Kwiat Elliarisy. Opowieść o Morriam. Tom 4. Część 1 (#41) - Patrycja Prusak

Kup ebooka

24.99 zł
19.99 zł (18,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

20 lat przed nocą oczyszczenia

Rutiel bardzo ostrożnie przemierzał gęstwinę Puszczy Laokent. Mimo że znał każdy zakamarek ich królestwa, tej nocy ziemie Laurin wydawały się obce jak jeszcze nigdy. Srebrna obręcz na głowie i sygnet ojca na palcu nie zdążyły mu zaciążyć. Tak nagłego przejęcia władzy w Carraig Ghear nikt się nie spodziewał. Stało się - książę Aron odszedł trzy noce temu, a jego syn musiał natychmiast przejąć wszystkie obowiązki byłego monarchy.

Inicjacja sięgała nawet kobiet z Puszczy, pokoleniowa tradycja bowiem nakazywała nowemu księciu udać się do nich po przepowiednię. Duchy ich przodków ukazywały im najważniejszy aspekt panowania. Mogły również wyszeptać ich koniec...

Rutiel wszedł na polankę otoczoną blaskiem wielkiego paleniska. Wokół matki szamanki, przewodzącej tej ceremonii, rozsiadła się starszyzna. Najmądrzejsze, wiekowe kobiety, które zdobyły szacunek wielu dusz, miały wspierać swoją mocą ich władczynię. W powietrzu unosił się drażniący zapach kadzidła i dymu.

- Witaj, książę - przemówiła matka. - O co przybyłeś prosić stare duchy?

- O przepowiednię - odpowiedział zgodnie z wymaganiem zwyczaju.

Rutiel podchodził sceptycznie do tego typu obrzędów. Wierzył, że los pisze się na bieżąco, a przyszłość powinno się odkrywać z każdą następującą chwilą.

- Życie czy śmierć? - zapytała poważnie. - Wybierz mądrze, książę.

- Życie.

Kobieta kiwnęła głową z aprobatą. Przymknęła powieki i wyciągnęła ręce do swoich kapłanek. Wszystkie połączyły się i zapadły w trans. Przywoływania i śpiewania wypełniły przestrzeń ciężką energią przybyłych starych dusz. Matka szamanka nagle zmarszczyła brwi, a jej twarz stężała. Rutiel z niepokojem obserwował, jak na obliczu władczyni Puszczy maluje się strach. Gdy otworzyła oczy, ujrzał w nich przerażenie. Choć był sceptykiem, poczuł niemiły skurcz w żołądku. Utkwiła w nim wzrok i uchyliła usta.

- Twoja przyszłość jest w... - Zamilkła na zbyt długą chwilę. - W Cyndreli. Widzę sojusz i złączenie dwóch wielkich rodów.

Czarnoksiężnik zmrużył oczy. Coś mu się nie podobało w tonie szamanki, ale postanowił to zignorować. Przecież przybył tu tylko dlatego, że musiał kultywować tradycję rodu. Ze wszystkich obrzędów, które szanował i honorował, tego akurat nie lubił.

- To wszystko? - zapytał z grzeczności, aby móc opuścić ich ziemię i wrócić do Carraig Ghear.

- Tak. - Kiwnęła zbyt energicznie głową.

- Dziękuję za przepowiednię. Była... - szukał właściwego słowa - interesująca.

Matka wpatrywała się w ogień, unikając jego spojrzenia. Pokłonił się starszyźnie oraz władczyni Puszczy, po czym odszedł.

Siedząca pośrodku zatrwożona kobieta zamarła. Szepty obijały się w jej umyśle, gdy rozmyślała o tym, co usłyszała. Pierwszy raz dopuściła się oszustwa. Skłamała. Miała nadzieję, że było warto.

Rozdział 1

Delikatne kroki spieszącej się dziewczyny głucho odbijały się od pustych ścian. Ściskając w dłoni trzy długie łodygi pięknych irysów, lawirowała siatką dróg wielkiego zamku czarnoksiężników. Juliet wciąż się gubiła w labiryncie skomplikowanych połączeń między sąsiadującymi skrzydłami pokoi mieszkalnych i przestrzeni dla młodych adeptów. Chociaż była tutaj zaledwie od paru dni, już zdążyła się zadomowić. Dostała swoją prywatną komnatę gościnną, z daleka od zamkniętego skrzydła sypialnego uczniów Carraig Ghear, a książę Beryl osobiście wybrał dla niej mentora. Czuła się bezpieczna i otoczona opieką. Jej dar i umiejętności wreszcie zostały dostrzeżone! Podróż z Killar do Mglistej Przełęczy nie tylko była ciężka, ale też dostarczyła wielu zmartwień, a wszystkie nowo odkryte przez dziewczynę karty własnej tożsamości co jakiś czas powodowały u niej przygnębienie.

Gdy skręciła w odpowiedni korytarz i ujrzała stojącą na samym końcu straż, odetchnęła z ulgą. Trafienie do czarnoksiężnika nie było łatwe, jakby jakaś magia mamiła jej umysł. Podejrzewała, że Morriam ma z tym coś wspólnego.

Podeszła do dwóch zawsze milczących rycerzy Otchłani i dygnęła.

- Witam. Ja tylko na chwilkę - powiedziała z uśmiechem.

Po tych słowach powietrze przed drzwiami zafalowało, a magiczna osłona, którą podtrzymywali rycerze, opadła. Juliet nacisnęła klamkę i weszła do ciemnego pomieszczenia. Szybko podeszła do wielkich zasłon i pociągnęła je w bok. Do wnętrza wdarły się jasne promienie światła, ujawniając tańczące wokół drobinki kurzu. Otworzyła okiennice, aby trochę przewietrzyć, i skierowała się do stolika przy łóżku.

- Cześć, Rutiel. Przyniosłam ci... Auć! - Gdy trafiła nogą na coś twardego, zachwiała się i lekko odskoczyła, aby nie upaść. Przyjrzała się podłodze i aż sapnęła z bezradności. - Prosiłam Morriam, żeby nie przynosiła tutaj całej biblioteki, ale ona rzadko mnie słucha. - Mówiąc to, omijała wieżyczki ułożone z książek.

Pokój był mały i skromny, jak na możliwości gościnne Carraig Ghear, ale książę nie miał ochoty oddawać swojemu bratu lepszych komnat. Tłumaczył się tym, że ten i tak nie skorzysta z udogodnień. Nie rozumiała jego poczynań, nie znała prawdy o ich przeszłości i nie miała zamiaru się w to mieszać. Była mu wdzięczna za to, co od niego otrzymała: schronienie, naukę i akceptację. To i tak więcej, niż dawali jej rodzice.

