Część pierwsza
Jako młodzieniec, w którym pokładano
wyjątkowe nadzieje, został wysłany do Egiptu, aby wypolerował swoją
arabszczyznę, i tu, przydzielony do Wysokiej Komisji, pełniąc funkcję
jak gdyby kancelisty, czekał na pierwsze dyplomatyczne stanowisko, ale
już zachowywał się jak sekretarz poselstwa, w pełni świadomy
odpowiedzialności przyszłego urzędu. Tylko że tego dnia dość trudno było
mu się zdobyć na swą zwyczajną powściągliwość, tak podniecający okazał
się ten odłów ryb.
Wręcz zapomniał o świetnie zwykle zaprasowanych tenisowych flanelach, o kurtce w barwach college'u, o białych płóciennych pantoflach, których
noski sczerniały, splamione szlamem wciskającym się szparami w dnie
łodzi. W Egipcie nieustannie przyłapywał się na takich zapomnieniach.
Błogosławił przypadkowy list polecający, dzięki któremu trafił do
wiejskiej posiadłości Hosnanich, do ich rozłożystego staroświeckiego
domu pośród sieci jezior i grobli niedaleko Aleksandrii. Tak.
Łódź, która go teraz niosła, niespiesznie posuwając się od pchnięcia do
pchnięcia po wzburzonej wodzie, skręcała właśnie z wolna ku wschodowi,
żeby zająć swoje miejsce w wielkim półkolu zamykającym stopniowo obszar
wyznaczony przez czarne kolce trzcin sterczące z więcierza. Gdy
kolejnymi posuwami zamykali półokrąg, ogarnęła ich egipska noc - nagle
redukując wszystkie przedmioty do reliefu na tle fioletu i złota.
Krajobraz zagęścił się niby gobelin w liliowym poblasku, rozedrganym tu
i ówdzie mirażami wody, bo podnoszące się w górę opary to rozszerzały,
to ściągały horyzont, aż wreszcie świat zdawał się odbity w mydlanej
bańce, która drżała i lada chwila miała się rozprysnąć. Głosy nad wodą
także brzmiały to głośno, to cicho i czysto. Jego własne kaszlnięcie
frunęło przez jezioro z gwałtownym trzepotem skrzydeł. Mimo zmroku było
wciąż bardzo gorąco, koszula przylgnęła mu do pleców. Smugi ciemności,
sięgające ku łodziom, ledwie szkicowały kształt obrębionych frędzlą
sitowia wysepek rozsianych na wodzie jak ogromne poduszki do szpilek,
jak zwierzęce łapy, jak kępy trawy.
Z wolna, w rytmie modlitwy czy medytacji tworzył się i zamykał wielki
łuk czółen, ale że w tym samym tempie woda i ziemia zlewały się ze sobą,
doznawał wciąż złudzenia, że posuwają się po niebie, a nie po
aluwialnych wodach jeziora Mariut. Z oddali niedosięgłej dla wzroku
doleciał plusk i chmara gęsi wzbijająca się w górę rozdzieliła jeden
strzęp nieba od wody, wlokąc błony przez całą szerokość ujścia niby
startujące wodnopłatowce i gęgając bezmyślnie. Mountolive westchnął i oparłszy brodę na rękach, zapatrzył się w brunatną wodę. Nie przywykł do
takiego uczucia szczęśliwości. Młodość jest wiekiem rozpaczy. Słyszał,
jak za jego plecami młodszy z braci Hosnanich, Naruz z zajęczą wargą,
postękuje za każdym pchnięciem tyki, i czuł we własnych lędźwiach echo
każdego zrywu łodzi. Muł, gęsty jak melasa, ściekał z powrotem w wodę z leniwym plum, plum, a tyczka mlaskała soczyście. Wszystko dokoła było
piękne, ale mocno cuchnęło; ku swemu zdumieniu odkrył jednak, że zgniłe
wonie ujścia sprawiają mu pewną przyjemność. Chwilami owiewały ich
podmuchy wiatru od dalekiego morza i rzeźwiły im głowy. Roje komarów
brzęczały w górze niby srebrny deszcz w oku umierającego słońca.
Pajęczyna zmieniających się świateł rozogniła jego myśli.
- Naruzie - powiedział - jestem bardzo szczęśliwy. - I słuchał
spokojnego tętna swojego serca.
Młody Naruz parsknął wstydliwym, syczącym śmiechem.
- To dobrze, dobrze - odparł, schylając prędko głowę. - Ale to jeszcze
nic. Poczekaj. Już zamykamy półkole.
Mountolive się uśmiechnął i sam do siebie powtórzył. - Egipt! Egipt! -
jakby wymawiał imię ukochanej kobiety.
- Tutaj - powiedział Naruz ochrypłym melodyjnym głosem - kaczki nie są
rusées, wiesz? - Mówił niezbyt dobrze po angielsku i wtrącał
francuskie słowa. - Nietrudno je kłusownikom chwytać... (...Mówi się
"kłusownik", prawda?) Trzeba dać nurka i od dołu złapać za nogi. To
łatwiej niż strzelać, co? Jeśli masz ochotę, możemy jutro spróbować tej
sztuki. - Znów stęknął, wbijając tyczkę, i westchnął.
- A węże? - spytał Mountolive. Tego popołudnia widział w wodzie kilka
dużych okazów.
Naruz wyprostował szerokie plecy i zachichotał.
- Nie ma węży! - oznajmił i znów się roześmiał.
Mountolive obrócił się bokiem, żeby oprzeć policzek o drewniany dziób
łodzi. Kątem oka widział teraz swojego towarzysza stojącego i pracującego tyczką, mógł przyjrzeć się kosmatym ramionom i krzepkim,
napiętym nogom.
- Może teraz ja wezmę tyczkę? - spytał po arabsku. Zauważył już, że
gospodarze lubią, gdy zwraca się do nich w ich ojczystym języku.
Odpowiadali wtedy z uśmiechem serdecznym jak uścisk. - Dobrze?
- Oczywiście, że nie! - odparł Naruz z tym swoim brzydkim uśmiechem,
który wynagradzały jedynie przepiękne oczy i dźwięczny głos. Pot ściekał
z jego kędzierzawych czarnych włosów tworzących pośrodku czoła trójkąt
niby czepiec wdowi. I obawiając się, że odmowa mogła zabrzmieć
niegrzecznie, dodał: - Zaczniemy połów, jak ciemności zapadną na dobre.
Ja wiem, co robić. A ty musisz patrzeć na ryby.
Dwa różowe strzępki mięsa wokół niezszytej zajęczej wargi perliły się
śliną. Mrugnął serdecznie do młodego Anglika.
Ciemności pędziły ku nim, światło dnia omdlewało. Naruz zawołał nagle:
- Teraz! Patrz! - klasnął w ręce hałaśliwie i tak krzyknął ponad wodą,
że Mountolive wzdrygnął się i podniósł głowę, by spojrzeć tam, gdzie
wskazywały palce towarzysza.
- Co?
Głuchy huk wystrzału z odległej łodzi wstrząsnął powietrzem i linia
nieba pękła na pół, gdy nowa chmara ptactwa poderwała się z wody,
wznosząc się wolniej niż pierwsza i odcinając ziemię od powietrza sunącą
naprzód raną różową jak miąższ przezierający spod skórki granatu.
Różowość zmieniła się w szkarłat, potem błysnęła z powrotem bielą i opadła na powierzchnię jeziora niby płatki śniegu topniejące w zetknięciu z wodą.
- Flamingi! - krzyknęli obaj, wybuchając śmiechem, i w tym momencie
ciemności zwarły się wokół nich, unicestwiając widzialny świat.
Przez długą chwilę odpoczywali, oddychając głęboko i oswajając oczy z tą
zmianą. Głosy i śmiechy z dalekich łodzi przecinały ich szlak. Ktoś
zawołał:
- Ya, Naruz! - i po raz drugi: - Ya, Naruz!
Odpowiedział tylko pomrukiem. Teraz dały się słyszeć krótkie synkopowane
uderzenia palcem w bęben, muzyka, której rytm błyskawicznie wzbudził
echo w głowie Mountolive'a, tak że młody Anglik bezwiednie zaczął
wybijać go palcami na burcie. Jezioro teraz nie miało dna, zniknął żółty
muł - miękkie spękane osady prehistorycznych uskoków lub bitumiczny
szlam, który Nil zostawia tutaj w drodze ku morzu. Ale ciemności
cuchnęły mułem. Znów dobiegło wołanie:
- Ya, Naruz! - Mountolive poznał głos Nessima, starszego z braci
Hosnanich, niesiony z podmuchami od morza, które rozdzielały słowa: -
Pora... zapalić... światła.
Naruz odkrzyknął coś w odpowiedzi i mruknął z zadowoleniem, szukając po
omacku zapałek:
- Teraz zobaczysz! - rzekł z dumą.
Łuk czółen zacieśnił się, obejmując więcierze, i w gorącym mroku zaczęły
błyskać zapałki, a wkrótce potem karbidowe latarnie umocowane na
dziobach rozkwitły drżącymi, żółtymi kwiatami, rozkołysane na chwilę,
zanim przybrały stałą pozycję, co pozwoliło łodziom wyrównać linię nie
dość przedtem precyzyjną. Naruz, przepraszając gościa, schylił się nad
nim, by sięgnąć na dziób, i Mountolive'a owionął pot krzepkiego ciała,
gdy zgięty wpół chłopak sprawdzał gumową rurkę i potrząsał starą
bakelitową puszką lampy, wypełnioną bryłkami karbidu. Przekręcił jakiś
kurek, błysnęła zapałka i gęsty dym osnuł ich obu, nieruchomych na
swoich miejscach; wstrzymali oddech na tę krótką chwilę, dopóki
powietrze znów się nie oczyściło, póki w dole nie rozkwitła także niby
ogromny kolorowy kryształ półkolista tafla jeziora, ukazując wiernie jak
latarnia magiczna rozedrgany, świetlisty, to zanikający, to znów wyraźny
obraz ryb w ruchu, zaskoczonych, zaciekawionych, może nawet ucieszonych.
Naruz westchnął głośno i cofnął się ku rufie.
- Teraz patrz - powiedział z naciskiem, lecz natychmiast dodał: -
Pamiętaj, że trzeba schylić głowę.
Mountolive nie zrozumiał tej rady, spojrzał więc na niego pytająco, a Naruz wyjaśnił:
- Nakryj głowę kurtką. Zimorodki wpadają w szał, atakując ryby, a w nocy
dobrze nie widzą. Poprzednim razem rozorały mi policzek, a Sobhi stracił
oko. Najlepiej połóż się twarzą w dół.
Mountolive usłuchał tych zaleceń i leżał wychylony nad jeziorem
drgających świateł; dno teraz zamiast mułu wyścielał niezrównany
kryształ, a na nim roiło się od wodnych żółwi, żab i przemykających ryb
- cała populacja tych wód zdawała się spłoszona wtargnięciem w nie
zewnętrznego świata. Płaskodenka zakołysała się ciężko i poruszyła, a zimny szlam chlusnął mu ma stopy. Kątem oka widział wielkie półkole
świateł - girlandę kwiatów - zamykające się teraz szybciej; jednocześnie
zadudniły bębny, rozbrzmiał śpiew przyciszony, melancholijny, a zarazem
władczy, jakby narzucał łodziom kierunek i rytm. Mountolive poczuł znowu
w kręgosłupie echo szarpnięcia, które obróciło łódź. To wrażenie nie
przypominało niczego znanego, było całkowicie nowe.
Woda teraz zgęstniała, stała się zawiesista, jak owsianka z wolna
tężejąca na małym ogniu. Ale gdy przyjrzał się z bliska, stwierdził, że
źródłem tego złudzenia była nie sama woda, lecz ryby zbiegające się tu
coraz liczniej. Zbijały się w gromady, przemykały całymi ławicami,
podniecone choćby samą świadomością swojej liczby, ale wszystkie sunęły,
rwały w jednym kierunku. Kordon zacieśniał się też jak pętla, już
zaledwie dwadzieścia stóp dzieliło ich od sąsiedniej łodzi, sąsiedniego
kręgu woskowego światła. Wioślarze wydawali ochrypłe okrzyki i tykami
bili wodę dokoła; im także udzielił się niepokój podnieconych ryb,
rojących się tłumnie nad miękkim dnem jeziora, coraz bardziej
wystraszonych, bo trafiały już na płycizny i zaczynały rozumieć, że dały
się zamknąć w pułapce świetlistego kręgu. Teraz kołowały, miotały się
jak w delirium. Majaczące w mroku ludzkie postacie rozwijały w łodziach
ręczne sieci, krzyk narastał. Mountolive czuł w żyłach przyśpieszone
tętno krwi.
- Jeszcze chwila! - krzyknął Naruz. - Leż spokojnie.
Woda już teraz osiągnęła gęstość kleju, a srebrzyste ciała wyskakiwały w ciemność, by natychmiast z powrotem spaść na mieliznę, lśniąc jak
rozsypane monety; kręgi światła zbliżały się do siebie, zachodziły jedne
na drugie, cały pierścień zamknął się już szczelnie, a zewsząd wokół
dochodziły pluski i łoskot spadających w płycizny ciemnych ciał, szelest
rozwijanych długich sieci ręcznych, które stykały się z sobą i których
czarne pętle już wybrzuszały się jak gwiazdkowe pończochy od
szamoczących się ryb. Skoczki, także już przestraszone, panicznymi
susami obijały się o powierzchnię zastawy, chlustając chłodną wodą na
mrugające latarnie, i wpadały do łodzi rozedrganą masą zimnych łusek i bębniących o deski ogonów. Ich podniecająca śmiertelna walka była tak
samo zaraźliwa jak rytm bębnów. Śmiech wstrząsał powietrzem, gdy
ściągano sieci. Mountolive widział, jak Arabowie, w zakasanych do pasa
długich białych galabijach, parli naprzód, przytrzymując po obu stronach
dzioby płaskodenek, i z wolna popychali przed sobą złączone sieci.
Światło lśniło na ich smagłych udach. Ciemności wypełniały się ich
barbarzyńską uciechą.
I teraz nastąpiła druga niespodzianka: niebo zagęściło się tak samo, jak
przedtem woda. Mrok nagle zaroił się od nierozpoznawalnych sylwetek, bo
susy ryb zbudziły uśpionych mieszkańców wybrzeży i jeziora i wśród
przenikliwych chaotycznych krzyków nowi goście z zarosłych sitowiem
brzegów ujścia przyłączyli się do łowów - setki pelikanów, flamingów,
żurawi i zimorodków nadlatywały po nieregularnych trajektoriach, by tu
zniżyć lot, rzucić się z góry, porywać skaczące ryby. Powietrze i woda
jednakowo kipiały życiem, gdy rybacy, ściągnąwszy sieci, zaczęli
wygarniać z nich obfity połów do łodzi lub też wytrząsać przez burtę
drgające kaskady srebra, tak że warstwa skłębionych rybich ciał sięgała
już sternikom do kostek. Starczyłoby łupu aż nadto i dla ludzi, i dla
ptaków, lecz gdy większe brodźce z jeziora to składały, to rozkładały
niezdarnie skrzydła niby staroświeckie wzorzyste parasole albo krążyły
bezkształtnymi chmarami nisko, tuż nad pluszczącą, rozedrganą wodą -
zimorodki i mewy nadlatywały ze wszystkich stron z błyskawiczną
szybkością, na pół oszalałe z żarłocznego podniecenia; niektóre
samobójczo obierały kierunek, łamały kartki o pokłady łodzi lub godziły
wysuniętymi dziobami w smagłe ciała rybaków, rozdzierając im policzki
czy uda w obłędzie chciwości. Plusk wody, ochrypłe krzyki, klaskanie
dziobów, furkot skrzydeł i szalony werbel bębnów nadawały tej scenie
jedyną w swoim rodzaju wspaniałość, kojarzącą się mgliście w głowie
Mountolive'a z grą świateł i cieni na zapomnianych freskach faraonów.
Tu i ówdzie mężczyźni zaczęli opędzać się od ptaków, wymachując w ciemnościach na wszystkie strony kijami, i zaraz wśród kłębowiska
złowionych ryb można było ujrzeć nieoczekiwaną tęczę piór o czarodziejskich barwach i strzaskane dzioby, z których krew ciekła na
srebrzyste rybie łuski. Trwało to przez trzy kwadranse, aż w końcu
ciemne łodzie wypełniły się po wręby. Nessim znalazł się tuż obok i wołał z mroku:
- Trzeba już wracać!
Wskazywał ponad wodą latarnię migającą i tworzącą ciepłą niszę światła,
w której majaczyła sylwetka zwróconego bokiem konia oraz powycinane w zęby palmowe liście.
- Matka czeka na nas - zawołał Nessim. Schylił swoją piękną głowę aż na
krawędź świetlistej plamy i było widać, że się uśmiecha. Miał twarz
bizantyjską, taką, jakie można zobaczyć na freskach w Ravennie, owal w kształcie migdała, ciemne oczy, czysto rzeźbione rysy. Ale Mountolive
patrzał niejako poprzez twarz Nessima w twarz Leili, jego matki, do
której pierworodny syn był tak bardzo podobny.
- Naruzie! - krzyknął, bo młodszy z braci Hosnanich skoczył w wodę, żeby
uwiązać sieć. - Naruzie! - Trudno było przekrzyczeć ogólny zgiełk. -
Musimy już wracać.
Wreszcie dwie łodzie z cyklopowym okiem lampy ruszyły przez czarną wodę
ku odległej przystani, gdzie Leila czekała cierpliwie z końmi w brzęczącej od moskitów ciszy. Młody księżyc już wzeszedł.
Jej głos roześmiany niósł się przez zmienne warstwy powietrza nad
jeziorem, karcąc ich za opieszałość. Naruz zachichotał.
- Nałapaliśmy mnóstwo ryb! - krzyknął Nessim.
Czekała, lekki cień w ciemnościach, i ręce ich spotkały się, jakby
kierowane udoskonalonym instynktem, którego nie znała świadomość.
Mountolive'owi serce zadrżało, gdy wstał i z jej pomocą wspiął się na
pomost przystani. Gdy dwaj bracia dotknęli stopami brzegu, Naruz
natychmiast zawołał:
- Ścigajmy się do domu, Nessimie! - I obaj podbiegli do koni, które
szarpały się i wierzgały, spłoszone hałasem i śmiechem.
- Uważajcie! - ostro krzyknęła Leila, ale oni w okamgnieniu już ruszyli
z miejsca, kopyta zadudniły na miękkiej dróżce nadbrzeżnego wału i odpowiedział jej tylko mefistofelowski zdławiony śmiech Naruza.
- Nie ma na nich rady - powiedziała z żartobliwą rezygnacją. Służący już
podprowadzał wierzchowca dla niej i dla gościa.
Wsiedli i ruszyli ku domowi. Leila kazała słudze jechać przodem z
latarnią, a potem przysunęła się na koniu do Mountolive'a tak, by jadąc
strzemię w strzemię, mogli cieszyć się fizyczną bliskością. Od niedawna
byli kochankami, ściśle licząc zaledwie od dziesięciu dni, lecz dla
młodego Mountolive'a czas ten zdawał się wydłużać w setki lat, w wieczność rozpaczy i szczęścia. Formalne wykształcenie otrzymał w Anglii, uczono go tam, żeby nie pragnął silnych uczuć. Inne cenne lekcje
już sobie przyswoił pomimo młodego wieku - umiał stawiać czoło problemom
salonów i ulic, nie tracąc zimnej krwi, ale osobistym wzruszeniom mógł
przeciwstawić tylko napięte milczenie typowej dla jego narodu, niemal
znieczulonej wrażliwości, stłumionej przez niezgrabną rezerwę;
wychowanie narzuciło mu w wielu dziedzinach różne ascezy i wstydy. Dobre
maniery rzadko idą w parze z wrażliwością, chociaż odstępstwa można
starannie maskować szyfrem przyjętego sposobu bycia, formami obcowania
ze światem. Słyszał i czytał o namiętnościach, ale sądził, że jego nie
mogą one nigdy dosięgnąć, a tymczasem teraz, jak nadmiernie wyrośniętego
sztubaka, rozsadzało go tajemne życie, autonomicznie toczące się za
pobłażliwą zasłoną powszednich manier i transakcji, powszednich rozmów i uczuć. Człowiek towarzyski zdążył aż nadto dojrzeć, nim człowiek
wewnętrzny zaczął dorastać. Cały ten ład w nim Leila zburzyła tak, jak
można jednym gestem poprzewracać wszystko w starym kufrze. Podejrzewał
teraz, że utraciwszy swą powściągliwość, jest tylko niedowarzonym
sentymentalnym chłopcem. Prawie z oburzeniem uświadamiał sobie, że
nareszcie znalazł coś, za co gotów był umrzeć - coś, co w samej swojej
pierwotności zawierało uskrzydloną prawdę przenikającą do najgłębszego
rdzenia jego psychiki. Mimo ciemnej nocy chciałby się zaczerwienić w tej
chwili. Absurd. Kochać się to taki sam absurd, jak dać się strącić z parapetu. Bezwiednie zadał sobie pytanie, co pomyślałaby matka, gdyby
zobaczyła go jadącego strzemię w strzemię z Leilą między widmami palm
brzegiem jeziora, w którym odbija się księżyc w nowiu.
