Kwiaciarnia Spełnionych Marzeń - Katarzyna Michalak

Reflow text when sidebars are open.
Dwa dni przed Wigilią człowiek nie powinien wysiadać z ostatniego pekaesu z dzieckiem, jedną walizką i kluczem do miejsca, którego nie widział od bardzo dawna. Nie wtedy, kiedy świat z uporem udaje, że wszyscy mają dokąd wracać. W oknach palą się lampki, na balkonach wiszą łańcuchy światełek, zewsząd dobiega dźwięk kolęd i pastorałek, a ludzie niosą do domów torby tak ciężkie, jakby w samym środku zimy próbowali wykupić całą radość na zapas. Nawet ci, którzy nie lubią świąt, robią przed nimi miejsce przy stole, w lodówce, w kalendarzu i we własnym zmęczeniu.
W Jasnej Dolinie śnieg padał od rana. Wieczorem miasteczko wyglądało tak, jakby ktoś przygotował je do fotografii na świąteczną pocztówkę. I na ten widok siedmioletnia Jaśminka wykrzyknęła, mimo zmęczenia długą podróżą, rozglądając się dookoła zachwyconym wzrokiem:
- Mamo, zobacz! Tu jest jak w bombce! W takiej dużej, z nami w środku, którą ktoś potrząsnął tak, że pada śnieg!
Rzeczywiście: z granatowego nieba sypał się biały puch, pośrodku rynku migotała światełkami choinka, wokół latarni jaśniały złote gwiazdy, pod oknami kamienic kołysały się stroiki, a z piekarni na rogu, mimo późnej pory, pachniało piernikami.
Kiedyś właśnie po tym zapachu Luiza poznawała, że są już blisko. Przyjeżdżała do cioci Renaty na ferie, nieraz na święta, i zanim dobrze otworzyła oczy po drzemce w samochodzie, wiedziała, gdzie jest. Potem były rozgrzane kafle pieca, mokre rękawiczki schnące na kuchennym krześle i ciocia, która stanowczo zabraniała podjadać przed kolacją, po czym ukradkiem wciskała jej jeszcze ciepły kawałek makowca. Wydane przez siebie zakazy Renia traktowała bowiem z dosyć dużą swobodą.
Luiza wiele by oddała, żeby tego wieczoru znów ktoś na nią czekał. Żeby mogła powiedzieć: "Jesteśmy, ciociu", zdjąć córce przemoczone buty i choć przez chwilę nie martwić się o nic. Miasteczko wydawało się niezmienione, nawet piekarnia pachniała tak samo, lecz Reni już nie było. Zostały po niej list, klucz i lokal, do którego właśnie zmierzały, brnąc przez śnieg z jedną walizką. Z niewesołych rozmyślań wyrwał ją rozbawiony głos Jasi:
- Mamo, popatrz! Ten renifer robi kupę!
Luiza spojrzała najpierw na dziewczynkę, potem na witrynę sklepu spożywczego, przez którą galopował Rudolf. Pod jego ogonem mrugał urwany kawałek girlandy. Próbując zachować powagę, zaczęła:
- To lampki, Jasiu...
- Wiem, ale wyglądają jak bobki!
No, doprawdy... Człowiek próbował choć przez pięć minut porządnie się pomartwić, a tu renifer. Luiza parsknęła śmiechem i zaraz ukradkiem spojrzała na córkę. Jaśminka od razu się rozpromieniła, ogromnie zadowolona z własnego odkrycia. Przez resztę drogi opowiadała, co jeszcze można byłoby poprawić w świątecznych dekoracjach. Luiza słuchała jednym uchem, drugie miała zajęte nasłuchiwaniem grzechotu kółka walizki. Ostatni autobus odjechał przed kilkoma minutami. Niech przynajmniej ten nieszczęsny bagaż dotrze na miejsce w całości.
Miały przyjechać za dnia, spokojnie się rozejrzeć, nastawić wodę na herbatę. Tyle że pociąg utknął za uszkodzonym składem, a potem uciekło im połączenie. Wszystko przesunęło się o kilka godzin i gdyby Luiza wierzyła w znaki, już zaczęłaby podejrzewać, że ktoś próbuje ją przed tą przeprowadzką ostrzec. Szczęśliwie nie wierzyła. A przynajmniej bardzo starała się nie wierzyć, bo innego pomysłu na dalsze życie chwilowo nie miała.
- To tutaj - oznajmiła wreszcie i zatrzymała się przed ciemną witryną.
Jasia przyjrzała się zielonym ramom okien, a potem napisowi "SPRZEDAM", który niemal całkiem zasłaniał wnętrze, i spojrzała na matkę z niepokojem:
- Mówiłaś, że to będzie nasz dom, naj-na-szej-szy, a chcesz go sprzedać?
- Ciocia chciała sprzedać sklep, zanim... - Luiza umilkła na moment. - Kartka została. Jutro ją zdejmiemy.
- Jutro? A jak ktoś go kupi, kiedy będziemy spały?
- Bez naszej zgody nie kupi, Jasiulko. Nie pozwolę.
Dziewczynka uniosła na matkę oczy i uśmiechnęła się z ufnością, aż to niezasłużone zaufanie wzruszyło Luizę do łez. By je ukryć, Luiza wyjęła z kieszeni klucz i przekręciła go w zamku.
Drzwi otworzyły się z trudem, a dzwonek nad nimi zadźwięczał tak znajomo, że spojrzała w stronę lady. Przez ułamek sekundy naprawdę spodziewała się ujrzeć tam Renię, w okularach zsuniętych na koniec nosa, z rozpoczętą robótką na kolanach. Jakże to głupie, przecież wiedziała... A jednak zabolało.
Zamiast cioci przywitały je pusta sala, ciemność i taki ziąb, że po kilku minutach oględzin stało się jasne: o spaniu tutaj nie było mowy.
Kobieta, która po śmierci Reni doglądała lokalu, zapewniała przez telefon, że zaplecze nadaje się do zamieszkania. "Wersalka jest, łazienka jest, czajnik na pewno gdzieś znajdziesz. Tylko ogrzewanie trzeba uruchomić". No właśnie, uruchomić. Luiza zdążyła już odkryć, że urządzenie na ścianie nie reaguje na żadne jej starania, a sfotografowana latem wersalka wygląda znacznie mniej przyjaźnie w grudniu, w pokoju, w którym własny oddech materializuje się w postaci białego obłoczku.