Przeszła kilka kroków dzielących ją od łóżka, uważając na rozłożone chaotycznie otwarte tomy, i zatrzymała się obok stojącego na jednej nodze okrągłego stolika. Wyjęła ususzone kwiaty z kryształowego wazoniku, zabrała go i pobiegła do sąsiadującej komnaty łaziebnej po wodę. Gdy wróciła, ustawiła naczynie na środku stolika, wsadziła tam przyniesione irysy, po czym uśmiechnęła się, zadowolona ze swojej małej kompozycji.

- Wiem, że nie lubiłeś, kiedy przynosiłam ci kwiaty, ale wciąż twierdzę, że potrzeba ci więcej kolorów w życiu. Ogrody w środku zamku są niesamowite! Pomimo zimy ciągle są zielone i kwitnące!

Odwróciła się w stronę łóżka i spojrzała na śpiącego czarnoksiężnika. Jej uśmiech momentalnie zbladł, a oczy przygasły. Leżał na plecach, zatopiony w miękkich poduszkach, z głową skierowaną delikatnie w bok. Jego cera była niepokojąco szara, policzki lekko zapadnięte, a sine usta otaczał gęsty czarny zarost. Ledwo poznawała swojego przyjaciela. Kiedy na niego patrzyła, nadal jej się wydawało, że widzi jedynie powłokę. Szybko odepchnęła wątpliwości napływające do jej umysłu. Chociaż Rutiel oddychał, a alchemicy podtrzymywali go przy życiu w magiczny sposób, który nie do końca rozumiała, nie mogła bagatelizować tak ważnej sprawy jak brak energii duchowej. Nie widziała jego aury! Przerażało ją to tak bardzo, że nikomu tego nie zdradziła. Bała się reakcji Morriam, bo nawet ona - chodząca nieumarła, królowa Otchłani, potępiona - miała swoją aurę.

Usiadła na skraju łóżka, sięgnęła po leżącą bezwładnie dłoń i zamknęła ją w swoim uścisku. Zaczerpnęła trochę magii i przelała do ciała Rutiela ciepłą, jasną łunę. Robiła to codziennie, licząc, że pozytywne bodźce przyspieszą regenerację jego ducha i wreszcie się obudzi.

- Wróć do nas, Rutiel - powiedziała cicho, bojąc się, że głos jej zadrży. - Proszę. Potrzebujemy cię.

***

Śnieg wirował, niespiesznie opadając na zarumienioną od zimna twarz. Biała pokrywa subtelnie osiadała na czarnych rzęsach i brwiach, aby powoli roztapiać się pod wpływem ciepłych obłoków oddechu. Gdy przed jego oczami ukazał się masywny ciemny zamek, otulony tańczącą w powietrzu bielą, ścisnął mocniej wodze. Minęło wiele lat, odkąd opuścił twierdzę czarnoksiężników i wrócił do wioski nad białą rzeką - do swojej żony. Wtedy miał nadzieję, że już nigdy nie przyjdzie mu podróżować do Mglistej Przełęczy, gdzie spotkała go największa tragedia. Los jednak chciał inaczej. Otrzymane kilka dni temu zgniecione, nadpalone wezwanie od Beryla nosił w podręcznej sakwie. Był wściekły na księcia za to, że pomimo obietnicy złożonej ponad dwie dekady temu złamał dane słowo i wezwał go na służbę. W dodatku list, który raczył przywieźć posłaniec, niczego nie wyjaśniał.

Dał znać klaczy, aby przyspieszyła. Miał ochotę rozprawić się z żądaniami księcia, aby jak najszybciej wrócić do swojego poukładanego, nudnego życia. Skierował się ku drewnianemu mostowi na tyłach, prowadzącemu wprost do stajni i mało uczęszczanego wejścia do twierdzy. By zataić swój przyjazd, Hamlin skorzystał z udogodnień dla służby stajennej. Poprowadził wierzchowca pod drewniany budynek i zwinnie, jak na swój wiek, zeskoczył na puchatą zaspę. Pogłaskał towarzyszkę podróży po białym pasie sierści między oczami i oddał lejce chłopakowi, który wyszedł mu naprzeciw. Otrzepał płaszcz ze śniegu, po czym wszedł przez małe żelazne drzwi. Podążył wprost do gabinetu księcia, przekonany, że właśnie tam go zastanie.

Zbliżył się do stojącego tuż przy wejściu strażnika i kiwnął na niego.

- Zapowiedz mnie - nakazał.

Wartownik przyjrzał mu się z konsternacją wypisaną na twarzy. Hamlin wiedział, że kadet nie ma pojęcia, kim jest ów gość.

- Przepraszam, a właściwie to kogo?

- Hamlin Taulur. Książę mnie oczekuje. - Sapnął z bezradności.

Strażnik kiwnął głową, podszedł do drzwi i zastukał trzy razy. Po chwili otworzył je i stanął w progu, zapowiadając przybyłego.

- Wpuść go!

Hamlin zatrzymał się naprzeciwko stojącego za biurkiem księcia i uścisnął wysuniętą ku niemu dłoń na znak powitania.

- Wiele lat minęło, od kiedy tutaj ostatnio byłeś - zaczął Beryl.

- I zleciałoby o wiele więcej, gdybyś dotrzymał słowa - odgryzł się Hamlin, a w jego głosie można było usłyszeć obietnicę zemsty.

Książę uśmiechnął się blado i wskazał na miejsce dla gościa. Ten, nie spuszczając gospodarza z oczu, cofnął się o krok, szybkim ruchem zdjął pelerynę z ramion, przewiesił ją przez oparcie i usiadł na miękkim skórzanym fotelu.

- Wiem, przepraszam cię - powiedział poważnie książę. - Ale sprawa, którą dla ciebie mam, jest wyjątkowa i powiem szczerze, że nie znam lepszego czarnoksiężnika, który mógłby się nią zająć.

Hamlin zacisnął szczęki. Nie lubił takiego bełkotu, bo wiedział, że nie ma osób niezastąpionych.

- Zamieniam się w słuch.

- Powiem wprost: chodzi o twoją wiedzę i doświadczenie, które zdobyłeś w nekromancji. W okolicznościach, w których znalazł się Carraig Ghear, twoja pomoc jest niesamowicie ważna, a wręcz powiedziałbym, że nieunikniona.