- Czy jesteś szczęśliwy? - szepnęła Leila i poczuł muśnięcie jej warg na
przegubie swojej ręki.
Bywa, że kochankowie nie znajdują słów prócz tych, które inni już
powiedzieli i przemilczeli tysiąc razy. Właśnie po to wynaleziono
pocałunki, by takie banały przeobrazić w rany.
- Mountolive - powiedziała - mój najmilszy David...
- Tak...
- Milczysz, zdawało mi się, że śpisz.
Mountolive zmarszczył brwi, uświadamiając sobie własne wewnętrzne
skłócenie.
- Zamyśliłem się po prostu - odpowiedział. I znowu poczuł jej usta na
swojej ręce.
- Kochanie.
- Kochanie.
Jechali, ocierając się kolanami, póki nie ukazał się przed nimi stary
dom, czworobok zbudowany między siecią wałów odgradzających ujście i kanały słodkich wód. W powietrzu krążyły nietoperze.
Górny balkon był rzęsiście oświetlony: tam w fotelu na kółkach siedział
zgarbiony chory człowiek i zazdrośnie wypatrywał ich wśród nocy, czekał
na nich. Mąż Leili umierał na jakąś zagadkową chorobę, postępujący zanik
mięśni, okrutnie potęgującą i tak dużą różnicę wieku małżonków, ona
bowiem ledwie przekroczyła czterdziestkę, a wyglądała na znacznie mniej,
gdy on miał dobrze ponad sześćdziesiąt lat. Kalectwo wyniszczyło go,
zostawiając tylko trupią powłokę spowitą w pledy i szale, spod których
wysuwały się długie, wydelikacone ręce. Rysy miał posępne, w wyrazie
twarzy coś dzikiego, co po nim odziedziczył w pewnym stopniu młodszy
syn. Z głową przekrzywioną, w jakimś oświetleniu przypominał karnawałowe
maski obnoszone na kijach. Trzeba jeszcze dodać, że Leila kochała go.
Leila go kocha. W ciszy własnych myśli Mountolive, wymawiając te trzy
słowa, musiał je w duchu wykrzykiwać jak papuga. Jak to możliwe? - pytał
sam siebie wciąż na nowo. - Jak to możliwe?
Mąż Leili usłyszał dzwonienie końskich podków na bruku dziedzińca i pchnąwszy swój fotel na kółkach bliżej brzegu balkonu, zawołał pytająco:
- Leila, czy to ty? - Tonem starego dziecka, czekającego, żeby je
poraził ciepły uśmiech rzucony z dołu ku górze i głęboki, słodki
kontralt, nabrzmiały orientalną uległością i zarazem pociechą,
zrozumiałą tylko dla dziecka, gdy mu odpowiedziała:
- Ja, kochanie.
Biegła już długimi drewnianymi schodami, żeby go uściskać, wołając:
- Wróciliśmy wszyscy cali i zdrowi!
Mountolive, powoli zsiadając na dziedzińcu z konia, usłyszał, jak chory
westchnął z ulgą. Umyślnie marudził, zacieśniając bez potrzeby popręg,
byle nie widzieć czułego uścisku małżonków. Nie był zazdrosny, ale
niedowierzanie raniło go głęboko i boleśnie. To okropne być młodym,
niezręcznym, czuć się bezradnym. Jak mogło do tego dojść? Znalazł się o miliony mil od Anglii, wyłuskany z własnej przeszłości jak z łupiny.
Gorąca noc pachniała jaśminem i różami. Później, jeżeli Leila przyjdzie
do jego sypialni, będzie kamiennie spokojny, weźmie w ramiona to
zadziwiająco młodzieńcze ciało bez słów i bez myśli, prawie bez żądzy i bez wyrzutów; zamknie wtedy oczy jak człowiek stojący pod lodowatym
wodospadem. Niespiesznie wspinał się teraz po schodach; dzięki Leili
wiedział, że jest wysoki, smukły i przystojny.
- Podobało się to panu, Mountolive? - zaskrzeczał chory; w głosie jego
(jak oliwa rozlana na wodzie) przebijał ton dumy i podejrzliwości. Rosły
murzyński sługa wytoczył na balkon stoliczek z karafką whisky i szklankami - to należało do dziwności tego świata, że pili o zachodzie
słońca whisky, jak Anglicy w koloniach, w tym starym, rozłożystym domu
pełnym wspaniałych dywanów, z włóczniami assegai zdobytymi pod
Omdurmanem zdobiącymi ściany, z dziwacznymi meblami w stylu Drugiego
Cesarstwa przyprawionym na turecką modłę.
- Niech pan siada - zaprosił gospodarz i Mountolive, uśmiechając się do
niego, usiadł; spostrzegł, że nawet tu, w pokojach, gdzie przyjmowano
gości, wszędzie wkoło leżą książki i czasopisma - symbole nienasyconego
głodu myśli, któremu Leila nie pozwoliła nigdy nad sobą zapanować.
Właściwie trzymała książki i pisma w haremie, ale jakimś sposobem ich
nadmiar przedostawał się wszędzie. Mąż nie miał udziału w tym jej
świecie. W miarę możności starała się, żeby sobie tego nie uświadamiał,
bojąc się jego zazdrości, tym bardziej drażliwej, im ciężej był chory.
Synowie poszli się umyć, skądś do uszu MountoIive'a dochodził plusk
wody. Wkrótce gość także przeprosi i odejdzie do swojego pokoju, żeby
przed kolacją przebrać się w biały smoking. Popijał i niskim melodyjnym
głosem rozmawiał ze skulonym w fotelu kaleką. Wydawało mu się okropne i nieprzyzwoite, że jest kochankiem jego żony, a jednak zawsze z zapierającym dech zdumieniem obserwował naturalność i prostotę, z jaką
Leila traktowała całe to oszustwo. (Jej chłodny miodowy głos itd., itd...
Chciałby nie myśleć wciąż o tym). Z chmurną twarzą sączył whisky.
Nie bez trudu dotarł do tej wiejskiej posiadłości, aby przedstawić ich
właścicielowi list polecający, droga samochodowa kończyła się na grobli,
dalej trzeba było konno jechać do domu zbudowanego między kanałami.
Przeszło godzinę czekał tam, zanim jakiś uprzejmy przejeżdżający
człowiek użyczył mu wierzchowca, który go dowiózł do celu podróży. Nie
zastał wówczas w domu nikogo prócz chorego gospodarza. Trochę się
ubawił, patrząc, jak Hosnani czyta list polecający napisany kwiecistym
arabskim stylem i głośno wymawia grzecznościowe formułki, odwzajemniając
komplementy zawarte w piśmie, jak gdyby jego autor był tu obecny we
własnej osobie. Potem od razu bardzo przyjaźnie spojrzał w twarz młodego
Anglika i zaczął rozmowę, a Mountolive odpowiadał przyciszonym głosem.
- Proszę przyjechać do nas na dłuższy czas, to jedyny sposób, żeby się
pan wprawił w języku arabskim. Na jakieś dwa miesiące, jeżeli pan ma
ochotę. Moi synowie mówią po angielsku i z przyjemnością będą z panem
rozmawiali. Żona także. Dla nich gość w domu będzie darem z nieba,
urozmaiceniem życia. Mój drogi Nessim za rok skończy studia w Oksfordzie.
Duma i zadowolenie błysnęły w jego zapadniętych oczach, ale iskra prędko
zgasła, ustępując miejsca zwykłemu wyrazowi bólu i smutku. Choroba budzi
w innych wzgardę. Chory wiedział o tym.
Mountolive przyjął zaproszenie i zrzekając się zarówno urlopu na
miejscu, jak i wypoczynku w kraju, uzyskał pozwolenie na dwumiesięczny
pobyt w domu koptyjskiego ziemianina. Wziął rozbrat ze wszystkim, co
znał dotychczas, włączając się w model rodzinnego życia, opartego na
feudalizmie i podsycanego jego bezwiedną ceremonialnością, sięgającą
korzeniami wieków średnich, a może dalszej jeszcze przeszłości. To był
świat Burtona, Beckforda, Lady Hester... a więc tacy ludzie istnieją
jeszcze? Oglądając to wszystko z punktu widzenia człowieka, który
znalazł się między postaciami obrazu namalowanego w wyobraźni, odkrył
niespodziewanie, że egzotyka stała się dla niego czymś najzupełniej
zwyczajnym. Poezja tej egzotyki promieniowała z nieświadomego z nią
obcowania na co dzień. Mountolive, który przybył tu już z kluczem do
sezamu języka, po raz pierwszy nagle poczuł, że naprawdę poznaje głębiej
cudzoziemski kraj i cudzoziemskie obyczaje. Jak każdy w takiej sytuacji
doznawał oszałamiającej przyjemności, odrzucając swoje dawne "ja" i hodując nowe, żeby stare zastąpić. Wymykał się, tracąc jak gdyby kontury
osobowości. Czy na tym w istocie polega zdobywanie wykształcenia?
Zaczynał przeszczepiać cały ogromny nietknięty świat wyobraźni na glebę
swego nowego życia.
Sama rodzina Hosnanich przedstawiała dość osobliwie dobraną grupę.
