Kwarantanna - Joanna Klinger

Reflow text when sidebars are open.
Kawa?
Dziś?
Tak, a możesz?
Za pół godziny?
OK, tam gdzie zawsze?
Będę!
Damian szybkim gestem usunął historię konwersacji w WhatsApp i wyszedł z łazienki.
- Jadę do Castoramy - rzucił w stronę pochylonej nad klawiaturą Leni. - Kupić coś po drodze?
- Chleb kup w piekarni, żytni, powinien już być o tej porze - odpowiedziała żona, nie odrywając wzroku od monitora. - Chyba nie dotarło - wymamrotała pod nosem kilka sekund później, gdy usłyszała trzask zamykanych drzwi.
Umknęło jej, że kolejny wieczór z rzędu Damian opuścił mieszkanie w pośpiechu niczym ochotnik straży pożarnej do płonącej stodoły. To, że szykuje się jakiś miniremont czy naprawa, również. W końcu wyjazd do sklepu budowlanego to dla dużych chłopców coś jak dla dziecka skok do basenu z kulkami w sali zabaw, prawda? Za dwa dni miała oddać pilne tłumaczenie, skupiła na nim całą uwagę.
- Nie rozumiem tej ekscytacji - kontynuowała monolog trzydziestodziewięciolatka - tak samo jak marnotrawienia godzin na gry komputerowe.
Co innego książki. Mogłaby je pochłaniać całymi dniami. Uwielbiała nabywać nowe, wciąż nowe egzemplarze i ustawiać je na półce, gdzie czekały na własną kolej. Jak dobrze, że jej ulubieni autorzy byli tak płodni twórczo. Wyjście do miasta prawie zawsze kończyło się przytarganiem jakiejś powieści, wystarczyło, że weszła do jakiejkolwiek księgarni, najlepiej takiej, gdzie nikt z obsługi nie atakował natychmiast od wejścia, bijąc pokłony i pytając, czy może pomóc. Pomóc w czym? W muskaniu lekko grzbietów i okładek, by wyczuć strukturę wypukłych tytułów, kartkowaniu potencjalnych ofiar i wyłapywaniu luźnych fragmentów tekstu, by na ich podstawie dokonać wyboru, czy wreszcie w wąchaniu farby drukarskiej, ruszając przy tym nozdrzami jak królik w warzywniaku? Nie, dziękuję. Spotkania z książkami były dla niej prawie tak intymne jak taniec przyszłych kochanków, gdy przez fakturę sukienki on stara się wyczuć, czy jej biodra są krągłe, a ona, muskając napiętą koszulę, bada zarys jego mięśni. Wystarczyło, że ktoś nagle zapali światło, i cały czar pryskał. Tak że nie, dzięki, Leni wolała samotny spacer między półkami, wtedy z pewnością wyszłaby z nowym łupem. A że czytała kilka książek równolegle, czasami kompulsywnie, robiła się nerwowa, gdy w "poczekalni" ubywało towaru, prawie jak alkoholik patrzący na ostatnie piwo w osiedlowym sklepiku.
Eleonora, bo tak właściwie się nazywała (według opowieści rodzinnych przedziwne to imię wybrał kuzyn jej ojca, zafascynowany teatrem i zapewne Eleonorą Duncan), zaczesała dłonią mysie włosy, które po ostatniej wizycie u fryzjera wpadały nieco w odcień kasztanowy, westchnęła ciężko i wróciła do zlecenia. Techniczne słownictwo, z którym się borykała w aktualnym tekście, było wyjątkowo ciężkie. Zaczynała się obawiać, że zbyt pobłażliwie oceniła termin oddania pracy.
Nagle monitor zaczął złowieszczo migotać, jak serce w stanie przedzawałowym, i pssyt, iskierka zgasła...
- Scheiße![1] - zaklęła wcale nie po cichu Leni, rzucając się w stronę szuflady pod telewizorem w poszukiwaniu zasilacza. Ale nawet po jego podłączeniu laptop ani drgnął.
- Ciemność widzę, ciemność - zacytowała tłumaczka po godzinach, lecz wcale nie było jej do śmiechu, bo niestety nie miała w zwyczaju dublować swojej pracy na jakimkolwiek nośniku. Przypomniała sobie jednak, że wczorajsze zmagania z przekładem umowy o dzieło zapisała na dysku Google, więc może nie wszystko było stracone. Zadzwoniła do męża, by zapytać, czy może skorzystać z jego notebooka, ale nie odbierał. Jak zawsze zresztą.