Czarnoksiężnik prychnął, po czym wykrzywił usta w grymasie złości.

- Doprawdy, dziwię się, książę, że masz tupet, aby mnie prosić właśnie o takie usługi.

Hamlin wyczuł zmieszanie Beryla i nawet nie miał ochoty ułatwiać mu tej rozmowy. Nie mógł uwierzyć, że wiedza, przez którą napiętnowano go w twierdzy czarnoksiężników i która przyczyniła się do późniejszego zerwania kontaktów z zamkiem, teraz była w jego ustach pożądana.

- Wybacz, wiem, że to dla ciebie wciąż trudne, ale jestem przyparty do muru.

- A co, zabrakło ci sług do wypełniania rozkazów? To musi być parszywie paskudna sprawa, jeśli żaden z twoich wiernych magów nie chce sobie brudzić tym rąk.

Książę zmusił się, aby jego twarz wyglądała na opanowaną. Powtarzał sobie, że potrzebuje jego usług i wytrzyma kilka obelg. Hamlin musiał mieć w sobie wiele goryczy, skoro nadal żywił tak widoczną niechęć. W czasie jego tragedii dużo się działo, Beryl był tuż po przejęciu władzy i kroki, które wtedy poczynił, teraz nie do końca podobały się Taulurowi.

- Moi czarnoksiężnicy są chętni do pomocy, ale jak już mówiłem, nie mają takiej wiedzy o nekromancji jak ty. Wiem, że mimo zakazów ją praktykowałeś. Posiadłeś doświadczenie, a nie suchą teorię.

- Do rzeczy, książę. Już zrozumiałem twój przekaz. Zdradź mi, co to za ważna sprawa. Chcę jak najszybciej wrócić do żony.

Beryl kiwnął głową i odetchnął z ulgą. Bał się, że Hamlin odwoła się do ich wcześniejszych pertraktacji i odmówi pomocy.

- Nie wiem, na ile uważnie śledziłeś sytuację w krainach...

- Nie śledziłem - przerwał mu Hamlin. - Od czasu opuszczenia tych murów nic mnie nie interesowało. Moja posiadłość jest głęboko w lesie, w górach, z dala od problemów księcia i jego magicznych pomagierów.

Czarnoksiężnik skrzyżował ramiona na piersi. Jego wzrok był ostry i zimny.

- Zatem zaskoczy cię fakt, że Carraig Ghear od jakiegoś czasu współpracuje z królową Otchłani, która przybyła do nas tydzień temu w poszukiwaniu wsparcia.

Hamlin zmarszczył brwi.

- Królowa? O ile wiem, a kiedyś, jak się domyślasz, dużo czytałem, władcą Otchłani jest jeden z Pierwszych, potępiony brat Złotej Pani, Lorcan.

- Był. Otóż, Hamlinie, wszystko się zmieniło w dniu trzeciego oczyszczenia. Znasz historię, pilnie ją studiowałeś i wiesz, jak nazywano dni czerwonego księżyca. Wówczas nastąpiła zmiana władzy w Otchłani.

Prawa brew czarnoksiężnika się uniosła, tak samo jak kąciki ust w niepełnym, ironicznym uśmiechu.

- Nawet jeśli to prawda, mam uwierzyć, że gościsz samą królową potępionych w murach Carraig Ghear?

- To prawda. Zrozumiesz, gdy tylko ją poznasz. Chociaż dosięgły ją przejściowe problemy, mroczne piętno wciąż jest w niej wyczuwalne.

Hamlin pokręcił głową, jakby wyśmiewał się z łatwowierności Beryla. Jak bardzo próżny musiał być, aby wierzyć w bajkę, że sam władca przybędzie do niego po pomoc?

- No i co ja mam z tym wspólnego? - zapytał lekko rozbawiony.

Beryl nie zwracał uwagi na jego postawę.

- Królowa została w jakiś sposób zaklęta w swoim dawnym ciele. Stała się nieumarłą. Musi odzyskać swoją astralną postać i wrócić do Otchłani.

Zapadła cisza. Hamlin już nie krył drwiącego uśmiechu, który na dobre zagościł na jego twarzy.

- Gościsz nieumarłego? - zapytał, nie oczekiwał jednak odpowiedzi, po czym doprecyzował: - W postaci kobiety, która ci powiedziała, że jest władczynią Otchłani?

- Wiem, jak to brzmi, ale zaraz sam się przekonasz o mojej prawdomówności.

- I ja mam jej pomóc pozbyć się ciała? Uwolnić jej ducha, tak?

Beryl odwrócił od niego wzrok i zawołał strażnika. Ten wszedł i kiwnął głową.

- Poślij po królową - rzucił gospodarz oschle.

Strażnik już wychodził, lecz wyłapał sens usłyszanych słów i zatrzymał się w progu.

- Ale książę, królowa nigdy nie stawia się na wezwania. Wątpię, żeby tym razem uczyniła wyjątek.

Beryl zacisnął szczęki ze złości. Zapomniał, że duma nie pozwalała jej przyjść do niego wtedy, kiedy tego żądał. Zazwyczaj to on musiał jej szukać po całym zamku.

- Idź! - warknął na stróża. - Powiedz, że to ważne i że jeśli chce się pozbyć swojego zgniłego truchła, ma się do mnie pofatygować!

Strażnik wybałuszył oczy. Był posłuszny zwierzchnikowi, ale na taki rozkaz nie mógł się zgodzić.

- Tego jej na pewno nie powiem! Wolałbym dożyć do kolacji - rzekł przerażony.

- Nie obchodzi mnie, co jej powiesz. Ma przyjść! A teraz idź!

Gdy wartownik zniknął za zamkniętymi drzwiami, Beryl znów skupił uwagę na Hamlinie.

- Zrozumiesz, kiedy ją poznasz, a wtedy ten paskudny uśmiech spełznie ci z twarzy - syknął, nie siląc się już na uprzejmości.

- Zatem czekamy - powiedział radośnie rozmówca.

Beryl sapnął gniewnie i podszedł do okiennic. Szybkim pociągnięciem rąk odciął pomieszczenie od jasności dnia i wzniósł blade ogniki, aby oświetlały gabinet.

***

W ciemnej pracowni alchemicznej było jedno stanowisko, otoczone bladymi zielonymi ognikami. Na kamiennym stole, wśród rozstawionych szklanych naczyń oraz przyczepionych do nich kilku rurek i palników z tlącym się nikłym ogniem, na drewnianym statywie w dwóch probówkach z płynem znajdowały się kryształy Otchłani.

Alchemik, krzątający się wśród oparów warzonych eliksirów, bardzo ostrożnie dobierał składniki i wrzucał do wielkiej kolby. Wysoki, szczupły mężczyzna o miłej aparycji miał niezwykły kolor włosów, który w zależności od kąta padania światła zmieniał się z ciemnobrązowego, przez rudy, po jasny odcień żyta. Podatne na wilgoć kosmyki kręciły się i puszyły wokół skroni, wpadając mu do oczu. W pracowni zazwyczaj związywał je rzemykiem, czym podkreślał swoją delikatną urodę.

- Nic nie rozumiem z tej księgi - pożaliła się Morriam.

Momentalnie przerwał pracę i spojrzał na towarzyszkę. Siedziała na dwóch drewnianych krzesłach - na jednym z nich położyła nogi, znużona przeglądaniem czarnego tomu o pomarszczonych kartkach.

- Co oznaczają te dziwne znaki? - Odwróciła księgę w stronę Saveriego i palcem w rękawiczce zakreśliła okrąg wokół trójkątów z czarnymi zawijasami.

- To symbole alchemiczne. Oznaczają czyste materie w przyrodzie. Nie jest to język cieni ani runy.

- Tyle zdążyłam zauważyć! Tak czułam, żeby nie zbliżać się do działu alchemii w bibliotece. Bezużyteczna wiedza!

Saveri zaśmiał się pod nosem. Miał przyjemne zarówno barwę głosu, jak i śmiech. Mimo że Morriam chętnie spędzała czas w jego towarzystwie, nie dawała mu tego odczuć. Gdy drugiego dnia pobytu kobiety w zamku książę przedstawił jej szereg wybitnych, podstarzałych alchemików, gotowych rozwiązać jej problemy z Otchłanią, rozejrzała się po pracowni i podeszła do tego, który jako jedyny pochłonięty pracą nie zauważył zamieszania wokół wizyty nieumarłej. Wybrała go, nawet nie pytając o jego chęć współpracy. On, delikatnie speszony, pokłonił się i z nieśmiałym uśmiechem na wciąż wyglądającej młodo twarzy zgodził się jej służyć. Beryl nie był zachwycony tym wyborem, ale nie mógł odmówić.

- Gdybyś nie była królową, pewnie teraz bym się z tobą sprzeczał i przekonywał cię o wyższości alchemii nad innymi specjalizacjami.

Morriam nieznacznie uniosła kąciki ust.

- Taaak? To śmiało, spróbuj, najwyżej będę miała dodatkową maskotkę w Otchłani.

Saveri wlał do kolby jakąś żółtą substancję, po czym podniósł naczynie i zaczął mieszać jego zawartość kolistymi ruchami dłoni, obserwując reakcję.

- Cóż, gdybym miał wybierać, to zawsze interesowały mnie potężne masty. Myślę, że jako maskotka nadawałbym się właśnie w takiej postaci! - Zaśmiał się - Na swoją obronę mogę tylko zaznaczyć, że jako osoba prawie pozbawiona zdolności magicznych mam dzięki wiedzy alchemicznej równie duży zasób sztuczek jak niejeden czarnoksiężnik.

Saveri nie posiadał daru magicznego - jedynie tchnienie iskry. Jak się później dowiedziała Morriam, tak nazywano resztki po darze magicznym, szybko spalonym we wczesnej młodości. Sami alchemicy lubili je określać oparami magii. Te niewielkie zdolności wystarczały do tworzenia eliksirów.

- Obyś wykorzystał swoje nadzwyczajne umiejętności do rozwikłania moich problemów. Mija już siódmy dzień, a ja ciągle jestem nieumarłą. Nie wspominając o nietkniętych kryształach w tych fikuśnych fiolkach.

Alchemik przymocował kolbę za szyjkę do metalowej rączki i postawił naczynie nad palnikiem.

- Królowo, jak już zdołałaś pojąć, jest to zawiła sztuka, wymagająca czasu i precyzji.

- Jakbym słyszała swojego byłego mentora - wymamrotała pod nosem Morriam, bezcelowo kartkując księgę.

Saveri po raz kolejny odwrócił się do nekromantki i położył sobie rękę w okolicy mostka, gniotąc przy tym obszerną szatę.

- Obiecuję, że niebawem przedstawię ci wyniki swojej pracy.

- Na to liczę. - Przeniosła twardy wzrok na alchemika.

On, zamiast zareagować jak większość spotykanych w zamku osób, nie zląkł się, tylko jeszcze szerzej uśmiechnął. Morriam ogromnie to w nim ceniła. Mogła do woli rzucać w niego okrutnymi groźbami, a on wszystko obracał w żart! Podejrzewała, że z jego zdrowym rozsądkiem coś jest nie w porządku. Podobną postawę widziała na razie jedynie u Juliet. Może mieli więcej wspólnych cech niż bezgraniczna ufność wobec podejrzanych istot?

Nagle drzwi do pracowni otworzyły się na oścież i do środka wkroczył strażnik. Pospiesznie przebył całą długość pomieszczenia, stanął przed nekromantką i ukłonił się zadziwiająco nisko. Morriam przeczuwała, co to może oznaczać.

- Królowo... - powiedział zdyszany, jakby biegł na bezdechu - jesteś uprzejmie proszona do księcia. Znajduje się tam gość, który cię oczekuje.

Znużona Morriam przeniosła wzrok z mężczyzny na otwarty tom i nic nie odpowiedziała. Strażnik niepewnie spojrzał na alchemika, szukając u niego wsparcia. Saveri wielokrotnie widział, jak królowa reaguje na tego typu wezwania, i wiedział, że tym razem nie będzie inaczej.

- Przekaż księciu, że królowa Morriam jest w pracowni i przybędzie, gdy znajdzie czas - powiedział spokojnie, nie przerywając pracy nad eliksirem.

- Ale... Ale to chodzi o tę sprawę - kontynuował wartownik, teraz już kierując słowa do alchemika.

Saveri pokręcił delikatnie głową na znak, że tamten powinien odpuścić, Morriam nie przepadała bowiem za zuchwałością Beryla.

- Książę kazał przyprowadzić. Mówił, że to nadzwyczaj ważna sprawa! - naciskał strażnik, ignorując grymas alchemika mówiący: "zaraz się zacznie".

