Rozdział 1
1
Urwanie głowy z tym ślubem. Eve nie miała pojęcia, po kiego licha
wpakowała się w coś takiego. Przecież jest gliną, na Boga. Przez całe
dziesięć lat swojej pracy w policji twardo trzymała się zasady, że
policjanci nie powinni być obciążeni rodziną, żeby mogli koncentrować
się wyłącznie na pracy. Człowiek po prostu nie zdoła dzielić czasu,
energii i uczuć między bezprawie we wszystkich jego odcieniach a rodzinę, z niepodzielnie związanymi z nią obowiązkami i konfliktami.
Eve zawsze uważała, że małżeństwo, podobnie jak służba w policji, to
prawdziwa harówka, która niesie ze sobą ogromną odpowiedzialność i wymaga pracy w najmniej po temu odpowiednich godzinach. Cóż, że mamy rok
2058 i nastała oświecona era rozwoju technologicznego - małżeństwo wciąż
pozostawało małżeństwem. Na samą myśl o nim odczuwała paniczny strach.
A mimo to w ten piękny letni dzień - jeden z nielicznych jakże cennych
dni wolnych od służby - szykowała się, by pójść na zakupy. Aż dreszcze
ją przechodziły.
Nie idę na zwyczajne zakupy, przypomniała sobie ze ściśniętym żołądkiem,
idę po suknię ślubną.
Chyba jej do reszty odbiło.
Oczywiście, wszystko przez Roarke'a. Wykorzystał chwilę jej słabości.
Obydwoje byli mocno poturbowani, zalani krwią i mieli szczęście, że w ogóle żyli. Kiedy mężczyzna jest cwany i zna swoją ofiarę na tyle, by
wybrać odpowiedni moment na oświadczyny, cóż, kobieta nie ma szans.
Przynajmniej taka kobieta, jak Eve Dallas.
- Wyglądasz, jakbyś zamierzała rzucić się z gołymi rękami na gang
chemi-bandytów.
Eve wsunęła stopę do buta i zmierzyła Roarke'a wzrokiem. Ten facet jest
aż za przystojny, pomyślała. Powinno się go za to zamknąć. Twarz jak
odlana z brązu, usta poety, zabójczo niebieskie oczy, gęste czarne
włosy. Kiedy wreszcie udawało się oderwać wzrok od jego twarzy, oczom
ukazywała się równie perfekcyjna sylwetka. A gdy do tego dodać lekki
irlandzki akcent, cóż, wszystko razem tworzyło cholernie dobry zestaw.
- Walka z chemi-bandytami nie umywa się do tego, co zamierzam zrobić. -
Eve skrzywiła się, słysząc nutę skargi w swoim głosie. Nie miała w zwyczaju narzekać. Prawdą jednak było, że wolałaby stawić czoło
nabuzowanemu ćpunowi, niż rozmawiać o lamówkach.
Lamówkach, Chryste Panie.
Zmełła w ustach przekleństwo i powiodła spojrzeniem za Roarkiem, idącym
przez dużą sypialnię. Ten człowiek potrafił w najbardziej zaskakujących
momentach sprawiać, że czuła się jak idiotka. Jak teraz, kiedy usiadł
przy niej na wysokim szerokim łożu i ujął ją pod podbródek.
- Jestem w tobie beznadziejnie zakochany.
No proszę. Ten facet o kusząco niebieskich oczach i przywodzącej na myśl
obrazy Rafaela urodzie wyklętego anioła kochał ją.
- Roarke. - Z trudem zdusiła w sobie ciężkie westchnienie. Gdyby stała
twarzą w twarz z szalonym mutantem trzymającym w ręku gotowy do strzału
laser, co jej się już nieraz zdarzało, czułaby się pewniej niż teraz,
kiedy musiała pokonać tak wielkie wzruszenie. - Zrobię to. Przecież ci
mówiłam.
Roarke uniósł brwi. Nie mógł się nadziwić, że Eve nie zdaje sobie
sprawy, jak ponętnie wygląda w tej chwili, zakłopotana, z niedbale
przyciętymi jasnobrązowymi włosami sterczącymi na wszystkie strony i z cienkimi zmarszczkami zwątpienia i irytacji między brwiami. Z jej dużych
oczu w kolorze whisky biło napięcie.
- Eve, moja droga. - Pocałował ją delikatnie w zaciśnięte usta, po czym
musnął wargami dołek w podbródku. - Nigdy w to nie wątpiłem. - Kłamał.
Ciągle obawiał się, że ona jednak zmieni zdanie. - Mam parę spraw do
załatwienia. Wczoraj wróciłaś późno i nie mogłem cię spytać o plany na
dzisiaj.
- Do trzeciej w nocy obserwowałam dom Binesa.
- I co?
- Wszedł mi prosto w ręce, nafaszerowany środkami odurzającymi i wymęczony długą sesją relaksacyjną. - Uśmiechnęła się, ale był to
uśmiech łowcy, złowrogi i zimny. - Ten gnojek przymaszerował do mnie,
jakby był moim osobistym androidem.
- To dobrze. - Roarke poklepał ją po ramieniu i wstał, po czym wsunął
głowę do przestronnej garderoby i zaczął przeglądać swoją kolekcję
marynarek. - No a dzisiaj? Musisz przygotować jakieś raporty?
- Dzisiaj mam wolne.
- Tak? - Odwrócił się do niej zaskoczony, trzymając w ręku piękną
ciemnoszarą marynarkę z jedwabiu. - Jeśli chcesz, przełożę część moich
popołudniowych zajęć.
Eve pomyślała, że to tak, jakby generał chciał przełożyć zaplanowane
przez siebie bitwy na inne terminy. Według Roarke'a, biznes był wojną,
toczoną na wielu frontach i przynoszącą zyski.
- Jestem już umówiona. - Znów przybrała posępną minę. - Idę na zakupy -
wymamrotała. - Po suknię ślubną.
Roarke uśmiechnął się ciepło. W ustach Eve te słowa były jak wyznanie
miłości.
- Nic dziwnego, że tak się dąsasz. Ale przecież powiedziałem ci, że się
tym zajmę.
- Sama wybiorę swoją suknię ślubną. I sama ją kupię. Nie wychodzę za
ciebie dla twoich cholernych pieniędzy.
Roarke nadal się uśmiechał, nienagannie elegancki jak marynarka, którą
wkładał.
- Czemuż więc pani za mnie wychodzi, pani porucznik? - Nachmurzyła się
jeszcze bardziej, ale nie zamierzał ustąpić. Zawsze był uparty. - Mam ci
podpowiedzieć?
- Bo nie przyjmujesz do wiadomości sprzeciwu. - Podniosła się i wcisnęła
ręce do kieszeni dżinsów.
- Za taką odpowiedź możesz dostać najwyżej pół punktu. Spróbuj raz
jeszcze.
- Bo mi odbiło.
- Oj, bo nie wygrasz głównej nagrody: romantycznej podróży dla dwojga do
Świata Tropików na Star Pięćdziesiąt.
Uśmiech zadrżał w kącikach jej ust.
- Może dlatego, że cię kocham.
- Może. - Usatysfakcjonowany, podszedł do niej i położył ręce na jej
silnych ramionach. - Przecież zakupy nie są takie straszne. Wystarczy
uruchomić parę programów z katalogami sklepowymi, rzucić okiem na
kilkanaście sukni i zamówić tę, która ci się najbardziej spodoba.
- Tak właśnie zamierzałam zrobić. - Przewróciła oczami. - Mavis kazała
mi wybić to sobie z głowy.
- Mavis. - Roarke'owi nieco zrzedła mina. - Eve, nie mów, że to właśnie
z nią idziesz na zakupy.
Kiedy zobaczyła autentyczne przerażenie w jego oczach, trochę poprawił
jej się humor.
- Chce mnie zabrać do znajomego projektanta mody.
- Dobry Boże!
- Mavis twierdzi, że on jest wspaniały. Kiedy tylko dostanie swoją
szansę, będzie sławny. Ma małe studio w Soho.
- Pojedźmy gdzieś i weźmy ślub dzisiaj. Teraz. Wyglądasz doskonale.
Twarz Eve rozjaśniła się w uśmiechu.
- Co, boisz się?
- Jestem przerażony.
- To dobrze. Jesteśmy kwita. - Zadowolona, że udało jej się wyrównać
rachunki, nachyliła się i pocałowała go. - Przez następnych kilka
tygodni możesz się zamartwiać, w czym pójdę do ślubu. Teraz muszę już
lecieć. - Poklepała go po policzku. - Umówiłam się z nią za dwadzieścia
minut.
- Eve. - Roarke złapał ją za rękę. - Mam nadzieję, że nie zrobisz czegoś
idiotycznego.
Wyrwała dłoń z jego uścisku.
- Przecież wychodzę za mąż, no nie? Cóż może być bardziej idiotycznego?
*
Miała nadzieję, że zabiła mu ćwieka na resztę dnia. Myśl o małżeństwie
wypełniała jej serce lękiem, ale jeszcze bardziej przerażał ją sam ślub
- stroje, kwiaty, muzyka, goście.
Pędziła ulicą Lexington w stronę centrum. Nagle przyhamowała ostro.
Jakiś handlarz uliczny wjechał swoim zadymionym wózkiem na jej pas.
Sklęła go pod nosem. Nie dość, że łamał przepisy, to jeszcze unosił się
wokół niego ohydny zapach sojowych hot dogów. Aż robiło się niedobrze.
