Kwestia winy - Bruce Holsinger

Kup ebooka

54.00 zł
43.20 zł (43,14 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Uważam zatem, że właśnie to stanowi nieludzką duszę algorytmu. Może on za nas myśleć, może dla nas pracować, może organizować nam życie, ale nigdy nie będzie za nas krwawić. Nigdy nie będzie za nas cierpieć. Nigdy nie pogrąży się za nas w żałobie.

Ta niemożność stanowi istotę jego moralności.

Lorelei Shaw, Silikonowe dusze. Kwestia winy sztucznych umysłów

Poznałem Lorelei Shaw, gdy pracowała nad dysertacją z tego, co dziś nazwalibyśmy etyką sztucznej inteligencji. Podczas naszej pierwszej randki dowiedziałem się, że studiuje na Uniwersytecie Chicagowskim, robiąc podwójny doktorat z inżynierii i filozofii, a szczególnie interesuje ją nowa dziedzina zwana moralnością obliczeniową. Z nieco zażenowanym śmiechem zapytałem, co to właściwie znaczy. Umieściła w jednym rzędzie nasze podstawki, szklanki, wykałaczki i serwetki koktajlowe, po czym zaczęła wyjaśniać.

Tłumaczyła, że szuka odpowiedzi na pytanie, jak uczymy się być dobrymi. Chciała wiedzieć, czy w ten sam sposób da się wytrenować maszyny, żeby czyniły dobro. Patrzyłem, jak poruszają się jej wargi, zahipnotyzowany konstelacją piegów na delikatnej twarzy, burzą niesfornych loków, drobnym dołkiem w brodzie.

Dopijając martini, Lorelei podała mi tytuł swojej dysertacji (Rozum obliczeniowy a realizm etyczny: czy ludzie są maszynami moralnymi?), po czym wierciła się na stołku, mrugając jak sowa, jakby chciała rzucić mi wyzwanie: odważ się odejść.

Zamówiłem następną kolejkę.

W maju, kiedy braliśmy ślub, kończyłem drugi rok prawa na DePaul University i zaczynałem letnie praktyki w średniej wielkości regionalnej kancelarii pod Waszyngtonem. Następnej zimy przyjąłem od niej ofertę stałego zatrudnienia, dokładnie w tym samym czasie, gdy Lorelei dostała etat naukowy na Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa w pobliskim Baltimore. Kupiliśmy mieszkanie w Marylandzie blisko linii kolejowej, żebyśmy oboje mieli łatwy dojazd do pracy, a kilkoro dzieci później przenieśliśmy się do domu w Bethesdzie.

Dla naszych przyjaciół brzmiało to jak początek dowcipu: prawnik i filozofka wchodzą do baru... Ale różnice między nami podtrzymywały wzajemne zainteresowanie, ożywiały nasz związek. Nie bez mężowskiej dumy i satysfakcji patrzyłem, jak Lorelei pędzi na prestiżowe sympozja w Brisbane czy Dubaju, dostaje lukratywne zlecenia od think tanków i korporacji, podczas gdy ja mozolnie pracowałem w podmiejskim kompleksie biurowym, krążąc między arkuszami kalkulacyjnymi a ekspresem do kawy marki Keurig. Lubiłem to, ten tygiel klientów i spraw, a wedle wszelkich standardów środowiska, z którego pochodzę, stała praca z pensją tak wysoką jak moja czyniła ze mnie doskonały przykład człowieka sukcesu. Moi bliscy nie mieli pojęcia, że DePaul University nie jest najlepszą uczelnią prawniczą w Chicago. Nie jest nawet drugi na liście.

A ja o to nie dbałem. Miałem Lorelei, mieliśmy naszą rodzinę, mieliśmy niewiarygodne szczęście.

W roku naszego piętnastego jubileuszu Lorelei otrzymała stypendium MacArthurów, tak zwany grant dla geniuszy. W uzasadnieniu podkreślono jej przełomową pracę nad moralnością sztucznej inteligencji oraz rolę w kształtowaniu nowej dziedziny o kluczowym znaczeniu dla przyszłości ludzkości. Podczas uroczystego przyjęcia wydanego z tej okazji skuliliśmy się w kącie z Charliem (wówczas dziewięcioletnim), gdy rektor Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa żartował o pakiecie wynagrodzenia, który musiałby zaoferować, żeby matka Charliego nie przeszła do Stanford czy MIT.

Ale została. Lorelei zawsze była lojalna: wobec pracodawców, wobec swoich pasji, wobec trójki swojego rodzeństwa.

Najmłodsza z nich, Julia, w czasie naszego ślubu odbywała aplikację przy Sądzie Najwyższym u sędziego Breyera. (Shawowie to właśnie taka rodzina). Po ceremonii nieco już podpita Julia odciągnęła mnie na bok, żeby powiedzieć, jak bardzo mnie podziwia. Przyjąłem to sceptycznie, zapytałem więc dlaczego. Usłyszałem, że niewielu jest mężczyzn gotowych poślubić kobietę, która ma nad nimi tak oczywistą intelektualną przewagę. Odpowiedziałem, że niewiele jest też mądrych kobiet, które byłyby w stanie poślubić faceta głupiego jak but. "I tutaj się mylisz" - rzuciła na koniec, po czym pomknęła w stronę baru.

Szwagierka nie powiedziała mi niczego, czego bym nie wiedział. Było dla mnie jasne, że w przeciwieństwie do mojej świeżo poślubionej żony nigdy nie zostanę gwiazdą w swoim fachu i nigdy nie będę miał tak wielkiego umysłu. Ona i ja, geniuszka na skalę światową i zwykły przeciętniak, zupełnie jakbyśmy chcieli potwierdzić wyświechtane powiedzenie, że przeciwieństwa się przyciągają. Ale jakimś cudem to się udawało, bo w zdrowiu i względnej harmonii zdołaliśmy wychować troje dzieci.

Jak to robimy? Sam się czasem zastanawiam. Jaki jest nasz przepis na sukces?

Kiedy pewnego razu zapytałem o to moją żonę, odpowiedziała porównaniem, które przyszło jej z taką łatwością, z jaką wprawny kucharz przewraca naleśniki. "Rodzina jest jak algorytm", oznajmiła, składając ścierki do naczyń w ten swój kompulsywny sposób tak, by powstał stos z idealnie wyrównanymi czterema rogami. Nie dodała nic więcej.