Nekromantka zatrzasnęła z hukiem księgę i wstała, wyrastając przed wartownikiem jak najstraszliwszy koszmar.

- Jeśli jeszcze raz przyjdzie ci do głowy wykonywanie takich rozkazów, to rzucę na twoją duszę klątwę. Moje demony będą cię co noc nawiedzać i powoli oraz boleśnie zjadać strzępki twojego jestestwa. Wypal sobie te słowa na ręce, żeby nie zapomnieć. Nie jestem jego kundlem, aby mnie przywoływał! Czy wyraziłam się jasno?! - Głos Morriam był zimny i ociekał obietnicą cierpienia.

Strażnik pokiwał głową i potykając się o własne nogi, wybiegł z pracowni.

- Bardzo lirycznie powiedziane - rzekł Saveri i odwrócił się do królowej, trzymając zakorkowaną buteleczkę.

- Wasz książę jest... - Zacisnęła usta, aby nie wyrazić się w obraźliwy sposób.

- Mam nadzieję, że poprawię ci humor - zwrócił się do niej elegancko.

Odkąd została przyjęta w zamku, musiała chodzić w białej półmasce przesłaniającej posuniętą w rozkładzie cerę. Była to prośba Beryla, której nie mogła - a nawet nie chciała - bagatelizować.

- Co to? - zainteresowała się flakonem w dłoniach alchemika.

- Eliksir. Warzyłem go trzy dni, a dziś skończyłem. Jest jak dobre zaklęcie iluzji. Nie działa tylko bezpośrednio w świetle słońca i księżyca. Taka reguła, nie udało mi się jej obejść, wybacz.

Morriam sięgnęła po naczynie i przyjrzała się zawartości. Płynna substancja z zawieszonymi drobinkami przelewała się leniwie.

- Co dokładnie może zwizualizować? - zapytała podejrzliwie.

- Usiądź przy lustrze, weź łyk, a przekonasz się sama.

Zaskoczona odpowiedzią kobieta zamrugała.

- Chcesz powiedzieć, że ten płyn...

- Tak. - Nie pozwolił jej dokończyć.

- Mam nadzieję, że nie zrobiłeś tego wyłącznie dla siebie. - Zaśmiała się.

Saveri doskonale wiedział, jak niekomfortowo czuje się Morriam w swoim na wpół rozłożonym ciele. Nie wyobrażał sobie dla siebie gorszej kary po śmierci.

- Zrobiłem to z przyjemnością i z myślą o królowej - oznajmił zgodnie z prawdą.

- Dziękuję - odparła ciepło, nadal zdumiona oddaniem alchemika.

***

Beryl nie był zadowolony z przyniesionych przez strażnika informacji.

- Skoro, jak twierdzisz, to prawdziwa królowa Otchłani, innej odpowiedzi nie spodziewałem się usłyszeć. - Wstał z fotela i zaczął zbierać swoje rzeczy.

- Książę, od tylu lat już zasiadasz za tym biurkiem, a wciąż brak ci obycia.

Hamlin, nie zważając na osłupienie Beryla, podszedł do strażnika i stanął w progu.

- Gdzie ją znajdę?

- Była w pracowni alchemicznej, ale o tej porze zaczynają się tam zajęcia, więc pewnie zastaniesz ją w komnatach gościnnych. Zaprowadzę cię.

- No i świetnie. Zatem idziemy - powiedział, po czym zwrócił się do mężczyzny stojącego za biurkiem: - Nie kłopocz się, poradzę sobie z nieumarłą. Znam zamek, więc się nie zgubię.

Nie czekając na odpowiedź, zamknął za sobą drzwi.

***

Ciepły ogień świec otulał jej twarz, gdy pochylała się nad stołem z chaotycznie porzuconymi księgami. Zaczęła zamykać tomy i układać je tematycznie w trzech stosach na wózku bibliotecznym.

- Nie rozumiem, po co tutaj pracujesz - zdziwiła się Morriam, stając przy Juliet niczym jej kat.

- Bo tylko tak mogę się odpłacić księciu za nauki - odpowiedziała dziewczyna sennym głosem.

Morriam skrzyżowała ramiona na piersi i gniewnie fuknęła.

- Dobrze, że nie kazał ci szorować swojego wychodka!

Juliet nie podzielała uszczypliwości nekromantki. Było dla niej naturalne, że musi zapłacić za pobieranie lekcji u nauczyciela, za pokój i jedzenie, a skoro nie miała pieniędzy, musiała je zarobić. Mimo że ukończyła wyższą szkołę w Cyndreli, potrafiła jedynie układać książki na półkach, katalogować i kaligrafować.

- W zamku nie ma wychodków - powiedziała. - Tutaj jest system kanalizacji, a poza tym od sprzątania mają służbę. - Chwyciła rączki wózka i ruszyła do kolejnego stanowiska.

Nekromantka podążyła za nią.

- No tak, bo wielki książę jest zbyt dumny, aby zrobić coś samemu. Ciekawe, czy tyłek też podcierają mu służki.

Juliet zachichotała.

- Dziś jesteś do niego wyjątkowo uprzedzona, nawet bardziej niż zazwyczaj - zauważyła roześmiana dziewczyna. - Czym sobie na to zasłużył?

Morriam milczała. Nie chciała zaprzątać sobie nim głowy dłużej, niż było to konieczne.

- Jak twoje postępy? - zmieniła temat.

Tym razem Juliet ciężko odetchnęła.

- Cóż, trudno powiedzieć. Wokół zamku unosi się sporo ciemnej magii, więc to jej używam do zaklęć. Jej konsystencja nie najlepiej na mnie wpływa. To znaczy potrafię ją złapać, pozwolić przejść przez swoje kanały i utkać z niej zaklęcie, ale idzie mi mozolnie. Ciemna magia jest dławiąca i ciężka, zupełnie inna niż ta, z której zazwyczaj korzystałam bez większej kontroli.

- Co na to twój mentor? Jak mu tam było... Keliv? Kelior? Kalian?

- Keflian mówi, że chociaż jestem przewodniczką, mogę mieć większe predyspozycje do czarowania jasną magią. Wytłumaczył mi, że jeśli nie zacznę się oswajać z tą drugą, być może będę musiała znaleźć nowego nauczyciela.

- Nowego?

- Tak, z zewnątrz. Mówił, że nie ma tutaj warunków do tkania z jasnej magii, bo opary jeziora nie sprzyjają zagnieżdżaniu się jej w obrębie zamku.

Kobieta spojrzała na lekko zrezygnowaną towarzyszkę. Juliet wiązała duże nadzieje z pobytem w Carraig Ghear - opuściła swój dom rodzinny dla godnego nauczyciela.

- Nie martw się, najwyżej znajdziemy ci mentora gdzieś w Krainach. Teraz, kiedy wiemy, kim jesteś, będzie łatwiej - pocieszyła pewnym siebie tonem Morriam.

Juliet uśmiechnęła się blado i pokiwała głową. Była naprawdę zmęczona. Teraz to dostrzegła - możliwe, że wykańczała ją nie tyle praca w bibliotece po lekcjach, ile ćwiczenie zdolności magicznych.

- Może ci pomogę? - zaoferowała się nekromantka. - Powinnaś odpocząć.

Dziewczyna zaśmiała się serdecznie. Wciąż nosiła w sobie tę jasną łunę, którą lubiła częstować nie tylko Morriam, ale i Rutiela, czym doprowadzała ich do szału.

- Dziękuję, niewiele mi zostało. Szybko dokończę i pójdę do komnaty.

Królowa kiwnęła głową.

- Dobrze. Zabiorę kilka książek i wrócimy razem.

- Nie idziesz dziś do Rutiela? - zdziwiła się Juliet, gdyż wiedziała, że nekromantka każdej nocy przesiaduje u niego w komnacie i czyta mu na głos kolejne księgi, dyskutując z nim jakby był świadomy.

Ona nie potrafiła z nim tak rozmawiać, kiedy był w śpiączce, a to dlatego, że nie czuła jego ducha.

- Później. Chcę jeszcze coś sprawdzić - wyznała Morriam, myśląc o pozostawionej na toaletce butelce od alchemika.

Zniknęła między wielkimi ścianami regałów, a Juliet zwinnie posprzątała kolejno każde stanowisko i poustawiała księgi we właściwych działach. Spotkały się przy wyjściu z biblioteki.

- Nie powinnaś brać tak wiele pozycji. Może ktoś też będzie ich potrzebował - skarciła ją blondynka, gdy na rękach kobiety ujrzała pięć tomiszczy.

- Nie widzę tutaj nikogo, kto mógłby mnie powstrzymać - odburknęła.

- Jako pracownica biblioteki nie powinnam na to pozwolić...

- Ale jako przyjaciółka nic z tym nie zrobisz - dokończyła zadowolona Morriam.

Juliet zamknęła masywne drzwi, zapieczętowała je zaklęciem i odsapnęła.

- Tylko je oddaj, zanim wszystkie wyniesiesz do Rutiela - zakończyła starcie, poddając się.

- Nie martw się, jak odzyska przytomność, wszystko posprzątam.

***

Położyła książki na stole i ominęła łoże z baldachimem, po czym usiadła na krześle przy toaletce. Jej komnata była o wiele większa niż ta, w której Beryl ulokował Rutiela. Nie miało to znaczenia, ponieważ żadne z nich nie korzystało z wygód zamku. Nieumarła nie kładła się spać, nie jadała przy obszernym stole i nie kąpała się w łaźni. Czarnoksiężnik, chociaż żył, przypominał bardziej trupa niż człowieka.

Sięgnęła po zakorkowaną buteleczkę i przyjrzała się substancji wewnątrz. Mikstura miała kolor dojrzałej śliwki, jaśniejsze drobinki połyskiwały w świetle wiszącego nad głową Morriam bladego ognika. Spojrzała na swoje odbicie i drugą ręką sięgnęła do białej maski. Chwyciła za krawędź i odczepiła ją od twarzy z cichym mlaśnięciem. Szpileczki po wewnętrznej stronie pozwalały jej się utrzymać na skórze bez dodatkowych zapięć. Odłożyła maskę, nie odwracając wzroku od lustra. Nie cierpiała tego widoku. Jej ręka mimowolnie sięgnęła do włosów, aby zasłonić nadgniłą część. Zastygła w połowie ruchu, nie pozwalając sobie na przykrycie widocznych kości i mięśni. Zacisnęła usta, powstrzymując napływające do głowy myśli.

Odkorkowała naczynie i przechyliła je, biorąc tylko jeden łyk, tak jak zalecił Saveri. Płyn był dziwnie chłodny, jakby podniebienie i gardło zostały pokryte kryształkami lodu. Zamknęła oczy z nadzieją, że wrażenie zamarzania ustąpi. Od tak dawna nie odebrała żadnych bodźców z ciała, więc ta sytuacja lekko ją sparaliżowała. Gdy chłód zaczął się rozlewać po ciele, jeszcze mocniej zacisnęła wargi i czekała. Po kilku minutach, gdy mieszanina wdarła się do samych palców u stóp, nieprzyjemne uczucie minęło. Oszołomiona podniosła powieki i zamarła. Wyglądała jak żyjący człowiek z bijącym sercem. Nawet policzki były zarumienione, jakby pod skórą naprawdę przepływała krew.

Odstawiła flakon i złapała się za twarz. Pomimo iluzji, którą wytworzyła magia eliksiru, w dotyku kobieta wciąż była nieumarłą. Widziała w lustrze palce kreślące linię po pełnym policzku, a opuszki napotykały ubytki i ostre miejsca, w których powinna widnieć kość. Sapnęła z powodu burzy emocji, niepokojąco kłębiących się za mostkiem.

To tylko iluzja! Iluzja, nic więcej - pomyślała.

Rozczarowanie nie przyćmiło jednak pozytywnego odbioru prezentu. Była wdzięczna alchemikowi, że znalazł alternatywę dla białej maski. Lubiła się za nią chować, lecz równocześnie czuła się wtedy odzierana z godności.

Uśmiechnęła się do swojego odbicia. Zgarnęła książki ze stołu i opuściła komnatę. Ruszyła w stronę skrzydła, w którym dochodził do siebie czarnoksiężnik. Tak jak czyniła od przybycia do twierdzy, tak i tym razem zamierzała spędzić całą noc przy jego łóżku i mu czytać. Liczyła, że zagłębiając się w pełną wiedzy treść, nie tylko pomoże sobie i królestwu zmarłych, ale też zmusi Rutiela do reakcji.

Gdy zmierzała do jego komnaty, zawsze wybierała dłuższą drogę. Lubiła przechadzać się krużgankiem. Widok, który z niego podziwiała, powodował u niej zachwyt. Majestatycznie piętrzące się szczyty, otaczające twierdzę, oraz połyskująca w blasku księżyca tafla ciemnej wody to zaiste pejzaż godny uwiecznienia na obrazach. Biel otulająca ostre skały kontrastowała z czarnym jak atrament niebem pokrytym ciężkimi, lecz przelewającymi się chmurami.

Zostawiła tomy na murku i zeszła po schodach na kamienną drogę prowadzącą ku drewnianemu pomostowi schowanemu za sosnami i rozległymi krzewami kosodrzewiny, które lubiły się rozrastać wokół budynku. Wkroczyła na deski i oparła się o barierkę. Wyczarowawszy blady ognik, zawiesiła go nad głową.

W zamku starała się zapełnić grafik. Nie radziła sobie z myślami, które nawiedzały ją w wolnych chwilach. Po każdym zachodzie słońca bała się o Rutiela jeszcze mocniej. Nie rozumiała, dlaczego się nie budził. Oddychał, a jego serce pompowało krew, więc musiał żyć! Coraz częściej się zastanawiała, czy nie doprowadziła go do stanu zawieszenia bliskiego śmierci.

***

Hamlin, mimo zmęczenia po podróży, nie miał ochoty na sen. Był niespokojny i podejrzewał, że to przez obecność w zamku. Przysiągł sobie, że już nigdy nie przybędzie do Mglistej Przełęczy.

Parsknął pod nosem, nie mogąc uwierzyć, że książę kazał mu się parać nekromancją, aby pomóc jakiejś nieumarłej, która ponoć władała Otchłanią. Niechciane myśli powracały, ciało zaczęło reagować na przeżytą w czarnej twierdzy traumę. Odstawił kielich wina i skierował się do drzwi. Wrażenie zgniatających go ścian spowodowało, że zapragnął wyjść z tych murów chociaż na chwilę. Nogi same zaprowadziły go nad otwartą przestrzeń. Wkroczył na pokrytą szronem trawę i czując na skórze zimne szpilki przenikliwego wiatru, udał się ku brzegowi jeziora. Wypuścił ciepłe powietrze z płuc, a para zatańczyła wokół twarzy. Próbował się pozbyć tego nieznośnego napięcia, spychającego go w otchłań przykrych wspomnień. Wziął kilka głębszych wdechów i uspokoił drżące ręce. Jutro w końcu znajdzie królową, wyjaśni to nieporozumienie i wróci do swojej bezpiecznej przystani.

Ruszył wzdłuż zbiornika, przyglądając się spokojnej, prawie nieruchomej tafli martwego jeziora. Starając się jak najmniej rozmyślać, skupiony na delikatnym szumie, parł do przodu niczym w transie. W pewnym momencie usłyszał pluśnięcie, jakby kamyk wpadł do wody. Podniósł głowę i się rozejrzał. Ujrzał na pomoście jakąś postać. Gęste gałęzie zasłaniały mu zbyt wiele, dlatego widział jedynie profil. Była to filigranowa, czarnowłosa dziewczyna, z zaciekawieniem wpatrująca się w rozrysowane przez fale kręgi. Gdy tylko ją zobaczył, serce stanęło mu na parę sekund. Był w szoku, na jego karku rozlał się chłód. Przyspieszył, kierując się ku ścieżce prowadzącej na pomost.

- Iris?! - zawołał drżącym głosem.

Kiedy stanął na deskach i spojrzał na jej plecy, doznał ogromnego zawodu. Dziewczyna momentalnie się wyprostowała i odwróciła. Niemal ugięły się pod nim nogi, z jego gardła wydobyło się sapnięcie. Położył rękę na mostku, gdzie wciąż galopowało serce.

To nie ona, nie ona! Głupiec ze mnie!

- Jak mnie nazwałeś? - zapytała nieznajoma.

Hamlin zrobił skruszoną minę. Pomylił się - to nie była dziewczynka, tylko dorosła kobieta. Umysł potwornie z niego zadrwił. Poczuł, jak płonie w nim wstyd.

- Przepraszam najmocniej, pomyliłem panią z kimś.

Morriam przyjrzała się obcemu. Blady ogień rzucał światło na jego rysy i posturę. Stał przed nią wysoki starszy mężczyzna z długimi czarnymi włosami, w które wplecione były warkoczyki. Wyraziste oczy na owalnej twarzy wpatrywały się w nią intensywnie. Krótki zarost i delikatne zmarszczki dodawały mu uroku.

- Nic nie szkodzi - wydukała nekromantka, nie wiedząc, jak powinna się zachować. Ów człowiek ewidentnie nie miał pojęcia, z kim rozmawia. - Nocą umysł lubi urzeczywistniać nasze obawy i koszmary.

Podszedł do niej ostrożnie i lekko się uśmiechnął.

- Wystarczy, że przebywam w tym zamku - rzekł. - Nie muszę czekać na zmrok, aby poczuć się jak w sennym koszmarze.

Morriam odwzajemniła uśmiech.

- Dalekie od prawdy to stwierdzenie nie jest, zwłaszcza teraz, gdy Carraig Ghear ma swojego chodzącego potwora.

Hamlin nad czymś się zastanawiał.

- Ma pani na myśli nieumarłą królową? - spytał z zaciekawieniem.

- Tak. Jeszcze jej pan nie poznał? - Ledwo powstrzymywała uśmiech, który usilnie chciał wpełznąć na jej twarz.

- Nie miałem tej przyjemności, chociaż to dla niej mnie tu ściągnięto.

Kobieta zamarła.

- Jestem Hamlin - przedstawił się, wyciągając rękę.

- Morriam - powiedziała z napięciem w głosie, niepewna, czy nieznajomy w końcu się zorientuje.

Gdy ich dłonie się zetknęły, dostrzegła na obliczu mężczyzny prawie niezauważalną reakcję. Nie skrzywił się, lecz zmarszczki na jego czole znacznie się pogłębiły. Szybko wyrwała się z uścisku i raptownie odwróciła w stronę jeziora. Hamlin stanął obok.

- Jesteś adeptką czy może twoja wizyta w zamku skrywa inny cel?

I co ona miała teraz powiedzieć? Głowiła się, czy podtrzymywać kłamstwo, czy jednak wyznać, że to ona jest tym potworem.

- Jestem tutaj gościnnie. Moja przyjaciółka pobiera nauki magii, a mój... eee... towarzysz leczy się u tutejszych alchemików. Kiedy tylko wyzdrowieje, opuszczę Carraig Ghear. - Naciągnęła fakty, zadając sobie pytanie, po co w to brnie.

- Czuję, że również masz ochotę jak najszybciej opuścić te mury.

Popatrzyła mu w oczy. Były zielone, z pięknie kontrastującą czarną iskrą. A może tylko blask zielonego ognika mamił jej wzrok?

On również zauważył podobieństwo.

- Masz rację - odpowiedziała po chwili, uciekając spojrzeniem w bok. - Spieszy mi się, aby domknąć swoje sprawy.

Hamlin oparł się o barierkę i wychylił.

- Wiesz, dlaczego mieszkańcy Carraig Ghear chcą po śmierci spocząć na dnie tego jeziora? - zagadnął. Morriam pozwoliła mu mówić dalej. - Wody wysysają z ciała duszę i zmieniają ją w czystą magię.

- Dlaczego chcieliby śmierci swojej duszy?

- To proste: nie chcą schodzić do Otchłani...

Teraz pojęła, dlaczego nie spotykała w swoim królestwie wielu czarnoksiężników, a na pewno żadnych Morrgaranów.

- Kiedyś wierzono, że karmiąc te wody magią, zyskuje się aprobatę przodków, którzy zostali tu pochowani, a opary martwego jeziora wpływają na twój los i ukazują właściwą drogę życia.

- Wątpię, aby moi przodkowie leżeli na dnie tego jeziora - wyznała Morriam.

- Według mnie losowość darów magicznych jest wielce przekłamana. Myślę, że dary się dziedziczy, ale tylko co kilka pokoleń. Chyba że rodzice są silnymi magami, wtedy iskra przechodzi na ich potomka. Częstość takich urodzeń jest jednak mała i może się wydawać, że iskra to dar od Stwórczyni.

Morriam zmarszczyła brwi. Dość kontrowersyjna teza, jeśli wziąć pod uwagę powszechną wiarę we wspaniałomyślność Jasnej Pani i jej niekończącą się hojność wobec ludzi.

- Mało prawdopodobne - ucięła.

- Ale jeśli moja teoria jest prawdziwa, to znaczy, że w tym jeziorze spoczywa paru twoich przodków.

A więc i ja powinnam tam leżeć - myśl przeleciała przez głowę Morriam niczym strzała.

- Wątpię, aby obchodził ich mój pokrętny los - odpowiedziała.

- Przekonajmy się - odparł z entuzjazmem. - Sprawdźmy, czy w starych wierzeniach jest chociaż ziarnko prawdy. Nie zaszkodzi poprosić o pomoc zmarłych.

Aż parsknęła śmiechem, przez co wpędziła Hamlina w konsternację. Cała sytuacja wydała jej się komiczna. Domyśliła się, że został sprowadzony przez Beryla specjalnie po to, aby pomóc jej rozwiązać problem z niechcianym ciałem. Postanowiła jednak iść za ciosem. Najwyżej później będzie musiała się tłumaczyć, dlaczego z niego tak zadrwiła.

- Przepraszam, nie chciałam cię urazić - odezwała się, nadal uśmiechnięta. - Spróbujmy.

Czarnoksiężnik odzyskał pewność siebie. Wciąż opierając się o barierkę, wyciągnął pięść nad taflę.

- To nic trudnego, musisz jedynie skupić się na stworzeniu w dłoni małego podarunku dla zmarłych, tkając go ze swojej magii, a następnie, wypowiadając prośbę, wrzucić go do wody - wytłumaczył.

Morriam zrobiła, co nakazał, skupiła się na swojej iskrze i uformowała z zaczerpniętej cząstki przedmiot.

- A teraz otwórz dłoń - powiedział, prostując palce prawej ręki.

Gdy odsłonił swój przedmiot, okazało się, że to piękny kwiatostan irysa, na dłoni nekromantki zaś spoczywał mieniący się złotem bursztyn. Hamlin spojrzał na niego z niemałym zaskoczeniem. Pomimo zaintrygowania nie zapytał.

- Ułóż w głowie prośbę i wrzuć utkaną magię jako zapłatę za pomoc - poinstruował mężczyzna.

Morriam niezwłocznie sformułowała odpowiednią myśl i wrzuciła kamień do jeziora. Czarnoksiężnik jeszcze przez chwilę się wahał, jakby do końca nie potrafił ubrać w słowa swojej potrzeby. Gdy już przechylił rękę, a piękny kwiat zawirował w drodze ku tafli, prześcignęła go pojedyncza kropla. Kobieta popatrzyła na Hamlina, który nie zdążył zatuszować oznaki słabości.

- Wybacz. - Szybko odwrócił wzrok.

Nekromantka poczuła, że to czas, aby zakończyć spotkanie.

- Dziękuję za rozmowę - odezwała się, czym przykuła jego uwagę. - Pójdę już.

- Dobrej nocy - rzekł, po czym zapytał: - Spotkamy się jeszcze?

Uśmiechnęła się do niego życzliwie.

- Na pewno, być może wcześniej, niżbyś sobie życzył - powiedziała i odeszła, zostawiając czarnoksiężnika z wątpliwościami.

***

Morriam zatrzasnęła drzwi komnaty Rutiela i rozwiesiła w pomieszczeniu kilka ogników. Zbliżyła się powoli do łóżka i spojrzała na leżącego w nim maga.

- Cześć, Rutiel - przywitała się mniej entuzjastycznie niż zazwyczaj.

Usiadła na podłodze i odłożyła stos tomów na bok. Oparła się łokciami o brzeg posłania i utkwiła w mężczyźnie wzrok. Marniał z każdym dniem, a ona nie rozumiała dlaczego. Poczuła gniotący ból za mostkiem. Postanowiła zająć się czytaniem, aby stłumić emocje. Chwyciła pierwszą księgę, otworzyła na spisie i ułożyła na łóżku.

- Przyniosłam nowe księgi, tym razem z działu wiedzy o magii. Wciąż grzebię w nekromancji, ale chyba źle szukam. Liczę jednak, że znajdę odpowiedź, dlaczego nie możesz się obudzić, gdy dowiem się więcej o konstrukcji iskry. Może przez przypadek ją uszkodziłam, kiedy tkwiła uwięziona we mnie.

Przeszła do interesującego ją rozdziału zatytułowanego Uszczerbki na iskrze oraz uszkodzenia i rozszczepianie i prześledziła uważnie tekst. Gdy znalazła akapit, który mógłby być przydatny, zaczęła czytać na głos.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.