- Mężczyźni i bogate życie wewnętrzne ich komórek... - Stać ją było już tylko na wzruszenie ramion. - Dobra, trudno, odpalam bez pozwolenia.
Naciskając ON, Leni nie za bardzo miała wyrzuty sumienia. Dostęp do sprzętu Damiana okazał się jednak zahasłowany.
- I co teraz, i co teraz? Myśl szybko, myśl, prosiaczku! Może data urodzenia?
Po wpisaniu kilku kombinacji dostępu wciąż brak. On, informatyk, zawsze mówił o hasłach, że nie mogą być ani proste jak budowa cepa, ani podstępnie skomplikowane... Jakieś ulubione powiedzonko? Skrót myślowy? Jak "pięknemu we wszystkim ładnie"? Nie, za długie... "Fansi szmanzi"? Wklepała bezwiednie, nacisnęła odruchowo enter i... tadam! Działa!
W przeglądarce otwartych było kilka zakładek, w tym poczta. Rzuciła pobieżnie wzrokiem i już miała logować się na dysk Google, gdy zamarła. Jej trzecie oko, o kilka sekund wcześniej niż mózg, wyłapało słowo, które nie powinno się pojawić w korespondencji z nikim oprócz niej samej. A nie pamiętała, kiedy jej własny prywatny mąż wysłał jej ostatnio maila... Tym słowem była "dupcia". DUPCIA!
Dupcia, w otoczeniu innych słów i fraz, takich jak "moja", "słodka", "kochana", "jak się dziś od rana miewa", zaprowadziła Leni w stronę zupełnie nieoczekiwaną. Jakby ktoś wepchnął ją na tory. Światła pędzącego pociągu oślepiały ją tak mocno, że nie mogła ocenić, w którą stronę skakać do ucieczki. Krew odpłynęła jej z twarzy, serce biło jak uwięziony w klatce wróbel.
A więc to tak... Stan odrętwienia, w jakim się znalazła, sprawił, że nie mogła nawet doczytać maila do końca, a co dopiero ze zrozumieniem odszyfrować, do kogo był zaadresowany. Zastygła jak bryła słabo oszlifowanego lodu.
- O kurwa... - To jedyny komentarz, na jaki było ją stać.
Z odrętwienia wyrwał ją jingle[2]. To Damian, oddzwaniał o kilka lat świetlnych za późno. Przesunęła bezwiednie palcem po ekranie, odbierając połączenie, ale zapomniała się odezwać.
- Halo? Jesteś tam? - Lekko poirytowany głos jej prywatnego informatyka dochodził z dziwnym pogłosem.
- Jestem - odparła mechanicznie Leni. Gardło miała jednak tak ściśnięte jak żołądek i jej głos wpadł w nienaturalnie wysokie wibracje.
- Coś dziwny masz głos... Dzwoniłaś, co chciałaś? - dopytywał, jakby spod kołdry.
- A nie, już nic - rzuciła, siląc się na lżejszy ton. - Nieważne już. Za ile będziesz?
- Pół godziny gdzieś. Zatankować jeszcze muszę... - dodał szybko Damian, po czym się rozłączył.
- Jasne... zatankować - mruknęła sarkastycznie żona, której ktoś tu przyprawiał niezłe rogi. Kiedy wczoraj jechała do miasta, bak był prawie pełny.
Nagle jej mózg zaczął pracować z jakimś turbodoładowaniem. Sprawdziła, do kogo był adresowany mail o dupci. Szanownym odbiorcą okazała się niejaka @malina90.
Jeśli 90 to rok urodzenia, to dupcia była trzydziestoletnią kobietą o imieniu lub pseudonimie Malina.
W Leni obudził się nagle Sherlock Holmes. Wpisała w wyszukiwarkę hasło "program szpiegujący komputer". Wyskoczyło dość dużo wyników, kliknęła pierwszy z brzegu.
Program, nomen omen, nazywał się Sherlock, był w dobrej cenie i podobno szybki do zainstalowania, nawet dla informatycznych półanalfabetów, do których zaliczała się trzydziestodziewięciolatka. Istotną informacją było, że po zainstalowaniu nie jest do wykrycia przez żaden program antywirusowy, a sprzedający instruował krok po kroku, jak należy go zainstalować, aż do ukrycia ikony programu, tak by świadomy użytkownik sprzętu, a takim z pewnością był jej mąż, nie zorientował się, że gości w swoich zasobach konia trojańskiego. Rzeczywiście, cały proces trwał niespełna dziesięć minut, włącznie z płatnością. W momencie, kiedy zamykała notebooka, usłyszała, jak niewierny wchodzi do domu.
Z miną godną Oscara zapytała, czy pamiętał o chlebie. Oczywiście nie pamiętał.
- Coś długo cię nie było... - Kolejna wrzutka z jej strony. Ciekawiło ją, jakie kłamstwo przygotuje na poczekaniu.
- Spotkałem w sklepie kolegę i trochę się zagadaliśmy...
- Tak? A kogo?
- A nie znasz, taki Przemek ze studiów... - odparł bez mrugnięcia okiem.
Dobry jest - przemknęło przez myśl Leni - nawet się nie zająknął. Widocznie zapomniał o starym powiedzeniu: jeśli kobieta o coś pyta, to znaczy, że już wie. Kolegę ze studiów we Wrocławiu spotkać w Castoramie w Zielonej Górze... Dość zaskakujący przypadek, nieprawdaż?
Wobec tego i ona postanowiła zagrać w grę...
Włączyła wiadomości, by zebrać rozbiegane myśli. TVN, a tam zbliżająca się do granic Polski epidemia strachu, rosnące słupki liczby zgonów na SARS-COV-2 we Włoszech, obrazki trumien przewożonych ciężarówkami, zaraz po tym kolejne smrodoaferki na linii PIS-PO. Zniechęcona negatywnym przekazem szybko wyłączyła odbiornik. Telewizor to zdecydowanie zbędny sprzęt w jej domu, osiadał na nim tylko kurz, macany od czasu do czasu przez dzieci znajomych. Potem Damian wpadał w szał, że musi czyścić ślady po tłustych paluchach. Pedant.
Przy czym szał dopadał małżonka znacznie częściej. Przykładowo, dostawał ataku przedrzucawkowego zawsze wtedy, gdy nie odłożyła na miejsce płyt CD. Sam układał je w alfabetycznej kolejności, na dodatek według ulubionych gatunków - zdecydowanie nie należała do nich muzyka poważna, ta zaś bardzo kręciła Leni. Uwielbiała myć podłogi przy koloraturowym mezzosopranie Cecilii Bartoli lub pucować okna, gdy sopranem czarowała Anna Netrebko. A utwór Ich weiß es selber nicht, warum man von der Liebe spricht[3] każdorazowo wprawiał ją w trzpiotkowaty nastrój, chciało jej się psocić i flirtować.
I tak, kiedy chwilę później raczyła się znaną melodią dla poprawy humoru, zgrabnie fałszując, wpadła na pewien pomysł. Ale zanim - niczym Scarlett O'Hara, gdy zmierzając po długich schodach w kierunku sypialni, rzucała przez ramię słynne "pomyślę o tym jutro!" - określi zasady swojej gry, uznała, że ten dzień wymaga zakończenia schłodzonym szotem i mentolowym Marlboro. Wymknęła się zatem najpierw do kuchni, gdzie starała się za bardzo nie brzękać szkłem, a potem do szuflady w toaletce, gdzie trzymała paczkę dawno niewyciąganych papierosów. Bo też nie pamiętała, kiedy ostatnio miała w swoim życiu sytuację wymagającą tego typu terapii.
Zarzuciła na ramiona kurtkę z kapturem i wyszła na balkon. Damian zaryglował się w łazience, na dodatek z telefonem. Miała czas nawet na kilka papierosów.
W takich momentach niezmiennie próbowała rozwikłać odwieczną zagadkę - dlaczego są ludzie, których ciągnie do papierosa tylko po alkoholu lub w sytuacjach z kategorii "toż to szok!", mimo że na co dzień nie są palaczami, a nawet pogardzają tym nałogiem? Była więc tak zwanym palaczem okazyjnym. Nieliczni, którzy odkryli jej sekret, bardzo się dziwili, a ją bawiły reakcje typu "ty PALISZ??". Damiana zaś brzydził każdy malusieńki spalony przez nią papieros, ukrywała się więc z tą słabością, jak tylko mogła.
Ale teraz on był zbyt zaabsorbowany @maliną90, a jego żona zbyt zajęta potajemnym wydmuchiwaniem przez nos tego, co przyniósł jej niekończący się dzień. Dzień, w którym budziła się z długiego letargu. Dzień, w którym zmieniło się wszystko, choć jeszcze nie przeczuwała, jak bardzo...
- Komunikat dla podróżujących nr 38 z dnia 2 marca 2020: "Zachorowania na COVID-19, czyli zapalenie płuc spowodowane nowym koronawirusem SARS-CoV-2 - aktualizacja. Aby ograniczyć epidemię, chińskie władze wdrożyły szereg nadzwyczajnych środków: odwołano obchody Nowego Roku Księżycowego, zamknięto kina i parki rozrywki. Ponadto wstrzymano transport publiczny w co najmniej dziesięciu miastach w pobliżu Wuhan, 23 stycznia zamknięto lotnisko Wuhan Tianhe, wprowadzono rygorystyczne kontrole wyjazdowe w dużych miastach w prowincji Hubei. Ograniczenia transportu dotykają ponad dwudziestu i pół miliona ludzi. Chińscy touroperatorzy odwołali wycieczki grupowe, czasowo wstrzymali sprzedaż biletów lotniczych i pakietów hotelowych. 26 stycznia władze zarządziły tymczasowy zakaz handlu dzikimi zwierzętami w całych Chinach. W północnych Włoszech w związku z ogniskami COVID-19 rząd wydał dekret, na mocy którego zakazano wstępu oraz opuszczania dziesięciu gmin w Lombardii oraz jednej gminy w Wenecji Euganejskiej. W niektórych miastach odwołano imprezy masowe, zamknięto miejsca spotkań publicznych oraz szkoły. Z punktu widzenia zagrożenia epidemiologicznego polski Główny Inspektor Sanitarny nie zaleca podróżowania do Chin, Hongkongu oraz Korei Południowej, Włoch, Iranu, Japonii, Tajlandii, Singapuru i Tajwanu. Łącznie w okresie od 31 grudnia 2019 do 2 marca 2020 r. odnotowano 89 068 potwierdzonych przypadków COVID-19, w tym 3046 zgonów".
Leni zaczynała odczuwać dyskomfort już kilka minut po odpaleniu jakichkolwiek mediów. Jedynymi istotnymi informacjami były te o koronawirusie. Liczba zachorowań, liczba zgonów, kolejne obostrzenia. Dostawała od tego odruchu wymiotnego albo chęci, by uciec. Wielki Fernweh (to jedno z jej ulubionych słów w języku niemieckim, oznaczające tęsknotę za czymś odległym, za innym, obcym miejscem, w którym będziemy mogli przez kilka godzin lub dni zdefiniować się na nowo, przewietrzyć głowę, poszukać inspiracji) dopadał jej duszę.
Niezawodnym lekarstwem na ten ból było przeglądanie zdjęć w galerii telefonu. Miesiąc temu była w stolicy Austrii. Przesuwała palcem po ekranie powoli, jakby chciała zatrzymać każdą z tamtych chwil trochę dłużej. Miała wrażenie, że patrzy na kogoś obcego. Kobieta uśmiechająca się do obiektywu wydawała się lekka, spokojna, pełna życia - zupełnie nieświadoma, że jej rzeczywistość za chwilę zacznie pękać. Leni lustrowała tamtą wersję siebie z niedowierzaniem, jakby zdążyło minąć nie kilka tygodni, lecz całe lata.
A było to na początku lutego. Pojechała z Mariką, psiapsiółką, oraz dwójką jej nastoletnich dzieci do Wiednia. Jak za starych dobrych czasów. Wolne, znowu młode, szalone, niezależne... W podróż wybrali się nocnym pociągiem relacji Zielona Góra-Wiedeń. Konduktor rozłożył im kozetki - na nich kocyk, poduszka. Pogaduchy do późna w rytm bujającej maszyny, podczas gdy młodzież z słuchawkami na uszach i wzrokiem wlepionym w smartfony surfowała w zaświatach. Lena i Marika, niczym nastolatki, wspominały tymczasem, zaśmiewając się do łez, jakie dramy przeżywały na studiach, ile razy umierały z miłości... W końcu przysnęły niespokojnie, wiezione daleko, w ciemną noc.
Rano, na godzinę przed przybyciem do celu, obudził je ten sam, tym razem bardzo wygnieciony konduktor, pytając, czy do śniadania podać kawę czy herbatę. Na posiłek składały się dwie bułki, minimasełko, dżemik, kawałek szynki, ciepły napój. Zawsze coś. Nie trzeba szukać czegoś do przegryzienia o świcie w Wiedniu.
Już na dworcu uderzyło Leni, jak wiele osób porusza się w maseczkach zakrywających usta i nos. Ten szczegół wywołał chwilową emocjonalną dysharmonię. Poczuła, że pandemia depcze im po piętach.
Dziewczyny miały nieźle obcykany i napięty plan podboju Wiednia: Schloss Schönbrunn oraz Hofburg, Austriacka Biblioteka Narodowa, muzea Belvedere i Albertina, Wiedeński Riesenrad i Haus der Musik...
Całą ekipą przeszli więc wiedeńskie must see[4] wzdłuż i wszerz, w przerwach zajadając ciepłe kasztany pod Katedrą św. Szczepana, bratwursty z przyulicznych budek, popijając wiener kaffee[5] i osładzając to wszystko sachertorte[6]. Wieczorami kładli się ucałowani przez Klimta, ugoszczeni po cesarsku przez Sisi, z nogami spuchniętymi od chodzenia i szumem wiedeńskiego metra w głowie. Młodzież strzelała sobie selfie za selfie na tle co bardziej cool zabytków; furorę zrobił dom Hundertwassera oraz gmachy dawnej gazowni. Uchwycenie całej wycieczki na jednym zdjęciu jak zwykle się nie udało. W końcu ze starymi to siara. Leni i Marika nie przejmowały się zbytnio fochami nastolatków, ciągały ich do miejsc, które same chciały zobaczyć - na przykład na targ Naschmarkt, który opuścili nafaszerowani chińszczyzną jak indyk na Święto Dziękczynienia. Zaliczyli nawet wypad do Opery Wiedeńskiej. Splendor tego obiektu ich onieśmielił, powaga i multikulturowość publiczności spowodowały, że zaczęli mówić szeptem, sam występ zaś rozczarował. Jaś i Nina natomiast po wyjściu odśpiewali swoje słynne, skopiowane z Bromby: "fum fum, fum fum - jesteśmy zawiedzone!".
Do podróży powrotnej nocnym pociągiem Leni przygotowała się tym razem lepiej - kupiła zatyczki do uszu i opaskę na oczy, by światła kolejnych stacji i nawoływania pracowników kolei nie wybudzały jej z płytkiego snu.
I tak, w drugiej połowie lutego, czteroosobowa ekipa wysiadła w przedpandemicznej Zielonej Górze, z kieszeniami pełnymi bardzo kulturalnych wspomnień: przygniecionych biletów na spektakle czy do metra, paragonów z kafejek i knajp. To był zastrzyk energii, doświadczeń, nowych zapachów i smaków, kolorów i form, po które Leni będzie sięgać w chwilach zwątpienia. Prawie jak szczepionka. I to musiało wystarczyć na bardzo długo. Wkrótce bowiem świat miał się skurczyć. Nie tylko ten za oknem - zamknięty granicami, obostrzeniami i strachem - ale także jej prywatny świat, który właśnie rozpadł się po cichu gdzieś pod powierzchnią codzienności.
***
Kiedy w brutalny sposób do Eleonory dotarło, że jej mały domek z kart właśnie przestał istnieć, jej mózg zaczął funkcjonować w nowym trybie zdradzonej kobiety. Nagle z bolesną jasnością zaczęła łączyć wszystkie kropki. Damian zbyt często znikał z domu w atmosferze niedopowiedzeń, a kiedy wracał, był zmęczony i nieobecny, jakby część siebie zostawiał gdzie indziej. Leni nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz byli naprawdę blisko. Już nawet nie chodzi o łóżko. Kiedy tak szczerze rozmawiali o marzeniach, planach, wspólnych celach? Kiedy ostatni raz byli siebie nawzajem ciekawi?
Kiedy więc Damian przyszedł po południu z pracy, nie powitała go zwyczajowym "co tam?", tylko zagaiła:
- Jak ci minął dzień? Miałeś dziś jakieś miłe chwile?
- Eee - z niedowierzaniem popatrzył na nią mąż - dlaczego pytasz? - Lekki rumieniec wypełzł mu na szyję.
- Z ciekawości, po prostu - odpowiedziała spokojnie. - Chętnie opowiem też o swoim dniu, ale najpierw zaparzę herbatę.
Zdezorientowany mężczyzna oparł się o blat w kuchni i spoglądał jakoś tak inaczej na, jak by nie było, oficjalnie swoją kobietę.
- W sumie niewiele ciekawego, a miłego tym bardziej. Deadline'y gonią, ważny klient się piekli. A poczekaj, zrobiliśmy dziś numer Łukaszowi!
- Coście zmalowali? - dopytała autentycznie zainteresowana Leni, z lekkim rozbawieniem.
Damian popatrzył na te roześmiane oczy. Pomyślał, że dawno nie widział w nich iskierek, i to spowodowało, że zrobiło mu się dziwnie. Przypomniał sobie, skąd właśnie wrócił: przed powrotem do domu skręcił w od wielu miesięcy dobrze znane mu osiedle, gdzie dostał porcję kradzionego ciepła i zachwytów wymieszanych z sensualnymi achami i ochami. Nakarmiony tą fastfoodową papką mógł jak najdłuższą drogą, tak by zapach kochanki zdążył wyparować, wracać do żony. Do mieszkania, gdzie uschły wszystkie motyle, a ich truchła walały się gdzieś pod regałami. A tu nagle takie ożywienie...
- Łukasz wrócił z urlopu, a tu jego klawiatura, krzesło, monitor, myszka, dziurkacz itepe owinięte folią stretch. - Mówiąc to, zaśmiewał się jak za czasów, kiedy się poznali. - Czujesz to? Chyba z pół godziny się męczył...
Leni się również roześmiała. Znała Łukasza, wiedziała, jakim jest cholerykiem, wyobraziła sobie, jak próbował się pozbyć folii, rozszarpując ją naprędce pożyczonymi nożyczkami.
Jej oczy błyszczały, policzki się zaróżowiły. Damian patrzył i nie wierzył. Poczuł mrowienie w podbrzuszu. A jeszcze niedawno, w chwili tak zwanej szczerości, powiedział do Maliny: "Gdyby ktoś teraz kazał nam iść na terapię par, byłoby to jak reanimacja trupa...".
Zaczynał wątpić, czy ten trup naprawdę jest trupem, czy może to ciało pogrążone w śpiączce. Pierwszy raz pomyślał też, że może to jego sposób postępowania, jego niecierpliwość, imperatyw życia teraz, zaraz i już spowodował, że przeoczył coś istotnego. Spłoszyła go myśl, że chciałby zgarnąć niesforny kosmyk z czoła żony.
Tego wieczoru nie był jednak zbyt odważny. Leni zauważyła chwilę zawahania i iskierki w jej oczach zgasły, jak gwiazdy w popielniczkach kawiarni w Arles. Szybko i bezpowrotnie.
- To był długi dzień, idę spać - rzuciła w podłogę i czmychnęła do łazienki.
Damiana obudził SMS, zapomniał wyciszyć powiadomienia. Wiadomość od Maliny wprawiła go w lekką panikę - umawiali się, że ona pierwsza nie pisze. Ale jeszcze bardziej zestresował się, gdy przeczytał treść:
Dziwnie się czuję, coś mnie bierze chyba. Nie przyjeżdżaj dzisiaj. M.
"Dziwnie"... Co to właściwie znaczy? - zastanawiał się podczas golenia Damian.
W drodze do pracy zadzwonił do Maliny, ale nie odbierała. Zaczynał się lekko niepokoić, bo pierwsze, o czym pomyślał, to ciąża. A co, jeśli...? Myśli galopowały jak dzikie mustangi po stepach mongolskich, aż w końcu dobiegły do skał zwątpienia.
- Nie chcę żadnego bachora, a już na pewno nie z tą lalką - myślał na głos niewierny informatyk.
To miała być gorąca, lekka jak wata cukrowa przygoda. Skonsumowana w dzikim zachwycie, bez zobowiązań, z której każda ze stron może wyjść jak ze słabego seansu w kinie, w dowolnym momencie i nie tłumacząc powodów. A że trwało to trochę dłużej, niż zakładał wiarołomny, nie szkodzi. Warunkiem układu był przecież totalny brak konsekwencji. Na początku znajomości zadeklarowali, że jak tylko któraś ze stron się zakocha, będzie to koniec pieśni. Myśl, że wygrany wyścig jednego z plemników do jajeczka namiętnej trzydziestolatki mógł obrócić tę sielankę w dramat, z przerwami na karmienie piersią, spowodował u Damiana nieodpartą chęć na zmrożoną czarną żubrówkę. A była dopiero ósma...
W aucie słuchał jak zwykle Zetki, a tam kolejne liczby chorych w Chinach oraz we Włoszech, i mnóstwo krajowej polityki, która zaczynała go już mierzić. Przypomniała mu się nagle krótka chwila poranka sprzed feralnego SMS-a. Czy to mu się przyśniło? Przez moment czuł głaskanie, zmysłowe ruchy schodziły coraz niżej, do tego miejsca, o którym już nie można powiedzieć, że to plecy... Miał erekcję. W małżeńskim łóżku zakrawało to na cud. Nie poruszył się jednak, głaszczące go palce jakby też przysnęły, a potem zaburczał telefon, w całkiem niezłej synchronizacji z jego żołądkiem.
A przecież nie zawsze byli milion lat świetlnych od swoich ciał. Kiedy się poznali, praktycznie nie wychodzili z łóżka. Wyganiały ich tylko potrzeby fizjologiczne i dostawa pizzy. A głód przy tylu akrobacjach w alkowie był potężny. Pochłaniali w pośpiechu lub karmiąc siebie nawzajem, by po chwili wrócić do bardziej lubieżnej konsumpcji.
Nie umiał wskazać konkretnego momentu, w którym przestało między nimi iskrzyć. Żar się wypalał niepostrzeżenie, tydzień za tygodniem, rozchodził się w przydeptanych kapciach, powtarzalności, z jaką pili rano kawę, pewności, że nie trzeba zdobywać kogoś, kto i tak jest obok. Nie dokładali do tego pieca ognia, pozwolili, by zarosły ścieżki namiętności. Wpadli w niewidzialne koleiny, jak tir na S3, i nie potrafili już skręcić bez zapowiedzi w uroczą leśną ścieżkę, by zrywać maliny i karmić się nimi jak na pierwszej randce.
Damiana poraziła dość jasna myśl, że właściwie nie zna aktualnej wersji Leny, przestały go interesować jej światy, były jak prosta równoległa, nie przecinały się z jego światami. Wspólną przestrzeń - lodówkę, pralkę, co któryś posiłek, czasami łóżko, lecz sterylnie dbając, by się nie dotknąć - to wszystko można było dzielić z kimkolwiek, kto płaciłby za wynajęcie pokoju. Studentem z Syrii na przykład. Lub uczniem technikum leśnego, który nie znosi internatu.
A jednak po coś wracał tam codziennie, prawie na każdą noc, nie potrafił podjąć ostatecznej decyzji, nawet w tej rutynie był w jakiś sposób szczęśliwy. Wracał od kochanki i prawie z ulgą mógł klapnąć na małżeńską kanapę, wskoczyć w lekko rozciągnięty dres, wyciągnąć uszczerbiony, a przecież ulubiony kubek z szafki, odklepać słowo w słowo przewidywalny dialog: Co słychać? Jak minął dzień? Kupiłeś mleko/chleb/warzywa? Co na obiad? Dzwoniłeś do urzędu/hydraulika/mamy? Przejść do innego boksu, wygasić tryb Adonisa i uruchomić leniwca, jakby wieczny myśliwy zszedł z ambony do domu na herbatę. Strzelba odłożona w przedpokoju, modus czuwania odpięty i zawieszony na wieszaku, można dać odpocząć zmysłom, które w innym boksie były podkręcane do granic. Żadnych głębszych myśli, żadnych wątpliwości, brak wciągania brzucha, brak wyrzutów sumienia, żadnego emocjonalnego rollercoastera. Tylko spokojna przystań, transparentna nuda, niedzielny rosół zawsze z tym samym makaronem. Rytuał odprawiany na przycisk replay. I znowu. I ponownie. Zawsze w stu procentach przewidywalny jak menu firmy cateringowej na następny tydzień: w środę kurczak, w piątek ryba, w międzyczasie nieudana wariacja na temat chińszczyzny.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji