Kwiat Nieśmiertelności - Nora Roberts

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (27,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Urwa­nie głowy z tym ślu­bem. Eve nie miała poję­cia, po kiego licha wpa­ko­wała się w coś takiego. Prze­cież jest gliną, na Boga. Przez całe dzie­sięć lat swo­jej pracy w poli­cji twardo trzy­mała się zasady, że poli­cjanci nie powinni być obcią­żeni rodziną, żeby mogli kon­cen­tro­wać się wyłącz­nie na pracy. Czło­wiek po pro­stu nie zdoła dzie­lić czasu, ener­gii i uczuć mię­dzy bez­pra­wie we wszyst­kich jego odcie­niach a rodzinę, z nie­po­dziel­nie zwią­za­nymi z nią obo­wiąz­kami i kon­flik­tami.

Eve zawsze uwa­żała, że mał­żeń­stwo, podob­nie jak służba w poli­cji, to praw­dziwa harówka, która nie­sie ze sobą ogromną odpo­wie­dzial­ność i wymaga pracy w naj­mniej po temu odpo­wied­nich godzi­nach. Cóż, że mamy rok 2058 i nastała oświe­cona era roz­woju tech­no­lo­gicz­nego - mał­żeń­stwo wciąż pozo­sta­wało mał­żeń­stwem. Na samą myśl o nim odczu­wała paniczny strach.

A mimo to w ten piękny letni dzień - jeden z nie­licz­nych jakże cen­nych dni wol­nych od służby - szy­ko­wała się, by pójść na zakupy. Aż dresz­cze ją prze­cho­dziły.

Nie idę na zwy­czajne zakupy, przy­po­mniała sobie ze ści­śnię­tym żołąd­kiem, idę po suk­nię ślubną.

Chyba jej do reszty odbiło.

Oczy­wi­ście, wszystko przez Roarke'a. Wyko­rzy­stał chwilę jej sła­bo­ści. Oby­dwoje byli mocno potur­bo­wani, zalani krwią i mieli szczę­ście, że w ogóle żyli. Kiedy męż­czy­zna jest cwany i zna swoją ofiarę na tyle, by wybrać odpo­wiedni moment na oświad­czyny, cóż, kobieta nie ma szans.

Przy­naj­mniej taka kobieta, jak Eve Dal­las.

- Wyglą­dasz, jak­byś zamie­rzała rzu­cić się z gołymi rękami na gang chemi-ban­dy­tów.

Eve wsu­nęła stopę do buta i zmie­rzyła Roarke'a wzro­kiem. Ten facet jest aż za przy­stojny, pomy­ślała. Powinno się go za to zamknąć. Twarz jak odlana z brązu, usta poety, zabój­czo nie­bie­skie oczy, gęste czarne włosy. Kiedy wresz­cie uda­wało się ode­rwać wzrok od jego twa­rzy, oczom uka­zy­wała się rów­nie per­fek­cyjna syl­wetka. A gdy do tego dodać lekki irlandzki akcent, cóż, wszystko razem two­rzyło cho­ler­nie dobry zestaw.

- Walka z chemi-ban­dy­tami nie umywa się do tego, co zamie­rzam zro­bić. - Eve skrzy­wiła się, sły­sząc nutę skargi w swoim gło­sie. Nie miała w zwy­czaju narze­kać. Prawdą jed­nak było, że wola­łaby sta­wić czoło nabu­zo­wa­nemu ćpu­nowi, niż roz­ma­wiać o lamów­kach.

Lamów­kach, Chry­ste Panie.

Zmełła w ustach prze­kleń­stwo i powio­dła spoj­rze­niem za Roar­kiem, idą­cym przez dużą sypial­nię. Ten czło­wiek potra­fił w naj­bar­dziej zaska­ku­ją­cych momen­tach spra­wiać, że czuła się jak idiotka. Jak teraz, kiedy usiadł przy niej na wyso­kim sze­ro­kim łożu i ujął ją pod pod­bró­dek.

- Jestem w tobie bez­na­dziej­nie zako­chany.

No pro­szę. Ten facet o kusząco nie­bie­skich oczach i przy­wo­dzą­cej na myśl obrazy Rafa­ela uro­dzie wyklę­tego anioła kochał ją.

- Roarke. - Z tru­dem zdu­siła w sobie cięż­kie wes­tchnie­nie. Gdyby stała twa­rzą w twarz z sza­lo­nym mutan­tem trzy­ma­ją­cym w ręku gotowy do strzału laser, co jej się już nie­raz zda­rzało, czu­łaby się pew­niej niż teraz, kiedy musiała poko­nać tak wiel­kie wzru­sze­nie. - Zro­bię to. Prze­cież ci mówi­łam.

Roarke uniósł brwi. Nie mógł się nadzi­wić, że Eve nie zdaje sobie sprawy, jak ponęt­nie wygląda w tej chwili, zakło­po­tana, z nie­dbale przy­cię­tymi jasno­brą­zo­wymi wło­sami ster­czą­cymi na wszyst­kie strony i z cien­kimi zmarszcz­kami zwąt­pie­nia i iry­ta­cji mię­dzy brwiami. Z jej dużych oczu w kolo­rze whi­sky biło napię­cie.

- Eve, moja droga. - Poca­ło­wał ją deli­kat­nie w zaci­śnięte usta, po czym musnął war­gami dołek w pod­bródku. - Ni­gdy w to nie wąt­pi­łem. - Kła­mał. Cią­gle oba­wiał się, że ona jed­nak zmieni zda­nie. - Mam parę spraw do zała­twie­nia. Wczo­raj wró­ci­łaś późno i nie mogłem cię spy­tać o plany na dzi­siaj.

- Do trze­ciej w nocy obser­wo­wa­łam dom Binesa.

- I co?

- Wszedł mi pro­sto w ręce, nafa­sze­ro­wany środ­kami odu­rza­ją­cymi i wymę­czony długą sesją relak­sa­cyjną. - Uśmiech­nęła się, ale był to uśmiech łowcy, zło­wrogi i zimny. - Ten gno­jek przy­ma­sze­ro­wał do mnie, jakby był moim oso­bi­stym andro­idem.

- To dobrze. - Roarke pokle­pał ją po ramie­niu i wstał, po czym wsu­nął głowę do prze­stron­nej gar­de­roby i zaczął prze­glą­dać swoją kolek­cję mary­na­rek. - No a dzi­siaj? Musisz przy­go­to­wać jakieś raporty?

- Dzi­siaj mam wolne.

- Tak? - Odwró­cił się do niej zasko­czony, trzy­ma­jąc w ręku piękną ciem­no­szarą mary­narkę z jedwa­biu. - Jeśli chcesz, prze­łożę część moich popo­łu­dnio­wych zajęć.

Eve pomy­ślała, że to tak, jakby gene­rał chciał prze­ło­żyć zapla­no­wane przez sie­bie bitwy na inne ter­miny. Według Roarke'a, biz­nes był wojną, toczoną na wielu fron­tach i przy­no­szącą zyski.

- Jestem już umó­wiona. - Znów przy­brała posępną minę. - Idę na zakupy - wymam­ro­tała. - Po suk­nię ślubną.

Roarke uśmiech­nął się cie­pło. W ustach Eve te słowa były jak wyzna­nie miło­ści.

- Nic dziw­nego, że tak się dąsasz. Ale prze­cież powie­dzia­łem ci, że się tym zajmę.

- Sama wybiorę swoją suk­nię ślubną. I sama ją kupię. Nie wycho­dzę za cie­bie dla two­ich cho­ler­nych pie­nię­dzy.

Roarke na­dal się uśmie­chał, nie­na­gan­nie ele­gancki jak mary­narka, którą wkła­dał.

- Cze­muż więc pani za mnie wycho­dzi, pani porucz­nik? - Nachmu­rzyła się jesz­cze bar­dziej, ale nie zamie­rzał ustą­pić. Zawsze był uparty. - Mam ci pod­po­wie­dzieć?

- Bo nie przyj­mu­jesz do wia­do­mo­ści sprze­ciwu. - Pod­nio­sła się i wci­snęła ręce do kie­szeni dżin­sów.

- Za taką odpo­wiedź możesz dostać naj­wy­żej pół punktu. Spró­buj raz jesz­cze.

- Bo mi odbiło.

- Oj, bo nie wygrasz głów­nej nagrody: roman­tycz­nej podróży dla dwojga do Świata Tro­pi­ków na Star Pięć­dzie­siąt.

Uśmiech zadrżał w kąci­kach jej ust.

- Może dla­tego, że cię kocham.

- Może. - Usa­tys­fak­cjo­no­wany, pod­szedł do niej i poło­żył ręce na jej sil­nych ramio­nach. - Prze­cież zakupy nie są takie straszne. Wystar­czy uru­cho­mić parę pro­gra­mów z kata­lo­gami skle­po­wymi, rzu­cić okiem na kil­ka­na­ście sukni i zamó­wić tę, która ci się naj­bar­dziej spodoba.

- Tak wła­śnie zamie­rza­łam zro­bić. - Prze­wró­ciła oczami. - Mavis kazała mi wybić to sobie z głowy.

- Mavis. - Roarke'owi nieco zrze­dła mina. - Eve, nie mów, że to wła­śnie z nią idziesz na zakupy.

Kiedy zoba­czyła auten­tyczne prze­ra­że­nie w jego oczach, tro­chę popra­wił jej się humor.

- Chce mnie zabrać do zna­jo­mego pro­jek­tanta mody.

- Dobry Boże!

- Mavis twier­dzi, że on jest wspa­niały. Kiedy tylko dosta­nie swoją szansę, będzie sławny. Ma małe stu­dio w Soho.

- Pojedźmy gdzieś i weźmy ślub dzi­siaj. Teraz. Wyglą­dasz dosko­nale.

Twarz Eve roz­ja­śniła się w uśmie­chu.

- Co, boisz się?

- Jestem prze­ra­żony.

- To dobrze. Jeste­śmy kwita. - Zado­wo­lona, że udało jej się wyrów­nać rachunki, nachy­liła się i poca­ło­wała go. - Przez następ­nych kilka tygo­dni możesz się zamar­twiać, w czym pójdę do ślubu. Teraz muszę już lecieć. - Pokle­pała go po policzku. - Umó­wi­łam się z nią za dwa­dzie­ścia minut.

- Eve. - Roarke zła­pał ją za rękę. - Mam nadzieję, że nie zro­bisz cze­goś idio­tycz­nego.

Wyrwała dłoń z jego uści­sku.

- Prze­cież wycho­dzę za mąż, no nie? Cóż może być bar­dziej idio­tycz­nego?

*

Miała nadzieję, że zabiła mu ćwieka na resztę dnia. Myśl o mał­żeń­stwie wypeł­niała jej serce lękiem, ale jesz­cze bar­dziej prze­ra­żał ją sam ślub - stroje, kwiaty, muzyka, goście.

Pędziła ulicą Lexing­ton w stronę cen­trum. Nagle przy­ha­mo­wała ostro. Jakiś han­dlarz uliczny wje­chał swoim zady­mio­nym wóz­kiem na jej pas. Sklęła go pod nosem. Nie dość, że łamał prze­pisy, to jesz­cze uno­sił się wokół niego ohydny zapach sojo­wych hot dogów. Aż robiło się nie­do­brze.

Tak­sów­karz jadący za nią wci­snął klak­son i zaczął wrzesz­czeć przez gło­śnik, wbrew zaka­zowi hała­so­wa­nia w cen­trum mia­sta. Na chod­niku stała grupka ludzi, praw­do­po­dob­nie tury­stów, obła­do­wa­nych mini­ka­me­rami, mapami kom­pu­te­ro­wymi i lor­net­kami. Wpa­try­wali się tępo w mknące ulicą pojazdy. Eve potrzą­snęła głową z dez­apro­batą, zauwa­żyw­szy pośród nich kie­szon­kowca, który zręcz­nie roz­py­chał się łok­ciami.

Po powro­cie do hotelu naiwni tury­ści odkryją, że zgi­nęło im kilka kre­dy­tów. Gdyby Eve miała czas i wolne miej­sce do par­ko­wa­nia, być może rzu­ci­łaby się w pościg za zło­dzie­jem. On jed­nak w mgnie­niu oka znik­nął w tłu­mie i z pew­no­ścią śmi­gał już przez mia­sto na powietrz­nych rol­kach.

Tak to już jest w Nowym Jorku, pomy­ślała Eve i uśmiech­nęła się lekko. Przy­jeż­dżasz tu na wła­sne ryzyko.

Uwiel­biała tłumy, hałas, cią­gły gorącz­kowy pęd. Tutaj czło­wiek rzadko bywał samotny, ale jed­no­cze­śnie ni­gdy nie czuł bli­sko­ści innych. Dla­tego wła­śnie Eve przed wie­loma laty przy­je­chała do tego mia­sta.

Nie była szcze­gól­nie towa­rzy­ska, a zbyt wielka prze­strzeń i nad­miar samot­no­ści potę­go­wały jej ner­wo­wość.

Przy­była do Nowego Jorku, by zostać poli­cjantką, bo wie­rzyła w porzą­dek i potrze­bo­wała go, aby prze­żyć. Jej trud­nego dzie­ciń­stwa, peł­nego bia­łych plam i mrocz­nych tajem­nic, nie można było zmie­nić. Ale ona się zmie­niła. Prze­jęła kon­trolę nad swoim życiem, stała się osobą, którą jakaś nie­znana pra­cow­nica opieki spo­łecz­nej nazwała Eve Dal­las.

A teraz w jej życiu miała nastą­pić kolejna zmiana. Za kilka tygo­dni nie będzie już Eve Dal­las, porucz­nik wydziału zabójstw. Zosta­nie żoną Roarke'a. To, jak pogo­dzi jedno z dru­gim, sta­no­wiło dla niej więk­szą zagadkę niż każda ze spraw, któ­rymi zaj­mo­wała się w cza­sie swo­jej kariery.

Ani ona, ani Roarke nie wie­dzieli, jak to jest żyć w rodzi­nie, mieć rodzinę, two­rzyć rodzinę. Oby­dwoje w dzie­ciń­stwie zaznali okru­cień­stwa, prze­mocy i zostali odtrą­ceni przez bli­skich. Może wła­śnie dla­tego teraz byli ze sobą. Wie­dzieli, co to zna­czy nie mieć nic, być nikim, wal­czyć ze stra­chem, gło­dem i roz­pa­czą - i pod­nie­śli się z dna.

Czy byli ze sobą tylko dla­tego, że się nawza­jem potrze­bo­wali? Że pra­gnęli seksu i miło­ści i chcieli połą­czyć obie te sprawy, co Eve wyda­wało się nie­osią­galne, dopóki nie poznała Roarke'a?

Pyta­nie w sam raz dla dok­tor Miry, pomy­ślała. Dok­tor Mira była poli­cyj­nym psy­cho­lo­giem i Eve czę­sto cho­dziła do niej na kon­sul­ta­cje.

Posta­no­wiła nie zawra­cać sobie teraz głowy prze­szło­ścią ani przy­szło­ścią. I bez tego miała dość zmar­twień.

Trzy prze­cznice za skrzy­żo­wa­niem z Gre­ene Street zna­la­zła wresz­cie wolne miej­sce do par­ko­wa­nia. Prze­trzą­snęła kie­sze­nie w poszu­ki­wa­niu żeto­nów kre­dy­to­wych, któ­rych doma­gał się tępym, zakłó­ca­nym trza­skami gło­sem zde­ze­lo­wany par­ko­mat, po czym wci­snęła do szpary tyle, by star­czyło na dwie godziny postoju.

Jeśli straci na prze­bie­ra­nie w ciu­chach wię­cej czasu niż dwie godziny, będzie musiała wsko­czyć do pokoju wypo­czyn­ko­wego i man­dat tak czy ina­czej nic jej nie będzie obcho­dził.

Ode­tchnęła głę­boko i rozej­rzała się wokół. Nie­czę­sto ją tutaj wzy­wano. Ow­szem, mor­der­stwa zda­rzały się wszę­dzie, ale Soho było dziel­nicą modną wśród mło­dych, ubo­gich arty­stów, któ­rzy zazwy­czaj zaj­mo­wali się pro­wa­dze­niem zażar­tych dys­ku­sji przy winie lub kawie.

Tego dnia lato nie­po­dziel­nie pano­wało w Soho. Sto­iska kwia­cia­rzy roz­kwi­tały różami, od kla­sycz­nych czer­wo­nych i różo­wych po rywa­li­zu­jące z nimi o palmę pierw­szeń­stwa prąż­ko­wane hybrydy. Pojazdy war­ko­tały i char­czały na ulicy, ryczały nad gło­wami prze­chod­niów i sapały na roz­kle­ko­ta­nych wia­duk­tach. Piesi raczej trzy­mali się chod­ni­ków, choć spe­cjalne plat­formy prze­wo­żące prze­chod­niów nad jezd­nią były dość zatło­czone. Wszę­dzie widziało się dłu­gie tuniki, ostat­nimi czasy modne w Euro­pie, san­dały, chu­sty na gło­wach oraz błysz­czące sznurki zarzu­cone za uszy i opa­da­jące na plecy.

Arty­ści róż­nej maści, od malu­ją­cych far­bami olej­nymi i akwa­re­lami po pra­cu­ją­cych wyłącz­nie na kom­pu­te­rze, rekla­mo­wali swoje dzieła na rogach ulic i pod skle­pami, kon­ku­ru­jąc z han­dla­rzami, któ­rzy zachwa­lali hybrydy owo­ców, mro­żone jogurty czy sałatki warzywne bez środ­ków kon­ser­wu­ją­cych.

Po oko­licy snuli się człon­ko­wie Sekty Czy­stych, o błysz­czą­cych oczach i ogo­lo­nych gło­wach, ubrani w śnież­no­białe, się­ga­jące ziemi szaty. Eve wci­snęła jed­nemu z nich, wyglą­da­ją­cemu na szcze­gól­nie natchnio­nego, kilka żeto­nów i w nagrodę została obda­ro­wana świe­cą­cym kamycz­kiem.

- Czy­sta miłość - powie­dział męż­czy­zna z naboż­nym uśmie­chem. - Czy­sta radość.

- Tak, jasne - burk­nęła Eve i zeszła mu z drogi.

Musiała zawró­cić, żeby tra­fić do budynku, w któ­rym miał swoją pra­cow­nię Leonardo. Młody zdolny pro­jek­tant zaj­mo­wał pod­da­sze na dru­gim pię­trze. W oknie wycho­dzą­cym na ulicę roiło się od kolo­rów i faso­nów, na widok któ­rych Eve ner­wowo prze­łknęła ślinę. Miała raczej tra­dy­cyjny gust - bez­na­dziejny, zda­niem Mavis.

Zbli­ża­jąc się teraz na rucho­mej plat­for­mie do budynku, zaczęła docho­dzić do wnio­sku, że gust Leonarda nie jest ani tra­dy­cyjny, ani bez­na­dziejny.

Gdy spoj­rzała na wystawę zawa­loną pió­rami, pacior­kami i jaskra­wymi gumo­wymi ubio­rami, po raz kolejny tego dnia poczuła ucisk w żołądku, tym razem dwa razy sil­niej­szy. Ow­szem, faj­nie byłoby zoba­czyć, jaką minę zro­biłby Roarke, gdyby poka­zała mu się w czymś takim; z dru­giej strony jed­nak nie zamie­rzała brać ślubu w błysz­czą­cym obci­słym kostiu­mie z gumy.

A było tam wię­cej, o wiele wię­cej nie­zwy­kłych kre­acji. Wyglą­dało na to, że Leonardo szcze­rze wie­rzy w siłę reklamy. Główny eks­po­nat, tru­pio blady, pozba­wiony twa­rzy mane­kin, stał owi­nięty mnó­stwem prze­zro­czy­stych szali, które migo­tały tak inten­syw­nie, że mate­riał wyda­wał się żywy.

Eve nie­malże czuła jego dotyk na ciele.

O nie, pomy­ślała. Nie ma mowy, żebym tu weszła. Odwró­ciła się, pra­gnąc czym prę­dzej stąd czmych­nąć, i wpa­dła pro­sto na Mavis.

- Z jego stro­jów bije taki chłód. - Mavis objęła Eve w talii, jakby chciała ją zatrzy­mać, i utkwiła roz­ma­rzony wzrok w oknie wysta­wo­wym.

- Słu­chaj, Mavis...

- On jest nie­sa­mo­wity. Przy mnie ot tak, od nie­chce­nia, mach­nął kilka pro­jek­tów. Były rewe­la­cyjne.

- Nie wąt­pię. Tak sobie pomy­śla­łam...

- Ten czło­wiek naprawdę rozu­mie duszę kobiety - cią­gnęła Mavis. Ona sama rozu­miała duszę swo­jej przy­ja­ciółki na tyle, by wie­dzieć, że Eve chce się stąd wyrwać. Mavis Fre­estone, szczu­pła jak elf w swoim biało-zło­tym kostiu­mie i wyso­kich na dzie­sięć cen­ty­me­trów kotur­nach, odrzu­ciła do tyłu krę­cone czarne włosy z bia­łymi pasem­kami, zmie­rzyła Eve spoj­rze­niem i uśmiech­nęła się sze­roko. - Zrobi z cie­bie naj­bar­dziej odlo­tową pannę młodą w Nowym Jorku.

- Mavis. - Eve wzro­kiem naka­zała jej mil­cze­nie. - Chcę zna­leźć coś, w czym nie będę się czuła jak kre­tynka.

Mavis roz­pro­mie­niła się i poło­żyła na piersi rękę, ozdo­bioną na bicep­sie nowym tatu­ażem przed­sta­wia­ją­cym skrzy­dlate serce.

- Dal­las, zaufaj mi.

- Nie - powie­działa Eve, ale przy­ja­ciółka wcią­gnęła ją z powro­tem na ruchomą plat­formę. - Mavis, ja nie żar­tuję. Zamó­wię coś przez Inter­net.

- Po moim tru­pie - syk­nęła Mavis i poma­sze­ro­wała w stronę drzwi do budynku, cią­gnąc Eve za sobą. - Możesz cho­ciaż rzu­cić okiem na parę modeli, poroz­ma­wiać z Leonar­dem. Daj mu szansę. - Wysu­nęła dolną wargę, która, poma­lo­wana szminką koloru magenty, wyglą­dała jak groźna broń. - Dal­las, nie bądź dętka.

- Cóż, skoro tu jestem...

Mavis poczer­wie­niała z zado­wo­le­nia i pod­bie­gła do brzę­czą­cej kamery.

- Mavis Fre­estone i Eve Dal­las, do Leonarda.