Czarujący Nessim i jego matka, duchowo sobie bliscy, należeli do świata
żywej inteligencji i wrażliwości. Najstarszy syn zawsze był gotów
usłużyć matce, czy to otworzyć przed nią drzwi, czy podnieść upuszczoną
chusteczkę z podłogi. Po francusku i angielsku mówił doskonale, maniery
miał nieskazitelnie poprawne, odznaczał się wdziękiem i sprawnością
fizyczną. Naprzeciw tej pary siedziała w blasku świec druga: kaleka
opatulony w pledy i młodszy syn, krzepki i brutalny jak brytan; cały
jego sposób bycia w jakiś nieuchwytny sposób sugerował, że Naruz tylko
czeka na wezwanie do broni. Masywnie zbudowany i brzydki, był jednak
łagodny; czułość, z jaką chłonął każde słowo z ust ojca, nie
pozostawiała wątpliwości, kto jest mu tutaj duchem najbliższy. W jego
oczach malowała się prostota. On też gotów był do usług i jeżeli zajęcia
gospodarskie nie trzymały go poza domem, zawsze odprawiał milczącego
sługę, czuwającego stale za fotelem kaleki, i sam usługiwał ojcu,
promieniejąc dumą; nawet gdy trzeba było chorego brać na ręce i nieść do
łazienki, Naruz robił to gorliwie, z tkliwością, niemal radośnie. Na
matkę spoglądał z dumą, zmieszaną z dziecinnym smutkiem, tak samo jak
jego chory ojciec. Ale między braćmi, tak rozszczepionymi jak gałązka
oliwki, nie było przepaści: wyrastali ze wspólnego konara i zdawali
sobie z tego sprawę, kochali się serdecznie, uzupełniali się wzajemnie,
siła jednego wynagradzała słabości drugiego. Nessim lękał się rozlewu
krwi, pracy fizycznej i złych manier. Naruz w tym wszystkim się lubował.
A Leila? Dla Mountolive'a była oczywiście piękną tajemnicą, lecz gdyby
miał więcej doświadczenia, rozpoznałby w jej naturalności doskonałą
prostotę ducha, a w szaleństwach - temperament, któremu nie pozwolono
się rozwinąć we właściwym kierunku i który wobec tego chętnie poprzestał
na kompromisach. Na przykład małżeństwo z człowiekiem o tyle starszym
od niej zostało ułożone przez rodziny, działo się to przecież w Egipcie.
Dobrano majątki obu stron i układ przypominał - jak wszystkie mariaże
tego rodzaju - fuzję dwóch wielkich spółek akcyjnych. Sama Leila nie
zastanawiała się, czy jest szczęśliwa, czy nie. Dręczył ją głód, to
pewne, głód książek i spotkań, nieosiągalnych w tym starym domu,
niemożliwych do pogodzenia z ciężkimi obowiązkami wobec ziemi, która
stanowiła podstawę ich fortuny. Leila była posłuszna i uległa, wierna
jak zwierzę szlachetnej rasy. Ciążyła jej tylko ogłupiająca monotonia
tego życia. Za młodu skończyła świetnie szkołę w Kairze, przez parę lat
łudziła się nadzieją, że będzie mogła dalej się kształcić w Europie.
Marzyła, że zostanie lekarką. Ale w tamtych czasach egipskie kobiety
były szczęśliwe, jeśli udało im się uniknąć czarnej zasłony, nie
próbując nawet ucieczki z ciasnych granic egipskich pojęć i barier
społecznych. Europa była dla Egipcjan po prostu ośrodkiem handlowym,
gdzie bogaci mogli kupować różne rzeczy. Oczywiście Leila z rodzicami
kilka razy odwiedzała Paryż i tak jak wszyscy zakochała się w tym
mieście, ale gdy trzeba było zdobyć się na przełamanie zapory rodzinnych
obyczajów, na zdecydowane wyrwanie się z sieci rodziców, na wybór
własnej drogi w szeroki świat, gdzie znalazłaby pokarm dla żywego umysłu
- Leila natknęła się na nieustępliwy mur konserwatyzmu. Rodzice zimno
oświadczyli, że musi wyjść za mąż i mieszkać w Egipcie, wybrali już dla
niej męża odpowiednio bogatego, najzacniejszego i najstosowniejszego,
jakiego mogli znaleźć wśród swoich znajomych. Zatrzymana tak na krawędzi
świata swoich marzeń, bogata i piękna (nazywano ją w aleksandryjskich
kołach towarzyskich "czarną jaskółką") Leila miała wrażenie, że wszystko
blednie i rozwiewa się we mgle. Musiała zastosować się do przyjętych
zwyczajów. Rozumie się, nikt nie miałby jej za złe wycieczek w towarzystwie męża do Europy, co parę lat, na zakupy czy dla rozrywki...
Ale jej życie jest związane z Egiptem.
Ustąpiła, początkowo z rozpaczą, później z rezygnacją godząc się na los,
jaki jej narzucono. Mąż okazał się człowiekiem dobrym i delikatnym, ale
intelektualnie dość ograniczonym. To życie podkopało siłę jej woli. Z wielkiej lojalności pogrążyła się w interesach Hosnaniego, na jego
życzenie zamieszkała z dala od jedynego miasta, w którym panował styl
życia choć trochę podobny do europejskiego - z dala od Aleksandrii. Od
wielu lat znosiła usypiający klimat delty i monotonię dni w wiejskiej
siedzibie rodzinnej. Żyła niemal tylko za pośrednictwem Nessima, który
kształcił się za granicą i rzadkimi przyjazdami do domu wnosił tu z sobą
trochę życia. Żeby złagodzić piekącą ciekawość i wiedzieć coś niecoś o świecie, prenumerowała czasopisma i sprowadzała książki w czterech
językach, które znała równie dobrze jak ojczysty, może nawet lepiej, bo
nie sposób myśleć czy też wyrażać uczucia tylko w jednowymiarowej
przestarzałej arabszczyźnie. Od lat trwała ta jej bitwa z rezygnacją, a rozpacz przejawiała się jedynie okresami depresji nerwowej, na które mąż
przepisywał wcale niegłupie lekarstwo: dziesięć dni odpoczynku w Aleksandrii; tam twarz jej z reguły odzyskiwała rumieńce. Ale z czasem i te wycieczki stały się coraz rzadsze; Leila niepostrzeżenie wyśliznęła
się z towarzyskiego kręgu miasta, straciła wprawę w zdawkowych rozmowach
i zdawkowych myślach, które są źródłem salonowej konwersacji. Teraz już
życie w mieście nudziło ją, wydawało się płytkie, jak mielizny wielkiego
jeziora, wtórne. Jej zdolność do introspekcji zaostrzyła się z biegiem
czasu, przyjaciele rozproszyli się, zostało ledwie kilka znajomych
nazwisk i twarzy - doktor Balthazar, Amaril, garstka innych. Wkrótce
Aleksandria miała się stać miastem nie Leili, lecz Nessima. Na starszego
syna, gdy ukończy studia, czeka stanowisko w banku, szybko rozrastającym
się, tworzącym filie, wysuwającym chwytne korzenie ku różnym dziedzinom,
obejmujące już przemysł okrętowy, naftowy, wolframowy, a wszystkie te
korzenie potrzebowały wody... Tymczasem Leila stanie się istną pustelnicą.
To samotne życie źle ją przygotowało na spotkanie z Mountolive'em, na
obecność cudzoziemca w rodzinnym gronie. W dniu jego pierwszej wizyty
wróciła późno z konnej przejażdżki po pustyni i w nastroju dość
przyjemnego podniecenia wsunęła się na swoje miejsce pomiędzy mężem a jego gościem. Mountolive prawie na nią nie patrzał, bo już sam jej
dźwięczny głos wzbudził w jego sercu dziwne wibracje, które sobie
uświadamiał, lecz których wolał nie badać głębiej. Była ubrana w białe
spodnie do konnej jazdy i w żółtą koszulę, a na szyi zawiązaną miała
chustkę. Na drobnych, białych i gładkich rękach nie nosiła pierścionków.
Żaden z jej synów nie stawił się tego dnia na lunch i gdy wstali od
stołu, sama Leila oprowadziła gościa po domu i ogrodach, mile zdziwiona
jego niezłą arabszczyzną i płynną francuszczyzną. Odnosiła się do niego
z trochę lękliwą troskliwością kobiety, która zwykła opiekować się
mężczyzną jak dzieckiem. Jego szczere zainteresowanie i chęć do nauki
wzruszały ją i budziły w niej wdzięczność, co ją samą zaskoczyło. Było
to niedorzeczne, ale nigdy nie spotkała dotychczas cudzoziemca, który by
naprawdę chciał przestudiować i poznać ich życie, język, religię i obyczaje. Mountolive maniery miał świetne, ale nie władał sobą.
Przechadzali się we dwoje po ogrodzie różanym, zasłuchani w swoje głosy
jak we śnie. Brakowało im tchu, dusili się prawie.
Kiedy wieczorem żegnał się i przyjął zaproszenie jej męża, aby wrócił na
dłuższą wizytę w ich domu, nie można było Leili nigdzie znaleźć.
Przysłała przez służącego wiadomość, że źle się czuje, głowa ją boli i położyła się do łóżka. Ale oczekiwała jego powrotu w jakimś upartym i lękliwym napięciu.
Oczywiście poznał tego wieczoru obu braci, bo Nessim nadjechał z Aleksandrii po południu i Mountolive natychmiast odgadł w nim człowieka
tego samego co on pokroju, człowieka, którego życie jest kodeksem. Ich
nerwy zareagowały na to spotkanie asonansem. Poznał także Naruza.
- Gdzież się podział Naruz? - Leila spytała męża tak, jakby ten drugi
syn bardziej był z ojcem niźli z nią związany, jakby stanowił w grze ze
światem jego stawkę.
- Zamknął się na czterdzieści dni w wylęgarni. Jutro wyjdzie.
Leila zdawała się trochę zakłopotana.
- Naruz ma wyznaczony przez rodzinę zawód farmera, a Nessim - bankiera -
wyjaśniła gościowi, rumieniąc się lekko. Potem znowu zwróciła się do
męża: - Czy mogę zaprowadzić tam Mountolive'a, żeby zobaczył Naruza przy
pracy?
- Oczywiście.
