Senior Carlos Jose Castrowerde.
Apteki - Las Vegas, 15 grudzień 2016, godzina 11:00.
"Konopie indyjskie to wysoka roślina ze sztywną pionową łodygą, podzieloną ząbkowanymi liśćmi i cienkimi włoskami. Jest używana do produkcji włókna konopnego, oraz jako lek psychotropowy."
Carlos był silnym charakterem. Pomimo młodego wieku przeszedł praktycznie już wszystko. Od urodzenia i wychowywania się w prymitywnej wiosce, zagubionej gdzieś głęboko w meksykańskiej dżungli, poprzez niewolniczą pracę i walkę o przetrwanie, do wielkiego sukcesu w biznesie i posiadania luksusowych posiadłości w Malibu, Dubaju, Paryżu, Las Vegas i Cancun.
Historia życia Carlosa jest jak powieść sensacyjna. Urodził się w Meksyku w biednej rodzinie farmerskiej. W wieku 13 lat, został porwany przez ludzi tamtejszego Lorda narkotykowego i zmuszony do pracy przy produkcji heroiny. Bez specjalnych sprzeciwów zaakceptował nową sytuację. Nie była ona o wiele gorsza od tego, co miał w rodzinnym domu. Szybko też wszedł w układy z innymi robotnikami i w niedługim czasie pomimo młodego wieku, stał się ich niepisanym przywódcą. Spędził tam prawie 6 lat, pracując niewolniczo przy produkcji narkotyków lub na polach marihuany. Jego silna pozycja w grupie i przywódcze zdolności nie zostały niezauważone.
Kiedy miał dziewiętnaście lat uśmiechnęło się do niego szczęście, jak sam nazywał to zdarzenie. Na fałszywych papierach, został przerzucony przez mafię do Stanów Zjednoczonych w rejon Los Angeles. Włączono go do grupy, której zadaniem była dystrybucja przemycanego z Meksyku towaru.
Okres ten w życiu Carlosa, był burzliwą mieszaniną zarówno uczuć jak i doświadczeń. Pierwsze miłości, walka o życie i przewodnictwo w grupie, w której działał. Z natury był twardy i potrafił znaleźć się w każdej sytuacji. Nie obawiał się przemocy i buńczucznych zachowań starszych od siebie partnerów. Stoczył wiele bójek nie tylko z konkurencyjnymi bandziorami, ale też wśród swoich kolesiów po fachu. Po 5 latach przepychanek, Carlos dostał to do czego dążył. Sam Franco Jose de Curtis, jego Boss i największy Lord narkotykowy na południu Meksyku, mianował go szefem dystryktu terenów południowo-zachodnich operacji rozprowadzania marihuany w USA. Carlos stał się Bossem w Los Angeles i San Diego w Kalifornii, poprzez Las Vegas w Newadzie, aż do Phoenix i Tucson w Arizonie. Był bezpośrednio odpowiedzialny za sprawy związane z przerzutem, dystrybucją i sprzedażą konopi na tych terenach. Jego ludzie kontrolowali całość interesów, gwarantowali pełne bezpieczeństwo i powodzenie wszystkich powierzonych zadań.
W szybkim czasie stał się znany ze swojej sumienności. Powierzone mu zlecenia zawsze wykonywał z najwyższą dokładnością. Wieloletni pobyt wśród towarzystwa, o którym nie chcą nawet śnić tzw. spokojni obywatele, wyrobił w nim coś w rodzaju warstwy ochronnej.
To wszystko nauczyło go wiele. Doświadczenia, których nabywał, zawsze znajdowały u niego podatny grunt. Carlos był typem człowieka, który potrafił wyciągać wnioski, uczyć się na popełnionych błędach i korzystać z nabytej w ten sposób wiedzy. Te cechy sprawiły, że szybko doszedł do pozycji, którą posiadał dzisiaj. W biznesie był konsekwentny i wymagający, ale zawsze sprawiedliwy. To różniło go od innych. Ponad wszystko cenił lojalność i honor. Potrafił to zawsze zauważyć, wyodrębnić i wynagrodzić wskazując innym, jako przykład. Za to właśnie był szanowany i kochany wśród swoich. Wiedzieli, że mogą liczyć na swojego szefa. Byli pewni, że jeśli zajdzie potrzeba pójdzie za nimi i zrobi wszystko, żeby wyciągnąć ich z kłopotów. Dlatego służyli mu z serca i byli gotowi oddać życie w jego obronie. Przylgnęło do niego przezwisko "Południowiec", z racji pochodzenia z meksykańskiego stanu Oaxaca, leżącego na dalekim południu kraju, z którego pochodził.
Biznes, w którym działał, wymagał często radykalnych posunięć i decyzji. Nie bał się tego, potrafił je podejmować natychmiast i szybko. Dlatego w krótkim czasie stał się największym dystrybutorem 'trawy' na południowo-zachodnim wybrzeżu Stanów.
Jego zainteresowanie marihuaną nie kończyło się jednak na handlu. Szybko zrozumiał, że marihuana to nie jest niszczącą trucizną, lecz potężnym lekiem, a odpowiednio użyta, może pozytywnie pobudzać nasze doznania. Szukał informacji i wiele czytał na temat konopi. Dowiedział się, że stymulacja naszych doznań i inteligencja mają ścisły ze sobą związek. W jednym z artykułów w naukowym czasopiśmie dotyczącym osobowości i psychologii społecznej wyczytał, że osoby poszukujące stymulacji, szukają jednocześnie dróg rozwoju otaczającego ich środowiska. Innymi słowy, wyższa inteligencja, łączy się z zachowaniami szukającymi ożywiania i pobudzania do działań.
Carlos nie tylko szukał informacji, chciał również rozumieć, dlaczego tak się dzieje. Odpowiedź znalazł w kwestii rozwoju ewolucyjnego człowieka. Wielu psychologów i badaczy wyjaśnia rozwijanie ludzkiej inteligencji, właśnie poprzez stymulację. Ewolucja homo-sapiens miała miejsce głównie w epoce nazywanej plejstocen. Osobnicy o większej inteligencji stojący na czele grup podejmowali decyzje, od których zależało przetrwanie reszty. Konieczność rozwiązywania coraz to nowych problemów, była motorem używania stymulantów. Nasze mózgi do dzisiaj właśnie tak się rozwijają i podobnie działają.
W ten sposób z czasem stał się ekspertem w tym temacie. Wiedza ta pozwoliła mu odkryć prawdziwą wartość, jaką kryje w sobie ta zakazana roślina. Od tamtych dni jego celem było jak najszersze doinformowanie społeczeństwa. Południowiec stał się niepisanym Królem i potężnym promotorem leczniczej marihuany. Kiedyś poproszony przez jedną z lokalnych gazet napisał artykuł wyjaśniający błędne opinie. W artykule Carlos pisał:
- "Historia używania marihuany w Stanach Zjednoczonych rozpoczyna się z początkiem XX wieku, kiedy to została ona przywieziona tutaj przez imigrantów z Meksyku. Sprzedawano wówczas wiele rodzajów medycznych środków wytworzonych z tej rośliny. Używano ją również dla relaksu i rekreacji. W krótkim czasie Marihuana stała się tanią medyczną alternatywą dla każdego".
Carlos zdawał sobie dokładnie sprawę z zależności, jakie panują na rynku medycznym. Po wielu latach działalności w rozprowadzaniu marihuany zrozumiał, dlaczego jest ona zdelegalizowana. Właśnie te drzemiące w niej potężne wartości lecznicze, były tutaj główną przyczyną. Wyjaśniał to w artykule.
- "W krótkim czasie masowe sięganie po medyczną marihuanę stało się dostępną alternatywą dla wszystkich. To pokazało, że produkt ten ma w sobie olbrzymi potencjał rynkowy zagrażający monopolistycznym interesom firm farmaceutycznych. Problem polegał na tym, że marihuana to roślina, która jest bardzo łatwa w uprawie. Nie wymaga wielkich nakładów finansowych, praktycznie każdy może to zrobić. Chodziło o to, żeby jakoś uzyskać kontrolę nad tym potencjałem. Był na to tylko jeden sposób. Należało zdelegalizować marihuanę".
Carlos pisząc te wyjaśnienia wiedział, że wchodzi na bardzo śliski grunt. Był jednak zdecydowany zaryzykować konflikt z siłami, które kontrolowały te zależności. Jego artykuł był wyzwaniem, które miało rozpocząć proces legalizacji marihuany.
- "W roku 1936 za sprawą filmu o nazwie "Wściekłość na opałach" - pisał w artykule, - zaczęto wiązać marihuanę i jej używanie z przestępczością i antyspołecznym zachowaniem. W ten sposób powstał podatny grunt, który wykorzystały zainteresowane strony. Wyolbrzymiając problemy z meksykańskimi imigrantami związanymi z przemytem twardych narkotyków, rozpoczęto proces w kierunku delegalizacji konopi."
Południowiec dokładnie zdawał sobie sprawę, że zwróci swoim artykułem uwagę. Jego pozycja była jednak już tak silna, że postanowił zaryzykować. Wiedział, że wcześniej czy później proces legalizacji musi się rozpocząć. Dostęp do informacji w porównani z latami 30-tymi był obecnie nieporównywalny. Teraz był czas rozpoczęcia tej walki. Artykuł miał za cel otworzyć oczy społeczeństwom, a w szczególności Amerykanom. Carlos pisał dalej:
- "Wmawiano ludziom, że powinni się obawiać używania tej rośliny z jakichś, bliżej niesprecyzowanych powodów moralnych i zdrowotnych. Tworząc w ten sposób mity, rozpoczęto kampanię, której celem była zupełna delegalizacja marihuany w Stanach Zjednoczonych. I tak, pierwsze poważne ograniczenia federalne miały miejsce w 1937 roku. W krótkim czasie marihuana stała się nielegalna."
Informacje, które posiadał na temat leczniczych możliwości marihuany były jednoznaczne. Nie obawiał się trudnych pytań i potrafił na nie zawsze jednoznacznie odpowiedzieć. Przyczyna tego była prosta. To, o czym mówił Carlos oparte było na prawdzie i faktach. To, na czym opierali swoje wywody przeciwnicy legalizacji, były to mity i kłamstwa. Carlos wyjaśniał:
- "Wbrew temu, co mówią przeciwnicy legalizacji, Marihuana leczy. Użyta w odpowiedni sposób jest potężnym środkiem medycznym, wielokrotnie sprawdzonym i potwierdzonym. To są fakty. Obecnie wiele stanów decyduje się na ponowną legalizację tej zakazanej bezpodstawnie rośliny, zezwalając na oficjalne jej używanie i dystrybucję w ich granicach. Po wieloletnich debatach za i przeciw, nie ma istotnych przesłanek przeciwko ogólnokrajowej legalizacji. Natomiast faktem jest, że taka legalizacja prowadzi do wznowienia badań naukowych nad leczniczym potencjałem konopi. Powstają wyspecjalizowane laboratoria, gdzie dokonuje się nowych potężnych odkryć o możliwościach w zastosowaniu marihuany dla dobra ludzkości. Zaś od strony czysto finansowej, są to miliardy dolarów wpływów z podatków dla tych stanów, które zdecydowały się to już zrobić - pisał w swoim artykule Carlos.
I tak pierwsza apteka marihuany z sieci GreenCannabis Med. została otwarta w Las Vegas 15 grudnia 2016 roku. Carlos zapytany przez dziennikarza w wywiadzie dla stacji telewizyjnej CNW podczas oficjalnego otwarcia, dlaczego uważa, że marihuana powinna być zalegalizowana powiedział:
- Dzisiaj przeciwnicy legalizacji marihuany utrzymują, że marihuana jest uzależniającym narkotykiem. Mówią, że upośledza funkcje organizmu, a jej zażywanie może mieć wpływ na wzrost agresji i może działać destrukcyjnie na ludzki organizm. Nie jest to jednak prawdą. Natomiast takie efekty spożycia możemy przypisać zupełnie innemu produktowi. Czyż nie brzmi to dokładnie tak, jak efekt spożycia alkoholu? A jednak alkohol jest legalny, chociaż działa negatywnie na ludzki organizm pod wieloma względami - argumentował.
- To niesamowity czas dla branży konopi indyjskich i cieszę się, że mam okazję, powiem więcej, wszyscy zostaliśmy wyróżnieni, że jesteśmy świadkami legalizacji używania marihuany. Jest to wydarzenie historyczne. Oddając tę znaną od wieków z leczniczych wartości roślinę z powrotem w ręce lekarzy i naukowców, tworzymy przełom na skalę tysiąclecia. Przy dzisiejszych możliwościach technicznych i dynamicznym rozwoju nauki, stworzymy zaplecze do wykorzystania marihuany w sposób do tej pory niewyobrażalny - mówił Carlos, prezes GreenCannabis Med.
- Nasza firma jest jednym z pionierów w tej branży. Teraz, w tym już legalnie rozwijającym się przemyśle, będziemy mogli coraz szerzej wprowadzać na rynek produkty zaprojektowane tak, aby w bezpieczny sposób zaspokajać wszystkie potrzeby konsumenta - zakończył wypowiedź Król Marihuany.
Zabranie.
Düsseldorf, wtorek, 21 maj 2019, godzina 13:50.
Mały Thomas nie przeszkadzał matce w porannych pracach domowych i bawił się cicho w swoim pokoju. Miał skończone 6 lat i w tym roku zacznie się nowy etap w jego życiu. Za kilka miesięcy rozpocznie naukę w pierwszej klasie. Tak naprawdę to bardziej byli tym zaaferowani jego rodzice, niż on sam. Wszyscy mówili, że pozna tam wielu nowych kolegów i koleżanek, że szkoła tak ogólnie to fajna sprawa. Na początku nie bardzo wierzył dorosłym, ale gdy pewnego razu spotkał na spacerze swojego o rok starszego kolegę Bena i ten z emocjami opowiadał mu o swojej szkole uwierzył, że nie jest to taka zła opcja. Ostatecznie czy tego chce, czy nie, zostanie wysłany do szkoły, więc lepiej było przyjąć to do wiadomości. Przynajmniej będzie mógł mieć ferie zimowe i wakacje letnie, których do tej pory nie mógł mieć, bo do żadnej szkoły jeszcze nie uczęszczał, przekonywał siebie.
Thomas był jedynym dzieckiem Grety i Hansa Hermann. Oboje kochali go ponad wszystko. Kiedy chłopiec skończył 4 lata, przyszła powalająca z nóg wiadomość. Ich syn został zdiagnozowany, że cierpi na rzadką chorobę błędnika równowagi. Wszystkie dostępne środki i metody nie dawały gwarancji wyleczenia, mogły tylko powstrzymywać postępowanie choroby. Innymi słowy, chłopiec mógł żyć jeszcze rok albo i 10 lat, nie miał jednak szans na całkowite wyzdrowienie. Według lekarzy należało się spodziewać pogarszania stanu zdrowia o około 10 do 15% z każdym rokiem. Teoretycznie, kilkunastoletni Thomas był skazany na śmierć. Greta i Hans nie pogodzili się z tym wyrokiem i przez cały czas poszukiwali jakiegoś rozwiązania, nowej metody, czy też lekarstwa. Niestety bezskutecznie. Pozostawały tylko środki niekonwencjonalne, które doradzali im niektórzy przyjaciele. Greta jednak nie potrafiła przekonać się do tego typu leczenia. Czytała wiele fachowych artykułów na temat terapii niekonwencjonalnych i coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że mogą one jej dziecku tylko zaszkodzić. Tym bardziej, że podobnego zdania był prowadzący leczenie Thomasa lekarz, który był profesorem w jednej z najpoważniejszych prywatnych klinik w Düsseldorfie.
Było już po czternastej, kiedy Greta Hermann zdecydowała się wyjść na zakupy, o których myślała od rana. Pomogła małemu Thomasowi ubrać się w spodenki na szelkach, ciemne buciki i kurtkę na kożuszku, imitującą pilotkę. Na siebie założyła lekki płaszcz. Weszli do garażu połączonego bezpośrednio z domem. Otworzyła przyciskiem szerokie drzwi, które z cichym szmerem zrolowały się w górę. Posadziła syna na fotelik na tylnym siedzeniu za kierowcą i przypięła go pasami. Tam było najbezpieczniej. Greta zawsze była ostrożna, a w przypadku syna, szczególnie.
Mieszkali w spokojnej dzielnicy Düsseldorfu, Wittlaer, niedaleko lotniska. Do centrum handlowego były jakieś 3 kilometry, nawet nie trzeba było wjeżdżać na autostradę. Greta wyprowadziła swoje BMW3 z garażu i wyjechała krótkim podjazdem na drogę. Nie zwróciła uwagi na zaparkowany nieopodal ciemny samochód, który gdy tylko go minęła, ruszył za nią.
Po chwili znaleźli się na skrzyżowaniu, a właściwie na niewielkim rondzie Bockumer Str. i Duisburger Landstrase. Po prawej stronie znajdowała się grecka restauracja "Kapitol". Kobieta spojrzała na udekorowany narodowymi akcentami lokal. Pomyślała, że przy okazji może zrobić rezerwację na sobotnie wyjście. Mieli przyjechać do nich znajomi z Hamburga i razem z Hansem chcieli zaprosić ich na obiad. Mogłaby to w prawdzie zrobić telefonicznie, ale skoro już jest w pobliżu, to zrobi to osobiście. Tym bardziej, że przyjaźniła się z Heleną, właścicielkę restauracji.
W lokalu o tej porze było zawsze dużo gości. Greta jechała wolno przez parking, szukając wolnego miejsca. Zobaczyła, jak na końcu placu wyjeżdża jakieś audi. Podjechała tam i zaparkowała na jego miejscu. Wysiadła z auta i odpięła pasy małego Thomasa. Trzymając chłopca za rękę skierowała się do restauracji. Od lokalu nie dzieliło ich więcej niż 20 metrów. Byli już w połowie drogi, kiedy nagle poczuła, że ktoś chwyta ją od tylu. Pomyślała, że to Hans wracał wcześniej z pracy i podjechał tutaj, aby zarezerwować stolik. Rozmawiali przecież o tym wczoraj wieczorem. W następnym ułamku sekundy zorientowała się jednak, że to na pewno nie mógł być jej mąż. Napastnik mocniej złapał ją w pasie, a drugą ręką zatkał jej nos i usta szmatą, nasączoną dziwnie pachnącym płynem. Poczuła jak uginają się pod nią kolana, ogarnęła ją ciemność i niemoc. Greta straciła przytomność.
Mężczyzna w nieprzemakalnej kurtce, położył opadającą bezwładnie kobietę delikatnie na asfalt. Jednocześnie szybkim ruchem chwycił rękę chłopca i stanowczo przyciągnął go do siebie. Thomas z przerażeniem w oczach obserwował całe to zajście, nie bardzo wiedząc, co się dzieje. Zrozumiał tylko, że ktoś właśnie skrzywdził jego mamę, a jego samego zamierza porwać. Chciał się wyrwać. Szarpnął ręką, ale dłoń obcego mocno trzymała go za nadgarstek. Tylko słabo krzyknął:
- Puść mnie!
