodzaju tła, dyskretnie podkreślały walory jej
urody. Najczęściej był dla nas zamknięty. Zresztą nie miało to
większego znaczenia, gdyż nigdy nie czuliśmy się w nim
naprawdę swobodnie. Zdecydowanie woleliśmy pokój taty, gdzie
mogliśmy się bawić bez obawy, że coś zniszczymy.
- Mamo, mróz jest na dworze! - obwieściłam zdyszana,
przysuwając się do ognia. - Jazda do domu na rowerach była
wspaniała. Wszystkie drzewa i krzaki iskrzą się diamentowymi
soplami lodu. Świat wygląda bajecznie. Za nic nie chciałabym
mieszkać na południu, gdzie nigdy nie ma śniegu.
Kiedy ja szczebiotałam o pogodzie, Christopher, mądrzejszy
i starszy ode mnie o dwa lata i pięć miesięcy, w milczeniu
ogrzewał się przy ogniu, uważnie obserwując mamę. Zdziwiona jego
zachowaniem, spojrzałam na nią, szukając powodu takiego
zainteresowania. Jednak niczego szczególnego nie zauważyłam.
Mama, szybko i z dużą wprawą, robiła na drutach biały
sweterek, wielkością odpowiadający mniej więcej rozmiarom moich
lalek. Pomyślałam więc, że to prezent na Boże Narodzenie dla
jednej z nich.
- Mamo, dobrze się czujesz? - nagle spytał Christopher.
- Oczywiście - odpowiedziała, łagodnie się uśmiechając.
- Wyglądasz na zmęczoną - nie dawał za wygraną.
- No, dobrze. Powiem wam - rzekła, odkładając robótkę. -
Byłam dziś u lekarza...
- Mamo! Jesteś chora? - przerwał jej przerażony
Christopher.
Zaśmiała się serdecznie, głaszcząc zaróżowiony od zimna
policzek mojego brata.
- Christopherze Dollangangerze, ty przecież dobrze wiesz.
Od dawna mnie obserwujesz i wiem, że męczą cię podejrzenia -
mówiąc to, przyciągnęła nasze dłonie i położyła je sobie na
brzuchu. - Czujecie coś? - zapytała z dziwnym zadowoleniem.
Zawstydzony Christopher szybko cofnął rękę, więc mama
zwróciła się do mnie.
- Co czujesz, Cathy? - spytała.
Gdzieś tam, w środku niej, działo się coś dziwnego.
Delikatne, ledwie wyczuwalne ruchy poruszały od wewnątrz jej
ciałem. Podniosłam głowę i wnikliwie przyjrzałam się mamie.
Nigdy nie zapomnę, jak pięknie wtedy wyglądała, niczym
Madonna Rafaela. Po chwili głębokiego zastanowienia postawiłam
diagnozę:
- Mamo, to chyba twój obiad rusza się w żołądku, a może
masz wzdęcie?
Musiałam ją nieźle rozbawić, bo śmiała się długo, a potem
poprosiła, abym raz jeszcze spróbowała odgadnąć. Niestety,
bezskutecznie.
Kiedy wreszcie dzieliła się z nami nowiną, jej głos brzmiał
uroczyście i słodko, a my w ciągu pięciu minut dowiedzieliśmy
się, że ona jest w ciąży, że w maju urodzi dziecko, właściwie nie
jedno, lecz dwoje, bo lekarz podczas ostatniego badania wyczuł
dwa tętna.
- Wasz ojciec jeszcze o niczym nie wie, więc nie mówcie mu,
dopóki ja tego nie zrobię - skończyła mama, a jej piękna twarz
jaśniała w blasku ognia, pośród ciszy, której nikt z nas nie
potrafił przerwać.
Nie wiedziałam, co powiedzieć ani w ogóle jak się zachować.
Czułam tylko, że w ciągu tych pięciu minut stałam się najnieszczęśliwszym dzieckiem na świecie. Ze łzami w oczach
pobiegłam do swojego pokoju i rzuciłam się twarzą na łóżko.
Wiadomość o jakichś nowych dzieciach, które za kilka miesięcy
miały pojawić się w naszym domu, wywołała u mnie burzę
niekończących się spazmów. To przecież ja byłam jeszcze
dzieckiem i wcale nie potrzebowałam innych mniejszych ode mnie
dzieci, które miałyby zająć moje miejsce. Najgorsza była
świadomość tego, że zostałam postawiona przed faktem
dokonanym, a więc niczego nie mogłam już zrobić, aby się temu
przeciwstawić. Dlatego z bezsilności waliłam pięściami w poduszki, a potem pomyślałam o ucieczce.
Wtedy ktoś zapukał delikatnie do drzwi.
- Cathy - usłyszałam głos mamy - czy mogę wejść
i porozmawiać z tobą?
- Odejdź - krzyknęłam. - Już teraz nienawidzę tych twoich
dzieci!
Dobrze wiedziałam, co mnie czekało: los tak zwanego
środkowego dziecka, o które nikt nie dba, o którym tak naprawdę
nikt nie pamięta. O mnie też wszyscy zapomną. Nie będzie już
więcej piątkowych prezentów, a tata zajmie się wyłącznie
mamą, Christopherem i tymi wstrętnymi bachorami, które
zajmą moje miejsce.
Tata przyszedł do mnie wieczorem, zaraz po przyjeździe
z pracy. Wcześniej otworzyłam drzwi na oścież, tak na wypadek,
gdyby chciał mnie zobaczyć. Kiedy w nich stanął, ukradkiem
zerknęłam na niego. Był smutny, pod pachą trzymał duże
pudło zapakowane w srebrną folię i przewiązane wstążką
z wielką kokardą z różowej satyny.
- Jak się miewa moja Cathy? - zapytał spokojnie.
Nic nie odpowiedziałam, tylko przekręciłam się na łóżku,
spoglądając na ojca z zawziętą miną.
- Po raz pierwszy nie przybiegłaś mi na spotkanie, nie
przywitałaś się ze mną, a do tego patrzysz na mnie jak na złoczyńcę.
Córeczko, sprawiasz mi przykrość.
Czy tata rzeczywiście nie zdawał sobie sprawy, że to właśnie
on zadawał ból własnej córce, która na zawsze miała być jego
najukochańszą i jedyną córką? Czemu on i mama zamówili
sobie więcej dzieci? Czy naprawdę dwoje im nie wystarczyło?
Wobec mojego nieustępliwego milczenia tata ciężko
westchnął i usiadł na brzegu łóżka.
- Możesz mi wierzyć lub nie, ale zawsze, bez względu na
wszystko, będziesz znaczyła dla mnie bardzo wiele -
oświadczył, a ja zrobiłam kwaśną minę, aby dać do zrozumienia, że
tak łatwo nie nabiorę się na jego słodkie wyznanie. Przecież
teraz miał swojego syna i tę gromadkę płaczących dzieci
w drodze, więc czyż mogłam dla niego cokolwiek jeszcze znaczyć?
O nie, nie byłam mu już do niczego potrzebna.
- Wierzyłem, być może naiwnie - kontynuował tata, bacznie
mnie obserwując - że udało mi się zdobyć waszą miłość nie za
sprawą prezentów, lecz pokazując, jak wiele jest miejsca dla was
w moim sercu, bez względu na to, ile jeszcze mielibyśmy
z mamą innych dzieci. Myślałem, że moja Cathy wie, iż nadal
będzie moją ukochaną córeczką, ponieważ jest jedyną w swoim
rodzaju dziewczynką.
Rzuciłam mu skrzywdzone spojrzenie, po czym odezwałam
się zdławionym głosem:
- Jeżeli mama będzie miała jeszcze jedną córkę, jej to samo
będziesz mówił?
- A jak myślisz?
- Myślę, że to samo. Może nawet będziesz ją kochał bardziej
niż mnie, bo ona będzie mała i słodka - załkałam, cierpiąc tak
okrutnie, że w tym momencie mogłabym wyć z zazdrości.
- Mogę ją kochać tak samo, ale nie bardziej - odpowiedział
poważnie tata.
Kiedy wyciągnął ręce, dłużej nie mogłam się już opierać.
Rzuciłam się w jego ramiona i przytuliłam z całej siły.
- Cii. Nie płacz i nie bądź zazdrosna. Nie będziesz kochana
ani trochę mniej - uspokajał mnie, a potem tłumaczył, że małe
dzieci są bardziej absorbujące od lalek, w związku z czym na
mamę spadnie więcej obowiązków i jeśli tylko zechcę, będę
mogła jej pomóc, na co zresztą wszyscy liczą. - Przebywając
daleko od domu, będę czuł się lepiej, wiedząc, że mama ma obok
siebie kochającą córkę i oddaną pomocnicę.
Jego ciepłe usta przylgnęły do mojego policzka mokrego od
łez. Z wdzięczności obsypałam twarz taty setką pocałunków,
aby zetrzeć niepokój zasiany w jego oczach. Uśmiechaliśmy się
do siebie, tuliliśmy i obdarowywaliśmy nawzajem serdeczną
czułością, radośni z odzyskanego szczęścia. Na koniec tata
wręczył mi cudowny prezent. Była to wykonana w Anglii srebrna
szkatułka z pozytywką, w której w takt muzyki kręciła się przed
malutkim lustrem, we wdzięcznej pozie, ubrana na różowo
baletnica. Nim ochłonęłam z pierwszego wrażenia, ojciec włożył
mi na palec mały złoty pierścionek z czerwonym oczkiem,
który nazwał granatem.
- Gdy tylko ujrzałem tę szkatułkę, wiedziałem, że musisz ją
mieć. A dając ci ten pierścionek, przysięgam, że będę zawsze
kochał moją Cathy trochę więcej niż inne córki - tak długo, jak
długo ona sama nikomu o tym nie powie.
Przez pierwsze tygodnie maja tata niemal na krok nie ruszał
się z domu, czekając przyjścia na świat dzieci. Mama stała się
nerwowa i niespokojna, a pani Bertha Simpson w jej
zastępstwie zajęła się przygotowywaniem posiłków. To była nasza
najbardziej zaufana opiekunka, choć czasami robiła głupią minę,
patrząc na mnie i Christophera. Zawsze twierdziła, że mama
i tata wyglądali raczej na rodzeństwo niż małżeństwo. Pani
Simpson była zawzięta i zrzędliwa, rzadko miała do
powiedzenia coś miłego. Najczęściej gotowała kapustę, której ja
nienawidziłam.
Pewnego wtorku w porze obiadowej tata wpadł do jadalni
i oznajmił, że jedzie z mamą do szpitala. Podenerwowany prosił
nas, abyśmy się nie martwili, i zapewniał, że wszystko będzie
dobrze, tak jakby sam potrzebował wsparcia i otuchy.
Wrócił dopiero następnego ranka. Był nieogolony,
zmęczony, w pogniecionym garniturze, ale uśmiechał się do nas
pełen triumfu.
- Zgadnijcie: dziewczynki czy chłopcy? - zapytał już
w progu.
- Chłopcy - zgadywał Christopher, któremu zależało na
braciach, aby móc ich uczyć grać w piłkę. Ja także chciałam braci,
z ciągłej obawy, że dziewczynka mimo wszystko mogłaby
skraść uczucia taty, którymi wyłącznie powinien obdarzać
pierwszą córkę.
- Chłopiec i dziewczynka - dumnie obwieścił tata. -
Najpiękniejsze dzieci, jakie kiedykolwiek widzieliście. Ubierzcie
się szybko, a będziecie mogli sami je zobaczyć.
Byłam ponura, kiedy patrzyłam przez okienko sali
noworodków na moje rodzeństwo wprawnie trzymane przez
pielęgniarkę. Oboje byli tacy mali, chyba nawet mniejsi od moich
lalek. Jedno z nich przeraźliwie krzyczało, jakby ktoś kłuł je
szpilką.
- Och - westchnął ojciec, całując mnie w policzek - Bóg był
dla mnie łaskawy, zsyłając jeszcze jednego syna i córkę, tak
doskonałych, jak moja pierwsza para.
Odkąd bliźnięta pojawiły się w domu, nasze życie dosłownie
zostało postawione na głowie. Wszyscy czuliśmy się zmęczeni,
a przede wszystkim niewyspani, gdyż całonocny odpoczynek
okazał się praktycznie niemożliwy wobec uciążliwej obecności
tych dwojga krzykaczy. Przyczyną ogólnego podrażnienia była
najczęściej Carrie, która płakała i wrzeszczała dziesięć razy
głośniej niż Cory.
Z czasem jednak wszystko wróciło do normy. A kiedy
spostrzegłam, że na mój widok oczy bliźniąt zaczęły radośnie
jaśnieć, coś ciepłego i matczynego zagościło w moim sercu. Odtąd
nie potrafiłabym już wyobrazić sobie choćby jednego dnia bez
młodszego rodzeństwa. Na złamanie karku pędziłam ze szkoły
do domu, aby tylko móc znowu bawić się z Carrie i Corym.
Szybko nauczyłam się zmieniać im pieluszki, karmić je butelką
i trzymać na ramieniu po posiłku. Zrozumiałam również, że
moje obawy o uczucia rodziców były zupełnie bezpodstawne.
Przekonałam się bowiem, że w ich sercach jest miejsce nie tylko
dla nowej dwójki dzieci. A przy okazji, nie bez zdziwienia,
zauważyłam, że i ja mogę szczerze pokochać bliźnięta - nawet
Carrie, która była tak ładna jak ja, a może nawet ładniejsza.
Dzieci rosły jak na drożdżach. Mama jednak stale twierdziła,
że są zbyt drobne. W końcu rodzice zdecydowali się zasięgnąć
rady lekarza, który szybko ich uspokoił, tłumacząc, że bliźnięta
z reguły są mniejsze od pojedynczo urodzonych dzieci.
- Widzicie - mądrzył się potem Christopher - lekarze
naprawdę wszystko wiedzą.
- Tak mówi mój syn, który chce zostać lekarzem -
odpowiedział tata. - Pamiętaj mimo to, że nikt nie wie wszystkiego,
Chris.
Ojciec był jedyną osobą, która nazywała mojego starszego
brata Chrisem. Przywykliśmy do tego, tak jak i do przezwiska
wymyślonego nam przez Jima Johnstona.
Nasze nazwisko było śmieszne i diabelnie trudne do
przeliterowania - Dollanganger. Ponieważ wszyscy mieliśmy jasnoblond włosy i jasną karnację - oczywiście, z wyjątkiem wiecznie
opalonego taty - właśnie Jim Johnston, skądinąd najlepszy
przyjaciel domu, przypiął nam przezwisko "drezdeńskie lalki".
Mówił, że swoim wyglądem przypominaliśmy mu ozdobne
porcelanowe figurki, które najczęściej upiększały obramowania
kominków. Nie trzeba było długo czekać, aby wszyscy nasi sąsiedzi
zaczęli wołać na nas "drezdeńskie lalki", co z pewnością było
łatwiejsze do zapamiętania i wymówienia niż Dollanganger.
Gdy bliźnięta miały cztery lata, Christopher czternaście, a ja
dwanaście, nadszedł szczególny piątek - trzydzieste szóste
urodziny taty. Postanowiliśmy je uczcić, wydając przyjęcie.
Wszystkie przygotowania do tej urodzinowej uroczystości odbywały
się w głębokiej tajemnicy przed nim, aby tym większą sprawić
mu niespodziankę.
Kiedy dom został wysprzątany i odpowiednio udekorowany,
co zabrało nam większą część dnia, mogliśmy wreszcie zająć się
naszym wyglądem. Oczywiście, na mnie spadł obowiązek
przygotowania bliźniąt, które raz jeszcze trzeba było wykąpać,
a potem, będąc nieziemsko cierpliwym, ustroić w odświętne
ubranka. O dziwo, Cory chętniej poddawał się tym
czynnościom, niespodziewanie zdradzając większe zamiłowanie do
czystości niż jego bliźniacza siostra. Oboje, wymytych
i ubranych, odesłałam pod opiekę Christopherowi, który zdążył już
stoczyć przegrany pojedynek z mamą, kategorycznie nakazującą mu zastąpienie ulubionej flanelowej bluzy i dżinsów
elegancką koszulą z krawatem, jasnoniebieską sportową marynarką i kremowymi spodniami - jednym słowem, strojem
odpowiednim na tak uroczystą okazję. Pochmurny Christopher
czytał bliźniętom Opowieści Babci Gąski, a ja w pośpiechu
wskoczy łam do wanny, wykąpałam się, umyłam i ułożyłam
włosy. Na koniec przywdziałam różową sukienkę i w całej
krasie pokazałam się starszemu bratu.
- Hej - mruknął - wyglądasz całkiem nieźle.
- Całkiem nieźle? Tylko na tyle cię stać?
- To najwięcej, na co mnie stać dla siostry.
Jak zwykle mama była bezkonkurencyjna. Wyglądała jak
księżniczka z bajki w długiej, wieczorowej sukni w delikatnym,
morskim kolorze. Jej prześliczną szyję ozdabiał sznur korali,
które jaśniały w blasku zachodzącego słońca. Patrzyliśmy na
nią z podziwem, kiedy przyszła po nas, aby wspólnie powitać
pierwszych gości.
Minęła godzina piąta, a zielony cadillac taty jeszcze się nie
pojawił. Zaproszeni goście wprawdzie próbowali podtrzymywać
beztroską rozmowę, lecz mimo to atmosfera przyjęcia stawała
się coraz bardziej napięta. Mama była poważnie zaniepokojona,
gdyż tata zazwyczaj wracał do domu o czwartej, a czasami
nawet wcześniej. Poza tym zawsze uprzedzał nas
o ewentualnym spóźnieniu.
O godzinie siódmej nic się nie zmieniło. Ciągle czekaliśmy.
Wspaniałe dania, które mama tak długo przygotowywała,
wysychały od zbyt długiego przetrzymywania w piekarniku,
a kładzione zwykle o tej porze do łóżek bliźnięta były już
porządnie głodne, śpiące i okropnie marudne, wprawiając
wszystkich w zakłopotanie nieustannymi pytaniami o powód
nieobecności taty.
- No cóż, Corrine, twój tatuś znalazł sobie chyba inną
panienkę - głupio zażartował Jim Johnston, za co od razu został
skarcony przez własną żonę.
Przez cały czas stałam przy oknie, usiłując wypatrzyć
w ciemnościach wracającego tatę. Coś nieprzyjemnego ściskało
mnie w brzuchu, bardziej ze zdenerwowania niż z głodu,
o którym dawno zdążyłam zapomnieć.
Nagle na podjeździe pojawił się jakiś samochód. Wszyscy,
domownicy i goście, z przedwczesnym uczuciem ulgi podbiegli
do okien, aby z jeszcze większym przerażeniem skonstatować,
że to nie oczekiwany cadillac taty zatrzymał się przed drzwiami
frontowymi, lecz radiowóz policji stanowej.
Zamarliśmy w bezruchu, kiedy Jim Johnston wpuszczał do
środka dwóch funkcjonariuszy, którzy wobec tak wielu
wpatrujących się w nich osób wyglądali na speszonych
i nieporadnych.
- Pani Dollanganger? - zapytał starszy z nich, wodząc
wzrokiem po zebranych w pokoju kobietach.
Mama sztywno skinęła głową. Oboje z Christopherem
natychmiast przysunęliśmy się bliżej niej. Natomiast bliźnięta
nadal siedziały na podłodze, wykazując małe zainteresowanie
niespodziewaną wizytą policjantów.
Uprzejmie wyglądający mężczyzna w mundurze,
o czerwonej twarzy, podszedł do mamy.
- Pani Dollanganger - zaczął powoli - jest nam bardzo
przykro, ale na Greenfield Highway zdarzył się wypadek.
- O Boże! - krzyknęła mama, przyciągając do siebie mnie
i Christophera.
- Niestety - kontynuował bezlitośnie - pani mąż był ofiarą
tego wypadku.
Mama zachwiała się i pewnie by upadła, gdybyśmy jej
w porę nie podtrzymali. Cała drżała, tak zresztą jak ja. W jej
drżeniu odczuwałam paniczny strach. Chciałam uciec, ale nie
potrafiłam zrobić choćby jednego kroku. Stałam jak
sparaliżowana, hipnotycznie wpatrując się w miedziane guziki munduru
policjanta.
- Zdaniem kierowców, którzy widzieli wypadek, to nie była
wina pani męża - głos płynął monotonnie. - Według danych,
jakie zebraliśmy, sprawcą nieszczęścia był najprawdopodobniej
nietrzeźwy kierowca niebieskiego forda, który nagle wjeżdżając
na lewy pas ruchu, stworzył zagrożenie czołowego zderzenia
z samochodem pani męża. Wydaje się, że pan Dollanganger
widział nadchodzące niebezpieczeństwo, gdyż usiłując go
uniknąć, raptownie odbił w bok. Niestety wpadł w poślizg.
Samochód kilka razy przekoziołkował i zderzył się
z nadjeżdżającą ciężarówką. Wtedy ponownie się przekręcił i stanął
w płomieniach.
W pokoju pełnym ludzi panowała grobowa cisza. Nawet
bliźnięta oderwały się od zabawy i patrzyły na policjantów.
- Mój mąż - szeptała mama. - On... Czy on żyje?
- Jest mi ogromnie przykro, że przynoszę złe wieści... -
zająknął się starszy policjant i rozejrzał wokół z zażenowaniem. -
Jest mi naprawdę przykro, wszyscy robili, co w ludzkiej mocy,
aby go wyciągnąć, tyle że nie miało to większego znaczenia,
gdyż on, według świadectwa lekarza, zginął na miejscu.
W tym momencie ktoś krzyknął.
Spojrzałam na mamę. Jej oczy były smutne i wystraszone.
Rozpacz zmyła promienny blask z jej pięknej twarzy, która
przypominała teraz śmiertelną maskę. Czułam, że mama
dawała wiarę relacji policjanta, tym samym jakby
przypieczętowując śmierć ojca. Chciałam zaprotestować, krzyczeć, że żadne
z tych słów nie mogło być prawdą. Nie tata! Nie mój tata! On
nie mógł zginąć... Nie mógł! Śmierć przecież dotyka ludzi
starych, chorych, a nie takich jak on.
Ale obok mnie stała mama, która popadała w coraz większą
rozpacz i rezygnację.
Zaczęłam płakać.
- Proszę pani - odezwał się młodszy z policjantów - mamy
kilka rzeczy pani męża, które wypadły z samochodu.
Uratowaliśmy, co się dało.
- Odejdźcie - wrzasnęłam. - Wynoście się stąd! To nie mój
tata! Czy nie rozumiecie tego? On zatrzymał się w sklepie, aby
kupić lody. Za chwilę tu będzie! Wynoście się!
Skoczyłam z impetem na policjanta i uderzyłam go w klatkę
piersiową. Próbował mnie odsunąć, gdy przybiegł Christopher
i odciągnął mnie na bok.
- Bardzo proszę, czy ktoś mógłby zająć się tym dzieckiem? -
zaperzył się zaatakowany policjant.
Chciałam, żeby ktoś wykrzyczał, że Bóg nie mógł zabrać do
siebie kogoś takiego jak tata, ale nikt tego nie zrobił.
Zszokowani goście tylko szeptali między sobą, a w powietrzu zaczęła
unosić się nieprzyjemna woń spalenizny od pozostawionych
w piekarniku potraw.
W końcu Christopher odezwał się dziwnym, matowym
głosem:
- Czy panowie jesteście pewni, że w samochodzie był nasz
tata? Jeżeli ten zielony cadillac palił się, to człowiek w środku
musiał być bardzo poparzony, więc bez zidentyfikowania
zwłok raczej trudno jednoznacznie orzec, czy to był tata, czy
nie?
Głęboki szloch wydarł się z gardła mamy, ale ani jedna
łza nie popłynęła z jej oczu. Była zaskoczona wystąpieniem
Christophera, bo od początku wierzyła, że ci dwaj mężczyźni
mówili prawdę!
Goście, którzy przybyli na to urodzinowe przyjęcie tak
pięknie ubrani, otoczyli nas teraz, pocieszając słowami, które
w takiej sytuacji nigdy nie odnoszą skutku.
Tata nie żył. Już nigdy nie zobaczymy go żywego.
Zobaczymy go jeszcze tylko ułożonego w trumnie, która powędruje
do ziemi, gdzie stanie marmurowy nagrobek, a na nim zostaną
wyryte jego nazwisko, data urodzenia i śmierci. Ten sam dzień
i miesiąc, tylko inny rok.
Rozejrzałam się dokoła. Nie zauważyłam bliźniąt, które, jak
się okazało, ktoś zabrał do kuchni, aby przygotować im coś do
jedzenia. Potem natknęłam się na Christophera - sprawiał
wrażenie tak samo zagubionego w tym koszmarze jak ja. Jego twarz
była blada i przestraszona, a oczy wypełniał żal.
Tymczasem policjanci rozłożyli na stoliku zebrane z miejsca
wypadku rzeczy taty. Skamieniałam, patrząc na te dobrze mi
znane przedmioty: portfel, który dostał od mamy na Gwiazdkę,
skórzany notes, kalendarzyk, zegarek, obrączkę. Wszystko było
poczerniałe i częściowo zwęglone. Poza tym na stoliku znalazły
się jakieś pluszowe zwierzątka, pewnie przeznaczone na
prezenty dla bliźniąt, i ubrania taty, które wypadły z walizek, gdy
otworzył się zamek bagażnika.
Teraz uwierzyłam we wszystko, o czym mówili policjanci.
Tata przecież nigdy nie zapomniałby o prezentach dla nas,
nawet w swoje urodziny.
Wybiegłam z pokoju, aby uciec jak najdalej od tych
wszystkich rzeczy i ludzi, dających świadectwo o śmierci ojca.
Pobiegłam do ogrodu i tam zaczęłam uderzać pięściami w stare
klonowe drzewo. Biłam tak długo i mocno, aż poczułam ból
i krew, która pociekła mi z licznych małych rozcięć. Potem
rzuciłam się na ziemię i wypłakałam ocean łez za tatę. Płakałam
nad nami, gdyż my musieliśmy żyć dalej, ale już bez niego.
I nad bliźniętami, które nie miały nawet szansy przekonać się,
jakim wspaniałym był człowiekiem. Gdy zabrakło już łez,
a oczy zrobiły się spuchnięte, czerwone i obolałe od tarcia,
usłyszałam za sobą kroki.
Obok mnie na trawie usiadła mama.
- Cathy - powiedziała po długiej chwili - spójrz na niebo,
jak wiele gwiazd je dziś rozjaśnia. Gdzieś tam jest teraz twój
tata i patrzy na ciebie. Chyba wiesz, że chciałby, abyś była
dzielna.
- Mamo, on żyje! - odpowiedziałam gwałtownie.
- Córeczko, kiedy ty byłaś w ogrodzie, ktoś w tym czasie
musiał zidentyfikować zwłoki. Jim Johnston, chcąc oszczędzić
mi bólu, zaofiarował się zrobić to za mnie. Jednak musiałam
zobaczyć tatę na własne oczy, bo tak jak ty nie mogłam
uwierzyć w jego śmierć. Cathy, twój tata naprawdę odszedł, a my
musimy się nauczyć z tym żyć.
Objęła mnie i mocno przytuliła do siebie.
- Chodź - rzekła. - Siedziałaś tu zbyt długo. Niedobrze jest
cierpieć w samotności. Lepiej przebywać między ludźmi
i dzielić z nimi swój żal, nie zamykając go w sobie.
Powiedziała to spokojnie, nie roniąc kropli łzy. Jednak
gdzieś wewnątrz siebie rzewnie płakała. Wyczułam to z tonu
głosu i smutku, który tkwił głęboko w jej oczach.
Po śmierci taty nasze życie stało się koszmarem. Z wyrzutem
patrzyłam na mamę przekonana, że powinna była nas wcześniej
przygotować na takie nieszczęście. Nam jednak nigdy nie
wolno było mieć domowych zwierzątek, które między innymi
pozwalają poznać uczucie straty spowodowanej śmiercią. Ktoś
dorosły powinien był nas uświadomić, że człowiek młody
i przystojny, kochający i kochany też może umrzeć.
Nie mogłam o tym porozmawiać z mamą, która stała się
odludkiem, przestała jeść, czesać się, a nawet ubierać w ładne
rzeczy, które wypełniały jej szafę. Nie tylko nie dbała o siebie, ale
także o nasze potrzeby. Dobrze, że przychodziły do nas
sąsiadki, które troskliwie zaopiekowały się nami, przynosząc
własne jedzenie. Dzięki tej pomocy w domu były zawsze
potrawki, szynki, gorące bułki, ciastka i placki.
W tym czasie odwiedzali nas wszyscy, którzy kochali,
podziwiali i szanowali tatę. Byłam zaskoczona, że znało go i lubiło
tylu ludzi. Cierpliwie znosiłam ciągle powtarzające się pytania
o okoliczności śmierci taty. W końcu przywykłam do myśli, że
śmierć jest ślepym żniwiarzem, niełaskawym dla kochanych
i potrzebnych.
Wiosenne dni szybko przeminęły i nadeszło lato. Bez
względu na intensywność cierpienia żal z czasem wygasa i ktoś
nawet prawdziwie kochany ostatecznie staje się niewyraźnym
cieniem w naszej pamięci.
Pewnego dnia natknęłam się na mamę, która miała tak
smutną minę, jakby zapomniała, co to w ogóle jest uśmiech.
- Mamo - zwróciłam się do niej - jeśli chcesz, będę
udawać, że tata nigdy nie umarł, tylko wyjechał w kolejną podróż
i niedługo wróci. Może w ten sposób wszyscy poczujemy się
lepiej.
- Nie, Cathy - odpowiedziała poruszona. - Musimy
zaakceptować prawdę. W udawaniu nie znajdziemy ukojenia,
dlatego nie mamy innego wyjścia, jak tylko pogodzić się ze
śmiercią ojca.
- Mamo, czy damy sobie radę bez niego?
- Zrobię wszystko, abyśmy przetrwali - oświadczyła
z determinacją.
- Czy będziesz musiała teraz pracować, tak jak pani
Johnston?
- Może tak, a może nie. Życie przynosi różne niespodzianki.
Niektóre są nieprzyjemne, jak widzisz. Zawsze jednak
pamiętaj, że przez dwanaście lat miałaś szczęście mieć ojca, dla
którego byłaś kimś szczególnym.
- Bo jestem do ciebie podobna - rzekłam, ciągle jeszcze
czując zazdrość, że zawsze byłam druga, po niej.
Spojrzała na mnie uważnie.
- Coś ci teraz powiem, Cathy, coś, o czym nigdy ci nie
mówiłam. To prawda, jesteś bardzo podobna do mnie, kiedy byłam
w twoim wieku, ale masz zupełnie inny charakter. Jesteś
bardziej przedsiębiorcza i zdecydowana, czym tacie nieustannie
przypominałaś jego matkę, którą bardzo kochał.
- Wszyscy kochają swoje matki - stwierdziłam niezbyt
usatysfakcjonowana tym wyróżnieniem.
- Nieprawda, są matki, które po prostu nie dają się kochać -
odpowiedziała z dziwnym wyrazem twarzy. A potem szybko
dodała: - Droga Cathy, ty i tata bez wątpienia byliście
szczególnie ze sobą związani. Właśnie dlatego teraz brakuje ci go
bardziej, o wiele bardziej niż Christopherowi czy bliźniętom.
Załkałam, opierając się o jej ramię.
- Nienawidzę Boga, że zabrał nam tatę, który nigdy nie
zobaczy mojego tańca ani też nie przekona się, czy Christopher
będzie dobrym lekarzem. Bez taty nic nie ma sensu.
- Nie możesz tak myśleć - odrzekła mama zdławionym
głosem. - Gdyby ojciec to usłyszał, z pewnością nie byłby z tego
zadowolony. On nigdy nie poddawał się przeciwnościom losu
i my musimy zrobić to samo.
Próbowaliśmy więc odnaleźć choćby promyk światła
w mrokach naszego żalu, nieświadomi, że najgorsze było przed nami.
Christopher i ja dbaliśmy o bliźnięta jak o własne dzieci,
gdyż mamie stale brakowało dla nich czasu. Ciekawe, że Carrie
i Cory, zewnętrznie do siebie niepodobni, stanowili mimo to
nierozdzielną całość. Zbudowali wokół siebie mur i pilnie
strzegli przed światem swoich sekretów. Mieli siebie i to im
wystarczało.
Mama tymczasem skoncentrowała się na pisaniu listów
i załatwianiu jakichś tajemniczych spraw, o których chyba nie
miała najmniejszego pojęcia. Wieczorami siadywała przy
biurku taty i mając przed sobą zieloną księgę podatkową, do
późna w nocy sprawdzała pliki rachunków. Poza tym nic ją nie
obchodziło.
Po kilku tygodniach oczekiwania nadszedł wreszcie list,
będący odpowiedzią na wiele napisanych przez mamę. Był to list
od jej rodziców. Mama, zanim otworzyła grubą kopertę, zaczęła
już płakać. A potem, trzymając w drżących rękach trzy kartki,
czytała ich treść wiele razy. Przez cały ten czas łzy spływały jej
po policzkach, co ogromnie nas zdeprymowało i zaniepokoiło.
- Wasza babcia - zaczęła mama - właśnie odpisała na moje
listy. Na te wszystkie listy, które do niej napisałam... No cóż,
zgodziła się, abyśmy przyjechali i zamieszkali z nią.
Odetchnęliśmy z ulgą, słysząc dobrą wiadomość. Tym
bardziej nie potrafiliśmy zrozumieć zachowania mamy, która
znowu zapadła w to swoje nostalgiczne milczenie, całkowicie
zapominając o naszej obecności.
- Mamo - przerwałam jej - czy wszystko w porządku?
- Oczywiście, kochanie - odpowiedziała, próbując się
uśmiechnąć. - Powinniście jednak o czymś wiedzieć. Mam
nadzieję, że to zrozumiecie i zrobicie wszystko, aby mi pomóc.
Mama westchnęła głęboko i zaczęła swą opowieść:
- Ludzie zawsze wierzą, że nic złego im się nie przytrafi. Nie
przewidują wypadków ani tym bardziej nie dopuszczają do
siebie myśli o przedwczesnej śmierci. Podobnie tata i ja byliśmy
przekonani, że dożyjemy późnej starości, radując się na koniec
widokiem naszych wnuków. Pragnęliśmy umrzeć jednocześnie,
tego samego dnia, aby żadne z nas nie musiało opłakiwać tego,
które odeszłoby pierwsze. Mój Boże, mieliśmy tyle cudownych
planów...
Wasz tata bardzo mnie kochał. Uczyniłby wiele, aby mnie
uszczęśliwić, dlatego nie przeciwstawiał się mojej potrzebie
życia w luksusie. W konsekwencji tego wydawaliśmy
pieniądze, których jeszcze nie mieliśmy. To nie była jego wina. On
znał biedę i często mnie upominał, żebym ograniczyła swoje
zachcianki. Nie potrafił jednak kategorycznie położyć kresu
mojej rozrzutności. Śmiałam się z jego obaw, więc on
ostatecznie poddawał się namowom i brał następny kredyt. Nie
bałam się takiego życia, gdyż tata znał się na interesach
i całkiem nieźle zarabiał. Wierzył zresztą, że z czasem dorobi się
większego majątku, co było wielce prawdopodobne, zważywszy
na tradycje jego rodziny, która dobrze wiedziała, jak robić
pieniądze. Ufałam mu i wiem, że zrealizowałby swoje plany, gdyby
tylko miał dość czasu. Teraz jednak nie ma to najmniejszego
znaczenia.
Cathy, Christopher, rozejrzyjcie się dokoła. Cały ten dom
jest obciążony hipotecznie na trzydzieści lat. Oznacza to, że nie
ma tu nic naprawdę naszego, gdyż ani jedna rzecz nie została
jeszcze w pełni spłacona. Nie byłoby to może takie straszne,
gdybyśmy mieli jakieś pieniądze. My ich jednak nie mamy,
dlatego oni teraz zabiorą nam te wszystkie piękne rzeczy. Tak się
robi, gdy ktoś nie ma dość pieniędzy na kolejne raty. Zabiorą
nam w zasadzie wszystko z wyjątkiem ubrań i waszych
zabawek - skończyła mama i spojrzała na nas wyczekująco.
Chciałam zrozumieć, o czym mówiła mama, i nie ugrząźć
w skomplikowanych terminach i pojęciach. Ale już tonęłam,
zapadałam się w dorosłym świecie śmierci i długów.
Christopher złapał mnie za rękę i ścisnął ją w geście
niecodziennego braterskiego wsparcia. Czyżbym wyglądała aż tak
źle, że nawet on, mój arcydręczyciel, próbował mnie pocieszyć?
Spróbowałam się uśmiechnąć, żeby mu udowodnić, jaka jestem
dorosła i silna.
Żadne z nas nie zapytało, kim są "oni". Nie przyszło mi do
głowy, aby o to pytać. Nie wtedy, gdyż wówczas byłam tak
przerażona myślą, że jakaś obca dziewczynka zamieszka w moim
ślicznym, różowym pokoju, iż nie potrafiłam skoncentrować
się na czymkolwiek innym. Zamęczałam się, wyobrażając ją
sobie w moim łóżku, bawiącą się rzeczami, które kochałam,
a które zostały mi bezlitośnie odebrane.
Mama odezwała się ponownie, a w jej głosie zabrzmiała
odrobina dawnej słodyczy:
- Nie bądźcie tacy załamani. Nie jest aż tak źle, jak wam to
przedstawiłam. Mam jeszcze dla was dobrą wiadomość.
Zachowałam ją na koniec, żeby was rozweselić. Teraz dopiero
wstrzymajcie oddech!
Spróbowaliśmy wykrzesać z siebie trochę zapału, lecz
musiało to wyglądać żałośnie.
- Słuchajcie, dzieci! - kontynuowała. - Moi rodzice są
bogaci! Nie tacy średnio zamożni albo zamożni. Oni są bardzo,
bardzo bogaci! Obrzydliwie, nieprawdopodobnie,
nieprzyzwoicie bogaci!
Kiedy to mówiła, jej oczy błyszczały z podniecenia.
- Mieszkają w pięknym, dużym domu w Wirginii. Takiego
domu jeszcze nie widzieliście. Znam go, tam się urodziłam
i dorastałam. Gdy go zobaczycie, nasz w porównaniu z nim
wyda się wam zwykłą chatą.
W końcu powiedziała nam to, co chciała powiedzieć:
- Dzisiaj przeprowadzamy się do domu moich rodziców.
Będziemy z nimi mieszkać.
Była rozpromieniona i podekscytowana nadarzającym się
sposobem rozwiązania naszych problemów. Mimo to,
z nieznanych mi powodów, unikała spojrzenia nam prosto w oczy.
Czułam, że coś ukrywała.
Ale ona była naszą matką, więc musieliśmy jej zaufać, nie
mogąc zwrócić się o pomoc do taty.
- Mamo, bliźnięta są już zmęczone. Trzeba podać im obiad -
powiedziałam, próbując sprowadzić ją na ziemię.
- Czas na obiad będzie później - odburknęła
zniecierpliwiona. - Trzeba zrobić plany, spakować rzeczy. Przecież dziś
jeszcze musimy złapać nocny pociąg. Dzieci ten jeden raz mogą
poczekać. Cathy, wszystkie wasze rzeczy muszą zmieścić się
w dwóch walizkach. Chcę, żebyście zabrali tylko najbardziej
niezbędne ubrania i małe zabawki. Ty wybierzesz wszystko to,
bez czego, według ciebie, maluchy nie mogą się obyć -
zarządziła mama, a potem szybko dodała: - Przykro mi, ale nie
możemy wziąć ze sobą więcej niż cztery walizki, a ja potrzebuję co
najmniej dwóch na swoje rzeczy.
To się naprawdę działo! Mieliśmy jechać i zostawić wszystko. Musiałam upchnąć nasze rzeczy do dwóch walizek,
a przecież Potargana Anna sama z powodzeniem mogłaby wypełnić
jedną z nich. Jak mogłabym zostawić moją najbardziej
ukochaną lalkę, którą dostałam od taty, gdy skończyłam trzy lata?
Załkałam.
Siedzieliśmy zaszokowani, wlepiając oczy w mamę, która
czuła się jakoś nieswojo. Poderwała się z miejsca i zaczęła
krążyć po pokoju.
- Jak już powiedziałam, moi rodzice są szalenie bogaci. Nie
macie się czego obawiać. Kupię wam wszystko, czego
zapragniecie, jak tylko będziemy na miejscu.
Obrzuciła mnie i Christophera badawczym spojrzeniem,
a potem szybko się odwróciła, aby ukryć twarz.
- Mamo - odezwał się Christopher - czy coś jest nie tak?
Zaskoczyło mnie, że mógł w ogóle o to zapytać, skoro było
bardziej niż oczywiste, że wszystko było nie tak.
Mama nie przestawała krążyć po pokoju, a jej długie nogi
ukazywały się w rozcięciach zwiewnego, czarnego negliżu.
Nawet w żałobie była piękna. Była taka piękna i ja ją tak bardzo
kochałam - och, jak ją wtedy kochałam!
Jak myśmy ją wszyscy wtedy kochali...
- Skarby - zaczęła - cóż mogłoby być złego w mieszkaniu
w takim dużym, wspaniałym domu, jaki posiadają moi rodzice?
Urodziłam się tam i dorastałam z wyjątkiem lat, które
spędziłam w szkole. To naprawdę wielki dom. A oni ciągle
dobudowują nowe pokoje, chociaż tylko Bóg wie po co.
Uśmiechnęła się, ale w tym uśmiechu było coś fałszywego.
- Jest jednak pewna rzecz, o której chciałabym, abyście
wiedzieli, zanim spotkacie mojego ojca, a waszego dziadka... -
zająknęła się, a potem znów uśmiechnęła się w ten nieprzyjemny
sposób. - Wiele lat temu, gdy miałam osiemnaście lat, zrobiłam
coś, czego wasz dziadek i babcia nie poparli i nie pochwalili.
Za to, co zrobiłam, mój ojciec wykreślił mnie z testamentu
i wydziedziczył. Zostałam, jak to elegancko nazwał wasz tata,
pozbawiona łaski. Na szczęście nie miało to dla niego żadnego
znaczenia.
Nie mogłam wyobrazić sobie mamy robiącej coś tak złego,
za co nawet własny ojciec odwrócił się od niej i odebrał, co jej
się należało.
- Tak, mamo, dokładnie wiem, o co ci chodzi - wyrwał się
Christopher. - Zrobiłaś coś, czego nie zaakceptował twój ojciec,
więc, chociaż byłaś wliczona do spadkobierców, on, zamiast się
dobrze zastanowić, kazał prawnikowi wykluczyć cię
z testamentu. W związku z tym nic nie odziedziczysz z jego ziemskich
dóbr, gdy on odejdzie do lepszego świata.
Uśmiechnął się szeroko, zadowolony, że wie więcej ode
mnie.
- Tak, Christopherze - przytaknęła mama. - Nie otrzymam
niczego z bogactwa mojego ojca i przeze mnie wy także.
Ponieważ jednak jestem jedynym żyjącym spadkobiercą, mam
nadzieję odzyskać jego miłość i łaskę. Kiedyś miałam dwóch
starszych braci, ale obaj zginęli w wypadkach i teraz
pozostałam tylko ja - powiedziała z gorzką ironią.
- Chyba powinnam wam coś jeszcze wyznać - odezwała się
znowu po chwili głębokiego zastanowienia. - Wasze prawdziwe
nazwisko nie brzmi Dollanganger, lecz Foxworth. Pamiętajcie,
że to bardzo ważne nazwisko w Wirginii!
- Ależ mamo! - krzyknęłam zaszokowana. - Czy podanie
fałszywego nazwiska w naszych metrykach urodzenia nie jest
przestępstwem?
- Na miłość boską, Cathy, oczywiście, że nazwisko można
zmienić legalnie - odpowiedziała rozdrażniona. - Nazwisko
Dollanganger należy do nas, choć tylko w pewnym sensie.
Wasz tata zapożyczył je od swoich przodków. Był to pewnego
rodzaju żart, który przy okazji bardzo dobrze spełnił swoje
zadanie.
- Jakie zadanie? - zapytałam. - Czemu miała służyć taka
zamiana?
- Cathy, jestem zmęczona - mówiła zniecierpliwiona
mama. - Już wkrótce wszystkiego się dowiesz, wszystko ci
wyjaśnię, ale teraz, proszę, pozwól mi złapać oddech - skończyła
i nie dała mi więcej dojść do słowa.
Czułam się zagubiona, zresztą Christopher chyba także.
A więc najpierw dowiedzieliśmy się, że jacyś tajemniczy ludzie
przyjdą zabrać nam wszystko, włącznie z naszym domem.
A potem, że nasze własne nazwisko nie jest naprawdę nasze.
Bliźnięta już prawie spały. Na szczęście i tak były za małe,
aby cokolwiek z tego zrozumieć. Nawet ja nie rozumiałam.
Byłam dwunastoletnią dziewczyną, właściwie prawie kobietą,
lecz nie mogłam pojąć, dlaczego mama nie sprawiała wrażenia
w pełni szczęśliwej z powodu podróży do domu, do rodziców,
których nie widziała przez piętnaście lat. Wiadomość o ich
istnieniu była zresztą kolejną rewelacją tego zwariowanego
popołudnia. Pomyślałam, że początek życia naszych rodziców wcale
nie był związany z naszym, że długo przed nami żyli sprawami,
o których my dotychczas nie mieliśmy zielonego pojęcia.
- Mamo - zagaił nagle Christopher - ten piękny, wielki dom
w Wirginii z pewnością jest miły, ale nam podoba się tutaj.
Mamy tu przyjaciół, wszyscy nas znają i lubią, dlatego nie chcę
się stąd wyprowadzać. Czy nie mogłabyś spotkać się
z prawnikiem taty? Być może on znalazłby jakiś sposób, abyśmy mogli
tu zostać, zachowując dom i nasze meble.
Z entuzjazmem poparłam brata.
Wtedy mama podbiegła i upadła przed nami na kolana.
- Czy myślicie, że nie zastanawiałam się nad sposobem
pozostania tutaj? Uwierzcie mi, absolutnie nie ma takiej
możliwości - wyznała, szlochając. - Nie mamy pieniędzy na
opłacenie rachunków! A nawet gdybyśmy mieli, nie
potrafiłabym sama utrzymać czwórki dzieci i siebie. Nie mam takich
zdolności ani predyspozycji. Spójrzcie na mnie.
Powiedziawszy to, uroczo rozłożyła ramiona, demonstrując
swoją delikatność, piękno i... bezradność.
- Wiecie, kim jestem? - tłumaczyła dalej. - Jestem piękną,
lecz niepraktyczną ozdobą. Tak zostałam wychowana i teraz jest
za późno, żeby to zmienić. Nie nauczono mnie niczego, co
naprawdę mogłoby mi się przydać w życiu, poza jednym: jak
zdobyć męża, który zdołałby zapewnić mi egzystencję na
odpowiednim poziomie. Nie umiem nawet pisać na maszynie
ani nie jestem dobra w rachunkach. Ach, prawda, umiem
pięknie haftować, tyle tylko, że tego rodzaju zajęcie nie przynosi
żadnych pieniędzy, a bez pieniędzy po prostu nie da się żyć.
Prawda jest bowiem taka, że to nie miłość rządzi światem, lecz
pieniądz.
Tymczasem mój ojciec ma tak dużo pieniędzy, że nie wie, co
z nimi robić. Poza tym ma sześćdziesiąt sześć lat i umiera na
serce. Myślę, że już długo nie pożyje. Może dwa, trzy miesiące,
ale to wystarczy, żeby odzyskać, co mi się należy. Kiedyś
bardziej mu zależało na mnie niż na którymś z synów, więc
uzyskanie przebaczenia nie powinno być trudne. Sprawię, że znów
mnie pokocha i na powrót wpisze do testamentu. Wiem, że mi
się uda, bo jestem z jego ciała i krwi, a to jest coś, co dla niego
w obliczu śmierci stanowi bezcenną wartość. Ten schorowany
starzec najzwyczajniej potrzebuje spadkobiercy, który uczyni
go nieśmiertelnym i zagwarantuje ciągłość jego dzieła. Tylko
ja mogę to uczynić, ja i moje dzieci, które noszą w sobie jego
cząstkę.
Obiecuję, że przez jedną noc przygotuję go na spotkanie
z wami. Kiedy wreszcie was zobaczy, będzie oczarowany
czworgiem pięknych, doskonałych w każdym calu dzieci. On
musi was pokochać - każde z was. A gdy już umrze, całe to
ogromne bogactwo będzie moje! Moje i wasze! Wtedy raz na
zawsze uwolnimy się od długów, będziemy mogli pojechać,
gdzie tylko zechcemy, kupować wszystko, czego dusza
zapragnie! Co ja mówię? Będziemy mogli robić po prostu to, na co
tylko przyjdzie nam ochota!!! Zrozumcie, tu nie chodzi
o jakiś milion czy dwa, ale o wiele, wiele milionów - może
nawet miliardów! Ludzie posiadający takie pieniądze nie
mają poczucia ich rzeczywistej wartości. Och, dzieci, trudno
wam sobie wyobrazić, jaką potęgą zarządza wasz dziadek,
nawet teraz, gdy zbliża się do smutnego końca. W jego
posiadaniu są banki, linie lotnicze i oceaniczne, hotele i domy
towarowe. Wasz dziadek jest geniuszem. Wszystko, czego
dotyka, zamienia w złoto.
Siedziałam z otwartymi ustami, zahipnotyzowana siłą jej
pasji, która eksplodowała w chwili, gdy mama zaczęła mówić
o szansie odziedziczenia majątku dziadka. W jednym
momencie uległa przeobrażeniu, już nie była bezradna, lecz pełna
determinacji. Christopher wlepiał w nią oczy z niedowierzaniem.
Nie było sposobu nie poddać się mocy jej sugestywnej wizji.
Już widziałam siebie w tym ogromnym domu, ogromnym
i bogatym jak pałac, którym włada nasz tajemniczy dziadek, do
złudzenia przypominający Króla Midasa. Wkrótce mieliśmy go
poznać i dzięki jego pieniądzom ujrzeć świat rzucony do
naszych stóp. Tak oto wkraczaliśmy w inne, niewiarygodnie
bogate życie, w którym miałam być traktowana niemal jak
księżniczka.
Mimo to wcale nie czułam się szczęśliwa.
- Cathy - podtrzymywał mnie na duchu Christopher - bez
względu na wszystko, to i tak tylko od ciebie zależy, czy
zostaniesz baletnicą. Za pieniądze nie można kupić talentu, nie
można też stworzyć lekarza z lekkoducha. Zanim jednak
nadejdzie czas, gdy będziemy musieli spoważnieć i poświęcić się
naszemu powołaniu, spróbujmy po prostu dobrze się zabawić.
Podczas pakowania okazało się, że poza małym pierścionkiem
z oczkiem w kształcie serca nie mogę zabrać z sobą niczego,
co dostałam od taty. Najbardziej rozpaczałam z powodu srebrnej pozytywki, którą ze względu na jej dużą wartość również postanowiono mi odebrać. Tylko dzięki Christopherowi
jakoś dałam sobie radę w tych ciężkich chwilach. Mój brat,
jakby zainspirowany przez mamę, był przekonany, że jak
tylko zostaniemy bogaci, życie przekształci się w jedną wielką
zabawę.
Po raz ostatni spoglądałam na srebrną pozytywkę, w której
po otworzeniu wieczka różowa balerina wykonywała wdzięczną
arabeskę przed miniaturowym lustrem. I po raz ostatni
słuchałam delikatnych dźwięków melodii: Tańcz, baletnico, tańcz...
Mój Boże, mogłam ją ukraść, gdybym tylko miała gdzie
schować.
Stałam na środku pokoju, w którym każda rzecz
przypominała jakieś zdarzenie z przeszłości. I nagle całe dzieciństwo,
tak szczęśliwe dla mnie, stanęło mi przed oczami. Jakżeż
trudno było pogodzić się z myślą, że już wkrótce wszystkie
jego ślady ulegną rozproszeniu. Nie chciałam stąd wyjeżdżać,
nie chciałam stracić tego miejsca, gdzie wspomnienie ojca było
tak żywe.
- Cathy - zawołała mama - nie stój tak i nie płacz. Pokój jest
tylko pokojem. Zanim umrzesz, będziesz mieszkała jeszcze
w wielu pokojach, więc przestań się mazać i skończ pakować
walizki.
Zanim umrzesz, będziesz mieszkać w tysiącu pokoi, szepnął
mi do ucha jakiś głosik.
I ja mu uwierzyłam.