Mountolive zachwycił się sposobem, w jaki wymówiła jego nazwisko, z francuskim akcentem: "Montolif", co zabrzmiało w jego uszach niezwykle
romantycznie. To także było coś zupełnie nowego. Ujęła go pod rękę i poszli przez ogród różany i plantację palm ku długiemu niskiemu
budynkowi z suszonej na słońcu cegły, zagłębionemu w ziemię, gdzie
mieściła się wylęgarnia. Zapukali raz i drugi w drzwi, zapadnięte
poniżej powierzchni ogrodu, aż w końcu Leila zniecierpliwiona otworzyła
i weszli w wąski korytarz, wzdłuż którego po obu stronach stało dziesięć
wylęgarek.
- Zamknąć tam drzwi! - huknął ktoś basem i Naruz podniósł się z zasnutego pajęczynami kąta; zbliżał się w mroku, by rozpoznać natrętów.
Mountolive, trochę onieśmielony jego groźną miną, zajęczą wargą i opryskliwością głosu, mimo młodzieńczego wieku Naruza miał wrażenie, że
naruszyli spokój kudłatego pustelnika w jego skalnej kaplicy. Naruz miał
cerę pożółkłą, wokół oczu zmarszczki po długim bezsennym czuwaniu. Ale
gdy z bliska zobaczył gości, przeprosił i zdawał się uradowany, że
raczyli go odwiedzić. Natychmiast z dumą i zarazem z przejęciem zaczął
tłumaczyć, jak działają wylęgarki, a Leila taktownie zostawiła mu pole
do popisu. Mountolive wiedział, że przyspieszanie wylęgu kurcząt przez
sztuczne ogrzewanie należy do sztuk, z których Egipt słynie od czasów
starożytnych, i z przyjemnością słuchał bliższych informacji na ten
temat. W podziemnym korytarzu pełnym odwiecznych pajęczyn i niezamiatanych śmieci, śledzeni zagadkowym spojrzeniem przez ciemnooką
kobietę, która studiowała kontrasty w ich powierzchowności, sposobie
bycia i głosach, rozmawiali o szczegółach technicznych i temperaturach.
Piękne oczy Naruza błyszczały teraz ożywieniem i radością. Udzieliło mu
się żywe zainteresowanie gościa i z zapałem opowiadał o wszystkim jak
najdokładniej, nie pominął nawet osobliwej metody mierzenia ciepłoty
jaj, którą, przy braku termometru, bada się, przykładając sobie jajko do
gałki ocznej.
Wracając później z Leilą przez różany ogród, Mountolive powiedział:
- Bardzo miły jest pani syn.
Leila niespodziewanie się zaczerwieniła i spuściła głowę. Odpowiedziała
głosem stłumionym, wyraźnie wzruszona:
- Ciąży nam ogromnie na sumieniu, że nie daliśmy w porę zeszyć wargi.
Potem wiejskie dzieci wyśmiewały się z niego, przezywały go wielbłądem,
i bardzo go to raniło. Pan wie, że wielbłąd ma wargę pękniętą w środku?
Nie? Tak to jest. Naruz wiele musiał znieść.
Młodemu Anglikowi idącemu u jej boku serce nagle ścisnęło się ze
współczucia dla niej. Nie zdobył się jednak na żadne słowo. A wieczorem
Leila zniknęła.
Początkowo był zbity z tropu zamętem własnych uczuć, ale nie nawykł do
introspekcji, nie oswoił się, by tak rzec, z pełnoletnością swojego
"ja", krótko mówiąc, był młody i potrafił ją odsunąć. (Wszystko to
powtarzał później w pamięci, wspominając ze skupieniem każdy szczegół,
gdy golił się albo gdy wiązał krawat przed staroświeckim lustrem.
Uporczywie raz po raz opowiadał sobie w duchu tę historię, jak gdyby
chciał tym pośrednim sposobem wskrzesić i opanować całą nową gamę
wzruszeń, które w nim wzbudziła Leila. Czasem wyrywało mu się przez
zaciśnięte zęby ciche przekleństwo: - Do diabła. - Jak gdyby
rozpamiętywał jakąś straszliwą klęskę. Musiał stać się dorosłym
mężczyzną, to było nieprzyjemne. Stawał się dorosłym mężczyzną - to było
wspaniałe. Wahał się pomiędzy strachem a śmieszną dumą).
Często jeździli razem konno po pustyni, zachęcani do tych spacerów przez
jej męża, i pewnego wieczora przy pełni księżyca, gdy wypoczywali na
piaszczystej wydmie, którą wiatr miękko wyrzeźbił niby zaspę śnieżną,
Mountolive ujrzał nowe wcielenie Leili. Zjedli kolację i rozmawiali w widmowym świetle.
- Czekaj - powiedziała nagle - masz okruszynę na wardze.
I schyliwszy się nad nim, delikatnie zdjęła tę okruszynę własnym
językiem. Czuł przez okamgnienie mały, gorący język egipskiego kota na
swojej dolnej wardze. (W tym momencie wspomnień zawsze mówił: - Do
diabła!). Zbladł, zdawało mu się, że zemdleje. Ale ona była tak blisko,
tak łagodnie blisko, uśmiechała się i marszczyła nos, nie miał więc
wyboru, chwycił ją w ramiona, padł na nią jak w lustro. Ich rozszeptane
usta spotkały się jak refleksy na powierzchni jeziora. Świadomość
rozprysnęła się na tysiąc fragmentów, ulotniła się w otaczającej ich ze
wszystkich stron pustyni. Stali się kochankami łatwo, pozornie bez
premedytacji, tak że Mountolive przez długą chwilę sam prawie nie
wiedział, co się zdarzyło. Kiedy oprzytomniał, od razu zdradził swój
młodzieńczy wiek, jąkając: - Ale dlaczego właśnie ja, Leilo? - Jak gdyby
ona miała cały świat do wyboru, i zdziwił się, kiedy się odsunęła i powtórzyła pytanie tonem śpiewnym i jakby wzgardliwym; rzeczywiście jego
naiwność trochę ją zirytowała.
- Dlaczego ty? No, bo ty. - I ku zdumieniu Mountolive'a zaczęła
recytować niskim, słodkim głosem tekst jednego ze swoich ulubionych
pisarzy:
- "Przeznaczenie daje nam dzisiaj możliwości najwznioślejsze, jakie
kiedykolwiek dane były jakiemuś narodowi, abyśmy je przyjęli lub
odrzucili. Jesteśmy rasą jeszcze niezwyrodniałą, mamy w żyłach domieszkę
najszlachetniejszej nordyckiej krwi. Nie przeżarła nas rozpusta, mamy
dość stanowczości, by rządzić, i mamy dar posłuszeństwa. Wpojono nam
religię czystego miłosierdzia i albo ją w końcu zdradzimy, albo nauczymy
się jej bronić, spełniając jej nakazy. Jesteśmy bogaci dziedzictwem
honoru, spuścizną tysiącleci szlachetnej historii, i powinniśmy pragnąć
z wielkoduszną chciwością, aby każdy dzień pomnażał to nasze bogactwo;
jeśli grzechem jest pożądać szlachetności, niechby Anglicy stali się
najbardziej zatwardziałymi grzesznikami pod słońcem".
Mountolive słuchał jej ze zdumieniem, litością i wstydem. Zrozumiał
jasno, że Leila widzi w nim ucieleśnienie narodu, który istnieje teraz
już tylko w jej wyobraźni. Całowała i pieściła wyidealizowany wizerunek
Anglii. Nigdy nie przeżył tak dziwnego wstrząsu, jak w tej chwili. Łzy
wezbrały w jego oczach, gdy Leila ciągnęła dalej wspaniałą tyradę,
dostrajając swój czysty głos do melodii tej prozy:
- "Czy zechcesz, o młodzieży Anglii, uczynić swoją ojczyznę znowu tronem
królewskiego majestatu, wyspą dzierżącą berło, dla całej kuli ziemskiej
źródłem światła, ośrodkiem pokoju, mistrzynią nauki i sztuki, czujną
strażniczką wielkiej przeszłości pośród zuchwałych i nietrwałych
mrzonek, wierną sługą wypróbowanych przez wieki zasad, na przekór
pokusom lekkomyślnych eksperymentów i swawolnych żądz; w zgiełku
zazdrosnych narodów wielbioną za swoją niezwykłą cnotę i życzliwość dla
ludzi?"
Słowa te zaczęły już dzwonić wewnątrz jego czaszki.
- Dość! Dość! - krzyknął szorstko. - Nie jesteśmy już teraz tacy, Leilo.
Ta Koptyjka odkryła i przetłumaczyła na swój język niedorzeczne, z książek zaczerpnięte marzenie. Miał uczucie, że zdobył jej
czarodziejskie pocałunki oszustwem, że te absurdalne myśli Leili
pomniejszały wagę całej sprawy, sprowadzały jej wymiary do czegoś tak
mglistego i nierealnego, jak, dajmy na to, transakcja z uliczną kobietą.
Czy można zakochać się w kamiennym posągu dawno zmarłego krzyżowca?
- Pytałeś dlaczego - powiedziała, wciąż jeszcze wzgardliwym tonem. -
Myślę, że dlatego - westchnęła - ponieważ jesteś Anglikiem. (Za każdym
razem, gdy we wspomnieniu przeżywał na nowo tę scenę, zdumiewała go i nie umiał wyrazić oszołomienia inaczej, niż szepcząc w tym momencie: -
Do diabła!).
Potem, jak wszyscy niedoświadczeni kochankowie od początku świata,
zamiast po prostu zadowolić się rzeczywistością, chciał ją koniecznie
zanalizować i ocenić świadomym umysłem. Wszystkie odpowiedzi Leili były
inne, niż oczekiwał. Kiedy napomknął o jej mężu, od razu zawrzała
gniewem, przerwała mu z miażdżącą bezpośredniością:
- Kocham go. Nie pozwolę nikomu mówić o nim lekceważąco. To szlachetny
człowiek, nigdy nie zrobiłabym nic takiego, co mogłoby go zranić.
- Ależ... ależ... - jąkał młody Mountolive, a Leila roześmiała się z jego
zakłopotania i znowu obejmując go ramionami, powiedziała:
- Głuptasie, głuptasie! Przecież to on sam poradził mi, żebym wzięła
sobie ciebie na kochanka. Pomyśl! Czyż nie jest na swój sposób mądry?
Bał się, że całkowicie straci mnie jakimś nieszczęśliwym przypadkiem.
Czy nigdy nie zaznałeś głodu miłości? Czy nie wiesz, jak niebezpieczna
jest miłość?
Nie, nie wiedział tego. Jakże Anglik mógł zrozumieć ten obcy sposób
myślenia, te poplątane, współzawodniczące ze sobą różne więzy
lojalności? Mountolive oniemiał.
- Nie wolno mi tylko zakochać się i nie zakocham się na pewno.
Czy dlatego pokochała Anglię Mountolive'a, a nie jego samego? Nie umiał
odpowiedzieć sobie na to pytanie. Niedojrzałość zamykała go w swoich
granicach i paraliżowała język. Zamknął oczy, zdawało mu się, że leci
wstecz w jakąś czarną przepaść. Leila, odgadując, co się w nim dzieje,
odkrywała jego naiwność, która ją rozczulała; postanowiła, że po swojemu
zrobi z niego mężczyznę, wkładając w tę jego edukację całe ciepło
kobiecego serca i całą szczerość. Był dla niej nie tylko kochankiem,
lecz jak gdyby także nieszczęśliwym dzieckiem, którym trzeba pokierować,
żeby dorosło. Ale (musiała to w duchu zastrzec wyraźnie) będzie bardzo
ostrożna, żeby go takim opiekuńczym stosunkiem nie urazić. Starała się
więc ukrywać swoje doświadczenie i stała się niemal jego rówieśnicą,
knując z nim razem spisek pozornie tak niewinny, tak niepodlegający
zarzutom, że uśpiło to nawet jego wyrzuty sumienia i zaczął od Leili
przejmować nową stanowczość i pewność siebie. Postanowił sobie również
mocno, że będzie szanował dyktowane przez nią warunki i nie zakocha się,
ale dla młodego człowieka takie rozgraniczenie jest niemożliwe. Nie
umiałby odróżnić swoich rozmaitych uczuciowych potrzeb, namiętności
miłosnej i szczególnej odmiany romantyzmu, którego źródłem było
upodobanie w samym sobie. Dławił się od żądzy. Nie mógł jej ograniczać.
A w dodatku angielskie wychowanie pętało każdy jego krok. Nie umiał być
szczęśliwy bez poczucia winy. Nie uświadamiał sobie tego jasno, na pół
odgadywał, że znalazł więcej niż kochankę i wspólniczkę. Lella górowała
nad nim nie tylko doświadczeniem, lecz także - co odkrył z ogromną
przykrością - oczytaniem w angielskiej literaturze i wykształceniem. Co
prawda ta wzorowa kochanka i przyjaciółka nigdy nie dawała mu tego
odczuć. Doświadczona kobieta rozporządza tak wielu różnymi środkami!
Uciekała się zwykle do czułości wyrażającej się pewną przekorą.
Żartowała z jego ignorancji i rozbudzała w nim ciekawość. Bawił ją
oddźwięk, jaki znajdowała u niego jej namiętność, te wrzące pocałunki,
które padały jak ślina na rozżarzone żelazo. Mountolive zaczynał oczyma
Leili na nowo widzieć Egipt, wzbogacony o inne wymiary. Pojmował teraz,
że sama znajomość języka to jeszcze za mało; dzięki Leili dowiedział
się, że wiedza jest jałowa bez zrozumienia.
Od dawna pisał swoje dzienniki, stało się to u niego nieuleczalnym
nałogiem, a teraz kieszonkowy notatnik puchł od zapisków utrwalających
wrażenia ze wspólnych długich przejażdżek, ale wszystkie notatki
dotyczyły tego kraju, bo Mountolive nie śmiał ani słowa napisać o własnych uczuciach czy choćby wspomnieć Leilę po imieniu. Wyglądało to
mniej więcej tak:
"Niedziela. Przejeżdżaliśmy przez nędzną, rojącą się od much wioskę i moja towarzyszka pokazała mi znaki jak gdyby pisma klinowego wydrapane
na ścianach domów, pytając, czy umiem je odczytać. W swojej głupocie
powiedziałem, że nie, że to chyba język amharski. Wybuch śmiechu.
Okazało się, że te znaki robi pewien czcigodny wędrowny kupiec,
odwiedzający te strony co pół roku i handlujący szczególnym gatunkiem
henny, która pochodzi z Medyny i jest tutaj wysoko ceniona z powodu
skojarzeń ze świętym miastem. Ludzie są przeważnie zbyt biedni, żeby
płacić gotówką, więc kupiec udziela im kredytu, ale bojąc się, że
zapomni, co mu się od kogo należy, zapisuje dług pstrą skorupką na
glinianej ścianie.
Poniedziałek. Ali mówi, że spadające gwiazdy to kamienie miotane przez
anioły z nieba, żeby odpędzić dżiny, które próbują podsłuchiwać rozmowy
toczące się w raju i w ten sposób poznać sekrety przyszłości. Każdy
Arab, nawet Beduin, panicznie boi się pustyni. Dziwne.
U nas, gdy wśród rozmowy zapadnie na chwilę cisza, mówi się: - Anioł
przeleciał. - Tutaj inaczej. Po takiej pauzie milczenia ktoś mówi: -
Wahed Dhu - to znaczy "Jest jeden Bóg", a wszyscy obecni gorliwie
odpowiadają: - La Illah Illa Allah ("Nie ma Boga prócz jedynego Boga")
i dopiero wtedy można prowadzić dalej zwykłą rozmowę. Takie zwyczajowe
drobne szczegóły są niezmiernie ujmujące.
Mój gospodarz używa też osobliwego wyrażenia, gdy mówi o wycofaniu się z interesów: nazywa to "tworzeniem swojej duszy".
Po raz pierwszy skosztowałem kawy po jemeńsku, z kroplą ambry w każdej
filiżance. Smakuje wyśmienicie.
Mohammed Szebab po przywitaniu się ofiarował mi odrobinę jaśminowych
perfum z zamkniętego szklanym korkiem flakonu, tak jak Europejczyk
częstuje papierosem.
Oni tu bardzo kochają ptaki. Zwiedziłem zaniedbany stary cmentarz i zobaczyłem na grobowcach wyżłobione w marmurze małe miseczki; moja
towarzyszka wytłumaczyła mi, że wiejskie kobiety przychodzące tu w piątki napełniają te miseczki wodą dla ptaków.
Olbrzymi czarny eunuch Ali, pełniący funkcje rządcy, powiedział mi, że
ludzie tu nade wszystko boją się niebieskich oczu i rudych włosów jako
złego omenu. Ciekawe, bo w Koranie aniołowie, którzy rozliczają
człowieka z jego grzechów, mają niebieskie oczy, i jest to najbardziej
odrażająca ich cecha".
Tak oto młody Mountolive zapisywał i rozważał dziwne poglądy i sposób
bycia ludu, wśród którego żył, ze skrupulatnością godną badacza
obyczajów tak bardzo różniących się od jego własnych: jednocześnie z zachwytem odkrywał pewne poetyczne związki między rzeczywistością a tym
wymarzonym obrazem Wschodu, który stworzył sobie z lektury. Te dwa
obrazy mniej się ze sobą kłóciły niż poetyczne wyobrażenie, które Leila
tworzyła o Anglii, z postacią przedstawiciela tego kraju, nieśmiałego,
pod wielu względami nieokrzesanego młodzieńca, którego wzięła sobie na
kochanka. Nie był jednak durniem, uczył się dwóch najważniejszych w życiu rzeczy: uczciwej gry miłosnej i myślenia.
Były też epizody inne, które wzruszały go i podniecały w odmienny
sposób. Pewnego dnia wszyscy czworo wybrali się na odległy kraniec
plantacji w odwiedziny do starej niańki Halimy, teraz żyjącej na
zasłużonej emeryturze. Halima była główną opiekunką braci Hosnanich i przyjaciółką ich w latach wczesnego dzieciństwa.
- Karmiła ich, kiedy mnie zabrakło mleka - wyjaśniła Leila.
Naruz prychnął ochrypłym śmiechem.
- Była naszą "przeżuwaczką" - powiedział, zwracając się do Mountolive'a.
- Znasz to określenie? W Egipcie dawniej małe dzieci były karmione przez
służące, których wyłączny obowiązek polegał na przeżuwaniu jedzenia,
zanim je wsunęły niemowlęciu na łyżeczce do ust.
Halima była wyzwoloną czarną niewolnicą, pochodziła z Sudanu, a teraz
"stwarzała swoją duszę" w małym domku o plecionych ścianach, szczęśliwa
wśród gromady niezliczonych dzieci i wnuków. Nie sposób było odgadnąć
jej wieku. Ucieszyła się niezmiernie na widok młodych Hosnanich, a Mountolive z rozrzewnieniem patrzał, jak obaj zeskoczyli z koni i pędem
pobiegli w otwarte ramiona starej kobiety. Leila także okazywała jej nie
mniejszą serdeczność. A gdy stara Murzynka, ochłonąwszy z pierwszego
wrażenia, uparła się uczcić gości krótkim tańcem, Mountolive ze
zdziwieniem stwierdził, że zrobiła to nie bez wdzięku. Stali wokół niej,
klaszcząc przyjaźnie i rytmicznie, gdy Halima okręcała się najpierw na
jednej, potem na drugiej pięcie, a gdy zakończyła popis, na nowo zaczęły
się uściski i śmiechy. Ta szczera, żywiołowa serdeczność zachwycała
Mountolive'a i spoglądał na kochankę błyszczącymi oczyma, w których
mogła wyczytać nie tylko miłość, ale także jakiś nowy szacunek. Dałby
wszystko za to, żeby teraz znaleźć się z nią sam na sam i wziąć ją w objęcia, ale słuchał cierpliwie starej Halimy, która mu opowiadała o zaletach rodziny Hosnanich i o tym, że pracodawcy umożliwili jej
dwukrotnie pielgrzymkę do świętego miasta w nagrodę za jej wierną
służbę. Mówiąc, położyła dłoń na rękawie Naruza i od czasu do czasu
zaglądała mu w twarz z jakąś zwierzęcą czułością. A gdy potem Naruz ze
starej zakurzonej torby myśliwskiej, którą zawsze nosił przy sobie,
wyciągał podarki przywiezione dla Halimy, twarz staruszki mieniła się to
uśmiechami, to cieniem lęku, jak księżyc w czasie zaćmienia. Halima
płakała.
Oglądał też sceny inne, mniej zapewne przyjemne, ale równie
charakterystyczne dla egipskich obyczajów. Kiedyś wczesnym rankiem był
świadkiem incydentu, który rozegrał się na dziedzińcu pod jego oknem.
Ciemnoskóry chłopak stał zmieszany przed innym Naruzem i patrzał w jego
szafirowe oczy z grymasem wściekłości, lecz z każdą chwilą bardziej
tracąc odwagę. Mountolive, czytając w łóżku, usłyszał słowa: - Nie
skłamałem, panie - wymówione dwukrotnie, cicho, ale wyraźnie. Młody
Anglik wstał i podszedł do okna w samą porę, by ujrzeć, jak Naruz
szeptem, dobywającym się z sykiem spomiędzy zaciśniętych zębów,
powtórzył z uporem: - Znowu skłamałeś - i wymierzył chłopcu karę, której
fizyczna brutalność przejęła Mountolive'a dreszczem zgrozy. Zdążył
zobaczyć, jak młodszy z braci Hosnanich wyciągnął zza pasa nóż i odciął
winowajcy brzeżek ucha, a robił to powoli, wręcz delikatnie, jakby
odcinał kiść winogron od łodygi małym nożykiem do owoców. Fala krwi
spływała po szyi służącego, który jednak stał dalej spokojnie.
- Teraz idź - tym samym szatańskim sykiem rozkazał Naruz - i powiedz
swojemu ojcu, że za każde kłamstwo będę ci obrzynał kawałek ciała, aż w końcu pozostanie tylko to, co w tobie uczciwe, co nie kłamie.
Chłopak nagle rzucił się do ucieczki i zataczając się, ze zdławionym
okrzykiem zniknął. Naruz otarł ostrze noża o bufiaste spodnie i po
schodach wszedł do domu, pogwizdując. Mountolive struchlał.
Najbardziej oszałamiające były kontrasty tych różnych zdarzeń. Tego
samego dnia po południu, gdy we dwóch z Naruzem dojechali konno do
granicy posiadłości, na skraj pustyni, napotkali po drodze święte
drzewo, na którym wieśniacy strapieni bezdzietnością czy innymi
nieszczęściami zawieszali najdziwniejsze wota; zdawało się, że każda
gałązka kwitnie setką powiewających szmatek. W pobliżu znajdował się
grobowiec pustelnika tak dawno zmarłego, że nikt prócz paru sędziwych
starców nie pamiętał jego imienia. Jednakże walący się grobowiec
pustelnika był wciąż jeszcze celem pielgrzymek i zarówno muzułmanie, jak
Koptowie uciekali się do jego orędownictwa. Na tym więc miejscu Naruz
zsiadłszy z konia, powiedział najswobodniej w świecie:
- Zawsze tutaj odmawiam modlitwę. Może pomodlimy się razem, co?
Mountolive, trochę speszony, bez słowa zeskoczył z siodła i stanęli
obaj, ramię w ramię, przed zakurzonym starym grobem zapomnianego
świętego, Naruz z oczyma wzniesionymi ku niebu i z wyrazem demonicznej
łagodności na twarzy. Mountolive dokładnie naśladował jego postawę,
trzymając ręce odwrócone dłońmi do góry i stulone na wysokości piersi.
Potem obaj pochylili głowy i modlili się długą chwilę, aż w końcu Naruz
odetchnął przeciągle, świszcząco, jakby z ulgą, i palcami omiótł twarz
od czoła po brodę, wchłaniając tym gestem błogosławieństwa, które
spłynęły na niego dzięki modlitwie. Mountolive z głębokim wzruszeniem
zrobił to samo.
- No, tak. Pomodliliśmy się - powiedział Naruz, zamykając ostatecznie
sprawę, i znowu dosiedli wierzchowców, by ruszyć na przełaj polami,
których ciszę w blasku słońca zakłócał tylko gdzieniegdzie wizg pompy
ssącej wodę z jeziora i tłoczącej ją do kanałów. Kiedy przejechali do
końca długi pas ciemnych plantacji, usłyszeli inny, bardziej swojski
odgłos - drewnianych kół wodnych, starych egipskich sakkii, i Naruz
nasłuchiwał ich dolatującego z wiatrem szumu z wyraźną przyjemnością.
- Posłuchaj - rzekł - posłuchaj tych sakkii. Czy znasz ich historię? A raczej legendę, którą opowiadają o nich wiejscy ludzie. Aleksander
Wielki miał ośle uszy, lecz nikt nie znał tego sekretu prócz jednego
jedynego człowieka. Tym człowiekiem był grecki balwierz władcy. Trudno
dotrzymać tajemnicy, gdy się jest Grekiem! Balwierz musiał jakoś ulżyć
sercu, poszedł więc na puste pole i zwierzył się pewnej sakkii. Odtąd
sakkie jedna do drugiej wołają ze smutkiem: Aleksander ma ośle uszy!
Prawda, że to ciekawa historia? Nessim mówił, że w muzeum, w Aleksandrii, jest portret Aleksandra z rogami Amona na głowie, i że ta
legenda może się właśnie z tym wiąże. Któż to wie?
- Nie chce mi się nawet myśleć, że już w przyszłym tygodniu będę musiał
was pożegnać - odezwał się wreszcie Mountolive. - Spędziłem tu cudowne
dni.
Dziwny wyraz pojawił się na twarzy Naruza, zwątpienie, zakłopotanie i zadowolenie jednocześnie, a wśród tych wszystkich uczuć także jakaś
dzika niechęć, prawdopodobnie zazdrość - pomyślał Mountolive - zazdrość
o matkę. Z ciekawością obserwował surowy profil młodego Hosnaniego, nie
bardzo wiedząc, jak to sobie wytłumaczyć. To przecież była sprawa Leili,
jej osobista sprawa. Czyżby ich romans w jakiś sposób obrażał uczucia
rodziny, w której obowiązki i nakazy serca tak ściśle były z sobą
splecione? Chętnie rozmówiłby się otwarcie z obu braćmi. W każdym razie
Nessim zrozumiałby go i odniósłby się do niego życzliwie, ale co do
Naruza Mountolive teraz miał już poważne wątpliwości. Atmosfera w pierwszych dniach tchnąca wdzięcznością i uciechą z pobytu gościa
zmieniła się niepostrzeżenie, chociaż Mountolive nie mógł wyśledzić
jawnych oznak niechęci czy chłodu. Było to coś subtelniejszego,
trudniejszego do określenia. "A może - przyszło mu nagle na myśl -
uroiłem to sobie po prostu dlatego, że sam czuję się winny?" Zastanawiał
się nad tym pytaniem, obserwując posępny, zawzięty profil Naruza. Jechał
obok niego, do głębi poruszony tą myślą.
Oczywiście nie mógł zrozumieć troski ciążącej młodszemu z braci
Hosnanich, nie wiedział bowiem nic o scenie, która się rozegrała pewnej
nocy, o kilka tygodni wcześniej, gdy cały dom był pogrążony we śnie.
Niekiedy chory pan domu upierał się czuwać do późnych godzin na balkonie
w swoim fotelu na kółkach, z książką w ręku: zazwyczaj był to jakiś
podręcznik zarządzania majątkiem ziemskim, rozprawa o leśnictwie czy coś
w tym rodzaju. Wierny swoim obowiązkom Naruz sadowił się w takie
wieczory na kanapie w sąsiednim pokoju i czekał cierpliwie jak pies,
gotów na każde skinienie usłużyć ojcu i pomóc mu w ułożeniu się do snu;
Naruz nigdy nie czytał książek ani czasopism, jeśli nie musiał. Lubił
jednak leżeć w żółtym świetle lampy, dłubiąc zapałką w zębach i rozmyślając, póki ojciec ochrypłym, zrzędnym głosem nie zawoła go po
imieniu.
Tego pamiętnego wieczora Naruz chyba zasnął, bo gdy się ocknął, ze
zdumieniem stwierdził, że otacza go ciemność. Tylko księżyc zalewał
jasną poświatą balkon i pokój, lecz ktoś pogasił wszystkie lampy. Naruz
zerwał się z kanapy. Balkon, ku jego zdziwieniu, był pusty. W pierwszej
chwili wydało mu się, że jeszcze śni, bo nigdy dotąd nie zdarzyło się,
aby ojciec samodzielnie położył się do łóżka. Ale gdy tak stał w blasku
księżyca, pełen wątpliwości i gubiąc się w domysłach, usłyszał szmer,
jak gdyby odgłos ogumionych kół inwalidzkiego fotela toczących się po
drewnianej podłodze w sypialni ojca. Było to niepojęte odstępstwo od
utartych zwyczajów. Naruz opuścił balkon i wciąż nic nie rozumiejąc, na
palcach przeszedł korytarzem w głąb domu. Drzwi ojcowskiej sypialni
zastał otwarte. Zajrzał do wnętrza. Pokój tonął w księżycowym blasku.
Naruz usłyszał stuk kół obijających się o komodę, szuranie palców
szukających uchwytu, potem szelest wysuwanej szuflady. Ogarnął go lęk,
bo przypomniał sobie, że w tej właśnie szufladzie ojciec trzyma swojego
starego colta. Jakby nagle sparaliżowany, nie mogąc poruszyć się ani
odezwać, słyszał trzask otwieranego zamka, poznawał nieomylnie chrzęst
rozdzieranego papieru, i natychmiast w pamięci zinterpretował ten
dźwięk. Potem cichy, precyzyjny szczęk naboi wsuwanych do magazynku. Na
jawie znalazł się w takiej pułapce, jaką często zastawiają na człowieka
senne koszmary, gdy biegnąc ze wszystkich sił, jest mimo to przykuty
wciąż do jednego miejsca. Zamek znów stuknął, rewolwer był nabity i złożony, i wtedy dopiero Naruz przełamał bezwład i śmiało wszedł do
pokoju, aby tu znowu skamienieć. Ciarki przebiegły mu po krzyżu, włosy
zjeżyły się nad karkiem. Straszliwe zahamowania, relikt
najwcześniejszego dzieciństwa, tak były wciąż potężne, że Naruz ledwie
zdołał zrobić jeden powolny krok naprzód i stanął jak wryty tuż za
progiem, zaciskając szczęki, żeby nie dzwonić zębami.
Księżyc świecił prosto w taflę lustra i w odbitym od niej blasku Naruz
widział ojca, który wyprostowany w fotelu wpatrywał się w swoje odbicie
z wyrazem, jakiego syn nigdy jeszcze na jego twarzy nie widział. Twarz
ta, blada i beznamiętna, w tym wtórnym widmowym świetle bijącym od
szklanej tafli zdawała się ogołocona ze wszystkich uczuć ludzkich, do
czysta spłukana przez emocje, które nękały ją nieustannie. Młodszy syn
patrzał jak zahipnotyzowany. (Raz w życiu, we wczesnym dzieciństwie,
widział na twarzy ojca podobny wyraz, mniej srogi, nie tak całkowicie
obojętny, ale jednak trochę podobny. Ojciec, opowiadając o śmierci
przewrotnego rządcy Mahmouda, zakończył posępnie: "Ujęli go, przywiązali
do drzewa. Et on lui a coupé les choses i wepchnęli mu je w usta".
Naruz jako dziecko, ilekroć powtarzał te słowa i przypominał sobie twarz
ojca, czuł się bliski omdlenia. Teraz to wspomnienie wróciło ze zdwojoną
grozą, gdy zobaczył, jak kaleka, stawiając czoło własnemu obrazowi w lśniącym od księżyca lustrze z wolna podnosi rewolwer, celując nie w swoją skroń, lecz w lustro, i ochrypłym głosem mrucząc: "jeżeli ona się
zakocha, wiesz, co musisz zrobić!").
W ciszy, która potem zaległa, rozległ się tylko jeden suchy, słaby
szloch. Łzy współczucia wezbrały w oczach Naruza, ale czar trzymał go
wciąż w swojej władzy i syn nie był zdolny poruszyć się, odezwać czy
choćby zapłakać głośno. Ojciec zwiesił głowę na piersi, ręka z rewolwerem opadła tak, że Naruz usłyszał nikły zgrzyt lufy ocierającej
się o podłogę. Przejmująca cisza wypełniła pokój, korytarz, balkon,
ogrody - cały świat; cisza i uczucie ogromnej ulgi, pozwalającej
zmrożonej krwi przepływać znów przez żyły i serce. (Gdzieś w głębi domu
Leila z westchnieniem przewróciła się we śnie na drugi bok i znalazła
dla swoich białych ramion - przedmiotu tej rozterki - chłodne miejsce na
poduszkach). Jeden jedyny moskit zabrzęczał. Czar prysnął.
Naruz cofnął się na korytarz, wyszedł na balkon i tam stał chwilę,
walcząc ze łzami, nim wreszcie zawołał: - Ojcze! - głosem niedorosłego
chłopca. Natychmiast w sypialni ojca zapaliło się światło, stuknęła
zamykana szuflada, ogumione kółka zaszurały po podłodze. Minęła długa
sekunda i w końcu usłyszał znajomy, pytający pomruk: - Naruz - i zrozumiał, że wszystko jest znów w porządku. Wytarł nos w rękaw i pobiegł do ojcowskiej sypialni. Ojciec siedział zwrócony twarzą ku
drzwiom z książką na kolanach.
- Ach, ty leniu! - powiedział. - Nie mogłem się ciebie dobudzić.
- Przepraszam! - odparł Naruz. Nagle ogarnęła go radość. Uczucie
ogromnej ulgi tak go rozpierało, że zapragnął poniżyć się, obrzucić
obelgami i zarzutami.
- Tak, jestem leń, bezmyślny wieprz, ziarnko soli - wykrzykiwał żarliwie
w nadziei, że sprowokuje ojca do bardziej jeszcze bolesnych zniewag.
Uśmiechał się, gotów z rozkoszą znieść gniew kaleki.
- Połóż mnie do łóżka - rozkazał zwięźle ojciec i syn schylił się nad
nim z jakąś zmysłową czułością, dźwignął wyniszczone ciało z fotela,
uszczęśliwiony ponad wszelki wyraz, że tchnienie życia jeszcze kołacze
się w tym szczątku...
Jakże Mountolive mógłby to wszystko wiedzieć? Wyczuł tylko, że Naruz
zachowuje wobec niego pewien dystans, czego nie robi uśmiechnięty
grzecznie Nessim. Co do ich ojca, to spuszczona głowa chorego i głos
ociekający rozczuleniem nad własnym nieszczęściem po prostu drażniły
Mountolive'a. Niestety istniał inny jeszcze konflikt, który w jakiś
sposób musiał się ujawnić, i Mountolive mimo woli dostarczył do tego
okazji, popełniając jedną z tych gaf, których dyplomaci lękają się i starają się unikać bardziej niż zwykli śmiertelnicy; wspomnienie takiego
błędu może dyplomacie spędzać sen z oczu przez długie lata.
Przejęzyczenie się dość bezsensowne dało kalece okazję do wybuchu, który
Mountolive'owi wydał się bardzo znamienny. Zdarzyło się to wieczorem
przy stole, podczas kolacji, i w pierwszej chwili całe towarzystwo
śmiało się zupełnie swobodnie z gafy gościa, ogólna wesołość zataczała
coraz szersze kręgi, niezatruta ani odrobiną rozgoryczenia; Leila tylko
z uśmiechem sprostowała omyłkę.
- Ależ, Davidzie, my nie jesteśmy muzułmanami, lecz chrześcijanami tak
samo jak ty!
Oczywiście wiedział o tym, nie pojmował, jak mogło mu się wymknąć z ust
takie głupstwo. Są takie niefortunne uwagi, które, raz wypowiedziane,
nie dadzą się niczym usprawiedliwić, a co gorsze - w żaden sposób
naprawić. Nessim jednakże wydawał się raczej ubawiony niż obrażony i ze
swoim zwykłym taktem nie pozwolił sobie na głośny śmiech, dopóki nie
dotknął dłonią przegubu ręki przyjaciela, żeby Mountolive nie mógł
podejrzewać, że ktoś śmieje się z niego, a nie tylko z jego omyłki. Ale
gdy śmiech ucichł, Mountolive dotkliwie uprzytomnił sobie, że rozjątrzył
jakąś źle zabliźnioną ranę; wyczytał to z kamiennych rysów gospodarza,
który, siedząc w swoim fotelu na kółkach, nawet nie uśmiechnął się wśród
ogólnej wesołości.
- Nie widzę powodu do śmiechu - rzekł, zaciskając palce na lśniących
poręczach fotela. - Nic tu nie ma śmiesznego. Ta pomyłka wyraża jak
najściślej brytyjski punkt widzenia, pogląd, któremu Koptowie zawsze
musieli się przeciwstawiać. Przed zjawieniem się tu Brytyjczyków nie
widziano w Egipcie różnicy między nami a muzułmanami. Dopiero
Brytyjczycy nauczyli muzułmanów nienawiści do Koptów i dyskryminacji
wobec nas. Tak, Brytyjczycy. Zapamiętaj moje słowa, Mountolive.
- Bardzo przepraszam - wyjąkał Mountolive, próbując naprawić gafę.
- Nie trzeba przepraszać - odparł kaleka. - Dobrze się stało, że ta
sprawa wyszła na jaw, bo nurtuje ona bardzo głęboko serca Koptów.
Brytyjczycy ściągnęli na nas ucisk ze strony muzułmanów. Przestudiuj
dokumenty Komisji. Pogadaj o Koptach ze swoimi rodakami przebywającymi
tutaj, a przekonasz się, że nas nie cierpią i pogardzają nami. I zaszczepili te uczucia muzułmanom.
- Czyż to możliwe? - zapytał Mountolive zrozpaczony, nie wiedząc już,
jak przepraszać.
- Możliwe i pewne - oświadczył z powagą kaleka, kołysząc głową na
skrzywionej szyi. - My znamy prawdę. - Leila odruchowym gestem, prawie
sygnałem, chciała jakby powstrzymać męża, nim rozpocznie swoją tyradę,
ale on nie zauważył tego. Rozsiadł się wygodniej i żując kromkę chleba,
powiedział trochę niewyraźnie: - Ale cóż ty wiesz, cóż wiedzą wszyscy
Anglicy o Koptach, który z nich naprawdę się nami interesuje! Mało
znana, heretycka religia - myślą - zniekształcony język, liturgia
beznadziejnie sklecona z arabskich i greckich elementów. Zawsze tak
było. Kiedy pierwsi krzyżowcy zdobyli Jerozolimę, wydano jednoznaczne
zarządzenie, broniące Koptom wstępu do tego miasta - do naszego świętego
miasta! Ci chrześcijanie z zachodu nie odróżniali muzułmanów, którzy
pobili ich pod Askelonem, od Koptów - jedynej gałęzi chrześcijaństwa
naprawdę wrośniętej w glebę Bliskiego Wschodu! Wasz zacny biskup z Salisbury otwarcie powiedział, że ci wschodni chrześcijanie są w jego
oczach gorsi od pogan, toteż wasi krzyżowcy tępili ich z satysfakcją. -
Gorycz wyrażona w okrutnym uśmiechu na chwilę rozjaśniła jego twarz.
Potem wrócił zwykły chorobliwy cień przygnębienia i stary Hosnami,
zwilżywszy językiem wargi, podjął swoje wywody, a Mountolive nagle
zrozumiał, że od pierwszego dnia jego pobytu w tym domu gospodarz
przeżuwał w skrytości serca całą tę sprawę. Nosił w sobie tę rozmowę,
czekając tylko na sposobność, żeby ją rozpocząć. Naruz patrzał na ojca
ze współczującym uwielbieniem i twarz jego odzwierciedlała emocje, jakie
budziły kolejne zdania padające z ust kaleki, a więc duma przy słowach
"nasze święte miasto", gniew przy "gorszych od pogan". Leila, blada i zamyślona, spoglądała w stronę balkonu, jedynie Nessim zachował mimo
powagi swobodny nastrój. Obserwował ojca przyjaźnie i z szacunkiem, ale
nie zdradzał wzruszenia. Milczał, prawie uśmiechnięty.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki