Kuzyn Lavarede'a. Część II. Bolid - Paul d'Ivoi

Kup ebooka

15.60 zł
12.95 zł (13,26 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

Paul d'Ivoi

 

 

 

Paul d'Ivoi to pseudonim Paula Deleutre (1856-1915), pochodzącego z rodu pisarzy. Jego dziadek Edouard i ojciec Charles również podpisywali niektóre swe dzieła pseudonimem Paul d'Ivoi.

Studiował prawo w Paryżu, ale podążył drogą ojca i dziadka, wybierając literaturę. Zadebiutował jako żurnalista w dziennikach "Paris-Journal" i "Figaro". Pod pseudonimem Paul d'Ivoi pisywał też do tygodników ilustrowanych "Journal des Voyages" i "Petit Journal".

Działalność literacką zaczął od sztuk bulwarowych: Le mari de ma femme (1887) czy La pie au nid (1887) oraz kilku powieści w odcinkach, które nie zwróciły uwagi, jak Le capitaine Jean, La femme au diad?me rouge, Olympia et Cie.

W latach 1894-1914 wydał 21 książek tworzących serię "Voyages excentriques" [Dziwne podróże], wykorzystującą wzór "Voyages extraordinaires" Julesa Verne'a. Podobne były nawet okładki, powtarzały się także te same motywy. Obaj autorzy podzielali to samo nastawienie do czytelnika, pragnienie zapewniania mu rozrywki i wiedzy (geograficznej, przyrodniczej, technicznej). Z entuzjazmem dla rozwoju nauki i wynalazków łączyły się obawy przed niewłaściwym ich wykorzystywaniem.

W roku 1894 pierwszy tom tej serii, tworzący trzyczęściowy cykl Les Cinq Sous de Lavar?de, napisany wspólnie z Henrim Chabrillatem, przyniósł mu sławę. Była to jego najbardziej realistyczna powieść, następne bowiem stawały się coraz bardziej naukowe i przesycone fantazją umyślnie naiwną. Seria, ukazująca się w wydawnictwie Boivin et Cie, była przeznaczona dla młodzieży. Kolejne tomy ukazywały się z częstotliwością jednej powieści na rok.

Paul d'Ivoi tworzył też, razem z pułkownikiem Royetem, opowiadania patriotyczne, np. Les briseurs d'épée, a także historyczne, pod pseudonimem Paul Eric, np. Les cinquante. Występują w nich typowe dla owej epoki stereotypy dotyczące poszczególnych narodów i ras.

Patriotyzm d'Ivoi zbliża się niekiedy do nacjonalizmu. W złym świetle przedstawiani są głównie Niemcy, a także Anglicy zagrażający francuskim interesom. Wychwalane są za to zalety Francuzów i ich umysłowość (esprit parisienne, "duch paryski", wyrażający się pomysłowością, bystrością umysłu, skłonnością do płatania figli, lekkim traktowaniem prawa i zasad, zapalczywością, a przy tym nieskazitelną prawością).

Książki Paula d'Ivoi cieszyły się prawie do końca XX wieku dużą popularnością we Francji, miały wiele wydań.

Wielu czytelników, zwłaszcza młodych, przedkładało je nad dzieła Verne'a, gdyż zawierały więcej przygód, a ich akcja toczyła się szybciej. Toteż na przykład Jean-Paul Sartre pisał w swej autobiografii Les Mots, że zawierały więcej nadzwyczajności.

 

 

Rozdział I

Problem naukowy

 

Robert Lavar?de wyciągnął ręce, przetarł sobie oczy i z zaniepokojeniem rozejrzał się wokół.

Nie do końca otrząśnięty z szoku, jakiego doznał, oszołomiony nadal wskutek napływu krwi do głowy, niewyraźnie, jakby przez mgłę, widział otaczające go rzeczy, zupełnie ich nie rozpoznając.

Znajdował się w saloniku, umeblowanym w kanapy i niskie siedzenia. Na suficie znajdował się plafon1 w kształcie wieńca z liści, w którym lampy elektryczne tworzyły świetlne kwiaty.

- Co to takiego? - szepnął młody człowiek.

Zamknął na chwilę oczy i ponownie otworzył; widok się nie zmienił. Przyjrzawszy się lepiej Robert dostrzegł Astérasa, Lotię, Ma?vę i Radjpoora. Wszyscy siedzieli tak jak on, ale mieli zamknięte powieki, a nieruchomość rysów twarzy wskazywała, że nie są jeszcze świadomi swego położenia.

Francuz nie bez wysiłku dźwignął się na nogi. Jego krew nie odzyskała jeszcze normalnego krążenia; zataczał się, stojąc. Opierając się jednak o meble zdołał się zbliżyć do astronoma.

- Ulysse! - zawołał go.

Naukowiec wszakże mu nie odpowiedział.

- Ach tak! To zamek śpiącej królewny2 - stwierdził Robert. - Wszyscy jakby się nawdychali chloroformu3. Nie może tak dłużej pozostawać.

Z tym przekonaniem zabrał się do mocnego potrząsania przyjaciela. Na skutki tego prymitywnego masażu nie musiał długo czekać. Astéras skrzywił się, odemknął lekko oczy, poruszył rękoma i z trudem wydusił:

- Ma?va!

Lavar?de nie zdołał powściągnąć uśmiechu.

- Tacy już są naukowcy. Nie pyta, gdzie się znajduje, ale tylko o nią. Jest obok ciebie, marzycielu. Zajmij się jej cuceniem, a ja zrobię to samo z Lotią. Natomiast wielmożny Radjpoor sam powróci do przytomności.

Czuł, że otrząsa się z otępienia, która go powaliło. Życie wracało mu falami. Astronom pochylał się już nad niemą, zaś Robert zajmował się Lotią.

Nie upłynęło jeszcze pięć minut, kiedy młode Egipcjanki przemierzały pokój błędnym wzrokiem.

- Gdzie jesteśmy? - rzuciły jednocześnie z wzruszającą jednomyślnością.

- Dowiemy się wkrótce - odparł Robert. - Pilniejsze było wyrwanie was z omdlenia.

- To prawda - przyznała Lotia niepewnym głosem, jakby starała się uporządkować wspomnienia. - Straciłam przytomność.

- Tak.

- Przypominam sobie cień na prerii, wstrząs, który mnie przewrócił.

- Jak i nas.

- Co to było?

Po tym pytaniu wszyscy popatrzyli po sobie w zakłopotaniu.

- Daję słowo - mruknął Robert po chwili milczenia - nic nie rozumiem. No właśnie! Co nas spotkało?

- Tak, co nas spotkało? - powtórzył zbolały głos Radjpoora.

Hindus otworzył oczy i tak samo, jak jego towarzysze, wydawał się być bardzo zdumiony wyglądem salonu, w którym wszyscy oni się znaleźli.

- Najlepiej jest się tego dowiedzieć - szepnął Lavar?de, a idąc ku drzwiom, dodał:

- A potem, wielmożny Radjpoorze, zażądam od pana paru wyjaśnień na temat zasadzki, z której uciekliśmy tylko cudem - następnie po chwili namysłu - powiedziałem, że uciekliśmy, ale nie mam takiej pewności, gdyż niech mnie diabli, jeśli pojmuję, co się z nami stało!

- Nie przeszkadza to panu oskarżać - poważnym głosem rzuciła Lotia.

Młody mężczyzna skierował na nią zasmucone spojrzenie. Prze­paść dzieląca go od Egipcjanki nie została zasypana. Tak samo jak wcześniej, broniła przed nim Hindusa.

Nie dorzucił jednak ani jednego słowa. Podszedł do drzwi i spróbował je otworzyć. Stawiły opór. Drugie wyjście istniało naprzeciw pierwszego. Robert podszedł do niego, ale raz jeszcze nadaremnie próbował nim opuścić pokój. Podróżni byli niewątpliwie zamknięci.

- Uwięzieni, ale gdzie? - jęknął Robert. - Gdyż, do cholery, nie jesteśmy na farmie sir Parkera.

Potem z większą jeszcze złością wrócił do Radjpoora.

- Waszmość Radjpoor, teraz już pana znam. To pan był sprawcą wszystkich przygód, których padłem ofiarą. Dlatego też na pewno jest pan w stanie wytłumaczyć mi i tę ostatnią.

- Myli się pan - odparł spokojnie Hindus, który tym razem mówił prawdę.

Rozmówca nie pozwolił mu jednak dokończyć.

- Za pozwoleniem! Znowu próbuje mnie pan oszukać, nie można tego określić inaczej. To nic panu nie da. Pragnę, żądam odpowiedzi stanowczej, i jeśli mi jej pan odmówi...

- Jeśli panu odmówię...?

- Siłą zmuszę pana do jej udzielenia.

Radjpoor wzruszył ramionami, wyjął z kieszeni rewolwer, ten sam, którym o mało nie zamordował już Francuza i drwiącym tonem powiedział:

- Mogę więc działać w ramach uprawnionej samoobrony.

Ironia ugrzęzła mu wszakże w gardle. Szybki - niby myśl - Robert rzucił się na niego, kantem dłoni wytrącił daleko rewolwer i owym nieodpartym skokiem przewrócił oszusta, który znalazł się teraz pod jego kolanem.

Przerażona Lotia ruszyła się, aby mu przeszkodzić, ale ujrzała przed sobą Astérasa i Ma?vę, którzy zagrodzili jej drogę.

Lavar?de zaś mówił do swego powalonego wroga:

- Wiedział pan przecież dobrze, że jestem Francuzem, że byle jaki pistolet mnie nie przestraszy. Zbytnio liczył pan na moją wyrozumiałość. Od paru miesięcy strzelają do mnie, ciągną we wszystkie możliwe strony. Mam tego dość, mam aż za wiele, a pan przyznał się do swoich kłamstw.

Dławiony, ledwo dyszący, o nerwach napiętych w próbach wydostania się z uścisku Lavar?de'a, Radjpoor zsiniał, oczy podchodziły mu krwią.

- Przecież go pan udusi - żaliła się Lotia, na próżno usiłująca odepchnąć Astérasa i Ma?vę.

- Też coś! - odparł Robert. - Może w bardzo prosty sposób odzyskać oddech. Niech nie kłamie..., choć jeden raz.

I pochyliwszy się nad Hindusem, zapytał:

- Czy rozumie pan uroki szczerości?

- Nie mam nic do powiedzenia - świszczącym głosem rzucił pokonany. - Powalony przez zdradę...

- Przez zdradę, to właściwe słowo. Miał pan rewolwer, a ja byłem bezbronny... a zatem jestem zdrajcą. Nie odpowiem na to rozumowanie wyzbyte logiki. Chcę się okazać dobrym księciem. Małe wyznanie, a będzie pan wolny. Zresztą pomogę w tym panu - rzekł Robert i tonem niemożliwym do oddania, dodał:

- Proszę powiedzieć, drogi Mości Radjpoor, czy zna pan Thanisa?

Nagłym podskokiem Hindus zdołał wstać, ale Lavar?de był silniejszy. Ponownie rozciągnął go na ziemi.

- Niech się pan nie unosi. Wygodnie leży pan na podłodze, w pozycji najbardziej odpowiedniej do prowadzenia rozmowy; niech pan wypoczywa, a ja ponowię pytanie: Czy zna pan Thanisa?

Przez chwilę Robert czekał na odpowiedź, która nie następowała.

- Obawia się pan mówić - stwierdził. - Dlaczego... dowiem się jeszcze. Leży teraz powalony, z moim kolanem na swej piersi.

- Kłamstwo! - wycharczał Hindus.

- Tak, wredne kłamstwo! - rzuciła jak echo Lotia. - Skąd ta komedia?

- Skąd? - powtórzył Lavar?de, ożywiając się. - Skąd? Stąd, że mam dość odgrywania roli osoby podejrzanej, zdrajcy swojego kraju, na pewno sługusa Anglii; stąd, że chcę odzyskać moje nazwisko Lavar?de i oddać Thanisowi to, co należy do Thanisa.

- Zwariował! - jęknęła Lotia, załamując ręce.

- Zwariował! Do licha, nie wytrzymałaby tego głowa mniej od mojej mocna. Może być jednak pani pewna, mój umysł jest całkowicie zdrowy i to udowodnię. Radjpoor i Thanis to jedno i to samo. Ten człowiek porwał mnie z zaskoczenia, groźbą śmierci wpakował w całkowicie niepojętą przygodę. Na oczy przejrzałem dopiero dziś w nocy, dzięki Ma?vie, jego niewolnicy. Niech pani wypyta to dziecko, a ono wskaże jej prawdziwego Thanisa.

Ochrypłym głosem Radjpoor zawołał:

- Intryga uknuta przez pana, żeby z serca Lotii przegnać nienawiść, którą zaprzysięgła mordercy swej matki.

- Prawda! - odparł Astéras.

- Tak - wsparła go Ma?va.

- Wspólnicy mówią tak jak pan.

Dłonie Roberta zacisnęły się na ramionach Hindusa.

- Uważaj! Przypomnę ci, Radjpoor, radę jaką dałeś mi kiedyś, że prawda jest złotem, a kłamstwo stalą.

- Ech! Zabij mnie. Nie chcę ci pomagać w oszukiwaniu Lotii.

- Masz wolną wolę, ale ja także. Ulysse, sznury. Skrępujemy tego zucha i poszukamy sposobu przekształcenia jego charakteru. Och! Do licha, rozumiem go, trudno jest przejść od zdrady do wierności.

Astronom szperał już we wszystkich kątach, aby zdobyć jakieś więzy. Lotia z narastającą litością przyglądała się Hindusowi. Jego postawa, w sumie odważna, przegnała wątpliwości, sekundę wcześniej wywołane słowami Roberta. Po raz kolejny ją sobie zdobył. Tak, chciano pomieszać jej w głowie, z pomocą niewolnicy Ma?vy. Po raz kolejny przebiegłość Radjpoora wzięła górę nad szczerością przeciwników.

Zdecydowanie Lavar?de'a przezwyciężyłoby być może wszelki opór. Gotów był posunąć się do każdej skrajności. Choćby miał wziąć wroga na męki, zdoła wydrzeć zeń przyznanie się do knowań. Godzina wyjaśnień jeszcze jednak nie wybiła, kiedy bowiem Francuz trzymał Hindusa, kiedy naukowiec nadaremnie poszukiwał więzów, i kiedy Lotia i Ma?va, powodowane sprzecznymi uczuciami, oczami świadków przyglądały się tej scenie, rozległ się zgrzyt klucza obracanego w zamku.

Wszystkich przeszedł dreszcz, zwrócili wzrok na drzwi z prawej strony, które powoli obróciły się w zawiasach, otwierając przejście dwóm nieznanym osobom, mężczyźnie i kobiecie.

Mężczyzna powitał ich gestem ręki i spokojnym głosem powiedział:

- Proszę powstać, panowie. Na "Gypa?te"4 ludzkie gniewy nie powinny podnosić głowy.

Zdominowany tonem przybysza Lavar?de puścił Radjpoora, który chwiejnie wstał. Wszyscy z nieskrywanym zdumieniem przyglądali się nowym osobom.

Były średniego wzrostu, uśmiechnięte, wyposażone oboje w długie szyje, podtrzymujące wydłużone głowy o ptasim profilu. Marynarka mężczyzny i bluzka kobiety miały lamówki z wielobarwnych piór. I rzecz dziwna, owe osobliwe osoby nieustannie przekrzywiały swe głowy na lewo i prawo, naprzemiennie kładąc policzki na każdym ramieniu, sprawiając jednym słowem wrażenie, że oddają się wykonywaniu ćwiczeniom rozluźniającym, przez nauczycieli gimnastyki nazywanymi "rozgrzewkowymi".

- Z kim mam zaszczyt rozmawiać? - zapytał wreszcie mężczyzna.

Posługiwał się bardzo poprawnym językiem francuskim, ale z gardłowymi naleciałościami wskazującymi, że Francja nie była jego ojczyzną.

- Robert Lavar?de, Francuz - pospieszył z odpowiedzią małżonek Lotii.

Przerwał mu Radjpoor:

- O przepraszam! Thanis, Egipcjanin.

Młody człowiek wydał okrzyk złości.

- Do tysiąca diabłów? Jestem Francuzem i...

Świeżo przybyły powściągnął go gestem.

- Niech się pan uspokoi. Narodowość nie ma tutaj żadnego znaczenia. Podziały powierzchni globu nie odbijają się echem pośród wolnych obywateli atmosfery.

A ponieważ słuchacze wpatrywali się weń w oszołomieniu, nie pojmując niczego z jego dziwnych słów, ciągnął spokojnie:

- Jeśli natomiast chodzi o wasze nazwiska, to gdzie miałem głowę prosząc o ich podanie, skoro jestem zmuszony prosić o ich zapomnienie.

- Zapomnienie? - powtórzyli wszyscy w osłupieniu.

- No oczywiście! Ziemskie miana nie mają sensu dla mieszkańców nieba. Dlatego też weźmy najpierw pana - dziwny człowiek wskazał Lavar?de'a. - Ma pan szerokie czoło, szczere, śmiałe spojrzenie i od tej pory pan będzie Panem Orłem.

- Hę? Pozwoli pan?

- Kiedy tylko skończę, proszę. Pański sąsiad - chodziło mu o Astérasa - ze swą kulistą sylwetką, oczami cierpiącego na ślepotę dzienną, stanie się Puchaczem5.

Następnie przyjrzał się kolejno Radjpoorowi, Lotii i Ma?vie, dokończył:

- Ten będzie Kaniukiem6, ptakiem drapieżnym nie mającym odwagi, a te ładne panie zostaną Sikorą i Piegżą7. Skoro to powiedziałem, pozostaje mi jedynie przedstawić państwa gospodarzy. Ja jestem Pan Grzywacz8, a oto moja żona i wierna towarzyszka, która odpowiada na słodkie imię Pani Jaskółki.

 

Nie sposób odmalować zdumienia podróżnych. Słuchali nieznajomego z niejasną obawą, którą wyraził w końcu Robert, szepcząc do ucha Ulysse'a:

- Ten typ jest wariatem.

Nagle podjął decyzję i zapytał:

- Gdzie jesteśmy?

- Na pokładzie "Orłosępa", szanowny panie.

- "Orłosępa"... statku...?

- Powietrznego. Poradziłem sobie z wielką trudnością awiacji9, żeglugi przez atmosferę w pojeździe cięższym od powietrza. Odkrycie pomyślne dla państwa, mogę rzec bez schlebiania sobie, gdyż inaczej nie zdołalibyście uciec wrogom ścigającym was na pustyni Victoria.

Ponieważ słuchający go patrzyli po sobie mając wrażenie, że śnią, tajemniczy osobnik mówił dalej stanowczym głosem:

- Każda rzecz stworzona porusza się, zakreślając krzywą zamkniętą. Planeta, powstała ze słońca, podąża po elipsie. Ludzkość, zrodzona na ziemi, podczas swej ewolucji przemierza orbitę, którą graficznie można przedstawić jako okrąg, będący właściwie niczym innym, jak elipsą, której oba ogniska nałożyły się na siebie.

Nie zauważając, że Robert, ogłuszony tymi naukowymi określeniami, gapi się zdumionymi oczyma, pan Grzywacz ciągnął:

- Dlatego też ludzkość jest zmuszona do powtarzania tych samych faz, a jeśli zdoła się ustalić różne etapy jej początków, będzie można przewidzieć cały cykl czynionych przez nią wynalazków.

- Wierzy pan w to? - wymamrotał oszołomiony Lavar?de.

Pan "Orłosępa" zdawał się go nie słyszeć.

- I tak odkryłem niewątpliwego przodka człowieka.

- Małpę - przerwał mu Astéras - jak twierdzą niektórzy.

- Mylą się - oświadczył mały mężczyzna, tupiąc niecierpliwie. - Małpa to gatunek sąsiedni, dołączony, że ośmielę się tak wyrazić, ale nie on stanowił punkt wyjścia. Od szympansa do sajmiri10, pomiędzy którymi jest gibon11, rodzaj małpi stanowi część ludzkości, ale nie jest jej źródłem.

Na owe dziwaczne stwierdzenie wszyscy zamilkli.

- Przodka człowieka - podjął z entuzjazmem pan Grzywacz - należy szukać pośród ptaków, pośród wielkich gatunków latających z minionych wieków. Człowiek miał początkowo skrzydła; przetrwał w nim podziw do gwiazd i pragnienie spoglądania z wysoka. Jesteśmy synami gigantycznych pterodaktyli12.

- Przedpotopowych nietoperzy13? - szepnął Robert.

- Tak, nietoperzy, które ponad ciepłymi mokradłami tworzącej się skorupy ziemskiej przemierzały powietrze, na swych błoniastych skrzydłach podlatując na wierzchołki drzew iglastych, grzybów wyższych od naszych współczesnych dębów, paproci, pod którymi mogłyby się schować dzisiejsze baobaby. Wychodząc zatem od zasady krzywej zamkniętej, którą dopiero co wyłożyłem, dotarłem do następującego aksjomatu: Człowiek fruwał w przestworach, a więc musi fruwać ponownie. Doprowadziło to mnie do zajęcia się kwestią awiacji, uporania się z trudnością uznawaną za nieprzezwyciężoną: "Uzyskawszy urządzenie cięższe od powietrza, sprawić, aby się wznosiło i latało w atmosferze".

Lavar?de, Astéras, Ma?va, Lotia i Radjpoor patrzyli po sobie.

Jedna i ta sama myśl narodziła się w ich głowach. Przemawiał do nich szaleniec. Jak inaczej można wytłumaczyć, że ktoś ma odwagę jako ojca chrzestnego człowieka wskazywać pterodaktyla, podawać się za wynalazcę statku powietrznego?

Wskutek dojścia do tego wniosku Robert bardzo cicho mruknął:

- Nie należy sprzeciwiać się wariatom.

A głośno dodał:

- Czyli jesteśmy w nawie powietrznej?

- Nazwanej "Le Gypa?te" - odparł, kłaniając się, pan Grzywacz.

- I unosimy się w powietrzu?

Mężczyzna sprawdził manometr14 przytwierdzony do ściany:

- Dokładnie dziewięćset pięćdziesiąt trzy metry nad powierzchnią globu. Unoszenie się nie jest właściwym słowem, gdyż obecnie przesuwamy się na północ z szybkością sześćdziesięciu sześciu mil na godzinę.

- Około stu dwudziestu kilometrów15?

- Prawie.

Na chwilę dawny kasjer poczuł się niepewnie. Odpowiedzi wariata były tak precyzyjne, że zaczął się zastanawiać, czy nie spełniło się niemożliwe, czy naprawdę wraz ze swoimi towarzyszami nie został pasażerem nawy powietrznej; bardzo wszakże szybko odegnał równie dziwaczną myśl. Odkrycie urządzenia latającego w przestworach wywołałoby w świecie wielki rozgłos. Gazety, czasopisma, rozwodziłyby się o tej sprawie. Pojawiłaby się istna lawina artykułów, doniesień, polemik, zaprzeczeń. Echo takiej wrzawy dotarłoby do Massaui, a nawet na Górę Youle. Ponieważ zaś nic takiego nie nastąpiło, pierwsze przypuszczenie zachowywało swą moc. Pan Grzywacz był zwykłym maniakiem, przed którym należało jak najszybciej uciec.

Najlepszą drogą do tego wydawało się wychwalanie jego "bzika". Dlatego też młody człowiek powiedział najbardziej przypochlebiającym się tonem:

- Jestem przekonany, że widok ziemi przemykającej pod nogami musi być piękny.

- Podniosły - poprawił go szaleniec.

- Chciałbym rozkoszować się nim na własne oczy.

- Nic prostszego.

- Czyżby? A zatem uważa to pan za proste? - mamrotał Robert wstrząśnięty spokojem rozmówcy.

- Za bardzo proste. Proszę udać się za mną. Pójdziemy na mostek i bez trudu ujrzy pan wszystko.

- Na mostek?

- No oczywiście. Moje urządzenie ma oczywiście kształt statku, a jego górna część, otoczona lek­ką balustradą, tworzy mostek.

I zwracając się do towarzyszki, milczącej i uśmiechniętej:

- Droga Jaskółko, pójdź pierwsza, wskażesz nam drogę.

 

 

 

 

 

1 Plafon - ozdobna część sufitu lub sklepienia, rzeźbiona, malowana lub wyróżniana w inny sposób.

2 Śpiąca królewna - postać z baśni Charles'a Perraulta (La Belle au bois dormant), także u braci Grimm, która wskutek klątwy niezaproszonej na chrzciny wróżki wraz z całym dworem spała przez sto lat.

3 Chloroform (CHCl3) - ciężka, lotna ciecz używana jako rozpuszczalnik, od roku 1847 głównie do zadawania narkozy, obecnie zakazana w tym celu ze względu na szkodliwe skutki uboczne.

4 Orłosęp (fr.) - orłosęp (Gypaetus barbatus), duży (około 2,5 m rozpiętości skrzydeł) ptak padlinożerny z rodziny jastrzębiowatych, ma ciemnobrązowy grzbiet, skrzydła i ogon, reszta ciała jasnoruda, występuje w południowej Europie, większości Azji i Afryki, głównie w górach; w dalszej części tekstu będzie stosowana nazwa polska.

5 Puchacz (Bubo bubo) - duży (do 1,8 m rozpiętości skrzydeł) nocny ptak drapieżny z rodziny puszczykowatych, występuje w prawie całej Eurazji, głównie w lasach, osiadły, poluje nocami.

6 Kaniuk (Elanus caeruleus) - nieduży (wielkości kawki) ptak drapieżny z rodziny jastrzębiowatych, występuje w Afryce, na Półwyspie Arabskim i Pirenejskim, o jasnym ciele, czarnych skrzydłach, poluje na gryzonie i owady (w oryginale Milan, po francusku kania, gatunek pokrewny, ale ponieważ chodzi o mężczyznę, lepszy jest kaniuk).

7 Piegża (Curruca curruca) - mały (wielkości sikorki) ptak z rodziny pokrzewkowatych, występuje w Europie i większości Azji, podobny do wróbla, ale jaśniejszy, owadożerny, wędrowny.

8 Grzywacz (Columba palumbus) - gatunek dużego gołębia z rodziny pokrzewkowatych, występuje w całej Europie i sąsiednich częściach Azji, wędrowny, roślinożerny, dawniej leśny, od XIX wieku coraz częściej miejski.

9 Awiacja - dawniej lotnictwo, żegluga powietrzna.

10 Sajmiri (Saimiri) - rodzaj małp z rodziny płaksowatych, obejmuje siedem gatunków występujących w Ameryce Południowej i Środkowej, małe (22-42 cm długości bez ogona), nadrzewne, roślinożerne.

11 Gibon (Hylobatidae) - rodzaj małp człekokształtnych, z rodziny płaksowatych, obejmuje 18 gatunków występujących w Azji Południowo-Wschodniej, średniej wielkości (do 1 m wysokości), o długich kończynach; nadrzewne, roślinożerne.

12 Pterodaktyle - rodzina późnojurajskich i kredowych pterozaurów o silnie zredukowanym ogonie i szerokich skrzydłach, cechująca się znacznym zróżnicowaniem wielkości: rozpiętość skrzydeł wynosiła od 30 cm (pterodaktyl) poprzez 130 cm (germanodaktyl), 4 m (ceradaktyl) do 14 m (kecalkoatl).

13 Nietoperze - jako ssaki nietoperze są bardzo daleko spokrewnione z gadzimi pterodaktylami, cały ten wywód nie ma nic wspólnego z nauką i rzeczywistością.

14 Manometr - przyrząd do pomiaru ciśnienia, zwłaszcza atmosferycznego, bardzo czułe barometry służą także do określania wysokości (wraz ze wzrostem wysokości ciśnienie spada w stałym stosunku).

15 120 kilometrów - chodzi o mile morskie, 66 mil to dokładnie 122,23 km.

 

 

Rozdział II

Dzieło szalonego geniusza

 

Naprawdę wielce poruszeni podróżni poszli za swymi gospodarzami. Opuścili salon i naleźli się wszyscy w wąskim korytarzu, oświetlonym rozmieszczonymi w dużych odstępach lampkami elektrycznymi.

Idąc nim Lavar?de macał ściany. Stwierdził ze zdumieniem, że tworzą je metalowe płytki.

- Do licha - szepnął - czyżby ten pan Grzywacz powiedział prawdę?

Pokręcił jednak głową. Nie, nawa powietrzna może być tylko mrzonką; awiacja, ten trudny problem, który kosztował życie tylu badaczy, nie został jeszcze rozwiązany! Mimo to młody człowiek przypominał sobie niewyraźnie, w jaki sposób zdołał z przyjaciółmi umknąć przed pościgiem zabójców prowadzonych przez sir Parkera. Nie mógł temu zaprzeczyć, bowiem odnieśli oni wrażenie, że zostali uniesieni w powietrze. Jaki więc można było wyciągnąć inny wniosek, aniżeli ten, że porwało ich urządzenie powietrzne? Nie jakiś zwykły aerostat16, balon, gdyż do wzniesienia się gondoli o rozmiarach tej, w jakiej się znajdowali, potrzebna byłaby wypełniona wodorem powłoka z tafty17, której powierzchnia wynosiłaby połowę Paryża18.

Przerwał nagle ten monolog wewnętrzny. Wszyscy dotarli do małego, okrągłego pomieszczenia. Od jego podłogi do sufitu wiodła żelazna drabinka.

Pan Grzywacz wszedł po niej z nadzwyczajną zręcznością, bezszelestnie odsunął rygiel i nacisnąwszy ręką na sufit, obracał nim powoli, aż odsłonił kwadratowy otwór, przez który wpadło świeże powietrze.

Oszołomieni, niezdolni do wypowiedzenia jednego słowa, podróżni patrzyli na rozgwieżdżone niebo, widoczne przez otwarty luk19.

- Wejdźcie! - nakazał ich przewodnik.

- Wejdźcie - śpiewnym głosem powtórzyła pani Jaskółka.

- O rany, żeby tak mocno wbić coś sobie w głowę - mruknął Lavar?de stawiając stopy na metalowych szczeblach.

Po chwili stanął obok wariata na platformie mającej pięćdziesiąt stóp długości i dziesięć szerokości, wokół której biegła lekka balustrada ze stali; dołączyła reszta jego towarzyszy i wszyscy tkwili przytłoczeni widokiem dużo dziwniejszym od wszelkiego, jaki można by było sobie wymarzyć.

Nad głową mieli sklepienie niebios, na którym konstelacje kreśliły kręte linie, jakby tworząc świtę księżyca, swymi srebrzystymi promieniami zalewającego mostek; pod stopami platformę, a poza nią, z każdej strony relingu20, metalową, błyszczącą powierzchnię, wdzięczną krzywizną wyginającą ku miejscu, w którym powinna znajdować się ziemia.

- Proszę podejść do balustrady - poradził pan Grzywacz - i spojrzeć w dół. Nie należy obawiać się zawrotów głowy, gdyż burty mojej nawy powietrznej są przedłużeniem mostka i nie pozwolą państwu spoglądać pionowo.

Powoli, opanowani niejasną obawą, że nieprawdopodobne staje się prawdą, że rzecz uważana za niemożliwą przekształca się w rzeczywistość, pasażerowie go posłuchali.

Ten sam okrzyk zdumienia wyrwał się z wszystkich ust.

Daleko poniżej nich kolebała się ruchoma powierzchnia, niby cekinami usiana odbiciami promieni księżycowych.

- Morze - ze spokojem wyjaśnił szaleniec. - W tym momencie szybujemy nad Oceanem Spokojnym. Patrzcie - dodał po chwili - te przesuwające się powoli światełka to latarnie statku. Miotają nim fale, kolebie się, kołysze, my zaś płyniemy w powietrzu bez wstrząsów i bez hałasów.

Następnie podniósłszy głos, rzekł:

- Trzymajcie się dobrze, wydam polecenie zwiększenia prędkości. Przed godziną rozkazałem ją zmniejszyć, aby państwo nie oszołomiła gonitwa w powietrzu.