Była przygotowana na niewygody, naprawdę. Wiedziała, że od miesięcy nikt tu nie mieszkał, liczyła się z kurzem, ze sprzątaniem, nawet z nocą przespaną w swetrze, ale nie z tym, że z dzieckiem u boku stanie w zimnym sklepie dwa dni przed Wigilią i nie będzie wiedziała, dokąd pójść.
"Świetnie to sobie wymyśliłaś, Luizka. Naprawdę świetnie", to zdanie zabrzmiało w jej głowie tak znajomo, że aż poczuła gniew. Nie teraz. Nie pozwoli sobie teraz na ten ton, nawet we własnych myślach. Miała siedmioletnią córkę, trochę pieniędzy i telefon. Znajdzie nocleg, rano przyjdzie ktoś, kto zna się na ogrzewaniu, a potem ona sama wszystko jeszcze raz przeliczy. Po kolei. Tylko tyle musiała zrobić.
Wróciła do sali, gdzie Jasia próbowała dostrzec coś w głębi pustych półek.
- Będą tutaj kwiaty? Tak jak opowiadałaś w pociągu?
Luiza pożałowała tamtej rozmowy. Córka nie mogła wiedzieć, że matka mówiła trochę z rozmarzenia, a trochę dlatego, że pragnęła odwrócić jej uwagę od przedłużającej się podróży. Że te bukiety, wstążki i mały stolik do rysowania były na razie tylko obrazkiem, którym sama siebie próbowała pocieszyć.
- Chciałabym, skarbie. Ale najpierw trzeba tu po- sprzątać i naprawić piec. Dzisiaj przenocujemy gdzie indziej.
- Ale jutro wrócimy?
- Wrócimy.
Ta odpowiedź wyraźnie Jasi wystarczyła. Zdjęła z ramienia szkicownik na gumce i przycupnęła na walizce, jakby czekanie w nieogrzewanym sklepie było zwykłą częścią przeprowadzki. Luiza patrzyła na nią z rozczuleniem i rosnącym poczuciem winy. Mała tyle rzeczy przyjmowała ostatnio bez sprzeciwu... Luiza czasami wolałaby usłyszeć: "Nie, nie chcę, nigdzie nie jadę!". Jasia mogłaby wreszcie mieć do kogoś pretensje, najlepiej do matki, która powinna przecież wiedzieć, co robi.
- A do jedzenia też coś będzie? - zainteresowała się nagle dziewczynka.
Przynajmniej apetyt miała. Za tę drobną pociechę Luiza była losowi szczerze wdzięczna. Już wybierała w telefonie numer znalezionego pensjonatu, kiedy ktoś zapukał w otwarte drzwi.
- Dobry wieczór. Szuka pani kogoś?
Mężczyzna stał na progu, nie wchodząc do środka. Wyglądał na niewiele od niej starszego; spod czapki wymykały mu się ciemne włosy, na kurtce miał śnieg. Luiza zarejestrowała szare oczy i przyjemny, spokojny głos, lecz nie miała już siły zastanawiać się, co takiego sprowadza obcego człowieka do cudzego sklepu.
- Nie. Lokal należy do mnie.
- Jest pani siostrzenicą Reni?
- Tak.
- Mikołaj Różański. Mam szklarnie za rzeką, a tutaj czasami pomagałem Reni przenieść coś cięższego. Zobaczyłem otwarte drzwi... - Rozejrzał się po ciemnej sali, po czym jego wzrok zatrzymał się na Jasi. - Przyjechałyście dzisiaj?
Luiza poczuła, że zaczyna się tłumaczyć, choć jeszcze nie otworzyła ust. Za chwilę on zapyta, dlaczego tak późno, gdzie jest ojciec dziecka i czy nie mogła najpierw sprawdzić ogrzewania. Jak najbardziej mogła... Nie tylko sprawdzić, czy piec działa, ale też zrobić w życiu mnóstwo innych rzeczy, najlepiej kilka lat temu. Jednak żadne z tych odkryć nie ogrzeje teraz zmarzniętej dziewczynki.
- Poradzę sobie - oznajmiła chłodno.
Mężczyzna przyglądał się jej przez moment, nieco zaskoczony.
- Nie wątpię. Chciałem tylko powiedzieć, że jeśli szuka pani noclegu, pensjonat przy młynie jest zimą zamknięty. Tam pani dzwoni? - zapytał domyślnie.
Oczywiście, że tam! Luiza opuściła telefon i nagle zabrakło jej argumentów. Mogła jeszcze udawać, że ma inne możliwości, lecz na samą myśl o dalszym udawaniu zrobiło jej się niedobrze.
- Nie działa ogrzewanie - przyznała. - Miałam nadzieję, że to nic poważnego, tylko czegoś nie umiem włączyć. Ale chyba jednak nie damy rady zostać tu na noc. Wie pan, czy w okolicy jest... cokolwiek?
- Zaraz zapytam w piekarni. Rozalia ma pokój po pracownicy, z osobnym wejściem z korytarza. Może jest wolny.
- Nie chciałabym nikogo wyciągać z domu przed świętami.
- Nie wyciągnę. Jeszcze pracuje.
Powiedział to tak zwyczajnie, że trudno było nadal się sprzeciwiać. Zanim Luiza zdążyła podziękować, Jasia zsunęła się z walizki i podeszła bliżej.
- A pan znał naszą ciocię? Naprawdę? Ja jej nie znałam, tylko przez telefon. Mama mówi, że piekła najlepsze ciastka na świecie, ale ciastka przez telefon nie przechodzą. Próbowałyśmy kiedyś z babcią... - Zawahała się. - Nie z tą ciocią, tylko z babcią Zosią. Przykładałam do ekranu, żeby mogła ugryźć, ale to na niby. Ja wiedziałam, że na niby.
Luiza już chciała uprzejmie zakończyć opowieść, która mogła potrwać do rana, ale Mikołaj nie wyglądał na zniecierpliwionego.
- Te ciastka z dziurką i marmoladą? - upewnił się.
Jasia spojrzała na mamę, bo aż tak dokładnych wiadomości o rodzinnych wypiekach nie posiadała.
- Te - potwierdziła Luiza i wbrew sobie uśmiechnęła się do niego. - Podkradałam je jeszcze przed przełożeniem marmoladą.
- Ja dostawałem już gotowe. Widocznie przychodziłem o lepszej porze.
Nie wiadomo dlaczego ten drobny dowód, że ktoś jeszcze pamiętał ciocię z czymś tak zwyczajnym jak talerzyk ciastek, przyniósł Luizie ulgę. Mężczyzna nie był już tylko obcym, który wypytywał ją o różne rzeczy, podczas gdy ona nie chciała odpowiadać. Znał Renię. Bywał tutaj, gdy wszystko wyglądało inaczej.
- Jestem Luiza - powiedziała ciszej. - A to Jaśmina.
- Jasia - sprostowała dziewczynka. - Jaśmina tylko wtedy, gdy coś zbroję i mama to mówi specjalnym głosem.
Tym razem Luiza nawet nie próbowała ukryć uśmiechu.
Rozalia pojawiła się tak szybko, jakby czekała za rogiem wyłącznie na wiadomość, że komuś trzeba zorganizować dalszy wieczór. Miała mąkę na bordowym rękawie, ciemne włosy spięte byle jak nad karkiem i oczy, w których zniecierpliwienie światem mieszało się z pogodą ducha. Najwyraźniej świat od rana robił wszystko nie tak, jak należało, lecz nie zamierzała z tego powodu ustąpić mu pola.
- Lusia? - Przyjrzała się Luizie z bliska. - No popatrz, nie poznałabym cię na ulicy. Pamiętam taką dziewuszkę w czerwonych kaloszach, co nam kiedyś przyniosła do piekarni żabę. W pudełku po pączkach. Ponoć żaba zmarzła i trzeba ją było ogrzać.
- To była ropucha - sprostowała Luiza, zanim zdążyła zastanowić się, jak zabrzmi.
Rozalia roześmiała się zadowolona.
- No! Czyli ty. Jestem Rozalia, a piekarnia nadal moja. Chodźcie ze mną, bo tu zamarzniecie.
Jasia patrzyła na matkę z nieskrywanym podziwem. Całe życie kazano jej uważać z wnoszeniem ślimaków do mieszkania, a tu taka wiadomość! Luiza poczuła, że kiedyś przyjdzie jej się z tej ropuchy gęsto tłumaczyć.
- Mikołaj wspomniał o pokoju - zaczęła ostrożnie. - Chciałabym zapłacić z góry, tylko muszę wiedzieć ile. Na razie za jedną noc, może dwie, zależy, kiedy uda się naprawić...
- Za jedną noc nic, za dwie też nic. Później się zastanowimy. Nie jestem hotelem, mam po prostu pusty pokój i jest mi wstyd, że zapraszam cię do niego z pelargoniami. Stefan zapomniał przenieść je na strych. Jeśli któraś cię w nocy zaatakuje, wołaj.
- Rozalio, ale ja nie mogę...
- Posłuchaj. - Kobieta spoważniała. - Nie wiem, co możesz, a czego nie, jesteś tu od minuty. Wiem, że zmarzłyście, dziecko ledwo stoi, a u mnie jest ciepło i zupa. Naprawdę chcesz teraz tkwić na tym mrozie i ustalać ze mną rachunki? Bo ja bym wolała przy stole. Jeszcze mam dzisiaj robotę, a jutro pół miasteczka wpadnie odebrać makowce.
Było w tym tyle szczerości i zwykłego zmęczenia, że Luiza poczuła wstyd. Nie za to, że potrzebuje pomocy, lecz za własny upór. Rozalia przyszła w fartuchu, oderwawszy się od pracy, a ona zachowywała się tak, jakby serdeczność nowej znajomej była czymś podejrzanym, przed czym należy chronić dziecko.
- Dziękuję - powiedziała. - Naprawdę ci dziękuję.
Kobieta zamachała rękami i zwróciła się do Mikołaja:
- Weźmiesz walizkę? Stefan nam pomoże ją dźwigać na schodach.
- Dam radę - odparł, podnosząc bagaż.
- Mama też tak mówiła - zauważyła Jasia. - A potem jej się urwała rączka.
Przez chwilę wszyscy patrzyli na Luizę, a raczej na jej prawą rękę. Dziewczynka westchnęła, odrobinę zniecierpliwiona koniecznością objaśniania oczywistości.
- Walizce się urwała. Nie mamie.
Rozalia roześmiała się tak głośno, że aż ktoś po drugiej stronie ulicy obejrzał się za nimi. Luiza śmiała się razem z nią, chociaż przed sekundą była przekonana, że ten dzień nie skończy się bez łez.
Łzy przyszły znacznie później, kiedy najedzona i wykąpana Jasia zasnęła w łóżku pachnącym płynem do płukania, a Luiza została sama ze swoimi myślami. Gospodarze wrócili do pracy - Stefan na dół, do piekarni, Rozalia do świątecznych przygotowań - i nikt już niczego od Luizy nie chciał. To właśnie okazało się najtrudniejsze. Dopóki trzeba było pilnować przesiadek, ogrzać dziecko, znaleźć dach nad głową, mogła nie dopuszczać do siebie strachu. Teraz usiadła na brzegu obcego łóżka i poczuła, jak bardzo jest zmęczona.
Pokój był skromny, a pelargonie, którymi straszyła Rozalia, zajmowały połowę parapetu. Jasia zdążyła już spytać, czy kwiaty też tutaj nocują, i pogodziła się z ich obecnością bez większego namysłu. Dziewczynka radziła sobie ze zmianami lepiej niż matka, a może po prostu wierzyła, że gdy mama jest obok, wszystko musi być w porządku? Och, gdyby to było takie proste...
Luiza patrzyła na małą twarz na poduszce, na rzęsy, które zawsze wydawały się odrobinę za długie, i na usta jeszcze niedawno niezamykające się przez minutę. Kochała to dziecko tak bardzo, że czasami aż brakowało jej tchu. Gotowa była przenieść dla niego góry, gdyby tylko ktoś zechciał wyjaśnić, jak się do tego zabrać. Na razie nie potrafiła uruchomić pieca.
Żałosne porównanie. A jednak właśnie ono wycisnęło jej z oczu łzy.
Żeby nie obudzić córki, przeniosła się na krzesło przy oknie i wyjęła list Reni. W kopercie oprócz dwóch zapisanych kartek znajdowało się stare zdjęcie: Luiza, może dwunastoletnia, siedziała na schodkach przed sklepem i trzymała bukiet większy od własnej głowy. Co tam było? Floksy, dalie, z pewnością słoneczniki. Wszystko powiązane niebieską wstążką, którą ciocia oderwała od kapelusza, bo nie znalazły niczego innego. Renia śmiała się potem, że gdyby pozwolić siostrzenicy swobodnie działać, zostałyby jej same doniczki i rondo.
Taki masz talent do tych kwiatów, Lusiu. Ostatnio znów oglądałam zdjęcia i aż mi się żal zrobiło, że już nie przyjeżdżasz. W sklepie nic nie robię, tylko zaglądam, czy dach nie przecieka. Przyszedł jeden kupiec, ale chciał, żebym mu chyba jeszcze dopłaciła, więc podziękowałam. Może Ty byś coś z nim zrobiła? Na zapleczu można pomieszkać, a od frontu urządziłabyś kwiaciarnię. Pamiętasz, jak o tym gadałyśmy? Przyjedź chociaż na parę dni. Poznam wreszcie tę Twoją Jaśminkę. Nie mogę się nadziwić, że masz już taką dużą córeczkę, przecież niedawno sama siedziałaś mi na kolanach.
List przyszedł wiosną. Luiza przeczytała go wtedy po kryjomu, z czułością, a potem schowała tak starannie, jakby ciocia proponowała jej napad na bank. Kwiaciarnia! W Jasnej Dolinie! Z czego by żyła, kto by kupował te jej bukiety i kto się zgodzi na taką fanaberię?
Nie wpadła nawet na parę dni.
Teraz przyjechała na dłużej, a Reni zabrakło, by się tym ucieszyć.
- Przepraszam, ciociu - szepnęła i zasłoniła usta dłonią, bo żal nagle ścisnął jej gardło tak mocno, że bała się rozpłakać na głos.
Za ścianą Rozalia rozmawiała ze Stefanem o czymś zupełnie zwyczajnym. Nie mogli znaleźć dużej formy do ciasta; Rozalia była pewna, że blaszka została w piekarni, on równie pewien, że zaniósł ją na górę. Słuchając ich przekomarzania, Luiza płakała coraz ciszej, aż wreszcie łzy się skończyły. Umyła twarz zimną wodą, położyła zdjęcie obok listu i wsunęła się pod kołdrę.
Jasia natychmiast przytuliła się do niej przez sen, jakby wyczuła, że nareszcie może przestać pilnować wolnej połowy łóżka.
Nazajutrz okazało się, że w Jasnej Dolinie wiadomości rozchodzą się szybciej niż zapach świeżego pieczywa. Zanim Luiza zdążyła dopić herbatę, Rozalia umówiła ją z Frankiem, który znał się na ogrzewaniu, sąsiadka zaproponowała stary stół na zaplecze, a jakiś pan kupujący chleb zapytał, czy to prawda, że u Reni będzie kwiaciarnia.
Kwiaciarnia? Już?
Luiza miała ochotę oznajmić, że na razie będzie tam głównie zimno, ale człowiek uśmiechał się tak życzliwie, że nie potrafiła zgasić jego zadowolenia. Powiedziała więc, zgodnie z prawdą, że jeszcze niczego nie postanowiła.
- Przydałaby się - odparł. - Bo po kwiaty teraz trzeba do miasta. Człowiek się z żoną pokłóci wieczorem, a pogodzić może dopiero nazajutrz.
- Tadziu, ty byś spróbował czasem zwyczajnie przeprosić - wtrąciła Rozalia zza lady. - Taniej wyjdzie.
- Przepraszam też - zapewnił Tadeusz, odrobinę urażony posądzeniem, że wyłącznie kwiatami załatwia domowe niesnaski, i zabrał swój bochenek.
Luiza została z kubkiem w dłoniach, nie wiedząc, czy bardziej ją to wszystko bawi, czy przeraża. Przyjechała tutaj, żeby nikt się nią nie interesował, a już od progu interesowali się wszyscy! Tyle że w tym zainteresowaniu nie było złośliwości. Nie wiedziała jeszcze, co z nim zrobić.
Franek zjawił się punktualnie i bardzo szybko rozwiał jej nadzieję, że wystarczy nacisnąć właściwy guzik. Z instalacją elektryczną poradzi sobie dzisiaj, wodę też sprawdzi, lecz naprawa ogrzewania wymagała części, której przed świętami nie zdobędzie. Luiza słuchała tego z sercem coraz cięższym od obaw. Każdy kolejny dzień noclegu, nawet darmowego, oznaczał, że jest od kogoś zależna. Każda naprawa uszczuplała oszczędności, za które zamierzała urządzić życie sobie i córeczce. A jednak kiedy mężczyzna zapytał, co robić, odpowiedziała bez wahania:
- To, co konieczne, żeby można tu było mieszkać. Reszta poczeka.
Miała dość stania i patrzenia, więc podczas gdy Franek zajmował się instalacją, ona zabrała się do porządków. Początkowo szło opornie, bo każda szuflada przypominała o Reni. Tu stare okulary, tam terminarz sprzed pięciu lat, a w nim zapisane wielkimi literami: "IMIENINY LUSI". Ciocia pamiętała. O takich rzeczach zawsze pamiętała.
Luiza zamknęła terminarz, schowała go do torebki i otworzyła następny karton. Nie mogła przecież opłakiwać każdego odnalezionego drobiazgu, bo nie uprzątnie sklepu do przyszłego grudnia. A może właśnie mogła? Nikt jej nie poganiał. Za szybą ludzie spieszyli z zakupami, święta były już niemal na wyciągnięcie ręki, a ona po raz pierwszy od dawna sama decydowała, czym się zajmie przez najbliższą godzinę.
Ta myśl spodobała jej się tak bardzo, że gdy Rozalia wpadła z chłopakiem, który miał pomóc wynieść połamany regał, zastała Luizę z włosami związanymi kawałkiem sznurka i ze smugą kurzu na policzku, za to w całkiem dobrym humorze.
- Tomek ma dwadzieścia minut, potem jest mi potrzebny do noszenia skrzynek. Możesz nim przez ten czas rozporządzać - oznajmiła.
Chłopak westchnął, lecz bez urazy. Luiza miała wrażenie, że Rozalia dyryguje tu znaczną częścią mieszkańców i że na ogół wychodzi im to na dobre.
Nikt nie urządził cudownego remontu w jedno przedpołudnie. Tomek wyniósł z nią regał, sąsiadka rzeczywiście przysłała stół, a Franek wreszcie sprawił, że w pomieszczeniu zrobiło się jasno. To wystarczyło, żeby Luiza zobaczyła, jak ładne są zielone ramy okien i ile miejsca zostaje przed witryną, gdy przestawi się ladę. Na wysokie wiadra z kwiatami... Na stojak ze wstążkami... Zaraz, przecież jeszcze niczego nie postanowiła!
Uśmiechnęła się do siebie i właśnie zastanawiała się, czy pod warstwą starej farby kryje się dobre drewno, kiedy drzwi otworzyły się szeroko, wpuszczając śnieg, Jasię i niewielkie drzewko.
Mikołaja dostrzegła dopiero za nim.
- Spotkałam go przy piekarni! - obwieściła dziewczynka. - I przyszliśmy do ciebie. Pan niesie choinkę.
To akurat trudno było przeoczyć. Jodła sięgała mężczyźnie do ramienia i wyraźnie bardziej rozrosła się z jednej strony, za to miała gęste igły i piękną, ciemną zieleń. Luiza poczuła nagłe pragnienie, żeby postawić ją przy oknie, zawiesić lampki i choć przez moment udawać, że naprawdę przygotowują się do świąt we własnym domu.
Pragnienie minęło, gdy pomyślała o pieniądzach. Została po nim złość na samą siebie. Czy naprawdę trzeba wszystkiego chcieć akurat wtedy, kiedy na nic nie można sobie pozwolić?
- To dla Rozalii? - zapytała, choć już znała odpowiedź.
- Chciałem zostawić ją pani i Jasi. Na święta.
- Dziękuję, ale nie mogę jej przyjąć. Wczoraj pomógł nam pan z noclegiem, a teraz jeszcze... Nie, naprawdę. Poradzimy sobie bez choinki.
Zobaczyła, jak córce rzednie mina, i natychmiast zapragnęła cofnąć własne słowa. Czyja to była duma i dlaczego musiała za nią płacić Jasia? Mimo wszystko Luiza nie umiała wyciągnąć rąk po kolejny prezent od obcego człowieka. Nie miała czym się odwdzięczyć i wstydziła się tego bardziej, niż potrafiłaby wyjaśnić.
Mikołaj tymczasem postawił doniczkę, ale nie zbliżył się ani nie zaczął przekonywać Luizy do zmiany zdania.
- Możemy potraktować ją jako depozyt. Wiosną zabiorę z powrotem. Mam miejsce, gdzie ją posadzę, a przez kilka dni może postać u was. Tylko proszę jej nie przegrzewać.
Luiza mimo woli rozejrzała się po lodowatej sali.
- Tutaj raczej jej to nie grozi.
- To prawda - zgodził się z taką powagą, że nie wytrzymała i się uśmiechnęła.
Jasia już klęczała obok doniczki, oglądając gałązki, lecz tym razem nie zasypała nikogo pytaniami. Czekała na zgodę matki. Zdążyła zrozumieć aż za wiele z rozmowy dorosłych i Luizie zrobiło się strasznie przykro, że zmusiła ją do wyczekiwania.
- Dobrze. Jeśli tylko na przechowanie, to... dobrze.
- Możemy ją ubrać? - wyrwało się małej.
- Możecie - odpowiedział Mikołaj. - Roślinie to nie przeszkadza.
Jasi tylko tyle było potrzeba. Przypomniała sobie o kolorowym papierze, który widziała w piekarni, i natychmiast zaczęła planować łańcuch. Luiza słuchała jej jednym uchem, pochłonięta próbą pogodzenia się z tym, że ktoś właśnie przyniósł im choinkę i nie chciał za to niczego. Depozyt! Oczywiście, że rozumiała ten wybieg. Doceniała go tak bardzo, że nie potrafiła spojrzeć mężczyźnie w oczy.
- Dziękuję - powiedziała wreszcie. - Sprawił nam pan ogromną przyjemność.
Tym razem nie próbowała dodać żadnego "ale".
Mikołaj przyglądał się Jasi, która opowiadała o aniele potrzebnym na czubek. Miała sprecyzowane zdanie o jego wyglądzie i nie zamierzała zadowolić się byle czym. Zwyczajny trójkąt z doklejoną głową odpadał. Anioł musiał mieć ręce i nogi, bo jak by się inaczej trzymał?
- Można go przywiązać wstążeczką - podsunęła Luiza, lecz córka popatrzyła na nią z takim oburzeniem, że czym prędzej zajęła się donicą.
Gdy po chwili Jaśminka pobiegła na górę do Rozalii po papier, w sklepie zrobiło się nadspodziewanie cicho. Luiza przez moment patrzyła za córeczką z uśmiechem, którego nie miała ochoty ukrywać.
- Jasia lubi opowiadać - stwierdziła. - Ledwo ktoś pozwoli jej skończyć jedną historię, już czeka następna. Czasem prosiłam ją, żeby przez pięć minut nie mówiła, bo nie słyszę własnych myśli. A potem, kiedy zrobiło się... trudniej, bałam się, że zamknie się w sobie. Że pewnego dnia usiądzie w kącie i nic już nie będzie miała do powiedzenia.
Urwała, zaskoczona własnymi słowami. Nie miała zamiaru zwierzać się obcemu mężczyźnie. Skąd jej się to wzięło?
Mikołaj jednak udał, że nie widzi tego zawahania.
- Dzisiaj opowiadała mi o chomiku z przedszkola. Chyba nie brakuje jej tematów.
- Z przedszkola? - Luiza zaśmiała się cicho. - Jasia chodzi już do szkoły. To historia sprzed dwóch lat, o chomiku, którego nigdy nie było. Dzieci tak długo prosiły, aż pani kupiła im akwarium z rybkami. Jasia obraziła się wtedy na ryby. Na szczęście dość szybko jej przeszło.
Słuchał, a ona nagle przyłapała się na tym, że nie musi śpieszyć się do puenty. Nie musiała też pytać go natychmiast o coś w zamian ani udowadniać, że ma do opowiedzenia coś naprawdę zajmującego. Mogła mówić o nieistniejącym chomiku, własnej córce, o tym, że czasami zupełnie nie nadąża za jej pomysłami. Było to przyjemne i zarazem tak niezwykłe, że przez moment nie wiedziała, co z tym zrobić.
W końcu przekierowała rozmowę na drzewko. Znała się przecież na roślinach równie dobrze jak Mikołaj, nie potrzebowała wskazówek, ale uważała, że uczciwie będzie, jeśli zyska akceptację właściciela w kwestiach związanych z podlewaniem i pielęgnacją. Mężczyzna odpowiadał spokojnie, już bez lęku, że Luiza źle zrozumie jego intencje, a ona po raz pierwszy od przyjazdu rozmawiała z kimś o czymś, co lubiła.
Kiedy wyszedł, w pustym sklepie został tylko delikatny zapach jodły. Przybierał na sile, ilekroć Luiza dotknęła gałązek, przenosząc doniczkę bliżej drzwi. Znała go od dziecka. Dawno nic nie przypomniało jej tak mocno, że święta mogą być czymś więcej niż czasem, który trzeba jakoś przetrwać.
W Wigilię Jasna Dolina obudziła się pod bezchmurnym niebem, a śnieg na rynku zaróżowił się w pierwszych promieniach słońca. Ludzie jeszcze spieszyli z torbami, jeszcze zaglądali do piekarni po zamówione ciasta, lecz w ich nawoływaniach było coś pogodniejszego niż zwykle. Nawet ci, którzy przez cały rok ledwo pozdrawiali się skinieniem głowy, teraz zatrzymywali się na krótkie życzenia.
Luiza od rana pomagała Rozalii. Uparła się przy tym tak stanowczo, że gospodyni w końcu dała za wygraną i powierzyła jej pierogi. Potem doszły sałatka, zmywanie, mielenie maku do klusek... Za każdym razem, gdy kończyła jedno zajęcie, znajdowała następne. Czuła się znacznie lepiej jako ktoś przydatny niż jako niespodziewany gość, którego trzeba nakarmić i ulokować w pachnącej pościeli. Nie myślała o tym w ten sposób, oczywiście. Po prostu pomagała. Zadziwiające, jak wiele potrafi się pomieścić w takim "po prostu".
Rozalia zorientowała się wcześniej niż ona sama.
- Lusia, wystarczy. Idź do Jasi, bo trzeci raz pyta, kiedy przyjdziesz ubierać choinkę.
- Jeszcze tylko umyję...
- Nie. - Gospodyni położyła przed nią ścierkę do rąk. - Dziecko nie zapamięta, czy umyłaś mi dzisiaj garnek. Ubieranie z tobą choinki zapamięta.
Luiza już chciała wyjaśnić, że nie zaniedbuje córki, że przez cały ranek była tuż obok, lecz ugryzła się w język. Rozalia nie robiła jej wyrzutów. W ogóle chyba nie przyszło jej do głowy, że ktoś mógłby usłyszeć w tych słowach oskarżenie. To ona, Luiza, spodziewała się go wszędzie.
- Masz rację - przyznała. - Tylko mi powiedz, czy czegoś jeszcze...
Rozalia wskazała drzwi. Najwyraźniej była osobą, z którą się nie dyskutuje.
Jodła stała na końcu korytarza, przy dużym oknie, gdzie było dostatecznie chłodno, żeby nie zaszkodziła jej krótka świąteczna wizyta. Jasia i Stefan zdążyli już zawiesić kilka drewnianych ozdób znalezionych na strychu, ale łańcuch wciąż leżał na podłodze, a anioł na czubek czekał na dokończenie. Miał całkiem zgrabne nogi, zgodnie z życzeniem projektantki, za to głowę tak wielką, że nie chciał utrzymać równowagi.
- Próbowałem - wyjaśnił Stefan, podając Luizie papierową postać. - Musisz go jakoś przekonać.
Luiza obejrzała dzieło. Anioł miał narysowane czerwone usta i jedno oko nieco wyżej od drugiego. Jasia w napięciu czekała na reakcję mamy; włożyła w swoje dzieło mnóstwo pracy i najwyraźniej obawiała się, że Luiza zaraz zacznie coś poprawiać. Ona jednak przytuliła ją krótko.
- Jest piękny. Pomożesz mi go posadzić?
Pomogła. Potem pomagała przy wszystkim, a kiedy wreszcie stanęły obok siebie i spojrzały na ubraną jodłę, Luiza pomyślała z rozczuleniem, że dawno nie widziała równie pokracznej i równie emanującej miłością choinki. Ozdoby nie pasowały do siebie kolorami, łańcuch w połowie zmieniał grubość, za to Jasia była tak dumna, jakby sama wyhodowała to drzewko.
- Mikołaj przyjdzie na kolację? - zapytała.
- Przyjdzie - odpowiedział Stefan. - Co roku do nas zagląda. Tylko musicie nam przypomnieć, żeby zostawić mu rybę, bo Rozalia lubi wszystkich nakarmić od razu.
O piątej okazało się, że obawy były bezpodstawne. Ryby wystarczyłoby dla dwunastu osób, pierogów zapewne dla jeszcze kilku, a Rozalia i tak spojrzała na zastawiony stół z niepokojem i mruknęła, że mogła dorobić śledzi. Luiza, która od dwudziestu minut próbowała gdzieś zmieścić koszyk z chlebem, roześmiała się bezwiednie.
- Po co? Przecież jest mnóstwo jedzenia!
- Co to jest pięć półmisków? - obruszyła się gospodyni. - Stefan, gdzie kompot?
Mikołaj zjawił się w samą porę, żeby pomóc z ostatnimi naczyniami. Przyniósł pomarańcze, słoik miodu i przeznaczoną dla Jasi małą paczkę, którą ukrył za plecami tak nieudolnie, że dziewczynka natychmiast zapragnęła sprawdzić, co też tam ma. Luiza przywołała ją do siebie, chociaż sama miała ochotę się uśmiechnąć. Przed świętami niemal udało jej się zapomnieć, że oprócz wszystkich zmartwień na świecie istnieją jeszcze prezenty.
Jej własny, kupiony dla córki znacznie wcześniej, czekał w pokoju. Zwykły zestaw farb. W sklepie wydawał jej się zbyt skromny; teraz cieszyła się, że nie uległa tamtemu głupiemu wstydowi i go nie odłożyła.
Gdy Rozalia przyniosła opłatek, Luiza nagle straciła całą swobodę. Do tej pory można było pomagać, żartować, zachwycać się choinką. Teraz trzeba było stanąć przed ludźmi, którzy nic o niej nie wiedzieli, przyjąć ich dobre życzenia i odpowiedzieć z taką samą życzliwością. Boże, tylko się nie rozpłakać. Miała ostatnio wrażenie, że już sama myśl, iż ktoś mógłby być dla niej miły, doprowadza ją do łez.
Rozalia objęła ją bez żadnego uroczystego wstępu.
- Życzę ci, kochana, żebyś się tutaj dobrze czuła. I żeby zdrowie dopisywało wam obu. Resztę będziemy załatwiać po kolei.
- Dziękuję - wyszeptała Luiza. - Za wszystko. Nie wiem, co byśmy bez ciebie...
- Już dobrze, Lusia.
Luiza przez chwilę tuliła się do niemal obcej kobiety i nie potrafiła wydobyć z siebie słowa. Rozalia jej nie poganiała, nie odsuwała, żeby przyjrzeć się zapłakanej twarzy. Po prostu trzymała ją w ramionach, a Luiza z bolesną tęsknotą pomyślała o Reni. Tak samo pachniała ciocia w Wigilię. Smażoną cebulką i wanilią. A Luiza nigdy się nie zastanawiała, jak przedziwne jest to połączenie.
Od Stefana dostała życzenie pomyślności i zapewnienie, że ze stołem na zapleczu nie będzie problemu, dopasują do niego jakieś krzesła. Mikołaj życzył jej dobrych świąt. Niczego więcej, a jednak spojrzała na niego z wdzięcznością, bo właśnie tych najbliższych dni najbardziej się bała.
Jasia czekała niecierpliwie na swoją kolej, ściskając kawałek opłatka.
- Mamusiu, żeby ci się wszystko udało - powiedziała z takim przekonaniem, że Luiza natychmiast znowu poczuła łzy pod powiekami. - A ja ci pomogę w kwiaciarni. Mogę podawać wstążki. I nie martw się, pamiętam, że nożycami jeszcze mi nie wolno ciąć, tymi twoimi ostrymi.
Luiza przykucnęła przy niej.
- Będziesz moją najlepszą pomocnicą. A ja ci życzę dużo radości, córeczko. I żebyś zawsze miała komu opowiedzieć o swoich przygodach.
- Mogę tobie.
- Możesz - odparła i przytuliła ją tak mocno, że dziewczynka po chwili zaczęła się wiercić. Opłatek się kruszył, barszcz czekał, a dorośli mieli nieznośną skłonność do przedłużania takich chwil.
Usiedli wreszcie do stołu. Przez pierwsze minuty Rozalia troszczyła się głównie o to, by na każdym talerzu znalazło się coś jeszcze, Stefan zaś z pogodną cierpliwością odmawiał kolejnych dokładek. Nie kłócili się. Najwyraźniej był to zwyczajny porządek ich domowych posiłków: ona proponowała, on się bronił, a potem oboje zapominali, na czym stanęło, i zaczynali od nowa.
Luiza słuchała tego z przyjemnością, której nie próbowała już wypierać. Lubiła ich. Lubiła ten trochę ciasny pokój, krzesła nie do pary i Rozalię, która zdążyła ubrudzić świąteczną bluzkę barszczem, zanim upiła pierwszy łyk. Nikt nie robił z tego tragedii. Stefan podał żonie serwetkę, ona machnęła ręką i wróciła do opowieści o kobiecie, która zamówiła trzy makowce, a przyszła po pięć, szczerze przekonana, że Rozalia źle zapisała.
- I co zrobiłaś? - zainteresowała się Luiza.
- Dałam pięć. Upiekłam więcej, na szczęście, bo ją znam. Ale żeby zaraz na mnie...
- Ja kiedyś zapomniałam zrobić ślubnego bukietu - przyznała Luiza i aż sama się zdziwiła, że wspomnienie nie wywołuje już dawnego skurczu żołądka. - I stroika do włosów dla panny młodej, i bukieciku do butonierki dla pana młodego. Zapisałam odbiór na niedzielę, a ślub był w sobotę. Miałam dwadzieścia trzy lata i wydawało mi się, że wszystko potrafię zapamiętać. Pan młody przyjechał o dziesiątej, a ja go jeszcze z uśmiechem zapytałam, w czym mogę pomóc. Chyba nigdy nie zapomnę jego miny.
- Zdążyła pani? - zapytał Mikołaj.
- Zdążyłam, ale do dzisiaj nie wiem jak. On siedział na krześle, biały jak ślubna koszula, ja robiłam bukiet i udawałam, że sytuacja jest pod kontrolą. Kwiaty miałam, to mnie uratowało. Panna młoda chciała róże i frezje, tylko z frezjami zawsze trzeba uważać, żeby nie połamać... - Przerwała i roześmiała się do własnych myśli. - Prawdę mówiąc, trzęsłam się bardziej niż ten biedny pan. W końcu do niej zadzwonił, żeby się nie martwiła. A ona, zamiast urządzić nam awanturę, powiedziała, że nie musi się spieszyć, bo fryzjerka też jeszcze nie skończyła.
Rozalia pokręciła głową ze zrozumieniem.
- Wszędzie jest tak samo. Klient przychodzi, a człowiek musi wyglądać, jakby dokładnie wiedział, co robi.
- Właśnie! Ja nawet chciałam zrezygnować z wynagrodzenia, ale on nie pozwolił. Zapłacił i powiedział, że nic się przecież nie stało. Po roku przyszli razem, z wózkiem, po kwiaty na rocznicę. Dopiero wtedy zapytałam ją, czy ten bukiet naprawdę jej się podobał. A ona mi powiedziała... - Luiza umilkła na moment, wciąż z uśmiechem. - Że najbardziej podobało jej się to, że zrobiłam go sama. Myślała, że zamówione bukiety przywożą gdzieś z hurtowni, gotowe, w pudełkach. Dopiero mąż opowiedział, jak to wyglądało.
- Mamo, ty zrobiłaś bukiet szybciej niż pani włosy? - upewniła się Jasia, która wychwyciła z opowieści najistotniejszy szczegół.
- Wygląda na to, że tak.
- Oj, to biedna ta panna młoda. Ja bym tyle nie wysiedziała.
Mikołaj uśmiechnął się do dziewczynki, a Rozalia zaczęła opowiadać o swoich przygotowaniach do ślubu. Luiza słuchała jej, nadal trochę zdumiona, że sama przed chwilą mówiła tak długo. Nie o naprawach, noclegu, pieniądzach. O pracy, którą lubiła. O sobie sprzed tych wszystkich lat, kiedy pomyłka w zamówieniu mogła być najgorszą rzeczą, jaka spotkała ją danego dnia.
Tęskniła za tamtą dziewczyną. Ogromnie.
Po kolacji Stefan włączył kolędy, a Jasia wreszcie dostała pozwolenie na rozpakowanie prezentów. Znalazła swoje farby, szkicownik od Rozalii, a od Mikołaja małe pudełko, w którym była lupa.
- Do oglądania roślin - wyjaśnił, zanim zdążyła zapytać. - Mówiłaś wczoraj, że narysujesz mi szklarnię. Pomyślałem, że może się przydać.
Luiza pamiętała tamtą obietnicę z powrotu do piekarni. Rzuconą mimochodem, pomiędzy jednym a drugim tematem, właściwie bez znaczenia. A on też zapamiętał.
Jasia natychmiast zaczęła oglądać przez lupę obrus, serwetkę i dłoń Stefana, a zachwyt nad tym, co zobaczyła, wystarczył Mikołajowi za podziękowanie. Luiza już chciała przypomnieć córce o grzeczności, lecz mężczyzna właśnie objaśniał jej, w jakiej odległości trzeba trzymać szkiełko, żeby obraz był wyraźny. Dała im spokój. Podziękuje później.
Sama przysunęła się bliżej gospodarzy. Nie zamierzała dłużej odwlekać tej rozmowy tylko dlatego, że trudno było ją zacząć.
- Chciałabym was o coś poprosić. Czy mogłybyśmy tu zostać do czasu naprawy ogrzewania? Wiem, że zapowiadałam się na jedną noc, a teraz... - Zawahała się, ale tym razem nie uciekła w pośpieszne zapewnienia, że jakoś sobie poradzi. - Chciałabym spróbować z kwiaciarnią. Naprawdę. Tylko muszę najpierw wiedzieć, że mamy gdzie spać.
Rozalia spojrzała na Stefana. Luiza była jej za to wdzięczna; nie chciała, żeby dobre serce jednej osoby zobowiązywało drugą.
- Zostańcie - powiedział mężczyzna. - Pokój jest wolny. Jak Franek naprawi, przeniesiecie się do siebie.
- Ustalmy opłatę - dodała Luiza. - Za mieszkanie i jedzenie. Nie chcę, żebyście do nas dokładali.
- Ustalimy po świętach - zgodziła się Rozalia. - Teraz mi powiedz o tej kwiaciarni. Jak ty ją sobie właściwie wyobrażasz?
Luiza spojrzała na nią zaskoczona. W głowie miała już kolejne argumenty, obietnice, wyliczenia, a tu takie pytanie. Jak ją sobie wyobrażała? Przecież wiedziała dokładnie! Od dawna wiedziała, choć przez ostatnie dni wmawiała sobie, że to tylko przelotny pomysł.
- Chciałabym zostawić te zielone ramy - zaczęła. - I odsłonić całą witrynę, bo ciocia zastawiła ją półkami. Od środka, pod oknem, zrobiłabym szeroki blat. Tam jest dobre światło, można pracować i od razu widzieć, czy ktoś przychodzi. Kwiaty stałyby w wiadrach przy ścianie, a na zapleczu Jasia miałaby swój kąt. Na początek nic wielkiego. Wiem, że muszę znaleźć dostawcę, policzyć koszty...
- To policzysz - odparła Rozalia. - O tym blacie mi jeszcze powiedz. Gdzie chcesz go dać, od strony naszej ściany?
Luiza zaczęła tłumaczyć. Stefan coś doradził, Mikołaj podniósł głowę znad szkicownika Jasi, a po chwili ona sama złapała się na tym, że mówi "kiedy otworzę", zamiast "gdybym otworzyła". Nie poprawiła się.
Pracy było mnóstwo. Pieniędzy wciąż niewiele. Od samego opowiadania o kwiatach nie miało się przecież zrobić łatwiej, ale tego wieczoru, przy stole zastawionym resztkami kolacji, Luiza pragnęła choć spróbować. Już nie tylko dlatego, że nie wymyśliła niczego innego. Chciała znów rano przychodzić do kwiatów, wybierać wstążki, kłócić się z dostawcą o jakość róż. Chciała być w czymś dobra i o tym pamiętać. Zwyczajnie żyć.
Dopiero później, w pokoju, Jasia zadała pytanie, którego Luiza się nie spodziewała.
- To nie musimy jutro jechać?
Siedziała na łóżku z lupą w dłoni, a przy poduszce ułożyła nowe farby. Przez cały wieczór była wesoła, zajęta prezentami i podsłuchiwaniem rozmów dorosłych. Nic nie wskazywało na to, że przez ten czas czymkolwiek się martwiła.
- Nie, kochanie. Zostajemy tutaj, dopóki pan Franek nie naprawi pieca. Potem zamieszkamy u cioci. To znaczy... u siebie.
- Dobrze. - Dziewczynka wyraźnie odetchnęła. - Bo ten anioł by się zgniótł w walizce. I łańcuch. A ja jeszcze chciałam zrobić dłuższy, do naszego okna.
Luiza przez chwilę nie potrafiła odpowiedzieć. Myślała o jodłowym drzewku i niezgrabnym aniele, któremu córka uparła się dorysować nogi. Dla niej samej te ozdoby były po prostu wzruszającym świątecznym drobiazgiem. Jasia już zastanawiała się, jak je zabrać w następną drogę.
Luiza przygarnęła dziewczynkę do siebie, nie przejmując się tym, że przeszkadza jej w oglądaniu lupy.
- Zrobimy długi łańcuch. Jaki tylko będziesz chciała. A anioł zostanie na choince.
Jasia przytuliła się chętnie, lecz po chwili uniosła głowę i spojrzała na matkę z zaciekawieniem.
- Mamo, dlaczego płaczesz?
Luiza otarła policzek i próbowała się uśmiechnąć.
- Bo chciałabym, żeby ci tu było dobrze. Tak strasznie bym chciała, Jasiu...
- Jest mi dobrze. Tylko nie lubię kompotu z suszonych śliwek. Mogę jutro nie pić?
Uśmiech Luizy zadrżał, a potem zmienił się w śmiech, cichy i mokry od łez. Pocałowała córkę w czoło.
- Możesz. Na pewno możesz.
Gdy mała zasnęła, Luiza długo jeszcze siedziała obok. Za oknem połyskiwał śnieg, na korytarzu czekała ich pożyczona choinka, a w pokoju po drugiej stronie ściany Rozalia ze Stefanem spierali się półgłosem o to, kto jutro wstanie pierwszy i nastawi wodę. Zwykły wieczór. Dla tych dwojga zapewne jeden z wielu.
Luiza wyjęła z walizki ubrania Jasi. Do tej pory trzymała wszystko spakowane, tak było wygodniej, gdy nie wiedziało się, co przyniesie rano. Teraz znalazła w szafie wolną półkę i ułożyła na niej małe sweterki. Sobie zostawiła miejsce obok.
Na stoliku leżało zdjęcie dziewczynki z ogromnym bukietem, zrobione wiele lat temu przed sklepem Reni. Luiza przyjrzała się mu w świetle nocnej lampki. Od zawsze marzyła o własnej kwiaciarni, a ciocia obiecywała, że będzie jej pierwszą klientką. Nie zdążą już dotrzymać sobie obu obietnic, ale jedną jeszcze mogła spełnić...
Dalsza część w wersji pełnej