Drzwi otwo­rzyły się ze zgrzy­tem. Mavis ruszyła w stronę sta­rej windy, osło­nię­tej dru­cianą siatką.

- Wystrój jest w stylu retro. Kto wie, może Leonardo będzie tu miesz­kał nawet wtedy, gdy już się sta­nie sławny. Wiesz, jak to jest z tymi eks­cen­trycz­nymi arty­stami.

- Jasne. - Winda ze zło­wro­gim skrzy­pie­niem powlo­kła się w górę. Eve zamknęła oczy i zaczęła się modlić. Posta­no­wiła, że na dół zej­dzie scho­dami.

- A teraz pozbądź się wszel­kich uprze­dzeń - naka­zała Mavis - i zdaj się na Leonarda. Ach, mój drogi! - Wyfru­nęła z małej klatki do kolo­ro­wego pomiesz­cze­nia, w któ­rym pano­wał iście arty­styczny nie­ład. Eve popa­trzyła z podzi­wem na przy­ja­ciółkę.

- Mavis, moja gołą­beczko.

Wtedy Eve z wra­że­nia zanie­mó­wiła. Imien­nik słyn­nego mala­rza miał ze dwa metry wzro­stu i zbu­do­wany był jak nie przy­mie­rza­jąc auto­bus. Potężne napięte bicepsy wyła­niały się z pozba­wio­nej ręka­wów szaty w jaskra­wych bar­wach mar­sjań­skiego zachodu słońca. Pro­jek­tant miał twarz okrą­głą jak księ­życ, o brą­zo­wej skó­rze nacią­gnię­tej na wysta­ją­cych kościach policz­ko­wych niczym na bęb­nie. Przy unie­sio­nych w olśnie­wa­ją­cym uśmie­chu ustach migo­tał mały bry­lant, a oczy przy­wo­dziły na myśl złote monety.

Męż­czy­zna porwał Mavis w ramiona i zakrę­cił nią młynka. A potem poca­ło­wał ją tak gorąco, że Eve uświa­do­miła sobie, iż tych dwoje łączy coś wię­cej niż tylko miłość do mody i sztuki.

- Leonardo. - Mavis, roz­pro­mie­niona jak idiotka, prze­cze­sała pal­cami o zło­tych paznok­ciach jego sztywne, opa­da­jące na kark włosy.

- Laleczko.

Aż nie­do­brze się robiło od tego nad­miaru czu­ło­ści. Eve prze­wró­ciła oczami. Wpa­dła jak śliwka w kom­pot, nie ma co. Mavis znów się zako­chała.

- Twoja nowa fry­zura jest cudowna. - Leonardo pogła­dził pal­cami wiel­ko­ści hot dogów czarno-białe loki Mavis.

- Mia­łam nadzieję, że ci się spodoba. To... - zawie­siła dra­ma­tycz­nie głos, jakby zamie­rzała zapre­zen­to­wać swo­jego uty­tu­ło­wa­nego sznau­cera. - ...jest Dal­las.

- Ach tak, panna młoda. Miło mi panią poznać, - Obej­mu­jąc Mavis w talii jedną ręką, drugą wycią­gnął do Eve. - Mavis wiele mi o pani mówiła.

- Nie wąt­pię. - Eve spoj­rzała zna­cząco na przy­ja­ciółkę. - Za to mówiąc o panu, pomi­nęła wiele istot­nych szcze­gó­łów.

Leonardo wybuch­nął grom­kim śmie­chem, od któ­rego Eve zaczęło brzę­czeć w uszach. Usta jej zadrżały.

- Moja tur­ka­weczka potrafi być tajem­ni­cza. Zaraz przy­niosę coś do picia - oznaj­mił, po czym z zaska­ku­jącą gra­cją odwró­cił się na pię­cie i wyszedł, oto­czony chmurą barw.

- Jest cudowny, prawda? - wyszep­tała Mavis. Jej oczy pło­nęły miło­ścią.

- Sypiasz z nim.

- Nie uwie­rzy­ła­byś, jaki on jest... pomy­słowy. Jak... - Mavis ode­tchnęła głę­boko i pokle­pała się po piersi. - To praw­dziwy sek­su­alny arty­sta.

- Nie chcę o tym sły­szeć. Zde­cy­do­wa­nie nie. - Zmarsz­czyw­szy brwi, Eve rozej­rzała się po pokoju.

Był prze­stronny i dosłow­nie tonął w róż­nych tka­ni­nach. Fale koloru fuk­sji, heba­nowe wodo­spady i zie­lo­no­żółte stru­mie­nie spły­wały z sufitu, ścian, sto­łów i oparć foteli.

- Jezu - wyrwało jej się z ust.

Wszę­dzie stały misy i tace pełne migo­czą­cych wstą­żek, tasie­mek i guzi­ków. Szarfy, pasy, kape­lu­sze i woalki mie­szały się z nie­do­koń­czo­nymi kre­acjami z błysz­czą­cych tka­nin i ozdo­bio­nymi ćwie­kami gor­se­tami.

Pach­niało tu jak w kwia­ciarni połą­czo­nej z maga­zy­nem kadzi­deł.

Eve była prze­ra­żona.

- Mavis, kocham cię. Być może jesz­cze ni­gdy ci tego nie powie­dzia­łam, ale to prawda. A teraz wycho­dzę - zwró­ciła się do przy­ja­ciółki.

- Dal­las. - Mavis zachi­cho­tała i zła­pała ją za rękę. Jak na tak drobną istotę, była zadzi­wia­jąco silna. - Wylu­zuj się. Ode­tchnij głę­boko. Daję ci słowo, że Leonardo znaj­dzie dla cie­bie coś odpo­wied­niego.

- Tego wła­śnie się oba­wiam, Mavis. I to jesz­cze jak.

- Mro­żona her­bata z cytryną - oznaj­mił pro­jek­tant śpiew­nym gło­sem, wcho­dząc do pokoju przez zasłonę ze sztucz­nego jedwa­biu. Niósł tacę zasta­wioną szklan­kami.

Patrząc z utę­sk­nie­niem na drzwi, Eve ostroż­nie pode­szła do jed­nego z krze­seł.

- Słu­chaj, Leonardo, być może Mavis nie­do­kład­nie ci wszystko wytłu­ma­czyła. Otóż ja...

- Jesteś detek­ty­wem w wydziale zabójstw. Czy­ta­łem o tobie. - Leonardo wszedł jej w słowo, mosz­cząc się na kana­pie w kształ­cie pół­księ­życa. Mavis usia­dła pra­wie że na jego kola­nach. - O two­jej ostat­niej spra­wie było gło­śno w mediach. Muszę przy­znać, że strasz­nie mnie zafa­scy­no­wa­łaś. Roz­wią­zu­jesz zagadki, podob­nie jak ja.

Eve skosz­to­wała her­baty, która, o dziwo, oka­zała się nad­zwy­czaj smaczna.

- Ty roz­wią­zu­jesz zagadki?

- Ależ oczy­wi­ście. Kiedy patrzę na jakąś kobietę, wyobra­żam sobie, jaki strój by do niej paso­wał. Potem muszę się dowie­dzieć, kim ona jest, jaki tryb życia pro­wa­dzi. Co chce osią­gnąć, o czym marzy, jak sie­bie postrzega? Potem z tych kawał­ków muszę poskła­dać jej pełny obraz. Image. Na początku każda kobieta jest dla mnie zagadką, którą sta­ram się roz­wią­zać.

Mavis wes­tchnęła gło­śno.

- Czyż on nie jest cudowny, Dal­las?

Leonardo par­sk­nął śmie­chem i potarł nosem ucho Mavis.

- Twoja przy­ja­ciółka się mar­twi, gołą­beczko. Myśli, że zawinę ją w róż wysa­dzany ceki­nami.

- Brzmi cudow­nie.

- Dla cie­bie coś takiego byłoby w sam raz, Mavis. - Uśmiech­nął się pro­mien­nie do Eve. - A więc wkrótce wyj­dziesz za enig­ma­tycz­nego Roarke'a.

- Na to się zanosi - mruk­nęła.

- Pozna­łaś go w cza­sie śledz­twa. Sprawa DeBlassa, prawda? Zain­try­go­wały go twoje brą­zowe oczy i smutny uśmiech.

- Nie powie­dzia­ła­bym, że...

- Oczy­wi­ście, że nie - prze­rwał jej Leonardo - bo nie widzisz sie­bie jego oczami. Czy moimi. Jesteś silna, odważna i godna zaufa­nia, ale coś cię drę­czy.

- Jesteś pro­jek­tan­tem czy psy­cho­ana­li­ty­kiem? - spy­tała Eve.

- Nie można być jed­nym, nie będąc dru­gim. Pro­szę, powiedz mi, jak Roarke cię zdo­był?

- Nie jestem nagrodą w kon­kur­sie - burk­nęła i odsta­wiła szklankę.

- Cudow­nie. - Leonardo kla­snął w dło­nie i pra­wie że się roz­pła­kał. - Poryw­czość i nie­za­leż­ność, z pewną dozą nie­po­koju. Będzie z cie­bie wspa­niała panna młoda. A teraz do roboty. - Wstał. - Pro­szę za mną.

Eve pod­nio­sła się z krze­sła.

- Słu­chaj, szkoda mojego i two­jego czasu. Po pro­stu...

- Chodź ze mną - powie­dział i wziął ją za rękę.

- Co ci szko­dzi spró­bo­wać, Eve?

W końcu dała się zacią­gnąć poprzez stosy tka­nin do pogrą­żo­nego w podob­nym nie­ła­dzie pomiesz­cze­nia po dru­giej stro­nie stry­chu. Zro­biła to tylko dla Mavis.

Na widok kom­pu­tera poczuła się nieco lepiej. Wresz­cie miała przed oczami coś, na czym się znała. Ale wyko­nane przy jego uży­ciu rysunki, poprzy­pi­nane do ścian gdzie tylko się dało, pozba­wiły ją resz­tek złu­dzeń.

W porów­na­niu z tym, co przed­sta­wiały te obrazki, nawet róż i cekiny prze­sta­wały być straszne.

Modelki o prze­sad­nie wydłu­żo­nych syl­wet­kach wyglą­dały jak mutanty. Nie­które ustro­jone były w pióra, inne eks­po­no­wały biżu­te­rię. Kilka z nich miało na sobie kre­acje tak dzi­waczne - bluzki z posta­wio­nymi koł­nie­rzami, spód­nice nie­wiele więk­sze od ście­rek do naczyń, kom­bi­ne­zony cia­sno przy­wie­ra­jące do ciała - że przy­po­mi­nały raczej kostiumy na Hal­lo­ween.

- Zapro­jek­to­wa­łem je na mój pierw­szy pokaz. Widzi­cie, moda to pastisz rze­czy­wi­sto­ści. Liczy się to, co odważne, uni­ka­towe, nie­spo­ty­kane.

- Te kre­acje są piękne.

Eve spoj­rzała z wyrzu­tem na Mavis i skrzy­żo­wała ręce na piersi.

- To ma być skromna cere­mo­nia.

- Hm. - Leonardo sie­dział już przed kom­pu­te­rem i zadzi­wia­jąco spraw­nie posłu­gi­wał się kla­wia­turą. - Weźmy na przy­kład... - Na ekra­nie poja­wił się obraz, który zmro­ził Eve krew w żyłach.

Suk­nia była w kolo­rze świe­żego moczu, z brą­zo­wymi fal­ban­kami bie­gną­cymi od pofał­do­wa­nego koł­nie­rza po kan­cia­stą lamówkę upstrzoną kamie­niami szla­chet­nymi wiel­ko­ści dzie­cię­cej pię­ści. Rękawy wyglą­dały na tak cia­sne, że wyda­wało się, iż każda kobieta, która zde­cy­do­wa­łaby się wło­żyć to paskudz­two, z miej­sca stra­ci­łaby czu­cie w pal­cach.

Obraz zaczął się prze­su­wać i oczom Eve uka­zał się tył sukni, się­ga­jący niżej pasa i ozdo­biony pió­rami.

- To by zupeł­nie do cie­bie nie paso­wało - dokoń­czył Leonardo i wybuch­nął grom­kim śmie­chem, widząc bladą twarz Eve. - Prze­pra­szam. Nie mogłem się oprzeć poku­sie. Dla cie­bie... to będzie tylko szkic, rozu­miesz. Coś wąskiego, dłu­giego, pro­stego. Nie­zbyt skrom­nego.

Mówił, nie prze­ry­wa­jąc pracy. Na ekra­nie zaczęły się uka­zy­wać linie i kształty. Eve wci­snęła ręce do kie­szeni i patrzyła na powsta­jący pro­jekt.

To, co robił Leonardo, wyda­wało się takie łatwe. Dłu­gie linie, misterne detale sta­nika, rękawy zebrane w łagodne fałdy na grzbie­cie dłoni. Eve wciąż jed­nak nie mogła wyzbyć się obawy, że tę har­mo­nię lada chwila zbu­rzą zbędne ozdóbki.

- Teraz tro­chę w tym podłu­biemy - powie­dział Leonardo w zamy­śle­niu, po czym obró­cił wid­nie­jący na ekra­nie pro­jekt o sto osiem­dzie­siąt stopni. Z tyłu suk­nia była rów­nie powłó­czy­sta i ele­gancka jak z przodu, z roz­cię­ciem do kolan. - Tren sobie daru­jemy.

- Tren?

- Nie, nie paso­wałby do cie­bie. - Uśmiech­nął się i pod­niósł na nią oczy. - Ach, jesz­cze głowa. Twoja fry­zura.

Przy­zwy­cza­jona do zło­śli­wych komen­ta­rzy, Eve prze­cze­sała czu­prynę pal­cami.

- Mogę je czymś zakryć, jeśli to konieczne.

- Nie, nie, nie. Do twa­rzy ci z takimi wło­sami.

Zdu­miona, opu­ściła rękę.

- Naprawdę?

- Tak. Naj­wy­żej przy­da­łoby się je tro­chę wymo­de­lo­wać. Mam taką zna­jomą... - nie dokoń­czył. - Ale kolor, wszyst­kie te odcie­nie brązu i złota, i ten nie do końca ujarz­miony styl ide­al­nie do cie­bie pasują. Wystar­czy tro­chę przy­ciąć tu i ówdzie. - Zmru­żył oczy i dokład­nie jej się przyj­rzał. - Nie, żad­nego nakry­cia głowy, żad­nego welonu. Twoja twarz w zupeł­no­ści wystar­czy. Teraz zaj­mijmy się kolo­rem sukni i mate­ria­łem, z jakiego ma być uszyta. Naj­lep­szy byłby jedwab, nie za gruby. - Skrzy­wił się lekko. - Mavis mi powie­działa, że Roarke nie zapłaci za suk­nię.

Eve z god­no­ścią wyprę­żyła pierś.

- Bo to ma być moja suk­nia.

- Uparła się i już - skwi­to­wała Mavis. - Roarke nawet nie zauwa­żyłby braku paru tysięcy kre­dy­tów.

- Nie w tym rzecz...

- Oczy­wi­ście, że nie. - Na twarz Leonarda znów wypły­nął uśmiech. - Cóż, jakoś sobie pora­dzimy. No więc, jaki kolor? Biel raczej nie wcho­dzi w grę, suk­nia zbyt mocno kon­tra­sto­wa­łaby z twoją kar­na­cją.

Wydął wargi i zaczął eks­pe­ry­men­to­wać z paletą. Eve, zafa­scy­no­wana wbrew sobie samej, przy­glą­dała się, jak śnieżna biel szkicu prze­cho­dzi w kolor śmie­tan­kowy, potem bla­do­nie­bie­ski, zie­lony i wszel­kie inne barwy tęczy. Choć Mavis wpa­dła w zachwyt nad kil­koma odcie­niami, Leonardo tylko potrzą­sał głową.

W końcu zde­cy­do­wał się na jasny brąz.

- Tak, to jest to. Twoja skóra, oczy, włosy. Będziesz ema­no­wała dosto­jeń­stwem. Jak bogini. Do sukni przy­dałby się naszyj­nik, dłu­go­ści co naj­mniej sie­dem­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów. Albo jesz­cze lepiej, podwójny, sześć­dzie­siąt i sie­dem­dzie­siąt cen­ty­me­trów. Mie­dziany, wysa­dzany kamie­niami. Rubiny, cytryn, onyks. Tak, tak, a do tego krwaw­nik i może parę tur­ma­li­nów. O szcze­gó­łach poroz­ma­wiasz z Roar­kiem.

Zazwy­czaj Eve nie zwra­cała uwagi na ubra­nia, ale w tej chwili ogar­nęło ją głę­bo­kie pra­gnie­nie, by jak naj­szyb­ciej wło­żyć kre­ację Leonarda.

- Ta suk­nia jest piękna - powie­działa ostroż­nie i w myśli prze­ana­li­zo­wała swoją sytu­ację finan­sową. - Tyle że nie mogę się zde­cy­do­wać. Jedwab, rozu­miesz... to tro­chę prze­kra­cza moje moż­li­wo­ści.

- Uszyję tę suk­nię na wła­sny koszt, ale w zamian musisz mi coś obie­cać. - Z przy­jem­no­ścią patrzył, jak w jej oczy wkrada się nie­po­kój. - Po pierw­sze, będę mógł zapro­jek­to­wać suk­nię, w któ­rej Mavis przyj­dzie na twój ślub, a po dru­gie, przy­go­to­wu­jąc wyprawę ślubną, sko­rzy­stasz z moich pro­jek­tów.

- Nawet nie pomy­śla­łam o wypra­wie. Prze­cież mam ubra­nia.

- To porucz­nik Dal­las ma ubra­nia - popra­wił ją. - Żonie Roarke'a potrzebne będą inne.

- Może jakoś doj­dziemy do poro­zu­mie­nia. - Uświa­do­miła sobie po raz kolejny, jak bar­dzo pra­gnie mieć tę prze­klętą suk­nię. Już czuła ją na sobie.

- To wspa­niale. Roz­bierz się.

Jej reak­cja była bły­ska­wiczna.

- Słu­chaj no, dupku...

- Muszę wziąć miarę - szybko wyja­śnił Leonardo.

Eve prze­szyła go takim spoj­rze­niem, że odru­chowo wstał i cof­nął się o krok. Ubó­stwiał kobiety i dosko­nale zda­wał sobie sprawę, czym jest ich gniew. Innymi słowy, bał się ich jak ognia.

- Trak­tuj mnie jak swo­jego leka­rza. Nie mogę dobrze zapro­jek­to­wać sukni, dopóki nie poznam two­jego ciała. Jestem arty­stą i dżen­tel­me­nem - powie­dział z god­no­ścią. - Ale jeśli czu­jesz się nie­pew­nie, Mavis może tu zostać.

Eve prze­chy­liła głowę na bok.

- Bez trudu dam sobie z tobą radę, koleś. Jeden zbędny ruch, jedna nie­wła­ściwa myśl i prze­ko­nasz się o tym.

- Nie wąt­pię. - Ostroż­nie wziął do ręki jakieś urzą­dze­nie. - To mój ska­ner - powie­dział. - Za jego pomocą będę cię mógł bar­dzo dokład­nie zmie­rzyć. Ale musisz się roze­brać, żeby pomiar był dokładny.

- Prze­stań chi­cho­tać, Mavis. Lepiej przy­nieś her­baty.

- Się robi. I tak już widzia­łam cię bez ubra­nia. - Posłała Leonar­dowi kilka poca­łun­ków i wyszła.

- Nie możemy zapo­mnieć o pod­szewce. Mam jesz­cze parę pomy­słów... co do two­ich ubrań - dodał pospiesz­nie, kiedy Eve spoj­rzała na niego podejrz­li­wie. - Potrzebne będą suk­nie wie­czo­rowe i mniej ofi­cjalne. Gdzie spę­dzi­cie mie­siąc mio­dowy?

- Nie wiem. Nie myśla­łam o tym. - Zre­zy­gno­wana zdjęła buty i roz­pięła spodnie.

- Czyli Roarke chce ci zro­bić nie­spo­dziankę. Kom­pu­ter, two­rze­nie pliku, Dal­las, pierw­szy doku­ment, miara, kar­na­cja, wzrost i waga. - Kiedy Eve ścią­gnęła koszulę, Leonardo pod­szedł do niej ze ska­ne­rem. - Stopy razem. Wzrost, metr sie­dem­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów, waga pięć­dzie­siąt cztery kilo­gramy.

- Od jak dawna sypiasz z Mavis?

- Od około dwóch tygo­dni - odparł Leonardo w prze­rwie mię­dzy recy­to­wa­niem kolej­nych wymia­rów. - Jest mi bar­dzo droga. Obwód talii sześć­dzie­siąt sześć cen­ty­me­trów.

- Czy zaczą­łeś z nią sypiać po tym, jak powie­działa ci, że jej naj­lep­sza przy­ja­ciółka wycho­dzi za Roarke'a?

Leonardo zastygł w bez­ru­chu, w jego zło­tych oczach bły­snęła złość.

- Nie wyko­rzy­stuję Mavis, aby zdo­być to zle­ce­nie. Myśląc tak, obra­żasz ją.

- Chcia­łam się tylko upew­nić. Widzisz, mnie też ona jest bar­dzo droga. Jeśli mam cię zatrud­nić, lepiej, żeby nie było mię­dzy nami żad­nych nie­do­mó­wień. Dla­tego...

Urwała w pół słowa. Do pra­cowni, niczym kometa, wpa­dła kobieta o wyszcze­rzo­nych ide­al­nych zębach i czer­wo­nych paznok­ciach zakrzy­wio­nych jak szpony, ubrana w obci­sły, czarny spodnium.

- Ty zdra­dliwy, pod­stępny, zafaj­dany sukin­synu! - Rzu­ciła się na niego niczym pocisk z moź­dzie­rza zmie­rza­jący do celu, a Leonardo, z szyb­ko­ścią i gra­cją, zro­dzo­nymi z czy­stego stra­chu, wyko­nał unik.

- Pan­doro, zaraz ci wszystko wytłu­ma­czę...

- Ja ci dam tłu­ma­cze­nia! - Wzięła spory zamach i jej szpony prze­cięły powie­trze kilka cen­ty­me­trów od oczu Dal­las.

Było tylko jedno wyj­ście. Eve zno­kau­to­wała roz­wście­czoną napast­niczkę.

- O Jezu, o Jezu. - Leonardo zwie­sił swoje potężne ramiona i zała­mał ręce w roz­pa­czy.

Rozdział 2

2

- Musia­łaś ją ude­rzyć?

Eve spoj­rzała na nie­przy­tomną kobietę.

- Ow­szem.

Leonardo odło­żył ska­ner i wes­tchnął ciężko.

- Teraz dopiero da mi popa­lić!

- Moja twarz, moja twarz. - Odzy­skaw­szy przy­tom­ność, Pan­dora pod­nio­sła się z pod­łogi, obma­cu­jąc szczękę. - Jest siniec? Widać go? Za godzinę mam sesję zdję­ciową.

Eve wzru­szyła ramio­nami.

- Mówi się trudno.

Nastrój poszko­do­wa­nej zmie­nił się w mgnie­niu oka.

- Już ja cię zała­twię, ty suko - wyce­dziła przez zaci­śnięte zęby. - Możesz wybić sobie z głowy karierę modelki. Wiesz, kim jestem?

Eve nie miała ochoty na dys­ku­sję, tym bar­dziej że wciąż była naga.

- Myślisz, że mnie to obcho­dzi?

- Co tu się dzieje? Dal­las, uspo­kój się, on tylko chce wziąć miarę... Och. - Mavis wpa­dła do pra­cowni ze szklan­kami w rękach i sta­nęła jak wryta. - Pan­dora!

- To ty. - Pan­do­rze naj­wy­raź­niej zaczy­nało bra­ko­wać inwen­cji w wymy­śla­niu nowych wyzwisk. Rzu­ciła się na Mavis, wytrą­ca­jąc jej szklanki z rąk. Roz­legł się brzęk tłu­czo­nego szkła. Po chwili obie kobiety już tarzały się po pod­ło­dze, szar­piąc się za włosy.

- O Jezu. - Eve żało­wała, że nie ma przy sobie pisto­letu gazo­wego, bo przy­dałby się w tej chwili. - Prze­stań­cie, do cho­lery! Leonardo, pomóż mi je roz­dzie­lić, zanim się nawza­jem poza­bi­jają. - Sko­czyła mię­dzy wal­czące, po czym zaczęła odcią­gać je od sie­bie. Dla wła­snej satys­fak­cji dźgnęła Pan­dorę łok­ciem w żebra. - Wsa­dzę cię do klatki, słowo honoru. - Z braku lep­szego pomy­słu, usia­dła okra­kiem na prze­ciw­niczce i wycią­gnęła odznakę z kie­szeni spodni. - Przyj­rzyj się temu, kre­tynko. Jestem gliną. Jak na razie, masz na kon­cie dwie próby pobi­cia. Mało ci jesz­cze?

- Zabie­raj ze mnie tę kości­stą, gołą dupę.

Nie samo pole­ce­nie, ale spo­kojny ton, jakim zostało wydane, spra­wił, że Eve wstała. Pan­dora pod­nio­sła się, z pie­ty­zmem wygła­dziła swój czarny spodnium, pocią­gnęła nosem, odrzu­ciła z twa­rzy bujne, ogni­ste włosy, po czym prze­szyła Leonarda zim­nym spoj­rze­niem ozdo­bio­nych dłu­gimi rzę­sami szma­rag­do­wych oczu.

- Czyli jedna już ci nie wystar­czy, ty łaj­daku. - Unio­sła rzeź­biony pod­bró­dek i popa­trzyła z nie­skry­waną pogardą na Eve oraz Mavis. - Masz coraz lep­szy ape­tyt, mój drogi, ale coraz gor­szy gust.

- Pan­doro. - Leonardo, mocno prze­jęty, obli­zał spierzch­nięte wargi. - Powie­dzia­łem ci, że wszystko mogę wytłu­ma­czyć. Porucz­nik Dal­las jest moją klientką.

Pan­dora syk­nęła jak kobra.

- To tak je teraz nazy­wasz? Myślisz, że możesz mnie wyrzu­cić jak wczo­raj­szą gazetę, Leonardo? To ja zde­cy­duję, kiedy mię­dzy nami wszystko się skoń­czy.

Mavis pode­szła do Leonarda, uty­ka­jąc lekko, i objęła go w talii.

- On cie­bie ani nie potrze­buje, ani nie chce.

- Mam gdzieś to, czy on mnie chce. A co do potrze­bo­wa­nia... - Jej pełne wargi wykrzy­wiły się w zło­śli­wym uśmie­chu. - Leonardo musi ci powie­dzieć to i owo o życiu, mała. Beze mnie w przy­szłym mie­siącu nie odbę­dzie się żaden pokaz jego łachów. Jeśli ten pokaz zosta­nie odwo­łany, bie­da­czek niczego nie sprzeda, a jeśli niczego nie sprzeda, to nie będzie w sta­nie zapła­cić za mate­riały i całą resztę, a do tego nie zwróci wie­rzy­cie­lom pokaź­nej sumki, jaką od nich poży­czył.

Ode­tchnęła głę­boko i obej­rzała swoje poła­mane paznok­cie. Wście­kłość paso­wała do niej jak czarny obci­sły spodnium, który miała na sobie.

- To będzie cię drogo kosz­to­wać, Leonardo. Przez kilka naj­bliż­szych dni mam mnó­stwo zajęć, ale na pewno znajdę tro­chę czasu na poga­wędkę z two­imi spon­so­rami. Jak myślisz, co powie­dzą, kiedy poin­for­muję ich, że nie mogę zni­żyć się do para­do­wa­nia po wybiegu w two­ich szma­tach?

- Nie możesz tego zro­bić. - Z każ­dego słowa pro­jek­tanta bił paniczny strach, strach, który zda­wał się dzia­łać na rudo­włosą pięk­ność jak nar­ko­tyk. - Był­bym zruj­no­wany. Wszystko wło­ży­łem w ten pokaz. Czas, pie­nią­dze...

- Jaka szkoda, że nie pomy­śla­łeś o tym, zanim zaczą­łeś przy­sta­wiać się do tej małej zdziry. - Pan­dora zmru­żyła oczy. - Myślę, że pod koniec tygo­dnia wybiorę się na lunch z kil­koma z two­ich spon­so­rów. Masz, mój drogi, tylko parę dni na to, by zde­cy­do­wać, jak chcesz to roze­grać. Jeśli nie pozbę­dziesz się swo­jej nowej zabawki, zapła­cisz słoną cenę. W razie czego wiesz, gdzie mnie szu­kać.

Wyszła z pra­cowni prze­sad­nie posu­wi­stym kro­kiem modelki i z hukiem zatrza­snęła za sobą drzwi.

- O cho­lera. - Leonardo osu­nął się na krze­sło i ukrył twarz w dło­niach. - Jak zawsze, zja­wia się w naj­mniej odpo­wied­nim momen­cie.

- Nie. Nie pozwól, żeby ci to zro­biła. Żeby nam to zro­biła. - Mavis kuc­nęła przed nim, bli­ska pła­czu. - Nie możesz dopu­ścić do tego, żeby wciąż kie­ro­wała twoim życiem, żeby cię szan­ta­żo­wała... - Mavis zerwała się pod wpły­wem nagłego olśnie­nia. - To szan­taż, zga­dza się, Dal­las? Idź, aresz­tuj ją.

Eve zapięła koszulę.

- Kochana, nie mogę jej aresz­to­wać za to, że nie chce nosić ciu­chów Leonarda. Ow­szem, mogła­bym zgar­nąć ją za próbę pobi­cia, ale wyszłaby na wol­ność, zanim zdą­ży­ła­bym zamknąć drzwi celi.

- Prze­cież to szan­taż. Jeśli pokaz się nie odbę­dzie, Leonardo straci wszystko.

- Przy­kro mi. Naprawdę. To nie jest sprawa dla poli­cji. - Prze­cze­sała dło­nią włosy. - Ta kobieta jest wście­kła, roz­go­rącz­ko­wana i tyle. Sądząc z jej nie­przy­tom­nego spoj­rze­nia, praw­do­po­dob­nie nały­kała się jakichś pro­chów. Pew­nie wkrótce się uspo­koi.

- Nie. - Leonardo usiadł wygod­niej. - Będzie chciała się na mnie zemścić. Byli­śmy kochan­kami, ale w pew­nym momen­cie nasz zwią­zek zaczął się psuć. Kiedy więc Pan­dora na parę tygo­dni opu­ściła Zie­mię, uzna­łem, że mię­dzy nami wszystko skoń­czone. Potem pozna­łem Mavis. - Ści­snął ją za rękę. - I wtedy już byłem pewien, że nie chcę wię­cej spo­ty­kać się z Pan­dorą. Pró­bo­wa­łem z nią poroz­ma­wiać, wszystko jej wytłu­ma­czyć.

- Skoro Dal­las nie może nam pomóc, pozo­staje tylko jedno wyj­ście. - Wargi Mavis zadrżały. - Musisz do niej wró­cić. Nie ma innej moż­li­wo­ści. - Zanim Leonardo zdą­żył cokol­wiek powie­dzieć, Mavis dodała: - Nie będziemy się spo­ty­kać, przy­naj­mniej do two­jego pokazu. Może potem zaczniemy wszystko od nowa. Nie wolno ci dopu­ścić, żeby Pan­dora poszła do two­ich spon­so­rów i wszystko zepsuła.

- Myślisz, że mógł­bym zro­bić coś takiego? Być z nią? Doty­kać jej po tym, co się stało? Po tym, jak pozna­łem kogoś takiego jak ty? - Wstał. - Mavis, kocham cię.

- Och. - Jej oczy wypeł­niły się łzami. - Och, Leonardo. Za bar­dzo cię kocham, żeby patrzeć, jak ta kobieta cię nisz­czy. Odcho­dzę, bo muszę cię ura­to­wać.

Mavis wybie­gła z pra­cowni. Leonardo odpro­wa­dził ją spoj­rze­niem, po czym wbił wzrok w drzwi, za któ­rymi znik­nęła.

- Jestem w potrza­sku. Ta mściwa suka może mi ode­brać wszystko; kobietę, którą kocham, moją pracę, po pro­stu wszystko. Mógł­bym ją zabić za to, że spra­wia Mavis taki ból. - Ode­tchnął głę­boko i spu­ścił oczy. - Cza­sem czło­wiek jest tak oszo­ło­miony pięk­nem, że nie widzi, co się pod nim kryje.

- Czy to, co Pan­dora powie twoim spon­so­rom, naprawdę ma tak duże zna­cze­nie? Prze­cież nie sfi­nan­so­wa­liby pokazu, gdyby nie byli prze­ko­nani o war­to­ści two­jej pracy.

- Pan­dora jest jedną z naj­bar­dziej roz­chwy­ty­wa­nych mode­lek na świe­cie. Ma wpływy, pre­stiż, zna­jo­mo­ści. Wystar­czy, by szep­nęła komu trzeba parę słów, a ktoś taki jak ja albo dosta­nie szansę zro­bie­nia kariery, albo bez­pow­rot­nie ją utraci. - Pod­niósł rękę do wiszą­cej przed nim kom­po­zy­cji z sieci i kamieni. - Jeśli Pan­dora ogłosi publicz­nie, że moje pro­jekty są do niczego, więk­szość poten­cjal­nych klien­tów zre­zy­gnuje z ich zakupu. Ona może do tego dopro­wa­dzić. Całe swoje życie pra­co­wa­łem na ten pokaz, Pan­dora zdaje sobie z tego sprawę i wie, jak pozba­wić mnie nie­po­wta­rzal­nej szansy. A na tym się nie skoń­czy. - Opu­ścił rękę. - Mavis jesz­cze tego nie rozu­mie. Pan­dora trzyma mnie w gar­ści aż do końca mojej albo jej kariery. Nie uwol­nię się od niej, dopóki ona sama nie zde­cy­duje, że ma mnie dosyć.

*

Eve wró­ciła do domu potwor­nie zmę­czona. Naj­wię­cej zdro­wia kosz­to­wała ją roz­mowa z Mavis, zroz­pa­czoną i wście­kłą zara­zem. W tej chwili nie­szczę­śliwa dziew­czyna sie­działa w sta­rym miesz­ka­niu Eve, lecząc się tam ze smutku lodami i fil­mami wideo.

Pra­gnąc zapo­mnieć o ser­co­wych roz­ter­kach i modzie, Eve poszła pro­sto do sypialni i rzu­ciła się na łóżko. Po chwili wsko­czył do niej kot Gala­had i zaczął gło­śno mru­czeć. Trą­cił swoją panią kilka razy pyszcz­kiem, a kiedy to nie dało żad­nego efektu, zwi­nął się w kłę­bek i zasnął. Gdy do sypialni wszedł Roarke, Eve nawet nie drgnęła.

- Jak minął wolny dzień?

- Nie zno­szę zaku­pów.

- Po pro­stu nie weszło ci to jesz­cze w krew.

- I bar­dzo dobrze. - Zacie­ka­wiona, odwró­ciła się na bok i spoj­rzała na Roarke'a. - Ty za to uwiel­biasz kupo­wać różne rze­czy.

- Jasne. - Wycią­gnął się przy niej i pogła­skał kota, gra­mo­lą­cego się nie­po­rad­nie na jego pierś. - Kupo­wa­nie daje nie­mal tyle samo przy­jem­no­ści, co posia­da­nie. Bieda, pani porucz­nik, jest po pro­stu do kitu.

Eve zamy­śliła się nad jego sło­wami. Jako że kie­dyś sama żyła w nędzy, a potem udało jej się popra­wić swoją sytu­ację na tyle, by z tru­dem wią­zać koniec z koń­cem, nie mogła się z nim nie zgo­dzić.

- W każ­dym razie, naj­gor­sze mam już chyba za sobą.

- Szybko się uwi­nę­łaś. - Tro­chę go to prze­ra­ziło. - Wiesz, Eve, nie musisz od razu podej­mo­wać decy­zji.

- Prawdę mówiąc, chyba doszli­śmy z Leonar­dem do poro­zu­mie­nia. - Spoj­rzaw­szy w górę, na roz­cią­ga­jące się za szybą świe­tlika niebo, zmarsz­czyła brwi. - Mavis jest w nim zako­chana.

- Mhm... - Roarke leżał ze zmru­żo­nymi oczami, głasz­cząc kota, i zasta­na­wiał się, czy nie obda­rzyć tą samą piesz­czotą Eve.

- To jest naprawdę miłość. - Wes­tchnęła głę­boko. - Mówię ci, ależ mia­łam ciężki dzień.

Aku­rat w tej chwili przed oczami Roarke'a prze­wi­jały się kolumny liczb, przed­sta­wia­ją­cych zyski, jakie miało mu przy­nieść rychłe pod­pi­sa­nie trzech waż­nych umów. Czym prę­dzej prze­rwał te wyli­cze­nia i przy­su­nął się do Eve.

- Opo­wiedz mi o tym.

- Leonardo... to taki potężny, oso­bli­wie atrak­cyjny... nie wiem, jak go okre­ślić. Taki feno­men. Zdaje się, że w jego żyłach pły­nie indiań­ska krew; ma cha­rak­te­ry­styczną dla Indian budowę ciała i kar­na­cję skóry, bicepsy jak gwiezdne tor­pedy i przy­jemny, gładki jak magno­lie głos. Nie jestem eks­per­tem, ale kiedy patrzy­łam, jak szki­cuje, spra­wił na mnie wra­że­nie zdol­nego. W każ­dym razie sta­łam w jego pra­cowni goła jak mnie Pan Bóg stwo­rzył...

- Poważ­nie? - wtrą­cił łagod­nym tonem Roarke i odtrą­ciw­szy kota, poło­żył się przy Eve.

- Brał miarę - odparła z pogar­dli­wym uśmiesz­kiem.

- Mów dalej.

- Dobrze. Mavis wyszła po her­batę...

- Cóż za korzystny zbieg oko­licz­no­ści.

- I wtedy do pra­cowni wpa­dła kobieta, tak roz­wście­czona, że jesz­cze tro­chę, a zaczę­łaby toczyć pianę z ust. Praw­dziwa pięk­ność... metr osiem­dzie­siąt wzro­stu, szczu­pła jak pro­mień lasera, dłu­gie rude włosy, a do tego twarz... cóż, znowu posłużę się porów­na­niem z magno­liami. W każ­dym razie, zaczęła wrzesz­czeć na Leonarda, a kiedy ten potężny chłop sku­lił się z prze­ra­że­nia, rzu­ciła się na mnie. Musia­łam ją uniesz­ko­dli­wić.

- Ude­rzy­łaś ją.

- Tak, zanim zdą­żyła poha­ra­tać mi twarz ostrymi pazu­rami.

- Moja droga. - Poca­ło­wał ją w poli­czek, potem w drugi, a następ­nie jego usta spo­częły na dołeczku w pod­bródku Eve. - Jak ty to robisz, że przy tobie ludzie zmie­niają się w bestie?

- Pew­nie takie mam szczę­ście. W każ­dym razie, ta Pan­dora...

- Pan­dora? - Pod­niósł głowę i zmru­żył oczy. - Ta modelka.

- Tak, podobno jest bar­dzo znana.

Roarke wybuch­nął śmie­chem, z każdą chwilą coraz gło­śniej­szym, aż wresz­cie nie wytrzy­mał i prze­wró­cił się na plecy.

- Wal­nę­łaś drogą Pan­dorę w jej jakże cenną buźkę! Może jesz­cze klep­nę­łaś ją w ten śliczny tyłe­czek?

- Szcze­rze mówiąc... - Kiedy dotarło do niej ukryte zna­cze­nie tych słów, poczuła w sercu ukłu­cie. - Znasz ją.

- Można tak powie­dzieć.

- Cóż...

Roarke uniósł brew, lekko roz­ba­wiony. Eve usia­dła na łóżku i popa­trzyła na niego z nachmu­rzo­nym czo­łem. Po raz pierw­szy, odkąd byli razem, zauwa­żył w jej spoj­rze­niu cień zazdro­ści.

- Kie­dyś ją zna­łem... przez pewien czas. - Podra­pał się po pod­bródku. - Pamię­tam to jak przez mgłę.

- Nie kłam.

- Może póź­niej sobie przy­po­mnę. Ale zdaje się, że chcia­łaś coś powie­dzieć?

- Czy jest na tym świe­cie jaka­kol­wiek wyjąt­kowo piękna kobieta, z którą nie spa­łeś?

- Spe­cjal­nie dla cie­bie spo­rzą­dzę ich listę. A więc zno­kau­to­wa­łaś Pan­dorę?

- Tak. - Teraz Eve żało­wała, że nie przy­ło­żyła jej moc­niej. - Po chwili do pra­cowni weszła Mavis i tamta rzu­ciła się na nią. Zaczęły tar­gać się za włosy, ska­kać sobie z paznok­ciami do oczu, a Leonardo tylko zała­my­wał ręce.

Roarke wcią­gnął Eve na sie­bie.

- Ty to masz przy­gody.

- Na koniec Pan­dora zaczęła się odgra­żać, że jeśli Leonardo do niej nie wróci, to ona się postara, żeby nie doszedł do skutku pokaz, na któ­rym bar­dzo mu zależy. Uto­pił w nim wszyst­kie swoje pie­nią­dze, a nawet zacią­gnął masę dłu­gów. Jeśli ta modelka nie weź­mie udziału w poka­zie, Leonardo będzie zruj­no­wany.

- To do niej podobne.

- Kiedy Pan­dora wyszła z pra­cowni, Mavis...

- Cią­gle byłaś nago?

- Wła­śnie się ubie­ra­łam. Mavis nato­miast posta­no­wiła zdo­być się na naj­wyż­sze poświę­ce­nie. Zupeł­nie jak w tra­ge­dii. Leonardo wyznaje Mavis miłość, ona wybu­cha pła­czem i wybiega. Jezu, Roarke, czu­łam się jak zbo­cze­niec pod­glą­da­jący ich przez lor­netkę. Zawio­złam Mavis do mojego daw­nego miesz­ka­nia, przy­naj­mniej na tę noc. Do jutra ma wolne.

- Ciąg dal­szy po rekla­mach - mruk­nął i uśmiech­nął się, widząc jej zdu­mione spoj­rze­nie. - Jak w sta­rych seria­lach. Każdy odci­nek musiał się koń­czyć w naj­bar­dziej emo­cjo­nu­ją­cym momen­cie. A cóż zrobi nasz boha­ter?

- Też mi boha­ter - mruk­nęła Eve. - Dia­bła tam, polu­bi­łam go, mimo że jest mię­cza­kiem. Na pewno marzy o tym, żeby roz­wa­lić Pan­do­rze łeb, ale w końcu jej ule­gnie. Dla­tego wła­śnie pomy­śla­łam sobie, że Mavis mogłaby przez kilka dni pomiesz­kać u nas.

- Nie ma sprawy.

- Poważ­nie?

- Jak sama czę­sto powta­rzasz, to duży dom. Poza tym, lubię Mavis.

- Wiem. - Obda­rzyła go uśmie­chem, co nie zda­rzało się czę­sto. - Dzięki. A jak tobie minął dzień?

- Kupi­łem małą pla­netę. Żar­tuję - dodał szybko, kiedy Eve otwo­rzyła usta z wra­że­nia. - Poważ­nie mówiąc, udało mi się sfi­na­li­zo­wać nego­cja­cje z komuną rol­ni­czą na Tau­ru­sie Pięć.

- Rol­ni­czą?

- Ludzie muszą coś jeść. Po restruk­tu­ry­za­cji komuna będzie mogła dostar­czać zboże do kolo­nii prze­my­sło­wych na Mar­sie, w któ­rych mam spore udziały. Krótko mówiąc, ręka rękę myje.

- Rze­czy­wi­ście. Może jed­nak poroz­ma­wiamy o Pan­do­rze...

Roarke bez słowa poło­żył Eve na łóżku i zsu­nął roz­piętą już koszulę z jej ramion.

- Nie roz­pra­szasz mnie - powie­działa. - Co to zna­czy "przez pewien czas"?

W odpo­wie­dzi wyko­nał nie­zgrabny gest mający ucho­dzić za wzru­sze­nie ramion i zaczął deli­kat­nie cało­wać ją w szyję.

- Czy cho­dzi o jedną noc, o tydzień... - Ciało Eve zapło­nęło żywym ogniem, gdy Roarke musnął ustami jej pierś. - Mie­siąc... no dobrze, teraz już mnie roz­pra­szasz.

- Posta­ram się robić to jesz­cze lepiej - obie­cał. I obiet­nicę speł­nił.

*

Nie­przy­jem­nie jest zaczy­nać dzień od wizyty w kost­nicy. Eve szła pogrą­żo­nymi w ciszy, wyło­żo­nymi bia­łymi kafel­kami kory­ta­rzami, usi­łu­jąc zdu­sić w sobie gniew wywo­łany fak­tem, że wezwano ją o szó­stej rano, by obej­rzała jakieś zwłoki.

W dodatku topielca.

Sta­nęła przed drzwiami, poka­zała do kamery odznakę i zacze­kała, aż kom­pu­ter odszuka w pamięci i zwe­ry­fi­kuje jej numer iden­ty­fi­ka­cyjny.

Wszedł­szy do pomiesz­cze­nia, ujrzała tech­nika sto­ją­cego przy szu­fla­dach, w któ­rych trzy­mane były ciała. Więk­szość z nich jest zajęta, pomy­ślała Eve. Jak umie­rać, to tylko w lecie.

- Porucz­nik Dal­las.

- Zga­dza się. Masz tu kogoś dla mnie?

- Wła­śnie go przy­wieźli. - Z obo­jęt­no­ścią cha­rak­te­ry­styczną dla pra­cow­ni­ków kost­nicy męż­czy­zna pod­szedł do jed­nej z szu­flad i wstu­kał wła­ściwy kod. Chło­dze­nie ustało, zamki puściły i szu­flada wysu­nęła się, spo­wita w lodo­wej mgle. - Poli­cjantka, która go zna­la­zła, stwier­dziła, że to przy­pusz­czal­nie jeden z pani infor­ma­to­rów.

- Zga­dza się. - Eve na wszelki wypa­dek zaczęła oddy­chać ustami. Widok ofiary zbrodni nie był dla niej niczym nowym. Zawsze uwa­żała jed­nak, choć nie potra­fi­łaby wytłu­ma­czyć dla­czego, że łatwiej jest oglą­dać ciało w miej­scu, gdzie zostało zna­le­zione. Patrząc na zwłoki tu, w nie­ska­zi­tel­nie czy­stym, dzie­wi­czym wręcz wnę­trzu kost­nicy, czuła się, jakby robiła coś odra­ża­ją­cego.

- Johan­n­sen, Car­ter vel Boomer. Ostatni znany adres: nora w Beacon. Drobny zło­dzie­ja­szek, zawo­dowy szpi­cel, od czasu do czasu han­dlu­jący zaka­za­nymi sub­stan­cjami i ogól­nie rzecz bio­rąc, żało­sna kre­atura nie­za­słu­gu­jąca na miano istoty ludz­kiej. - Wes­tchnęła i obej­rzała ciało. - Cho­lerny świat, Boomer, co oni z tobą zro­bili?

- Cios tępym narzę­dziem - wyja­śnił pra­cow­nik kost­nicy, bio­rąc jej pyta­nie na serio. - Pew­nie rurka albo cienki kij. Musimy dokoń­czyć bada­nia. Ude­rze­nie zostało zadane z dużą siłą. Ciało leżało w rzece naj­wy­żej parę godzin; sińce i rany są wyraź­nie widoczne.

Eve nie słu­chała go, jed­nak nie prze­rwała wywodu, wygło­szo­nego ze śmier­telną powagą. Sama umiała odgad­nąć, co się stało.

Boomer ni­gdy do przy­stoj­nia­ków nie nale­żał, ale zabójca z jakie­goś powodu zma­sa­kro­wał mu twarz, tak że nie­wiele z niej zostało. Nos był zmiaż­dżony, usta ginęły pod opu­chli­zną. Sińce na szyi oraz popę­kane naczy­nia krwio­no­śne twa­rzy wska­zy­wały, że męż­czy­zna został udu­szony.

Tors denata zsi­niał, a z pozy­cji ciała można było wywnio­sko­wać, że ramię miał zgru­cho­tane. U lewej dłoni bra­ko­wało jed­nego palca; stara, chlubna rana. Eve pamię­tała, że zawsze się nią szczy­cił.

Jakiś silny, opę­tany nie­na­wi­ścią i zde­cy­do­wany na wszystko zbrod­niarz dobrał się do nie­szczę­snego, żało­snego Boomera.

Podob­nie jak ryby, mimo że ciało nie prze­by­wało długo w wodzie.

- Poli­cjantka, która go zna­la­zła, ziden­ty­fi­ko­wala go na pod­sta­wie odci­sków pal­ców. Od pani uzy­ska­łem potwier­dze­nie jego toż­sa­mo­ści.

- Przy­ślij­cie mi kopię raportu z sek­cji zwłok. - Odwró­ciła się i ruszyła ku drzwiom. - Jak się nazywa poli­cjantka, która sko­ja­rzyła, że Boomer był moim infor­ma­to­rem?

Pra­cow­nik kost­nicy wycią­gnął note­book i wci­snął kilka kla­wi­szy.

- Delia Peabody.

- Peabody. - Po raz pierw­szy tego dnia Eve pozwo­liła sobie na lekki uśmiech. - Ta to wszę­dzie się wci­śnie. Gdyby ktoś pytał o Boomera, masz mi to natych­miast zgło­sić.

Po dro­dze do komendy głów­nej Eve skon­tak­to­wała się z Peabody. Na ekra­nie poja­wiła się spo­kojna, poważna twarz poli­cjantki.

- Dal­las z tej strony.

- Słu­cham, pani porucz­nik.

- Zna­la­złaś Johan­n­sena.

- Tak jest. Wła­śnie koń­czę pisać raport. Mogę wysłać pani jeden egzem­plarz.

- Była­bym wdzięczna. Jak ziden­ty­fi­ko­wa­łaś ciało?

- Mia­łam przy sobie prze­no­śny iden­ty­fi­ka­tor. Palce ofiary były poważ­nie uszko­dzone, więc mogłam ścią­gnąć tylko frag­menty odci­sków, ale na ich pod­sta­wie kom­pu­ter orzekł, że to Johan­n­sen. Sły­sza­łam, że pra­co­wał dla pani.

- Tak, zga­dza się. Dobra robota, Peabody.

- Dzię­kuję, pani porucz­nik.

- Peabody, nie chcia­ła­byś zostać asy­stentką ofi­cera śled­czego?

Maska nie­wzru­szo­nego spo­koju na chwilę znik­nęła z twa­rzy dziew­czyny i w jej oczach poja­wił się błysk.

- Tak jest. Czy to pani obej­muje śledz­two w spra­wie śmierci Johan­n­sena?

- To był mój czło­wiek - odparła krótko Eve. - Zała­twię, co trzeba. Peabody, za godzinę chcę cię widzieć u mnie w gabi­ne­cie.

- Tak jest. Dzię­kuję, pani porucz­nik.

- Dal­las - mruk­nęła Eve. - Mów mi Dal­las. - Ale dziew­czyna już prze­rwała połą­cze­nie.

*

Eve spoj­rzała na zega­rek i skrzy­wiła się. Jak zawsze, był duży ruch. W końcu mach­nęła ręką i zamiast jechać pro­sto do komendy, skrę­ciła i trzy prze­cznice dalej zatrzy­mała się pod kawiar­nią dla zmo­to­ry­zo­wa­nych. Kawa sma­ko­wała tu nieco mniej ohyd­nie niż w sto­łówce komendy głów­nej. Pochło­nąw­szy tę oży­wia­jącą ciecz oraz coś, co zapewne miało być słodką bułką, Eve zapar­ko­wała wóz i przy­go­to­wała się na roz­mowę z prze­ło­żo­nym.

Gdy jechała na górę cia­sną klatką ucho­dzącą za windę, czuła, jak sztyw­nieją jej plecy. Pró­bo­wała sobie wmó­wić, że to nic wiel­kiego, że już powinno być po wszyst­kim, ale to nie poma­gało. Nie potra­fiła do końca wyzbyć się żalu i gniewu, budzą­cych się w jej duszy na wspo­mnie­nie jed­nej z poprzed­nich spraw.

Weszła do recep­cji, wypeł­nio­nego kon­so­lami pomiesz­cze­nia o ciem­nych ścia­nach, wyło­żo­nego prze­tar­tymi dywa­nami. Zaanon­so­wała swoje przy­by­cie przy sta­no­wi­sku komen­danta Whit­neya, a biu­rowy kom­pu­ter mono­ton­nym gło­sem kazał jej pocze­kać.

Zamiast podejść do okna czy poprze­glą­dać stare dyski gaze­towe, Eve nie ruszyła się z miej­sca. Za jej ple­cami stał tele­wi­zor, nasta­wiony na kanał nada­jący przez cały dzień wia­do­mo­ści, ale dźwięk był wyłą­czony, a ona sama nie miała ochoty niczego posłu­chać.

Po tym, co wyda­rzyło się przed kil­koma tygo­dniami, miała mediów po dziurki w nosie. Szczę­ście w nie­szczę­ściu, pomy­ślała, że nikt nie zain­te­re­suje się kimś sto­ją­cym tak nisko w hie­rar­chii prze­stęp­czej jak Boomer. Śmierć drob­nego han­dla­rza nie mogła zwięk­szyć oglą­dal­no­ści.

- Komen­dant Whit­ney czeka na panią, porucz­nik Dal­las.

Drzwi otwo­rzyły się przed nią. Eve weszła i skrę­ciła w lewo, do gabi­netu Whit­neya.

- Pani porucz­nik.

- Witam, komen­dan­cie. Dzię­kuję, że zgo­dził się pan ze mną poroz­ma­wiać.

- Pro­szę, usiądź, Dal­las.

- Nie, dzię­kuję. Nie zajmę panu wiele czasu. Wła­śnie ziden­ty­fi­ko­wa­łam topielca przy­wie­zio­nego do kost­nicy. To Car­ter Johan­n­sen. Jeden z moich szpicli.

Whit­ney, potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna o suro­wej twa­rzy i zmę­czo­nych oczach, odchy­lił się na opar­cie krze­sła.

- Boomer? Swo­jego czasu przy­go­to­wy­wał bomby dla zło­dziei ulicz­nych. Urwało mu palec wska­zu­jący pra­wej dłoni.

- Lewej, panie komen­dan­cie - popra­wiła go Eve.

- A tak, lewej. - Whit­ney zło­żył ręce na biurku i spoj­rzał prze­ni­kli­wym wzro­kiem na Eve. Kie­dyś ją zawiódł, popeł­nił błąd w spra­wie, która doty­czyła jego oso­bi­ście. Był świa­dom, że Eve cią­gle jesz­cze nie potra­fiła mu tego zapo­mnieć. Wciąż mógł liczyć na jej posłu­szeń­stwo i sza­cu­nek, ale rodząca się mię­dzy nimi przy­jaźń pry­snęła jak bańka mydlana.

- Domy­ślam się, że to zabój­stwo.

- Nie dosta­łam jesz­cze wyni­ków sek­cji, ale wygląda na to, że przed wrzu­ce­niem do rzeki Boomer został pobity i udu­szony. Chcia­ła­bym zająć się tą sprawą.

- Czy współ­pra­co­wa­łaś z nim przy jakimś obec­nie pro­wa­dzo­nym śledz­twie?

- Nie, panie komen­dan­cie. Od czasu do czasu prze­ka­zy­wał infor­ma­cje wydzia­łowi nie­le­gal­nych sub­stan­cji. Muszę się dowie­dzieć, kto był z nim w kon­tak­cie.

Whit­ney ski­nął głową.

- Ile śledztw masz w tej chwili na gło­wie?

- Dam sobie radę.

- Czyli jesteś nad­mier­nie obcią­żona pracą. - Pod­niósł dłoń, ale po chwili roz­my­ślił się i opu­ścił ją z powro­tem na biurko. - Dal­las, ludzie pokroju Johan­n­sena sami szu­kają guza. Oby­dwoje dobrze wiemy, że w taki upał liczba mor­derstw gwał­tow­nie wzra­sta. Nie mogę pozwo­lić, by jeden z moich naj­lep­szych detek­ty­wów tra­cił czas na tak try­wialną sprawę.

Eve zaci­snęła zęby.

- To był mój czło­wiek. Bez względu na to, czym się zaj­mo­wał.

Jak zawsze lojalna. Whit­ney za to wła­śnie ją cenił.

- Przez naj­bliż­sze dwa­dzie­ścia cztery godziny możesz uwa­żać tę sprawę za prio­ry­te­tową - powie­dział. - W sumie daję ci trzy dni. Potem prze­każę akta komuś niż­szemu rangą.

Na nic wię­cej Eve nie liczyła.

- Chcia­ła­bym, żeby w pro­wa­dze­niu śledz­twa poma­gała mi sier­żant Peabody.

Whit­ney spoj­rzał na nią ponuro.

- Mam ci przy­dzie­lić asy­stentkę? Do takiej sprawy?

- Chcę Peabody - odparła Eve har­dym tonem. - Dosko­nale radzi sobie w tere­nie i pra­gnie zostać detek­ty­wem. Myślę, że przyda jej się tro­chę doświad­cze­nia.

- Dobrze, możesz ją sobie wziąć na trzy dni, ale jeśli pojawi się coś waż­niej­szego, odbiorę wam to śledz­two.

- Tak jest.

- Dal­las - powie­dział, kiedy odwró­ciła się i skie­ro­wała ku drzwiom. Na chwilę zapo­mniał, że jest jej prze­ło­żo­nym. - Eve... nie mia­łem jak dotąd oka­zji zło­żyć ci życzeń z oka­zji ślubu. Wszyst­kiego naj­lep­szego.

W jej oczach bły­snęło zasko­cze­nie. Po chwili jed­nak opa­no­wała się i jej twarz przy­brała kamienny wyraz.

- Dzięki.

- Mam nadzieję, że będziesz szczę­śliwa.

- Ja też.

Nieco roz­ko­ja­rzona, prze­szła labi­ryn­tem kory­ta­rzy do swo­jego poko­iku. Musiała popro­sić jesz­cze kogoś o przy­sługę. By nikt jej nie pod­słu­chał, przed uru­cho­mie­niem tele­łą­cza zamknęła drzwi.

- Kapi­tan Ryan Feeney. Wydział Elek­tro­niczny.

Ode­tchnęła z ulgą, kiedy na ekra­nie poja­wiła się zna­joma, pomarsz­czona twarz.

- Wcze­śnie zaczy­nasz pracę, Feeney.

- Szlag by to, nawet nie mia­łem czasu zjeść śnia­da­nia - odparł posęp­nym tonem, żując słodką bułkę. - Awa­ria ter­mi­nalu i od razu mnie wzy­wają, bo nikt inny nie może tego drań­stwa napra­wić.

- Ciężko jest być nie­za­stą­pio­nym. Mógł­byś coś dla mnie spraw­dzić, oczy­wi­ście nie­ofi­cjal­nie?

- Naresz­cie coś inte­re­su­ją­cego. Wal.

- Ktoś zała­twił Boomera.

- Przy­kro mi to sły­szeć. - Ugryzł kolejny kęs bułki. - Był śmie­ciem, ale zwy­kle spa­dał na cztery łapy. Kiedy to się stało?

- Nie jestem pewna; jego ciało zostało dziś rano wyło­wione z East River. Wiem, że Boomer kon­tak­to­wał się z kimś z wydziału nie­le­gal­nych sub­stan­cji. Możesz to spraw­dzić?

- Ciężka sprawa. Tego typu infor­ma­cje z reguły są utaj­nione.

- Możesz to zro­bić czy nie?

- Mogę, jasne, że tak - odburk­nął. - Ale nikomu ani słowa, że ci pomo­głem. Gli­nia­rze nie lubią, jak im się grze­bie w aktach.

- Wiem. Dzięki, Feeney. Boomer przed śmier­cią dostał nie­zły wycisk. Musiał wie­dzieć coś tak waż­nego, że ktoś doszedł do wnio­sku, iż na wszelki wypa­dek trzeba się go pozbyć. Nie sądzę, aby miało to coś wspól­nego z któ­rą­kol­wiek z pro­wa­dzo­nych przeze mnie spraw.

- Skon­tak­tuję się z tobą, kiedy będę coś wie­dział.

Odchy­liła się od ekranu i ode­tchnęła głę­boko, pró­bu­jąc się odprę­żyć. Przed jej oczami poja­wiła się zma­sa­kro­wana twarz Boomera. Został pobity rurką albo kijem, pomy­ślała. Ale pię­ści też zro­biły swoje. Eve wie­działa, co gołe, twarde kłyk­cie mogą zro­bić z twa­rzą. Prze­ko­nała się o tym na wła­snej skó­rze.

Jej ojciec miał wiel­kie dło­nie.

Zawsze pró­bo­wała uda­wać przed sobą, że tego nie pamięta. Ale nie mogła zapo­mnieć, co czuła, kiedy spa­dały na nią ciosy, jak każdy z nich wywo­ły­wał wstrząs, zanim poja­wiał się ból.

Co było gor­sze? Bicie czy gwałty? W jej pamięci jedno zle­wało się z dru­gim.

Przed oczami Eve sta­nęła dziw­nie wygięta ręka Boomera. Zła­ma­nie z prze­miesz­cze­niem, pomy­ślała. Jak przez mgłę przy­po­mniał jej się suchy trzask łama­nej kości, mdło­ści, które tłu­miły ból, piskliwe wycie doby­wa­jące się z zakry­tych wielką dło­nią ust.

Zimny pot na całym ciele i lęk, że te wiel­kie pię­ści ude­rzą znowu i będą bić dotąd, aż zabiją. Aż czło­wiek zacznie bła­gać Boga o śmierć.

W ciszę wdarło się puka­nie do drzwi. Pod­sko­czyła i stłu­miła okrzyk prze­ra­że­nia. Przez szybę ujrzała sto­jącą na bacz­ność Peabody w sta­ran­nie wypra­so­wa­nym mun­du­rze.

Eve otarła dło­nią usta, usi­łu­jąc odzy­skać pano­wa­nie nad sobą. Pora wziąć się do roboty.

Rozdział 3

3

Budy­nek, w któ­rym miesz­kał Boomer, nie pre­zen­to­wał się aż tak źle, jak można się było spo­dzie­wać. Daw­niej, przed zale­ga­li­zo­wa­niem pro­sty­tu­cji, mie­ścił się tu tani motel dla gorzej sytu­owa­nych dzi­wek. Dom miał cztery kon­dy­gna­cje, ale nikt nie pomy­ślał o tym, by w środku zain­sta­lo­wać windę czy choćby ruchome schody. Znaj­do­wała się tam jed­nak nędzna recep­cja, a za biur­kiem czu­wał nie­przy­jaź­nie wyglą­da­jący android.

Sądząc z uno­szą­cego się zapa­chu, wydział zdro­wia nie­dawno prze­pro­wa­dził tu dera­ty­za­cję i dezyn­sek­cję.

Android miał w pra­wym oku tik wywo­łany awa­rią pro­ce­sora, ale lewe utkwił w odznace Eve.

- My prze­strze­gamy prze­pi­sów - oznaj­mił zza przy­dy­mio­nej szyby. - Mamy tu spo­kój.

- Johan­n­sen. - Eve scho­wała odznakę. - Czy ktoś go ostat­nio odwie­dzał?

Android prze­wró­cił swoim małym okiem.

- Jestem zapro­gra­mo­wany do zbie­ra­nia czyn­szu i utrzy­my­wa­nia porządku, a nie reje­stro­wa­nia gości loka­to­rów.

- Mogę skon­fi­sko­wać twoje dyski z pamię­cią i sama je sobie obej­rzeć.

Nie odpo­wie­dział, ale roz­legł się cichy szum towa­rzy­szący uru­cho­mie­niu dysku.

- Johan­n­sen, pokój 3C, wyszedł osiem godzin i dwa­dzie­ścia osiem minut temu. Był sam. Przez ostat­nie dwa tygo­dnie nie miał żad­nych gości.

- Z kimś roz­ma­wiał?

- Nie korzy­sta z naszego sys­temu łącz­no­ści. Ma wła­sny.

- Obej­rzymy sobie jego pokój.

- Dru­gie pię­tro, dru­gie drzwi na lewo. Pro­szę nie nie­po­koić loka­to­rów. Chcemy tu mieć spo­kój.

- Taa, jak w raju. - Eve weszła na drew­niane schody, ponad­gry­zane przez szczury. - Peabody, nagry­waj.

- Tak jest. - Dziew­czyna posłusz­nie przy­cze­piła mikro­fon do koszuli. - Skoro był tu przed ośmioma godzi­nami, musiał zgi­nąć nie­długo po wyj­ściu z budynku. Może w godzinę, dwie póź­niej.

- Dość czasu, żeby mu pora­cho­wać kości. - Eve rozej­rzała się. Na ścia­nach wid­niało kilka nie­przy­zwo­itych ogło­szeń i ana­to­micz­nie wąt­pli­wych suge­stii. Jeden z twór­ców miał pro­blemy z orto­gra­fią i kon­se­kwent­nie robił błędy w pisowni wyra­zów z "h" i "ch".

Treść napi­sów nie pozo­sta­wiała jed­nak wąt­pli­wo­ści.

- Przy­tul­nie tu, co?

- Zupeł­nie jak u mojej babci.

Przy drzwiach miesz­ka­nia numer 3C Eve się obej­rzała.

- No pro­szę, Peabody, chyba wła­śnie poku­si­łaś się o żart.

Ze śmie­chem się­gnęła po kartkę z kodem, a Peabody spło­nęła rumień­cem. Szybko się opa­no­wała, nie chcąc oka­zy­wać sła­bo­ści przy sze­fo­wej.

- Zamy­kał się na cztery spu­sty, co? - mruk­nęła Eve, kiedy otwo­rzył się ostatni z trzech zam­ków Keligh. - I nie ską­pił pie­nię­dzy na zabez­pie­cze­nia. Każdy z tych zam­ków kosz­tuje tyle, ile ja zara­biam przez tydzień. Nie­wiele mu pomo­gły. - Wypu­ściła powie­trze z ust. - Porucz­nik Eve Dal­las, wcho­dzę do miesz­ka­nia ofiary. - Pchnęła drzwi. - Cho­lerny świat, Boomer, miesz­ka­łeś w chle­wie.

W pokoju pano­wała nie­mi­ło­sierna duchota. Regu­lo­wać tem­pe­ra­turę można było tylko, otwie­ra­jąc bądź zamy­ka­jąc okno. Boomer zamknął je przed wyj­ściem i uwię­ził gorąco w swo­jej norze.

W zatę­chłym powie­trzu uno­sił się odór zepsu­tego jedze­nia, brud­nych ciu­chów i roz­la­nej whi­sky. Pod­czas gdy Peabody przy­stą­piła do wstęp­nych oglę­dzin, Eve prze­szła na śro­dek pokoju, nie­wiele więk­szego od klatki, i potrzą­snęła głową.

Pościel przy­kry­wa­jąca wąskie łóżko upstrzona była pla­mami, o któ­rych pocho­dze­niu Eve wolała nic nie wie­dzieć. Obok leżały pudełka po jedze­niu. Tkwiący w kącie pokoju stos brud­nych ubrań jasno wska­zy­wał, że pra­nie nie nale­żało do ulu­bio­nych zajęć Boomera. Pode­szwy butów przy­kle­jały się do pod­łogi i odry­wały z odgło­sem przy­po­mi­na­ją­cym cmo­ka­nie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki