Rozdział 1
Aula powoli pustoszała, choć emocje wciąż wisiały w powietrzu. Adepci biegli grupkami do głównej sali, aby spędzić towarzysko wolny czas, a magowie wracali po głosowaniu do własnego planu dnia. Wszyscy, podekscytowani wydarzeniami, będą wspominać tę rozprawę jeszcze przez kilka najbliższych dni.
Freja siedziała ze spuszczoną głową. Włosy przysłaniały jej profil, tak aby nikt nie zauważył, że od zapadnięcia wyroku na wierzch jej świadomości wyłoniło się trzecie oko. Połyskująca srebrem obwódka wokół jej tęczówek mogła wzbudzić zainteresowanie wróżbitów oraz magów. Kiedy na drodze do wyjścia nie stał już nikt, zielarka wstała, ostrożnie zeszła po schodach i skierowała kroki w stronę skrzydła szpitalnego. Gdy tam dotarła, zwinnie i bez problemów dostała się do pracowni alchemicznej. Podeszła do wielkiej ściany z szufladami i wyjęła z jednej interesujący ją specyfik. Schowała naczynie do kieszeni i ruszyła na korytarz. Spuściła wzrok i przecisnęła się obok księcia prowadzonego przez medyka.
- To środki nasenne, aby nie czuła bólu - tłumaczył zielarz.
- Rozumiem - powiedział lekko zaniepokojony Beryl.
Gdy już opuszczała skrzydło medyczne, wpadła na uczennicę i znienacka złapała ją za rękę.
- Wejdziesz i powiesz, że niesiesz wezwanie o pomoc dla rannej królowej Morriam przebywającej w swoich pokojach gościnnych - nakazała.
Kiedy wróżbitka puściła dziewczynę, ta zamrugała i czym prędzej pobiegła do środka. Czas się kurczył - Freja musiała przyspieszyć. Ruszyła do skrzydła wizytacyjnego, dotarła pod właściwe drzwi i po prostu weszła. Był to jeden z większych apartamentów przeznaczony dla ważnych gości Carraig Ghear, miał salonik, sypialnię i komnatę łaziebną. Udała się do pomieszczenia, z którego dochodziły podniesione głosy.
Przy łożu tłoczyło się kilka dobrze znanych jej osób. Prawie nikt nie zwrócił na nią uwagi. Podeszła do ściskającego kolumnę baldachimu Rutiela i chwyciła go za rękę. Mężczyzna momentalnie skierował wzrok ku zielarce. Był w rozsypce. W zmęczonych, podkrążonych oczach kryło się zbyt wiele emocji, aby mogła je rozróżnić.
- Musisz stąd wyjść - powiedziała spokojnie.
- Co? - Zmarszczył brwi. Wyglądał, jakby nie zrozumiał.
- Za chwilę przybędzie twój brat. Nie może cię zobaczyć w tym stanie. Wróć do pokoju.
Czarnoksiężnik wpatrywał się w nią i trawił jej słowa. Srebrna obwódka wokół jej źrenic podziałała na niego otrzeźwiająco.
- Żądasz ode mnie zbyt dużo. Nie mogę jej zostawić, nie teraz...
- Zobaczysz ją później, obiecuję. Minie sporo czasu, zanim się obudzi. Zadbaj o siebie. Udowodnij bratu, że to było jedynie przywiązanie dusz. Trzymaj się ustalonego planu, wtedy Morriam będzie bezpieczna. Słuchaj swojej wyroczni.
Rutiel zdecydowanie wolał słuchać Frei niż Pani Przyszłości. Nie miał siły się sprzeciwiać. Był wycieńczony i głodny, a do tego kręciło mu się w głowie od nadmiaru wrażeń. Kiwnął jedynie głową i wymknął się z nadzieją, że wróci tutaj nazajutrz.
Freja ominęła spanikowanego Nemira, podeszła do Juliet i chwyciła ją za rękę. Gdy błękitne oczy zatrzymały się na zielarce, ta wepchnęła strażniczce słoiczek ze sproszkowanymi ziołami.
- Morriam musi trawić gorączka do momentu, aż w jej źrenicach zgasną wszystkie iskry. Kiedy to nastanie, podaj jej zioła i zanurz ją w zimnej wodzie. Do tej pory pozwól jej ciału się rozgrzać i naprawić.
Juliet słuchała uważnie, a jej mądre oczy błądziły po twarzy Frei. Przyjęła specyfik i podziękowała.
Freja kiwnęła głową i czym prędzej się wycofała. Zrobiła to w ostatniej chwili przed nadejściem księcia. Skręciła na hol, przeszła przez główny korytarz i podążyła do wnętrza zamku, gdzie znajdował się gabinet Beryla. Weszła szybko i zamknęła drzwi. Wiedziała, gdzie szukać tego, po co przyszła. Wyciągnęła kilka książek z biblioteczki, uchyliła ukrytą klapę i sięgnęła po szkatułkę. Otworzyła masywne wieko i ujrzała niewielki kamień na łańcuszku. Czarny absorber lśnił, skrywając duszę dawnego władcy. Wróżbitka aż wstrzymała oddech. Jej ręka jak zaczarowana sięgnęła po przedmiot. Był ciężki, jak na swoje rozmiary. Włożyła go do kieszeni, a szkatułkę odstawiła na miejsce. Pospiesznie ułożyła tomy na półce i wybiegła. Zatrzasnęła za sobą drzwi i ruszyła do wyjścia z zamku. Zeszła po kamiennych schodach i udała się na most. Przemierzyła go, aby stanąć naprzeciwko eskorty królowej potępieńców.
Obecność dziewczyny przykuła uwagę generała. Podeszła do barczystego wojownika i wzniosła ku niemu absorber.
- Regencie Traumanie, królowa Morriam przysyła ci dar. Dusza byłego króla. Przyjmij ją i rządź Otchłanią aż do powrotu jego władcy. Królowa prosi o pozostawienie jednego przejścia przy zamku. Na razie zostanie w Carraig Ghear, dopóki nie będzie gotowa wrócić.
Dowódca patrzył na małą zielarkę z góry. Widział jej srebrne obwódki i czuł, że nie rozmawia ze zwyczajną małolatą. Przyjął przedmiot i zniknął razem z eskortą. Freja stała jeszcze przez chwilę, wpatrując się w pustą przestrzeń. Zamknęła oczy, a gdy je ponownie otworzyła, poczuła przeraźliwe zimno. Spojrzała na siebie i zorientowała się, że nie włożyła płaszcza.
- Przeklęte trzecie oko! Jeśli zachoruję, to każę ci mnie leczyć!
***
Beryl jeszcze przez chwilę siedział przy Laurin, czekając, aż medycy opuszczą jej komnatę. Wyciągnął z kieszeni fiolkę i ją odkorkował.
- Gdybyś nie była tak przezorna, musiałbym cię zostawić na pastwę sądu. Wyrok już jest spisany i na pewno by ci się nie spodobał - wyszeptał, choć wiedział, że kobieta i tak go nie słyszy. - Ale kostucha zrobi swoje. - Rozchylił usta żony i wlał do nich zawartość flakonu. - Śpij słodko. Odeślę cię do Puszczy, żebyś mogła zaplanować odwet. - Uśmiechnął się przebiegle. - Teraz twoja kolej.
Wstał i odszedł, zostawiając szamankę samą. Niebawem powinni pojawić się medycy, którzy ogłoszą złą nowinę.
***
Juliet ściskała słoiczek otrzymany od Frei. Przyglądała się tajemniczej zielarce znikającej za progiem sypialni, myśląc o niezwykłości jej daru. Odstawiła sproszkowane zioła i podbiegła do Hamlina, który patrzył na królową zszokowany.
- Niemożliwe... - wyszeptał pod nosem.
Ujrzała w oczach Morriam feerię kolorów. Po tym krótkim przebłysku świadomości nad jeziorem nekromantka zapadła w półsen. Nie odpowiadała logicznie na pytania, w jakiś sposób jednak czuła, co się dzieje wokół.
- Nie powinna leżeć w tych mokrych ubraniach - powiedziała strażniczka, przepychając się do łóżka. - Nie stójcie tak! Nemirze, zajrzyj do szafy i sprawdź, czy coś w niej jest.
- To gościnne komnaty, nic w nich nie znajdzie - skomentował szybko Hamlin. - Pójdę do służby i przyniosę świeże ubrania.
W progu prawie zderzył się z Berylem, który nie zważając na zasady dobrego wychowania, wparował z dwiema medyczkami do komnaty sypialnej.
- Czy mogę zapytać, co się właściwie wyprawia w moim zamku?! - huknął, nie spuszczając wzroku z Morriam.
- Pewnie wyda ci się to bardzo ciekawe - powiedział zagadkowo Hamlin.
Medyczki z przerażeniem patrzyły na oddychającą nekromantkę. Książę wyminął Hamlina i ostrożnie podszedł do wielkiego łoża.
- Co to za sztuczki? - zapytał i rozejrzał się po zebranych. - Przecież była martwa!
Strażniczka instynktownie przysunęła się do Morriam i objęła ją obronnym gestem, bojąc się o jej bezpieczeństwo. Beryl wydawał się tracić kontrolę. Nieobliczalny stanowił niemały problem.
Nikt nie odpowiedział.
- To niemożliwe! - warknął, po czym spojrzał oskarżycielsko na Hamlina. - Mów, co się stało! Wiem, że to twoja sprawka!
Czarnoksiężnik lekko się uśmiechnął. Juliet zrozumiała, że wiedział.
- Czy nie uważasz, że wykonałem swoje zadanie w najlepszy możliwy sposób? Królowa pozbyła się gnijącego ciała. Czy nie takie było twoje założenie, książę?
Beryl rozzłościł się jeszcze bardziej.
- Nieumarli królowie Otchłani powinni pozostać martwi, nie uważasz?!
- Dlatego przyszedłeś tutaj z medyczkami?
- To nie ja je przysłałem! Do skrzydła została wysłana prośba o udzielenie pomocy królowej. Pomyślałem, że to głupi żart, i przybyłem, aby przekonać się na własne oczy!
Zebrani po raz kolejny spojrzeli po sobie. Widoczne zmieszanie na ich twarzach utwierdziło Beryla, że dzieje się coś dziwnego.
- Wytłumacz się albo zaraz was wszystkich wyrzucę z tego zamku!
Hamlin zacisnął szczęki.
- Najwidoczniej Morriam użyła swojej mocy Arthach. Dzięki moim drobnym wskazówkom wykorzystała magię jeziora i wygenerowała dostatecznie dużo energii, aby wrócić do życia.
Książę wyglądał, jakby ktoś go spoliczkował. Czerwony ze złości, skakał wzrokiem od czarnoksiężnika do nekromantki.
- To jakieś brednie! - wrzasnął.
- Skoro tak twierdzisz. - Hamlin próbował zachować zimną krew, chociaż emocje wylewały się z jego aury ze zdwojoną siłą.
Beryl jeszcze przez chwilę bił się z myślami, po czym rozkazał medykom:
- Zbadajcie ją, a później złóżcie mi raport o jej stanie!
Wyszedł z komnaty, jakby bardzo się spieszył. Juliet odetchnęła. Pozwoliła dwóm medyczkom podejść do Morriam i czujnie obserwowała ich działania. Zerknęła ukradkiem na bladego Nemira. Siedział na krześle nieruchomo jak skała, z obliczem zdradzającym wiele sprzecznych emocji.
***
Rutiel z hukiem zamknął się w swojej komnacie i ociężale ruszył w kierunku okna. Było mu duszno, a w dodatku ciemność zaczęła dominować w jego świadomości. Serce biło zbyt szybko. Otworzył okiennice i zachłannie zaczerpnął świeżego powietrza. Mroźny wiatr otulił jego spoconą twarz. Zebrał w sobie wszystkie siły, aby nie zemdleć. Nagle usłyszał pukanie do drzwi.
- Wejdź.
Do środka wślizgnęła się Rayna. W jednej ręce trzymała tacę z posiłkiem.
- Przyniosłam ci jedzenie.
Spojrzał na nią zdziwiony. Zmarszczył brwi i jeszcze raz przeanalizował to, co powiedziała magini. Jedzenie było ostatnią rzeczą, o której teraz myślał.
- Skąd wiedziałaś, że tu jestem?
Uśmiechnęła się przebiegle.
- W tym zamku mało rzeczy się przede mną ukrywa. Moje cienie donoszą mi o wielu sprawach w Carraig Ghear.
- Nie wątpię.
Magini ustawiła posiłek na stoliku przy kominku.
- Ledwo trzymasz się na nogach. Usiądź, zjedz, a później się prześpij.
Zaśmiał się pod nosem z absurdalności tej sytuacji. Miał siedzieć, zajadać się do syta i odpoczywać, kiedy Morriam budziła się do życia?!
- Powinienem tam wrócić.
- Bądź racjonalny. W tym stanie im się nie przydasz.
- Ty nie rozumiesz...
- Oczywiście, że nie rozumiem - powiedziała z właściwą jej stanowczością. - Jestem tutaj po to, aby wypełniać swoje obowiązki.
Przetarł twarz dłońmi i sapnął z bezradności.
- W porządku.
Rayna podeszła do niego i wyjęła z kieszeni swojego uniformu małą fiolkę.
- Wiem, że nie będziesz mógł dziś zasnąć. To środek nasenny. Pomoże ci zregenerować siły po więzieniu.
Gdy wyszła, przez głowę czarnoksiężnika przeleciała buntownicza myśl, aby zignorować rady magini. Zaraz jednak uświadomił sobie, że nie ma sił na takie posunięcia. Ledwo doczłapał się do stołu. Chociaż żołądek stawiał opór, zdołał zjeść ciepły bulion z warzywami. Wypił eliksir i położył się do łóżka. Sen przybył od razu.
***
Juliet po raz kolejny chwyciła zwilżoną szmatkę i przetarła twarz Morriam. Mimo że Hamlin przyniósł świeże ubrania, nie pozostały na niej długo suche. Nekromantka pociła się w gorączce tak intensywnie, że nie było sensu co chwilę jej przebierać. Strach o przyjaciółkę nie pozwalał dziewczynie odczuwać zmęczenia.
W półmroku razem z nią siedział czarnoksiężnik. W skupieniu i z zachowaniem dystansu przypatrywał się zmianom zachodzącym z każdą godziną. Nemir został na prośbę Juliet, aby służyć jej wsparciem. Zawieszona w niespokojnym półśnie królowa ciężko oddychała. Był środek nocy, gdy zaczęła majaczyć i się miotać.
- Nemirze, przytrzymaj ją! - pisnęła dziewczyna.
Dwaj mężczyźni przybiegli na pomoc. Strażnik usiadł obok i mocno złapał leżącą za ramiona.
- Jest gorąca! - wrzasnął zaniepokojony. - Nie powinniśmy jej schłodzić? Medyczki kazały...
- Jeszcze nie! - odparła nerwowo Juliet, zaglądając pod powiekę Morriam. W źrenicach wciąż lśniły różnobarwne iskry.
- Oby ta mała ruda się nie myliła! - gderał pod nosem, przyciskając śliską, rozpaloną kobietę do posłania.
- Kalinie, dlaczego się zatrzymałeś...? - wyszeptała półprzytomnie nekromantka. - Co się dzieje? Kim jesteście?
- Co ona tam mówi? - Nemir spojrzał zdumiony na Juliet.
Dziewczyna wytarła kompresem czoło Morriam.
- Majaczy...
- Albo o czymś śni - odezwał się poważnym tonem Hamlin.
Strażniczka ukradkiem zerknęła na maga. Chociaż usiłował to ukryć, także był roztrzęsiony.
- Zostawcie mnie! - Morriam szamotała się w pościeli. - Zostawcie! Jadę do zamku!
Nemir przycisnął ją tułowiem.
- No zrób coś! - warknął.
Dziewczyna pobladła jeszcze bardziej. Złapała nekromantkę za policzki i próbowała do niej dotrzeć.
- Morriam, spokojnie, jesteś w zamku. Morriam, jesteś bezpieczna...
Ona jednak nie słuchała. Wydawała się pochłonięta przez swój sen.
- Dlaczego mi to robicie?! - wyjęczała, a z jej oczu popłynęły łzy. - Puśćcie mnie! Mój tata... On zaraz...
- Morriam, ocknij się, proszę - błagała Juliet, czule gładząc wykrzywiającą się w bólu twarz nekromantki.
Sen trwał, a królowa niespokojnie rzucała się na posłaniu. Charczała i płakała, doprowadzając czuwających przy niej przyjaciół do obłędu.
***
Promienie słońca odbijające się od tafli krystalicznie czystej rzeki oślepiały ją, gdy biegła w kierunku zabudowań. Zatopiła się w labiryncie drewnianych chatek, pędząc w stronę domu z ogródkiem.
- Tato! Tato! - wydobył się z jej ust dziewczęcy pisk.
Drzwi otworzyły się szeroko, a w progu stanął znany Morriam czarnoksiężnik, tyle że o kilkanaście lat młodszy. Ukucnął, aby ich oczy znalazły się na tej samej wysokości.
- Spójrz! Znalazłam martwą ćmę w zagajniku! I udało mi się ją ożywić! - zapiszczała, po czym otworzyła zaciśnięte dłonie, z których wzleciała szara ćma.
Źrenice ojca zabłyszczały z dumy. Uśmiechnął się ciepło i przytulił jej niewielkie ciało.
- Iris, kochanie, wcale jej nie ożywiłaś. Zrobiłaś z niej nieumarłą ćmę.
- Nieumarłą?
- Tak, skarbie. Nie masz daru ożywiania martwych. Jesteś nekromantką, tłumaczyłem ci, co to oznacza, prawda?
- Tak, tato. - W głosie dziewczynki dało się usłyszeć zawód. - Ale tak bardzo bym chciała, aby mój dar okazał się bardziej pożyteczny.
Ojciec sięgnął do policzków dziewczynki i starł jej łzy.
- Twój dar jest wyjątkowy. Przekonasz się, kiedy zaczniesz nauki. Krainy cię potrzebują. Już dawno nie urodził się nikt taki jak ty. Twój dar jest bardzo rzadki. Ludzie cię docenią, gdy zobaczą, ile możesz dla nich zrobić.
- Obiecujesz? - powiedziała pełna nadziei.
- Tak, kruszynko!
Ramiona czarnoksiężnika zacisnęły się wokół talii Iris. Czuła się bezpieczna.
Zalała ją czerń.
Otworzyła oczy i po raz kolejny ujrzała czarnoksiężnika, którego nazywała ojcem. Był zaniepokojony, ślęczał nad biurkiem, pisząc list. Skromnie urządzone wnętrze, oświetlone jedynie jedną świecą, wydawało się ponure.
- Coś się stało, tato? - zapytała, a głos, który wydobył się z jej ust, nie był już tak piskliwy.
Jego twarz pokrywały zmarszczki trosk.
- Nic takiego, Iris. Dostałem kolejny list od księcia. Nie podoba mi się jego treść.
- Nie przyjmie mnie na nauki do zamku?
- Nie martw się. - Przywołał córkę, wyciągając dłoń w jej kierunku. - Zrobię wszystko, abyś uzyskała pomoc.
Wtuliła się w ciepłe ramiona.
- Wiem, tato. Nie boję się.
Obraz znów się rozmazał.
Pukanie rozległo się w całym domu. Wkładała właśnie ubrania do wielkiego drewnianego kufra. Po chwili drzwi się otworzyły, a w progu stanął ojciec.
- Iris, spakowałaś się? Przyjechali już - powiedział zaniepokojony, czym sprawił, że dziewczyna poczuła ucisk w żołądku.
- Już? Mówiłeś, że pojawią się najwcześniej jutro.
- Warunki musiały być lepsze, niż zakładałem - stwierdził tym samym spiętym głosem.
- Dobrze, jestem prawie gotowa. A ty?
- Iris, twoja mama bardzo źle się czuje. Gorączkuje. Nie mogę jej zostawić. Pojedziesz sama z eskortą, a ja przyjadę najszybciej, jak będę mógł.
Wstała z podłogi, podbiegła do ojca i rzuciła mu się w ramiona.
- Nie martw się, tato. Poradzę sobie.
Znów mrugnięcie, po którym nastała czerń, a później wyłonił się nowy obraz.
Gdy otworzyła oczy, ujrzała kolejną znajomą twarz, młodszą o lata. Ogromny strach paraliżował jej ciało. Nie widziała już magów z eskorty ani karocy, nie widziała twardej, ubitej drogi ani szarego nieba. Nie czuła ciepła słońca ani chłodu wiatru. Jej rzeczywistość została zamknięta w odgłosie przerażającego trzasku, w przeszywającym bólu i rozdzierającym gardło wrzasku rozpaczy. Nie było już niczego innego. Zniknęły nadzieja i światło. Zanim w umyśle dziewczyny rozbrzmiał huk, po którym nie dosięgnął jej już żaden dyskomfort, usłyszała ostatnie słowa wychodzące z ust młodej szamanki.
- Żegnaj, Iris. To nic osobistego, ale bez ciebie świat będzie bezpieczniejszy.
Trzask.
Cisza.
Nekromantka podniosła powieki i zobaczyła czarnowłosą dziewczynkę. Zbyt podobną do niej samej.
Iris patrzyła z ufnością. Znajdowały się na zamarzniętym szlaku wśród gór. Przez plecy przeszedł jej dreszcz. To było to samo miejsce, do którego przed chwilą przeniosła się w wizji.
- Witaj, Morriam. - Mała uśmiechnęła się łagodnie. - Jestem Iris Taulur.
- Taulur... Jesteś zmarłą córką Hamlina. - Na obliczu kobiety wymalował się szok, kiedy dziewczynka kiwnęła głową. - Gdzie ja jestem? I dlaczego przed chwilą o tobie śniłam?
Oczy Iris posmutniały.
- Pokazałam ci należący do mnie skrawek przeszłości. Urodziłam się trzynaście lat przed tobą i zginęłam na tym trakcie przez ludzi, którzy uważali, że mogą decydować o życiu i śmierci.
Morriam się rozejrzała, a wspomnienia odżyły. Dojmujący ból i odgłos łamanych kości. Wzdrygnęła się.
- Pokazałam ci moją zabójczynię. Nie wolno ci jej ufać.
Nekromantka nigdy nie zapomniałaby miny szamanki wyrządzającej krzywdę Iris. Jakby czerpała z tego przyjemność.
- Laurin...
- Ona jest tylko rękoma. Szamanki od wielu lat próbują ingerować w rzeczywistość, która powinna się toczyć swoim torem. Pani Przyszłości jest bardzo niezadowolona z przebiegu zdarzeń.
Pamiętała córkę Czasu, która siedem lat temu rozegrała swój teatrzyk. Na samą myśl przeszedł jej po plecach dreszcz. To wszystko wydawało się nierealne. Nadal nie mogła zrozumieć jednego.
- Gdzie my jesteśmy? - Zamyśliła się, by przypomnieć sobie ostatnie wydarzenia. - Nie pamiętam, jak tu trafiłam.
- Jesteśmy w twoim rdzeniu magii. Leżysz w zamku Carraig Ghear, a twoje ciało się regeneruje. Wracasz do życia, Morriam - powiedziała pogodnie Iris, a smutek zniknął z jej twarzy.
Nekromantka zmarszczyła brwi.
- Dlaczego jesteś w moim rdzeniu magii? Widziałam cię podczas medytacji i... i na dnie jeziora!
W oczach dziewczynki zaświeciła piękna zielona iskra - taka sama, jaką nieumarła widziała ukrytą w swoich tęczówkach.
- Jak mówiłam, moja śmierć była niespodziewana i uczyniła rozłam w kartach przyszłości. Córka Czasu nie mogła pozwolić, aby szamanki zabrały podarowaną krainom nekromantkę. W chwili śmierci wyszarpnęła moją duszę i zaczekała, aż narodzi się odpowiednie dla mnie naczynie.
- Nie rozumiem... - Morriam wpatrywała się w rozmówczynię i powoli składała jej opowieść w całość.
- Twoje narodziny zostały zainicjowane. Jesteś oczekiwanym dzieckiem córki Czasu. Jesteś Arthach. Stałaś się moim naczyniem. To dzięki mnie dzierżysz dar nekromancji. Moja dusza żyje w twoim rdzeniu magii.
Świat nagle niebezpiecznie zawirował. Czy rzeczywistość miała się okazać jeszcze okrutniejsza, niż nekromantka sądziła?
- To jakiś żart czy wytwór mojej wyobraźni?! To nie może być prawda! Czyli gdybyś nie umarła, ja bym nie istniała?!
Iris przez chwilę milczała.
- Nie wiem tego, Morriam.
Nie chciała tego usłyszeć. Po tym wszystkim, co przeszła, dowiedziała się, że była jedynie marionetką w rękach Pani Przyszłości.
- To... To jest... Nie wiem, jak sobie z tym poradzę. Od zawsze pragnęłam wolności. Nieważne, gdzie się znajdę, wciąż jestem niewolnicą. Nieważne, czy to król, czy Chaos, czy Pani Przyszłości. Nigdy nie będę mogła decydować o sobie, bo... ja tak naprawdę nie należę do siebie.
- Nieprawda! Jesteś prawdziwa, Morriam. Jesteś niezwykle silną, wyjątkową kobietą. Walczyłaś o swoich przyjaciół, o ukochanego... Pora zawalczyć o siebie. O swoje szczęście. Idź dalej i spełnij przeznaczenie. - Iris wyciągnęła ku niej rękę, a nekromantka prawie się zaśmiała.
- Dlatego pomogłaś mi podjąć decyzję w dniu bitwy w Otchłani? Przypomniałam sobie, co wtedy powiedziałaś. Że musimy się wydostać z Otchłani... Czyli TWOIM przeznaczeniem jest dostać się do zamku, do którego nie trafiłaś, bo umarłaś.
- Widzisz, niektórzy przychodzą na świat z przeznaczeniem. Są istotnymi ogniwami napędzającymi tok wydarzeń. Bez tych osób wiele rzeczy upada. Powstaje nowa przyszłość, niestabilna, możliwa do plastycznego ukierunkowania. Moja linia życia zaburzyła dużo zdarzeń. Książę również jest ogniwem. Jego wygnanie miało ogromny wpływ na los krain. Nasze zmienione losy piszą nową rzeczywistość, inną i chwiejną.
Morriam prychnęła zirytowana. Zaczęła odczuwać wielki sprzeciw. Cofnęła się o kilka kroków.
- No pewnie! Rutiel też jest w to wszystko uwikłany! Dlatego czuję do niego takie przyciąganie? Bo był ci w jakiś sposób przeznaczony? Czy moja miłość do niego też jest nieprawdziwa? Co w takim razie jest moje?!
Iris się do niej zbliżyła. Jej wzrok był pełen współczucia.
- Moje życie skończyło się dawno temu - rzekła. - To, co się dzieje w twoim życiu, jest twoje, nie moje.
- Nieprawda! Idę śladami twojego przeznaczenia!
- Ale czy to oznacza, że nie jest też twoje? Ty i ja stanowimy jedność. Ty jesteś duszą, ja magią, a wiesz, że one są połączone.
Przygnieciona informacjami, upadła na kolana. Dotąd nie miała większego mętliku w głowie niż w tamtej chwili. Zasłoniła twarz i zapłakała.
- Ja już nic nie wiem!
Delikatne, ciepłe dłonie spoczęły na jej ramionach. Iris ją przytuliła.
- Wybacz, że wtrąciłam się do twojego życia, ale do mnie dotarłaś dzięki tacie, który pokazał ci drogę. Nie chciałam dyktować ci ścieżki. Chciałam, abyś o siebie zawalczyła. Jesteś prawdziwa, a ja jestem jedynie wspomnieniem tkwiącym w należącej kiedyś do mnie magii. Musisz tylko to zaakceptować. Dusza i magia nie mogą trwać w konflikcie, inaczej iskra będzie cię zawodzić.
Morriam spojrzała na zielony błysk, który pokrywał coraz większy obszar tęczówek dziewczynki.
- Co mam zrobić?
- Żyj. Buduj swoją ścieżkę. Kochaj i walcz. Podejmuj decyzje i zmagaj się z ich konsekwencjami. Masz jeszcze wiele do zrobienia. Jesteś kreatorką, Morriam. Stałaś się najpotężniejszym ogniwem prostującym bieg wydarzeń. Ani ja, ani Rutiel, ani żadne inne ogniwo nie jesteśmy tak ważni jak ty.
Nekromantka zastygła w jej uścisku.
- Jesteśmy jednością, Morriam. Pamiętaj.
- Jednością...
Gdy mocno objęła Iris, czerń zalała jej świadomość. A wtedy przyszedł ból. Jej ciało było gorące i lepkie. Podniosła powieki i ujrzała zatroskaną twarz Juliet.
- Morriam! Obudziłaś się!
***
Noc była długa i męcząca. Siedział w pokoju królowej i przypatrywał się jej z dystansem. Juliet dobrze sobie radziła z opieką nad leżącą. Strażnik dawał jej wsparcie, więc Hamlin mógł jedynie czuwać.
Informacje, których udzielił Morriam, były jedynie wskazówką. Nie przypuszczał, że królowa wykorzysta tę wiedzę tak szybko i sprytnie. Po raz kolejny mu zaimponowała. Czuł taką samą dumę jak wtedy, gdy Iris stawiała pierwsze kroki na ścieżce magii. Nekromantka za bardzo przypominała mu jego córkę. Dzięki niej pustka po stracie ukochanego dziecka w końcu została zapełniona. Po jego sercu rozpłynęło się ciepło. Ukrywał to bardzo głęboko, gdyż nie zamierzał pokazywać, jak mu zależy na tej kobiecie. Kiedy jej się pogorszyło, musiał trzymać nerwy na wodzy. Z galopującym sercem wsłuchiwał się w urywane słowa Morriam. Zesztywniał, gdy padło imię woźnicy wiozącego Iris do zamku. W głowie gromadziły mu się przeróżne myśli - jedna mniej prawdopodobna od drugiej. Zmęczony zamartwianiem się o zdrowie nieumarłej, postanowił wyznaczyć sobie granice. Majaczyła, a imię było na tyle popularne, że nie powinien się dopatrywać analogii.
Następnego dnia Morriam się uspokoiła, a następnie otworzyła oczy. Wówczas wszystko potoczyło się szybko.
- Morriam! - krzyknęła Juliet. - Obudziłaś się!
Czarnoksiężnik wstał, poruszony, i podszedł do łoża. Kobieta rozglądała się, pobudzona, z grymasem bólu. Na Hamlinie zatrzymała wzrok na trochę dłużej niż na innych. Było w tym spojrzeniu coś niezwykłego. Żywo zielona iskra, przelewająca się w jej źrenicach, jakby do niego wołała.
- Jak się czujesz? - spytała Juliet, gładząc ją po włosach.
Oddech Morriam był urywany. Przymknęła powieki, nie mogąc ich utrzymać w górze.
- Boli... - sapnęła.
- Za chwilę podamy ci leki - powiedziała blondynka rzeczowym tonem i zwróciła się do Nemira: - Weź słoiczek i zaparz zioła w skrzydle kuchennym.
- Ja? Nie wiem, gdzie to jest.
- Ja pójdę - wtrącił szybko Hamlin, zgarnął specyfik i wyszedł z komnaty.
Dziewczyna odprowadziła go wzrokiem, po czym znów spojrzała na strażnika.
- Potrzebujemy balii z zimną wodą.
- A może być balia śniegu? - zapytał, wpatrując się w wirujące za oknem płatki.
- Zrobiłbyś to dla Morriam?
- Eee, no pewnie, głupie pytanie. - Zaśmiał się i wybiegł z komnaty, zostawiając dziewczyny same.
Juliet gładziła nekromantkę po przedramieniu, wysyłając do niej kojącą magię. Nie wiedziała, jak bardzo kobieta cierpi, miała jednak nadzieję, że swoją magią choć trochę złagodzi skutki gorączki.
- Czy Rutiel wie? - wyszeptała cichutko, z zaciśniętym gardłem leżąca.
- Wie. To on wyłowił cię z jeziora - powiedziała entuzjastycznie strażniczka, jakby chciała ją pocieszyć. - Jest południe kolejnego dnia, musiał odpocząć po kilkudniowym pobycie w więzieniu. Na pewno niedługo cię odwiedzi.
Tak naprawdę nie wiedziała, gdzie się podział czarnoksiężnik. W pewnym momencie po prostu zniknął, a ona nawet nie zauważyła kiedy. Jego nieobecność ją niepokoiła. Wymówka brzmiała bardzo wiarygodnie w jej ustach. Nie chciała dopuszczać innej przyczyny.
- Nic mu nie jest?
- Nie! Zobaczysz, wszystko się ułoży.
Po przedłużającej się ciszy, w trakcie której Juliet liczyła chrapliwe oddechy nekromantki, zjawił się czarnoksiężnik z naparem. Wspólnie podnieśli Morriam do pozycji półsiedzącej, tak aby mogła wypić ciepłe zioła, a w tym czasie Nemir przyniósł kilka wiader śniegu, który prędko stopniał w ciepłej łaźni.
- Gotowe! - zakomunikował i zaczął rozcierać przemarznięte ręce.
- Teraz ją tam przenieśmy - poleciła Juliet. - Nemir?
- Ja to zrobię - zaoferował się Hamlin.
Blondynka kiwnęła głową na zgodę.
- Morriam? - Poczekała, aż przyjaciółka rozchyli powieki. - Przeniesiemy cię do balii. Będzie ci lepiej, kiedy gorączka spadnie.
Czarnoksiężnik wsunął jedną rękę pod plecy kobiety, a drugą pod nogi.
- Chwyć się mojej szyi - poinstruował.
Nekromantka sapnęła i z mozołem wykonała polecenie. Podniósł ją z posłania, a jej głowa opadła mu na bark. Jego wnętrzności skręciły się na ten widok. Była krucha i słaba. Delikatnie zaczął wkładać bezwładne ciało do wody. Wtedy Morriam się spięła i przywarła do niego.
- Zimno - wychrypiała, a jej zęby zaczęły mimowolnie dzwonić.
- Musimy obniżyć twoją temperaturę - wytłumaczyła będąca na granicy płaczu Juliet. - Zaraz poczujesz się lepiej.
Hamlin zanurzył ją całą, przytrzymując jej głowę nad powierzchnią.
- Nie bój się, jestem przy tobie - uspokajała strażniczka, trzymając Morriam za trzęsącą się rękę. Chciała, aby przyjaciółka czuła jej obecność i troskę, aby miała świadomość, że nie walczy sama.
Nemir z zaciśniętymi ustami przyglądał się tej scenie. Niepojęte było dla niego, jak wiele może znieść jedna uparta dziewczyna. W żadnym wypadku nie chciałby znaleźć się w jej skórze. Współczuł zarówno jej, jak i Rutielowi. To, co usłyszał na procesie, bardzo nim wstrząsnęło. Po tylu latach w końcu potrafił spojrzeć na nich oboje inaczej.
Czas, jaki Morriam spędziła w balii, sapiąc z bólu i zimna, dłużył się strażnikowi niemiłosiernie. Hamlin stwierdził, że ciało nekromantki schłodziło się wystarczająco, i zabrał ją z powrotem do łoża. Juliet zadbała o czysty, suchy ubiór i zaczęła się kolejna tura czekania. Wszyscy już odczuwali skutki nieprzespanej nocy oraz stresu towarzyszącego im za dnia. Słońce zdążyło się schować za górami, a nekromantka wciąż spała.
***
Rutiela obudziło głośne pukanie do drzwi.
Z trudem przypomniał sobie minione wydarzenia. Kiedy pomyślał o Morriam, jego serce znów przyspieszyło. Wyskoczył z łóżka, żywiąc nadzieję, że Juliet przyniosła mu informacje. Rozczarowanie na widok wartownika wycisnęło z niego całe powietrze. Posłaniec wręczył mu list i się oddalił. Czarnoksiężnik przeczytał treść i warknął gniewnie. Wezwanie. Musiał się stawić w sprawie ułaskawienia. Nie miał na to ochoty. Jedyne, o czym myślał, to aby sprawdzić, jak się czuje Morriam.
Zanim jednak wyszedł, udał się do komnaty łaziebnej, aby zmyć smród więzienia, niepozwalający mu zapomnieć o dniach spędzonych w podziemiach. Każdy wylany na głowę kubeł zimnej wody coraz bardziej otrzeźwiał jego umysł. Wczoraj, pochłonięty emocjami, nie znalazł czasu na zadanie sobie ważnych pytań. Jak to możliwe, że Morriam odzyskała życie? Dlaczego akurat teraz? Co miało z tym wspólnego martwe jezioro? Kto jej pomógł? Na wszystkie przychodziła jedna odpowiedź. Bardzo chciał się mylić, lecz musiał zachować szczególną ostrożność. Chaos. Kto inny przywróciłby nieumarłego do życia?
Opuścił pokój i od razu podążył w kierunku komnat nekromantki. Znane mu korytarze układały się w labirynt, którym potrafił się przemieszczać tak, aby spotkać jak najmniej osób. Odniósł jednak wrażenie, że zboczył z trasy. Czyżby zawodziła go pamięć? Uznał, że to niemożliwe. Gdy zobaczył czarny korytarz, na którego końcu znajdował się jego stary gabinet, zrozumiał, że to nie przypadek. Po prawej poruszył się cień. Czarnoksiężnik zacisnął szczęki ze złości. Doceniał troskę ze strony magini, ale na zbyt wiele sobie pozwalała. Już miał zawrócić, kiedy pojawił się strażnik.
- Książę oczekuje.
Rutiel sapnął i podążył za posłańcem. Choć nie był gotowy na konfrontację z bratem, świadomy, że jego plan opierał się na chwiejnych założeniach, musiał zaryzykować.
Gdy wszedł do gabinetu, miał złudzenie, że czas stanął w miejscu. Rozglądając się po wnętrzu, nie krył zdziwienia. Nic się tutaj nie zmieniło. Pomieszczenie zostało takie, jak urządził je ojciec: ciemne, przytłaczające, inne niż reszta zamku.
- Witaj, bracie - odezwał się pierwszy.
Za masywnym drewnianym biurkiem siedział Beryl.
- Nie krępuj się. Usiądź.
Czarnoksiężnik się nie spieszył. Opadł na fotel interesanta, oparł przedramiona na podłokietnikach i splótł dłonie, nakładając na twarz maskę lekkiego skrępowania. Wiedział, jakie pytanie usłyszy. Był na nie gotowy.
- Czy dotarła już do ciebie wspaniała nowina, że Morriam przeszła do świata żyjących?
Na moment zapadło milczenie.
- Tak. Dowiedziałem się dziś rano. Właśnie do niej zmierzałem, ale czyjeś wezwanie najwyraźniej było pilniejsze - powiedział z odrobiną sarkazmu.
Brew księcia powędrowała do góry.
- Dopiero dziś? - zapytał z nutką niedowierzania.
- Juliet zostawiła mi wiadomość w komnacie. Prawdopodobnie próbowała mnie obudzić, ale sam wiesz, że nie jest to takie łatwe po toniku nasennym.
- Łóżko takie wygodne, że przespałeś cały dzień?
Rutiel zmarszczył brwi.
- To by wyjaśniało, dlaczego wczoraj się u mnie nie zjawiłeś. Twój proces był przedwczoraj. Rozumiem, pobyt w celi nie należy do wygodnej formy odpoczynku. - Beryl pochylił się nad blatem i odnalazł przygotowany dla brata dokument. - Twoje ułaskawienie na piśmie.
Zdezorientowany czarnoksiężnik przejął rulon i odwinął na chwilę skrawek, aby jedynie spojrzeć na zapis.
- Dziękuję - powiedział nerwowo. - Coś jeszcze? Spieszę się.
Musiał jak najszybciej sprawdzić, co u Morriam! Stracił cały dzień, a ona na pewno już się obudziła.
- Nie wyglądasz na zadowolonego - stwierdził książę. - A myślałem, że będziesz skakać z radości, że twoja ukochana wróciła z martwych.
Przez twarz Rutiela przeszedł ledwo zauważalny grymas irytacji.
- Nic o nas nie wiesz. - Wstał, gotowy wyjść z gabinetu. - Czy to wszystko?
Beryl zawiesił na nim wzrok.
- Morriam podczas naszych spotkań sam na sam chętnie opowiadała mi o waszych przeżyciach w księstwie Morcado.
Rutiel wiedział od nekromantki, że musiała odpowiadać na pytania pod wpływem serum prawdy.
- Czyli na pewno wiesz, że zostałem zniewolony. Przywiązanie dusz nie daje przestrzeni do własnych decyzji, a co dopiero emocji.
- Boisz się jej?
- Jeśli nie odczuwasz strachu przed nieumarłą królową Otchłani, która wróciła do życia dzięki nie wiadomo jakim siłom, musisz być idiotą.
Z twarzy władcy spełzł uśmiech.
- Nie zapominaj, że jestem odpowiedzialny za twój los w zamku. Gdybyś dokładniej przeczytał dokument, który ci dałem, wiedziałbyś, że rozsądniej dla ciebie byłoby okazywać mi szacunek.
- Postaram się zapamiętać. Na szczęście mam to na piśmie. Powieszę sobie w komnacie służących, aby nie zapomnieć o twojej łaskawości.
- Możesz odejść - wypluł Beryl niczym truciznę.
Rutiel szybkim krokiem ruszył do drzwi, lecz kolejne słowa księcia spowodowały, że się zatrzymał.
- Skoro powrót Morriam do życia nie wywołał u ciebie silnych emocji, to może wiadomość o śmierci Laurin bardziej tobą wstrząśnie.
Odwrócił się do brata, zaskoczony. Nie wiedział, czy to zagrywka, czy prawda. Na moment przestał oddychać.
- A jednak. Po tym wszystkim, co ci zrobiła. - Beryl prychnął. - Ale ponoć stara miłość nie rdzewieje, co?
- Jak zmarła?
- Klątwa królowej okazała się zbyt silna. Zemsta bywa słodka. Lepiej, abyś nie opłakiwał jej dłużej niż ja, Morriam raczej nie byłaby szczęśliwa. A teraz już idź!
Rutiel opuścił gabinet, zdezorientowany. Beryl rzeczywiście się bał. Został bez Laurin, z którą trzymali wszystkich w szachu. Dopiero teraz do niego dotarło, że książę szukał sprzymierzeńca - był nad wyraz uprzejmy.
Nogi same zaprowadziły go do komnat Morriam. W drodze myślał o Laurin, o dawnej miłości i tęsknocie. Doszedł do tych samych wniosków co na sali procesowej. Uczucia do Laurin dawno wygasły, a jej śmierć, poza zdumieniem, wywołała u niego coś, czego nie spodziewał się doświadczyć: ulgę. Stał się wolny od strasznej przeszłości, którą kobieta zgotowała mu własnymi rękoma. Beryl niewłaściwie zinterpretował jego emocje. I dobrze. Było mu to na rękę.
***
Zanim jeszcze otworzyła oczy, Morriam pojęła, że ból miażdżący jej wnętrzności minął. Wzięła głęboki wdech, rozkoszując się mroźnym górskim powietrzem. Podniosła powieki i się rozejrzała. Obok niej leżała skulona Juliet. Pomimo głębokiego snu dziewczyna mocno ściskała jej rękę. Nekromantka zacisnęła usta, aby się nie rozpłakać, i wyswobodziła się najdelikatniej, jak potrafiła, by nie zbudzić przyjaciółki. Odgarnęła kołdrę i ujrzała Nemira. Spał oparty plecami o ramę łoża. Minęła go zgrabnie i natrafiła na drzemiącego w fotelu Hamlina. Nie mogła uwierzyć, że czuwali nad nią przez cały czas. Serce zabiło jej szybciej.
Zarzuciła na ramiona leżący nieopodal kaftan czarnoksiężnika i wybiegła na korytarz. Uśmiech błąkał się na jej twarzy, kiedy przemykała w kierunku wyjścia na błonia. Nie zważając na to, czy mijała adepta, czy maga, brnęła do przodu z narastającą ekscytacją. Gdy pokonała ostatnie schodki, a jej nogi zanurzyły się w białym puchu, jęknęła z radości. Podbiegła do jeziora i odwróciła się w stronę słońca, przyjemnie muskającego skórę. Nagła radość wybuchła w jej piersi. Zaśmiała się, chłonąc ciepło i blask poranka. Po policzkach pociekły jej łzy szczęścia. Miała ochotę krzyczeć z euforii. Zaczęła płakać i śmiać się jednocześnie. Upadła na kolana, zatapiając się w miękkim śniegu. Jej zmysły wariowały. Wszystko wydawało się nierealistyczne.
- Morriam! - usłyszała głos Nemira.
Przestraszony jej płaczem upadł na kolana obok niej. Gdy ujrzał jej szeroki uśmiech, rozluźnił się.
- Ja żyję!
Złapał ją za przedramiona, które trzęsły się pod wpływem emocji i zimna.
- To niesamowite. - Przyglądał się szeroko otwartymi oczami jej rumieńcom, oddechowi zmieniającemu się w parę i ludzkim odruchom, takim jak łzy czy dreszcze. - Nawet nie wiesz, jak bardzo się z tego cieszę.
Kobieta zaśmiała się ciepło, a strażnik miał wrażenie, jakby spotkał dawną nekromantkę z domku w lesie. Przypomniał sobie walkę i moment, kiedy zagłębił sztylet w jej sercu. Tylko on wiedział, jak przez te lata żałował swojej decyzji. Nagle poczuł się lżejszy i wolny od smagnięć sumienia.
- Morriam, tak mi przykro, że musiałaś przeze mnie przemierzyć całą Otchłań, aby znów się uśmiechnąć. Ja... Ja bardzo cię przepraszam. Byłem głupi...
- Nemirze, nie wracajmy do przeszłości. Czas napisać przyszłość. A ja nie żywię do ciebie urazy.
- Dziękuję.
Jego oczy się zaszkliły. To był impuls, gdy Morriam objęła jego spiętą sylwetkę. Tak jak niegdyś, przed dniem oczyszczenia, przed jej zejściem do Otchłani. Czy to sprawka bijącego serca, czy efekt sentymentu? Tęskniła za strażnikiem, który jak nikt inny potrafił ją rozśmieszać. Przytulił ją równie mocno. Dla niego też była to ważna chwila. W końcu otrzymał przebaczenie.
- Chodźmy do środka, zanim się przeziębisz.
Pomógł kobiecie wstać i wciąż trzymając ją tuż obok siebie, poprowadził do zamku. Kiedy zbliżyli się do zakrętu, schowany we wnęce Rutiel cofnął się, aby nie zostać zauważonym. Przywarł plecami do czarnego kamienia, uspokajając oddech i walące w piersi serce.
Widok roześmianej Morriam wzbudził w nim zbyt wiele emocji. Pragnął do niej podbiec, dotknąć jej skóry, ujrzeć zaróżowione policzki. Objąć ją i śmiać się razem z nią. Od popełnienia taktycznego błędu wybawił go Nemir. Zaśmiał się w duchu z przewrotnego losu. Siedem lat temu stał w oknie swojej chałupy i z zazdrością przyglądał się scenie, która - jak na ironię - była łudząco podobna do tej. Głupie serce pchało go w kierunku nekromantki, umysł jednak kazał poczekać, spotkać się z nią bez świadków. Nie ufał własnym emocjom, dlatego udał się z powrotem do swojej komnaty.