Niech będzie i tak, pomyślałem, po czym odłożyłem tę analogię do uzupełnianego na bieżąco katalogu osobliwych spostrzeżeń mojej żony. Z czasem jednak zacząłem dostrzegać, że dla Lorelei to porównanie było swego rodzaju credo. Dawało jej coś, w co mogła wierzyć. Coś, czego mogła się trzymać w obliczu chaosu, katastrofy, nagłej śmierci.

Podobnie jak algorytm rodzina jest nieskończenie złożona, a mimo to elastyczna i odporna, rodzice i dzieci współpracują jako części zawiłej, skoordynowanej całości. Owszem, zdarzają się w systemie jakieś drobne usterki czy defekty, nawet błąd tu czy tam, ale wystarczy od czasu do czasu skorygować parametry, a życie będzie się toczyć dalej według złożonych, choć przewidywalnych wzorców jako nieskończony cykl danych wejściowych i wyników, który podlega naszej wiedzy i kontroli.

Tak więc rodzina jest jak algorytm. Powtarzaj to sobie dostatecznie często, a uwierzysz.

Rodzina jest jak algorytm.

Rodzina jest jak algorytm.

Rodzina jest jak algorytm.

Rodzina jest jak algorytm.

Rodzina jest jak algorytm.

Rodzina jest jak algorytm.

Rodzina jest jak algorytm.

Dopóki nie wystąpi błąd krytyczny.

Rozdział 1

Mówią, że to klątwa zwycięzcy: klasyczny dylemat w procesie przejęcia, gdy firma przejmująca przecenia wartość spółki docelowej, bo zawyża wartość jej aktywów i zaniża zadłużenie. Dziś widać to często w chwiejnym sektorze nieruchomości, ale branża wysokich technologii na takie zagrożenie jest podatna zawsze.

Sprawa, którą mam teraz przed sobą - dosłownie przed sobą, bo w formie roboczej notatki na moim laptopie rozpostartym między deską rozdzielczą a uniesionym kolanem, podczas gdy razem z rodziną mkniemy po autostradzie przez Maryland - dotyczy prostego połączenia dwóch firm z branży energii słonecznej. Nasz klient dał się ponieść emocjom podczas negocjacji i przyjął na wiarę naciąganą samoocenę mniejszej firmy, która mocno zawyżyła swoją atrakcyjność rynkową. (Okazuje się, że większość nabywców domowych instalacji fotowoltaicznych nie chce na dachu rzekomo klasycznych paneli w stylu art déco czy neogotyckim).

Teraz nasz klient ma pietra. Czuć zmianę tonu e-maili i narastającą niepewność podczas spotkań na Zoomie. Członkowie zarządu szukają powodów, żeby się wycofać, a ja mam za zadanie ich od tego odwieść, pokazując im, dlaczego rezygnacja byłaby poważnym błędem.

Dysponuję mocnym argumentem. Koszty związane z zerwaniem umowy i nieuchronnym procesem sądowym szybko przerosłyby zawyżoną wycenę spółki docelowej pomniejszoną o jej rzeczywistą wartość. Innymi słowy, nasz klient straci znacznie więcej pieniędzy, wycofując się, niż doprowadzając transakcję do końca - a ta różnica trafi bezpośrednio do kasy mojej kancelarii. Notatka na laptopie objaśnia ten niezręczny paradoks z retorycznym wyczuciem i odrobiną humoru.

Właśnie układam w myślach szczególnie finezyjne zdanie, gdy najeżdżamy na wybój w drodze, przez co laptop podskakuje na wystającej kości kolana. Łapię go, zanim spadnie, i kładę na udach, ale tam moje słowa rozmywają się w oślepiającym blasku słońca. Wracam więc do pierwotnej, mniej wygodnej pozycji z uniesioną nogą i piszczelą opartą o schowek na rękawiczki.

Charlie śmieje się z czegoś. Odrywam oczy od mojego finezyjnego zdania i zerkam na niego siedzącego w fotelu kierowcy. Natychmiast zapominam o rozdrażnieniu, widząc z profilu przystojną twarz mojego syna. Lewy łokieć oparł pod szybą, prawą rękę niedbale położył na podłokietniku w konsoli środkowej, nogi ma rozchylone, kolana daleko jedno od drugiego.

Charlie jest dziś de facto naszym kierowcą - nie tyle prowadzi, ile monitoruje podróż na tym odcinku drogi. Od sześciu miesięcy jeździmy minivanem SensTrek, ale przy włączonym trybie jazdy bez użycia rąk niektóre manewry samochodu wciąż mnie niepokoją: raptowne hamowanie, bezsensowna zmiana pasa, te dziwne i nieoczekiwane szarpnięcia kierownicą. Chyba jednak pojazd wie, co robi, a oddając mu kontrolę, zyskujemy pewną swobodę, choć zawierzamy nasze życie i zdrowie czemuś, co ukrywa się gdzieś za deską rozdzielczą. Zupełnie jak w starej pianoli, w której niewidoczny mechanizm poruszał klawiszami niczym duch.

W oczach Charliego wciąż tli się iskierka rozbawienia.

- Co tam?

Kręci głową.

- Tak sobie myślę.

- O meczu?

- Yhy.

- Madlax Capital, tak? Pierwsze spotkanie?

- To jutro. Dzisiaj Tristate.

- Nie zmiażdżyliście ich na Winter Classic?

- Ich bramkarz miał kontuzję. Koleś wymiata. Przechodzi do Michigan.

- Ach tak? - Uśmiecham się. Michigan. Uczelnia, która bezskutecznie próbowała pozyskać Charliego na trzecim roku. - Więc może spotkacie się w tym sezonie.

- Gramy z nimi w kwietniu. Na wyjeździe.

- Dacie radę. - W myślach zaczynam planować wiosenny wypad do Ann Arbor.

Cel dzisiejszej podróży jest znacznie mniej ciekawy: megacentrum sportu dzieci i młodzieży nad Atlantykiem we wschodniej części stanu Delaware. Ten turniej będzie zwieńczeniem młodzieżowej kariery Charliego, dlatego całą naszą piątkę oraz szesnaście innych rodzin, które znamy od lat, czeka chaotyczny weekend, bo będziemy kursować między zatłoczonym hotelem, boiskami turniejowymi i restauracjami sieciowymi na kolacje w większym gronie.

Już czuję, że będzie mi brakować tych szalonych turniejów. Świadomość, że ostatni występ Charliego spędzimy wspólnie, wywołuje przedwczesną nostalgię, tonowaną nieco przez ekscytację tym, co mogą przynieść kolejne lata. Połowa drużyny trafi potem do ligi uniwersyteckiej. Ale Charlie jest niekwestionowaną gwiazdą swojego zespołu, jednym z najwyżej ocenianych młodych zawodników w kraju, o którego zabiegają najlepsze uczelnie. Rok temu postanowił, że będzie grał w North Carolina; rozmawiał z trenerem na tarasie za domem, podczas gdy jego mama i ja czekaliśmy w środku pełni dumy, dziś podszytej melancholią. Za sześć krótkich tygodni Charlie wyjeżdża na zgrupowanie przed rozpoczęciem sezonu, a potem zaczyna pierwszy rok studiów, a my już teraz zaczynamy opłakiwać jego nieobecność.

Zapewne z wyjątkiem Alice. Ona nie zalicza się do największych fanów swojego brata. Przed wyjazdem znowu się pokłócili, tym razem poszło o przenośną ładowarkę do telefonu komórkowego, którą obydwoje uznają za własną.

Lusterko w osłonie przeciwsłonecznej odbija grube szkła okularów naszej starszej córki, teraz lodowoniebieskie od blasku wyświetlacza. Właśnie podnosi dłoń i ociera nos, zostawiając na policzku lśniący ślad smarka. Powstrzymuję odruch, żeby podać jej chusteczkę i zasugerować, że powinna choć na chwilę spojrzeć za okno. Wiem, że żadna tego rodzaju uwaga nie zostałaby mile przyjęta.

Przechylam osłonę, żeby zerknąć na Lorelei. Z brudnoróżowymi słuchawkami na uszach pisze coś w rozłożonym na kolanach notatniku. Podczas gdy ja wystukuję na klawiaturze rutynową notatkę dla klienta, Lorelei przygotowuje się do zaplanowanego na przyszły tydzień w Montrealu spotkania grupy roboczej na temat sztucznej inteligencji i kwantowego czegoś tam. Jej głowa porusza się w rytm łagodnych zakrętów drogi, brwi ma ściągnięte w skupieniu. Tak właśnie wygląda, gdy wpada w wir pracy - czy to w łóżku przed zgaszeniem światła, czy w samolocie podczas transatlantyckiego lotu: skupiona, wyciszona, nieobecna dla świata.

Podnosi wzrok, być może wyczuwając moje spojrzenie w wąskiej tafli lusterka. Odruchowy uśmiech, cienie pod nieumalowanymi oczami.

Lorelei pracuje za ciężko, zwłaszcza ostatnio. Od roku musi sprostać wymaganiom wyższym niż kiedykolwiek wcześniej w całej karierze, niemal destrukcyjnym. Jest zbyt zdeterminowana, zbyt gorliwa, zbyt chętna, by zadowolić wszystkich, którzy roszczą sobie prawo do jej ograniczonego czasu. Widzę, co nadmiar obowiązków z nią robi.

Lorelei wie, że się martwię, i uważa, że martwię się za bardzo. Nie zgadzam się z tym. (O tym też wie).

W lusterku puszcza do mnie oczko - nic nieznaczący gest, który ma mnie udobruchać - po czym jej wzrok znów opada na kolana.

Przesuwam lusterko, żeby spojrzeć na Izzy. Nasza najmłodsza rozkłada się na tylnej kanapie, przez co pas bezpieczeństwa ledwie muska jej ramię, filigranowa jak gołąbek. Zamiast się odwracać, wysyłam jej esemesa: "Popraw pas!" - i czekam na reakcję. Izzy siada prosto, podciąga pas na ramię i wesoło macha swoim iPhone'em do mojego odbicia w lusterku. Kilka sekund później na wyświetlaczu mojego telefonu pojawiają się trzy emotikony z kciukiem w górę, a za nimi serduszko.

W przeciwieństwie do swojej siostry Izzy będzie w siódmym niebie przez cały weekend. Warto zabierać ją na mecze choćby dla samej radości. Jako ulubiona siostra wszystkich kolegów Charliego z drużyny, niczym jednoosobowa grupa cheerleaderek połowę meczu spędzi, stając na rękach i robiąc fikołki przy linii bocznej albo wygwizdując złe decyzje sędziów.

Podnoszę osłonę przeciwsłoneczną i rozglądam się po drodze przed nami. Godzinę temu, kiedy opuszczaliśmy Bethesdę i przejeżdżaliśmy przez Bay Bridge, weekendowi plażowicze zakorkowali autostradę, ale teraz, na dwupasmówce przecinającej pola soi i kukurydzy na wiejskich obszarach Wschodniego Wybrzeża, jest już luźniej. Samochody pędzą z naprzeciwka, a te jadące z tyłu wyprzedzają przestrzegającego ograniczenia prędkości minivana. Nie śpieszymy się, face-off dopiero o siedemnastej trzydzieści. Wyjechaliśmy z dużym zapasem, żeby dotrzeć na rozgrzewkę - wtedy będę miał jeszcze czterdzieści minut, żeby dokończyć notatkę dla klienta.

Z westchnieniem kładę laptop na kolanach i przygarbiam się w fotelu. Wyświetlacz znów zastępuje drogę wijącą się przed nami.

Kiedy przekraczamy granicę stanu (szybkie spojrzenie przez okno pasażera: "Witamy w Delaware" z falistym motywem w dwóch odcieniach niebieskiego oraz dopiskiem u dołu: "Rodzinne strony byłego prezydenta Josepha R. Bidena Jr."), notatka jest prawie gotowa. Za dziesięć minut wyślę jej szkic e-mailem do partnera zarządzającego, wypełniając tym samym ostatni obowiązek służbowy przed oficjalnym rozpoczęciem rodzinnego weekendu.

Przekrzywiam głowę przed wyświetlaczem, wpatrując się w ostatnie problematyczne sformułowanie, i nagle...

- CHARLIE, HAMUJ!

Alice krzyczy z tylnego siedzenia.

Lewa ręka Charliego chwyta kierownicę. Szarpie nią.

Z deski rozdzielczej rozlega się alarm.

Pisk opon.

Zderzenie.

Oślepiający wybuch w oczach i głowie.

Uczucie nieważkości.

Jeden obrót. Drugi.

Przerażający bezruch, gdy minivan wreszcie się zatrzymuje, jakimś cudem z powrotem na czterech kołach.

Zapach chemikaliów. Przytłaczający, intensywny.

Syczenie w silniku.

Jęk. Dyszenie. Jeden ostry krzyk.

W ciągu tych kilku sekund jestem świadomy, że zaraz będzie wypadek

że jest teraz

że właśnie był

Strzępy myśli wirują mi w głowie.

Potem nic.

Dzwoni mi w uszach. Jakby ktoś uderzył w gong tuż przy czaszce.

Charlie porusza się pierwszy. Głęboką ciszę w tle tego dzwonienia przerywa głuchy trzask odpinanego pasa bezpieczeństwa. Mój syn odwraca się na fotelu, żeby na mnie spojrzeć.

Z nosa kapie mu krew: cios poduszki powietrznej.

Poza tym obaj jesteśmy cali.

Przez nieskończenie długą chwilę wpatrujemy się w siebie. Patrzymy i patrzymy, i żaden z nas nie chce się odwrócić, bo odkryje, jakim echem ostatnie dziesięć sekund odbije się w całym naszym życiu.

Rozdział 2

Pierwszym obrazem, jaki widzę, kiedy się odwracam, jest zakrwawiona twarz mojej żony. Głowa Lorelei spoczywa nieruchomo między zgniecionymi drzwiami a siedzeniem, szyję ma ułożoną pod nienaturalnym kątem. Jej oczy, utkwione we mnie, mrugają w równym, świadomym rytmie.

Potem przesuwają się w prawo, na Alice.

Która jest nieprzytomna. Albo martwa.

Górna część ciała Alice przechyla się ku drzwiom. Oprawki jej okularów siedzą krzywo na nosie, wgniecione w oczodoły, a soczewki pokrywa pajęczyna pęknięć. Krew sączy się z rany ukrytej gdzieś pod jej włosami.

W głębi minivana Izzy zaczyna skomleć. Cienki, szczenięcy głos narasta, w miarę jak cichnie dzwonienie w moich uszach.

Wypycham swoje drzwi, wychodzę na zewnątrz, zataczam się, chwytam za klamkę drzwi przesuwnych, ale w ostatniej chwili zmieniam zdanie. Poraniona twarz Alice opiera się o szybę, na której rozmazały się krew i śluz. Otwierając drzwi, poruszyłbym jej głowę, jej szyję.

Wracam do kabiny, a tam Charlie próbuje przejść nad fotelem kierowcy na tył do matki i sióstr. Ale połowa dachu minivana zapadła się podczas koziołkowania, nie ma więc dość miejsca.

Charlie wycofuje się na siedzenie i zaczyna pchać swoje drzwi.

Przeciskam się między przednimi fotelami, kucam przy Lorelei i Alice. Słyszę własny głos. Brzmi, jakby mówił automat. Staram się udawać spokój mimo narastającej we mnie paniki.

- Mieliśmy wypadek. Wszyscy są cali? Mieliśmy wypadek. Starajcie się nie ruszać. Izzy, pomoc jest w drodze, będzie dobrze. Alice, słyszysz mnie? Alice? Mieliśmy wypadek. Lor, staraj się nie ruszać. Ty też, Alice. Alice? Hej, Alice!?

Z ust Lorelei wydobywa się jęk, Izzy zawodzi głośniej.

Alice się nie odzywa. Cisza.

Delikatnie chwytam jej lewą rękę. Czuję lepką skórę i gwałtowne pulsowanie w nadgarstku. Prawą ręką przyciska do brzucha swój telefon. Jej dłoń drży, kostki pobielały. Próbuję ukryć przerażenie przed Lorelei, lecz ona nie odrywa wzroku od Alice. Oczy ma nieruchome jak u manekina.

Wreszcie Charliemu udaje się otworzyć drzwi kopnięciem. W tej samej chwili do naszego samochodu podbiegają kierowcy, którzy po wypadku zjechali na pobocze. Słyszę, jak kilku z nich rozmawia z dyspozytorami numeru alarmowego.

Przez ten zgiełk przebija się ochrypły męski głos:

- Były dwa samochody. Ten drugi się zapalił.

Zerkam na koronkę pęknięć w szybie za Lorelei. Z pola soi po przeciwległej stronie drogi buchają kłęby dymu.

Charlie sięga do przycisku otwierającego klapę bagażnika. Jakimś cudem mechanizm wciąż działa. Klapa podnosi się automatycznie, pozwalając mu dostać się do Izzy ponad oparciem tylnej kanapy. Tył minivana mocno się zniekształcił, a wybrzuszona rama utworzyła kokon wokół jej poranionego ciała.

Teraz wyczuwam już zapach spalenizny zza drogi. Ostry, gryzący swąd.

- Tato, Izzy jest poważnie ranna - mówi Charlie. - I uwięziona. Noga jej utknęła.

Stara się uspokoić Izzy, a ja wyciągam rękę do Alice. Obmacuję jej ramię, sprawdzam, czy oddycha - i wtedy ona wydaje z siebie cichy jęk, dźwięk niczym cud. Pieśń życia.

Błagam ją, żeby nie zmieniała pozycji. Jęczy ponownie.

- Nie ruszajcie się - mówię stanowczo do Izzy i do Lorelei. - Nawet o milimetr. Ani ty, ani ty. Pozostańcie tak nieruchomo, jak tylko potraficie.

Kucam z rozpostartymi ramionami między przednim a tylnym siedzeniem, dłońmi dotykając ich poranionych ciał. Z tyłu pochyla się Charlie, który swoje silne ręce oparł na ramionach Izzy, żeby utrzymać ją w bezruchu i uspokoić.

Tak splątani czekamy.

Niebawem przyjeżdżają ratownicy w karetkach pogotowia oraz wozach strażackich. Przy użyciu maszyny o szczękach przypominających imadło członkowie ekipy siłą otwierają drzwi przesuwne i wydobywają z auta Lorelei oraz Alice, unieruchomiwszy im szyje. Lorelei może poruszać nogami i rękami, Alice zgina palce. Nogę Izzy owijają jakimś piankowym ustrojstwem, zanim wyciągną moją córkę na zewnątrz.

- Dziękuję wam - mówi do nich łzawym głosem. - Bardzo wam dziękuję. Bardzo.

Wkrótce moja żona i córki leżą obok siebie w równym szeregu na trawiastym pasie między poboczem a polem. Ratownicy opatrują rany, kocami termicznymi okrywają pacjentki, żeby zabezpieczyć je przed wstrząsem, przygotowują do transportu.

W pewnej chwili, gdy nosze z Lorelei znikają w karetce, Izzy mamroce coś do Charliego. Ten podchodzi do wraku minivana i wraca z czterema telefonami. Wręcza mi mój i Lorelei, pokazuje Izzy, że jej aparat jest bezpieczny. Ciężar urządzeń w dłoniach dziwnie uspokaja, normalizuje sytuację; są jak koc termiczny i łącznik z dawnym światem. Z czasami, które właśnie minęły.

Alice wciąż przyciska swój telefon do brzucha. Od wypadku ani na chwilę nie wypuściła go z ręki, nawet gdy była nieprzytomna. Ten telefon nigdzie się nie ruszy.

Na polecenie ratownika Charlie i ja wsiadamy do karetki Alice i tłoczymy się w kabinie obok kierowcy. Tymczasem pojazdy transportujące Lorelei i Izzy odjeżdżają z miejsca zdarzenia. Nasz powoli zawraca na drogę, dając nam wyraźny widok na samochód, który w nas uderzył: to Honda Accord, z maską i atrapą chłodnicy zgniecionymi w harmonijkę niemal do samej szyby.

Pożar, który ogarnął Hondę, został już ugaszony. Nad wrakiem unosi się pojedynczy, cienki strzępek dymu.

Z bolesnym ukłuciem smutku biorę dłoń Charliego, a on po raz pierwszy od lat pozwala mi ją trzymać w uścisku. Odrętwiały spoglądam w dół na nasze splecione palce, a potem z powrotem na miejsce zdarzenia. Służby ratunkowe zakryły już przednią szybę i drzwi Hondy brezentowymi płachtami, osłaniając w ten sposób znajdujące się w kabinie zwłoki.

Zastanawiam się, ile osób zginęło i kim byli. Młodzi czy starzy? Zastanawiam się też, kto ich kochał i czyja strata będzie po nich najdotkliwsza.

Rozdział 3

W drodze do szpitala wysyłam esemesa do siostry Lorelei. Piszę, co się stało i co wiem, włącznie z nazwą centrum medycznego w Dover, do którego zdążamy. Julia odpowiada natychmiast: "Już jadę. Daj znać, jak się czegoś dowiesz". Obiecuje powiadomić braci, a oni roześlą wiadomość.

Na miejscu policja zbiera nasze zeznania w pokoju konsultacyjnym obok SOR-u. Mówią, że ze względu na ofiary śmiertelne dochodzenie może się przeciągnąć, a firmy ubezpieczeniowe zaangażują się w ustalenie odpowiedzialności i odszkodowań.

Niewiele się dowiadujemy o ofiarach w spalonym samochodzie. Jak mówi jeden z funkcjonariuszy, jechały nim dwie osoby, żadna nie przeżyła. Trwa weryfikowanie ich tożsamości, by można było poinformować najbliższych. Próbuję sobie wyobrazić reakcję na wiadomość o śmierci rodziny na autostradzie: smutek, niedowierzanie i gniew oraz towarzyszące im pytanie, kto zawinił, choć nie mam wątpliwości, że wypadek spowodował kierowca tego drugiego auta. Charlie zrobił, co musiał, gwałtownie skręcając kierownicę w ułamku sekundy. Samochód z naprzeciwka zjeżdżał na środek drogi, tłumaczy policjantowi mój syn, i Alice najpewniej też to zobaczyła, stąd jej przeraźliwy krzyk. Dlatego kwestia winy jest najmniejszym z moich zmartwień.

*

Julia wkracza do poczekalni trzy godziny po naszym przybyciu do szpitala. Przyjechała prosto z Filadelfii, gdzie pełni funkcję dziekana Wydziału Prawa na Uniwersytecie Pensylwanii. Przywozi ze sobą wsparcie braci. Obaj panowie Shaw są uznanymi lekarzami i na bieżąco monitorują stan Lorelei i dziewczynek. Ethan kieruje neurochirurgią w bostońskim Tufts Medical Center, Andrew pracuje na oddziale onkologii dziecięcej Kliniki Mayo. (Powtórzę: to właśnie taka rodzina). W ciągu kilku minut Julia łączy się z oboma na Zoomie i wspólnie przygotowują frontalny atak na personel medyczny tego małego szpitala.

Nawet w normalnych okolicznościach moja szwagierka potrafi być apodyktyczna. Jestem wdzięczny za jej obecność tutaj i za medyczne kompetencje braci Lorelei. Ochoczo pozwalam Julii przejąć komunikację, podczas gdy moja żona i dziewczynki przechodzą badania lekarskie, a później jadą na tomografię, opatrunki i nastawianie kości. O dziesiątej wieczorem wszystkie trzy leżą już poza SOR-em, w zwykłych salach.

Rozdzielamy się, żeby je odwiedzić. Julia idzie do swojej siostry, a Charlie i ja zaczynamy od Izzy, która doznała dwóch złamań lewej nogi, obu zamkniętych. Będzie musiała spędzić sześć do ośmiu tygodni w gipsie, ale obejdzie się bez operacji i drutów. "Dzięki Bogu za młode kości" - mówi ortopedka, wyświetlając mi zdjęcia rentgenowskie. "Szczęściara" - dodaje, a Izzy uśmiecha się słabo. Charlie siedzi sztywno przy łóżku, ściskając dłoń siostry.

Teraz idziemy do Alice. Ma rany szarpane, stłuczenia na twarzy i głowie oraz wstrząśnienie mózgu trzeciego stopnia z zaburzeniami przedsionkowymi. Tomografia nie wykazała złamania czaszki ani krwawienia śródczaszkowego, mówi neurolog (dodając obowiązkowe "Szczęściara!"), ale konieczna jest ścisła obserwacja przez dwadzieścia cztery godziny.

Alice dzieli dwuosobową salę z dziewczynką o imieniu Emma, która jest w wyraźnie gorszym stanie, bo co chwila traci świadomość. Nigdy się nie dowiem, jak doznała swoich obrażeń. Ojciec Emmy z ponurą miną zasuwa kotarę dzielącą łóżka, podczas gdy ja rozmawiam półgłosem ze starszą córką. Kiedy wychodzę, Alice już grzebie w telefonie, choć pielęgniarka ostrzegła ją, żeby na tydzień ograniczyła korzystanie z urządzeń elektronicznych. Tym razem nie przeszkadza mi, że się gapi w wyświetlacz. Pochylam się i szepczę słowa wdzięczności w jej splątane włosy, zaledwie kilka centymetrów od rany.

Na koniec Lorelei. Posiniaczona twarz, poważnie zwichnięta szyja, ale bez widocznego złamania kręgów szyjnych. Przez noc zostanie unieruchomiona, a przed wypisem zrobią jej jeszcze prześwietlenie kontrolne. Potem pięć tygodni w kołnierzu ortopedycznym i rehabilitacja.

Głowa mojej żony wygląda tak drobno w tej klatce unieruchamiającej, która zmusza ją, by patrzyła na świat jak więzień przez pionowe pręty - sześć punktów styku ciasno przylega do jej czaszki. Gdy pielęgniarka wacikiem odkaża skórę wokół podkładek, Lorelei zasypuje mnie gradem pytań o dziewczynki. Kiedy pielęgniarka wychodzi, pyta o drugi samochód. O zmarłych.

- Kim oni byli, Noah?

- Nie wiem - odpowiadam. - Dwie osoby. Policja powiadamia rodzinę.

- Boże.

- To straszne.

- Jak Charlie to znosi?

- Mało się odzywa. Ale jest roztrzęsiony.

- No jasne - mówi Lorelei. - Przecież to on prowadził.

- To nie była jego wina.

Mruga na mnie zza prętów swojej klatki.

- Szarpnął kierownicą, żeby uniknąć zderzenia - mówię. - Tamten samochód wjeżdżał na nasz pas.

- Widziałeś to?

- Alice widziała. Dlatego krzyknęła.

- Ale ty nie?

Już otwieram usta, by odpowiedzieć, gdy do sali wpada Julia, która właśnie ponownie połączyła się z braćmi. Szorstkie głosy mężczyzn trzeszczą z głośnika iPada, a w tle sączy się muzyka ich codzienności: skomlenie psa, trzask zamykanych drzwi lodówki, cichy brzęk kostek lodu w szklance. Wszystko takie zwyczajne.

- Macie cholernie dużo szczęścia - mówi Andrew do Lorelei.

Zastanawiam się, ile jeszcze razy przyjdzie nam wysłuchiwać opowieści, że los sprzyja naszej rodzinie. Bracia w oknach Zooma ani razu nie odzywają się do mnie. Z kąta sali obserwuję, jak rodzeństwo Lorelei dzieli się współczuciem.

Ustalamy z Lorelei, że ja przenocuję w pokoju Alice, Charlie u Izzy, a Julia u niej. Zanim odejdę od łóżka żony, ściskam jej dłoń. W naszym spojrzeniu jest wszystko, z czym przyjdzie nam się zmagać w nadchodzących tygodniach, miesiącach.

Ale jest też coś więcej. Wciąż unoszą się między nami jej pytania - o to, co Charlie zrobił, a czego nie zrobił, co ja widziałem albo czego nie widziałem w tym ułamku sekundy na drodze. Na razie jednak ten temat musi zaczekać.

Pochylam się, by pocałować Lorelei, wyszeptać słowa otuchy do jej małego ucha. Metalowa obręcz unieruchamiająca nie pozwala mi dotknąć jej skóry i pocałunek ląduje w powietrzu. Czuję, jak wzrok Julii wwierca mi się w plecy, gdy wychodzę z sali.

Na korytarzu po raz pierwszy od wielu godzin sprawdzam telefon. Wyświetlacz zalewają wiadomości na grupie rodziców z drużyny, od trenera Charliego, z mojej kancelarii. Przebijam się przez narastającą falę irytacji, niepokoju i wreszcie czystego przerażenia.

Gdzie jesteście?

Co, Charlie jest już za dobry na rozgrzewkę?

:) :)

Noah, tu trener Kev. Charlie będzie na meczu?

Wznowienie za pięć minut!!! Gdzie jesteście!?!?

Mam nadzieję, że wszystko u was w porządku.

Połowa, przegrywamy 8 do 4. Wszyscy się martwimy.

Proszę, daj znać.

Bez C. nas zmasakrowali. Oby mógł przyjść na jutrzejszy mecz!

Godzinę później:

O mój Boże, Noah. Ahmed właśnie rozmawiał z Charliem. Wszyscy cali?

Co z Lorelei i dziewczynkami?

Modlimy się za Waszą rodzinę, Noah.

Prosimy, daj znać, jeśli cokolwiek będzie Wam potrzebne. Naprawdę, cokolwiek.

Odpisuję na grupie i trenerowi, podając tylko suche fakty, po czym wyciszam powiadomienia.

W skrzynce e-mailowej czekają trzy wiadomości od Vivian Ross, partnerki zarządzającej w Fisher-Burkhardt. Nie wiedząc nic o wypadku, Vivian z narastającą natarczywością dopytuje się o mój list do klienta, który miałem przygotować do końca dnia - termin już minął. Odpisuję jej, wyjaśniając sytuację, i załączam link do tekstu, który jest prawie ukończony.

Gdy wiadomość wędruje w świat, pojawia się Julia. Prowadzi mnie korytarzem z dala od pokoju Lorelei.

- No dobrze, Noah. - Zatrzymuje się i odwraca, stając teraz naprzeciwko mnie. - Prowadził Charlie?

- Samochód był na autopilocie.

- Ale on przejął kierownicę?

- Tak. Z naprzeciwka jechało auto, które zaraz wjechałoby na nasz pas. Alice to zobaczyła i krzyknęła, Charlie złapał za kierownicę. To chyba wyłączyło autopilota.

- Czyli tamten samochód wjeżdżał na wasz pas?

- Tak.

- Ty też to widziałeś?

- Tak... To znaczy nie.

Przechyla głowę o kilka stopni.

- Siedziałem nad laptopem. Pisałem.

Oczy Julii zwężają się do szparek.

- Co takiego?

Chcę powiedzieć, że praca w samochodzie nie jest przestępstwem. Lorelei też pracowała.

- Ile lat ma Charlie? - ciągnie Julia. - Siedemnaście, prawda?

- Tak. Dwudziestego pierwszego ma urodziny.

- Dobrze. - Potakuje skinieniem głowy. - To nie gwarancja, ale dobrze.

- Dlaczego?

- Sam wiesz dlaczego.

Jej szorstkość zbija mnie z tropu.

- Takie sprawy nigdy nie są proste - mówi. - Następnym razem, gdy będziesz rozmawiać z policją, bądź ostrożny. Powściągliwy. Nawet jeśli nie dojdzie do sprawy karnej przeciwko Charliemu, mogą was z Lorelei pozwać cywilnie. Zawinione spowodowanie śmierci, zasada proporcjonalnego stopnia przyczynienia się do wypadku. Wytłumacz Charliemu, że nie ma obowiązku mówić policji niczego ponad absolutne minimum, które już ujawnił. Dasz radę?

Jakbym był dzieckiem. Jakbym był studentem pierwszego roku na jej wykładzie z prawa konstytucyjnego w Penn, a nie praktykującym prawnikiem.

- Tak, Julio, dam radę - rzucam przez zaciśnięte zęby.

- Dobrze.

Jej aprobujący uśmiech przypieka mnie do żywego. Moja szwagierka rzadko pozwala mi zapomnieć, że należy do arystokracji prawniczej. Jej zawodowe prztyczki są subtelne, być może nawet nieświadome. Kiedy przy świątecznym obiedzie pytam, jak w nawale pracy administracyjnej znajduje czas na nauczanie, ona rewanżuje się pytaniem, jak radzę sobie z papierkową robotą w ciągnącym się latami procesie o przejęcie. Jeśli wspomnę, że sprawę jakiejś fuzji prowadzimy wspólnie z elitarną kancelarią z najwyższej półki, to Julia nie omieszka poinformować, że razem z partnerem zarządzającym tej kancelarii była w redakcji prestiżowego "Yale Law Journal".

Ale ta niechęć to coś więcej niż różnice zawodowe. Mówiąc wprost, Julia uważa, że nie jestem dość dobry dla jej siostry. Zresztą pozostałe rodzeństwo Shaw ma podobne zdanie, a ja sam łapię się czasem na tym, że przyznaję im rację. W mojej rodzinie jako pierwszy poszedłem na studia, i to w czasach, gdy nie był to powód do dumy, lecz fakt, który próbowało się ukryć. Dzieciaki Shawów pokończyły Yale, Stanford i Princeton, podczas gdy ja trafiłem na przeciętną uczelnię stanową w południowo-zachodniej Wirginii, czyli tak daleko od uniwersytetów Ligi Bluszczowej, jak tylko się da, nie licząc szkół policealnych.

Lorelei zawsze zachowuje się tak, jakby te różnice nie miały dla niej znaczenia. Julia - wręcz przeciwnie. Dla mojej bratowej jestem nieokrzesanym dziwolągiem. Traktuje mnie z odruchową protekcjonalnością, którą zdradza charakterystyczne uniesienie brwi i kąt zadarcia jej ładnego nosa. Jednak jeśli chodzi o prawo, Julia nigdy nie podważy mojego poczucia własnych kompetencji ani wartości w naszej wspólnej profesji. Do dziś czuję w kościach, ile mnie kosztowało dotarcie do miejsca, w którym jestem.

Mimo to ledwie dostrzegalne lekceważenie okazywane mi przez Julię zbyt często sprawia, że zaczynam kwestionować swoją zdolność oceny sytuacji, jakiś nieuchwytny aspekt mojego zdrowego rozsądku. Brak tej specyficznej wnikliwości uniemożliwia mi zrozumienie subtelniejszych kontekstów, dostrzeżenie prawdziwszego obrazu, choć wisi on tuż przed moimi oczami. Lorelei nie zdaje sobie sprawy z tych nieoczywistych napięć, ale ja zawsze czuję ich podskórną dynamikę. Teraz, gdy Julia poucza mnie o potencjalnych komplikacjach prawnych, napięcie narasta, a jego nowa siła jest potężna i być może niebezpieczna, choć jeszcze nie dostrzegam, w jaki sposób.

Wpada do nas rzeczniczka praw pacjenta, sympatyczna kobieta nazwiskiem Lorna Wei. Pyta, jak personel traktuje moją rodzinę, a ja odpowiadam, że jesteśmy więcej niż zadowoleni z opieki medycznej i sposobu traktowania. Proponuje nam konsultację z psychologiem rodzinnym.

- Naprawdę sądzi pani, że to konieczne? Wszyscy radzą sobie dobrze.

- Nigdy nie wiadomo - odpowiada, wymachując dłonią. - Państwa rodzina przeżyła koszmar.

- Czyli co, zaleca pani terapeutę od traumy?

- Poczucie winy ocalałego jest bardzo częste w przypadkach, gdy giną inni ludzie, Noah. Pojawia się przeświadczenie, że to mogliście być wy. Przekonanie, że tylko dzięki łasce Bożej uniknęliście śmierci.

Tak, właśnie to uczucie. Już je znam, jest jak nowy, ekscytujący towarzysz.

Lorna obserwuje mnie uważnie.

- Z tego, co mówi mi personel szpitala, wynika, że naprawdę mieliście mnóstwo szczęścia.

- Tak słyszałem.

Wręcza mi wydruk z nazwiskami oraz danymi kontaktowymi kilkunastu terapeutów rodzinnych z przedmieść Marylandu. Mówi, że zajrzy do nas jeszcze przed wypisem, po czym po krótkim uścisku dłoni wstaje i energicznie odchodzi.

Następnego ranka, po bezsennej nocy spędzonej na krześle w pokoju Alice, stoję w kolejce w bufecie, gdy mój wzrok pada na stos gazet: "The News Journal", lokalny dziennik z Delaware. Nagłówek nad linią złożenia krzyczy o naszej tragedii.

PIĄTKA SZCZĘŚCIARZY OCALAŁA Z WYPADKU, DWIE OFIARY ŚMIERTELNE NA MIEJSCU

Kupuję egzemplarz razem z kawą i siadam przy stoliku. Mdli mnie, a w gardle czuję rosnącą gulę. Rozkładam pierwszą stronę i przebiegam wzrokiem szczegóły: "małżeństwo zginęło w wypadku samochodowym w piątkowe popołudnie... do zdarzenia doszło na drodze stanowej nr 57 w pobliżu Whiteleysburga... ranni zostali przewiezieni do szpitala Bayhealth, kampus Kent... na miejscu interweniowały policja stanowa Delaware, straż pożarna i ratownictwo z hrabstwa Kent oraz biuro szeryfa... w dochodzenie zaangażuje się też Narodowa Rada Bezpieczeństwa Transportu Drogowego (NHTSA)..."

Władze zdążyły już zidentyfikować ofiary oraz powiadomić najbliższych. Zmarli to Phil i Judith Drummondowie, emerytowana para wracająca Hondą Accord do Harrisburga w Pensylwanii po tygodniu spędzonym z dziećmi i wnukami w Dewey Beach. Znów mam przed oczami te płomienie, dym, a potem plandeki rozłożone na spalonym wraku, gdy go mijaliśmy.

Drummondowie stali się statystyką wypadkową na prowincjonalnej drodze w Delaware. A moja rodzina będzie żyć dalej. W komplecie.

Nagłówek mówi wszystko.

Jesteśmy piątką szczęściarzy.

Rozdział 4

Obrażenia sprawiają, że nasz powrót do domu jest niezręczny i pełen napięcia, wszystko wypada z rytmu. Izzy zmaga się z kulami, a Alice z zawrotami głowy, podczas których ucieka do zaciemnionego pokoju, skarżąc się na głośność telewizora i tupot Charliego na schodach.

Lorelei nie cierpi swojego kołnierza ortopedycznego. Z jej ściśniętego gardła wydobywają się westchnienia i jęki, ilekroć próbuje wrócić do codziennych zajęć poirytowana tym ograniczeniem. Często zastaję ją w kuchni albo w naszej sypialni, jak stoi twarzą do ściany z ponurym wzrokiem wbitym w jeden punkt.

Charlie zaczyna wychodzić z domu późno wieczorem. Pewnej nocy przyłapuję go, jak wchodzi do kuchni z przekrwionymi oczami, ewidentnie ujarany, z oddechem cuchnącym piwem. Wrócił Uberem, więc nie robię mu o to awantury, a Lorelei nic nie mówię. Wściekłaby się, zaczęła wypytywać, skąd wziął trawkę, i cytowałaby artykuły o marihuanie zaprawianej fentanylem. Mnie bardziej niepokoi kondycja syna. Przedsezonowe treningi na uczelni zaczynają się w połowie sierpnia, a Charlie coraz bardziej zaniedbuje swoje ciało. Powtarzam sobie, że muszę z nim o tym pogadać, ale dostrzegam też jego kruchość i poczucie winy, przez co moje zwykłe dążenie do unikania konfrontacji sięga zenitu.

Martwię się, że ten marazm osiądzie z nami na stałe jak smog, a my wciąż będziemy się czaić po kątach, liżąc niewidzialne rany.

Szóstego wieczoru, kiedy Charlie znów wyszedł z domu, Lorelei ogląda z dziewczynkami film, jakąś disnejowską produkcję. We trzy robią z kanapy ciepłe gniazdo: Alice opiera stopy na kolanach Lorelei, a Izzy siedzi na podłodze między nogami mamy, aby ona mogła ją czesać. Ta scena budzi we mnie wspomnienie z miesiąca miodowego, kiedy bite dwa dni spędziliśmy w gwatemalskim szpitalu dla zwierząt, dotrzymując towarzystwa rannemu psu. Lorelei znalazła go na ulicy niedaleko naszego hotelu. Zanim dotarłem z kulejącym przybłędą do kliniki, moja świeżo poślubiona żona już zapłaciła z góry za operację, leki i tydzień pobytu. Potem przesiadywała na wybiegu całymi godzinami, przeczesując palcami sierść znajdy i za nic nie chciała odejść od jego boku. Zauważyłem, że Lorelei czerpała z tej bliskości tyle samo ukojenia, co pies. Podobnie robi teraz, szukając fizycznego ukojenia w kontakcie z naszymi córkami.

Kiedy wracam godzinę później, dziewczynki śpią. Napisy końcowe dawno przeleciały i ekran świeci jednostajnym błękitem, ale szczotka Lorelei wciąż przesuwa się po włosach Izzy w tym samym rytmie co wcześniej: szur... szur... szur po skórze głowy naszej córki. Poza tym w salonie panuje cisza. Lorelei patrzy przed siebie w ekran, ani razu nie mrugając.

Zaniepokojony, omijam gips Izzy i nachylam się nad żoną, kładąc dłoń na jej ręce, by ją powstrzymać. Wzdryga się, nagle znów obecna tu i teraz, w naszym domu, choć w jej spojrzeniu czai się niepokój, błyska to dawne przerażenie. Oboje wiemy, co oznaczałby nawrót.

*

Odwiedzamy terapeutkę o nazwisku Amy Levinson, którą jeszcze w szpitalu poleciła nam Lorna Wei. Dzieci narzekają, choć wszyscy lubimy doktor Levinson i jej delikatnie oświetlony gabinet z głębokimi kanapami i pudełkami chusteczek, które delikatnie popycha w naszą stronę. Pierwsza sesja przypomina ciepły słowny uścisk, który mówi nam, że wszyscy jesteśmy wyjątkowi, że radzimy sobie wspaniale i że choć jesteśmy również w strzępach, wszystko będzie dobrze.

Chcemy jej wierzyć. Lorelei umawia drugą sesję grupową dla rodziny i indywidualną dla siebie.

W domu stąpam jak po kruchym lodzie, boleśnie świadomy, że wyszedłem z tego bez szwanku. Ani zadrapania, nawet krew z nosa mi nie poleciała. Wykorzystałem kilka tygodni zaległego urlopu, żeby na miejscu wszystkim się zająć. Zaczynam myśleć, że to był błąd i rozsądniej byłoby wrócić do biura.

Co ciekawe, to właśnie Alice wnosi słaby promyk nadziei. Pewnego popołudnia zastaję ją na kanapie w salonie, jak z determinacją przesuwa kciukiem po ekranie telefonu.

- Pamiętaj, że masz ograniczać czas przed ekranem - przypominam jej.

Przewraca oczami za zatłuszczonymi szkłami okularów.

- Do kogo tak piszesz?

Waha się.

- Do takiej jednej. Przyjaciółki.

- Naprawdę?

- Poznałyśmy się, kiedy byłam w szpitalu.

- Dziewczyna z twojej sali? Ma na imię Emma, tak? Co u niej?

Alice uśmiecha się szeroko do telefonu, ignorując mnie, choć ta wymiana zdań napawa mnie nadzieją. Minęło tyle czasu, odkąd Alice miała kogokolwiek choćby zbliżonego do prawdziwej przyjaciółki, że nawet wymianę esemesów z dziewczyną, którą ledwo zna, uznaję za znaczną poprawę.

Moment nie mógłby być lepszy. Alice znalazła własną formę pocieszenia w nowej znajomości, kimkolwiek jest ta obiecująca przyjaciółka.