Pochylił się nad tubą głosową analogiczną do używanej przez pełniących wachtę oficerów marynarki wojennej, aby zawołać:

- Do sześciuset obrotów koła!

- A zatem ma pan załogę? - szepnął Lavar?de.

- Tak... złapcie się czegoś.

Niemal natychmiast z dziobu nawy powietrznej dobiegło bu­czenie. Ramiona o dziwacznej postaci biły powietrze i jak koń, któ­remu popuści się cugle, "Orłosęp" pomknął w przestworzach.

Wszyscy pojęli teraz przydatność rady wariata. Ogłuszeni szumem silnika napędowego, smagani mocnym prądem powietrza, uświadomili sobie szybkość przemieszczania się urządzenia. Po kilku minutach steamer, którego ognie widzieli, pozostał w tyle i zniknął w ciemnościach.

Przesuwający się z trudem wzdłuż balustrady Robert dotarł do pana Grzywacza.

- Co to za dziwaczne narządy poruszające się na dziobie?

- To skrzydła mojego "Orłosępa" - odparł i z odcieniem dumy dodał:

- Wydaje się to pana interesować. Zejdźmy. Z ogromną przyjemnością pokażę panu moją maszynę. Nie opowiadam o niej ludziom na ziemi, ale ponieważ przypadek skierował pana na mój pokład, nie widzę powodu, abym miał skrywać przed panem swoje tajemnice.

Nie zostawiwszy Robertowi czasu na zdumienie się owym nagłym zaufaniem, pan Grzywacz przez tubę głosową wydał nowy rozkaz. Buczenie silnika ucichło, wiatr stracił na gwałtowności i wszyscy, na zaproszenie owego osobliwego osobnika, wrócili do wnętrza nawy powietrznej, której luk starannie zamknięto.

Kiedy uśmiechnięta i pełna zapału pani Jaskółka zabrała Lotię, Ma?vę i Radjpoora do salonu, w którym wszyscy przedtem byli, szaleniec poprowadził za sobą Roberta wraz z jego przyjacielem Astérasem. Na korytarzu otworzył jakieś drzwi.

- Proszę wejść, panowie - rzekł. - Zanim odwiedzą panowie urządzenia, konieczne jest kilka słów wyjaśnienia. Ta sala jest moim biurem, nadaje się doskonale do rozmów.

Francuzi rozejrzeli się z ciekawością. Trzy boki obszernego pomieszczenia, do którego weszli, miały ściany przesłonięte półkami, na których w malowniczym nieładzie przeplatały się książki, przyrządy chemiczne, mechaniczne, fizyczne. Cały czwarty bok zajmowała czarna tablica, pokryta równaniami algebraicznymi, których zwarte szeregi wywołały grymas dawnego kasjera. Jako meble służyły szerokie deski kreślarskie na podpórkach, palenisko zastawione pękatymi kolbami, próbówkami i butlami oraz siedzenia wyściełane słomą.

Pewnym ruchem ręki profesora przeprowadzającego dowód pan Grzywacz kreślił na tablicy różne rysunki.

- Panowie - powiedział, kiedy zakończył - proszę mi wybaczyć, jeśli mojego "Orłosępa" przedstawię na sposób nauczycielski. Spotkania z ludźmi inteligentnymi zdarzają się jednak rzadko, kiedy ktoś zamieszkuje krainę w chmurach, a zamierzam w pełni zapoznać panów z moim urządzeniem, abyście pokochali go tak samo jak ja.

I wskazując rysunek nr 1, zaczął wyjaśniać:

 

 

A - Przód czyli dziób

B - Śruba na rufie

C - Ster

DD - Skrzydła napędowe

E - Skrzydła bezpieczeństwa

F - Latarnia

GG - Iluminatory

HH - Mostek

 

AA' - Maszynownie

BB'B'' - Kabiny mieszkalne

C - Zbiornik powietrza

DD' - Pompa i przewód ciśnieniowy

EE' - Ładownie

F - Śruba na rufie

G - Ster

H - Latarnia

KL - Mostek

M - Reling

N - Sala spadochronu

O - Luk spadochronu

 

AA' - Maszynownie

BB' - Skrzydła napędowe

CC' - Skrzydła bezpieczeństwa

DD' - Kabiny mieszkalne

EE' - Korytarz centralny

F - Sionka z lukiem na mostek

G - Śruba na rufie

H - Ster z jego zaczepem

 

- Oto plan mojego statku powietrznego. Daje on pojęcie o jego kształcie ogólnym. Widać tu mostek, na którym byliśmy przed chwilą, umieszczone z przodu skrzydła napędowe, śrubę rozruchową na rufie, jak też ster poruszający się w płaszczyźnie pionowej wokół osi poziomej.

- Ale przecież - zaprotestował słuchający z nieskrywaną ciekawością Astéras - odnoszę wrażenie, że zaznaczył pan nie dwoje skrzydeł, lecz czworo. Czy zatem pańska maszyna lata na sposób ptaków czy na sposób chrabąszczy21?

- Chrabąszcze to ten zacny jegomość ma pod sufitem - westchnął Robert tak cicho, że jego towarzysze nie zdołali posłyszeć tej nieuprzejmej uwagi.

Pan Grzywacz zresztą już odpowiadał na spostrzeżenie Astérasa:

- Nie, nie, myli się pan, "Orłosęp" jest napędzany tylko jedną parą skrzydeł naraz. Druga, umieszczona na ścianie zewnętrznej, pozostaje nieruchoma. Są to skrzydła bezpieczeństwa.

- Bezpieczeństwa?

- Oczywiście. Przypuśćmy, że jedno z moich skrzydeł uległoby awarii podczas ruchu.

- Urządzenie nie byłoby wtedy podtrzymywane i zacząłby się straszliwy upadek...

- Zacząłby się, gdyby w tej samej chwili nie zostały zwolnione automatycznie skrzydła bezpieczeństwa, działające zamiast i w miejsce zepsutych.

- Rozumiem, rozumiem! - wołał zachwycony astronom. - Upadek jest niemal niemożliwy.

- Niemal - mruknął znowu Lavar?de - i takie niemal mu wystarcza!

- Jednakże - mówił dalej naukowiec nie zwracając uwagi na to wtrącenie się - proszę mi pozwolić na jeszcze jedno zastrzeżenie.

- Słucham pana - oświadczył z ukłonem pan Grzywacz.

- Wydaje mi się, że ze względu na masę nawy powietrznej pańskie skrzydła nie mają dostatecznych rozmiarów... czyli jednym słowem siła nośna pańskiego urządzenia latającego jest bardzo słaba.

Uśmiech zadowolenia rozjaśnił oblicze szaleńca.

- Z tego właśnie jestem dumny - oznajmił powoli. - Wskazał pan trafnie na prawdziwą trudność tego zagadnienia. Istotnie, uzyskanie trzech różnych ruchów skrzydła ptaka, z dołu do góry, z tyłu do przodu oraz ukośnie z przodu do tyłu, tak iż przemieszcza się ono wzdłuż boków trójkąta - jednocześnie szkicował na tablicy poniższy rysunek - to dziecinna igraszka; wystarczy tu system dźwigni połączonych stawami, czyli przegubami Goubeta22. Wyprodukowanie skrzydeł złożonych z listewek, które tak samo jak pióra żywych istot latających przeciskają się przez powietrze w ruchu wznoszącym, ale stają się nieprzeniknioną płaszczyzną podczas ich opuszczania, jedynych przydatnych jako napędowych, jest również łatwe. Sednem zagadnienia są rozmiary skrzydeł, gdyż moc i waga niezbędnego silnika są proporcjonalne do ich powierzchni. Przy zwykłych skrzydłach cały mój pojazd służyłby wyłącznie do unoszenia silników. Byłoby to wykluczone.

 

- Zgadzam się - potwierdził astronom - ale nie wiem, jak pan uporał się z tą trudnością. Przyznaję, że wydaje mi się ona niemożliwa do przezwyciężenia.

Oświadczenie to ponownie przywołało uśmiech na usta pana Grzywacza.

- Proszę słuchać mnie uważnie - powiedział z pełną pychy wyższością. - Wie pan, że u ptaków podobnych do siebie geometrycznie, wymiary liniowe są wobec siebie w pewnym stosunku, zaś w zależności do owego stosunku powierzchnie rosną w potędze drugiej, a ciężary w potędze trzeciej.

- To oczywiste - potwierdził Astéras.

Lavar?de wzruszył ramionami.

- Oczywiste! Czyżbyś to rozumiał?

- Oczywiście!

- Jak to, stosunki rosnące na potęgę?

- To jasne jak słońce.

- Słońce w nocy23, chciałeś powiedzieć?

Niecierpliwym gestem pan Grzywacz nie pozwolił im ciągnąć tej rozmowy.

- Nie ma o tym mowy - oschłym tonem powiedział niski mężczyzna. - Pompé?en-Piraud24, mój poprzednik w awiacji, a przed nim cała plejada25 wybitnych umysłów: Edison26, Dandrieux27, Tatin28, Kaufmann29, de Groof30, Le Bris31, Michel Loup32, Degen33, Guard34, markiz de Bacqueville35, Besnier36, Giovanni Battista Danti37, Paolo Guidotti38 a nawet Leonardo da Vinci39, wielki artysta renesansu, wykazali eksperymentalnie, że im większy jest ptak, tym proporcjonalnie zmniejsza się40 rozpiętość jego skrzydeł.

- To już za dużo. Czyli ptak, który byłby sto, tysiąc razy cięższy od istniejących gatunków, nie miałby skrzydeł w ogóle?

Młody człowiek sądził, że wywoła zmieszanie swego rozmówcy, ale szaleniec odpowiedział spokojnie:

- Pańskie rozumowanie jest tym, które nosi nazwę rozumowania w nieskończoność41.

- Tak pan uważa?

- To tylko wykręt teoretyczny. W praktyce dla otrzymania powierzchni potrzebne są linki.

- Do diabła! - zawołał Robert. - znałem doświadczonego wędkarza. Nigdy nie mówił on o powierzchniach. Na swoje linki łapał tylko ryby.

Na ten kalambur42 pan "Orłosępa" nie mrugnął nawet okiem. Zwracając się do Astérasa, flegmatycznie mówił nadal:

- Starałem się zmniejszyć powierzchnię skrzydeł, po pierwsze ze względu na silnik, a po drugie w celu zmniejszenia szans na awarie, i tego dokonałem. Wystarczyło powierzchnię zastąpić prędkością. Skrzydła mojej nawy powietrznej biją aż tysiąc razy na minutę.

- Tysiąc...? To cudowne, ale jaka jest pańska siła napędowa?

- Jest nieznaczna, gdyż wysiłek powtarzany tak często może być niemal żaden. Przy jednym bowiem uderzeniu skrzydeł na minutę, musiałyby one wykonywać tę samą ilość pracy użytecznej, co przy tysiącu; byłaby ona ogromna. Natomiast przy mojej prędkości drgnięć wystarcza, że każde da jedną tysięczną tej ilości.

- Wszystko się zgadza, pozostaje sprawa silnika.

Na te słowa pan Grzywacz przybrał postawę pyszałka i chwyciwszy pałeczkę kredy rysował szybko na czarnej tablicy.

- Oto schemat urządzenia, które sam wymyśliłem - powiedział wreszcie triumfalnym głosem. - W górnej części znajduje się zbiornik węglika43.

 

Silnik spalający węglik Z

Rysunek mający dać pojęcie o zasadzie urządzenia

 

AA - wał napędowy

B - korbowód

C - drążek tłoka

D - tłok

E - cylinder

RR' - komory spalania

PP' - rury dostarczające węglik

M - zbiornik węglika

NN' - rury ssące parę wodną

OO' - przewody odprowadzające

XX' - mimośrody kierujące otwieraniem zaworów YY' ZZ' Z''Z''' przez drążki S i S'

TT' - zawory bezpieczeństwa

 

- Och! - zawołał astronom - maszyna na acetylen44.

Szaleniec skrzywił się z pogardą.

- Ależ nie. To nowy węglik, odkryty i skroplony przeze mnie, którego moc w stosunku do acetylenu wynosi jak 1 do 10. Jedna kropelka płynu spada naprzemiennie do czarek umieszczonych z każdej strony korpusu pompy. Kropla ta przestając być ściskana przechodzi w gaz i napiera na tłok tak samo, jak para w lokomotywach. Drążek tłoka naciska na wał napędowy, który porusza skrzydłami. Wał ma dwa mimośrody45, poprzez drążki kierujące otwieraniem zaworów umożliwiających dostarczanie płynnego węglika i usuwanie go w postaci gazowej.

A ponieważ Astéras zaklaskał, szaleniec zakończył:

- Na pokładzie mam dziesięć maszyn tego rodzaju. Po dwie na każde skrzydło i dwie dla śruby na rufie i steru, a każda waży trzydzieści kilogramów.

- Wspaniale!

- Do oświetlania mam elektryczność. System metalowych grzebieni zwieszających się z drutów przewodzących prąd, podczas lotu ściąga zawartą w atmosferze elektryczność i gromadzi ją w specjalnych akumulatorach.

- Zdumiewające!

- Teraz pozna pan "Orłosępa" pod względem mechanicznym. Jego funkcji mieszkalnej nie można niczego zarzucić. Służy jej korytarz centralny, na prawo i lewo od którego znajdują się kabiny, salon, jadalnia; na dziobie i rufie są maszynownie, obsadzone przez czterech ludzi z mojej załogi.

Lavar?de wydał okrzyk:

- Ma pan załogę? To nie jest żegluga samotna?

- No, oczywiście.

- Znalazł pan ludzi, którzy zgodzili się żyć pomiędzy niebem i ziemią?

- Tak - mruknął Grzywacz z rozgoryczeniem. - Ludzi, których brutalne istoty, depczące powierzchnię ziemi, nazywają szalonymi... jak i mnie.

- Och! Uznano pana...?

- Za wariata. Zamknięty w zakładzie dla obłąkanych Sainte-Anne46, to pośród innych trzymanych tam napotkałem mądrość. Uciekliśmy. Moja pozostała na wolności żona sprzedała cały nasz majątek. Opuściliśmy nasz kraj, w różnych warsztatach kazaliśmy robić poszczególne części "Orłosępa", złożyliśmy je sami na lodowych pustyniach na północy Ameryki. Potem wznieśliśmy się w powietrze, pożegnawszy się na zawsze z krainami zamieszkałymi przez ludzi niesprawiedliwych i głupich.

Mały mężczyzna się ożywił. Oczy lśniły mu dziwnie, a oblicze przybrało wyraz wściekłości. Astéras i Robert wymienili spojrzenia pełne niepokoju.

- Czyli nigdy pan nie ląduje? - odważył się nieśmiało zapytać ten drugi.

- W jakim celu?

- No choćby ażeby wysadzać na ziemi takich podróżnych jak my.

Rysy szaleńca się ściągnęły i odpowiedział ze złością:

- Nigdy mnie nie opuścicie.

- Przecież...? - zawołał Lavar?de, który zaczął wpadać w gniew.

- Nigdy, nigdy! - powtarzał wariat. - Będziecie jak ja wiedli swobodne życie pterodaktyla z pierwszych dni świata, i jeśli cieszycie się zdrowym rozsądkiem, ludzkość będziecie wspominać tylko po to, żeby ją przeklinać.

Astéras podszedł szybko do przyjaciela i rzekł:

- Nie złość się. Kto wie, do czego może się posunąć w swoim szaleństwie. Nie zapominaj, że jesteśmy wiele setek metrów nad ziemią.

Myśl ta z miejsca ukoiła zapalczywość dawnego kasjera. Nagłym wysiłkiem zapanował nad sobą i pojednawczym tonem spróbował wykorzystać próżność swego gospodarza.

- Och! - powiedział. - Osobiście nie zależy mi wcale na powrocie między ludzi.

- W samą porę - przyznał Grzywacz, uspokojony tym oświadczeniem.

- Mój smutek budzi jedynie to, że taki genialny umysł jak pana pozostaje nieznany; jeśli mówiłem o zejściu na ziemię, to aby rozgłosić pańskie cudowne odkrycie, aby miasta zapełniły się pomnikami pana...

Mógłby długo ciągnąć w tym tonie, ale szaleniec pokręcił głową:

- Nie chcę niczego od ludzi. Niechaj nigdy się o mnie nie dowiedzą; zamknęliby mnie w domu wariatów, boję się ich.

- Nie poznali się na panu, ale dzisiaj, kiedy "Orłosęp" istnieje, kiedy majestatycznie przemierza przestworza...

- Ech! - zawołał gwałtownie mały mężczyzna. - Nie chcę, żeby podejrzewali jego istnienie.

- Za późno - zażartował Robert.

- Co chce pan przez to powiedzieć?

- To, że podczas ciemnych nocy latarnia "Orłosępa" zwraca na niego uwagę i że astronomowie go poszukują - popatrzył drwiąco na Astérasa i mówił dalej. - Myślą, że mają do czynienia z bolidem, ale wkrótce jakiś obserwator odkryje charakter tego światła błąkającego się w przestworzach.

Grzywacz słuchał, kiwając głową. Robert sądził przez chwilę, że się waha. Chciał zadać ostatni cios swemu rozmówcy, ale ten nie zostawił mu na to czasu.

- Ach! - rzucił z dziwnym akcentem. - Obserwatoria zajmują się mną?

- Bardzo. Lunety nieustannie wpatrują się w niebo... od dnia, w którym pułkownik Mooger, dyrektor wolnego obserwatorium Barget47 na Kamczatce, zatelegrafował, że zauważył na niebie świecący obiekt przemieszczający się z wielką prędkością.

- Ach! Ach! - szepnął szaleniec. - To pułkownik Mooger, ze stacji Barget...?

- Właśnie on.

- No dobrze, pójdźmy złożyć mu wizytę.

Lavar?de podskoczył:

- Zamierza pan zabrać nas na Kamczatkę?

- Udam się tam sam; nie pożałuje pan tej podróży, zobaczy pan... Ach! Ten zacny pułkownik Mooger! Zobaczy pan.

Jednym skokiem Grzywacz dotarł do drzwi, otworzył je i zniknął, podczas gdy wyraźnie rozzłoszczony Robert narzekał:

- A teraz Syberia! Ta wymuszona podróż nigdy więc się nie zakończy. Mam jej już dość, to za wiele. Jestem domatorem, lubię żyć w spokoju, nie chcę być dłużej zaciągany na wędrówkę.

Astéras nadaremnie starał się go uspokajać, kiedy drzwi się znowu otworzyły. Wszedł potężny młodzik odziany w bluzę i spodnie, na których ptasie pióra tworzyły dziwaczne arabeski48.

 

- Panowie - powiedział - proszę pójść za mną do przeznaczonej dla panów kabiny. Można w niej bez najmniejszych obaw odpoczywać. W powietrzu nie ma złych ludzi, jacy są na ziemi. Nikt panów nie zamknie w Sainte-Anne.

Nazwa przytułku dla obłąkanych po raz drugi zabrzmiała w uszach Lavar?de'a, przekształcając jego gniew w przerażenie. Mówiący to był członkiem załogi "Orłosępa" i kolejnym szaleńcem. Francuz pomyślał o Lotii, tak jak on porwanej w tajemniczy rejs nawy powietrznej, którą kierowali wariaci.

Sytuacja była straszna, okropna, ale wykluczająca wszelki opór. Trzeba było ustępować, wyczekiwać na sprzyjającą okazję, aby przechytrzyć obłęd strażników.

Skinął głową i w towarzystwie Astérasa poszedł za majtkiem powietrznym. Ten otworzył jedno z drzwi wiodących na korytarz centralny, cofnął się, aby przepuścić Francuzów i oddalił po złożeniu gardłowym głosem życzenia "dobrej nocy".

Dwaj przyjaciele zostali sami w dość przestronnej kabinie, zawierającej dwie koje, stół z dobrze wyposażoną toaletką i kilka krzeseł.

Każdy z nich opadł na siedzenie i tkwił tam, nic nie mówiąc, nic nie myśląc, osłupiały od owego zbijającego z tropu zbiegu okoliczności, wskutek którego z Paryża trafił na pokład statku powietrznego mającego za załogę obłąkanych.

 

 

 

 

 

 

16 Aerostat - statek powietrzny, unoszący się w powietrzu dzięki sile wyporu opisanej przez prawo Archimedesa; do aerostatów zalicza się balony i sterowce.

17 Tafta - gęsta, sztywna tkanina jedwabna, szeleszcząca i połyskliwa, o splocie płóciennym; osnowa i wątek tafty mogą być różnej barwy, mieni się wówczas obu kolorami.

18 Połowa Paryża - wielka przesada, największy sterowiec, "Hindenburg" z roku 1936, także wypełniony wodorem, o równie wielkiej kabinie co "Orłosęp", miał długość 245 metrów i powierzchnię powłoki około 17000 m2, a więc znacznie mniej, niż połowa Paryża.

19 Luk - zamykany otwór w pokładzie statku lub jego nadbudówki, służący do ładowania i wyładowywania towarów, schodzenia w głąb kadłuba statku, oświetlania i wietrzenia pomieszczeń pod pokładem.

20 Reling - pionowa bariera zabezpieczająca znajdujących się na pokładzie ludzi przed wypadnięciem za burtę lub upadkiem na znajdujący się niżej pokład; zbudowana z metalowych lub drewnianych słupków, połączonych metalowymi rurkami, prętami, drewnianymi poręczami, linami.

21 Chrabąszcze (Melolonthinae) - podrodziny chrząszczy, latają jak ptaki, posługując się jedną tylko (drugą) parą skrzydeł, pierwsza para przekształciła się w grube pokrywy osłaniające drugą parę, dwoma parami skrzydeł podczas lotu posługuje się wiele innych owadów, np. muchy czy ważki.

22 Przegub Goubeta - rodzaj ruchomego połączenia elementów projektu Claude'a Goubeta (1837-1903), francuskiego inżyniera i wynalazcy, konstruktora maszyn drukarskich i tkackich, projektanta jednej z pierwszych łodzi podwodnych świata.

23 Słońce w nocy - w oryginale gra słów, po francusku mówi się clair comme de l'eau de roche (jasne jak woda ze skały, źródlana), na co Lavar?de odpowiedział, jak woda w Sekwanie, rzece w końcu XIX wieku mocno zanieczyszczonej i o wodzie dalekiej od przejrzystości.

24 Jean-Claude Pompe?en-Piraud (1846-1907) - u P. d'Ivoi: Pompé?en-Picaud, wynalazca francuski, badacz lotu ptaków, w roku 1877 zbudował urządzenie ze sztucznymi skrzydłami ptasimi, które wzbiło się na 3 metry, w 1883 owalny balon "L'Esperánce", który przeleciał 150 km.

25 Plejada - grupa ludzi wyróżniających się w jakiejś dziedzinie sztuki czy nauki, pierwotnie w liczbie siedmiu (jak widocznych gwiazd w konstelacji Plejady), potem dowolnej.

26 Thomas Alva Edison (1847-1931) - wielki wynalazca i przedsiębiorca amerykański, twórca m.in. fonografu, żarówki elektrycznej, pierwszej elektrowni, w roku 1885 próbował zbudować helikopter.

27 Dandrieux - francuski wynalazca, w roku 1878 zbudował helikopter z silnikiem parowym, który wzbił się na 12 metrów i leciał przez 20 sekund, twórca latających zabawek, np. motyli.

28 Victor Tatin (1843-1913) - francuski inżynier, w roku 1879 zbudował mały latający jednopłat z silnikiem pneumatycznym.

29 Joseph Meyers Kaufmann - szkocki inżynier, w roku 1867 opatentował ornitopter napędzany silnikiem parowym, pokazany na Wystawie Aeronautycznej w Londynie w roku 1868.

30 Vincent de Groof (1831-1874) - belgijski szewc, zginął pilotując wymyślony przez siebie ornitopter, spuszczony z balonu.

31 Jean-Marie Le Bris (1817-1872) - u P. d'Ivoi: de Bris, francuski oficer marynarki wojennej, w roku 1856 w ciągniętym przez konia własnej konstrukcji szybowcu o kształcie albatrosa przeleciał około 200 metrów, w 1868 na większym dokonał kilku prób, zanim się rozbił.

32 Michel Loup - francuski wynalazca, w roku 1853 zaprojektował jednopłat w kształcie ptaka, autor książki "Solution du Probl?me de la Locomotion Aérienne".

33 Jakob Degen (1760-1848) - szwajcarski zegarmistrz i mechanik, projektant maszyn do szycia i drukarskich, prowadził w Wiedniu badania nad różnymi urządzeniami latającymi.

34 Guard - postać nieznana, być może Jules-Henri Giffard (1825-1882), francuski inżynier, w roku 1852 na szybowcu swojej konstrukcji przeleciał około 15 mil.

35 Jean François Boyvin de Bonnelot, markiz de Bacqueville (1688-1760) - u P. d'Ivoi: błędnie de Bocqueville, francuski arystokrata, w roku 1742 dokonał nieudanej próby lotu ze skrzydłami przymocowanymi do rąk i nóg, w Paryżu poszybował nad Sekwaną około 300 metrów.

36 Jacob Besnier - francuski ślusarz, w roku 1678 dokonał kilku lotów szybowych z użyciem przymocowanych do ramion i nóg skrzydeł.

37 Giovanni Battista Danti (ok. 1477-1517) - u P. d'Ivoi: Dante, włoski matematyk i inżynier, w roku 1498 lub 1503 dokonał rzekomo udanego lotu na skrzydłach własnej konstrukcji.

38 Paolo Guidotti (1569-1626) - włoski malarz i architekt, miał dokonać udanego skoku na wymyślonym przez siebie spadochronie.

39 Leonardo da Vinci (1452-1519) - wielki włoski artysta, malarz, rzeźbiarz, architekt, inżynier, zaprojektował m.in. śmigłowiec, ornitopter i inne machiny latające.

40 Zmniejsza się - zależność jest odwrotna, wraz z masą ptaka rośnie wykładniczo konieczna do utrzymania go w locie siła nośna i związana z tym powierzchnia (a nie rozpiętość skrzydeł), dlatego najcięższym ptakiem latającym jest ważący do 18 (podobno 23) kg drop olbrzymi.

41 Rozumowanie w nieskończoność - właściwie regressus ad infinitum (cofanie się w nieskończoność), w filozofii nieskończony ciąg kroków myślowych wiodących wstecz, uważany za błąd podczas argumentowania czy definiowania.

42 Kalambur - w języku francuskim użyte tu słowo ligne oznacza zarówno linię geometryczną, linę, jak też linkę (żyłkę) wędki.

43 Węglik - nieorganiczny związek chemiczny zawierający węgiel oraz metal lub półmetal, jak np. karbid (CaC2, węglik wapnia).

44 Acetylen - etyn, organiczny związek chemiczny, najprostszy węglowodór nasycony (C2H2), gaz palny, bardzo wybuchowy, stosowany do spawania, oświetlania, zadawania narkozy, w przemyśle chemicznym (np. przy wyrobie nawozów sztucznych), nie jest węglikiem.

45 Mimośród - element maszyny w postaci tarczy umocowanej na wale w taki sposób, że jej środek nie pokrywa się z osią obrotu wału.

46 Sainte-Anne - szpital w Paryżu, utworzony w roku 1651, jeden z czterech głównych w stolicy Francji, w roku 1863 przekształcony w psychiatryczny, bardzo wówczas nowoczesny, istnieje nadal.

47 Obserwatorium Barget - nieistniejące, wymyślone przez autora.

48 Arabeski - symetryczne ornamenty liniowe stylizowane na roślinne, wzorowane na sztuce arabskiej bądź antycznej.

 

 

 

Rozdział III

Parę chwil na Księżycu

 

Zmęczenie przezwyciężyło najbardziej posępne myśli. Robert i Ulysse zapadli w sen. Obudził ich marynarz powiadamiający, że zostało podane śniadanie.

Z wysiłkiem zdołali powstać i na sztywnych nogach, z ciążącymi głowami, dotarli do jadalni, w której wokół stołu zajęli już miejsca ich towarzysze i strażnicy więzienni.

Jeden rzut oka wystarczył im do przekonania się, że ani Lotia, ani Ma?va i Radjpoor nie doznali na pokładzie "Orłosępa" lepszego od nich wypoczynku.

Dziewczęta były blade, miały podkrążone oczy, a śliczne lica zasępione od lęku. Natomiast Radjpoor-Thanis wyglądał na jeszcze bardziej przygnębionego od pięknych Egipcjanek. Najpewniej one i on odbyli rozmowę z panią Jaskółką.

Wiedzieli, w jakich rękach się znajdują.

- Och, oto i panowie! - powiedział wesoło Grzywacz. - Czyż na niebie nie śpi się dobrze? Nie przeszkadza tu zupełnie, jak w wielkich miastach, gwar tłumu, łoskot kół powozów, trąbki tram­wajów. Pokochacie swe nowe życie, kiedy poznacie je lepiej. Na razie proszę zająć miejsca i nie obawiać się jeść za dużo. W tym czystym, nieznającym mikrobów powietrzu, apetyt dopisuje.

Wskazał ręką dwa puste jeszcze miejsca, jedno na lewo od jego żony, drugie obok Ma?vy.

Astéras zajął to drugie, miejsce honorowe zostawiając przyjacielowi. Ukradkowy ucisk ręki Ma?vy był dlań natychmiastową nagrodą. Ślicznotka pochyliła się ku niemu i szepnęła śpiewnym głosem:

- Lęk!

Astronom pocieszył ją gestem i rozpoczął się posiłek. Współbiesiadnicy szaleńca myśleli zaiste, że śnią. Menu pasowałoby do domu burżujskiego, naziemnego.

Sardynki

Flaki po caeńsku49

Smażone liny w sosie pomidorowym

Polędwica wołowa z grzybami

Itp., itd.

Przy polędwicy Lavar?de nie wytrzymał i zwrócił się do Grzywacza, który głośno przeżuwał:

- Zapewniał mnie pan, że nigdy nie schodzi na ziemię.

- Tak właśnie jest.

- No dobrze, jeśli nie padłem pastwą halucynacji, to czy nie spożywany teraz polędwicy wołowej?

- Nie myli się pan.

- W takim razie niczego już nie pojmuję. Polędwice wołowe nie mają zwyczaju odbywać przechadzek pośród chmur, jak więc ta znalazła się na pańskim stole?

Grzywacz wybuchnął śmiechem, a w ślad za nim pani Jaskółka. Ich wesołość była taka szczera, że podróżni, zapominając o obawach, dołączyli do tej radości. Szaleniec zdołał się wreszcie opanować.

- Nie jest pan spostrzegawczy - rzucił wyrozumiale.

- A czego to nie spostrzegłem? - zapytał dawny kasjer.

- Tego, że bardziej niż ktokolwiek inny powinien pan być w stanie odpowiedzieć na swoje pytanie, gdyż na pokład "Orłosępa" trafił pan w ten sam sposób, co ów kawałek wołowiny... Jeszcze plasterek, prawda?

Biorąc talerz, Lavar?de odparł:

- Przyznam się panu, że nie ogarnąłem tego wydarzenia. Kiedy biegłem po pustyni, poczułem uderzenie w nogi, padłem na plecy, straciłem przytomność i odzyskałem ją tutaj.

- Jak i ja - jednym głosem dodali szybko towarzysze młodego człowieka.

- To zmienia sprawę. Wytłumaczę panu. Pod naszymi komnatami znajdują się swego rodzaju piwnice, gdzie przechowuję moje zapasy węglika, żywności, części zapasowych do maszyn et caetera50. Ścianki dzielą je na pomieszczenia. W jednym z nich jest zamknięty wielki wór z siatki. Kiedy chcę polować, przyczepiam do tego wora giętki i wytrzymały pręt zrobiony z połączonych fiszbinów51 wieloryba, otwieram klapę znajdująca się w dolnej części nawy powietrznej i tak opuszczam moje urządzenie, żeby koniec liny muskał ziemię. Nakazuję wtedy lot naprzód i ścigam zwierzę, którego pragnę, doganiam je, tyczka uderza w nogi, podcięte wpada do sieci i zostaje wciągnięte na pokład. Jednym słowem poluję w locie.

A ponieważ wszyscy patrzyli po sobie z wyraźnym zaskoczeniem, dodał:

- Tak samo postąpiłem z państwem. Przysiągłem sobie nie mieć więcej żadnych związków z ludzkością, ale widok państwa ściganych przez pragnących was zastrzelić wrogów wzbudził we mnie litość. Są oni, powiedziałem sobie, takimi samymi ofiarami jak ja, powinienem przyjść im z pomocą. Oto dlaczego dzisiaj jemy razem śniadanie.

Te ostatnie słowa zostały wypowiedziane z wzruszeniem i prawdziwą szlachetnością. Wszystkie ręce wyciągały się do szaleńca, który ulęgnąwszy odruchowi współczucia, więźniów sir Parkera wyrwał z objęć pewnej śmierci.

Grzywacz wyglądał na zachwyconego. Ściskał palce swych gości i powiedział łagodnie:

- Każę zmniejszyć prędkość "Orłosępa", weźmiemy kawę na mostek i w obliczu wzniosłego widoku rozciągającego się przed oczami państwa, staniecie się w pełni tacy jak my.

Pięć minut później wszyscy zebrali się na mostku, przez lekkie velarium52 osłoniętym przed żarem promieni słonecznych.

Grzywacz powiedział prawdę. Oparci na balustradzie skamieniali z podziwu podróżni rozglądali się wokół. Nawa powietrzna unosiła się na wysokości trzech tysięcy metrów nad Oceanem Spokojnym. Z tej odległości morze przybrało ciemny odcień, od którego niby szmaragdowe paciorki odcinały się nieskończone różańce zielonych wysepek. Było to jak sen i patrząc na ziemię z tak wysoka, Lavar?de uświadomił sobie ze zdumieniem, że zapomniał o byciu jednym z najbardziej domatorskich dzieci globu, który umykał pod jego stopami.

- Jakie to jest piękne - szepnął wreszcie i czując potrzebę podzielenia się swymi odczuciami wyciągnął rękę do najbliższej mu osoby.

Zadrżał, rozpoznając w niej Lotię. Ona także przyglądała się mu niepewnym wzrokiem, jakby otrząsała się ze snu. Ona także wyciągnęła zgrabną rękę, ale nie dokończyła rozpoczętego ruchu. Odwróciła głową w stronę Radjpoora, który nieruchomy na drugim krańcu mostka, wpatrywał się w niego posępnie.

Swe oczy kierowała naprzemiennie na tych dwóch mężczyzn. Gryząca niepewność rysowała się na jej obliczu i szepnęła:

- Który z was więc kłamie?

- Przecież nie ja - odparł Francuz.

Znowu mu się przyjrzała. Mina boleści pogłębiła się na jej rysach i odparła ze smutkiem:

- Skąd mam wiedzieć? Zawieszona w środku nieba, w rejonach przemierzanych wyłącznie przez ducha Ozyrysa, to jego proszę o ukazanie moim oczom prawdy.

Potem dodała z westchnieniem:

- Być może się nie pomyliłam; być może szczerze mówi Radj­poor-Sahib. Waham się, brak mi pewności, sprzeczne myśli plączą się za moim czołem. Nieszczęsna Lotia! Biedny Egipt!

Oddaliła się powolnym krokiem, a Robert nie próbował jej zatrzymać. Rozpierała go ogromna radość. Lotia nie oskarżała go już bezlitośnie.

Wątpliwość wykiełkowała w jej umyśle i czyż owa wątpliwość nie jest jutrzenką okresu szczęścia, w którym piękna Egipcjanka zrozumie i podzieli jego afekt?

Ukojony tą promienną myślą, nadal sycił oczy przesuwającą się pod nawą powietrzną przepiękną panoramą.

Córka Yacouba podeszła do Ma?vy, z którą rozmawiał Astéras. Ani on, ani ona nie zauważyli jej obecności. Astronom mówił:

- Tak, Ma?vo, ta przygoda jest zbawienna. Mój biedny Robert jest smutny, przybity najczarniejszymi oskarżeniami. Tu wszakże, w pełni nieba, obok słońca, w pobliżu gwiazd, których światło nie zaćmiewają już nam opary ziemi, wykluczone, aby Lotia nie rozpoznała prawdy.

Ta, której imię wypowiedział, zadrżała. Naukowiec wyraził myśl, która dopiero co cisnęła się jej na usta. Czyżby jej dusza rzeczywiście zbłądziła, myląc niewinnego z winnym?

Wzrokiem poszukała Lavar?de'a. Pochylał się nad balustradą, błogi uśmiech rozjaśniał jego wierną twarz. Potem zwróciła spojrzenie na Radjpoora i napotkawszy jego czarną źrenicę uparcie zwróconą ku niej, poczuła rodzaj niepewności. Wierzyła mu, a teraz odnosiła wrażenie, że jej przekonanie się chwieje, że ogarnia ją mrok. Niecierpliwie pokręciła głową.

Astéras mówił nadal, nie zwracając na nią uwagi:

- Widzisz, Ma?vo, wszystko co dobre, co sprawiedliwe, jest w gwiazdach. Ludzie stają się okrutnymi, zepsutymi, ponieważ jak zahipnotyzowani wpatrują się w ziemię, którą swym zdaniem podzielili między siebie, jakby nieuchronna, bezlitosna śmierć nie miała położyć kres ich ambicjom. Mędrcy podnoszą głowy, spoglądają wysoko, a ich oczy trudzą się śledzeniem promieni gwiazd, odległych słońc krążących w przestrzeni; przeczuwają oni, że człowiek jest niczym wobec nieskończoności, jedynie maleńkim pasożytniczym mchem rosnącym na powierzchni globu, że idea dobra i sprawiedliwości jest wszystkim, i sami oni tylko wówczas staną się czymś w harmonii wszechświata, kiedy poświęcą się triumfowi tej idei.

I uśmiechając się do dawnej niemej dziewczyny, która słuchała go nabożnie, mówił dalej:

- Natomiast wobec tego wszelka nauka jest daremna, nasze środki poznania mają ograniczenia. Całe swe życie poświęcam badaniom nieba. Czy posunąłem się w tym dalej, aniżeli byłem pierwszego dnia? Tak, jeśli chodzi o jego rozmiary; poznałem jego ogrom, wyczułem, że gdyby od pojawienia się człowieka na ziemi aż do naszych dni rachmistrze nieustannie by liczyli, wypowiadali dziesiątki, setki, tysiące, miliony, to kontynuujący owe żmudne zadanie doszliby do liczb mających dziewięćset albo tysiąc dwieście cyfr, a owe niesamowite liczby, niepojęte dla naszego rozumu, byłyby jedynie miarą punktu w nieskończoności. Ale co potem? Co wiem o budowie przestrzeni, o niezliczonych układach słonecznych wszechświata? Nic. Znam mniej lub bardziej racjonalne hipotezy, to wszystko.

- Dalej, dalej - westchnęła słodkim głosikiem Ma?va, łasa na ową wzniosłą poezję Astronomii.

- Dobrze - Astéras nie dał się prosić, jego twarz promieniała radością wywołaną możliwością głoszenia najdroższych mu przemyśleń - weźmy Księżyc, naszego bezpośredniego sąsiada, kołyszącego się w śmiesznej odległości wynoszącej w zaokrągleniu dziewięćdziesiąt tysięcy lig53. Dla jednych jest on martwą gwiazdą. Pozbawiony powietrza i wody, powiadają, Księżyc nie nadaje się do zamieszkania. O, przepraszam, odpowiadają inni, nie macie tu racji; nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie istot, które do życia nie potrzebują ani wody, ani powietrza. Czyż istniejąca różnica pomiędzy mieszkańcami mórz i kontynentów nie dowodzi, że środki, którymi dysponuje przyroda, nie znają granic, a zatem jak można uznawać za pustynną planetę tylko dlatego, że nasza ludzkość nie może na niej żyć? Którzy mają rację?

- Ci drudzy - oznajmił obok nich spokojny głos.

Astéras, Ma?va, a nawet Lotia się odwrócili. Grzywacz podszedł bezszelestnie i kołysał się z zarozumiałą miną.

- Przyjmujący, że Księżyc jest zamieszkany - dodał - mają rację.

- Jak może pan o tym zapewniać? - zapytał astronom, który pośpiesznie wstał.

- Ponieważ mam skromnego pomocnika.

- A jak się on nazywa?

- Fotografia.

I naciskiem w głosie szaleniec dodał:

- Jeśli raczą mi państwo towarzyszyć, to pokażę klisze, które nie pozwolą, aby w umyśle państwa pozostała jakakolwiek wątpliwość.

Nie musiał powtarzać tej nęcącej uwagi. Wszyscy ruszyli do drzwi wiodących do wnętrza "Orłosępa" i zaraz potem zgromadzili się w gabinecie, do którego Robert i Ulysse trafili już, kiedy Grzywacz wykładał im zasady działania swego urządzenia.

Mały mężczyzna spokojnie otworzył dębową skrzynkę i wyjął płytkę, którą podsunął pod oczy towarzyszących mu osób.

- Oto - powiedział - bezpośrednia fotografia góry księżycowej na mapach selenograficznych54 umieszczanej pod nazwą Szczyt Kopernika55. To nie­wątpliwie dawny wulkan. Jego górzysty pierścień ma grubość dwudziestu kilometrów. Dno krateru zajmuje równina o średnicy około sześćdziesięciu kilometrów, w jej środku wznoszą się liczne turnie.

 

- Wszystko to jest mi znane - odparł żywo Ulysse. - W obserwatorium paryskim mamy klisze równie wyraźne, ale nic na nich nie dowodzi istnienia istot żywych.

Szaleńca to nie speszyło.

- Chwileczkę. Dzięki systemowi powiększania, który wymyśliłem, odnalazłem dowód, którego pan szuka, ten oto.

I poszperawszy zręcznie w kartonie postawionym wzdłuż ścianki, wyciągnął gruby plik kartek.

- Co to jest?

- Powiększenie zachodniej części krateru Kopernika.

- A ta kręta linia opuszczająca się jego zboczami i docierająca do masywu w środku?

 

- To droga.

- Droga?

Głos astronoma drżał. Jak to, palący problem możliwości zamieszkania na Księżycu, został rozstrzygnięty w sposób twierdzący?! Drogi biegnące po powierzchni nocnej gwiazdy! Przecież wskazuje to na istnienie istot myślących, inżynierów, robotników ziemnych.

- Chyba śnię - mruknął nie zauważając, że mówi głośno.

Szaleniec odpowiedział mu jednak z lekkim zniecierpliwieniem:

- To nie jest sen.

- Ale trzeba się strzec pozorów.

- Tak, lecz także trzeba uznawać to, co pewne. Tutaj istnieje taka pewność. Zaraz sam pan to dostrzeże. Przedtem proszę mi pozwolić na przypomnienie, że Księżyc nie zna ani wiosny, ani jesieni. Jego rok składa się z jednego dnia56 mającego 364 godziny, czyli lata, i jednej nocy o takiej samej długości, która jest zimą. Podczas dnia temperatura57 przewyższa panującą w Senegalu, czyli sześćdziesiąt stopni powyżej zera; po nastaniu nocy nagle daje się odczuć klimat bieguna północnego, a zatem powierzchnia księżycowa lodowacieje do czterdziestu lub sześćdziesięciu stopni poniżej zera.

- Zbaczamy z naszego tematu - nie bez urazy mruknął naukowiec.

- Przepraszam - odparł Grzywacz - ten wstęp jest konieczny. Zważywszy na różnicę niemal stu stopni pomiędzy dwiema porami roku naszego satelity, zasadne jest przypuszczenie, że jego mieszkańcy podczas każdej z nich prowadzą odmienne życie.

- Mieszkańcy, jeśli takowi są... - wymamrotał Lavar?de.

Nie zwróciwszy uwagi, że mu przerwano, mały mężczyzna ciągnął:

- W Rosji widzimy ludność pozostającą w zamknięciu podczas okresu szronu i opuszczające to zamknięcie, kiedy ciepłe podmuchy wiosny rozgrzewają powietrze. Przez analogię można sądzić, że lunatycy58 powinni postępować tak samo. Ustaliwszy to, proszę zauważyć, że droga w cyrku59 Kopernika wychodzi z miejsca ciemnego i prowadzi do równie czarnego; na pewno są tam wejścia do jaskiń, podziemnych miast, w których się chronią na czas długich nocy.

- To bajka o troglodytach60 - zawołał ironicznie Robert.

 

- Kiedy wszakże - podjął temat niewzruszony szaleniec - słońce pojawia się znowu ponad horyzontem, wychodzą oni ze swych jaskiń, udają się do pracy, zajmują się handlem, wymianą, rolnictwem, polowaniami pośród fauny i flory, o których nie mamy pojęcia. Jeśli istnieją tak, jak twierdzę, jeśli to, co widać na mojej kliszy jest drogą, musi odbywać się na niej ruch.

- No więc czy się odbywa? - wtrącił się żywo astronom przeczuwający, że jego rozmówca dociera do ciekawego punktu swego wykładu.

- Ależ tak - powiedział spokojnie Grzywacz - odbywa się.

Z warg Lavar?de'a wyrwał się prawdziwy ryk.

- Odbywa się! Dowód... dowód.

- Przedstawię go panu.

I grzebiąc znowu w kartonie, kapitan "Orłosępa" mówił tak:

- Wiele razy moją uwagę zwróciły czarne punkciki obecne na białej powierzchni drogi w Koperniku. Na owym etapie moich myśli zastanawiałem się, czy owe punkciki nie są Selenitami61, których się domyślałem. Wobec niemożności uzyskania większych powiększeń moich klisz - staram się obecnie rozwiązać ten problem i to osiągnę - pojąłem, że jedynym sposobem dowiedzenia się czegoś było przekonanie samego siebie, że owe ledwo dostrzegalne punkciki się poruszają.

- I?

To Astéras, niemogący się powstrzymać, rzucił owe przynaglające pytanie.

- W moich badaniach posłużyłem się kinematografią. Kolejno uzyskiwane tak klisze pozwoliły ustalić, że moje czarne punkciki poruszają się na drodze. Oto jeden z obrazów, o których mówię.

 

I kiedy Astéras, z rozszerzonymi źrenicami, wpatrywał się w dziesięć klisz, Grzywacz szepnął z udawaną skromnością:

- Punkt C można dostrzec na odcinku AB drogi i jest jasne, że skoro na projekcji kinematograficznej przesuwa się on od A do B, to ma możliwość dokonywania ruchów własnych, a zatem jest żywy. Tak więc, jak wynika z tych różnych dowodów, rzeczony punkt C, zajmujący kolejno pozycje zaznaczone na każdej z klisz, wędruje z A do B. Czy został pan przekonany?

- Tak, tak - zadyszanym głosem bełkotał astronom. - Nie można zaprzeczyć. Istoty żywe przemierzają ową drogę księżycową! Kim wszakże one są?! Jakie są?

Grzywacz podniósł w górę palec i rzekł proroczym tonem:

- Cierpliwości! Cierpliwości! Moje powiększenia nie pozwalają jeszcze udzielić odpowiedzi, ale skoro to pana interesuje, poszukamy jej razem, ustalimy kształt tego żywego punkciku. Jeszcze pobłogosławi pan dzień, w którym stanął na pokładzie mojego "Orłosępa". Wkrótce zrobimy zdjęcia wnętrza jaskiń, w których kryją się Selenici, kiedy dwunastodniowa noc62 okrywa grunt ich planety.

Na te słowa osłupiały Ulysse nie znalazł żadnej odpowiedzi, zabrakło mu głosu, ale za to jego wymowna mimika wyrażała ciekawość.

- Zna pan czarne promienie - ciągnął życzliwie jego rozmówca. - Nazywane są czarnymi, nadfioletowymi, Roentgena, X63. Mają zdolność przenikania przez ciała nieprzezroczyste. No właśnie! Wynalazłem, bez kilku drobnych szczegółów pozostałych jeszcze do wykrycia, płyty fotograficzne nieczułe na promienie świetlne, wrażliwe wyłącznie na promienie X, tak iż czarne promienie wydzielane przez Księżyc odsłonią nam tajemnice życia selenickiego!

Wyglądał na przeistoczonego; od chęci wylewności drżał mu głos. Gwałtownym ruchem astronom chwycił go za ręce i tonem niemożliwego do oddania podziwu:

- Och! Mistrzu! Mistrzu! - bełkotał. - Jakiż jest z pana geniusz!

Grzywacz skrzywił twarz i wybuchnął przejmującym śmiechem.

- Geniusz, mój biedny druhu Puchaczu - po raz pierwszy zwracając się do uczonego użył przydomka, jakim obdarzył go po przybyciu - geniusz, ależ jestem wariatem, wariatem, którego trzeba związać. Twoi przyjaciele Orzeł, Kania, Sikora i Piegża - wskazał obecnych - tak uważają. Uważano tak na ziemi, gdyż zamknięto mnie w Sainte-Anne. Och! Och! Och! Jestem wariatem! Mędrcami są ci, którzy chodzą na wolności nie martwiąc się niczym. Och! Och! Jestem wariatem, wariatem, wariatem jak Salomon de Caus64, którego geniusz wygasł pośród ścian lepianki.

Długo jeszcze rozwodziłby się w tym tonie, gdyby pani Jaskółka nie podeszła doń, mówiąc ze spokojem:

- Zapomnij o tym, Grzywaczu, z ludzkością nie mamy już nic wspólnego!

Te proste słowa niby zaklęcie uspokoiły szaleńca. Jego wzburzenie opadło, oczy się zamgliły.

- To prawda, rzeczywiście! - zawołał radośnie. - Gdzie miałem głowę, żeby przejmować się ziemianami - i przyjacielsko biorąc pod rękę Astérasa. - Chodź, mój drogi Puchaczu, popracujemy.

Pozostałych podróżnych uprzejmie powierzył żonie i zamknął się z astronomem, którego miał wtajemniczyć we wszystkie swe prace.

 

 

 

 

 

 

49 Flaki po caeńsku - tradycyjna potrawa normandzka z kawałków czterech żołądków krowich, z dodatkiem kopyt i kości, zalanych cydrem i wraz z warzywami długo (15 godzin) gotowanych w specjalnym naczyniu z kamionki.

50 Et cetera (łac.) - i tak dalej.

51 Fiszbiny - płyty rogowe zwisające z każdej strony z podniebienia w jamie gębowej wieloryba (fiszbinowca), w liczbie od 150 do 300; kostne podniebienie ma na środku duży wystający grzebień, do którego przyczepione są płyty; długość jednej może dochodzić do 3-4 metrów, w punkcie przymocowania mają grubość męskiego ramienia; wolne brzegi są postrzępione i przypominają trochę końskie włosie.

52 Velarium (łac.) - płócienna zasłona, daszek, jakich używano w cyrkach rzymskich.

53 Dziewięćdziesiąt tysięcy lig - wartość ta (360000 kilometrów) dotyczy minimalnej odległości Księżyca od Ziemi (perygeum), wynoszącej dokładnie 363104 km, odległość maksymalna (apogeum) to 405696 km (około 100000 lig).

54 Selenograficzny - dotyczący Księżyca, od Selene, w mitologii greckiej bogini Księżyca.

55 Szczyt Kopernika - Copernicus, krater uderzeniowy (a nie wulkaniczny), na widocznej stronie Księżyca, niemal w jej środku, we wschodniej części Oceanu Burz, jego wał ma około 22 km grubości, a średnica dna około 46 km, wysokość zewnętrzna to 1010 m, a wewnętrzna 3350 m, na dnie są liczne kraterki i wierzchołki, największy o wysokości 730 m.

56 Dzień - obrót Księżyca wokół własnej osi (miesiąc syderyczny) wynosi 27,3 dnia ziemskiego, czyli 655 godzin, a obserwowany z Ziemi (miesiąc synodyczny) 29,5 dnia, czyli 708 godzin, a nie 728.

57 Temperatura - rozpiętość temperatur na powierzchni Księżyca jest dużo większa, średnia temperatura w dzień to 107 stopni Celsjusza, a w nocy -153 stopnie.

58 Lunatycy - tu mieszkańcy Księżyca (po łacinie Luna), główne znaczenie to somnambulicy, ludzie poruszający się lub wykonujący różne czynności podczas snu.

59 Cyrk górski - głęboka kotlina, wokół której amfiteatralnie piętrzą się góry; tu określenie pierścienia gór otaczających wewnętrzną równinę księżycowego krateru.

60 Troglodyci - mieszkańcy jaskiń, ludzie pierwotni mający rzekomo kryć się w grotach.

61 Selenici - mieszkańcy Księżyca.

62 Dwunastodniowa noc - chwilę wcześniej Grzywacz podał, że noc na Księżycu trwa 364 dni, czyli 15 dób i 4 godziny, a nie dwanaście (288 godzin).

63 Promienie X - nazwane tak przez Wilhelma Roentgena w roku 1895, rok przed czasem akcji powieści, pasmo promieniowania elektromagnetycznego, pomiędzy nadfioletowym i gamma (od 10 pm do 10 nm), przenikające przez wiele rodzajów ciał stałych.

64 Salomon de Caus (1576-1626) - francuski mechanik i architekt, wynalazca, projektant pompy zasilanej silnikiem parowym, według powstałej w XIX wieku błędnej legendy miał być męczennikiem nauki, po wynalezieniu maszyny parowej rzekomo zamkniętym jako szalony przez króla Ludwika XIII w lepiance w Bic?tre.