Taksówkarz jadący za nią wcisnął klakson i zaczął wrzeszczeć przez
głośnik, wbrew zakazowi hałasowania w centrum miasta. Na chodniku stała
grupka ludzi, prawdopodobnie turystów, obładowanych minikamerami, mapami
komputerowymi i lornetkami. Wpatrywali się tępo w mknące ulicą pojazdy.
Eve potrząsnęła głową z dezaprobatą, zauważywszy pośród nich
kieszonkowca, który zręcznie rozpychał się łokciami.
Po powrocie do hotelu naiwni turyści odkryją, że zginęło im kilka
kredytów. Gdyby Eve miała czas i wolne miejsce do parkowania, być może
rzuciłaby się w pościg za złodziejem. On jednak w mgnieniu oka zniknął w tłumie i z pewnością śmigał już przez miasto na powietrznych rolkach.
Tak to już jest w Nowym Jorku, pomyślała Eve i uśmiechnęła się lekko.
Przyjeżdżasz tu na własne ryzyko.
Uwielbiała tłumy, hałas, ciągły gorączkowy pęd. Tutaj człowiek rzadko
bywał samotny, ale jednocześnie nigdy nie czuł bliskości innych. Dlatego
właśnie Eve przed wieloma laty przyjechała do tego miasta.
Nie była szczególnie towarzyska, a zbyt wielka przestrzeń i nadmiar
samotności potęgowały jej nerwowość.
Przybyła do Nowego Jorku, by zostać policjantką, bo wierzyła w porządek
i potrzebowała go, aby przeżyć. Jej trudnego dzieciństwa, pełnego
białych plam i mrocznych tajemnic, nie można było zmienić. Ale ona się
zmieniła. Przejęła kontrolę nad swoim życiem, stała się osobą, którą
jakaś nieznana pracownica opieki społecznej nazwała Eve Dallas.
A teraz w jej życiu miała nastąpić kolejna zmiana. Za kilka tygodni nie
będzie już Eve Dallas, porucznik wydziału zabójstw. Zostanie żoną
Roarke'a. To, jak pogodzi jedno z drugim, stanowiło dla niej większą
zagadkę niż każda ze spraw, którymi zajmowała się w czasie swojej
kariery.
Ani ona, ani Roarke nie wiedzieli, jak to jest żyć w rodzinie, mieć
rodzinę, tworzyć rodzinę. Obydwoje w dzieciństwie zaznali okrucieństwa,
przemocy i zostali odtrąceni przez bliskich. Może właśnie dlatego teraz
byli ze sobą. Wiedzieli, co to znaczy nie mieć nic, być nikim, walczyć
ze strachem, głodem i rozpaczą - i podnieśli się z dna.
Czy byli ze sobą tylko dlatego, że się nawzajem potrzebowali? Że
pragnęli seksu i miłości i chcieli połączyć obie te sprawy, co Eve
wydawało się nieosiągalne, dopóki nie poznała Roarke'a?
Pytanie w sam raz dla doktor Miry, pomyślała. Doktor Mira była
policyjnym psychologiem i Eve często chodziła do niej na konsultacje.
Postanowiła nie zawracać sobie teraz głowy przeszłością ani
przyszłością. I bez tego miała dość zmartwień.
Trzy przecznice za skrzyżowaniem z Greene Street znalazła wreszcie wolne
miejsce do parkowania. Przetrząsnęła kieszenie w poszukiwaniu żetonów
kredytowych, których domagał się tępym, zakłócanym trzaskami głosem
zdezelowany parkomat, po czym wcisnęła do szpary tyle, by starczyło na
dwie godziny postoju.
Jeśli straci na przebieranie w ciuchach więcej czasu niż dwie godziny,
będzie musiała wskoczyć do pokoju wypoczynkowego i mandat tak czy
inaczej nic jej nie będzie obchodził.
Odetchnęła głęboko i rozejrzała się wokół. Nieczęsto ją tutaj wzywano.
Owszem, morderstwa zdarzały się wszędzie, ale Soho było dzielnicą modną
wśród młodych, ubogich artystów, którzy zazwyczaj zajmowali się
prowadzeniem zażartych dyskusji przy winie lub kawie.
Tego dnia lato niepodzielnie panowało w Soho. Stoiska kwiaciarzy
rozkwitały różami, od klasycznych czerwonych i różowych po rywalizujące
z nimi o palmę pierwszeństwa prążkowane hybrydy. Pojazdy warkotały i charczały na ulicy, ryczały nad głowami przechodniów i sapały na
rozklekotanych wiaduktach. Piesi raczej trzymali się chodników, choć
specjalne platformy przewożące przechodniów nad jezdnią były dość
zatłoczone. Wszędzie widziało się długie tuniki, ostatnimi czasy modne w Europie, sandały, chusty na głowach oraz błyszczące sznurki zarzucone za
uszy i opadające na plecy.
Artyści różnej maści, od malujących farbami olejnymi i akwarelami po
pracujących wyłącznie na komputerze, reklamowali swoje dzieła na rogach
ulic i pod sklepami, konkurując z handlarzami, którzy zachwalali hybrydy
owoców, mrożone jogurty czy sałatki warzywne bez środków konserwujących.
Po okolicy snuli się członkowie Sekty Czystych, o błyszczących oczach i ogolonych głowach, ubrani w śnieżnobiałe, sięgające ziemi szaty. Eve
wcisnęła jednemu z nich, wyglądającemu na szczególnie natchnionego,
kilka żetonów i w nagrodę została obdarowana świecącym kamyczkiem.
- Czysta miłość - powiedział mężczyzna z nabożnym uśmiechem. - Czysta
radość.
- Tak, jasne - burknęła Eve i zeszła mu z drogi.
Musiała zawrócić, żeby trafić do budynku, w którym miał swoją pracownię
Leonardo. Młody zdolny projektant zajmował poddasze na drugim piętrze. W oknie wychodzącym na ulicę roiło się od kolorów i fasonów, na widok
których Eve nerwowo przełknęła ślinę. Miała raczej tradycyjny gust -
beznadziejny, zdaniem Mavis.
Zbliżając się teraz na ruchomej platformie do budynku, zaczęła dochodzić
do wniosku, że gust Leonarda nie jest ani tradycyjny, ani beznadziejny.
Gdy spojrzała na wystawę zawaloną piórami, paciorkami i jaskrawymi
gumowymi ubiorami, po raz kolejny tego dnia poczuła ucisk w żołądku, tym
razem dwa razy silniejszy. Owszem, fajnie byłoby zobaczyć, jaką minę
zrobiłby Roarke, gdyby pokazała mu się w czymś takim; z drugiej strony
jednak nie zamierzała brać ślubu w błyszczącym obcisłym kostiumie z gumy.
A było tam więcej, o wiele więcej niezwykłych kreacji. Wyglądało na to,
że Leonardo szczerze wierzy w siłę reklamy. Główny eksponat, trupio
blady, pozbawiony twarzy manekin, stał owinięty mnóstwem przezroczystych
szali, które migotały tak intensywnie, że materiał wydawał się żywy.
Eve niemalże czuła jego dotyk na ciele.
O nie, pomyślała. Nie ma mowy, żebym tu weszła. Odwróciła się, pragnąc
czym prędzej stąd czmychnąć, i wpadła prosto na Mavis.
- Z jego strojów bije taki chłód. - Mavis objęła Eve w talii, jakby
chciała ją zatrzymać, i utkwiła rozmarzony wzrok w oknie wystawowym.
- Słuchaj, Mavis...
- On jest niesamowity. Przy mnie ot tak, od niechcenia, machnął kilka
projektów. Były rewelacyjne.
- Nie wątpię. Tak sobie pomyślałam...
- Ten człowiek naprawdę rozumie duszę kobiety - ciągnęła Mavis. Ona sama
rozumiała duszę swojej przyjaciółki na tyle, by wiedzieć, że Eve chce
się stąd wyrwać. Mavis Freestone, szczupła jak elf w swoim biało-złotym
kostiumie i wysokich na dziesięć centymetrów koturnach, odrzuciła do
tyłu kręcone czarne włosy z białymi pasemkami, zmierzyła Eve spojrzeniem
i uśmiechnęła się szeroko. - Zrobi z ciebie najbardziej odlotową pannę
młodą w Nowym Jorku.
- Mavis. - Eve wzrokiem nakazała jej milczenie. - Chcę znaleźć coś, w czym nie będę się czuła jak kretynka.
Mavis rozpromieniła się i położyła na piersi rękę, ozdobioną na bicepsie
nowym tatuażem przedstawiającym skrzydlate serce.
- Dallas, zaufaj mi.
- Nie - powiedziała Eve, ale przyjaciółka wciągnęła ją z powrotem na
ruchomą platformę. - Mavis, ja nie żartuję. Zamówię coś przez Internet.
- Po moim trupie - syknęła Mavis i pomaszerowała w stronę drzwi do
budynku, ciągnąc Eve za sobą. - Możesz chociaż rzucić okiem na parę
modeli, porozmawiać z Leonardem. Daj mu szansę. - Wysunęła dolną wargę,
która, pomalowana szminką koloru magenty, wyglądała jak groźna broń. -
Dallas, nie bądź dętka.
- Cóż, skoro tu jestem...
Mavis poczerwieniała z zadowolenia i podbiegła do brzęczącej kamery.
- Mavis Freestone i Eve Dallas, do Leonarda.
Drzwi otworzyły się ze zgrzytem. Mavis ruszyła w stronę starej windy,
osłoniętej drucianą siatką.
- Wystrój jest w stylu retro. Kto wie, może Leonardo będzie tu mieszkał
nawet wtedy, gdy już się stanie sławny. Wiesz, jak to jest z tymi
ekscentrycznymi artystami.
- Jasne. - Winda ze złowrogim skrzypieniem powlokła się w górę. Eve
zamknęła oczy i zaczęła się modlić. Postanowiła, że na dół zejdzie
schodami.
- A teraz pozbądź się wszelkich uprzedzeń - nakazała Mavis - i zdaj się
na Leonarda. Ach, mój drogi! - Wyfrunęła z małej klatki do kolorowego
pomieszczenia, w którym panował iście artystyczny nieład. Eve popatrzyła
z podziwem na przyjaciółkę.
- Mavis, moja gołąbeczko.
Wtedy Eve z wrażenia zaniemówiła. Imiennik słynnego malarza miał ze dwa
metry wzrostu i zbudowany był jak nie przymierzając autobus. Potężne
napięte bicepsy wyłaniały się z pozbawionej rękawów szaty w jaskrawych
barwach marsjańskiego zachodu słońca. Projektant miał twarz okrągłą jak
księżyc, o brązowej skórze naciągniętej na wystających kościach
policzkowych niczym na bębnie. Przy uniesionych w olśniewającym uśmiechu
ustach migotał mały brylant, a oczy przywodziły na myśl złote monety.
Mężczyzna porwał Mavis w ramiona i zakręcił nią młynka. A potem
pocałował ją tak gorąco, że Eve uświadomiła sobie, iż tych dwoje łączy
coś więcej niż tylko miłość do mody i sztuki.
- Leonardo. - Mavis, rozpromieniona jak idiotka, przeczesała palcami o złotych paznokciach jego sztywne, opadające na kark włosy.
- Laleczko.
Aż niedobrze się robiło od tego nadmiaru czułości. Eve przewróciła
oczami. Wpadła jak śliwka w kompot, nie ma co. Mavis znów się zakochała.
- Twoja nowa fryzura jest cudowna. - Leonardo pogładził palcami
wielkości hot dogów czarno-białe loki Mavis.
- Miałam nadzieję, że ci się spodoba. To... - zawiesiła dramatycznie głos,
jakby zamierzała zaprezentować swojego utytułowanego sznaucera. - ...jest
Dallas.
- Ach tak, panna młoda. Miło mi panią poznać, - Obejmując Mavis w talii
jedną ręką, drugą wyciągnął do Eve. - Mavis wiele mi o pani mówiła.
- Nie wątpię. - Eve spojrzała znacząco na przyjaciółkę. - Za to mówiąc o panu, pominęła wiele istotnych szczegółów.
Leonardo wybuchnął gromkim śmiechem, od którego Eve zaczęło brzęczeć w uszach. Usta jej zadrżały.
- Moja turkaweczka potrafi być tajemnicza. Zaraz przyniosę coś do picia
- oznajmił, po czym z zaskakującą gracją odwrócił się na pięcie i wyszedł, otoczony chmurą barw.
- Jest cudowny, prawda? - wyszeptała Mavis. Jej oczy płonęły miłością.
- Sypiasz z nim.
- Nie uwierzyłabyś, jaki on jest... pomysłowy. Jak... - Mavis odetchnęła
głęboko i poklepała się po piersi. - To prawdziwy seksualny artysta.
- Nie chcę o tym słyszeć. Zdecydowanie nie. - Zmarszczywszy brwi, Eve
rozejrzała się po pokoju.
Był przestronny i dosłownie tonął w różnych tkaninach. Fale koloru
fuksji, hebanowe wodospady i zielonożółte strumienie spływały z sufitu,
ścian, stołów i oparć foteli.
- Jezu - wyrwało jej się z ust.
Wszędzie stały misy i tace pełne migoczących wstążek, tasiemek i guzików. Szarfy, pasy, kapelusze i woalki mieszały się z niedokończonymi
kreacjami z błyszczących tkanin i ozdobionymi ćwiekami gorsetami.
Pachniało tu jak w kwiaciarni połączonej z magazynem kadzideł.
Eve była przerażona.
- Mavis, kocham cię. Być może jeszcze nigdy ci tego nie powiedziałam,
ale to prawda. A teraz wychodzę - zwróciła się do przyjaciółki.
- Dallas. - Mavis zachichotała i złapała ją za rękę. Jak na tak drobną
istotę, była zadziwiająco silna. - Wyluzuj się. Odetchnij głęboko. Daję
ci słowo, że Leonardo znajdzie dla ciebie coś odpowiedniego.
- Tego właśnie się obawiam, Mavis. I to jeszcze jak.
- Mrożona herbata z cytryną - oznajmił projektant śpiewnym głosem,
wchodząc do pokoju przez zasłonę ze sztucznego jedwabiu. Niósł tacę
zastawioną szklankami.
Patrząc z utęsknieniem na drzwi, Eve ostrożnie podeszła do jednego z krzeseł.
- Słuchaj, Leonardo, być może Mavis niedokładnie ci wszystko
wytłumaczyła. Otóż ja...
- Jesteś detektywem w wydziale zabójstw. Czytałem o tobie. - Leonardo
wszedł jej w słowo, moszcząc się na kanapie w kształcie półksiężyca.
Mavis usiadła prawie że na jego kolanach. - O twojej ostatniej sprawie
było głośno w mediach. Muszę przyznać, że strasznie mnie zafascynowałaś.
Rozwiązujesz zagadki, podobnie jak ja.
Eve skosztowała herbaty, która, o dziwo, okazała się nadzwyczaj smaczna.
- Ty rozwiązujesz zagadki?
- Ależ oczywiście. Kiedy patrzę na jakąś kobietę, wyobrażam sobie, jaki
strój by do niej pasował. Potem muszę się dowiedzieć, kim ona jest, jaki
tryb życia prowadzi. Co chce osiągnąć, o czym marzy, jak siebie
postrzega? Potem z tych kawałków muszę poskładać jej pełny obraz. Image.
Na początku każda kobieta jest dla mnie zagadką, którą staram się
rozwiązać.
Mavis westchnęła głośno.
- Czyż on nie jest cudowny, Dallas?
Leonardo parsknął śmiechem i potarł nosem ucho Mavis.
- Twoja przyjaciółka się martwi, gołąbeczko. Myśli, że zawinę ją w róż
wysadzany cekinami.
- Brzmi cudownie.
- Dla ciebie coś takiego byłoby w sam raz, Mavis. - Uśmiechnął się
promiennie do Eve. - A więc wkrótce wyjdziesz za enigmatycznego
Roarke'a.
- Na to się zanosi - mruknęła.
- Poznałaś go w czasie śledztwa. Sprawa DeBlassa, prawda? Zaintrygowały
go twoje brązowe oczy i smutny uśmiech.
- Nie powiedziałabym, że...
- Oczywiście, że nie - przerwał jej Leonardo - bo nie widzisz siebie
jego oczami. Czy moimi. Jesteś silna, odważna i godna zaufania, ale coś
cię dręczy.
- Jesteś projektantem czy psychoanalitykiem? - spytała Eve.
- Nie można być jednym, nie będąc drugim. Proszę, powiedz mi, jak Roarke
cię zdobył?
- Nie jestem nagrodą w konkursie - burknęła i odstawiła szklankę.
- Cudownie. - Leonardo klasnął w dłonie i prawie że się rozpłakał. -
Porywczość i niezależność, z pewną dozą niepokoju. Będzie z ciebie
wspaniała panna młoda. A teraz do roboty. - Wstał. - Proszę za mną.
Eve podniosła się z krzesła.
- Słuchaj, szkoda mojego i twojego czasu. Po prostu...
- Chodź ze mną - powiedział i wziął ją za rękę.
- Co ci szkodzi spróbować, Eve?
W końcu dała się zaciągnąć poprzez stosy tkanin do pogrążonego w podobnym nieładzie pomieszczenia po drugiej stronie strychu. Zrobiła to
tylko dla Mavis.
Na widok komputera poczuła się nieco lepiej. Wreszcie miała przed oczami
coś, na czym się znała. Ale wykonane przy jego użyciu rysunki,
poprzypinane do ścian gdzie tylko się dało, pozbawiły ją resztek
złudzeń.
W porównaniu z tym, co przedstawiały te obrazki, nawet róż i cekiny
przestawały być straszne.
Modelki o przesadnie wydłużonych sylwetkach wyglądały jak mutanty.
Niektóre ustrojone były w pióra, inne eksponowały biżuterię. Kilka z nich miało na sobie kreacje tak dziwaczne - bluzki z postawionymi
kołnierzami, spódnice niewiele większe od ścierek do naczyń, kombinezony
ciasno przywierające do ciała - że przypominały raczej kostiumy na
Halloween.
- Zaprojektowałem je na mój pierwszy pokaz. Widzicie, moda to pastisz
rzeczywistości. Liczy się to, co odważne, unikatowe, niespotykane.
- Te kreacje są piękne.
Eve spojrzała z wyrzutem na Mavis i skrzyżowała ręce na piersi.
- To ma być skromna ceremonia.
- Hm. - Leonardo siedział już przed komputerem i zadziwiająco sprawnie
posługiwał się klawiaturą. - Weźmy na przykład... - Na ekranie pojawił się
obraz, który zmroził Eve krew w żyłach.
Suknia była w kolorze świeżego moczu, z brązowymi falbankami biegnącymi
od pofałdowanego kołnierza po kanciastą lamówkę upstrzoną kamieniami
szlachetnymi wielkości dziecięcej pięści. Rękawy wyglądały na tak
ciasne, że wydawało się, iż każda kobieta, która zdecydowałaby się
włożyć to paskudztwo, z miejsca straciłaby czucie w palcach.
Obraz zaczął się przesuwać i oczom Eve ukazał się tył sukni, sięgający
niżej pasa i ozdobiony piórami.
- To by zupełnie do ciebie nie pasowało - dokończył Leonardo i wybuchnął
gromkim śmiechem, widząc bladą twarz Eve. - Przepraszam. Nie mogłem się
oprzeć pokusie. Dla ciebie... to będzie tylko szkic, rozumiesz. Coś
wąskiego, długiego, prostego. Niezbyt skromnego.
Mówił, nie przerywając pracy. Na ekranie zaczęły się ukazywać linie i kształty. Eve wcisnęła ręce do kieszeni i patrzyła na powstający
projekt.
To, co robił Leonardo, wydawało się takie łatwe. Długie linie, misterne
detale stanika, rękawy zebrane w łagodne fałdy na grzbiecie dłoni. Eve
wciąż jednak nie mogła wyzbyć się obawy, że tę harmonię lada chwila
zburzą zbędne ozdóbki.
- Teraz trochę w tym podłubiemy - powiedział Leonardo w zamyśleniu, po
czym obrócił widniejący na ekranie projekt o sto osiemdziesiąt stopni. Z tyłu suknia była równie powłóczysta i elegancka jak z przodu, z rozcięciem do kolan. - Tren sobie darujemy.
- Tren?
- Nie, nie pasowałby do ciebie. - Uśmiechnął się i podniósł na nią oczy.
- Ach, jeszcze głowa. Twoja fryzura.
Przyzwyczajona do złośliwych komentarzy, Eve przeczesała czuprynę
palcami.
- Mogę je czymś zakryć, jeśli to konieczne.
- Nie, nie, nie. Do twarzy ci z takimi włosami.
Zdumiona, opuściła rękę.
- Naprawdę?
- Tak. Najwyżej przydałoby się je trochę wymodelować. Mam taką znajomą...
- nie dokończył. - Ale kolor, wszystkie te odcienie brązu i złota, i ten
nie do końca ujarzmiony styl idealnie do ciebie pasują. Wystarczy trochę
przyciąć tu i ówdzie. - Zmrużył oczy i dokładnie jej się przyjrzał. -
Nie, żadnego nakrycia głowy, żadnego welonu. Twoja twarz w zupełności
wystarczy. Teraz zajmijmy się kolorem sukni i materiałem, z jakiego ma
być uszyta. Najlepszy byłby jedwab, nie za gruby. - Skrzywił się lekko.
- Mavis mi powiedziała, że Roarke nie zapłaci za suknię.
Eve z godnością wyprężyła pierś.
- Bo to ma być moja suknia.
- Uparła się i już - skwitowała Mavis. - Roarke nawet nie zauważyłby
braku paru tysięcy kredytów.
- Nie w tym rzecz...
- Oczywiście, że nie. - Na twarz Leonarda znów wypłynął uśmiech. - Cóż,
jakoś sobie poradzimy. No więc, jaki kolor? Biel raczej nie wchodzi w grę, suknia zbyt mocno kontrastowałaby z twoją karnacją.
Wydął wargi i zaczął eksperymentować z paletą. Eve, zafascynowana wbrew
sobie samej, przyglądała się, jak śnieżna biel szkicu przechodzi w kolor
śmietankowy, potem bladoniebieski, zielony i wszelkie inne barwy tęczy.
Choć Mavis wpadła w zachwyt nad kilkoma odcieniami, Leonardo tylko
potrząsał głową.
W końcu zdecydował się na jasny brąz.
- Tak, to jest to. Twoja skóra, oczy, włosy. Będziesz emanowała
dostojeństwem. Jak bogini. Do sukni przydałby się naszyjnik, długości co
najmniej siedemdziesięciu centymetrów. Albo jeszcze lepiej, podwójny,
sześćdziesiąt i siedemdziesiąt centymetrów. Miedziany, wysadzany
kamieniami. Rubiny, cytryn, onyks. Tak, tak, a do tego krwawnik i może
parę turmalinów. O szczegółach porozmawiasz z Roarkiem.
Zazwyczaj Eve nie zwracała uwagi na ubrania, ale w tej chwili ogarnęło
ją głębokie pragnienie, by jak najszybciej włożyć kreację Leonarda.
- Ta suknia jest piękna - powiedziała ostrożnie i w myśli
przeanalizowała swoją sytuację finansową. - Tyle że nie mogę się
zdecydować. Jedwab, rozumiesz... to trochę przekracza moje możliwości.
- Uszyję tę suknię na własny koszt, ale w zamian musisz mi coś obiecać.
- Z przyjemnością patrzył, jak w jej oczy wkrada się niepokój. - Po
pierwsze, będę mógł zaprojektować suknię, w której Mavis przyjdzie na
twój ślub, a po drugie, przygotowując wyprawę ślubną, skorzystasz z moich projektów.
- Nawet nie pomyślałam o wyprawie. Przecież mam ubrania.
- To porucznik Dallas ma ubrania - poprawił ją. - Żonie Roarke'a potrzebne będą inne.
- Może jakoś dojdziemy do porozumienia. - Uświadomiła sobie po raz
kolejny, jak bardzo pragnie mieć tę przeklętą suknię. Już czuła ją na
sobie.
- To wspaniale. Rozbierz się.
Jej reakcja była błyskawiczna.
- Słuchaj no, dupku...
- Muszę wziąć miarę - szybko wyjaśnił Leonardo.
Eve przeszyła go takim spojrzeniem, że odruchowo wstał i cofnął się o krok. Ubóstwiał kobiety i doskonale zdawał sobie sprawę, czym jest ich
gniew. Innymi słowy, bał się ich jak ognia.
- Traktuj mnie jak swojego lekarza. Nie mogę dobrze zaprojektować sukni,
dopóki nie poznam twojego ciała. Jestem artystą i dżentelmenem -
powiedział z godnością. - Ale jeśli czujesz się niepewnie, Mavis może tu
zostać.
Eve przechyliła głowę na bok.
- Bez trudu dam sobie z tobą radę, koleś. Jeden zbędny ruch, jedna
niewłaściwa myśl i przekonasz się o tym.
- Nie wątpię. - Ostrożnie wziął do ręki jakieś urządzenie. - To mój
skaner - powiedział. - Za jego pomocą będę cię mógł bardzo dokładnie
zmierzyć. Ale musisz się rozebrać, żeby pomiar był dokładny.
- Przestań chichotać, Mavis. Lepiej przynieś herbaty.
- Się robi. I tak już widziałam cię bez ubrania. - Posłała Leonardowi
kilka pocałunków i wyszła.
- Nie możemy zapomnieć o podszewce. Mam jeszcze parę pomysłów... co do
twoich ubrań - dodał pospiesznie, kiedy Eve spojrzała na niego
podejrzliwie. - Potrzebne będą suknie wieczorowe i mniej oficjalne.
Gdzie spędzicie miesiąc miodowy?
- Nie wiem. Nie myślałam o tym. - Zrezygnowana zdjęła buty i rozpięła
spodnie.
- Czyli Roarke chce ci zrobić niespodziankę. Komputer, tworzenie pliku,
Dallas, pierwszy dokument, miara, karnacja, wzrost i waga. - Kiedy Eve
ściągnęła koszulę, Leonardo podszedł do niej ze skanerem. - Stopy razem.
Wzrost, metr siedemdziesiąt pięć centymetrów, waga pięćdziesiąt cztery
kilogramy.
- Od jak dawna sypiasz z Mavis?
- Od około dwóch tygodni - odparł Leonardo w przerwie między
recytowaniem kolejnych wymiarów. - Jest mi bardzo droga. Obwód talii
sześćdziesiąt sześć centymetrów.
- Czy zacząłeś z nią sypiać po tym, jak powiedziała ci, że jej najlepsza
przyjaciółka wychodzi za Roarke'a?
Leonardo zastygł w bezruchu, w jego złotych oczach błysnęła złość.
- Nie wykorzystuję Mavis, aby zdobyć to zlecenie. Myśląc tak, obrażasz
ją.
- Chciałam się tylko upewnić. Widzisz, mnie też ona jest bardzo droga.
Jeśli mam cię zatrudnić, lepiej, żeby nie było między nami żadnych
niedomówień. Dlatego...
Urwała w pół słowa. Do pracowni, niczym kometa, wpadła kobieta o wyszczerzonych idealnych zębach i czerwonych paznokciach zakrzywionych
jak szpony, ubrana w obcisły, czarny spodnium.
- Ty zdradliwy, podstępny, zafajdany sukinsynu! - Rzuciła się na niego
niczym pocisk z moździerza zmierzający do celu, a Leonardo, z szybkością
i gracją, zrodzonymi z czystego strachu, wykonał unik.
- Pandoro, zaraz ci wszystko wytłumaczę...
- Ja ci dam tłumaczenia! - Wzięła spory zamach i jej szpony przecięły
powietrze kilka centymetrów od oczu Dallas.
Było tylko jedno wyjście. Eve znokautowała rozwścieczoną napastniczkę.
- O Jezu, o Jezu. - Leonardo zwiesił swoje potężne ramiona i załamał
ręce w rozpaczy.
Rozdział 2
2
- Musiałaś ją uderzyć?
Eve spojrzała na nieprzytomną kobietę.
- Owszem.
Leonardo odłożył skaner i westchnął ciężko.
- Teraz dopiero da mi popalić!
- Moja twarz, moja twarz. - Odzyskawszy przytomność, Pandora podniosła
się z podłogi, obmacując szczękę. - Jest siniec? Widać go? Za godzinę
mam sesję zdjęciową.
Eve wzruszyła ramionami.
- Mówi się trudno.
Nastrój poszkodowanej zmienił się w mgnieniu oka.
- Już ja cię załatwię, ty suko - wycedziła przez zaciśnięte zęby. -
Możesz wybić sobie z głowy karierę modelki. Wiesz, kim jestem?
Eve nie miała ochoty na dyskusję, tym bardziej że wciąż była naga.
- Myślisz, że mnie to obchodzi?
- Co tu się dzieje? Dallas, uspokój się, on tylko chce wziąć miarę... Och.
- Mavis wpadła do pracowni ze szklankami w rękach i stanęła jak wryta. -
Pandora!
- To ty. - Pandorze najwyraźniej zaczynało brakować inwencji w wymyślaniu nowych wyzwisk. Rzuciła się na Mavis, wytrącając jej szklanki
z rąk. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła. Po chwili obie kobiety już
tarzały się po podłodze, szarpiąc się za włosy.
- O Jezu. - Eve żałowała, że nie ma przy sobie pistoletu gazowego, bo
przydałby się w tej chwili. - Przestańcie, do cholery! Leonardo, pomóż
mi je rozdzielić, zanim się nawzajem pozabijają. - Skoczyła między
walczące, po czym zaczęła odciągać je od siebie. Dla własnej satysfakcji
dźgnęła Pandorę łokciem w żebra. - Wsadzę cię do klatki, słowo honoru. -
Z braku lepszego pomysłu, usiadła okrakiem na przeciwniczce i wyciągnęła
odznakę z kieszeni spodni. - Przyjrzyj się temu, kretynko. Jestem gliną.
Jak na razie, masz na koncie dwie próby pobicia. Mało ci jeszcze?
- Zabieraj ze mnie tę kościstą, gołą dupę.
Nie samo polecenie, ale spokojny ton, jakim zostało wydane, sprawił, że
Eve wstała. Pandora podniosła się, z pietyzmem wygładziła swój czarny
spodnium, pociągnęła nosem, odrzuciła z twarzy bujne, ogniste włosy, po
czym przeszyła Leonarda zimnym spojrzeniem ozdobionych długimi rzęsami
szmaragdowych oczu.
- Czyli jedna już ci nie wystarczy, ty łajdaku. - Uniosła rzeźbiony
podbródek i popatrzyła z nieskrywaną pogardą na Eve oraz Mavis. - Masz
coraz lepszy apetyt, mój drogi, ale coraz gorszy gust.
- Pandoro. - Leonardo, mocno przejęty, oblizał spierzchnięte wargi. -
Powiedziałem ci, że wszystko mogę wytłumaczyć. Porucznik Dallas jest
moją klientką.
Pandora syknęła jak kobra.
- To tak je teraz nazywasz? Myślisz, że możesz mnie wyrzucić jak
wczorajszą gazetę, Leonardo? To ja zdecyduję, kiedy między nami wszystko
się skończy.
Mavis podeszła do Leonarda, utykając lekko, i objęła go w talii.
- On ciebie ani nie potrzebuje, ani nie chce.
- Mam gdzieś to, czy on mnie chce. A co do potrzebowania... - Jej pełne
wargi wykrzywiły się w złośliwym uśmiechu. - Leonardo musi ci powiedzieć
to i owo o życiu, mała. Beze mnie w przyszłym miesiącu nie odbędzie się
żaden pokaz jego łachów. Jeśli ten pokaz zostanie odwołany, biedaczek
niczego nie sprzeda, a jeśli niczego nie sprzeda, to nie będzie w stanie
zapłacić za materiały i całą resztę, a do tego nie zwróci wierzycielom
pokaźnej sumki, jaką od nich pożyczył.
Odetchnęła głęboko i obejrzała swoje połamane paznokcie. Wściekłość
pasowała do niej jak czarny obcisły spodnium, który miała na sobie.
- To będzie cię drogo kosztować, Leonardo. Przez kilka najbliższych dni
mam mnóstwo zajęć, ale na pewno znajdę trochę czasu na pogawędkę z twoimi sponsorami. Jak myślisz, co powiedzą, kiedy poinformuję ich, że
nie mogę zniżyć się do paradowania po wybiegu w twoich szmatach?
- Nie możesz tego zrobić. - Z każdego słowa projektanta bił paniczny
strach, strach, który zdawał się działać na rudowłosą piękność jak
narkotyk. - Byłbym zrujnowany. Wszystko włożyłem w ten pokaz. Czas,
pieniądze...
- Jaka szkoda, że nie pomyślałeś o tym, zanim zacząłeś przystawiać się
do tej małej zdziry. - Pandora zmrużyła oczy. - Myślę, że pod koniec
tygodnia wybiorę się na lunch z kilkoma z twoich sponsorów. Masz, mój
drogi, tylko parę dni na to, by zdecydować, jak chcesz to rozegrać.
Jeśli nie pozbędziesz się swojej nowej zabawki, zapłacisz słoną cenę. W razie czego wiesz, gdzie mnie szukać.
Wyszła z pracowni przesadnie posuwistym krokiem modelki i z hukiem
zatrzasnęła za sobą drzwi.
- O cholera. - Leonardo osunął się na krzesło i ukrył twarz w dłoniach.
- Jak zawsze, zjawia się w najmniej odpowiednim momencie.
- Nie. Nie pozwól, żeby ci to zrobiła. Żeby nam to zrobiła. - Mavis
kucnęła przed nim, bliska płaczu. - Nie możesz dopuścić do tego, żeby
wciąż kierowała twoim życiem, żeby cię szantażowała... - Mavis zerwała się
pod wpływem nagłego olśnienia. - To szantaż, zgadza się, Dallas? Idź,
aresztuj ją.
Eve zapięła koszulę.
- Kochana, nie mogę jej aresztować za to, że nie chce nosić ciuchów
Leonarda. Owszem, mogłabym zgarnąć ją za próbę pobicia, ale wyszłaby na
wolność, zanim zdążyłabym zamknąć drzwi celi.
- Przecież to szantaż. Jeśli pokaz się nie odbędzie, Leonardo straci
wszystko.
- Przykro mi. Naprawdę. To nie jest sprawa dla policji. - Przeczesała
dłonią włosy. - Ta kobieta jest wściekła, rozgorączkowana i tyle. Sądząc
z jej nieprzytomnego spojrzenia, prawdopodobnie nałykała się jakichś
prochów. Pewnie wkrótce się uspokoi.
- Nie. - Leonardo usiadł wygodniej. - Będzie chciała się na mnie
zemścić. Byliśmy kochankami, ale w pewnym momencie nasz związek zaczął
się psuć. Kiedy więc Pandora na parę tygodni opuściła Ziemię, uznałem,
że między nami wszystko skończone. Potem poznałem Mavis. - Ścisnął ją za
rękę. - I wtedy już byłem pewien, że nie chcę więcej spotykać się z Pandorą. Próbowałem z nią porozmawiać, wszystko jej wytłumaczyć.
- Skoro Dallas nie może nam pomóc, pozostaje tylko jedno wyjście. -
Wargi Mavis zadrżały. - Musisz do niej wrócić. Nie ma innej możliwości.
- Zanim Leonardo zdążył cokolwiek powiedzieć, Mavis dodała: - Nie
będziemy się spotykać, przynajmniej do twojego pokazu. Może potem
zaczniemy wszystko od nowa. Nie wolno ci dopuścić, żeby Pandora poszła
do twoich sponsorów i wszystko zepsuła.
- Myślisz, że mógłbym zrobić coś takiego? Być z nią? Dotykać jej po tym,
co się stało? Po tym, jak poznałem kogoś takiego jak ty? - Wstał. -
Mavis, kocham cię.
- Och. - Jej oczy wypełniły się łzami. - Och, Leonardo. Za bardzo cię
kocham, żeby patrzeć, jak ta kobieta cię niszczy. Odchodzę, bo muszę cię
uratować.
Mavis wybiegła z pracowni. Leonardo odprowadził ją spojrzeniem, po czym
wbił wzrok w drzwi, za którymi zniknęła.
- Jestem w potrzasku. Ta mściwa suka może mi odebrać wszystko; kobietę,
którą kocham, moją pracę, po prostu wszystko. Mógłbym ją zabić za to, że
sprawia Mavis taki ból. - Odetchnął głęboko i spuścił oczy. - Czasem
człowiek jest tak oszołomiony pięknem, że nie widzi, co się pod nim
kryje.
- Czy to, co Pandora powie twoim sponsorom, naprawdę ma tak duże
znaczenie? Przecież nie sfinansowaliby pokazu, gdyby nie byli przekonani
o wartości twojej pracy.
- Pandora jest jedną z najbardziej rozchwytywanych modelek na świecie.
Ma wpływy, prestiż, znajomości. Wystarczy, by szepnęła komu trzeba parę
słów, a ktoś taki jak ja albo dostanie szansę zrobienia kariery, albo
bezpowrotnie ją utraci. - Podniósł rękę do wiszącej przed nim kompozycji
z sieci i kamieni. - Jeśli Pandora ogłosi publicznie, że moje projekty
są do niczego, większość potencjalnych klientów zrezygnuje z ich zakupu.
Ona może do tego doprowadzić. Całe swoje życie pracowałem na ten pokaz,
Pandora zdaje sobie z tego sprawę i wie, jak pozbawić mnie
niepowtarzalnej szansy. A na tym się nie skończy. - Opuścił rękę. -
Mavis jeszcze tego nie rozumie. Pandora trzyma mnie w garści aż do końca
mojej albo jej kariery. Nie uwolnię się od niej, dopóki ona sama nie
zdecyduje, że ma mnie dosyć.
*
Eve wróciła do domu potwornie zmęczona. Najwięcej zdrowia kosztowała ją
rozmowa z Mavis, zrozpaczoną i wściekłą zarazem. W tej chwili
nieszczęśliwa dziewczyna siedziała w starym mieszkaniu Eve, lecząc się
tam ze smutku lodami i filmami wideo.
Pragnąc zapomnieć o sercowych rozterkach i modzie, Eve poszła prosto do
sypialni i rzuciła się na łóżko. Po chwili wskoczył do niej kot Galahad
i zaczął głośno mruczeć. Trącił swoją panią kilka razy pyszczkiem, a kiedy to nie dało żadnego efektu, zwinął się w kłębek i zasnął. Gdy do
sypialni wszedł Roarke, Eve nawet nie drgnęła.
- Jak minął wolny dzień?
- Nie znoszę zakupów.
- Po prostu nie weszło ci to jeszcze w krew.
- I bardzo dobrze. - Zaciekawiona, odwróciła się na bok i spojrzała na
Roarke'a. - Ty za to uwielbiasz kupować różne rzeczy.
- Jasne. - Wyciągnął się przy niej i pogłaskał kota, gramolącego się
nieporadnie na jego pierś. - Kupowanie daje niemal tyle samo
przyjemności, co posiadanie. Bieda, pani porucznik, jest po prostu do
kitu.
Eve zamyśliła się nad jego słowami. Jako że kiedyś sama żyła w nędzy, a potem udało jej się poprawić swoją sytuację na tyle, by z trudem wiązać
koniec z końcem, nie mogła się z nim nie zgodzić.
- W każdym razie, najgorsze mam już chyba za sobą.
- Szybko się uwinęłaś. - Trochę go to przeraziło. - Wiesz, Eve, nie
musisz od razu podejmować decyzji.
- Prawdę mówiąc, chyba doszliśmy z Leonardem do porozumienia. -
Spojrzawszy w górę, na rozciągające się za szybą świetlika niebo,
zmarszczyła brwi. - Mavis jest w nim zakochana.
- Mhm... - Roarke leżał ze zmrużonymi oczami, głaszcząc kota, i zastanawiał się, czy nie obdarzyć tą samą pieszczotą Eve.
- To jest naprawdę miłość. - Westchnęła głęboko. - Mówię ci, ależ miałam
ciężki dzień.
Akurat w tej chwili przed oczami Roarke'a przewijały się kolumny liczb,
przedstawiających zyski, jakie miało mu przynieść rychłe podpisanie
trzech ważnych umów. Czym prędzej przerwał te wyliczenia i przysunął się
do Eve.
- Opowiedz mi o tym.
- Leonardo... to taki potężny, osobliwie atrakcyjny... nie wiem, jak go
określić. Taki fenomen. Zdaje się, że w jego żyłach płynie indiańska
krew; ma charakterystyczną dla Indian budowę ciała i karnację skóry,
bicepsy jak gwiezdne torpedy i przyjemny, gładki jak magnolie głos. Nie
jestem ekspertem, ale kiedy patrzyłam, jak szkicuje, sprawił na mnie
wrażenie zdolnego. W każdym razie stałam w jego pracowni goła jak mnie
Pan Bóg stworzył...
- Poważnie? - wtrącił łagodnym tonem Roarke i odtrąciwszy kota, położył
się przy Eve.
- Brał miarę - odparła z pogardliwym uśmieszkiem.
- Mów dalej.
- Dobrze. Mavis wyszła po herbatę...
- Cóż za korzystny zbieg okoliczności.
- I wtedy do pracowni wpadła kobieta, tak rozwścieczona, że jeszcze
trochę, a zaczęłaby toczyć pianę z ust. Prawdziwa piękność... metr
osiemdziesiąt wzrostu, szczupła jak promień lasera, długie rude włosy, a do tego twarz... cóż, znowu posłużę się porównaniem z magnoliami. W każdym
razie, zaczęła wrzeszczeć na Leonarda, a kiedy ten potężny chłop skulił
się z przerażenia, rzuciła się na mnie. Musiałam ją unieszkodliwić.
- Uderzyłaś ją.
- Tak, zanim zdążyła poharatać mi twarz ostrymi pazurami.
- Moja droga. - Pocałował ją w policzek, potem w drugi, a następnie jego
usta spoczęły na dołeczku w podbródku Eve. - Jak ty to robisz, że przy
tobie ludzie zmieniają się w bestie?
- Pewnie takie mam szczęście. W każdym razie, ta Pandora...
- Pandora? - Podniósł głowę i zmrużył oczy. - Ta modelka.
- Tak, podobno jest bardzo znana.
Roarke wybuchnął śmiechem, z każdą chwilą coraz głośniejszym, aż
wreszcie nie wytrzymał i przewrócił się na plecy.
- Walnęłaś drogą Pandorę w jej jakże cenną buźkę! Może jeszcze klepnęłaś
ją w ten śliczny tyłeczek?
- Szczerze mówiąc... - Kiedy dotarło do niej ukryte znaczenie tych słów,
poczuła w sercu ukłucie. - Znasz ją.
- Można tak powiedzieć.
- Cóż...
Roarke uniósł brew, lekko rozbawiony. Eve usiadła na łóżku i popatrzyła
na niego z nachmurzonym czołem. Po raz pierwszy, odkąd byli razem,
zauważył w jej spojrzeniu cień zazdrości.
- Kiedyś ją znałem... przez pewien czas. - Podrapał się po podbródku. -
Pamiętam to jak przez mgłę.
- Nie kłam.
- Może później sobie przypomnę. Ale zdaje się, że chciałaś coś
powiedzieć?
- Czy jest na tym świecie jakakolwiek wyjątkowo piękna kobieta, z którą
nie spałeś?
- Specjalnie dla ciebie sporządzę ich listę. A więc znokautowałaś
Pandorę?
- Tak. - Teraz Eve żałowała, że nie przyłożyła jej mocniej. - Po chwili
do pracowni weszła Mavis i tamta rzuciła się na nią. Zaczęły targać się
za włosy, skakać sobie z paznokciami do oczu, a Leonardo tylko załamywał
ręce.
Roarke wciągnął Eve na siebie.
- Ty to masz przygody.
- Na koniec Pandora zaczęła się odgrażać, że jeśli Leonardo do niej nie
wróci, to ona się postara, żeby nie doszedł do skutku pokaz, na którym
bardzo mu zależy. Utopił w nim wszystkie swoje pieniądze, a nawet
zaciągnął masę długów. Jeśli ta modelka nie weźmie udziału w pokazie,
Leonardo będzie zrujnowany.
- To do niej podobne.
- Kiedy Pandora wyszła z pracowni, Mavis...
- Ciągle byłaś nago?
- Właśnie się ubierałam. Mavis natomiast postanowiła zdobyć się na
najwyższe poświęcenie. Zupełnie jak w tragedii. Leonardo wyznaje Mavis
miłość, ona wybucha płaczem i wybiega. Jezu, Roarke, czułam się jak
zboczeniec podglądający ich przez lornetkę. Zawiozłam Mavis do mojego
dawnego mieszkania, przynajmniej na tę noc. Do jutra ma wolne.
- Ciąg dalszy po reklamach - mruknął i uśmiechnął się, widząc jej
zdumione spojrzenie. - Jak w starych serialach. Każdy odcinek musiał się
kończyć w najbardziej emocjonującym momencie. A cóż zrobi nasz bohater?
- Też mi bohater - mruknęła Eve. - Diabła tam, polubiłam go, mimo że
jest mięczakiem. Na pewno marzy o tym, żeby rozwalić Pandorze łeb, ale w końcu jej ulegnie. Dlatego właśnie pomyślałam sobie, że Mavis mogłaby
przez kilka dni pomieszkać u nas.
- Nie ma sprawy.
- Poważnie?
- Jak sama często powtarzasz, to duży dom. Poza tym, lubię Mavis.
- Wiem. - Obdarzyła go uśmiechem, co nie zdarzało się często. - Dzięki.
A jak tobie minął dzień?
- Kupiłem małą planetę. Żartuję - dodał szybko, kiedy Eve otworzyła usta
z wrażenia. - Poważnie mówiąc, udało mi się sfinalizować negocjacje z komuną rolniczą na Taurusie Pięć.
- Rolniczą?
- Ludzie muszą coś jeść. Po restrukturyzacji komuna będzie mogła
dostarczać zboże do kolonii przemysłowych na Marsie, w których mam spore
udziały. Krótko mówiąc, ręka rękę myje.
- Rzeczywiście. Może jednak porozmawiamy o Pandorze...
Roarke bez słowa położył Eve na łóżku i zsunął rozpiętą już koszulę z jej ramion.
- Nie rozpraszasz mnie - powiedziała. - Co to znaczy "przez pewien
czas"?
W odpowiedzi wykonał niezgrabny gest mający uchodzić za wzruszenie
ramion i zaczął delikatnie całować ją w szyję.
- Czy chodzi o jedną noc, o tydzień... - Ciało Eve zapłonęło żywym ogniem,
gdy Roarke musnął ustami jej pierś. - Miesiąc... no dobrze, teraz już mnie
rozpraszasz.
- Postaram się robić to jeszcze lepiej - obiecał. I obietnicę spełnił.
*
Nieprzyjemnie jest zaczynać dzień od wizyty w kostnicy. Eve szła
pogrążonymi w ciszy, wyłożonymi białymi kafelkami korytarzami, usiłując
zdusić w sobie gniew wywołany faktem, że wezwano ją o szóstej rano, by
obejrzała jakieś zwłoki.
W dodatku topielca.
Stanęła przed drzwiami, pokazała do kamery odznakę i zaczekała, aż
komputer odszuka w pamięci i zweryfikuje jej numer identyfikacyjny.
Wszedłszy do pomieszczenia, ujrzała technika stojącego przy szufladach,
w których trzymane były ciała. Większość z nich jest zajęta, pomyślała
Eve. Jak umierać, to tylko w lecie.
- Porucznik Dallas.
- Zgadza się. Masz tu kogoś dla mnie?
- Właśnie go przywieźli. - Z obojętnością charakterystyczną dla
pracowników kostnicy mężczyzna podszedł do jednej z szuflad i wstukał
właściwy kod. Chłodzenie ustało, zamki puściły i szuflada wysunęła się,
spowita w lodowej mgle. - Policjantka, która go znalazła, stwierdziła,
że to przypuszczalnie jeden z pani informatorów.
- Zgadza się. - Eve na wszelki wypadek zaczęła oddychać ustami. Widok
ofiary zbrodni nie był dla niej niczym nowym. Zawsze uważała jednak,
choć nie potrafiłaby wytłumaczyć dlaczego, że łatwiej jest oglądać ciało
w miejscu, gdzie zostało znalezione. Patrząc na zwłoki tu, w nieskazitelnie czystym, dziewiczym wręcz wnętrzu kostnicy, czuła się,
jakby robiła coś odrażającego.
- Johannsen, Carter vel Boomer. Ostatni znany adres: nora w Beacon.
Drobny złodziejaszek, zawodowy szpicel, od czasu do czasu handlujący
zakazanymi substancjami i ogólnie rzecz biorąc, żałosna kreatura
niezasługująca na miano istoty ludzkiej. - Westchnęła i obejrzała ciało.
- Cholerny świat, Boomer, co oni z tobą zrobili?
- Cios tępym narzędziem - wyjaśnił pracownik kostnicy, biorąc jej
pytanie na serio. - Pewnie rurka albo cienki kij. Musimy dokończyć
badania. Uderzenie zostało zadane z dużą siłą. Ciało leżało w rzece
najwyżej parę godzin; sińce i rany są wyraźnie widoczne.
Eve nie słuchała go, jednak nie przerwała wywodu, wygłoszonego ze
śmiertelną powagą. Sama umiała odgadnąć, co się stało.
Boomer nigdy do przystojniaków nie należał, ale zabójca z jakiegoś
powodu zmasakrował mu twarz, tak że niewiele z niej zostało. Nos był
zmiażdżony, usta ginęły pod opuchlizną. Sińce na szyi oraz popękane
naczynia krwionośne twarzy wskazywały, że mężczyzna został uduszony.
Tors denata zsiniał, a z pozycji ciała można było wywnioskować, że ramię
miał zgruchotane. U lewej dłoni brakowało jednego palca; stara, chlubna
rana. Eve pamiętała, że zawsze się nią szczycił.
Jakiś silny, opętany nienawiścią i zdecydowany na wszystko zbrodniarz
dobrał się do nieszczęsnego, żałosnego Boomera.
Podobnie jak ryby, mimo że ciało nie przebywało długo w wodzie.
- Policjantka, która go znalazła, zidentyfikowala go na podstawie
odcisków palców. Od pani uzyskałem potwierdzenie jego tożsamości.
- Przyślijcie mi kopię raportu z sekcji zwłok. - Odwróciła się i ruszyła
ku drzwiom. - Jak się nazywa policjantka, która skojarzyła, że Boomer
był moim informatorem?
Pracownik kostnicy wyciągnął notebook i wcisnął kilka klawiszy.
- Delia Peabody.
- Peabody. - Po raz pierwszy tego dnia Eve pozwoliła sobie na lekki
uśmiech. - Ta to wszędzie się wciśnie. Gdyby ktoś pytał o Boomera, masz
mi to natychmiast zgłosić.
Po drodze do komendy głównej Eve skontaktowała się z Peabody. Na ekranie
pojawiła się spokojna, poważna twarz policjantki.
- Dallas z tej strony.
- Słucham, pani porucznik.
- Znalazłaś Johannsena.
- Tak jest. Właśnie kończę pisać raport. Mogę wysłać pani jeden
egzemplarz.
- Byłabym wdzięczna. Jak zidentyfikowałaś ciało?
- Miałam przy sobie przenośny identyfikator. Palce ofiary były poważnie
uszkodzone, więc mogłam ściągnąć tylko fragmenty odcisków, ale na ich
podstawie komputer orzekł, że to Johannsen. Słyszałam, że pracował dla
pani.
- Tak, zgadza się. Dobra robota, Peabody.
- Dziękuję, pani porucznik.
- Peabody, nie chciałabyś zostać asystentką oficera śledczego?
Maska niewzruszonego spokoju na chwilę zniknęła z twarzy dziewczyny i w jej oczach pojawił się błysk.
- Tak jest. Czy to pani obejmuje śledztwo w sprawie śmierci Johannsena?
- To był mój człowiek - odparła krótko Eve. - Załatwię, co trzeba.
Peabody, za godzinę chcę cię widzieć u mnie w gabinecie.
- Tak jest. Dziękuję, pani porucznik.
- Dallas - mruknęła Eve. - Mów mi Dallas. - Ale dziewczyna już przerwała
połączenie.
*
Eve spojrzała na zegarek i skrzywiła się. Jak zawsze, był duży ruch. W końcu machnęła ręką i zamiast jechać prosto do komendy, skręciła i trzy
przecznice dalej zatrzymała się pod kawiarnią dla zmotoryzowanych. Kawa
smakowała tu nieco mniej ohydnie niż w stołówce komendy głównej.
Pochłonąwszy tę ożywiającą ciecz oraz coś, co zapewne miało być słodką
bułką, Eve zaparkowała wóz i przygotowała się na rozmowę z przełożonym.
Gdy jechała na górę ciasną klatką uchodzącą za windę, czuła, jak
sztywnieją jej plecy. Próbowała sobie wmówić, że to nic wielkiego, że
już powinno być po wszystkim, ale to nie pomagało. Nie potrafiła do
końca wyzbyć się żalu i gniewu, budzących się w jej duszy na wspomnienie
jednej z poprzednich spraw.
Weszła do recepcji, wypełnionego konsolami pomieszczenia o ciemnych
ścianach, wyłożonego przetartymi dywanami. Zaanonsowała swoje przybycie
przy stanowisku komendanta Whitneya, a biurowy komputer monotonnym
głosem kazał jej poczekać.
Zamiast podejść do okna czy poprzeglądać stare dyski gazetowe, Eve nie
ruszyła się z miejsca. Za jej plecami stał telewizor, nastawiony na
kanał nadający przez cały dzień wiadomości, ale dźwięk był wyłączony, a ona sama nie miała ochoty niczego posłuchać.
Po tym, co wydarzyło się przed kilkoma tygodniami, miała mediów po
dziurki w nosie. Szczęście w nieszczęściu, pomyślała, że nikt nie
zainteresuje się kimś stojącym tak nisko w hierarchii przestępczej jak
Boomer. Śmierć drobnego handlarza nie mogła zwiększyć oglądalności.
- Komendant Whitney czeka na panią, porucznik Dallas.
Drzwi otworzyły się przed nią. Eve weszła i skręciła w lewo, do gabinetu
Whitneya.
- Pani porucznik.
- Witam, komendancie. Dziękuję, że zgodził się pan ze mną porozmawiać.
- Proszę, usiądź, Dallas.
- Nie, dziękuję. Nie zajmę panu wiele czasu. Właśnie zidentyfikowałam
topielca przywiezionego do kostnicy. To Carter Johannsen. Jeden z moich
szpicli.
Whitney, potężnie zbudowany mężczyzna o surowej twarzy i zmęczonych
oczach, odchylił się na oparcie krzesła.
- Boomer? Swojego czasu przygotowywał bomby dla złodziei ulicznych.
Urwało mu palec wskazujący prawej dłoni.
- Lewej, panie komendancie - poprawiła go Eve.
- A tak, lewej. - Whitney złożył ręce na biurku i spojrzał przenikliwym
wzrokiem na Eve. Kiedyś ją zawiódł, popełnił błąd w sprawie, która
dotyczyła jego osobiście. Był świadom, że Eve ciągle jeszcze nie
potrafiła mu tego zapomnieć. Wciąż mógł liczyć na jej posłuszeństwo i szacunek, ale rodząca się między nimi przyjaźń prysnęła jak bańka
mydlana.
- Domyślam się, że to zabójstwo.
- Nie dostałam jeszcze wyników sekcji, ale wygląda na to, że przed
wrzuceniem do rzeki Boomer został pobity i uduszony. Chciałabym zająć
się tą sprawą.
- Czy współpracowałaś z nim przy jakimś obecnie prowadzonym śledztwie?
- Nie, panie komendancie. Od czasu do czasu przekazywał informacje
wydziałowi nielegalnych substancji. Muszę się dowiedzieć, kto był z nim
w kontakcie.
Whitney skinął głową.
- Ile śledztw masz w tej chwili na głowie?
- Dam sobie radę.
- Czyli jesteś nadmiernie obciążona pracą. - Podniósł dłoń, ale po
chwili rozmyślił się i opuścił ją z powrotem na biurko. - Dallas, ludzie
pokroju Johannsena sami szukają guza. Obydwoje dobrze wiemy, że w taki
upał liczba morderstw gwałtownie wzrasta. Nie mogę pozwolić, by jeden z moich najlepszych detektywów tracił czas na tak trywialną sprawę.
Eve zacisnęła zęby.
- To był mój człowiek. Bez względu na to, czym się zajmował.
Jak zawsze lojalna. Whitney za to właśnie ją cenił.
- Przez najbliższe dwadzieścia cztery godziny możesz uważać tę sprawę za
priorytetową - powiedział. - W sumie daję ci trzy dni. Potem przekażę
akta komuś niższemu rangą.
Na nic więcej Eve nie liczyła.
- Chciałabym, żeby w prowadzeniu śledztwa pomagała mi sierżant Peabody.
Whitney spojrzał na nią ponuro.
- Mam ci przydzielić asystentkę? Do takiej sprawy?
- Chcę Peabody - odparła Eve hardym tonem. - Doskonale radzi sobie w terenie i pragnie zostać detektywem. Myślę, że przyda jej się trochę
doświadczenia.
- Dobrze, możesz ją sobie wziąć na trzy dni, ale jeśli pojawi się coś
ważniejszego, odbiorę wam to śledztwo.
- Tak jest.
- Dallas - powiedział, kiedy odwróciła się i skierowała ku drzwiom. Na
chwilę zapomniał, że jest jej przełożonym. - Eve... nie miałem jak dotąd
okazji złożyć ci życzeń z okazji ślubu. Wszystkiego najlepszego.
W jej oczach błysnęło zaskoczenie. Po chwili jednak opanowała się i jej
twarz przybrała kamienny wyraz.
- Dzięki.
- Mam nadzieję, że będziesz szczęśliwa.
- Ja też.
Nieco rozkojarzona, przeszła labiryntem korytarzy do swojego pokoiku.
Musiała poprosić jeszcze kogoś o przysługę. By nikt jej nie podsłuchał,
przed uruchomieniem telełącza zamknęła drzwi.
- Kapitan Ryan Feeney. Wydział Elektroniczny.
Odetchnęła z ulgą, kiedy na ekranie pojawiła się znajoma, pomarszczona
twarz.
- Wcześnie zaczynasz pracę, Feeney.
- Szlag by to, nawet nie miałem czasu zjeść śniadania - odparł posępnym
tonem, żując słodką bułkę. - Awaria terminalu i od razu mnie wzywają, bo
nikt inny nie może tego draństwa naprawić.
- Ciężko jest być niezastąpionym. Mógłbyś coś dla mnie sprawdzić,
oczywiście nieoficjalnie?
- Nareszcie coś interesującego. Wal.
- Ktoś załatwił Boomera.
- Przykro mi to słyszeć. - Ugryzł kolejny kęs bułki. - Był śmieciem, ale
zwykle spadał na cztery łapy. Kiedy to się stało?
- Nie jestem pewna; jego ciało zostało dziś rano wyłowione z East River.
Wiem, że Boomer kontaktował się z kimś z wydziału nielegalnych
substancji. Możesz to sprawdzić?
- Ciężka sprawa. Tego typu informacje z reguły są utajnione.
- Możesz to zrobić czy nie?
- Mogę, jasne, że tak - odburknął. - Ale nikomu ani słowa, że ci
pomogłem. Gliniarze nie lubią, jak im się grzebie w aktach.
- Wiem. Dzięki, Feeney. Boomer przed śmiercią dostał niezły wycisk.
Musiał wiedzieć coś tak ważnego, że ktoś doszedł do wniosku, iż na
wszelki wypadek trzeba się go pozbyć. Nie sądzę, aby miało to coś
wspólnego z którąkolwiek z prowadzonych przeze mnie spraw.
- Skontaktuję się z tobą, kiedy będę coś wiedział.
Odchyliła się od ekranu i odetchnęła głęboko, próbując się odprężyć.
Przed jej oczami pojawiła się zmasakrowana twarz Boomera. Został pobity
rurką albo kijem, pomyślała. Ale pięści też zrobiły swoje. Eve
wiedziała, co gołe, twarde kłykcie mogą zrobić z twarzą. Przekonała się
o tym na własnej skórze.
Jej ojciec miał wielkie dłonie.
Zawsze próbowała udawać przed sobą, że tego nie pamięta. Ale nie mogła
zapomnieć, co czuła, kiedy spadały na nią ciosy, jak każdy z nich
wywoływał wstrząs, zanim pojawiał się ból.
Co było gorsze? Bicie czy gwałty? W jej pamięci jedno zlewało się z drugim.
Przed oczami Eve stanęła dziwnie wygięta ręka Boomera. Złamanie z przemieszczeniem, pomyślała. Jak przez mgłę przypomniał jej się suchy
trzask łamanej kości, mdłości, które tłumiły ból, piskliwe wycie
dobywające się z zakrytych wielką dłonią ust.
Zimny pot na całym ciele i lęk, że te wielkie pięści uderzą znowu i będą
bić dotąd, aż zabiją. Aż człowiek zacznie błagać Boga o śmierć.
W ciszę wdarło się pukanie do drzwi. Podskoczyła i stłumiła okrzyk
przerażenia. Przez szybę ujrzała stojącą na baczność Peabody w starannie
wyprasowanym mundurze.
Eve otarła dłonią usta, usiłując odzyskać panowanie nad sobą. Pora wziąć
się do roboty.
Rozdział 3
3
Budynek, w którym mieszkał Boomer, nie prezentował się aż tak źle, jak
można się było spodziewać. Dawniej, przed zalegalizowaniem prostytucji,
mieścił się tu tani motel dla gorzej sytuowanych dziwek. Dom miał cztery
kondygnacje, ale nikt nie pomyślał o tym, by w środku zainstalować windę
czy choćby ruchome schody. Znajdowała się tam jednak nędzna recepcja, a za biurkiem czuwał nieprzyjaźnie wyglądający android.
Sądząc z unoszącego się zapachu, wydział zdrowia niedawno przeprowadził
tu deratyzację i dezynsekcję.
Android miał w prawym oku tik wywołany awarią procesora, ale lewe utkwił
w odznace Eve.
- My przestrzegamy przepisów - oznajmił zza przydymionej szyby. - Mamy
tu spokój.
- Johannsen. - Eve schowała odznakę. - Czy ktoś go ostatnio odwiedzał?
Android przewrócił swoim małym okiem.
- Jestem zaprogramowany do zbierania czynszu i utrzymywania porządku, a nie rejestrowania gości lokatorów.
- Mogę skonfiskować twoje dyski z pamięcią i sama je sobie obejrzeć.
Nie odpowiedział, ale rozległ się cichy szum towarzyszący uruchomieniu
dysku.
- Johannsen, pokój 3C, wyszedł osiem godzin i dwadzieścia osiem minut
temu. Był sam. Przez ostatnie dwa tygodnie nie miał żadnych gości.
- Z kimś rozmawiał?
- Nie korzysta z naszego systemu łączności. Ma własny.
- Obejrzymy sobie jego pokój.
- Drugie piętro, drugie drzwi na lewo. Proszę nie niepokoić lokatorów.
Chcemy tu mieć spokój.
- Taa, jak w raju. - Eve weszła na drewniane schody, ponadgryzane przez
szczury. - Peabody, nagrywaj.
- Tak jest. - Dziewczyna posłusznie przyczepiła mikrofon do koszuli. -
Skoro był tu przed ośmioma godzinami, musiał zginąć niedługo po wyjściu
z budynku. Może w godzinę, dwie później.
- Dość czasu, żeby mu porachować kości. - Eve rozejrzała się. Na
ścianach widniało kilka nieprzyzwoitych ogłoszeń i anatomicznie
wątpliwych sugestii. Jeden z twórców miał problemy z ortografią i konsekwentnie robił błędy w pisowni wyrazów z "h" i "ch".
Treść napisów nie pozostawiała jednak wątpliwości.
- Przytulnie tu, co?
- Zupełnie jak u mojej babci.
Przy drzwiach mieszkania numer 3C Eve się obejrzała.
- No proszę, Peabody, chyba właśnie pokusiłaś się o żart.
Ze śmiechem sięgnęła po kartkę z kodem, a Peabody spłonęła rumieńcem.
Szybko się opanowała, nie chcąc okazywać słabości przy szefowej.
- Zamykał się na cztery spusty, co? - mruknęła Eve, kiedy otworzył się
ostatni z trzech zamków Keligh. - I nie skąpił pieniędzy na
zabezpieczenia. Każdy z tych zamków kosztuje tyle, ile ja zarabiam przez
tydzień. Niewiele mu pomogły. - Wypuściła powietrze z ust. - Porucznik
Eve Dallas, wchodzę do mieszkania ofiary. - Pchnęła drzwi. - Cholerny
świat, Boomer, mieszkałeś w chlewie.
W pokoju panowała niemiłosierna duchota. Regulować temperaturę można
było tylko, otwierając bądź zamykając okno. Boomer zamknął je przed
wyjściem i uwięził gorąco w swojej norze.
W zatęchłym powietrzu unosił się odór zepsutego jedzenia, brudnych
ciuchów i rozlanej whisky. Podczas gdy Peabody przystąpiła do wstępnych
oględzin, Eve przeszła na środek pokoju, niewiele większego od klatki, i potrząsnęła głową.
Pościel przykrywająca wąskie łóżko upstrzona była plamami, o których
pochodzeniu Eve wolała nic nie wiedzieć. Obok leżały pudełka po
jedzeniu. Tkwiący w kącie pokoju stos brudnych ubrań jasno wskazywał, że
pranie nie należało do ulubionych zajęć Boomera. Podeszwy butów
przyklejały się do podłogi i odrywały z odgłosem przypominającym
cmokanie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki