Kwiat śliwy, mroczny cień - Lian Hearn

Reflow text when sidebars are open.
bakufu - inaczej szogunat, system zarządzania krajem przez dziedzicznych przywódców wojskowych
bushi - wojownik
daimyo - pan feudalny
furoshiki - rodzaj tradycyjnej chusty służącej do pakowania
futon - tradycyjne japońskie posłanie, składane na dzień
geta - rodzaj drewnianych chodaków na wysokiej platformie
hakama - tradycyjne szerokie spodnie
haori - rodzaj kaftanu
honjin - zajazd dla osób wyższych rangą
inro - pudełeczko na drobiazgi
jibaori - ozdobny kaftan noszony na zbroi
juban - rodzaj koszuli
kami - bóg, bóstwo w szintoizmie
kasutera - ciasto biszkoptowe przejęte z kuchni portugalskiej
kotatsu - palenisko w zagłębieniu w podłodze
koku - jednostka objętości, 1 metr sześcienny równa się 3,6 koku
misemono - widowisko, pokaz
miso - pasta ze sfermentowanej soi, z której przyrządza się zupę misoshiru
mochi - ciastka ryżowe
mon - waluta używana w Japonii do roku 1870
netsuke - rzeźbiony brelok służący do mocowania sakiewki do pasa kimona
onsen - tradycyjna łaźnia przy gorącym źródle
sensei - mistrz, nauczyciel
shamisen - instrument strunowy o długim gryfie
shogi - japońska odmiana szachów
shoji - ruchomy ekran służący jako drzwi lub przesuwana ścianka
soba - makaron z mąki gryczanej
tabi - japońskie skarpetki z jednym palcem
tanuki - jenot, ważny w folklorze japońskim
tengu - w folklorze japońskim demony o postaci drapieżnych ptaków
tatami - mata ze słomy ryżowej
tempura - ryby lub warzywa smażone w cieście na głębokim tłuszczu
tofu - ser sojowy
torii - brama wiodąca do świątyni szintoistycznej
umeboshi - marynowane morele
waka - gatunek japońskiej poezji
yokan - słodka galaretka z pasty fasolowej i agaru
yukata - lekkie bawełniane kimono
Trochę radosny, a trochę smutny był dzień ślubu mojej siostry. Płakali wszyscy, nawet ja, chociaż rzadko zdarza mi się płakać. Niebo, jakby nam współczując, także łkało równymi strugami śliwkowych deszczów. Działo się to w czwartym roku Ansei, w przestępnym piątym miesiącu, cztery lata po tym, jak do zatoki Uraga przybyły czarne statki. Dziwny to był czas, podobny do czekania, aż zupa się zagotuje: składniki wymieszane, ogień buzuje, ale nic się nie dzieje. A im bardziej niecierpliwie się człowiek przygląda, tym dłużej wydaje się to trwać.
Urządziliśmy wielkie wesele, na które przybyli sąsiedzi i krewni z Yudy i Yamaguchi, lekarze - koledzy mojego ojca oraz nauczyciele ze szkół, do których chodził mój brat, zanim wyjechał do Nagasaki, a także z prywatnej szkoły, gdzie mój stryj, Shinsai, był do niedawna głównym wykładowcą. Zjawiło się także kilku przyjaciół Shinsaiego: młodych ludzi, którzy z nim studiowali i rywalizowali w walce na miecze, przechwałkach i głośnym wyrażaniu lojalności wobec Cesarza, pogardy dla cudzoziemców oraz złości na bakufu, czyli szogunat.
My, kobiety z rodziny Itasaki - czyli moja mama, siostra Mitsue i ja, Tsuru, razem z naszą służącą O-Kane i kochanką ojca O-Kiyo - od wielu dni przygotowywałyśmy jedzenie: ryż z czerwoną fasolą, chirazushi, mochi, tofu w wielu różnych postaciach i wielkiego leszcza w całości. Goście przynieśli prezenty: ryby na dębowych liściach, ciastka ze słodkiej fasoli, umeboshi i inne marynowane przysmaki, ślimaki słuchotki i mątwy, a także beczułki sake w odświętnych słomianych koszykach, z których nalewano kolejne czarki trunku.
Przyszło też kilka gejsz z domu O-Kiyo, które grały na shamisenie i śpiewały, ale O-Kiyo nie została obdarzona ani urodą, ani talentem. Tak przynajmniej mawiała moja matka. Można by to uznać za złośliwość z jej strony, lecz nic dalszego od prawdy. Matce żal było O-Kiyo, której nie udało się zdobyć mężczyzny bardziej wpływowego i zamożnego niż nasz ojciec. Wzięła ją więc pod swoje skrzydła, traktowała jak starszą, ale mniej zamożną krewną i była wobec niej zarazem władcza i uległa.
Nie wiedziałyśmy, jak ojciec wszedł w posiadanie O-Kiyo. Może dostał ją w spadku od wdzięcznego pacjenta albo wygrał ją w jakiejś grze hazardowej. On sam chyba nie bardzo wiedział, co ma z nią począć i gdyby moja matka nie ciosała mu kołków na głowie, żeby ją odwiedził, zapewne prawie by do niej nie zaglądał. Niemal wypychała go z domu ze słowami: "Czy nie pora, żebyś zajrzał do Hanamatsutei?".
"Chyba tak" - odpowiadał ojciec bez entuzjazmu. Wracał potem, zwykle wypiwszy za dużo, przez co następnego dnia bolały go głowa i wątroba. Zazwyczaj żałował tych wypraw, bo przy okazji wizyty zwykle zgadzał się za darmo udzielić komuś porady albo dać jakieś chińskie leki, a i tak miał przecież za dużo pracy.
Moja siostra i ja lubiłyśmy O-Kiyo głównie dlatego, że Hanamatsutei była popularną herbaciarnią, a O-Kiyo uwielbiała powtarzać nam wszystkie miejscowe plotki. Zawsze cieszyłyśmy się, gdy przychodziła; jedna z nas robiła herbatę, podczas gdy druga siadała z nią na zewnętrznej werandzie i przyglądała się, jak wyciąga pudełko z tytoniem, przygotowuje sobie fajkę i ją zapala. Zaciągała się głęboko, a potem zaczynała gawędzić z nami swoim przydymionym głosem.
Nasz dom miał dwa wejścia: jedno od głównej ulicy, którędy wchodzili samurajowie, a drugie od strony bocznej uliczki, dla ludzi z miasta i chłopów. Wiedzieliśmy dobrze, że to dzięki tym ostatnim oraz dzięki O-Kiyo mamy pieniądze na dom i wszystko, co się w nim znajduje. Mimo to plebejusze i tak musieli wchodzić bocznym wejściem i czekać na swoją kolej, gdy mój ojciec zajmował się samurajami, którzy jeśli tylko mogli, nie płacili za nic. Choć nie byliśmy spokrewnieni z żadną ze słynnych lekarskich rodzin, takich jak Wada, Aoki czy Ogata, ojciec, ku swemu wielkiemu zdziwieniu, został kilka lat temu mianowany lekarzem hanu. Otrzymał uposażenie w wysokości dwudziestu dwóch koku rocznie oraz prawo do noszenia dwóch mieczy; włosy nadal jednak strzygł krótko, jak zazwyczaj lekarze. Nasza rodzina miała więc trochę niejasną pozycję, jaką zwykle zajmują lekarze w hierarchii hanu. Medycy w mniejszym stopniu niż większość ludzi czują respekt dla statusu: zdarza im się bowiem widzieć, jak ukochany syn pana umiera na odrę czy ospę równie szybko jak dziecko wieśniaka. Nie mogą zrobić więcej dla starszych arystokratów chorych na suchoty niż dla nisko urodzonych sottsu. Widują ludzi w chwilach, gdy są najsłabsi i zazwyczaj najbardziej skłonni do wdzięczności.
Ojciec pochodził z rodziny wiejskich lekarzy. Jako że dziadek był pod wielkim wrażeniem ranpo - holenderskiej sztuki lekarskiej - posłał swego syna do Nagasaki, gdzie miał studiować medycynę z ludźmi, którzy pracowali wcześniej z doktorami Sieboldem i Mohnikem z Dejimy. Może to właśnie znajomość z nimi, a może imponująca kolekcja holenderskich instrumentów medycznych, albo rośliny i zioła, które uprawiał w ogrodzie, przyczyniły się do mianowania go na stanowisko lekarza hanu. Być może w awansie pomogła mu też jego podlewana sake znajomość z Sufu Masanosukem, jedną z najważniejszych postaci w rządzie hanu. Pan Sufu często zatrzymywał się w Yudzie u naszego sąsiada Yoshitomiego Tobeiego i szedł z nim do Hanamatsutei, domu O-Kiyo. Również z tego powodu cieszyliśmy się, że O-Kiyo jest częścią naszej rodziny, ponieważ pan Sufu, człowiek, którego podziwialiśmy z całego serca, został patronem i opiekunem naszego ojca.
Pan Yoshitomi także pojawił się na weselu; podobnie jak inny nasz sąsiad, pan Shiji Monta, który pochodził z mieszkającej w pobliżu rodziny Inoue. Najpierw znałam go jako Yukichiego, ale gdy został usynowiony przez rodzinę Shijich z Hagi, gdzie uczył się w szkole Meirinkan, sam pan Mori Takachika nadał mu imię Monta. Na ślub przyprowadził ze sobą innego młodego człowieka, Takasugiego Shinsaku. Obie z matką byłyśmy pod ogromnym wrażeniem zaszczytu, jaki nam uczynili. Takasugi był z wysoko postawionej rodziny w Hagi i już teraz słynął ze swej błyskotliwości w całym hanie.
"Błyskotliwy jak pijak" - powiedział o nim później mój stryj Shinsai. Był w tym samym wieku co obaj nasi młodzi goście, może nawet nieco młodszy, i na wpół ich podziwiał, na wpół im zazdrościł. Takasugi już wcześniej był w Edo, żeby uczyć się walki na miecze u Saito Yakury i z łatwością znalazłby posadę we władzach hanu; Monta zaś zamierzał pojechać tam za rok: był paziem u pana Moriego. Obaj więc mieli szanse na awans, na jaki mój stryj nigdy nie mógł liczyć.
Stryj Shinsai, rówieśnik mojej siostry, był niecałe dwa lata starszy ode mnie i dwa lata młodszy od Tetsui; babcia urodziła swoje ostatnie dziecko w tym samym czasie, kiedy moja matka spodziewała się drugiego. Babcia, osłabiona porodem w tak późnym wieku, wkrótce zmarła, zostawiając Shinsaiego pod opieką swojej synowej i w ten sposób mój stryj dorastał w naszej rodzinie. Traktowaliśmy go jak brata, choć nie był właściwie ani naszym bratem, ani stryjem.
W dniu wesela przyglądałam mu się wśród służących biegających z tacami jedzenia i napełniających czarki sake. Najpierw przysłuchiwał się z szacunkiem innym mężczyznom, gdy rozmawiali o bieżącej sytuacji: o inercji, która ogarnęła cały kraj od czasu przyjazdu cudzoziemców z ich bezczelnymi żądaniami, i o tym, że trzeba stawić im opór, o ile samo bakufu nie zacznie chronić naszego hanu Choshu i bronić domu Mori. Ale gdy sake zaszumiała im w głowach, Shinsai włączył się do dyskusji. Opowiadał o wieściach, jakie mój brat Tetsuya przysłał z Nagasaki, o wojnach opiumowych z Chinami, o prawdopodobieństwie kolejnej wojny mającym jakiś związek ze statkiem o nazwie "Strzała". Nie potrafiłam zrozumieć tego, co mówił. Chiny stanowiły centrum świata, były ogromne i nic nie było w stanie im zagrozić. Jakże mogłyby ulec garstce Anglików czy Amerykanów? Jak miałyby zostać skolonizowane? Różnica między Anglikami - Amerykanami nie była dla mnie zupełnie jasna, nie wiedziałam także, co właściwie oznacza kolonizacja. W każdym razie wierzyłam, że szogunat Tokugawów z pewnością nie pozwoli naruszyć pokoju, który utrzymywał się od dwustu pięćdziesięciu lat.
Widziałam minę ojca: gdy rozmowa schodziła na politykę, zawsze czuł się nieswojo. Dostrzegałam też spojrzenia, które wymieniali Monta i Shinsaku. Może nie wyrażali swoich poglądów z taką samą niepohamowaną pasją jak Shinsai, ale czułam, że się z nim zgadzają.
Moja opowieść jest właśnie o nich. To oni zburzyli stary świat i zreformowali kraj, w którym teraz żyję - swoimi marzeniami i złudzeniami, odwagą i głupotą, nieoczekiwanymi sukcesami i bolesnymi porażkami. Ci, którzy przeżyli, są teraz sławni. Czytam o nich w nowych gazetach i patrzę na ich zdjęcia w zachodnich ubraniach i z krótkimi włosami albo w mundurach, z piersią ciężką od medali. Ale czasem w gazetach drukują też starsze fotografie, takie jak te, które widziałam w Nagasaki, naszych przywódców z czasów młodości, upozowanych, z dłońmi na rękojeściach mieczy, w oficjalnym stroju, z twarzami poważnymi i beznamiętnymi; gotowych stawić czoło nowoczesnemu światu ze wszystkimi jego trudnymi do pojęcia żądaniami i wyzwaniami.
W dniu wesela mojej siostry nikt by nie pomyślał, że kiedyś zostaną przywódcami. Monta, niewiele wyższy niż dziecko, mógł zwieść swoim chłopięcym wyglądem: w istocie był bowiem bardziej śmiały i zapalczywy niż większość dorosłych mężczyzn, bystry i przekorny. Takasugi Shinsaku - nieco wyższy, smukły, o mocno skośnych oczach i pociągłej twarzy poznaczonej śladami po ospie - wydawał się trzymać nieco z boku, jako że z natury był nieśmiały albo tylko powściągliwy. Gdy bowiem jego także rozgrzała sake, ośmielał się coraz bardziej, a wreszcie, nakłoniony przez Montę, wziął shamisen od gejsz (które doskonale go znały) i zaczął śpiewać jedną ze swoich piosenek.
Łagodny szmer deszczu, głos młodzieńca (nie miał wówczas jeszcze dwudziestu lat), rzewne dźwięki instrumentu wydobyły na powierzchnię cały ból, przed którym, jak doskonale wiedzieliśmy, nie było ucieczki. Mitsue, oneechan, starsza siostra, ukochana pierworodna córka, miała nas opuścić. Ja i rodzice płakaliśmy, nie wstydząc się łez.
*
- Nie trzeba było tak płakać - powiedział później Shinsai, kiedy konie odjechały, odwożąc pannę młodą do jej nowej rodziny. Twarz Mitsue w obramowaniu białego nakrycia głowy była blada z nerwów i udręki. Przyciskała do siebie szylkretową szkatułkę i lalkę, którą dostała jako amulet na podróż. Wargi miała pomalowane szafranową szminką, którą O-Kiyo ofiarowała jej w prezencie zaręczynowym, a nos - zaczerwieniony od płaczu.
Pochodnie przy bramie świeciły w deszczu, a "pożegnalne ogniska", jak gdyby na pogrzeb, rzucały ruchliwe cienie na odjeżdżających gości.
- To dobra partia - ciągnął Shinsai - poza tym w końcu ona jedzie tylko do Hagi.
Do Hagi można było dotrzeć w ciągu jednego dnia, o ile wyjechało się o świcie. Ponieważ Mitsue wyruszyła dopiero po południu, jej nowa rodzina miała się z nią spotkać w gospodzie w Sasanami, gdzie wszyscy zamierzali przenocować. Jej mąż był synem aptekarza o nazwisku Kuriya. Wyobraziłam sobie, jak się tam spotykają, wymieniają rytualne czarki sake we wspólnej sali gospody, po czym zostają sami na pierwszą noc życia małżeńskiego. Cieszyłam się, że to nie ja wychodzę za młodego Kuriya, ale nie mogłam pohamować ciekawości...
- Możesz ją odwiedzić, kiedy będę jechał do Hagi - powiedział stryj, zwracając się do mnie nieco obcesowo, jak zwykle kiedy wyjawiał coś ważnego.
- A po cóż miałbyś jechać do Hagi? - zapytał ojciec, głośno pociągając nosem i ocierając oczy.
Shinsai nie odpowiedział od razu, ale wciąż patrzył na mnie, jakby czytając w moich myślach. Czułam się pod tym spojrzeniem bardzo nieswojo. Myśli o małżeństwie, sake, muzyka, młodzi mężczyźni, parne powietrze wzbudziły we mnie dziwne uczucie, zarazem słabości i rozdrażnienia, zmysłowe pobudzenie, które stryj z pewnością zauważył. Cała skóra paliła mnie od nagłej fali gorąca.
- Tsu-chan za dużo wypiła - zaczął się droczyć.
- Wyjdź na zewnątrz i odetchnij świeżym powietrzem - powiedziała do mnie matka. - Bo inaczej całą noc będzie cię bolała głowa.
W deszczu ogród wydawał się spowity zielonym światłem. Z gniazd pod okapem dochodził świergot piskląt jaskółki. Ich rodzice krążyli nieustannie w tę i z powrotem, karmiąc młode, które w końcu też miały opuścić gniazdo i wylecieć na świat, żeby znaleźć sobie parę i mieć własne dzieci.
Łzy płynęły mi po twarzy jak deszcz. Jakiż nieznośny smutek! Ale też jak cudownie być mną i czuć tak głęboko smutek rzeczy!
Z mgły wyłoniła się nasza kotka, która na mój widok zaczęła mruczeć z zadowolenia. Podrapałam ją po łebku i uszach. Była przemoczona, ale w przeciwieństwie do większości kotów deszcz najwyraźniej jej nie przeszkadzał. Usiadła przy mnie na chwilę, ale zaraz zamrugała wielkimi oczami, nastawiła uszy, drgnął jej koniuszek ogona, po czym skoczyła bezgłośnie w zieleń mokrego ogrodu.
Wciąż słyszałam głosy dobiegające z domu. Mój ojciec powtórzył pytanie i tym razem stryj odpowiedział:
- Chcę się uczyć u mistrza Yoshidy. Mam zamiar napisać do niego z prośbą, żeby przyjął mnie do swojej szkoły.
- Ale Yoshida przebywa w areszcie domowym - odparł ojciec.
- Mimo to wciąż naucza, wolno mu przyjmować uczniów. Jest już u niego Kusaka Genzui, Takasugi też mówi, że do niego dołączy, chociaż jego ojciec jest przeciwny i być może będzie musiał się wymknąć w nocy, i ten przyjaciel Monty, Ito Shunsuke...
- Czego takiego uczy Yoshida Shoin, czego byś już nie wiedział? - Moja matka niecierpliwie przerwała żarliwą przemowę stryja. Jej zdaniem powinien on mniej studiować, więcej pracować i pomagać memu ojcu, a może nawet pójść w ślady mojego nowego szwagra i otworzyć własną aptekę. Na domiar złego Yoshida Shoin był w Choshu postacią kontrowersyjną. Nikt nie mógł zaprzeczyć jego błyskotliwości, oryginalności myślenia czy głębi jego nauk - zarówno pan Mori Takachika, jak i Sufu Masanosuke podziwiali go ogromnie - ale jak zauważył mój ojciec, formalnie pozostawał on przestępcą. Próbował wsiąść na amerykański statek w zatoce Shimoda. Mówiono, że za wszelką cenę chciał poznać kraje, które nam zagrażają. Pragnął zobaczyć magiczne technologie, które w nich tworzono, podczas gdy nasz kraj tkwił w izolacji pod rządami rodu Tokugawa - statki pływające dzięki sile pary niczym czajniki, wozy jeżdżące po szynach, które z wielką szybkością przewoziły ludzi i towary na ogromne odległości, i oczywiście broń: armaty i wszelkiego rodzaju wojskowe wynalazki, które dawały władzę każdemu, kto je posiadał.
Przez ostatnie cztery lata słuchaliśmy, jak Shinsai i jego przyjaciele rozmawiają o tych sprawach, więc wiedziałam też, że mistrz Yoshida został uwięziony przez bakufu w Edo, a potem, w następnym roku, odesłany do Hagi do więzienia dla samurajów, Noyama. Współwięźniom wykładał nauki Mencjusza, duchowego mentora, doprawione własnymi pomysłami na to, jak ochronić nasz kraj i zapewnić mu postęp.
Młodzi ludzie fascynowali się jego pasją i klarownością myślenia, determinacją i wytrwałością; starsi nazywali to oślim uporem i krytykowali jego brak szacunku dla niuansów hierarchii i rangi. Uważali go nawet za niespełna rozumu. Ale mówiono też o jego łagodności, trosce o innych więźniów, niezwykłej zdolności zaglądania w duszę i serce człowieka, dzięki której potrafił określić, czego mu trzeba w jego dążeniu do dojrzałości duchowej i umysłowej.
Naturalnie uczniami Shoina byli niemal wyłącznie młodzi mężczyźni, ale stryj powiedział mi, że na wykłady przychodziły również kobiety, a w więzieniu była co najmniej jedna, która nie tylko uczyła się od mistrza, ale i dzieliła się z nim własną wiedzą. To sprawiło, że jeszcze bardziej mnie zaciekawił.
Shoina wypuszczono z więzienia w drugim roku Ansei i odesłano do domu jego wuja na wschodnim brzegu rzeki Matsumoto. Pozwolono mu uczyć dzieci wuja, a potem także dzieci sąsiadów, i tak powstała szkoła: Shokasonjuku, Wiejska Szkoła pod Sosnami.
Tam właśnie wybierał się mój stryj.
- Ale jesteś potrzebny tutaj - powiedziała matka. - Nie możemy stracić jednocześnie ciebie i Mitsue. Kto będzie pomagał w gabinecie? Tetsuya raczej nie wróci zbyt szybko.
Spodziewałam się, że mój ojciec się nie zgodzi, ale on milczał.
Jaskółki wyleciały z gniazda i wróciły. Pisklęta zakwiliły, ucichły, znów zakwiliły.
- Tsuru pomaga ci lepiej niż ja - powiedział Shinsai.
- To prawda - odparł ojciec. - Ale Tsuru już pracuje od świtu do nocy; nie możemy od niej oczekiwać, że weźmie na siebie nie tylko obowiązki Mitsue, ale także twoje.
Słyszałam aprobatę w jego głosie. Czułam, że moja skóra, schłodzona wilgotnym powietrzem, zaraz znów się rozpali. Nie nawykłam do pochwał. Od dziewcząt oczekiwano, że będą pracować, nie licząc na wdzięczność czy podziękowania, naszym obowiązkiem było robić wszystko dla naszych rodziców: za co mieliby nam dziękować? Słysząc słowa ojca, poczułam więc ciepło nie tylko na twarzy, ale i w sercu.
- Tsuru niedługo także nas opuści - powiedziała moja matka. - Jakie to straszne mieć córki. Natrudzi się człowiek przy ich wychowaniu, a wszystko dla dobra innej rodziny. - Na myśl o tej niesprawiedliwości w jej gardle wezbrał szloch.
- Cóż, mam propozycję - powiedział szybko Shinsai. Najwyraźniej miał dość łez jak na jeden dzień. - To rozwiąże oba problemy. Sprowadź do domu narzeczonego dla Tsuru; znajdź jakiegoś syna lekarza i włącz go do rodziny. W ten sposób będzie ktoś, kto mnie zastąpi, a ty zachowasz Tsuru przy sobie. - Ojciec nie odpowiedział, Shinsai dodał więc: - Ona naprawdę się zmarnuje, jeśli pozwolisz jej odejść z domu.
Oczywiście ojciec nie od razu się zgodził. Shinsai był od niego młodszy o ponad dwadzieścia lat: posłuchanie jego rady nie byłoby właściwe, jakkolwiek byłaby słuszna. Matka z zasady sprzeciwiała się wszelkim pomysłom Shinsaiego; miała o nim raczej niewysokie mniemanie. Teraz więc również i jej trudno było się z nim zgodzić, choć zatrzymanie mnie przy sobie stanowiło jej skryte, najgłębsze życzenie. Pozostawała jeszcze kwestia tego, co powiedzą ludzie. Rodzina Itasakich nie miała wielkiego znaczenia, nie byliśmy też bogaci, chociaż mój ojciec był szanowanym lekarzem i miał więcej pacjentów, niż mógł przyjąć. Choć adoptowanie zięcia nie było niczym niezwykłym, w naszym przypadku nadmiernie komplikowałoby sprawy: oznaczałoby pojawienie się dwóch spadkobierców, nawet jeśli jeden z nich nie wykazywał ani chęci powrotu z Nagasaki, ani zapału do medycyny. Tymczasem niedawna nominacja ojca i jego przyjaźń z panem Sufu już teraz wyniosła naszą rodzinę na pozycję wyższą, niż wynikałoby z hierarchii hanu. Nie chcieliśmy ryzykować jej utraty, czyniąc coś, co mogłoby zostać uznane za dziwaczne lub niestosowne.
Mieszkaliśmy jednak nie w konserwatywnym Hagi, ale w Yudzie, gdzie jak mówią, dzięki gorącym źródłom wszyscy są bardziej wyrozumiali. Tak więc kilka tygodni po ślubie mojej siostry zapadła milcząca decyzja, że rodzina zatrzyma mnie w domu i zacznie szukać mi męża, stryj zaś wyśle podanie do Shokasonjuku, żeby uczyć się u mistrza Yoshidy.
Postaci fikcyjne
Itasaki Yunosuke - lekarz hanu Choshu
Chie - jego żona
Tetsuya - jego syn
Mitsue - jego starsza córka
Tsuru - jego młodsza córka, narratorka
Itasaki Shinsai - młodszy brat Yunosukego
Kuriya Jizaemon - aptekarz w Hagi
Misako - jego żona
Heibei - jego syn, mąż Mitsue
Michi - córka Mitsue, adoptowana przez Tsuru
Makino Keizo - pracownik apteki Kuriya
O-Kiyo - gejsza w Hanamatsutei
O-Kane - służąca w domu Itasakich
Hachiro - służący w domu Itasakich
Nakajima Noboru, Hayashi Daisuke - uczniowie doktora Itasakiego
Imaike Eikaku - artysta
Seiko - jego siostra
Pani Minami - handlarka starzyzną w Kioto
Yoshio Gongoro - lekarz z Nagasaki
O-Kimi - jego córka
Kitaoka Jundo - jeden z uczniów doktora Yoshio
Postaci historyczne
Sufu Masanosuke - urzędnik hanu Choshu i ważna postać we władzach
Yoshitomi Tobei - naczelnik wioski, przyjaciel Sufu
Shiraishi Seiichiro - zamożny kupiec i zwolennik działaczy z Choshu
Yoshida Shoin - nauczyciel i reformator. Do jego uczniów należą:
Ito Shunsuke/Hirobumi - działacz, później pierwszy premier Japonii
Katsura Kogoro/Kido Takayoshi - działacz, później minister w rządzie Meiji
Takasugi Shinsaku - działacz, reformator armii
Kusaka Genzui - działacz, szwagier Shoina
Yamagata Kyosuke/Aritomo - działacz, reformator armii
Yoshida Toshimaro - działacz
Fumi - siostra Shoina, żona Genzuiego
Shiji Monta/Inoue Kaoru - działacz, później minister w rządzie Meiji
Towa - strażniczka świątyni, podziwiana przez Shoina
Masa - żona Takasugiego
O-Uno - kochanka Takasugiego
Mori Takachika - daimyo Choshu
Mori Sadahiro - jego adoptowany syn i spadkobierca
Nagai Uta - urzędnik władz Choshu
Mukunashi Tota - przywódca konserwatywnego stronnictwa w Choshu
Tokoro Ikutaro - lekarz
Omura Masujiro/Murata Zoroku - lekarz hanu, później reformator armii
Maki Izumi - działacz
Miyabe Teizo - działacz
Kijima Matabei - działacz
Akane Taketo - przywódca Kiheitai
Sanjo Sanetomi - arystokrata lojalista
Nishikinokoji Yorinori - arystokrata lojalista
Ii Naosuke - urzędnik władz bakufu i Tairo
Tokugawa Iemochi - czternasty szogun
Hitotsubashi Keiki/Tokugawa Yoshinobu - piętnasty i ostatni szogun
Shimazu Hisamitsu - ojciec daimyo Satsumy
Saigo Kichinosuke (później Takamori) - urzędnik władz Satsumy i dowódca
Sakamoto Ryoma - działacz z Tosy
Nakaoka Shintaro - działacz z Tosy
Thomas Glover - szkocki kupiec i handlarz bronią
Nomura Botoni - lojalistyczna poetka i mniszka
Następnego ranka, całkiem wcześnie usłyszałam na zewnątrz jakieś głosy. Pomyślałam, że to może być posłaniec w drodze powrotnej do Hagi, więc wybiegłam szybko, żeby go poprosić, by zaczekał chwilę, podczas gdy ja pójdę po Shinsaiego.
Zobaczyłam jednak Hachiro, który mieszkał u nas i pracował w ogrodzie i na polach. Rozmawiał z Shijim Montą i drugim młodym człowiekiem, którego nie znałam.
- O-Tsuru-san! - zawołał Hachiro. - Młody pan przyszedł do doktora.
Młodym panem nazywano u nas w wiosce Montę.
- Pójdę zawołać ojca - powiedziałam. - Przepraszam, ale jest dość wcześnie. Może wejdzie pan do środka, a ja przygotuję herbatę.
- Może moglibyśmy też dostać coś do jedzenia - poprosił Monta, kiedy weszli i usiedli na skraju werandy.
Oczywiście pobiegłam do kuchni, żeby zobaczyć, co by się nadawało z naszego śniadania, myśląc o tym, jakie to typowe dla młodego pana. Zachowywał się tak, jakby wszędzie był u siebie w domu, a każdy tylko czekał, żeby spełniać jego życzenia. Mój ojciec wciąż leżał w łóżku; wrócił bardzo późno, ale nie wiedziałam, czy od chorego, czy też z jakiegoś zakrapianego przyjęcia. Powiedziałam O-Kane, by przyniosła zupę miso, ryż, marynaty i trochę smażonego bakłażana, po czym wróciłam, żeby sprawdzić, czy problem medyczny jest na tyle poważny, żeby budzić ojca.
Hachiro zawołał mojego stryja i Shinsai siedział teraz na werandzie, rozmawiając z przejęciem z Montą.
- Shinsai-san - skinęłam na niego i wyszeptałam: - Dowiedz się, co dolega młodemu panu. Czy powinnam budzić ojca?
- Rozmawialiśmy o mistrzu Yoshidzie - odparł. - Najwyraźniej zawsze najpierw odrzuca podania. Nawet Kusaki. Ito mówi, że to dlatego, żeby nie pomyślano, że próbuje ściągać młodych ludzi do swojej szkoły, podczas gdy jest uważany za przestępcę - mówił głośno, tak żeby inni usłyszeli.
- To prawda - powiedział młodzieniec o imieniu Ito. - Pojedź do Hagi - nie odrzuci cię, kiedy już tam będziesz. Sam zamierzam tak zrobić. Tylko Yoshida Shoin rozumie nasze czasy, tylko on może nas nauczyć, jak zmierzyć się z tym, co nas czeka.
Oczy błyszczały mu entuzjazmem; dla mnie wyglądał absurdalnie młodo, jakby był młodszy od Monty, chociaż był od niego nieco wyższy. Obaj ubrali się starannie, w niebieskie kimona i szare hakama. Zastanawiałam się, czy to ze względu na doktora.
- Shinsai-san - zapytałam znów jak najciszej. - Czy któryś z nich jest chory? Czy to coś, z czym sami sobie poradzimy, czy powinnam obudzić ojca?
W tej chwili przyszła O-Kane z dwiema tacami, które postawiła ostrożnie; obaj goście rzucili się na jedzenie, jakby od tygodnia nic nie mieli w ustach. Irytowali mnie coraz bardziej. Żaden z nich ani trochę nie wyglądał na chorego; być może tylko chcieli się najeść po drodze dokądś.
- To Ito chce się widzieć z doktorem - powiedział Monta z ustami pełnymi ryżu i bakłażana.
- A jaki ma problem? - zapytałam wprost, ponieważ mój stryj był wciąż zajęty nowymi planami dotyczącymi Yoshidy Shoina.
- Tobie nie powie - odrzekł Monta, ocierając usta ręką.
- Pójdę więc obudzić ojca - powiedziałam sztywno, domyślając się, jakiż to Ito może mieć problem. Wychodząc, słyszałam, jak próbują pohamować chichot.
Ojciec już wstał, wciąż był ubrany w lekkie kimono, w którym spał. Ziewał, twarz miał szarą ze zmęczenia. Matka przyniosła herbatę, którą popijał drobnymi łykami, ubierając się jednocześnie. Powiedziałam mu, że pewien młody człowiek chce się z nim zobaczyć. W moim głosie musiała pobrzmiewać niechęć, bo spojrzał na mnie przenikliwie, zawiązując pas, ale nic nie powiedział. Kiedy wreszcie się ubrał, narzucił krótki kaftan, który nosił w nawet największe upały, i odezwał się:
- Powiedz mu, żeby tu przyszedł. Sama poczekaj na zewnątrz; nie chcemy go zawstydzać.
Kiedy pokazałam Ito, dokąd ma pójść, wróciłam na werandę. Shinsai siedział obok Monty. Zapytałam go, czy chce coś jeszcze do jedzenia, a kiedy potrząsnął głową, zaczęłam zbierać puste miski na tacę. Guzdrałam się przy tym bardziej niż powinnam - i tak byłam już spóźniona z porannymi zajęciami, ale chciałam usłyszeć, o czym rozmawiają Monta i Shinsai. Ich entuzjazm mnie irytował, ale też podniecał; ich troska o kraj poruszała; uprzedzenia i przeszkody, z jakimi musieli się mierzyć, rozpalały we mnie pragnienie sprawiedliwości i nowego świata.
- Przynieś nam tytoń, Tsu-chan - powiedział Shinsai, więc musiałam wejść do środka. Słyszałam, jak ojciec mówi, a Ito odpowiada monosylabami, jego żywiołowość przygasła nagle. Ogarnął mnie niepokój. Ci młodzi ludzie byli może irytujący, ale i tak ich podziwiałam, a poza tym nie życzyłabym najgorszemu wrogowi tego, co jak sądzę, przytrafiło się Ito.
Zaniosłam na werandę pudełko z tytoniem i fajki, i zabrawszy tace z naczyniami, udałam się zapalić bambusową podpałkę od paleniska. Hachiro poszedł do O-Kane do kuchni i siedział teraz w kucki na schodku tylnej werandy, jedząc śniadanie. Cykady grały ogłuszająco, a powietrze pachniało lekko burzą.
Stosy bakłażanów, ogórków i fasolki, które zebraliśmy wcześniej, leżały w koszykach na podłodze. Westchnęłam w duchu. O-Kane będzie potrzebowała mojej pomocy przy siekaniu i marynowaniu warzyw. Była to jeszcze jedna rzecz, którą zwykle zajmowałyśmy się razem z Mitsue. Bardzo za nią tęskniłam, nie tylko dlatego, że brakowało nam rąk do pracy; chciałam znów ją zobaczyć.
Kiedy wróciłam na werandę, mężczyźni zdążyli już przygotować fajki. Podałam im żarzący się patyczek, a oni zaciągnęli się i wydmuchnęli dym. Zapach tytoniu rozniósł się w porannym powietrzu. Kiedy palili, nie mogli rozmawiać, więc nie miałabym już po co z nimi przesiadywać. Na szczęście Monta był w nastroju do pogawędek.
- A więc, Tsuru-san, Shinsai mówi mi, że szukasz męża.
Nie miałam ochoty poruszać tego tematu z młodym panem.
- Myślę, że rodzice rozmawiali już ze swatką - powiedziałam. Sama nie mogłam uwierzyć, jak sztywno brzmi mój głos, ale tak działał na mnie Monta, jakbym musiała otoczyć się murem dobrego wychowania. Wyczuwałam w nim jakieś ledwo skrywane zagrożenie, być może był jednym z tych chłopców, którzy lubią podpalać różne rzeczy jedynie po to, żeby patrzeć, jak się palą, ale nie dlatego, że są złośliwi czy okrutni, tylko pod wpływem bezmyślnego, szalonego impulsu.
- Ja sam jestem adoptowanym zięciem - powiedział. - Szkoda, bo może bym się nadał.
Wiedziałam, że tylko się ze mną drażni. Pochodził z samurajów dość wysokiej rangi; żadnym sposobem nie mógłby związać się z rodziną taką jak nasza.
- Mój ojciec szuka młodego lekarza - powiedziałam. - Nie sądzę, żeby Shiji-san się nadawał.
Roześmiał się.
- Twój stryj mówi, że jesteś bardzo mądra. Mówi, że znasz się na medycynie lepiej niż większość lekarzy.
- To prawda - odparłam. - Dlatego rodzice nie chcą, żebym odeszła z domu.
- Znam wielu lekarzy - powiedział Monta. - Kusakę Genzuiego, Katsurę Kogoro... Ale żaden z nas nie chce spędzić reszty życia w Choshu, podczas gdy nasz kraj popada w ruinę. Shishi nie ma czasu na żonę ani rodzinę. Nic nie powinno go ograniczać, w każdej chwili musi być gotowy odpowiedzieć na wezwanie swego kraju, działać zdecydowanie i bez litości.
Stryj czasem używał tego słowa: shishi to człowiek oddany wyższym celom. Powtórzyłam je cicho, myśląc, jak cudownie brzmi. Może mogłabym wyjść za jakiegoś shishi. Pomyślałam o Kusace Genzuim, z którym mój ojciec się zaprzyjaźnił, po tym jak w ciągu niecałego roku zmarł mu ojciec, jego brat Genki i jego matka; był tylko rok starszy ode mnie, zgrabny, inteligentny, przystojny młodzieniec. Ale małżeństwo z shishi pewnie przypominałoby małżeństwo z posłańcem. Taki mąż byłby nieustannie w drodze, przewożąc ważne wiadomości do shishi w innych hanach, ukrywając się w Kioto albo Edo, uciekając przed tajną policją bakufu. Zastanawiałam się, jak często żona Monty widuje swego męża. Rzadko o niej mówił.
Zresztą nawet Kusaka miał wyższą pozycję niż nasza rodzina.
- Dam ci znać, jeśli o kimś usłyszę - powiedział Monta, wstając, gdy Ito wyszedł z naszego domu. Zastanawiałam się, co mu przepisał ojciec. W medycynie ranpo syfilis leczyło się rtęcią, co było niemal równie niebezpieczne jak sama choroba, albo chlorkiem rtęci, albo związkiem potasu, ale oba były trudno dostępne i drogie. Ito uśmiechał się z zakłopotaniem i, jak mi się wydawało, ulgą. Wetknął papierową paczuszkę za pazuchę kimona. "Chyba nie może być tak źle" - pomyślałam.
- Jedziemy do Hagi - powiedział Monta, przywitawszy się z ojcem. - Ito zamierza się uczyć u mistrza Yoshidy. Szepnie słówko za Shinsaim.
- A co z tobą? - zapytał ojciec.
- W nowym roku han wysyła mnie do Edo - odparł Monta. - Mam poznawać zachodnią naukę i uczyć się angielskiego.
- Angielskiego? - zaciekawił się mój ojciec. - Tetsuya uczył się holenderskiego, i nawet dobrze mu szło, ale chyba powinien uczyć się jednocześnie angielskiego. Czy w Edo jest wiele szkół angielskiego?
- Coraz więcej, ale kto wie, ile są warte? - powiedział Monta. - Jak mamy ocenić nauczycieli? Nic nie wiemy o świecie zewnętrznym. Szogunat trzymał nas w zamknięciu, jak dzieci.
- Całkowicie nas zawiódł - zgodził się Ito.
- Musimy to nadrobić! - zawołał Monta. - Jesteśmy spóźnieni o wiele lat, a może stuleci.
- Powinniśmy zabijać cudzoziemców, a nie uczyć się od nich! - wykrzyknął Ito, który wyraźnie odzyskał chęć do życia.
- Najpierw przejmiemy ich wiedzę, a potem ich zabijemy - oświadczył Monta, poklepując rękojeść miecza.
Shinsai patrzył na nich z podziwem i zazdrością.
- Pojedziesz z nami do Hagi? - zapytał go Ito.
Stryj wyraźnie się zmieszał. Niczego innego nie pragnął bardziej, ale też nie mógł tak po prostu ruszyć w drogę z tymi beztroskimi młodymi ludźmi.
Ojciec patrzył na nich trzech z tak samo mieszanymi uczuciami, które były moim udziałem: irytacją, podziwem i żalem.
- Gdyby Shinsai dojechał do was za miesiąc czy dwa, mógłby przywieźć mi kolejną porcję maści i pigułek - powiedział. - Tsuru też mogłaby pojechać, mamy kilka rzeczy dla Mitsue i rodziny Kuriya.
- Naprawdę? - Shinsaiemu niemal odebrało mowę z zaskoczenia i wdzięczności. Ja też byłam przejęta: pojechać do Hagi, zobaczyć się z Mitsue i jej rodziną...
- A więc do zobaczenia w Hagi - powiedział Monta, któremu spieszno było w drogę.
- Trzymaj się z dala od herbaciarni - rzekł ojciec do Ito.
Shinsai chciał towarzyszyć im do gościńca w Yudzie. Kiedy odjechali, mój ojciec przeciągnął się i ziewnął.
- Czy to był syfilis? - zapytałam.
- Nie sądzę. Raczej miejscowa wysypka. Nie było śladów owrzodzenia, i nie ma objawów wtórnych. Ale równie dobrze mógłby to być syfilis. Szerzy się w Mitajiri i Shimonoseki. A z tego, co mówią, ten młodzieniec uwielbia gejsze. - Ojciec zmarszczył brwi. - Młodzi będą postępować jak młodzi, ale ryzykują wyrok na całe życie.
Syfilis był szczególnie częsty w porcie w Nagasaki. Wiedziałam, że ojciec martwi się o Tetsuyę, teraz ja zaczęłam się martwić o mego przyszłego męża. Będę się starała zadbać o to, żeby nie chodził do domów gejsz. Ale czy zdołam go powstrzymać? Zaczynałam żałować, że tyle wiem o chorobach i ich leczeniu - i o tym, że często nie ma żadnego lekarstwa.
Stryj natychmiast zaczął starania o przyjęcie do szkoły mistrza Yoshidy. Poprosił o rekomendacje swoich nauczycieli z juku Shirane w Yamaguchi, swoich przyjaciół, takich jak Kusaka Genzui, którzy już należeli do kręgu Yoshidy Shoina, a nawet Sufu Masanosukego, który właśnie objął władzę w Hagi. Shinsai całymi dniami pisał listy i czekał niecierpliwie na odpowiedzi. Układanie listów wymagało najwyraźniej częstego zasięgania rad w Yamaguchi i Yudzie, ale nawet kiedy pozostawał w domu, był roztargniony i nieuważny.
Pewnego popołudnia w siódmym miesiącu posłaniec z Hagi, w drodze do naszego sąsiada Yoshitomiego, stanął przed furtką i zawołał oficjalnie:
- Itasaki Shinsai-sama, przesyłka dla pana!
Stryj, który przyrządzał właśnie wywar z bylicy i pieprzu (co można było poznać po zapachu), zerwał się na równe nogi, przewracając miskę, aż jej zawartość rozlała się po podłodze.
- Tsu-chan, przynieś czarkę herbaty!
Akurat zaparzyłam czajniczek dla jednego z czekających pacjentów ojca, więc kiedy posprzątałam bałagan, nalałam kolejną czarkę i zaniosłam ją posłańcowi. Małym ręcznikiem ocierał pot z twarzy.
- Ha! - wykrzyknął, widząc herbatę. - Wyrazy najgłębszej wdzięczności, panienko. - Ukłonił się nisko, po czym wziął ode mnie czarkę.
Starałam się pohamować śmiech, ponieważ przemawiał tak kwiecistym, staroświeckim stylem, jak sam legendarny Mitsuuji z książki mojej matki. Teraz, kiedy szukano dla mnie męża, odruchowo oceniałam każdego młodego mężczyznę, którego spotkałam. Ten był bez wątpienia przystojny. Nieskazitelna, opalona skóra jaśniała brązem. Nogi, odsłonięte dla większej swobody ruchów, były długie i muskularne. Moim lekarskim okiem nie dostrzegałam żadnych śladów choroby. Wyobraziłam sobie, że jestem żoną posłańca: biegałby jak wiatr po po całym hanie z pilnymi listami wielkiej wagi. Może awansowałby i wysyłano by go do Kioto, a potem do Edo... Nie, nic by z tego nie wyszło. Siedziałabym tylko w domu z rodzicami i prawie bym go nie widywała. I kto zająłby się tłumem pacjentów?
Wzięłam czarkę z jego wyciągniętych rąk i pobiegłam do domu, żeby dolać mu herbaty.
Kiedy wróciłam, mój odrzucony kochanek mówił bez widocznej urazy:
- Jeśli Itasaki-sama chciałby odpowiedzieć, rano będę wracał do Hagi.
"Ach, ma złamane serce" - pomyślałam z zadowoleniem. "Jak dobrze to ukrywa".
- Tak, proszę, niech pan tu zajrzy - odrzekł mój stryj, wpatrując się okrągłymi oczami w trzymany przed nosem papier.
Posłaniec jednym haustem dopił herbatę, podziękował wylewnie i odbiegł drogą, wzbijając kłęby złotego kurzu.
Przeszliśmy w cień drzewa hazardowego.
- To list od mistrza Yoshidy - powiedział stryj z szacunkiem.
- Przeczytajmy go. - Popędziłam go na werandę. Słyszeliśmy, jak ojciec wyjaśnia pacjentowi zasady kuracji:
- Nie wolno panu pić sake ani używać tytoniu, proszę unikać jedzenia, które nadmiernie rozgrzewa organizm. Z pewnością nie powinien pan jeść mięsa dzika ani zająca. - Ojciec wyznawał teorię, że umiar i ćwiczenia fizyczne mogą zaradzić większości problemów.
- Jaki piękny charakter pisma - stwierdził Shinsai, rozwijając krótki zwój.
Zajrzałam mu przez ramię.
- Och, nie zgadza się ciebie przyjąć.
- To prawda. Ale jak pięknie pisze!
Shinsai wciąż wpatrywał się w list, gładząc opuszkami ślady pędzelka. Wydawało się, że jego umysł może pomieścić tylko jedno uczucie naraz. Musiał najpierw nacieszyć się tym, że ma w rękach list od Yoshidy Shoina, a dopiero później skupić się na jego treści.
*
- To dlatego, że nie jesteśmy samurajami - narzekał Shinsai później, gdy jedliśmy kolację. - Nie mamy pozycji. To dlatego mistrz Yoshida nie może mnie przyjąć. Szkołę obowiązują pewnie te same surowe zasady, co wszystkie inne instytucje w Hagi.
Mimo że pan Mori sprzyjał zdolnym młodym ludziom, w biurokracji hanu wciąż niewiele było szans na karierę, nawet dla sottsu, najniższych rangą samurajów. Tylko w wyjątkowych wypadkach podwyższano ich uposażenie, a ponieważ zarówno honor, jak i nieustanna kontrola nie pozwalały większości z nich przyjmować łapówek, nie mieli jak wydobyć się z biedy i długów. Wielu nigdy nie będzie stać na małżeństwo i założenie rodziny. Ale chociaż wszystkim nieustannie brakowało pieniędzy, główny dręczący ich problem był inny: to, że tak wielu młodych ludzi, z ich energią i inteligencją, nie miało szans na jakiekowiek znaczące stanowisko w hanie. Shinsai miał rację - jego sytuacja była jeszcze gorsza, ponieważ nasza rodzina zajmowała pozycję nawet niższą niż sottsu.
- Wyobraź sobie dom, który płonie - powiedział. - Wiesz, że możesz ocalić mieszkańców, ale odsuwają cię na bok i mówią: "Nie wtrącaj się, zostaw to straży pożarnej". Ale strażacy jeszcze nie przyjechali, a gdy się pojawiają, ich sprzęt już na nic nie może się przydać i przegrywają z płomieniami.
- Ależ nic się nie pali, Shinsai-san - odparła moja matka, próbując go uspokoić.
- Niedługo cały kraj stanie w płomieniach. A ja wciąż będę ucierał proszki i mieszał lekarstwa. Umiem walczyć mieczem, znam się na zachodniej broni i technice wojskowej. Mam rozum równie dobry jak ktokolwiek inny. A mimo to muszę marnować życie tutaj, w gabinecie pod drzewem hazardowym w Yudzie!
- To chyba całkiem niezła sytuacja - stwierdził mój ojciec, wyraźnie urażony. On w końcu osiągnął pewien awans; miał dużo wyższą pozycję i dochody niż jego ojciec, a jego praktyka świetnie prosperowała.
- Dla ciebie może tak - odparł stryj. - Ale ty jesteś w średnim wieku, a ja nie mam jeszcze dwudziestu lat.
- Przyjęliby cię do Szkoły Medycyny - zasugerował ojciec - jeśli naprawdę chcesz jechać do Hagi.
Ta rozsądna rada wyraźnie zirytowała Shinsaiego. Wstał, powiedział, że idzie się przejść i wyszedł. Ojciec siedział chwilę, marszcząc brwi i klepiąc się po ramionach, po czym także wyszedł, mówiąc, że idzie do Yudy i żeby na niego nie czekać. Odprowadziłam go do furtki, myśląc, że chyba jest zmartwiony, skoro idzie odwiedzić O-Kiyo.
Był cudowny wieczór, powietrze łagodne i nieruchome, przez wilgoć gwiazdy wydawały się ogromne. Niebo na wschodzie srebrzyło się od światła księżyca w trzeciej kwadrze. Grały świerszcze, żaby kumkały w strumieniu. Ja jednak czułam niepokój. Nie miałam ochoty spać i kiedy moja matka poszła się położyć, powiedziałam O-Kane, żeby też poszła do łóżka. Wzięłam świecę do frontowego pokoju, zapaliłam tam lampę i wzięłam się do szycia.
Moja siostra zabrała do domu męża nowe ubrania, a ja sprułam i wyprałam jej stare stroje. Pora była równie dobra jak każda inna, żeby zszyć je na nowo, tak by pasowały na mnie i O-Kane. Lubiłam szyć i zawsze miałam do tego dryg, to użyteczna umiejętność dla lekarza. Właściwie to potrafiłam zeszyć ranę zręczniej i delikatniej niż mój ojciec. Czasem podczas cerowania ćwiczyłam to sobie, udając, że przyciągam krawędzie rany od miecza. W rzeczywistości większość głębokich zranień, którymi się zajmowaliśmy, to były skaleczenia nożem kuchennym albo narzędziami rolniczymi. Nigdy nie zszywałam rany zadanej w walce: nikt tak naprawdę nie walczył na miecze, chociaż nosili je wszyscy mężczyźni z klasy samurajów, wszyscy też uczyli się szermierki. Mój ojciec często mówił, że dzięki moim schludnym ściegom blizna będzie mniejsza i ładniejsza, ale to i tak pewnie nie obchodziłoby wojownika, który nie chciałby, żeby jego rany zszywała dziewczyna.
W Kioto i Edo dochodziło czasem do prawdziwych walk między samurajami z rywalizujących hanów albo pozbawionymi pana roninami; zdarzały się także napaści z zasadzki i awantury, gdy ktoś się upił i kogoś obraził. I oczywiście nawet w Choshu popełniano morderstwa przy użyciu noży lub mieczy; sprawcami byli zwykle włamywacze albo zazdrośni mężowie. Wśród samurajów z Choshu z pewnością zdarzali się bandyci i tyrani, tacy jak ci, o których czytaliśmy w książkach z Edo i Osaki, ale w Yudzie na takich nie trafiliśmy.
Rozmyślałam sobie leniwie o tych wszystkich sprawach, ciesząc się drobniutkim ściegiem mojej igły, kiedy wrócił stryj.
- Witaj w domu! - zawołałam cicho i zaczęłam zwijać materiał. Pomyślałam, że zrobię mu herbaty.
- Nie wstawaj - powiedział, gdy wszedł na matę. Usiadł obok mnie ze skrzyżowanymi nogami. Pachniał letnią nocą i tytoniem.
- Nie chcesz herbaty?
Potrząsnął głową.
- Czy ty cokolwiek widzisz? - zapytał, zerkając na moją robotę. Na ciemnej tkaninie ściegi były zupełnie niewidoczne. - Nie nadwerężaj oczu.
Czasem Shinsai wydawał się dużo starszy ode mnie, tak jakby miał tyle lat, ile powinien mieć stryj, a czasem sprawiał wrażenie jeszcze młodszego niż ja. Często drażnił się ze mną niczym młodszy brat i równie często bywał niespodziewanie troskliwy, tak jak teraz, co przypominało mi o tym, jak jesteśmy blisko, jak dobrze się znamy. Był w tym domu od zawsze, stanowił część mojego życia. Chociaż siedział poza kręgiem światła lampy, widziałam w wyobraźni każdy cal jego twarzy: wysokie kości policzkowe i szerokie czoło, gęste włosy błyszczące jak skrzydło kruka, poważne spojrzenie pod ściągniętymi brwiami, a także to, jak śmiały uśmiech rozjaśnia jego oczy.
Ale teraz się nie uśmiechał. Cała jego postawa wyrażała rozczarowanie. Próbowałam coś wymyślić, żeby dodać mu otuchy.
- Może powinieneś starać się o przyjęcie do Koseikan.
Szkoła Medycyny była jednym z ukochanych przedsięwzięć naszego daimyo, dwa lata temu została wyremontowana i powiększona.
- Zastanawiam się nad tym - przyznał. - Przynajmniej w ten sposób byłbym w Hagi. Ale szczerze mówiąc, medycyna mnie nie interesuje, wolałbym dowiedzieć się więcej o zachodniej nauce, ich technologii, o tym, jak prowadzą wojny.
Umilkł na chwilę. Wzięłam znów tkaninę, myśląc, że mogłabym zacząć obszywać rąbek.
- Tak naprawdę to ty powinnaś pójść do Szkoły Medycyny.
Uśmiechnęliśmy się oboje, wiedząc, że to prawda i że to niemożliwe.
- Powinnaś była urodzić się chłopcem, Tsu-chan.
Westchnęłam, nie chcąc się przyznać, że ostatnio sama tak myślałam. Mój bystry umysł, duże dłonie i stopy, siła fizyczna - wszystko to wydawało się należeć do jakiegoś chłopca, którego miejsce na świecie skradła dziewczyna.
- Z drugiej strony - powiedział Shinsai - będziesz piękną kobietą. Zazdroszczę temu, kto cię poślubi.
Nagle pokój zrobił się dla nas za mały. Siedzieliśmy za blisko siebie. Włożyłam materiał z powrotem do koszyka i wstałam szybko. Poczułam na twarzy gorąco, serce mi łomotało.
- Najpierw trzeba go znaleźć - powiedziałam, siląc się na swobodny ton.
Ojciec nie mógł znieść, kiedy jego pacjenci umierali. U lekarza jest to słabość, ponieważ wielu ludzi nie udaje się uratować. Mnie natomiast ogromnie interesował fakt i proces śmierci, co czyniło ze mnie idealną asystentkę. Na skutek swej uczuciowej natury ojciec bardzo się przejmował, przez co z kolei denerwowali się jego pacjenci. Kiedy był niespokojny, zwykle głaskał i poklepywał się po ramionach. To właśnie były dla mnie dźwięki towarzyszące śmierci - nierówny oddech chorego i cichy odgłos rąk ojca poklepujących rękawy kurtki. Po jakimś czasie zauważyłam, że moje chłodne podejście działa bardziej kojąco niż jego niepokój i pomaga umierającemu pogodzić się z tym, co nieuniknione.
Dzięki temu dystansowi nauczyłam się widzieć, co naprawdę dzieje się w ciele pacjenta. Czasem czułam się, jakbym miała w oczach mikroskop: mój ojciec dostał taki przyrząd, kiedy był studentem w Nagasaki, a chwila, gdy po raz pierwszy pokazano mi, jak z tego instrumentu korzystać, była jednym z najsilniejszych wspomnień mojego dzieciństwa. Wtedy właśnie postanowiłam zostać lekarzem - chociaż nie miałam do czynienia ze zbyt wieloma pacjentami, oprócz położnic i umierających, przy których pozwalano mi asystować ojcu. Medycyna była wciąż domeną mężczyzn. Czasem jednak niezwykła skromność kobiety z klasy bushi, albo nadzwyczajne przywiązanie jej męża do obyczajów sprawiały, że pacjentka nie chciała być badana przez mężczyznę. Pozostawała więc ukryta za parawanem, podczas gdy mój ojciec miał zdiagnozować objawy i zaproponować kurację, choć nie mógł nawet sprawdzić jej pulsu ani obejrzeć języka czy skóry.
- Nie potrafię powiedzieć, co jest nie tak, jeśli nie mogę jej obejrzeć ani dotknąć! - wołał w desperacji, a wtedy wysyłano mnie na drugą stronę parawanu albo do pokoju obok, żebym była jego oczami i dłońmi. W ten sposób nauczyłam się wyczuwać różne rodzaje pulsu, odróżniać zdrową, niezablokowaną siłę życiową od zablokowanej, określać na podstawie wyglądu języka albo białka oka, co może być nie w porządku w narządach wewnętrznych albo jelitach. Zanim skończyłam piętnaście lat, znałam osiem podstawowych wzorców oraz pięć faz, sześć zgubnych wpływów oraz siedem uczuć, tworzących podstawę kanpo, starej tradycji pochodzącej z Chin, a także bardziej nowoczesne nauki nazywane przez nas ranpo, medycyną holenderską. Ojciec zaczął liczyć się z moim zdaniem i omawiać ze mną kuracje. Pomagałam mu przygotowywać leki i porcjować dawki, mierząc i ważąc kolcorośl chińską, sennę, anyżek, lukrecję, żeń-szeń, korzeń peonii, sproszkowaną skórę gekona i dżdżownice, i wszystkie inne składniki zgromadzone w słoikach i pudełkach na półkach gabinetu w naszym domu, gdzie mój ojciec, siedząc na wyłożonym tatami podwyższeniu, udzielał konsultacji. Wszędzie wokół niego zalegały książki, z których większość czytałam: traktaty o anatomii i chirurgii, farmakologii i ziołolecznictwie, ciąży i porodzie, chorobach oczu, obłędzie, chorobach skóry i syfilisie, przyżeganiach, akupunkturze oraz dobroczynnym działaniu gorących źródeł. Niektóre były dziełem autorów japońskich, inne przetłumaczone z chińskiego albo holenderskiego. Na jednej z półek ojciec trzymał instrumenty chirurgiczne, w większości przykryte jedwabnymi szmatkami dla ochrony przed kurzem, swoje dwa kuferki lekarskie oraz kilka sprowadzonych z Nagasaki szklanych słojów, zawierających rozmaite zakonserwowane stworzenia, uważane przez dzieci z sąsiedztwa za smoki albo syreny.
Pacjenci czekali na zewnątrz na werandach: samurajowie na tej bardziej eleganckiej wychodzącej na ogród, a ludzie z miasta na bocznej, węższej, skąd widać było żywopłot i słupy do suszenia prania, na których wisiały bawełniane szmatki, opatrunki i bandaże. Samurajom zazwyczaj podawaliśmy herbatę, ale zwykłym mieszkańcom miasta już nie. Ci przynosili ze sobą jedzenie i siedzieli na zewnątrz, częstując się nawzajem swoim prowiantem, a także opowieściami o objawach, lekach oraz opiniami na temat miejscowych lekarzy. Często robili dużo hałasu, tak że mój ojciec z gniewem wołał o ciszę.
W gabinecie pachniało suszoną skórką pomarańczową, bylicą, kamforą, olejkiem terebintowym i liśćmi laurowymi, a także kadzidłem, które paliliśmy przed ołtarzykiem Shinno stojącym wśród preparatów na jednej z półek.
Nasz dom znajdował się niedaleko centrum Yudy, miasta, które wyrosło wokół gorących źródeł. Mieliśmy takie źródło w ogrodzie, służyło do kąpieli, a także do przygotowywania leków i balsamów. Między drogą z Yudy a górami, które wyrastały nagle w odległości mniej niż mili, leżały pola mokre i suche; zaraz po drugiej stronie drogi był nasz warzywnik. Płynący za nim strumień, nazywany przez nas Karasugawa, oddzielał uprawy warzyw od pól ryżowych. Na każdym rogu posadzono drzewa owocowe, brzoskwinie, morwy, morele albo persymony; szczególnie duże drzewo persymony rosło w miejscu, gdzie nasza ziemia graniczyła z ziemią rodziny Inoue, której dzieci, w tym Montę, znaliśmy od zawsze.
Góry nie były wysokie, ale uroczo malownicze, jak z chińskich pejzaży, i często spowite mgłą. Na niższych zboczach rosły bambusy o smukłych pniach i bujnym listowiu; wyżej był las mieszany: kasztanowce, dęby korkowe, zwykłe dęby i cedry, a także dzikie wiśnie, kwitnące wiosną na biało, i czerwone jesienią klony.
Przy bramie domu rosło jedno z tych wielkich drzew zwanych drzewami hazardowymi, ponieważ ich kora odchodzi pasami, niczym ubranie przegrywającego hazardzisty. Dlatego właśnie praktykę mojego ojca nazywano często "gabinetem pod drzewem hazardowym", co wśród jego kolegów było źródłem nieustannych żartów i kalamburów. Na drzewie mieszkało wiele ptaków, między innymi para sów, które pohukiwały cicho nocami. Ten dźwięk, a także dźwięk osypującej się kory, zawsze kojarzy mi się z czasem przed burzą.
*
Ojciec, ze swą uczuciową i łagodną naturą, nie lubił konfliktów. Podkpiwaliśmy z niego, nazywając go Soseiko (Panem Potakiwaczem). Taki sam przydomek, raczej niezłośliwie, nadano daimyo hanu Choshu, Moriemu Takachice. W tamtym czasie nigdy jeszcze nie widziałam pana Moriego, chociaż czasem chodziliśmy do Hagi O-Kan, drogi prowadzącej z Hagi do portu Mitajiri na południu, żeby przyglądać się, jak wyrusza w podróż do odległej stolicy w Edo, żeby spędzić tam rok. Daimyo każdego hanu musiał bowiem spędzić co drugi rok w Edo, gdzie jego rodzina mieszkała na stałe, właściwie jako zakładnicy, a procesje do stolicy i z powrotem były wspaniałym widowiskiem: setki ludzi i koni, chorągwie i herby hanu, daimyo i jego starsi dworzanie w palankinach.
Pan Mori był zobowiązany ponosić wielkie wydatki na swoją świtę oraz honjin, specjalne kwatery po drodze, ponieważ był jednym z największych (bez wątpienia największym, jeśli wierzyć mieszkańcom Choshu) spośród tozama, czyli panów zewnętrznych. Grupę tę stanowiły rodziny, które poddały się Tokugawie Ieyasu dopiero po bitwie pod Sekigaharą w piątym roku Keicho, ponad dwieście pięćdziesiąt lat temu. Można by pomyśleć, że to bardzo dawno, ale nie na tyle dawno, żeby mieszkańcy Choshu zapomnieli o tym, jakie zło wyrządzili Tokugawa rodzinie Morich: Morich, którzy od tamtej pory dusili się w twierdzy Hagi, odcięci od szlaków handlowych i z dala od Edo, i mogli jedynie dumać nad niesprawiedliwością, planując zemstę.
Te opowieści - powtarzane dzieciom, które lubiły spać ze stopami skierowanymi obraźliwie na wschód, gdzie mieszkali Tokugawa, do czego nakłaniał nas mój brat Tetsuya - tylko po części były prawdą. Starsi w Hagi podobno w Nowy Rok witali swego pana słowami: "Czy już nadszedł czas, żeby obalić bakufu?", na co on nieodmiennie odpowiadał: "Nie, jeszcze nie czas".
Czy ten moment miał kiedykolwiek nadejść? Ród Morich przetrwał, jego orszaki były wciąż imponująco wystawne. My, dzieci, mogliśmy odgrywać w zabawach bitwę pod Sekigaharą i widywać ją w snach, ale nasz pan był przecież soseiko i zgadzał się ze wszystkimi, tak jak nasz ojciec. Trudno było sobie wyobrazić, żeby mógł się zdobyć na obalenie szogunatu.
Ale pan Mori miał też inne cechy wspólne z naszym ojcem: umiał ośmielać młodych ludzi i dostrzegać ich największe zalety, potrafił wyławiać zdolnych wśród samurajów niższej rangi, żywił też mocne przekonanie, że jeśli założy się nowoczesne szkoły z najlepszymi nauczycielami, musi z tego wyniknąć coś dobrego. Pan Mori nie był wszechstronnie wykształconym człowiekiem, z czego zdawał sobie sprawę, ale miał dobrych doradców, i dzięki temu robił mądre rzeczy.
Dwadzieścia lat wcześniej, w okresie Tenpo, nasz han przez wiele lat nękała nietypowa pogoda i słabe zbiory. W porze sadzenia było sucho, za to później padały ulewne, zimne deszcze. Nie dojrzał nie tylko ryż, ale też proso, jęczmień i fasola.
Wybuchły ogromne zamieszki, które objęły ponad sto wiosek. Ludzie głodowali, a finanse hanu popadły w ruinę i niewiele można było zrobić - ani żeby pomóc mieszkańcom, ani żeby ich uciszyć. Dochody hanu w wysokości ponad sześciuset tysięcy koku należały się kupcom z Osaki w zamian za pieniądze na bieżące wydatki, a według mojego ojca jej długi znacznie przekraczały przychody - nawet gdyby nie płacić procentów.
Władze uznały, że rozwiązaniem większości problemów finansowych będzie obniżenie uposażenia samurajom i przekonanie pozostałych, zwłaszcza kupców, by byli bardziej oszczędni. Dorastałam w przekonaniu, że wszyscy wokół są biedni, z wyjątkiem oczywiście pana Moriego. I tak powodziło nam się lepiej niż większości ludzi; mój ojciec przynajmniej miał zawód. Pacjenci czasem nie mogli zapłacić mu całego honorarium, ale za to przynosili różne rzeczy do jedzenia albo własnoręcznie wykonane przedmioty: sandały ze słomy, peleryny, parasole, koszyki. Mieliśmy dość ziemi, żeby się z niej utrzymać - a kiedy jeszcze mojego ojca nieoczekiwanie mianowano lekarzem hanu, można było wysłać Tetsuyę do Nagasaki na dalszą naukę.
Praca nigdy się nie kończyła i nic nie mogło się zmarnować. Moja matka pracowała równie ciężko jak inni, ale miała dwa sposoby na to, by na chwilę uciec od codziennych obowiązków. Chadzała na koniec ogrodu, gdzie pod starymi śliwami było kilka rodzinnych grobów; pochowano tu moich dziadków oraz mego młodszego brata i siostrę. Rodzeństwo zmarło w wieku czterech i dwóch lat, podczas epidemii ospy w pierwszym roku Kaei (1848). Ja też w tym czasie zapadłam ma ospę, ale przeszłam ją łagodniej i zostało mi po niej tylko kilka śladów na policzkach, które można było wziąć za dodatkowe piegi.
W rok po epidemii władze hanu postanowiły wprowadzić szczepionki. Kusaka Genki, starszy brat przyjaciela mojego stryja, Genzuiego, właśnie wrócił do Hagi po nauce u Ogaty Koana w Osace, dokąd ta praktyka dotarła niedawno z Nagasaki. Bez niego nie udałoby się uzyskać szczepionki i przekonać rodzin, żeby pozwoliły zaszczepić swoje dzieci.
Ojciec skwapliwie podjął się szczepień. Bardzo podziwiał Genkiego, a może się z nim identyfikował, ponieważ byli w podobnym wieku i obaj mieli dużo młodszego brata. To, że tak wiele małych dzieci umierało na ospę, zawsze gnębiło mojego ojca, a fakt, że nie potrafił ocalić swoich własnych latorośli, był dlań szczególnie bolesny. Matka często wzdychała:
- Gdyby tylko szczepionki pojawiły się rok wcześniej, mielibyście braciszka i siostrzyczkę.
Ale ja myślałam, że to ciekawe, że zmarli przede mną, i wiedziałam, że dzięki temu jestem droższa moim rodzicom. Czułam też jednak, że powinnam zrobić wszystko, co tylko można, by ukoić ich ból, tak żeby nigdy nie żałowali, że to właśnie ja przeżyłam. Kiedy więc moja matka każdego popołudnia znikała, żeby spędzić trochę czasu z umarłymi, odpocząć i odzyskać siły fizyczne i duchowe, bez skargi wykonywałam także jej pracę oprócz swojej.
Inną wielką pociechą mojej matki była literatura. Znała na pamięć wszystkie historie z Opowieści o rodzie Taira albo Wielkiego Pokoju. Bohaterowie tacy jak Yoshitsune albo Kusunoki Masashige ożywali w jej opowieściach, które snuła wieczorami, podczas, gdy reperowaliśmy różne rzeczy i szyliśmy. Miała także na własność kilka cennych książek: Opowieść o księciu Genjim, Zwierciadło nauk i tym podobne. Jej ulubioną książką był Wiejski Genji, historia o przystojnym młodzieńcu Mitsuujim, który udawał bawidamka, ale naprawdę był wielkim wojownikiem.
Książka miała wiele tomów; była stara i zniszczona przez owady oraz wilgoć, ale dla nas otaczała ją aura relikwii. Została zakazana przez szoguna - zniszczono nawet klocki drukarskie - więc już samo jej posiadanie było aktem wywrotowym. Wyjmowaliśmy ją tylko w obecności najbliższych krewnych. Matka na noc chowała ją pod poduszkę, tak żeby móc ją uratować w razie pożaru. Była to wspaniała opowieść o miłości i odwadze w świecie bardzo odległym od naszego ciężkiego codziennego życia.
Inną książką, którą uwielbiała moja matka, była Opowieść o śmiałym Shidokenie. Kiedy miałam jedenaście lat, dała mi biały wachlarz z piór i powiedziała, że jest magiczny, tak samo jak wachlarz Asanoshina: dzięki niemu będę mogła widzieć odległe miejsca i przyglądać się temu, co dzieje się w innych miastach i innych krajach. Uwierzyłam jej, często przyciskałam wachlarz do ust i udawałam, że widzę, co dzieje się hen daleko.
Ojciec nauczył mnie, jak używać mikroskopu i zachęcał, żebym została lekarzem. Matka zaś dała mi czarodziejski wachlarz i wyzwoliła moją wyobraźnię.