W tym czasie mężczyzna pociągnął go za narożnik budynku restauracji, gdzie czekał z włączonym silnikiem i otwartymi drzwiami ciemnogranatowy Peugeot. Zanim Thomas zdążył jeszcze raz coś powiedzieć, porywacz przyłożył mu do nosa tą samą szmatkę, którą obezwładnił jego matkę. Wepchnął lekko chłopca do auta, gdzie ten natychmiast usnął nie wydając już żadnego dźwięku. Samochód ruszył i wolno odjechał. Akcja z numerem ewidencyjnym DU-05021-00100 została zakończona pełnym sukcesem. Kierowca peugeota wcisnął pojedynczy numer na telefonie i zameldował:
- Ziarno w koszu, bez odbioru.
Ciemnoniebieski peugeot wjechał na autostradę B8 i nabierając prędkości, zlał się z pędzącą rzeką innych pojazdów.
- -
W restauracji Kapitol o tej porze panował spory ruch. Kiedy Eva Hertz wyszła przed lokal, od razu zauważyła kogoś leżącego na parkingu. Podbiegła tam i zobaczyła kobietę, która nie dawała oznak życia. Przykucnęła przy niej i krzyknęła przez ramię :
- Hey Rudolf chodź szybko, tutaj ktoś leży!
Mężczyzna po 50-tce, ze sporą nadwagą, właśnie wyszedł z Kapitolu. Usłyszał wołanie żony i spojrzał w jej stronę. Rzeczywiście ktoś tam leżał. Podszedł szybkim krokiem i spytał :
- Kto to jest? Znasz ją?
- Nie znam jej. Oddycha, ale jest nieprzytomna, trzeba ją zabrać do środka. Ty zawołaj pomoc, a ja zadzwonię po pogotowie.
Złapała za telefon i wcisnęła numer pogotowia. W tym czasie dookoła zebrało się już kilka osób. Ktoś stanowczym głosem krzyknął:
- Ona żyje! Niech jej nikt nie rusza. Trzeba sprowadzić lekarza. Proszę jej nie ruszać - powtórzył.
Ludzie nachylali się nad leżącą Gretą, przyglądali się i głośno komentowali, każdy na swój sposób. Hałasy i zamieszanie na parkingu dotarły do Heleny. Spojrzała przez okno restauracji i zobaczyła gromadzący się tłumek, wyszła szybko na zewnątrz.
Co tutaj się dzieje? - Zapytała głośno jednocześnie przepychając się przez stojących wokoło czegoś, czy kogoś ludzi. Wcisnąwszy wreszcie głowę pomiędzy jakiegoś wysokiego faceta i małą szczupłą kobietę, spojrzała na leżącą postać. Zamarła z przerażenia.
- Greta? Co się stało? Ja ją znam, to moja przyjaciółka!
Pochyliła się nad leżącą. Dotknęła jej szyi, sprawdzając puls. W tym momencie Greta zakaszlała i otworzyła na wpół przytomne oczy. Ujrzawszy znajomą twarz, spytała słabym głosem:
- Helena? Co się stało? Thomas, gdzie jest mój syn?!? - Powiedziała już mocniej.
- Nie wiem, ludzie znaleźli cię tutaj, nie ruszaj się, pogotowie już jedzie - Helena przytrzymała ramię podnoszącej się Grety.
- Byłaś z Thomasem? Nie ma go tutaj, pewnie się przestraszył i wbiegł do lokalu. Patryk, zobacz, gdzie jest Thomas - krzyknęła do kelnera, który też wyszedł na parking usłyszawszy zamieszanie. Młodzieniec posłusznie zawrócił i szybkim krokiem wpadł do restauracji w poszukiwaniu chłopca. Helena spojrzała na przyjaciółkę, zdjęła z siebie lekki sweter i złożywszy go na czworo, podłożyła Grecie pod głowę.
- Leż spokojnie, pewnie się potknęłaś i przewróciłaś, a uderzając głową straciłaś przytomność. Pogotowie zaraz... - nie zdążyła dokończyć zdania.
- Nie, nie, ja się nie przewróciłam - powiedziała stanowczo silnym już głosem Greta. Ktoś mnie napadł i obezwładnił jakimś środkiem odurzającym - Grecie wracała świadomość tego, co się wydarzyło. Przerażenie i strach obezwładniły ją ponownie. Zdała sobie sprawę, że stało się coś bardzo złego.
W tym momencie dobiegł ją dźwięk syreny z dojeżdżającej karetki pogotowia. Samochód wjechał na parking i zatrzymał się nieopodal leżącej. Ludzie szybko zrobili miejsce i dwóch ratowników podbiegło do leżącej Grety. Sprawdzili jej stan i ewentualne obrażenia. Założyli poszkodowanej gruby kołnierz unieruchamiający kark i przystąpili do rutynowych czynności.
Po kilku minutach z pomocą ratowników Greta uniosła się i weszła do lokalu. Usiadła na długiej kanapie, która stała przy wejściu. Na szczęście nie było żadnych poważniejszych obrażeń oprócz małego siniaka na nadgarstku. Ratownicy dokończyli oględzin pacjentki i nieskutecznie namawiając ją na wizytę w szpitalu, której Gerta stanowczo odmówiła, odjechali. Zabronili jej zdejmować na razie kołnierz zabezpieczający kark. Helena zaprowadziła przyjaciółkę do swojego biura na zapleczu. Usiadły na dwóch skórzanych fotelach. Milczały. Greta miała przerażenie w oczach. Thomasa nigdzie nie znaleziono, ani w restauracji, ani w jej pobliżu.
Teraz czekali na przejrzenie nagrań z kamer ochronnych, zainstalowanych wokoło budynku. Zajął się tym mąż Heleny, Adrian. Sam te kamery montował i obsługiwał, więc wiedział jak to zrobić. Za chwilę dowiedzą się, co tak naprawdę się zdarzyło.
Włączyli telewizor. Na ekranie ukazało się sześć prostokątów z podzielonym terenem parkingu i okolicą budynku. Właśnie wjechało tam BMW Grety, a tuż za nią zjechał z ulicy jakiś ciemnoniebieski Peugeot i zatrzymał się na tyłach lokalu. Greta i Thomas wysiedli z samochodu i ruszyli w stronę wejścia do restauracji. Prawie w tym samym czasie, z Peugeota wysiadł nieznajomy mężczyzna i szybkim krokiem podążył w ich kierunku. Dalej akcja rozegrała się w błyskawicznym tempie. Mężczyzna podszedł od tyłu do niczego niespodziewającej się kobiety, obezwładnił ją i położył na ziemię. Jednocześnie chwycił zdezorientowanego chłopca za rękę. Po chwili obaj zniknęli w czekającym z tyłu budynku samochodzie, który wolno wyjechał na ulicę i oddalił się w nieznanym kierunku.
Greta była przerażona. Nie potrafiła wydusić z siebie słowa. Spojrzała na Adriana, potem na Helenę i ponownie na Adriana. Zasłoniła rękoma twarz i łkając szeptała:
- Nic nie rozumiem. Dlaczego? O co im chodzi? My przecież nie mamy dużo pieniędzy, niczym się nie wyróżniamy.
Pierwszy otrząsnął się Adrian. Nie pytając nikogo złapał telefon i wykręcił numer policji.
- Dzień dobry, nazywam się Adrian Witkowski, chciałem zgłosić porwanie. Ktoś właśnie uprowadził syna naszej przyjaciółki...
Kiedy Adrian rozmawiał jeszcze z policją, do biura wszedł mąż Grety, Hans. Podszedł do przerażonej żony i mocno ja przytulił. Wiedział już co się stało. Spojrzał żonie prosto w oczy i powiedział cichym, ale wręcz nieproporcjonalnie do zaistniałej sytuacji pewnym głosem:
- Uspokój się, znajdziemy go.
Wzrok każdego z obecnych spoczął na Hansie, a on przytulił jeszcze mocniej żonę i zamilkł. W biurze nastała cisza.
Hogan Stone.
AltMed X, Düsseldorf, 22-gi maj, 2019.
Ciemnogranatowy Peugeot mknął na południe, omijając szerokim łukiem międzynarodowe lotnisko w Düsseldorfie. W samochodzie oprócz kierowcy, mężczyzny w ortalionowej kurtce, oraz uśpionego chłopca, znajdował się jeszcze jeden człowiek.
Miał około sześćdziesięciu lat, śniadą cerę południowca, a jego wyraz twarzy można było określić zamyślonym. Nosił niewielkie ciemne okulary. Jego resztki szarych, długich włosów zachodziły na uszy i na kaptur czarnej bluzy, którą miał na sobie. Na kolanach trzymał papierową ciemną teczkę, taką, w której przechowuje się dokumenty. Thomasa zdawał się zupełnie nie dostrzegać.
Nazywał się Hogan Stone, był Anglikiem. Jego profesja była ściśle powiązana z branżą farmaceutyczną. Ściślej mówiąc z jedną z jej gałęzi, a mianowicie organicznej produkcji leków naturalnych. Mr. Stone prowadził niewielkie, ale ścisłe wyspecjalizowane laboratorium w Wuppertalu. Placówka ta była założona i finansowana przez spółkę AltMed X, brytyjskiego giganta na międzynarodowym rynku medycyny niekonwencjonalnej. Firma AltMed X różniła się od swoich konkurentów tym, że produkty przez nią oferowane zanim trafiały do konsumenta, były zawsze sprawdzone i przetestowane. Następnie były promowane przez osoby, które deklarowały pomyślne wyleczenie przy ich użyciu.
Mr. Stone był jednym z założycieli spółki AltMed X, a laboratorium w Wuppertalu to jego osobisty projekt. Prowadzone tam badania miały udowodnić znaczenie i wartości medycyny niekonwencjonalnej, a także leków pochodzenia naturalnego.
Stone siedział na siedzeniu za kierowcą, pochłonięty lekturą dokumentów, które znajdowały się w teczce. Był to artykuł jego autorstwa "Natura i jej siła w lecznictwie". Artykuł miał się ukazać w międzynarodowym magazynie naukowo-medycznym w następny poniedziałek. On sam miał go odczytać na konwencji Medycyny Alternatywnej jutro, czyli w środę 22-go maja 2019 roku, w paryskim Pałacu Nauki. Zaproszonych było ponad 3 tysięcy lekarzy, naukowców i specjalistów ze wszystkich dziedzin medycznych z całego świata. Miał to być przełomowy moment, którego celem było pozyskanie jak największej rzeszy specjalistów z branży. Przewrócił kolejną kartkę, która zawierała podsumowanie całości. Czytał własny tekst uważnie tak, jakby studiował jakąś nieznaną mu treść po raz pierwszy:
- ...Medycyna niekonwencjonalna, lub inaczej medycyna alternatywna, to leki i procedury, które mają działanie lecznicze lub diagnostyczne, mimo to nie są akceptowane przez medycynę konwencjonalną. Z reguły są obalane tezami o niesprawdzalności. Mówi się też o niemożliwości udowodnienia ich leczniczego działania, lub twierdzi wręcz, że są szkodliwe. Tworzy się wokoło nich atmosferę, że stoją w sprzeczności z medycyną opartą na solidnych badaniach naukowych. Dlatego często mylnie uchodzą za nieskuteczne, a w najlepszym wypadku za gorsze.
Uniósł wzrok i spojrzał na zmieniający się za oknem jadącego samochodu krajobraz. W oddali dojrzał biały słup wielkiego wiatraka. Trzy olbrzymie skrzydła obracały się majestatycznie. Uśmiechnął się lekko do siebie kiwając przy tym głową.
- Natura to największa siła - pomyślał i powrócił do czytania.
- Opinie takie oparte są na nieprawdziwych twierdzeniach, oraz w niezgodności z podstawową wiedzą przyrodniczą i medyczną. Propagandowe praktyki lobby farmaceutycznego starają się udowodnić, że leki pochodzące z naturalnych źródeł nie mają działania leczniczego ani wpływu na poprawę zdrowia.
Stone dokładnie wiedział, dlaczego się tak dzieje. Był przekonany o konieczności zmian.
- Tworzy się przekonanie, że ich używanie, jako metod terapeutycznych jest nieetyczne. Akcje propagandowe starają się wmówić społeczeństwom, że pozytywne efekty obserwowane przez pacjentów przy zastosowaniu paramedycyny są wynikiem regresji w kierunku wyleczenia, które i tak by nastąpiło. Mniejszą ilość skutków ubocznych obarczają natomiast faktem zmniejszenia rzeczywistego leczenia konwencjonalnego.
- To nie do wiary, że ludzie dają się tak otumaniać - przerwał lekturę własnego tekstu i mruknął pod nosem zdenerwowany - to musi się kiedyś skończyć.
- Nikt jednakże - podjął dalej czytanie, - nie wspomina o tym, jak potężne zyski kryją się za oficjalnymi działaniami tychże firm i o miliardowych obrotach związanych z zaleczaniem i przedłużaniem terapii milionów ludzi, a nie skupianiem się na ich jak najszybszym wyleczeniu. Głównym celem, bowiem jest tutaj jak największy zysk. Twierdzenie, że pacjent wyleczony to pacjent deficytowy, nie jest zmyślonym frazesem, lecz faktycznym motorem napędowym dzisiejszego systemu medycznego.
Kierowca samochodu zwolnił. Redukując bieg i nie dotykając hamulca, wjechał na prawą linię trzypasmowej w tym miejscu autostrady. Hogan ponownie przerwał czytanie i podniósł wzrok. Zbliżali się wprawdzie do zjazdu, ale zostało jeszcze około dwóch kilometrów. Dobrze znał tę drogę. Wczesna zmiana pasa była dokładnym podporządkowaniem się planowi akcji. Według wytycznych, priorytetem było bezpieczeństwo. Kierowca prowadził dokładnie według procedur. Stone spojrzał na zegarek.
- To już czas, trzeba podać mu lek - powiedział do siebie.
Sięgnął po torbę lekarską i wyjął z niej strzykawkę. Ze szklanego, szczelnie zamkniętego pojemnika, wciągnął do zbiorniczka jakiś płyn. Podwinąwszy rękaw kurtki i koszuli śpiącego Thomasa, wstrzyknął połowę zawartości w ramię chłopca.
- To powinno wystarczyć do końca podróży - powiedział do mężczyzny w ortalionowej kurtce.
- Zwracaj jednak często na niego uwagę. Podałem mu minimalną dawkę, nie chcę niepotrzebnie obciążać serca chłopca. Gdyby się przebudzał, daj mu powąchać ten wacik - tu wskazał na mały błękitny kłębek waty, zamknięty w plastikowym przezroczystym pojemniku. Mężczyzna w milczeniu kiwnął głową. Stone powrócił do studiowania swojego artykułu.
- ...Skutkiem działań lobby farmaceutycznego alternatywne terapie nie są częścią powszechnych systemów opieki zdrowotnej. Dotyczy to w szczególności systemów leczniczych funkcjonujących w większości krajów rozwiniętych. Niekonwencjonalne terapie nie są też nauczane w szkołach medycznych i są celowo pomijane w mediach. Tworzy się wokół nich pogląd, że opierają się na religijnych przesądach, wierzeniach w zjawiska nadprzyrodzone, pseudonauce, czy w błędach w rozumowaniu i diagnostyce. W ekstremalnych przypadkach padają oskarżenia o oszustwie i kłamstwie.
Przerwał ponownie i zamyślił się. Znał wiele przypadków, które w jego ocenie były w stu procentach uleczalne. Mimo, że medycyna konwencjonalna nie miała już nic do zaoferowania tym pacjentom, lekarze nie potrafili zdobyć się na wyjście z określonych szablonów. Ze zwykłej obawy przed utratą własnego autorytetu, skazywali tych ludzi na śmierć.
- Wpływ lobby farmaceutycznego działa również bardzo silnie na regulacje prawne, licencjonowanie paramedycyny i dostawców tej formy opieki zdrowotnej. Z tego powodu w wielu przypadkach silne i bardzo skuteczne metody leczenia niekonwencjonalnego, nie są możliwe, ponieważ są bezpodstawnie zdelegalizowane.
- A jak jest naprawdę? Faktyczny obraz to taki, że medycyna niekonwencjonalna składa się z szerokiej gamy praktyk, produktów i terapii, które są biologicznie wiarygodne, a nawet już sprawdzone i przebadane. Jednak pacjenci, którzy z braku innych opcji chcą spróbować leczenia alternatywnego, nie mają możliwości dostępu do tych metod. Są, więc zmuszeni do kontynuacji leczenia konwencjonalnego, chociaż w ich przypadku może być ono już nieskuteczne...
Znowu przerwał czytanie i spoglądając na leżącego z tyłu chłopca pomyślał o jego przypadku. Znał historię choroby Thomasa. Wiedział, na co cierpi i jak jest prowadzone jego leczenie. Wiedział też, że jedyną szansą dla niego jest metoda, którą osobiście opracował i już sprawdził. Był pewien, że jest w stanie mu pomóc. Według statystyk, wyleczalność choroby, na którą cierpi Thomas, przy zastosowaniu jego terapii, kształtowała się czynnikiem 88% zupełnego wyzdrowienia. Spojrzał ponownie w treść swojego artykułu:
- Mimo to, medycyna niekonwencjonalna staje się coraz bardziej popularna i wbrew przepisom i obowiązującemu prawu, pacjenci przekonują się do niej. Jest stosowana przez coraz większy procent społeczeństw. Stwarza to nowe, szerokie możliwości dla lecznictwa jako całości. Może być uzupełnieniem leczenia konwencjonalnego, ponieważ może polepszać jego działanie lub łagodzić skutki uboczne. W większości krajów rozwiniętych, pomimo zakazów i negatywnej propagandy, alternatywne terapie są wprowadzane na rynek i osiągają wysokie oceny u chorych, którzy je stosują. I chociaż wiele praktyk zaliczanych do medycyny niekonwencjonalnej ma swoje źródło w tradycji, to już dzisiaj niektóre z nich przekształciły się w konkretne kierunki działań, takich jak homeopatia i bioenergoterapia.
- Na testowanie medycyny niekonwencjonalnej przez oficjalne ośrodki naukowe i zespoły badawcze nie są niestety przeznaczane znaczące kwoty. Dlaczego? Ponieważ nie leży to w interesie określonych segmentów rynkowych. Wyjątek stanowi tutaj niewielka ilość firm i instytucji działających w branży medycznej. Jedną z nich jest spółka, którą reprezentuję, firma AltMed X..."
Przerwał lekturę, bo auto właśnie zjechało z drogi B8 i wyjechało na ulicę Niederrheinstrase. Uważny obserwator, gdyby przyglądał się teraz przejeżdżającemu pojazdowi, mógłby zauważyć jak tablica rejestracyjna zmieniła swoje wartości. Stało się to w ułamku sekundy. Z niemieckich numerów rejestracyjnych peugeot stał się pojazdem na francuskich tablicach. Jechali tak z dobry kilometr, aż po prawej stronie pojawił się budynek z szyldem myjni samochodowej.
Kierowca zwolnił i wjechał na mały podjazd. Zatrzymując się przy automacie płatniczym, otworzył okno i podłożył pod czytnik plastikową kartę, przypominająca kartę kredytową. Automat zeskanował kod i szlaban odgradzający wjazd do myjni uniósł się. Ciemnogranatowy peugeot wjechał w tunel bezobsługowej automatycznej myjni. Zalewany strumieniami wody i piany, wolno znikał w objęciach wielkich, niebiesko-żółtych wirujących szczotek. Hogan Stone spojrzał w górę, a mężczyzna w ortalionowej kurtce powiedział po angielsku:
- No to panowie... zmieniamy tożsamość, - i uśmiechnął się patrząc na Thomasa.
Sir Lord Victor Porte Ramsey
Hamburg, super-jacht Savanna, wtorek, 21 maj 2019, godzina 12:35.
Port w Hamburgu to największy port morski w Niemczech. Leży pomiędzy Morzem Północnym a Morzem Bałtyckim. Jest to drugi, co do wielkości port kontenerowy w Europie i jedenasty na świecie. Obsługuje on wszystkie rodzaje statków i towarów. Oferuje szeroki zakres usług związanych z obsługą ładunków, odprawą celną, kontrolą jakości, przechowywaniem i pakowaniem, lub dystrybucją. W porcie dostępnych jest 320 miejsc do cumowania. Znajdują się tam też dwa terminale wycieczkowe: Cruise Terminal HafenCity i Cruise Terminal Altona.
Savanna wpłynął do portu w Hamburgu w poniedziałek 20 maja. Jacht przycumował obok terminalu Cruise Center HafenCity. Był piękną jednostką, która swoją sylwetką wyróżniała się od reszty zacumowanych w porcie statków. Jej śnieżnobiały kadłub przecięty był w poprzek dwiema liniami - od dziobu w dół- czarną u góry i czerwoną na dole. Znikały one tuż przed rufą pod poziomem wody. Z przodu natomiast, linie skręcały do poziomu i tam rozchodziły się, a pomiędzy nimi napisano złotymi litrami imię jachtu - SAVANNA. Macierzysty port jednostki to Sydney.
Savanna to super jacht, zbudowany i zwodowany przez prywatne towarzystwo wodne Blue See Ships z Sydney, na specjalne zamówienie multimiliardera Sir Lorda Victora Porte Ramsey'a. Lord Ramsey jest 52 letnim mężczyzną. Pochodzi z bogatej rodziny australijskich przemysłowców i jest większościowym akcjonariuszem jednego z największych producentów energii odnawialnej na świecie. Firma Ramsey Industries Limited, której jest właścicielem, kontroluje wartości globalnego portfela nieruchomości biurowych, mieszkaniowych i centrów handlowych. Posiada również 2360 elektrowni zasilanych energią słoneczną, energią wiatrową i innymi technologiami energii odnawialnych. Wartość jego majątku wycenia się na 39,9 mld dolarów amerykańskich netto.
Sir Ramsey jest też jednym z największych filantropów na świecie. Z jego inicjatywy prowadzone są akcje pomocy na rzecz głodującej ludności w Afryce i Azji. Wspomaga organizacje trudniące się ochroną środowiska naturalnego, ze szczególnym naciskiem na ochronę zagrożonych raf koralowych wokół Nowej Zelandii i Australii. Jest również założycielem Cosmo Nova, firmy działającej w zakresie opracowywania nowych technologii paliw dla samolotów, dostosowanych do lotów na niskich orbitach kosmicznych. Jednym z podstawowych kierunków firmy jest opracowywanie najnowocześniejszej technologii dla silników napędzanych wodorem.
Savanna, o długości 155 metrów, to jedna z największych tego typu jednostek na świecie. Została zbudowana zgodnie z regulacjami SOLAS (Safety of Life at Sea), Międzynarodowej Organizacji Morskiej zajmującej się kontrolą przepisów, zapewniających bezpieczeństwo na morzu. Zgodnie z regulacjami SOLAS, Savanna może zakwaterować na pokładzie oprócz załogi jeszcze do 120 gości.
Jacht posiada obszerny hangar z ruchomą platformą mieszczący 2 helikoptery. Znajduje się tam również podwodny garaż zdolny pomieścić 14-metrowy pojazd do nurkowania, dwa baseny i obszerna spa z łaźnią szwedzką. W czasie relaksu w spa można podziwiać płynące po niebie obłoki lub oglądać nocą rozgwieżdżone niebo, a wszystko to dzięki przezroczystemu, rozsuwanemu dachowi. Inną atrakcją sauny są duże drewniane balie, w których można brać gorące kąpiele na wolnym powietrzu. Jacht mieści 60 luksusowych kajut pasażerskich, kasyno, salę do ćwiczeń i dwie restauracje. Savanna to pełnomorska jednostka mogąca pokonać każdy akwen, bez potrzeby zawijania do portów przez długie miesiące. Koszt budowy to ponad 355 milionów dolarów.
Parę lat temu na pokładzie Savanny doszło do wypadku, w którym poniósł śmierć jeden z członków załogi. Ze względu na niezwykle okoliczności zdarzenie to zwróciło uwagę samego Lorda. Z dokonanego oficjalnie śledztwa wynikło, że poszkodowany był świadkiem nielegalnej transakcji zakupu dużej ilości niewiadomego pochodzenia leków przeciwbólowych. Podczas przeglądania dokumentów z dochodzenia i raportów Sir Ramsey zauważył, że producent leków i odbiorcy negocjowali tajnie, a ceny były nieadekwatne w odniesieniu do wartości rynkowej samych lekarstw. Ofiara wypadku była w posiadaniu specyficznych informacji obciążających obie strony. Jednakże z braku dowodów śledztwo umorzono, a akta sprawy zamknięto w archiwum pod klauzulą: ściśle tajne.
Lord Ramsey zebrał własną grupę prawników i detektywów i po dociekliwym wielomiesięcznym śledztwie doszedł do ponurej prawdy. Sprawa sięgała sfer rządowych najwyższych szczebli i finansistów, powiązanych bezpośrednio z przemysłem farmaceutycznym. Jednak z wyższych względów nie można było na razie sprawy ponownie rozkręcać. I tak właśnie śmiertelny wypadek na Savannie był jednym z kilku czynników, które później zdecydowały, dlaczego super jacht zacumował w ten słoneczny majowy dzień w porcie w Hamburgu.
Zazwyczaj w czasie postoju, na statku nie działo się nic szczególnego. Tylko niewielka cześć załogi zatrudniona była przy standardowych czynnościach takich jak uzupełnienie zapasów żywności i wody pitnej, sprawdzenie stanu technicznego jachtu itp. Większość załogi mogła zawsze liczyć na czas wolny. Dzisiaj było inaczej. Wnikliwy obserwator mógł zauważyć zwiększony ruch na pokładzie. Tak, jakby załoga przygotowywała się do jakichś nieokreślonych bliżej działań. Sam Lord Ramsey był tego dnia obecny na Savannie. Przybył z samego rana niezapowiedzianie swoim białym Rolls-Roycem Phantom. Wszyscy jakby na coś czekali. Na jachcie panował lekki niepokój i można było wyczuć zniecierpliwienie załogi. Kiedy wreszcie oficer dyżurny odebrał meldunek o powodzeniu akcji "ŻNIWO", atmosfera się rozluźniła.
W prywatnym gabinecie miliardera również opadło napięcie. Oprócz samego Lorda znajdowały się tam tego dnia jeszcze trzy inne osoby. Carlos, który przyleciał wczoraj z Los Angeles, Matius i ciemnoskóry oficer w mundurze admirała podwodnej marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych Mr. John Murray. Panowie paląc cygara i popijając kawę rozmawiali o Savannie.
- Victor - zwrócił się do Lorda admirał. - O ile wiem, Savanna to twój najnowszy nabytek. Piękny jacht! Słyszałem, że koszt przekroczył 350 milionów, prawda to?
- Tak, zgadza się. Ale Savanna to nie tylko super drogi jacht, to wprost arcydzieło.
Sir Ramsey podchwycił temat. Uwielbiał opowiadać, jak to sam określał, o swojej łódce.
- Stanowi ona połączenie nowoczesnej techniki, stylu, luksusu, funkcjonalności i bezpieczeństwa. Należy pamiętać, że przy projektowaniu jachtu przestrzeń jest największym problemem.
Zamilkł na chwilę. Widać było, że ten temat jest dla niego jak woda na młyn. Nie usłyszawszy żadnego komentarza ze strony słuchających podjął:
- Jachty są bardziej skomplikowane w budowie niż domy mieszkalne. Muszą one posiadać oprócz standardowego wyposażenia również wyposażenie potrzebne do pełnego funkcjonowania statku - dokończył.
Przerwał ponownie zaciągając się mocno cygarem.
- Ale, ale panowie! Jest już po czternastej. Może ktoś chciałby spróbować doskonałej amerykańskiej whisky Michter? Nabyłem ją na prywatnej aukcji w Marsylii w zeszłym roku. Firma Michter wypuściła tylko 273 butelki tego znakomitego trunku. Może to być wasza jedyna okazja - powiedział Lord uśmiechając się z miną lisa, który złapał właśnie swoją ofiarę w zasadzkę.
Whisky, którą Ramsey zaserwował swoim gościom, była rzeczywiście wyjątkowa. W cenie ponad 4 000 dolarów za butelkę, gdzie nawet etykieta wykonana była z 18-karatowego złota, był to unikat tylko dla koneserów i smakoszy. Sir Ramsey był bardzo zadowolony z tego zakupu i teraz właśnie miał okazję nim się pochwalić. Wyjął cztery niskie kryształowe szklanki z wygrawerowaną nazwą Savanna i rozlał złocisty płyn. Następnie podał szkło każdemu z obecnych i powrócił do swojego monologu.
- Na morzu istnieją problemy nie tylko z równowagą, stabilnością i mocowaniem - kontynuował Lord, - ale także z tym co nie jest widoczne, a musi być brane pod uwagę. Mianowicie z bezpieczeństwem i ochroną.
- Nigdy nie zastanawiałem się na tym - wtrącił Murray poważnie.
- Projektowanie jachtu to kwestia proporcji, równowagi i skali, a także funkcji przestrzeni - ciągnął dalej Sir Ramsey. - Savanna to moja osobista, zmaterializowana wizja połączenia tych warunków.
Zakończył i spojrzał wnikliwie na zebranych. Wszyscy byli zafascynowani statkiem i szczerze gratulowali Lordowi tak wspaniałego projektu. Jednak Savanna nie była głównym powodem dzisiejszego spotkania. Panowie paląc cygara i popijając złocisty trunek, rozmawiali na temat wydarzeń ostatnich kilku tygodni. Najbardziej niepokojące były zamieszki na ulicach miast w różnych krajach, oraz brak nad nimi kontroli. Od jakiegoś czasu wiece i demonstracje na rzecz poprawy jakości lecznictwa i zatrzymania wciąż rosnących kosztów, były miejscem rozbojów i wandalizmu. Wszyscy obecni wiedzieli, że te akcje były prowokacjami nie mającymi żadnego związku z ruchem Czarno-Czerwonych. Zastanawiano się tylko, kto i w jakim celu organizował tę dywersję.
- Wczoraj otrzymałem raport z mojej kancelarii - powiedział Ramsey, - na temat prowokacji i wzniecania rozbojów w czasie demonstracji Czarno-Czerwonych.
- Jakieś szczegóły? Kto może być prowodyrem tych zamieszek? - zapytał Carlos.
- Z informacji, które udało się do tej pory ustalić, wszystko wskazuje na źródła z wyższych sfer rządowych, powiązanych ściśle z systemem bankowości - odpowiedział Lord.
- Bankowości? To bardzo interesujące - wtrącił admirał.
- Masz jakieś bliższe informacje na ten temat? - zapytał zdziwiony lekko Ramsey.
- W czasie mojej ostatniej wizyty w Waszyngtonie - kontynuował Murray - zupełnie przypadkowo spotkałem znajomego bankiera. Jest to człowiek posiadający niespotykane koneksje i wpływy w sferach finansowych. Poszliśmy na drinka i to właśnie on powiedział mi, że sprawa akcji ruchu Czarno-Czerwonych, leży w sferze zainteresowania ludzi z sektora finansowego.
- Kto może się tym interesować? - Zapytał Matius.
- Nie, tego nie wiem, ale ten mój znajomy powiedział jedną ciekawą rzecz. Mianowicie zasugerował, że w jego przekonaniu za prowokacjami kryje się tajna organizacja pod nazwą "Syndykat 12 Zmysłów".
- Słyszałem coś o tej organizacji. Ale czy takie zrzeszenie naprawdę działa? Nikt nigdy nie potwierdził, ani nie udowodnił istnienia Syndykatu - wtrącił Ramsey.
- Zgadza się -powiedział Carlos - takich dowodów nie ma. W Meksyku jednak istnieją pewne źródła świadczące, że taka organizacja może istnieć naprawdę.
- Admirale, dlaczego twój znajomy tak sugerował? -Zapytał konkretnie Matius.
- Nie wyjaśnił szczegółów. Prawdopodobnie ich nie znał. Ale na końcu dodał, że sądzi, iż chodzi o jakieś powiązania z systemem farmaceutycznym i ubezpieczeń medycznych - odparł admirał.
- Są różne teorie na temat istnienia tej tajnej organizacji - wtrącił Matius. - Jedna z nich twierdzi, że Syndykat to 12 największych światowych banków. Podobno ich głównym celem jest udzielanie kredytów i kontrola zadłużenia największych firm, banków, a nawet całych państw.
- To są tylko teorie spiskowe, a takie istnieją na każdy temat. Jednak, jeśli mówi o tym człowiek pokroju mojego znajomego sądzę, że należałoby się nad tym zastanowić - odparł admirał.
Lord spojrzał na zegar wiszący na ścianie. Wskazywał godzinę 19:15. Na jachcie wszystko było gotowe na przyjęcie pasażerów. Według ustalonego planu pierwsi goście powinni się zjawić za około dwadzieścia minut.
- Czas na zejście do hangaru - powiedział - pierwsze ziarno jest już blisko.
Ziarno.
Düsseldorf, wtorek, 21 maj 2019, godzina 14:30.
Ulica Niederrheinstrase w Düsseldorfie, to dwukierunkowa, niezbyt szeroka droga, zabudowana po obu stronach jedno i dwupiętrowymi domami. Gęsto odrzewiona arteria daje doskonałe warunki komuś, którego celem jest przejazd nie rzucający się w oczy. Niewielka, w pełni automatyczna myjnia samochodowa, była usytuowana na skrzyżowaniu Niederrheinstrase i Im Grund. Do tej właśnie myjni wjechał przed chwilą ciemnogranatowy peugeot.
Kiedy auto zanurzyło się w wirujących szczotkach i pianie, siedzący na tylnym siedzeniu mężczyzna w ortalionowej kurtce, sięgnął ręką pod brodę i szybkim ruchem ściągnął sylikonową maskę. Wytarł twarz wilgotną szmatką. Podobnie zrobili kierowca peugeota i Hogan Stone. Po chwili, z tej właśnie myjni wyjechał lśniący i już biały peugeot Traveller. Skręcił na południe i pomknął w kierunku autostrady B-8, a dalej w stronę lotniska DUS.
Peugeot zbliżył się do terminalu B, części lotniska skąd odlatywały samoloty linii Air France. Gładko podjechał do wejścia z napisem francuskiego przewoźnika. Hogan Stone wsunął szarą teczkę do czarnej skórzanej aktówki, chwycił leżący obok płaszcz i otwierając drzwi auta powiedział:
- Uważajcie na chłopca. Powiedzcie Carlosowi, że będę na miejscu jak tylko ukończę badania. Wszystkie zalecenia i instrukcje znajdują się w aktach KURZ w moim biurze. Podczas mojej nieobecności za całość prowadzenia operacji jest odpowiedzialny mój asystent Steven Boska. Proszę wykonywać jego polecenia tak, jakby to były moje. Ok, to chyba wszystko. No to do zobaczenia w Studni.
Hogan Stone wysiadł z samochodu i szybkim krokiem ruszył w kierunku terminalu, skąd za 40 minut odlatywał jego samolot do Paryża. Odwrócił się jeszcze i patrząc w oczy mężczyzny w ortalionowej kurtce zamykającego za nim boczne suwane drzwi samochodu, powiedział:
- Proszę, bądźcie bardzo ostrożni. - Spojrzał na leżącego z tyłu Thomasa i na jego zamyślonej twarzy ukazał się ledwo zauważalny uśmiech. Cicho, jakby do samego siebie szepnął:
- Damy radę, na pewno damy radę. Musimy dać radę, - po czym odszedł szybkim krokiem w kierunku terminalu, skąd za 40 minut odlatywał jego samolot do Paryża
Drzwi Traveller 'a zasunęły się automatycznie. Kiedy elektryczny mechanizm zatrzasnął zamek, kierowca peugeota ruszył i wyprowadził samochód na drogę wyjazdową z lotniska. Szybko nabierał prędkości. Teraz peugeot skierował się na autostradę A-1, która prowadziła do Hamburga. Miał do pokonania około 420 kilometrów, to jakieś 4 godziny jazdy.
Mężczyzna w ortalionowej kurtce przesiadł się na miejsce gdzie wcześniej siedział Hogan. Przekręcił mały uchwyt na oparciu siedzenia kierowcy i uwolnił plastikową osłonę, która zsunęła się w dół. Był tam zainstalowany niewielki tablet. Włączył go, a gdy urządzenie się rozświetliło, ukazały się kolorowe wykresy, jakieś czujniki i klawiatura dotykowa. Na górze małego monitora widniał napis:
"Thomas Hermann lat 6. Numer ewidencyjny DU-05021-00100".
Mężczyzna zaczął coś szybko programować. Wykresy drgnęły i ukazały informacje na temat stanu zdrowia chłopca. Na dole, w prawym rogu ekranu, zaświeciła się okrągła zielona kropka z napisem
- 'All Good'.
Mężczyzna odwrócił się. Chwycił małą dźwignię z boku noszy, na których leżał śpiący Thomas, i pociągnął ją lekko do siebie. Z boków wysunęły się plastikowe osłony. Po krótkiej chwili zajęły pozycje po obu stronach noszy. W tym samym czasie z przodu, ponad głową Thomasa, zaczęła wysuwać się pokrywa imitująca materac. Po chwili tył pojazdu wyglądał tak, jakby były tam załadowane, fabrycznie nowe nosze ratunkowe. Resztę minibusa stanowił typowy sprzęt taki, jaki jest w wyposażeniu karetek pogotowia.
Mężczyzna oparł się wygodniej na siedzeniu. Spojrzał na przesuwający się za oknem jadącego samochodu krajobraz. Zdawał sobie sprawę z tego co właśnie się rozpoczęło. Był zadowolony.
Biały peugeot Traveller mknął gładką autostradą A-1 w kierunku wyznaczonego celu. Wiózł pierwsze ziarno. Zanim jednak tam dotrze, ma jeszcze jeden przystanek.
Winda.
San Francisco, 06 styczeń 2018, godzina 21:35.
Carlos wyszedł z Matiusem z loży operowej numer 14. kierując się ku wyjściu, które prowadziło do wind garażowych skąd odjeżdżały wszystkie limuzyny VIP-ów. Karol idąc jako pierwszy zabezpieczał drogę. Widać było, że ochraniarz nie bagatelizuje swoich obowiązków, nawet w wydawałoby się zupełnie bezpiecznym wnętrzu budynku opery. Przeszli półkolisty korytarz z wejściami do innych loży. Kiedy dochodzili do szerokich drzwi wyjściowych, prowadzących na niewielki hol, gdzie znajdowały się windy do garażu, nagle, na ułamek sekundy, zgasły światła. Zaraz jednak wszystko wróciło do normy. Karol zaniepokoił się tym. Wyjął pistolet z zawieszonej pod lewym ramieniem pochwy i pierwszy zajrzał do holu wind. Nikogo tam nie było. Ostrożnie wszedł do środka, każąc wszystkim pozostałym zaczekać. Po chwili otworzył drzwi i skinął głową, że można wejść. Carlos z wysoką blondynką, z którą siedział w loży zanim pojawił się Matius, weszli pierwsi. Za nimi jeszcze dwie inne osoby, na końcu Matius.
Pomimo pozornego spokoju atmosfera była nerwowa. Matius obserwując poczynania Karola zastanawiał się, czy faktycznie jest jakieś zagrożenie. Nie potrafił jednak znaleźć jakiegokolwiek momentu, który wskazywałby na niebezpieczeństwo. Tylko ten chwilowy brak światła był trochę zastanawiający. Karol przywołał windę. Drugi ochroniarz zamknął drzwi, którymi weszli z holu i stanął po przeciwnej stronie zabezpieczając wejście. Carlos z Matiusem stali przed windą, a Karol ustawił się pomiędzy nimi a windą. Ochroniarz dokładnie znał procedury, wiedział jak zabezpieczać swojego szefa.
Odezwał się dzwonek oznajmiający, że kabina podjechała na piętro. Wszyscy lekko odsunęli się w tył. Karol stanął z przodu i osłaniał Carlosa swoją atletyczną sylwetką. Wycelował pistolet w drzwi windy, które wolno zaczęły się rozsuwać. Rozświetlona jasnym światłem kabina ukazała swoje puste wnętrze. Matiusowi wydało się, że to oświetlenie jest lekko przesadzone. Karol podszedł bliżej, zajrzał do środka i po chwili odstąpił na bok. Dał znak, że wszystko w porządku. Blondynka ruszyła, ale Carlos przytrzymał ją i lekko odepchnął do tyłu. Spojrzał na Karola jakby upewniając się, że wszystko gra, po czym wszedł pierwszy do windy.
W tym momencie, ukryta ponad wiszącą lampą postać zeskoczyła na wchodzącego mężczyznę. Uniesiona w górę ręka uzbrojona w wielki nóż saperski spadała. Błysk światła odbitego w ostrzu trafił w oczy Karola, który błyskawicznym ruchem odepchnął Carlosa z toru uderzenia, nastawiając się pod cios. Bagnet wbił się ochroniarzowi w ramię. Napastnik spadając, wyszarpnął broń z rany Karola rozcinając ją od góry, aż do pachy. Wykonując jednocześnie obrót w powietrzu, kopnął ochroniarza butem w podbródek. Karol zachwiał się od uderzenia i runął na ścianę windy, waląc nosem w marmurowa płytę. Krew zalała mu twarz. Padając, stracił na moment wzrok. W tej chwili zamaskowany napastnik stanął i z furią ruszył na zdezorientowanego Carlosa, ponawiając próbę ugodzenia go bagnetem. Carlos na wpół leżąc, zobaczył nóż w powietrzu i wyprostowaną nogą zadał cios kopniakiem w pierś napastnika. Tamten odbił się jak piłka, przekoziołkował i padł na plecy pod drzwi windy. Chciał się poderwać, ale tam stał Matius. Natychmiastowym ruchem złapał bandytę za nadgarstek, w którym ten trzymał nóż. Przyklęknął i przycisnął kolanem jego pierś do podłogi. Przekręcając błyskawicznie broń, wbił bagnet po samą rękojeść w środek piersi bandyty. Zakończył uderzenie skręcając nóż w środku ciała napastnika o 90 stopni, tak jak to robią najemnicy. Ten uniósł głowę i wydając niezrozumiały bełkot, padł na wznak w bezruchu. Krew tryskała mu z rany pulsując. Jeszcze raz konwulsyjnie drgnęło jego ciało i niedoszły morderca skonał z otwartymi oczami patrząc w sufit windy, jakby tam chciał znaleźć schronienie.
Pierwszy otrząsnął się Carlos. Popatrzył na Matiusa, który trzymał jeszcze rękojeść bagnetu zatopionego w ciele napastnika. Oparł się o poręcz na ścianie i wstał. Oboje z Matiusem spojrzeli teraz na Karola. Ochroniarz przecierał zdrową ręką oczy, które zalewała mu krew. Starał się podnieść, ale nie dał rady. Zachwiał się i potoczył na ścianę. Carlos w jednym momencie znalazł się przy nim. Ściągnął z siebie biały aksamitny szalik i zaczął obwiązywać ramię rannego. Starał się w ten sposób zatamować krwotok. Matius sięgnął po telefon i wezwał pogotowie. Drugi ochroniarz asekurował ich, w razie gdyby pojawili się inni napastnicy. Blondynka w szafirowej sukni podbiegła do Carlosa i przerażona zawołała:
- Carlos, jesteś ok?! Co to było? Przecież Karol sprawdził windę! Skąd wziął się tam ten bandzior?
Południowiec delikatnie, ale stanowczo odepchnął dziewczynę od siebie.
- Nic mi nie jest, Beth, Karol jest ranny. Trzeba jak najszybciej zabrać go do szpitala. Bardzo mocno krwawi. Matius, zadzwoń po pomoc.
- Pogotowie jest już w drodze. Zaraz tutaj będą. Do cholery Carlos, jak to się mogło stać? Przecież Karol sprawdził windę - powtórzył słowa dziewczyny.
Zaczął analizować w myślach całe zajście, spojrzał w górę. I nagle wszystko zrozumiał. Lampa sufitowa, świecąca mocnym jasnym światłem, zwisała ponad pół metra w dół od sufitu. Było tam wystarczająco dużo miejsca, żeby mógł skryć się tam człowiek. Karol wprawdzie wszedł do windy i rozejrzał się, ale światło z lampy ukryło zaczajoną się nad nią postać. Krótka awaria światła i jaskrawe oświetlenie kabiny, stały się teraz zrozumiałe.
- -
W czasie, kiedy Matius z Carlosem starali się opatrzyć rannego Karola, mężczyzna w szarym długim płaszczu wsiadł do czarnej limuzyny w garażu opery, do którego nie dojechali Carlos z Matiusem. Na kolanach trzymał niewielką aktówkę. Otworzył ją i sięgnął po cygaro. Odciął końcówkę i zapalił. Był to Jony Borha. W tym momencie zadzwonił telefon. Głos w słuchawce zameldował sucho, że akcja się nie powiodła.
Borha nic nie odpowiedział, zaś do siebie zaś mrukną:
- Jeszcze cię dorwę skurwielu - i wściekły rozłączył połączenie.
Zorganizował tę akcję na własną rękę, wbrew wyraźnym poleceniom Morgana. Jego nienawiść do Południowca była jednak tak ogromna, że wziął na siebie ryzyko gniewu swojego mocodawcy. Sądził, że załatwi Carlosa i pomści wreszcie brata, a później wymyśli coś na usprawiedliwienie. Gdy zobaczył, że Matius też tam jest, ucieszył się, chociaż jego obecność mocno komplikowała sprawę. Jednakże Sting, zawodowy morderca, którego wynajął do tej roboty, zapewnił, że to nie jest problem. Twierdził z przekonaniem, że załatwi ich obydwu, zażądał tylko podwojenia gaży. Borh bez wahania się zgodził, teraz jednak tego żałował. Stracił paręnaście tysięcy, ale pieniądze to nic. Czekała go bowiem spowiedź przed Morganem, a tego już nie mógł lekceważyć. Zamyślony i wściekły uderzył lekko telefonem w szybę oddzielającą go od kierowcy, dając tym znak do odjazdu. Czarna limuzyna ruszyła i wyjechała z garażu opery na ciemne już o tej godzinie, ulice San Francisco.
Komisarz Muller.
Düsseldorf, wtorek, 21 maj 2019, godzina 15:30.
Komisarz Patrick Muller był człowiekiem, który w swojej wieloletniej detektywistycznej karierze doświadczył już prawie wszystkiego. Nie był, więc specjalnie podekscytowany, kiedy otrzymał polecenie, aby się udać do greckiej restauracji Kapitol, w sprawie uprowadzenia.
Komisarz Muller doskonale znał standardowe procedury w takich wypadkach. Wiedział, że należy zacząć od przeprowadzenia rozmów z ludźmi z bliskiego otoczenia uprowadzonego. Sprawdzić rodzinę, znajomych, pracę, nawyki, miejsce zamieszkania. Wszystko to w celu ustalenia powiazań i zależności porwanej osoby z jej najbliższym otoczeniem.
Następnie należy ustalić, czy porwana osoba ma, czy też miała, niedawno jakiś problem w życiu osobistym. Czy zanotowano jakiekolwiek nietypowe zachowanie w pracy lub w życiu prywatnym. I wreszcie, należy dojść do tego, czy ofiara mogła spodziewać się porwania. Ta procedura ma za zadanie ustalić, skąd może pochodzić porywacz i czy ofiara jest z nim w jakikolwiek sposób powiązana.
Muller wiedział z doświadczenia, że w większości przypadków porwań, porywacz pochodzi z tej samej rodziny, co ofiara, lub należy do grona bliskich znajomych. To bardzo zawęża krąg poszukiwań i ułatwia znalezienie motywu.
Doskonale rozumiał, że niczego nie można lekceważyć. Nawet drobiazgi mogą mieć ogromne znaczenie. W każdym takim dochodzeniu ważna jest umiejętność analizowania i łączenia na pozór niepowiązanych ze sobą faktów lub zdarzeń.
Podczas rozmów i przesłuchań należy uważnie obserwować ruchy ciała, emocje i mimowolne reakcje wszystkich osób powiązanych z ofiarą. Trzeba też dokładnie zbadać miejsce zbrodni. Należy sprawdzić ostatnie kontakty ofiary, połączenia telefoniczne, listy, e-maile, smsy. Każda, nawet nieznaczna zmiana w zachowaniu podejrzanych osób, może być istotna dla śledztwa.
Jeśli miejsce porwania jest znane, należy sprawdzić dokładnie czy nie ma świadków lub jakiegoś rodzaju materiałów filmowych lub zdjęć. Monitoring lokalny może być w takich przypadkach bardzo pomocny. Należy też zabezpieczyć pozostawione ślady, rzeczy lub przedmioty związane z incydentem, oraz substancje chemiczne lub jakieś płyny, które nie pasują do otoczenia.
Prowadzenie akcji poszukiwawczej i skuteczność zastosowania powyższych metod zależą jednak głównie od umiejętności samego detektywa prowadzącego sprawę. Powinien być spostrzegawczy, dobry w zakresie profilowania i analizy charakteru. Przede wszystkim jednak musi być dobrym analitykiem. Muller był właśnie takim policjantem. Wiedział, że w takim przestępstwie jak porwanie nic nie jest nowe. Wszystko już kiedyś się zdarzyło i dlatego jest do przewidzenia. Trzeba tylko umiejętnie połączyć fakty.
Komisarz znał te wszystkie procedury na pamięć. Przeczytał wstępny raport, wyszedł z komisariatu i wsiadł do swojego starego opla kadeta. Koledzy nadali mu przezwisko Columbo, bo podobnie jak bohater znanego serialu, chodził w szarym prochowcu, jeździł starym gratem i palił tanie cygara.
Kiedy jego nieoznakowany policyjnymi napisami samochód wjechał na parking restauracji, stało tam już kilka radiowozów. Policjanci zdążyli zabezpieczyć miejsce, gdzie znaleziono nieprzytomną Gretę i teraz przesłuchiwali świadków. Niestety nikt niczego nie widział i nie słyszał, tak jakby całe zdarzenie miało miejsce podczas ciemnej nocy na pustkowiu. Zeznania samej Grety niewiele mogły pomóc. Kobieta została zaatakowana od tyłu i prawie natychmiast obezwładniona. Jedynym pomocnym materiałem były nagrania z ochronnych kamer restauracji.
Komisarz Muller miał, więc trudne zadanie, ale znając podobne przypadki sądził, że porywacze odezwą się w ciągu 24 godzin i sprawa zostanie szybko rozwiązana. Hermannowie nie byli majętni. Należeli do średniej klasy i w związku z tym porywacze na pewno nie zażądają niczego wielkiego. Chyba, że w grę wchodzi tutaj handel dziećmi, ale biorąc pod uwagę wiek porwanego chłopca, raczej nie. Z takimi myślami wszedł do restauracji.
Komisarz zebrał wszystkie obecne osoby w sali restauracyjnej. Policjantom, którzy byli na miejscu jeszcze przed jego przybyciem, kazał spisać adresy, numery telefonów i nazwiska każdego, kto był obecny w restauracji w czasie porwania.
Już po pierwszych zadanych pytaniach zorientował się, że porwanie Thomasa nie jest typowym przypadkiem. Fakt, w jaki sposób zostało ono zorganizowane i brak jakichkolwiek świadków w ruchliwym miejscu i to w godzinach szczytu świadczyły, że porywacze nie są amatorami. W rozmowie z Ritą Hertz, osobą, która znalazła na parkingu restauracji nieprzytomną Gretę, Muller dowiedział się tylko tego, co już wcześniej zostało ustalone. Nic nowego do sprawy nie wniosły też przesłuchania jej męża, kelnerów i właścicieli restauracji. Jedyną szansą na jakiś klucz do sprawy były nagrania z kamer Kapitolu. Wstał i poprosił Adriana o przejście do biura restauracji.
- Czy może mi pan pokazać nagrania z 10 minut przed porwaniem? - Zapytał.
- Oczywiście, nie ma problemu. Zaraz to odnajdę - powiedział Adrian i zaczął coś programować w komputerze. Po chwili monitor podzielony na sześć prostokątów ukazał sytuację wokoło restauracji na 10 minut przed incydentem, dokładnie o 14:16:36.
Parking przed restauracją był wypełniony. W prawie wszystkich wydzielonych miejscach parkingowych stały samochody. W przeciągu 10 minut nic szczególnego się nie wydarzyło. Parę samochodów wyjechało, a na ich miejscach parkowały inne. Ludzie wychodzili i wchodzili do lokalu. Zwykły dzień na parkingu w godzinach popołudniowych przed popularną restauracją. O 14: 26: 36 w górnej części ekranu, na prawo od wejścia, włączyło światła jakieś Audi i wyjechało z parkingu. Zaraz za nim wtoczyło się BMW Grety i mijając wejście zajęło zwolnione miejsce. W tym samym czasie w innym prostokącie monitora, który przekazywał obraz z tyłu budynku, pojawił się ciemnogranatowy peugeot. Auto wjechało na teren parkingu, który nie był tak zajęty jak parking przed restauracją, ale mimo to nigdzie się nie zatrzymało.
Peugeot podjechał na koniec budynku i nie wyłączając silnika, zatrzymał się na drodze wjazdowej. Otworzyły się boczne drzwi pojazdu i z samochodu wysiadł wysoki mężczyzna w ortalionowej kurtce i czarnych spodniach. Człowiek ten idąc, patrzył cały czas pod nogi tak, jakby uważał, żeby się nie potknąć. Podszedł szybko do budynku i skręcił. Zanim wyszedł przed front restauracji, zatrzymał się i zajrzał jeszcze za narożnik. Zobaczył tam Gretę, która właśnie wyjęła Thomasa z BMW i zamykając pojazd pilotem odchodziła w kierunku wejścia. Trzymała chłopca za rękę. Mężczyzna szybkim krokiem ruszył za kobietą. Podszedł do niej od tyłu i wyjął z kieszeni jasno błękitną szmatkę. Objął ją sprawnym ruchem w pasie, drugą ręką uzbrojoną w szmatkę zasłonił na moment jej nos i usta. W tej samej chwili Greta zaczęła opadać. Porywacz tą samą ręką, w której trzymał szmatkę, złapał uwolnioną przez matkę rękę Thomasa. Puszczona szmatka jednak nie spadła, tylko zawisła pod rękawem kurtki mężczyzny. Przytrzymał opadającą kobietę i z widoczną troską, żeby nie uderzyła głową o twardą powierzchnię parkingu, delikatnie położył ją na asfalcie. Następnie odwrócił się i cały czas patrząc w dół oddalił się z Thomasem w kierunku peugeota. Wcisnął chłopca do środka, szybko wsiadł za nim i zamknął przesuwane drzwi. Auto wolno wytoczyło się z parkingu. Ciemnogranatowy peugeot na niemieckich numerach rejestracyjnych zniknął z zasięgu kamer restauracji Kapitol.
Muller odwrócił wzrok od monitora i spojrzał na Adriana.
- I co? Czy zauważył pan coś niezwykłego? -zapytał.
Tamten spojrzał na komisarza i zdziwiony pytaniem pokręcił lekko głową i powiedział:
- Ja nie. A co takiego pan zauważył, panie komisarzu?
- Widzi pan, podczas wieloletniej służby w policji wyrobiłem sobie zdolność do notowania tego, czego inni ludzie na pozór nie dostrzegają, chociaż tak naprawdę to widzą. Chodzi w tym wypadku o sposób, w jaki porywacz położył panią Gretę na ziemi. Bardzo uważał, żeby kobiecie nic się nie stało. Druga sprawa to szmatka, którą ją obezwładnił. On ją potem upuścił, ale ona nie spadla, cały czas była zawieszona u jego rękawa. No i trzeci szczegół. Porywacz nie miał żadnego nakrycia głowy. Zupełnie tak, jakby się nie obawiał, że ktoś go rozpozna. O... i jeszcze jedno. Ten człowiek idąc patrzył przez cały czas w dół - zakończył zamyślając się nad ostatnim zdaniem.
- Faktycznie ma pan rację. Ja zupełnie nie zwróciłem na to uwagi, chociaż oglądałem tą scenę już wiele razy. Ale, ale, mamy dokładnie sfilmowany numer rejestracyjny. To chyba może pomóc? - zapytał Adrian.
- Numer już został sprawdzony. Nie istnieje w ewidencji zarejestrowanych pojazdów. Były to fałszywe tablice. Na wszelki wypadek te numery zostały podane wszystkim patrolom, ale szczere mówiąc nie sądzę, żebyśmy z tego mieli jakąkolwiek korzyść. Porywacz nosił też rękawiczki, a twarz chował pod siebie. Dlaczego nie miał żadnego nakrycia głowy - powtórzył jakby do siebie - którym mógłby się zasłonić?
- No właśnie, dlaczego? - wtrącił Adrian.
- Ta akcja, panie Witkowski - powiedział Muller pomijając pytanie Adriana, - została zaplanowana w najmniejszych szczegółach. Nie wiem, o co chodzi tym porywaczom, ale jestem przekonany, że nie byli to amatorzy. Nie będzie tutaj chodziło o jakiekolwiek pieniądze - zakończył komisarz, - a w myślach dodał:
- Dlaczego on prawie cały czas patrzył w dół?
Dynastia.
Londyn, wieża 'Odłamek Szkła' 72-gie piętro, 30 grudzień 2017, godzina 20:05.
W londyńskiej wieży Shard of Glass, na 72-gim piętrze prywatnego tarasu widokowego, stał samotnie, wpatrzony w migoczącą milionami świateł panoramę miasta 65- letni mężczyzna.
Sir David Martin Holhzman jest właścicielem potężnych instytucji bankowych i finansowych rozrzuconych po całym świecie. Dynastia Holhzmannów kontroluje olbrzymie wartości aktywów, a ich majątek to ponad 950 miliardów dolarów. Sir David Martin Holhzman jest głową tej najbogatszej i najpotężniejszej rodziny na świecie. Ich potęga sięga czasów Napoleona i Rewolucji Francuskiej. Wówczas, wykorzystując wojenną zawieruchę, stworzyli zalążki swojej fortuny i od tamtych wydarzeń, aż po dzień dzisiejszy, systematycznie powiększają swoje wpływy i zdobywają coraz większą władzę.
David Holhzman jest jednocześnie kontynuatorem i szefem tajnej organizacji o nazwie "12 ZMYSŁÓW". Jest to syndykat niezależnie operujących dwunastu banków. Działają one na wszystkich kontynentach, oficjalnie, jako prywatnie zarządzane instytucje finansowe. Ich głównym celem jest kontrola nad wartościami walut, procesami kredytowymi i wysokością procentową udzielanych pożyczek innym bankom, korporacjom, a nawet całym rządom.
Sir Holhzman w swojej karierze bankiera kierował się twierdzeniem, że ten, który udziela kredytu, kieruje polityką rządów i trzyma w rękach losy narodów. W czasie wywiadu, lata temu, Holhzman zapytany, dlaczego sądzi, że światowy system bankowy musi być całkowicie sprywatyzowany, zapytał retorycznie:
- Ile dodatkowych martwych spółek jest warte demokracji? - a po chwili dodał:
- To, co nie jest zarządzane prywatnie to bagno, jeśli się z tym nie zgadzacie, to spróbujcie przejąć cokolwiek z jakiegoś bankrutującego systemu... i naprawić to działając w kolektywie".
Wpatrując się w leżące u jego stóp City, zastanawiał się nad głównym celem Syndykatu. Była to całkowita kontrola systemów bankowych poprzez koncentrację ogromnej ilość udzielanych kredytów w jednej instytucji. Z czasem ma to doprowadzić do monopolistycznego panowania nad globalnym zadłużeniem. Ta siła pozwoli im zdominować systemy polityczne poszczególnych krajów i światowej gospodarki, jako całości.
Holhzman wiedział, że już teraz wielkość globalnego wpływu, jaki ma Syndykat na gospodarkę i politykę w świecie jest olbrzymia. Osobiście opracował metody zmuszające wielkie korporacje i rządy do pobierania pożyczek. Są one bezwzględne. Zaczyna się od prowokacji i wywołania konfliktu. Ten prowadzi do potrzeby finansowania zaistniałych turbulencji finansowych lub działań wojennych, a to już w prostej linii zmusza do poszukiwania pożyczki. Kiedy kredytobiorca nie jest w stanie spłacić długu, a tak zdarza się najczęściej, Syndykat proponuje nowe kredyty. Są one tylko już wyżej oprocentowane, a to jeszcze głębiej zadłuża firmę lub kraj i uzależnia jego suwerenność.
Sir Holhzman w swojej działalności biznesmena nie stroni również od manipulacji giełdowych. W ostatnim czasie zakupił jedną z największych światowych spółek, która tworzy narzędzia pomagające śledzić oprogramowanie służące do ekonomiczniejszego zarządzania kosztami firm.
Programistyczna firma o nazwie "Focus 54 Inc.", niecałe dwa lata po upublicznieniu niespodziewanie ogłosiła, że zgodziła się na jej zakup przez prywatny bank kredytowy Punch & Partnerzy. Bank ten jest placówką finansową kierowaną bezpośrednio przez Sir Davida Holhzmana. Transakcję opiewającą na sumę 3,52 miliarda USD w gotówce, oficjalnie uzasadniali twierdzeniem, że pomoże ona firmie szybciej wprowadzać swoje produkty na rynek. Współzałożyciel korporacji i jej dyrektor generalny Craig Napatti, na zwołanej konferencji prasowej powiedział Reuterowi:
- "Już od dawna w naszych założeniach korzystamy ze wskazówek banku kredytowego P&P. Wejście w bezpośrednie współdziałanie przyspieszy tylko cykl innowacji i wdrażania programów IT wśród naszych klientów, oraz ułatwi przepływ wartości płatniczych".
Focus 54 wszedł na giełdę w marcu 2015 roku. Akcje firmy szybko przekroczyły granicę 100 USD. Stabilność rynkowa i dobra koniunktura powodowały wzmacnianie się pozycji giełdowej spółki. Jej nagłe sprzedanie było, więc szokiem dla wszystkich, a specjalnie dla akcjonariuszy firmy. I tak po zawarciu umowy z P&P i ogłoszeniu zmiany kierunków, wartość rynkowa akcji gwałtownie spadla. Po opadnięciu fali zaskoczenia okazało się, że akcjonariusze Focus 54 otrzymają zaledwie 31.8 USD za akcję, co stanowiło mały ułamek wartości, w stosunku do ostatniej ceny zamknięcia, wynoszącej 124,85 USD za akcję.
Faktem, który miał zasadnicze znaczenie dla Sir Holhzmana przy podejmowaniu decyzji zakupu było to, że firma mogła kontrolować oprogramowanie zarządzeniami finansowymi innych korporacji oraz to, że współzałożyciel i dyrektor naczelny Craig Napatti i jego rodzina to najwięksi akcjonariusze Focus 54. Wspólnie byli w posiadaniu takiej ilości akcji, które dawały im ponad 59% głosów w zarządzie firmy. Nikt też nie zauważył, że na około tydzień przed oficjalnym ogłoszeniem transakcji o sprzedaży Focus 54 spółce Punch & Partnerzy, Mr. Napatti spotkał się z Sir Holhzman'em na jego jachcie. Panowie długo rozmawiali za zamkniętymi drzwiami. Następnego dnia na zebraniu zarządu firmy Focus 54 stosunkiem głosów 59% - 41%, zatwierdzono projekt sprzedania firmy.
Syndykat "12 Zmysłów" bardzo intensywnie działa na giełdach finansowych świata. Jest to główny punkt skąd rozpoczynają się kryzysy w poszczególnych regionach i państwach na całym globie. Szefowie Syndykatu są najczęściej inicjatorami tych zdarzeń.
Sir David Holhzman kiedyś przeczytał słowa wypowiedziane przez prezydenta Thomasa Jeffersona w liście do Johna Taylora - "Uważam, że banki są bardziej niebezpieczne niż stojące armie". Sir David Holhzman zgadzał się z tym twierdzeniem w stu procentach.
Szerokie drzwi wejściowe otworzyły się. Holhzman odwrócił głowę. Stała w nich kobieta ubrana w czarną garsonkę. Weszła na taras i podchodząc do barku spojrzała w jego kierunku. Holhzman bez słowa wszedł za bar i nalał do dwóch kieliszków białe wino. Podał jeden kobiecie i wznosząc swój powiedział:
- Witam Margaret. Dobrze, że jesteś.
- Sprawa, o której napisałeś nie jest błaha. Czy masz już jakieś szczegóły?
- Tak. Porozumienie trzech ma nastąpić za miesiąc - odpowiedział.
- Jeżeli trzeba temu przeszkodzić, ja mam takie możliwości.
- Wiem. Nie, nie będziemy przeszkadzać - odpowiedział Holhzman odwracając się i podchodząc ponownie do wielkiego okna, odgradzającego taras.
- Jeśli nie, to po co mnie wezwałeś? -Zapytała lekko poirytowana.
- Pozwolimy im je zawrzeć - odpowiedział jakby do samego siebie. - Pytanie brzmi, czy porozumienie zostanie osiągnięte po burzliwych turbulencjach, czy spokojnie i za obopólną zgodą zainteresowanych nim stron - zakończył.
- Jak chcesz sprowokować konflikt? - Zapytała zrozumiawszy tok myślenia Holhzmana.
- Trzeba zorganizować prowokacje używając do tego nasilające się ostatnio ruchy społeczne, dotyczące rosnących cen opieki zdrowotnej i lekarstw - odpowiedział krótko.
- Organizacja Czarno-Czerwonych? To oni organizują te demonstracje.
- Zgadza się. Należy tylko te procesy "urozmaicić". To właśnie będzie twoim zadaniem - teraz spojrzał badawczo na kobietę.
- Rozumiem. Czy jeszcze coś? - Spytała madame Troch, bo tak nazywała się kobieta w czarnej garsonce.
- Nasz plan jak zwykle polegać będzie na manipulowaniu ludzkimi emocjami, zwłaszcza strachem. W minionych stuleciach wielokrotnie wykorzystywaliśmy takie rozwiązania, zawsze zakończone sukcesem.
- Moi stratedzy stworzą problem - odparła madame Troch. - Wyszkolimy grupę "opozycyjną" w celu stymulowania zawirowań.
- Tak właśnie ma się to odbyć - powiedział z zadowoleniem Holhzman. - Wpuścicie swoich agentów w ustalone wcześniej siły polityczne, kraje i regiony - kontynuował. - W ten sposób będziemy wpływać i tworzyć przeciwstawne frakcje w konflikcie.
- Należy też przeprowadzić badania tzw. opinii publicznej - zasugerowała madame Troch.
- To doskonała sugestia Margaret - pochwalił ją Holhzman.
- Celem tych badań - kontynuowała swoją myśl madame Troch - będzie ocena akceptacji poszczególnych społeczeństw dla planowanych nowych programów.
- Doskonale Margaret, wiedziałem, że jesteś zawsze w temacie - z nieukrywanym zadowoleniem powiedział szef syndykatu "12 ZMYSŁÓW".
- Dziękuję Davidzie, ty również zawsze wiesz jak zadziałać - odwzajemniła komplement, dodając - Wysokie wyniki w sondażach wskażą nam, że programowanie "bierze", podczas gdy niskie notowania zasugerują niejednoznacznie, że musimy zmienić kierunki propagandy i ulepszyć działania wpływowe w terenie.
- Aż do osiągnięcia pożądanych rezultatów - zakończył Holhzman.
- Widzę, że jak zwykle jesteśmy zgodni - zaśmiała się lekko madame Troch unosząc w kierunku Holhzmana kieliszek z winem.
- Czy coś jeszcze Davidzie? - Zakończyła swoją wypowiedź pytaniem.
- To wszystko. Przejdźmy teraz do "Gniazda" omówić szczegóły -powiedział sucho.
Sir David Martin Holhzman i jego jedenastu partnerów zarządzających obecnie poszczególnymi gałęziami Syndykatu "12 ZMYSŁÓW" wykonywali plan, który został ustalony przez twórców tej tajnej organizacji setki lat temu. Dalekosiężnym celem było stworzenie zadłużenia wszędzie tam, gdzie jest to tylko możliwe. Następnie, doprowadzenie poprzez to zadłużenie, do pełnej kontroli nad ekonomią i gospodarką w skali globalnej.
Dzisiejsze spotkanie Holhzmana i Troch miało na celu zaaranżowanie akcji prowokacyjnych, których celem będzie wykorzystanie nowych trendów społecznego niezadowolenia wokoło przemysłu farmaceutycznego i medycznego. Tak zwana "opinia publiczna" w wielu rozwiniętych krajach wykazywała rosnące niezadowolenie. Sir Holhzman wiedział, że to co uważa się za "opinię publiczną", jest w rzeczywistości starannie opracowaną propagandą, mającą na celu wywołanie pożądanej reakcji. Nie znał jeszcze tylko autora tego scenariusza.
Niezależnie od tego, kto tworzy te nastroje, Holhzman zdawał sobie sprawę, że wcześniej czy później doprowadzą one do potrzeby kredytowania istniejących zależności rynkowych. Stwierdził, że lepiej, żeby to stało się wcześniej niż później. Sprawą autorstwa społecznych buntów zajmie się w następnej kolejności.
- Chwileczkę - powiedziała madame Troch zatrzymując Holhzmana. Wyjęła komórkę i wycisnęła jakiś numer mówiąc do telefonu:
- Spotkanie nad brzegiem, jutro o 18: 00-ej. - Odłożyła telefon do torebki i spojrzała na Holhzmana mówiąc -
- Chodźmy Davidzie. Szkoda czasu.
Oboje odstawili kieliszki z niedokończonym winem i wyszli. Podeszli do windy. Drzwi się otworzyły i weszli do kabiny. Holhzman spojrzał w okrągła czarną szybkę powyżej przycisków poszczególnych pięter. Urządzenie zeskanowało jego oko i winda ruszyła. Wagonik zatrzymał się na 12-tym, ostatnim poziomie podziemnego garażu, który nie figurował w zestawie przycisków windy. Wyszli i wsiedli do pojazdu przypominającego pocisk. Holhzman wydał komendę podając cel podróży. Pojazd bezgłośnie ruszył zagłębiając się w ciemnym tunelu. Po 30 sekundach jazdy zatrzymał się. Tunel za nimi zamknęła wysunięta z podłoża potężna śluza. Przestrzeń wokoło pojazdu zalała woda. Kiedy całość wypełniła się, otworzyła się przed nim inna śluza i po chwili pojazd wpłynął pod wodą do Tamizy.
Dostawa.
Hamburg - wtorek, 21 maj 2019, godzina 19:35.
Autostrada numer 1 ciągnie się od Bonn, przez Düsseldorf, aż do Hamburga. Biały peugeot prawie dojeżdżał do celu. W planach był jeszcze tylko jeden krótki przystanek. Kierowca dotknął telefonu przyczepionego do jednego z wlotów powietrza na pulpicie i włączył funkcję głosową.
- Wybierz numer 8 - powiedział.
Po chwili odezwał się sygnał połączenia.
- Pomerania, odbiór - rozległo się z głośnika.
- Zgłasza się DU-00100. Rozpoczynamy akcję 'Opakowanie'.
- Przyjęte. Bez odbioru - połączenie zostało zakończone.
Peugeot dojeżdżał prawym pasem do zjazdu, łagodnie zwalniając. Zostało tylko kilkadziesiąt metrów. Po chwili samochód wjechał na drogę Stillhorner Weg, skręcił w prawo i znalazł się na skrzyżowaniu z niewielką ulicą o nazwie Finkenriek. Wjechał w nią. W odległości około 150 metrów od skrzyżowania, stał zaparkowany czarny TIR marki Scania. Nie było na nim żadnych napisów ani oznaczeń. Peugeot minął go i zawrócił. Tylne drzwi długiej, pomalowanej na czarno skrzyni kontenera były otwarte. Do wnętrza prowadziły wystawione dwie szerokie rampy wjazdowe. Peugeot dojechał do ramp i wtoczył się po nich do środka kontenera. Kiedy tylko auto znieruchomiało, mężczyzna w ortalionowej kurtce wysiadł i zaczął mocować pojazd. Założył pasy na wszystkie koła i następnie zaczepił je hakami do znajdujących się w podłodze uchwytów. Później dźwignią podkręcił kołowrotki pasów tak, żeby przycisnęły koła do podłoża unieruchamiając je. W tym samym czasie drzwi przez które wjechali, zamknęły się automatycznie, a rampy wsunęły się z cichym szmerem pod podłogę. Lśniący czarnym lakierem TIR ruszył. Skierował się na tę samą drogę, którą przed chwilą przyjechał minibus. Wjechał na autostradę. Akcja pod kryptonimem 'Opakowanie' nie trwała dłużej jak 45 sekund.
Mężczyzna sprawdził jeszcze raz zamocowania i przeszedł do przodu, omijając stojące tam już dwa inne minibusy. Otworzył niewielkie drzwi i wszedł do sporej kabiny kierowcy.
- Cześć, wszystko w porządku? - Zapytał.
- Tak, mamy komplet, za około dwie godziny powinniśmy być na miejscu.
- OK - odpowiedział siadając na wolnym fotelu.
Otworzył przedni schowek na desce rozdzielczej i wyjął z niego małego laptopa. Włączył go i odczekał chwilę, a gdy komputer się uruchomił, włączył program. Na ekranie ukazała się mapa trasy, którą jechali. Program sprawdzał przez chwilę stan natężenia ruchu i warunki pogodowe. W lewym górnym rogu ekranu zaświeciła się zielona kreska. Oznaczało to, że wszystko gra. Nacisnął kursorem na ikonkę człowieka w mundurze i na ekranie ukazały się zaznaczone czerwonymi punktami miejsca wszystkich patroli policyjnych na ich trasie. Palące się stałym światłem kropki oznaczały rutynowe operacje drogówki. Nie było żadnego zagrożenia. Kliknął inną ikonę i na ekranie ukazała się droga za TIR-em. Następnie ekran podzielił się na trzy części, ukazując dodatkowo prawą i lewą stronę mknącej ciężarówki. Mężczyzna poruszył jeszcze kursorem w górę, sprawdzając, co się dzieje ponad nimi. Wszystko wyglądało bezproblemowo. Odłożył laptopa i wziął do ręki wojskową lornetkę. Dłuższą chwilę sprawdzał drogę przed nimi i po bokach. Uspokojony odłożył ją do schowka.
- Wszystko w porządku. Nie szalej, to nie będzie problemów. Daj mi znać, jak będziesz dojeżdżał do portu. Wracam do małego.
Wstał i wyszedł z kabiny. Wrócił do peugeota i usiadł na siedzeniu obok mebla, w którego wnętrzu teraz były nosze, na których spał Thomas. Nacisnął przycisk na oparciu przedniego siedzenia. Włączył komputer i ponownie sprawdził stan zdrowia chłopca. To samo zrobił z pozostałymi dziećmi znajdującymi się w dwóch innych minibusach. Wszystkie pomiary były prawidłowe. Oparł się wygodniej i sięgnął do prawego oka. Lekko poprawił zasłaniający je czarny pasek.
Myślami wrócił do tego pamiętnego wieczoru w operze. Minęło już prawie półtora roku od zdarzenia w windzie. Zastanawiał się wiele razy nad tym, co się wtedy stało. Wiedział, że to, co zrobił, było instynktowne. Narażając własne życie uratował wówczas Południowca. Wykonał automatycznie i dokładnie to, do czego został zatrudniony. Czuł się z tym dobrze. Sprawdził się. Kiedy po kilku dniach odzyskał w szpitalu przytomność dowiedział się, że miał bardzo duży ubytek krwi. Potrzebował natychmiastowej transfuzji. Carlos bez wahania zaoferował swoją pomoc. Dzięki niemu żyje. To zespoliło ich na zawsze. W wypadku w operze stracił jedno oko, ale z tym można było żyć.
Wówczas poznał też bliżej Matiusa, i zupełnie zmienił o nim zdanie. Przekonał się, że Matius to porządny gość i że można na nim polegać. Byli teraz przyjaciółmi. Dzięki tym dwóm ludziom jest częścią największej akcji w historii. Należy do grupy, która podjęła się wykonać niewykonalne. Czuł, że jego życie nabrało sensu.
Czarny TIR mknął autostradą numer 1 i powoli zbliżał się do celu podróży. Już w Hamburgu, zjechał na drogę B75, którą dojechał do bram portu. Skierował się do części przeznaczonej dla wielkich wycieczkowców pasażerskich Hamburg Cruise Center HafenCity.
Rejsowe statki wycieczkowe cumują niemal codziennie w HafenCity. Terminal 1 można też wynająć na specjalne imprezy i uroczystości, gdy nie ma tam statków wycieczkowych. Można go też wynająć, kiedy opłata jest odpowiednia. Dzisiaj stała tam zakotwiczona Savanna. Była ona docelowym punktem podróży czarnego TIR 'a.
- Karol - powiedział kierowca przez wewnętrzny komunikator, - dojeżdżamy.
Mężczyzna wysiadł z samochodu i wyjął z kieszeni niewielki metalowy przyrząd. Nalepił specjalne naklejki zabezpieczające drzwi przed ich otwarciem. Odstające końcówki nalepionej taśmy chwycił w trzymany przyrząd i mocno ścisnął. Po chwili peugeot był zabezpieczony plombami, takimi, jakie używa urząd celny. Podobne plomby założył już wcześniej na wszystkie inne drzwi peugeota i drzwi dwóch pozostałych aut. Wszystkie wiozły podobny ładunek.
Wrócił do szoferki i usiadł na tym samym miejscu, co poprzednio. W rękach trzymał papierową teczkę. TIR podjechał do bramy wjazdowej Terminalu 1, która była zagrodzona szlabanem. Z budynku wyszedł wartownik, zasalutował i poprosił o papiery pojazdu i ładunku. Karol podał kierowcy dokumenty, a ten przekazał je strażnikowi. Mężczyzna spojrzał na podane mu papiery. Na wierzchu widniało złote logo Savanny. Przewrócił kartkę, sprawdził miejsca i daty załadunku i powiedział:
- Sprzęt medyczny, nosze i pojazdy dostawcze, to wszystko na Savannę?
- Tak - odpowiedział krótko Karol.
- Może pan otworzyć kontener? - poprosił urzędowym głosem.
- Oczywiście.
Karol wysiadł z ciężarówki, obszedł ją i ręcznie otworzył tylne drzwi kontenera. Widać tam było tył peugeota, a dalej volkswagena i fiata. Wszystkie samochody to białe minibusy. Strażnik zajrzał do wnętrza, odwrócił się do Karola i zapytał:
- To wszystko, co przewozicie?
- Tak. Auta zapakowane podczas odbioru - kłamał jak z nut Karol. - Nic nie zmienialiśmy, nie było takiej potrzeby. Całe zestawy, sprzęt, nosze i minibusy przeznaczone są dla domów dziecka w Afryce. Każdy dla innej placówki.
- Tak... widzę, mam to tutaj w manifeście. Takich transportów będzie razem trzydzieści sześć, wy jesteście pierwszą dostawą. Skąd jedziecie? - zapytał, chociaż było to dokładnie napisane w dokumencie odprawy.
- Z Berlina - bez zastanowienia odpowiedział Karol - tam załadowaliśmy całość.
Strażnik spojrzał na Karola i wskoczył do środka. Podszedł do peugeota i zajrzał do wewnątrz auta. Obszedł samochód. Na wszystkich klamkach zamocowane były plomby urzędu celnego w Berlinie. Chwycił jedną i powiedział do krótkofalówki.
- Hubert sprawdź numer... - tutaj podał numer plomby zamocowanej na tylnych drzwiach peugeota. Po chwili usłyszał głos kolegi.
- Wszystko w porządku. Numer jest w ewidencji. Założony w Berlinie.
Strażnik wszedł dalej i podobnie sprawdził dwa pozostałe pojazdy. Po chwili zeskoczył ze skrzyni, spojrzał jeszcze raz w papiery, coś napisał i oddając Karolowi dokumenty powiedział:
- Wszystko się zgadza. Możecie jechać.
Zasalutował, odwrócił się i odszedł do budynku. Szlaban odgradzający drogę uniósł się. Czarny TIR ruszył w kierunku przystani, gdzie zacumowana była Savanna. Strażnik wszedł do wartowni, w której przy radiu siedział jego kolega. Popatrzył na niego i powiedział:
- Ci bogaci nie wiedzą, co robić z pieniędzmi. Parę sztuk mebli w jednym samochodzie i do tego jeszcze zapakowane w Tirze. Jakby to samo nie mogło tutaj przyjechać. No, ale jest to darowizna, a to najważniejsze. Dzieciaki będą się cieszyć.
Karol chwycił mikrofon radia CD.
- DU100 dojeżdża, będziemy za 5 minut, bez odbioru.
Na Sawannie już wiedziano, że Karol przejechał bramę portu. W środku bocznej burty jachtu wolno odsuwały się wielkie drzwi hangaru, a z podłogi wyjeżdżała szeroka na 20 metrów rampa wjazdowa. Po chwili nadjechał TIR. Wolno przejechał po rampie i zniknął w ładowni statku. Dwa skrzydła drzwi zasunęły się za nim, wydając głuche uderzenie. Świadczyło ono o zamknięciu pomieszczenia. Pierwsza część akcji ZBIÓR została zakończona sukcesem.
Kiedy tylko TIR stanął, drzwi kontenera otworzyły się. Karol odbezpieczył koła, wsiadł do peugeota i ruszył. Zjechał po rampach i zatrzymał się na wyznaczonym z boku miejscu. Podobnie zrobiły dwa pozostałe minibusy. Karol wyskoczył z samochodu, obszedł go i otworzył tylne drzwi. W tym czasie podeszło do niego dwóch mężczyzn. Ubrani byli w białe kombinezony z czarno-czerwonymi znaczkami na stójce kołnierza. Kiwnął do nich głową i wysunął nosze z Thomasem. Ludzie w białych kombinezonach przejęli chłopca i udali się w kierunku wyjścia z hangaru. Przeszli przez szerokie metalowe drzwi i znaleźli się w długim korytarzu. Zatrzymali się przed windą, którą po chwili wjechali na czwarty pokład. Tam skręcili w prawo i weszli do pomieszczenia z numerem 003. Był to niewielki pokój z łazienką, wyposażony w podstawowe meble. Ostrożnie przełożyli śpiącego chłopca z noszy na jedno z trzech lóżek. Przykryli go cienkim kocem i wyszli, cicho zamykając za sobą drzwi. Słychać było zatrzaśnięcie zamka. Podobnie zrobiono w przypadku dwóch pozostałych nowoprzybyłych pasażerów Savanny. Każde z przywiezionych tutaj dzisiaj dzieci zostało umieszczone w osobnej kabinie, chociaż w każdej kabinie były po trzy łóżka. Tak przygotowanych kabin na Sawannie było 36.
Grupa Kondor.
Warszawa, poniedziałek 21 maja 2018, godzina 9:10.
Rekordowo dużo, bo aż 65 prywatnych samolotów miało przylecieć tego dnia na warszawskie Lotnisko Chopina, największy port lotniczy w Polsce. Wśród nich również odrzutowiec marki Bombardier Global 5000, należący do senior Carlosa Jose Castrowerde. Biuro Carlosa dowiedziawszy się o takim natężeniu ruchu w dniu jego przylotu, natychmiast skontaktowało się z lotniskiem w Warszawie. Władze lotniska zapewniły jednak, że nikomu nie odmówią prawa do lądowania z powodu braku miejsc. Taką też informację przekazał rzecznik warszawskiego lotniska Okęcie w bezpośredniej rozmowie telefonicznej. Powiedział on:
- "Na co dzień na warszawskim lotnisku dla samolotów prywatnych jest przeznaczona płyta postojowa, gdzie są miejsca dla 10-12 maszyn. W sobotę lotnisko wykorzysta opcję planu operacyjnego Euro 2012, dzięki któremu można opanować większy ruch. Część maszyn będzie mogła stacjonować w Warszawie - kontynuował rzecznik - ale część, po wysadzeniu pasażerów, zostanie skierowana na inne lotniska."
Zapewnił jednak, że samolot Carlosa pozostanie na Okęciu z racji 'nadrzędnych' - nie sprecyzował jednak, jakiego rodzaju są to racje. Carlos był zadowolony z takiego obrotu sprawy. Nie chciał żeby jego odrzutowiec, który kosztował go blisko 42 miliony dolarów, był niepotrzebnie zmuszony latać z lotniska na lotnisko..
Bombardier wystartował z LAX tuż przed 13-tą. Lot do Warszawy to prawie 12 godzin w powietrzu, dlatego Carlos zdecydował się polecieć swoim flagowym odrzutowcem. Chciał być dobrze wypoczęty i przygotowany na rozmowę z grupą Kondor. O swoim przylocie zawiadomił już Matiusa. Ten miał zająć się organizowaniem transportu z lotniska Okęcie do hotelu i później pobytu Południowca w Warszawie. Był też odpowiedzialny za osobiste bezpieczeństwo Króla Marihuany podczas jego wizyty w Polsce.
Pozostało jeszcze około godziny lotu. Carlos siedział wygodnie w wielkim fotelu, w głównej kabinie pasażerskiej. Oglądał wiadomości z Warszawy podawane przez sieć telewizji SKY.
- "Po dość kapryśnym kwietniu, mamy ostatnio piękną pogodę w Warszawie. Większość synoptyków twierdzi, że wiosna praktycznie już jest w całym kraju."
- To dobrze - pomyślał. Uwielbiał warszawskie Łazienki i chciał przy okazji odwiedzić ten piękny zakątek Warszawy. Jeśli zmieści się w czasie, a pogoda dopisze, to na pewno tam się wybierze.
Komentator zmienił temat. Na ekranie ukazała się demonstracja. Tysiące ludzi stało przed okazałym budynkiem szpitala na warszawskim Żoliborzu. Transparenty uwidaczniały przyczynę protestu. 'Precz z kłamstwami!', 'Pacjent ma prawo do wyzdrowienia', 'Gdzie są prawdziwi lekarze?!', Itp. Ludzie poprzebierani w czarno-czerwone kamizelki, krzyczeli slogany o wykorzystywaniu, coraz wyższych kosztach leczenia i niekontrolowanym wzroście cen lekarstw. Atmosfera była nerwowa i napięta, ale tłum zachowywał się pokojowo. Policja blokowała wejście do szpitala, ale nie ingerowała.
Komentator mówił:
- "Demonstracje w Warszawie, a także w innych miastach Polski, przebiegają dzisiaj spokojnie. Władze jednak obawiają się, że niektóre z nich wydają się być przejęte i kontrolowane przez bardziej radykalne grupy. Jeden z polskich działaczy skrajnej lewicy, Mateusz Kotkowski - wezwał demonstrantów w tweedzie, aby nie zwiększali napięcia i spokojnie wrócili do domów."
- "Władze polskie stwierdziły - kontynuował komentator, - że w całym kraju odnotowano dzisiaj 65 000 protestujących, w tym 7 500 w samej Warszawie. Było to więcej o około 5 000, niż w zeszłym tygodniu. Wcześniej kilka pokojowo zachowujących się grup przeszło przez policyjne punkty kontrolne, by dotrzeć do gmachu Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w Alejach Ujazdowskich. Maszerowali słynną aleją za wielkim banerem z napisem "Przestańcie nas uważać za głupich ludzi, dość oszustw!".
Jeden z protestujących zapytany przez dziennikarza powiedział:
- "Dzisiaj coraz trudniej jest przeżyć ze zwykłej pensji, chociaż ludzie pracują na dwóch lub więcej etatach. Płacimy wysokie podatki i wysokie stawki ubezpieczeniowe. A kiedy przychodzi potrzeba, nie otrzymujemy właściwej opieki medycznej. Jesteśmy zaleczani, a nie, leczeni. Mamy tego dość"- powiedział protestujący.
W samolocie Carlosa rozległ się głos:
- Za 20 minut będziemy lądować na lotnisku Warszawa Okęcie. Proszę zająć swoje miejsca i zapiąć pasy - powiedział pilot. Carlos podsunął się w fotelu, poprawił zacisk pasa i wyłączył monitor. Teraz w jego głowie było już tylko spotkanie z grupą Kondor.
Po chwili Bombardier lekko ślizgnął oponami o betonowy pas lotniska, wyrzucając obłoki białego dymu. Płynnie zwolnił bieg i skierował się w stronę wyznaczonego przez wieżę kontrolną miejsca postoju.
- -
Lotnisko na Okęciu ma długi, oszklony i zadaszony taras widokowy. Wiele osób korzysta z tej możliwości, żeby pożegnać swoich bliskich wylatujących z Warszawy, czy też przywitać przylatujących do stolicy. Obok wejścia na taras znajduje się sklepik z pamiątkami, oraz mała kawiarnia z darmowym WiFi. Na tarasie umieszczony jest monitor, na którym wyświetlany jest obraz z radaru, pokazujący starty i lądowania samolotów. Dostęp do tarasu umożliwiają dwie windy oraz schody. Wejście znajduje się od strony schodów, prowadzących na stację kolejową. Korzystanie z tarasu jest bezpłatne i może tam wejść każdy bez uprzedniej kontroli.
Tego dnia na tarasie był spory ruch. Był tam też mężczyzna ubrany w długi, ciemny płaszcz i kapelusz. Ktoś, kto zna się na dzisiejszej modzie łatwo zorientowałby się, że nie są to rzeczy ze sklepów sieciowych. Mężczyzna stał przed monitorem, ukazującym radar. Obserwował tylko przylatujące samoloty. Kiedy zauważył lądującego Bombardiera, odwrócił się do przestronnego okna i wyjął niewielką lornetkę. Kiedy maszyna doholowała do stanowiska postojowego, nie spuszczał z niej wzroku. Obserwował dokładnie, jak podjeżdża do niej czarne BMW, z którego wysiadł pasażer i otworzywszy tylne drzwi samochodu, stanął obok nich. W tym samym czasie otworzyły się również drzwi samolotu. Ukazał się w nich człowiek, którego przybycia się spodziewał. Musiał mieć jednak pewność, że tak się stało. Tak, to był Carlos we własnej osobie. Południowiec rozejrzał się dookoła i po podstawionych schodach zszedł na płytę lotniska. Przeszedł kilka kroków i wsiadł do samochodu. Mężczyzna na tarasie obserwując całe zdarzenie, zrobił lornetką serię zdjęć. Kiedy BMW ruszyło, odwrócił się i ruszył do wyjścia z tarasu. Po chwili znalazł się przy swoim samochodzie. Wycisnął zakodowany numer na telefonie i zameldował:
- Przyleciał.
- -
Carlos zszedł schodkami i szybko podszedł do samochodu. Przy otwartych drzwiach auta czekał na niego Matius.
- Cześć, cieszę się, że jesteś - powiedział po angielsku.
Południowiec skinął głową i wsiadając do BMW odpowiedział:
- Cześć, ja też się cieszę. Czy wszystko gotowe?
- Tak. Jeżeli nie masz innego życzenia, pojedziemy teraz do hotelu. Spotkanie sztabu akcji KURZ zaplanowane jest na jutro na 10-tą. Prawie wszyscy są już na miejscu. Jeszcze tylko nie ma admirała. Ma przylecieć rano. Teraz pewnie chcesz się odświeżyć po podróży? - Zapytał.
- Tak, to dobry pomysł - odparł Carlos.
- Zarezerwowałem dla ciebie apartament prezydencki w hotelu Marriott. Będziesz miał tam idealne miejsce zarówno na pracę jak i relaks - informował Matius.
- Ho Ho! Udało ci się załatwić to cacko? - Powiedział z podziwem w glosie. - Słyszałem, że jest to jeden z najbardziej luksusowych apartamentów hotelowych w Europie. Czy to prawda?
- Można tak powiedzieć, nie sprawdzałem statystyk - Matius roześmiał się głośno. - Ale co prawda, to prawda. Z czterdziestego piętra będziesz miał imponujący widok na Warszawę. Do twojej dyspozycji jest 2150 metrów kwadratowych luksusu najwyższej klasy na dwóch piętrach. Dwie sypialnie, jadalnia, kuchnia, salon z bilardem, a co najważniejsze - dostęp do Club Lounge M! Pasuje?
- Super! Mam parę innych spotkań biznesowych, będzie to, więc doskonałe miejsce. Jak zawsze jesteś niesamowicie kreatywny - uśmiechnął się.
- A jak z ochroną?
- Wszystko jest już zorganizowane, nie ma takiej opcji, żebym cokolwiek przeoczył. Możesz być spokojny. Karol też tutaj jest. Czeka na nas w hotelu. On już mnie dokładnie weryfikuje - uśmiechnął się Matius.
Czarne BMW ruszyło, wjeżdżając na ulicę Żwirki i Wigury w kierunku hotelu Marriott. Ten błękitny wieżowiec mieści się w samym sercu Warszawy, w Alejach Jerozolimskich naprzeciwko Dworca Centralnego. Carlos był przedostatnim z uczestników spotkania, który przybył do stolicy Polski. Główni architekci akcji KURZ i akcjonariusze grupy Kondor będą w komplecie. Jutro zapadną ostateczne decyzje, a data rozpoczęcia akcji zostanie ustalona.
WetArrow.
Rio De Janeiro, 08 styczeń 2018.
Po dwóch dniach od otrzymania nagrań z opery w gabinecie szefa organizacji 'Trzy Gwiazdy' George'a Morgana zgromadziło się trzech mężczyzn. Wszyscy byli wpatrzeni w duży monitor, na którym komputer analizował tekst przekazany z kamery V2T LFRT. Tekst tylko częściowo był zrozumiały. W wielu fragmentach nie można było zrozumieć sensu.
- Nie do końca można się tutaj doczytać, o co chodzi, ale z tych fragmentów, które są zrozumiałe jasno wynika, że organizują coś poważnego. Południowiec nie mieszałby się w nic, co nie byłoby dużym przedsięwzięciem - powiedział Morgan.
- To oczywiste, chodzi tylko o to, że z tego nagrania nic konkretnego nie wynika. Czy można to poddać jakieś bardziej szczegółowej analizie? - zapytał facet, którego nazywali Niedźwiedź, nie tylko z racji wyglądu, ale i zachowania.
- Już to zrobiłem. Fabian to obrabiał cały dzień. Niestety zbyt często odwracali się i kamera nie mogła ich złapać w wystarczającym stopniu. Wiemy jednak, że za dwa tygodnie Południowiec pojedzie do Warszawy. Już podjąłem odpowiednie kroki. Borha tam będzie.
- Ufasz mu? - zapytał Niedźwiedź. - Po tym wyczynie w operze obawiam się, że znowu coś będzie próbował na własną rękę. Może wszystko zepsuć.
- Miałem z nim rozmowę, nie będzie niczego więcej próbował. Gwarantuję!
- Z tego co tutaj można wyczytać, chodzi chyba o jakieś akcje w lecznictwie. Nie widzę tylko gdzie jest tutaj kasa? Południowiec siedzi w marihuanie i ma ten temat opanowany do końca. Trudno byłoby tutaj coś ruszyć. Tym bardziej, że zaczyna działać już legalnie. To otwiera mu zupełnie nowe możliwości. Jeżeli cała ta pogawędka dotyczy jego aptek to nie widzę powodu, żeby się w to pakować.
- Nie do końca - powiedział Morgan - zwróćcie uwagę, o czym mówi Matius. On ma bardzo konkretne propozycje dla Carlosa. Pod koniec rozmowy temat schodzi na jakiś plan, który określają kryptonimem "ŻNIWO", przeczytajcie.
Morgan ruszył kursorem i tekst na ekranie przesunął się do góry. Kiedy doszedł do końca zatrzymał myszkę i lekko wrócił.
- O tutaj - wskazał strzałką - tutaj. Przeczytajcie.
Mężczyźni uważnie spojrzeli na ekran.
"jak zane... zdajes sobe spraw jest to przedsięwzięcie na ogrom.. salę środki kto są na po ...to olbrzymie sumy lan pod nazw żniwo któr ...mokrela jak te .... zdobyć jest ...opracowany w naj... mn.... gółach, potrzeba jemy... tylko wykonawcy to jest tu czym po... ciebie przychoce... domy slam się wiec ... chodz... sto... bycie tych środków... ując według planu żniwo..."
Tak, teraz było wszystko jasne. Chodziło o zdobycie jakichś środków na zrealizowanie całego przedsięwzięcia. Tutaj musiało chodzić o kasę, o dużą kasę. Morgan miał rację, tego nie można przepuścić.
- A ty co sądzisz Marco? Milczysz, jakby cię to zupełnie nie interesowało. Obawiasz się Carlosa? - prowokował Morgan, zwracając się do człowieka, którego wygląd przypominał bohatera westernów.
Facet o imieniu Marco faktycznie nic nie mówił. Jednak bardzo uważnie przyglądał się temu, co wyświetlał monitor. Słuchał ich komentarzy. Teraz, kiedy Morgan zwrócił się bezpośrednio do niego, wolno odwrócił wzrok od ekranu. Sięgnął po papierosa, zapalił i powiedział:
- Nigdy nie obawiam się nikogo - powiedział wolno. - Nie rozumiem, czego wy tutaj nie kapujecie. Przecież to jest jasne. Południowiec został zatrudniony, żeby zorganizować 'sałatę' na akcję, którą określają Kurz. Nie bardzo wiadomo jak ma tę kasę zdobyć, ale sadzę, że to można będzie ustalić jak zaczepimy mu pluskwę w Warszawie.
- No i o to chodzi. Borha będzie na miejscu i wyciągnie te wszystkie informacje - powiedział Morgan.
- Ja bym na twoim miejscu wysłał tam kogoś innego. John jest zbyt napakowany chęcią zemsty - zauważył Marco.
- Borha tam pojedzie, ale do wykonania roboty będzie miał ludzi. Wyraźnie określiłem, co i kto ma robić - zawyrokował Morgan.
- Może trzeba zająć się tym Matiusem? Z mojego doświadczenia wiem, że zawsze można uzyskać o wiele więcej posługując się uprzejmym słowem podpartym pistoletem, niż tylko samym słowem.
- Ty Cowboy zaraz chcesz cisnąć. Nie znasz Matiusa? To nie jest jakiś żółtodziób - powiedział Niedźwiedź.
- Uwierz mi przyjacielu, już ja mam swoje sposoby. Każdy wyzna mi miłość, jak go o to poproszę - szyderczo roześmiał się Marco, którego nazywano Cowboy.
- Wiemy, że mają organizować kasę. Trzeba ustalić jak i ile. Carlos nie wchodzi w sprawy, które uważa za niesłuszne. On ma swoje kategorie dobrych i złych pieniędzy - stwierdził Morgan śmiejąc się szyderczo.
- "Nie ma czegoś takiego jak dobre pieniądze lub złe pieniądze. Są tylko pieniądze" - Cowboy zacytował słynne powiedzenie gangstera Lucky Luciano.
Myślę - kontynuował, - że trzeba się im bliżej przyjrzeć w tej Warszawie. Na pewno będzie jakiś przeciek i coś złapiemy. A jak nie, to ja zawsze chętnie zastosuję rozmowy prosto z serca - zaśmiał się Cowboy.
- Zgadzam się. Nie mogę znieść sytuacji, kiedy wiem, że nic nie wiem. Jak trzeba będzie przycisnąć tego Matiusa, to ty Cowboy zajmiesz się tym - zadecydował Morgan.
- Już mnie to cieszy. Wiesz, co zrobię? Jak już wszystko wyśpiewa, wezmę nóż i wytnę mu język, a później wyślę go do tej jego lali - z sadystycznym zadowoleniem rozmarzył się Cowboy.
- Ok panowie, ustalmy więc dalsze posunięcia. Bohr pojedzie do Polski. Dam mu ekipę, żeby mógł swobodnie działać w razie potrzeby. Ty Cowboy, jak skończysz testy w Macapá polecisz do LA. Popytaj wśród tamtejszych Meksykanów. Na pewno czegoś się dowiesz.
- Z miłą chęcią odwiedzę stare kąty, może i Lucy da się pogłaskać - roześmiał się głośno.
- Ty, Niedźwiedź, pojedziesz do Nowego Yorku. Muszę wszystko wiedzieć o tej Columbia Ekspres, dla której pracował Matius. Mam nosa, że to będzie dobry trop i naprowadzi nas, o co w tym wszystkim chodzi.
- Bezproblemowo. A może tak przy okazji zająć się tą jego panienką?
- Nie. Nawet o tym nie myśl. Przynajmniej nie teraz. Co możesz zrobić, to namierzyć gdzie ona mieszka i jak wygląda jej rozkład dnia. Dowiedz się gdzie chodzi, co robi i z kim się spotyka. Ale wszystko z dystansu... zrozumiałeś?
- Tak jest, boss.
- Ach... i jeszcze jedno. Cowboy, jak wygląda sprawa z projektem WetArrow? Ile jeszcze czasu potrzebujesz i czy macie już jakieś konkretne wyniki? Ostatnio mówiłeś, że wszystko jest prawie zakończone i będzie można zacząć działać. Jednak do tej pory nie otrzymałem żadnego raportu w tej sprawie.
WetArrow był to najnowszy projekt Morgana. Miał on zakończyć problemy z ryzykiem przemycania przez granicę narkotyków produkowanych w wytwórniach organizacji 'Trzy Gwiazdy'.
WetArrow to niewielkie, pływające pod wodą, i w pełni zautomatyzowane urządzenie. Zaprojektowane zostało do przenoszenia ładunków o wadze do 50 kilogramów. Konstrukcja i sposób działania WetArrow są oparte na technologii działania torped. Podobnie jak one, WetArrow mają na pokładzie silnik elektryczny, który obraca małe śmigło. Do nawigacji służy zainstalowany tam komputer naprowadzający. Jego działanie oparte jest na odbiorze informacji pobieranych przez pokładowy radar i sonar. Po odpaleniu, WetArrow jest prowadzony przez komputer pokładowy i płynie około 10 metrów pod powierzchnią wody. Za pomocą złożonej formuły prędkości, ruchu prądów wodnych, temperatury i ciśnienia, kieruje się na zaprogramowany cel. Różnica pomiędzy WetArrow, a torpedą polega na tym, że pocisk nie eksploduje kiedy dotrze do celu.
WetArrow zatrzymuje się w wyznaczonym przez komputer miejscu i czeka w wodzie około 3-5 metrów pod jej powierzchnią. Utrzymuje przy tym stałą pozycję i wysyła impulsy naprowadzające. Można bardzo łatwo go zlokalizować, a następnie wyłowić na pokład jakiegokolwiek pojazdu nawodnego. Może zostać również podebrany ręcznie przez płetwonurka. Pociski WetArrow są wielokrotnego użytku i mają służyć do przerzucania narkotyków do USA, jak również i do innych krajów. Wystarczy wypuścić je ze statku dryfującego na wodach neutralnych, żeby później wyłowić załadowane narkotykami głowice przy okolicznych brzegach.
Załadunek na statek wypełnionych narkotykami głowic WetArrow odbywa się w podobny sposób. Odpalane z brzegu pociski wypływają poza wody terytorialne, gdzie czeka na nie, umówiona jednostka. Podbieranie pocisków z wody odbywa się za pomocą opuszczonych na jej powierzchnię małych łodzi pontonowych.
Morgan ma nadzieję zlikwidować w ten sposób ryzyko wpadki podczas przemycania towaru. Przy pomocy systemu WetArrow, organizacja "Trzy Gwiazdy" chce pobić konkurencję poprzez radykalne obniżenie kosztów transportu, eliminując nie tylko ryzyko aresztowania, ale przede wszystkim utraty towaru.
- Mówiłem George, że jak będę gotowy, to przedłożę raport z całości operacji na ręce Santiago - odpowiedział Cowboy.
- Ile to jeszcze potrwa? - Dopytywał się Morgan.
- Potrzebuję jeszcze kilku dni. Jose jest teraz w Macapá. Zbiera wyniki dokładności nawigacyjnej WetArrow. Zgodnie z twoim zaleceniem są one przeprowadzane na północnym kanale Amazonki, w pobliżu ujścia do Oceanu Atlantyckiego. Zakończenie całości operacji nie potrwa dłużej niż 10, no może 12 dni. Zresztą zapytaj o szczegóły syna. Santiago siedzi w Algodoal cały czas.
Morgan był zadowolony. Specjalnie wybrał okolice Macapá do testów systemu WetArrow. Miasto jest stolicą stanu Amapá w północnym regionie kraju, ale nie administracyjne znaczenie było tego powodem. Było to doskonałe miejsce ze względu na położenie geograficzne. Miejscowość znajduje się na niewielkim płaskowyżu na Amazonii, w południowo-wschodniej części stanu Amapá.
Z Macapá prowadzi wprawdzie kilka rzadko używanych dróg do innych miast w Brazylii, ale głównie jest ona połączona z resztą kraju drogą powietrzną i morską. Ta izolacja stwarza, że panują tam doskonałe warunki do przetestowania, jak działają pociski WetArrow. Cowboy mógł bez przeszkód przeprowadzać testy dokładności prowadzenia nośników głowic ładunkowych, zarówno w warunkach rzecznych jak i oceanicznych. Morgan był właścicielem posiadłości, która mieściła się niedaleko Belém, w niewielkiej osadzie o nazwie Algodoal. Właśnie stamtąd Santiago kierował całością sprawdzania urządzeń WetArrow.
- OK, doskonale. Niech Jose skupi się na testach. Ja nie naciskam, mamy czas. Najważniejsza jest dokładność WetArrow i na tym trzeba się skoncentrować. Jeżeli mamy ustalone co i jak, to może byśmy teraz poszli na dobrego steka i piwo, co wy na to panowie. Na dole otworzyli nową restaurację - zaproponował Morgan
Propozycja spotkała się z pełnym poparciem.
Zupa.
Nowy York, 06 grudzień 2010, godzina 19:00.
Matius wszedł do restauracji. Hostessa zaprowadziła go do stolika w głębi lokalu, niedaleko okna. Usiadł i prawie zaraz zobaczył Su. Wysiadała właśnie z taksówki. Widział jak wchodzi do Monty. Jej kruczo-czarne włosy lśniły w blasku ulicznych świateł. Ubrana była w krótką spódnicę i jedwabną bluzkę. Na wierzch miała narzuconą biało czarną wełnianą kurtkę z kapturem. Czarne kozaczki na wysokich obcasach wydłużały wysmukłe nogi dziewczyny. Była piękną kobietą. Podeszła do stolika i uśmiechnęła się do niego. Wstał i odsunął jej krzesło.
- Witaj. Wspaniale, że jesteś - powiedział na powitanie.
- Powiedziałam, że przyjdę, a ja zawsze dotrzymuję tego, do czego się zobowiązuję - odpowiedziała i uśmiechnęła się ponownie. - Poza tym miałam ochotę na tę zupę. Zareklamowałeś ją tak, że trudno się było oprzeć pokusie - powiedziała dwuznacznie, patrząc jednocześnie na niego uwodzicielsko.
- Sama się zaraz o tym przekonasz, naprawdę jest świetna.
Patrzyli sobie w oczy przez dłuższą chwilę. Matius poczuł coś, czego nigdy wcześniej nie doznał. Przez jego ciało przeszedł prąd i poczuł dziwne ukłucie w brzuchu, aż lekko się skrzywił. Nagle, doświadczył eksplozji w żołądku. Była to mieszanka lęku i szczęścia, ale sprawiała, że czuł się z tym dobrze. Nie mógł się doczekać, co będzie dalej. To, co teraz go ogarniało było jedyne w swoim rodzaju. Nagle zrozumiał, że tylko z nią będzie szczęśliwy.
- Musi dać z siebie wszystko, aby zaimponować tej dziewczynie - pomyślał.
Dotarło do niego, że w tym momencie niczego więcej nie pragnie, tylko jej. Zrozumiał, że musi mieć tę dziewczynę. Nie, nie było to pragnienie posiadania jej na jedną noc. On chciał, żeby Su była z nim już na zawsze. Ze zdziwieniem stwierdził, że był w niej zakochany.
Podszedł kelner i postawił przed nimi talerze z dymiącymi zupami. Ukłonił się w japońskim stylu i odszedł. Su opuściła wzrok, ujęła łyżkę w dłoń i spróbowała potrawy. Zupa była naprawdę znakomita. Próbowała zająć się jedzeniem, ale czuła na sobie świdrujący wzrok Matiusa. Jej ciało przechodziły na przemian fale gorąca i zimna. Nie do końca rozumiała, co się z nią dzieje. Gdyby tak mogła czytać w myślach mężczyzny, który siedział naprzeciwko. Znała te wszystkie opowieści, w których faceci mówią, że wolą blondynki lub brunetki?
- Ale czy to, o to chodzi? - pytała siebie. - Czy wszystko zawsze musi być tak prostolinijne, bezuczuciowe i bez wartości? Nie, to co czuje teraz jest czymś więcej. Przecież w głębszych relacjach pomiędzy mężczyzną i kobietą chodzi o duszę tej drugiej osoby. Nie ważne jest to, jak postrzegamy tego, kto wywołuje u nas zawrót myśli, lecz o sposób, w jaki nas dotyka nie używając rąk - myślała.
Dzisiaj go spotkała po raz pierwszy, a później nie potrafiła o nim zapomnieć jak wyszedł z biura. Jego osoba absorbowała jej doznania, aż do chwili pojawienia się tutaj, w Moncie. Czuła, że to jest znak, że jej serce zostało trafione i że nie ma już odwrotu. To musi być coś więcej jak zauroczenie. Zdała sobie nagle sprawę, że jest to miłość... miłość od pierwszego wejrzenia. Spojrzała na Matiusa. Patrzył na nią jakby chciał ją pochłonąć wzrokiem.
- Nie jesz? - Zapytała, udając, że jest opanowana. - Naprawdę jest doskonała. Miałeś rację co do jej walorów smakowych - powiedziała żeby coś powiedzieć, a po krótkiej chwili dodała:
- Czy ty zawsze masz rację?
- Staram się jak mogę - odpowiedział ze szczerym uśmiechem. - Cieszę się, że zupa Tobie smakuje. Mają tutaj też doskonałe grillowane filety z łososia. Może chcesz spróbować? Warto - zachęcał.
Su jednak nie chciała już niczego więcej próbować. Zapragnęła jego. Zdawała sobie sprawę, że jest to nierozsądne, wręcz głupie, jednak palące uczucie oddania się jemu, było wszechogarniające. Wiedziała już, że dzisiejszy wieczór nie skończy się na zupie.
Matius patrzył na dziewczynę jak kończyła swoje danie. Z każdą sekundą podobała mu się coraz bardziej. Czuł jak wzbiera się w nim ochota, żeby ją objąć, przytulic i całować. Nie mógł się doczekać, kiedy stąd wyjdą. Su skończyła jeść i odłożyła łyżkę, spojrzała na niego i niespodziewanie powiedziała:
- Chodźmy stąd. Zaprowadź mnie do siebie.
Matius spojrzał na wpatrzoną w niego Su. W pierwszej chwili nie wierzył w to, co usłyszał, ale Su już chwyciła go za rękę i lekko pociągnęła. Wyciągnął banknot 50-cio dolarowy i położył pieniądze obok swojego talerza. Skinął na kelnera, że wychodzą. Nie czekał na resztę. Szli szybko 6-tą ulicą w kierunku jego mieszkania. Trzymali się za ręce tak, jak gdyby znali się od lat. Nie rozmawiali. Oboje wiedzieli dokładnie, czego chcą.
Otworzył drzwi swojego mieszkania i Su weszła pierwsza. Rozejrzała się szybko i tak, jakby była tutaj już nie pierwszy raz, skierowała się prosto do sypialni. Zdjęła kurtkę i rzuciła ją na podłogę. Kiedy podniosła wzrok, zobaczyła Matiusa stojącego w drzwiach. Nic nie mówił. Pochłaniał ją namiętnym i pełnym pożądania wzrokiem. Podszedł do niej i rozluźnił krawat. Su rozpięła bluzkę i opuściła spódnicę. Jej bielizna nie stanowiła większej przeszkody. Matius spojrzał na jej jędrne piersi falujące w podnieceniu. Chwycił ją za biodra i zanim się zorientowała, jego język już wciskał się w jej usta. Poderwał ją w górę i w następnej sekundzie została przyciśnięta do ściany. Poczuła go głęboko w sobie. Zdejmowała z niego koszulę, chcąc poczuć jego skórę. Przycisnęła usta do jego szyi smagając ją końcem języka. Czuła, jak Matius istniał nie tylko w jej ciele, ale i w jej duszy. Ogarniał ją sobą, pieścił jej piersi, najpierw jedną, a potem drugą. Objęła go nogami. Czuła, że robi jej się słabo. Prawie zemdlała, kiedy nadeszła rozkosz. Przyciskając dłońmi jego biodra do siebie zaczęła krzyczeć. Kochali się z dziką, niemalże zwierzęcą namiętnością. Ich ciała płonęły z rozkoszy. Chcieli, żeby to uczucie trwało wiecznie. Kiedy napięcie zelżało, spojrzała mu prosto w oczy. Padli na łóżko i leżeli obok siebie nic nie mówiąc. Oboje wiedzieli, że była to jedna z tych rzeczy, które musiały się wydarzyć.
- -
Minęło parę dni. Nadszedł czwartek 09 grudzień, dzień, w którym miał spotkanie w Columbia Ekspres. Su od chwili ich gorącej nocy mieszkała praktycznie u niego. Dzisiaj już jej nie było, wyszła wcześniej do pracy. Wszystkie papiery miał wypełnione. Ubrał się w ten sam garnitur, w którym był tam w poniedziałek i wyszedł. Po kilkunastu minutach znalazł się na 18-tym piętrze przed drzwiami firmy. Zapukał i wszedł do środka. Su siedziała za swoim biurkiem, rozmawiając z kimś przez telefon. Spojrzała na niego i przesłała pocałunek. Kiedy skończyła rozmowę nacisnęła na biuro-fon.
- Szefie, przyszedł pan Warecki. - Odczekała chwilę i powiedziała:
- Możesz wejść, ... Kocham Cię. - Szepnęła, kiedy przechodził obok niej.
Zlecenie.
Nowy York, 09 grudzień 2010, czwartek godzina 10:00.
Matius wszedł do biura Borena. Szef Columbia Ekspres siedział za swoim biurkiem, trzymając w rękach małe czarne pudełko. Na widok wchodzącego powstał i podając mu rękę, powiedział:
- Witam, proszę usiąść. Przeglądałem pański Kwestionariusz Kuriera. Imponujące. Naprawdę. Jest pan w tak młodym wieku, a już za panem tyle doświadczeń. Mam tylko jedno pytanie. Podczas ostatniego kontraktu w Namibii został pan bardzo ciężko ranny. Wiadomo nam, że ten granat omal nie pozbawił pana życia. Czy wrócił pan już do zdrowia w stu procentach?
Matius spojrzał na Borena.
- Do diabła, skąd on to wie?... - zastanawiał się. To są informacje ściśle tajne. Ma do nich dostęp tylko wojsko, a Boren znał nawet szczegóły. Ciekawe czy też wie, kto go z tej polany ściągnął. Su miała rację - myślał - oni dokładnie wszystko sprawdzają, a na głos powiedział:
- Tak, to było ponad rok temu. Czuję się, jakbym nigdy tam nie był. Jestem zupełnie zdrowy.
- To dobrze. Wielu pana kolegów nie miało tyle szczęścia. To był ciężki kontrakt - nagle zamilkł, przyglądając się Matiusowi z uwagą.
Boren mówił o szczegółach ostatniego kontraktu Matiusa nie, dlatego, że mu współczuł. Informował go w ten sposób, że Columbia Ekspres to nie FedEx czy UPS. Widząc zdziwioną minę Matiusa wiedział już, że osiągnął swój cel.
- Tak, to fakt - odpowiedział, - ale praca najemnika polega na tym, że bierzemy na siebie ryzyko śmierci. Na wojnie jest to zawsze bardzo prawdopodobne. Ja miałem szczęście, kumple mnie wynieśli. Gdybym tam był, kiedy wpadli w zasadzkę, na pewno też zrobiłbym wszystko, żeby im pomóc.
- Ja nie podważam tego, panie Warecki. Zrobiliśmy o panu bardzo dokładny wywiad i wiem, że jest pan człowiekiem honoru - uspokoił go Boren.
- Przejdźmy do sprawy zatrudnienia pana w naszej firmie. Pańskie kwalifikacje są wystarczająco dobre. Chciałbym, żeby jeszcze dzisiaj zrobił pan testy zdrowotne u naszego lekarza. Jest to tylko formalność, ponieważ... jest pan przyjęty. Otrzyma pan pierwsze zlecenie już w tę sobotę. Czy jest pan gotowy?
Matius zaniemówił. Nie spodziewał się tak szybkiego obrotu sprawy. Był szczęśliwy, ale jednocześnie zaskoczony. Tysiące myśli przelewało mu się przez głowę. Nagle stracił pewność siebie. Zaczął się zastanawiać, czy da radę, czy wytrzyma i czy poradzi sobie z tym, czego będą od niego żądać. W tym momencie otworzyły się drzwi i weszła Su. Spojrzał na dziewczynę i wszystko się natychmiast rozjaśniło. Wiedział już, że jest gotowy na pierwsze zlecenie. Su podała Borenowi jakąś teczkę i zaraz wyszła.
- Oczywiście, bardzo dziękuję za zaufanie - powiedział. - Zgłoszę się do lekarza zaraz po naszym spotkaniu. Jestem gotowy.
- Doskonale. Przejdźmy, więc do szczegółów.
Boren otworzył teczkę, którą przyniosła mu Su i wyjął z niej jakiś dokument. Był on wypełniony drobnym drukiem. Na ostatniej kartce, u dołu widniał podpis Borena i puste miejsce na inny podpis.
- Proszę podpisać ten dokument. Jest to umowa pomiędzy Columbia Ekspres, a panem. Zobowiązuje ona pana do zachowania absolutnej tajemnicy o tym, co i gdzie będzie pan dostarczał. Upoważnia też firmę do zastosowania wszelkich koniecznych środków, gdyby nie wywiązał się pan z tej umowy. Proszę tu podpisać, chyba, że potrzebuje pan czasu żeby przeczytać dokładnie cały tekst - skończył i podał Matiusowi gruby plik spiętych papierów.
Matius chwilę przeglądał umowę przerzucając kartki. Było tego ze trzydzieści stron.
- Właściwie - pomyślał, - co to za różnica, co tam jest napisane. Znał siebie i wiedział, że nie zawali. Od Su dowiedział się wiele o firmie, i samym Borenie. Zrobił też swój wywiad. Miał wejścia w departamencie obrony i uzyskane informacje, nie wskazywały na żadne ryzyko podjęcia pracy w Columbia Express. A poza tym, nic lepszego na pewno mu się nie trafi. Sięgnął po długopis i podpisał się obok podpisu Borena.
- Nie mam wątpliwości, że dotrzymam wszystkich punktów tej umowy - powiedział na głos.
Boren odebrał teczkę, a odkładając ją do szuflady spojrzał na Matiusa i powiedział:
- W takim razie witam pana na pokładzie Columbia Ekspres. Kopię umowy otrzyma pan kiedy będzie pan wychodził. Przedstawię teraz panu szczegóły pańskiego pierwszego zlecenia.
Sięgnął po małe czarne pudełko ze złotymi paskami, które trzymał w rękach w chwili wejścia Matiusa do biura. Otworzył je i postawił naprzeciwko.
- Jak pan widzi jest to zegarek firmy Patek Philippe. Ten egzemplarz został zrobiony na specjalne zamówienie. Wartość jego to prawie 300 tysięcy dolarów. Przeznaczony jest dla jednego z naszych ważniejszych klientów z Kalifornii. Poleci pan tam w najbliższą sobotę i osobiście mu go dostarczy.
Matius przyglądał się platynowemu czasomierzowi. Nie mógł uwierzyć, że trzyma takie cacko w rękach.
- Tak, oczywiście - starał się opanować zmieszanie. - Czy są jakieś dyrektywy jak mam tam dotrzeć?
- Tak. W sobotę rano poleci pan do Kalifornii jednym z naszych prywatnych samolotów. Na lotnisku w LA uda się pan do hangaru numer 3. Tam odbierze pan motocykl marki Harley Davidson. W rejonie Los Angeles jest to najlepszy środek lokomocji ze względu na korki. Motocykl będzie wyposażony w dwie torby skórzane. W jednej z nich znajdzie pan broń. Będzie to lekki automatyczny pistolet. Wyjmie pan go, załaduje i założy na siebie chowając pod kurtkę. Następnie pojedzie pan na spotkanie z klientem. Przekaże pan przesyłkę, ale tylko i wyłącznie do rąk własnych. Adres i nazwisko klienta otrzyma pan w chwili odebrania motoru. W hełmie będzie zainstalowany komunikator. Założy pan kask, włączy motor i powie "Philip przyleciał". Wtedy usłyszy pan adres i nazwisko odbiorcy, a na monitorze zobaczy pan zdjęcie naszego klienta. Uda się pan tam natychmiast, dostarczy przesyłkę i jeszcze tego samego dnia wróci do Nowego Yorku. Aha... i jeszcze jedno. Czas ma tutaj znaczenie. Przesyłka musi być dostarczona nie później jak do godziny 19:45 czasu kalifornijskiego. Proszę to zapamiętać, do 19:45. Czy wszystko jasne?
- Tak, nie widzę żadnego problemu - odpowiedział Matius.
- Doskonale. W takim razie proszę zgłosić się jutro rano na ulicę Niepodległości 321. Otrzyma pan tam całe wyposażenie kuriera. To wszystko. Dziękuję i do zobaczenia w sobotę rano.
Boren wstał i zakończył spotkanie. Matius podziękował i wyszedł z biura. Przechodząc obok Su, uśmiechnął się i podniósł kciuk do góry. Resztę dnia spędził na badaniach lekarskich, później na treningu, a wieczorem w objęciach Su. Nie wiedział, że to pierwsze zlecenie firmy Columbia Ekspres zmieni losy jego życia na zawsze.
- -
W sobotę był na lotnisku już o 6:00 rano. Wszystkie formalności załatwił wczoraj. Dzisiaj tylko odebrał przesyłkę z biura Borena. Samolot był już gotowy do startu. Po krótkiej chwili odrzutowiec ruszył, ustawił się na pasie startowym i nabierając prędkości lekko wzbił się w powietrze. Matius rozpoczął swoje pierwsze zadanie jako kurier Columbia Ekspres. Przed nim było około 6 godzin lotu. Spojrzał na zegarek. Była 7:00 rano. Na LAX będzie o 16:10 tamtego czasu. Miał dużo do przemyślenia.
W głowie szumiał mu potok myśli. Wszystko potoczyło się tak szybko. Jeszcze przed tygodniem był w tragicznej sytuacji, a dzisiaj siedzi w luksusowym prywatnym odrzutowcu i przewozi przesyłkę wartą ponad ćwierć miliona dolarów. Gdyby mu to ktoś wcześniej powiedział, nie uwierzyłby. A jednak to prawda.
- No tak. Znowu spadłeś na cztery łapy Kocurze - powiedział cicho do siebie.
Myśli swoje skierował teraz ku Su. Nigdy przedtem nie czuł nic podobnego. Kochał tę dziewczynę każdym kawałkiem swojego ciała i duszy. Myślał o niej w każdej minucie. Teraz, kiedy musiał wyjechać czuł się bardzo źle. Tęsknił. Pocieszało go tylko to, że już jutro będzie z powrotem.
Lotnisko w Los Angeles to jeden z najbardziej ruchliwych portów lotniczych nie tylko w Stanach, ale i na świecie. Odrzutowiec BGH21 po wylądowaniu o wyznaczonym czasie podjechał do części wydzielonej dla prywatnych samolotów. Kiedy tylko maszyna znieruchomiała, Matius odpiął pasy i skierował się do wyjścia. Nie miał za dużo czasu. Wprawdzie do Huntington Beach nie było daleko, ale biorąc pod uwagę korki na tutejszych autostradach każda minuta miała znaczenie. Czarny Harley stał zaparkowany na wyznaczonym miejscu i czekał na swojego kierowcę. Matius podszedł do ciężkiej maszyny. Otworzył jedną ze skórzanych toreb i wyjął pistolet. Załadował go i ukrył pod kurtką. Chwycił za kierownicę i usiadł na miękkim siedzeniu uruchamiając jednocześnie silnik. Założył kask i powiedział do mikrofonu:
- Philip przyleciał.
W głośnikach odezwał się męski głos. "Odbiorca - Carlos Castrowerde, adres dostarczenia -Huntington Beach ulica Garfield numer...". Na małym ekranie motocykla ukazała się twarz klienta. Matius chwilę przyglądał się mężczyźnie na zdjęciu. Następnie zmienił obraz komputera na nawigację, wrzucił bieg i ruszył. Komputer uwzględniając warunki na drogach pokazywał, że powinien być na miejscu około po 19:20. Wszystko szło według ustalonego harmonogramu.
Wyjechał z lotniska na drogę szybkiego ruchu numer 1, która prowadziła do autostrady 405. Do Huntington Beach miał około godziny jazdy. W Westminster zjechał na Main Street, którą dojechał do Garfield. Kiedy podjeżdżał do skrzyżowania usłyszał strzały. Zobaczył wybuch i przewracającego się tam Hammera. Napastnicy strzelali z broni maszynowej, osłaniając się za stojącą w poprzek limuzyną. Po chwili nastała cisza. Jeden z bandytów podszedł do przewróconego SUV-a, spod którego wyczołgiwał się jakiś człowiek. Napastnik chwycił go za kołnierz podciągając w górę. Matius zobaczył twarz rannego. To był jego klient. Jako kurier Columbia Ekspres jego zadaniem było dostarczenie przesyłki do adresata za wszelką cenę. Nie zastanawiał się dłużej. Wyciągnął spod kurtki ukryty tam pistolet maszynowy.
Chwycił kierownicę motoru i z potężnym wyciem silnika ruszył. Szarżując na napastnika, zobaczył leżące na asfalcie oderwane drzwi Hammera. Były ułożone jak rampa. Bez chwili zastanowienia wjechał na nie. Siła rozpędu wybiła potężną maszynę w powietrze. Unosząc przednie koło, wycelował je prosto w głowę bandyty. Kręcącą się oponą trafił napastnika prosto w czoło. Cios powalił mężczyznę, który z rozdartą na pół czaszką padł na wznak wypuszczając jednocześnie karabin. Matius przeleciał nad ofiarą, zawrócił i zatrzymał motor. Krótkimi seriami z pistoletu błyskawicznie wybił resztę bandy. Strzelającego do niego kierowcę limuzyny zatrzymał jednym strzałem. Kiedy wszystko ucichło wolno podjechał do przewróconego Hammera. Postawił maszynę na nóżkach, zsiadł z motoru i zdjął hełm. Wyciągnął rękę do leżącego mężczyzny i pomógł mu wstać.
- Senior Carlos Castrowerde? - Zapytał.
- Tak - odpowiedział tamten.
- Jestem z polecenia Columbia Ekspres, przywiozłem dla pana paczkę.
Pierwsze zadanie nowego kuriera zostało wykonane.
Punkt Nemo.
Hamburg, czwartek, 24 maj 2019, godzina 08:15.
Savanna była gotowa do wyruszenia w morze. Przez ostatnie dwa dni przyjechało jeszcze 35 ciężarówek z takimi samymi ładunkami, jakie przywiózł czarny TIR. Wszystko szło według planu. Była godzina 8: 15 rano 23 maja 2019 roku. Super jacht uruchomił potężne silniki i włączył syreny, które oznajmiły rozpoczęcie prawie trzytygodniowej podroży. Potężne śruby zawirowały i statek wolno odbił od przystani.
Celem wojażu było najbardziej odizolowane miejsce na Ziemi, tzw. Punkt Nemo. Swoją nazwę zawdzięcza ono legendarnemu podróżnikowi z powieści Juliusza Verne'a Dwadzieścia Tysięcy Mil Podmorskiej Żeglugi, kapitanowi Nemo. Punkt Nemo znajduje się około 2 500 km na wschód od Nowej Zelandii na Oceanie Spokojnym. Geograficzne położenie ogranicza ilość prądów oceanicznych i przepływu wiatrów w rejonie. Powoduje to, że bardzo mało składników odżywczych wpływa do tego obszaru i w istocie jest to jedna ogromna oceaniczna pustynia.
Obszar ten znany jest również, jako "cmentarz statków kosmicznych". Kiedy skazany na zagładę sztuczny satelita zostaje wyłączony ze służby, tam właśnie jest zrzucany. Szanse na trafienie przepływającej małej łodzi czy nawet dużego statku są jednak bardzo znikome. Już ponad 300 satelitów i innych kosmicznych wraków zostało złożonych w tym oceanicznym grobie.
Ta kompletnie odizolowana od cywilizacji lokalizacja była teraz celem podróży Savanny. Nie przez przypadek grupa Kondor wybrała to właśnie miejsce. Miały na to wpływ trzy zasadnicze powody.
- Po pierwsze: prawie kompletna izolacja od cywilizacji.
- Po drugie: brak silnych prądów morskich powodował spokojne wody.
- I po trzecie: kosmiczne złomowisko na dnie, dawało doskonałe warunki kamuflażu.
Punkt Nemo był, więc idealnym miejscem na realizację podstawowej części akcji KURZ. Ukrycia w głębinach Oceanu Spokojnego modułu o nazwie STUDNIA wraz z jego cennym ładunkiem.
- -
Na około miesiąc przed wyruszeniem Savanny z Hamburga, w stoczniach, które były oddzielone od siebie o tysiące kilometrów, kończyły się prace konstrukcyjne trzech nietypowych jednostek morskich. Statki te przypominały swoim wyglądem super tankowce. Budujące je stocznie należały do firmy Deep Blue Ships Corporation, znanej pod skróconą nazwą DBSC.
Budowa tankowca rozpoczyna się od konstrukcji bloków, z których później skład się kadłub. Rozmiary bloków różnią się w zależności od budowanego statku i od możliwości technicznych stoczni. Typowy zbiornikowiec to około 60 bloków. Statki budowane w stoczniach DBSC składały się z 122 bloków. Wielkość konstrukcji wymagała, więc zastosowania specjalnych materiałów. Zwykła stal nie wytrzymałaby napięć powstających podczas ruchu na morzu. Statek mógłby po prostu popękać pod własnym ciężarem. Dochodziła do tego potrzeba wytrzymałości konstrukcji na potężne ciśnienie, jakie panuje na głębokości 1 000 metrów.
Firma Deep Blue Ships Corporation zastosowała, więc do jego budowy stal wzbogaconą w dodatek w postaci materiału nanotechnologicznego o nazwie Buckypaper. Materiał ten jest wykonany z cząsteczek węgla w kształcie rurek 50 000 razy cieńszych niż włos ludzki. Jest on również 500 razy silniejszy od stali i dziesięć razy od niej lżejszy. Przy zastosowaniu odpowiedniej technologii mógł być 'wklejany', jako dodatkowa warstwa w procesie laminowania stali, użytej później do budowy bloków. Z tak wzmocnionych materiałów budowana była najdłuższa i najważniejsza cześć statku, śródokręcie.
Na rufie znajdowały się pomieszczenia dla załogi i mostek kapitański. Przód statku natomiast, to część wykorzystana na magazyny z żywnością, wodą pitną i wszystkim, co jest niezbędne podczas podroży. Z zewnątrz wyglądało to jak budowa dużego super tankowca. Instalowane tutaj jednak wyposażenie i urządzenia nie miały nic wspólnego z przewożeniem ropy.
Stocznia w Port Douglas zakończyła budowę 'Studni 2' zgodnie z harmonogramem. Był 12 kwietnia 2019 roku, kiedy jasnoszary super tankowiec wyruszył w długi, bo ponad 2 700 kilometrowy rejs. Admirał John Murray ustawiając kurs na najbardziej odizolowane miejsce na Ziemi, wiedział, że jest to pierwszy, ale zarazem ostatni wojaż tego pięknego statku. Admirał też wiedział, że jeszcze dwa podobne tankowce wyruszyły tego dnia w drogę. Wszystkie trzy miały spotkać się 23 maja 2019 roku w Punkcie Nemo.
- -
W tym samym czasie, w bezkresnej przestrzeni kosmosu jeden z orbitujących nad Ziemią satelitów zmienił swoją pozycję. Było to urządzenie o technicznej nazwie "KZ03". Urządzenie obróciło się, aby ustawić skrzydła swoich światłoczułych baterii dokładnie ku słońcu. Po krótkim czasie satelita ruszył i bezgłośnie pomknął w przestrzeni. Kiedy zmienił swoją orbitę, znieruchomiał ponownie i zawisł nad błękitną planetą. Jego kamery obserwowały teraz rejon Oceanu Spokojnego, który był naznaczony przez pokładowy komputer. Pozycja, którą zajmował na nowej orbicie KZ03, była zlokalizowana dokładnie nad miejscem, które określano, jako Punkt Nemo. Zadaniem satelity było badanie i analiza panujących tam w czasie teraźniejszym warunków atmosferycznych, ruchów statków i samolotów, a następnie wysyłanie tych informacji na Ziemię.
Satelita należał do spółki Cosmo NOVA Inc. i był 'okiem na niebie' dla operacji KURZ. Informacje, które zbierał, przesyłał na mostki kapitańskie trzech super tankowców 'Studnia 1', 'Studnia 2' i 'Studnia 3'. Raporty wychodzące z KZ03 były również przechwytywane i analizowane na Savannie i w głównej kwaterze grupy Kondor w małej wsi pod Warszawą.
- -
Savanna płynęła pełną prędkością. Wśród załogi panował spokój i porządek, wszyscy byli świadomi, że są częścią wielkiej sprawy. Każdy doskonale znał swoje obowiązki. Na pokładzie nie było nikogo, którego obecność nie byłaby konieczna. Załoga liczyła 127 osób łącznie z personelem obsługi niecodziennych pasażerów jachtu. Pasażerowie to 108 dzieci w wieku od 5 do 12 lat. Rozlokowane one były na 4-tym pokładzie, w 36-ciu gościnnych kabinach. Wszystkie te dzieci łączył jeden fakt, wszystkie były nieuleczalnie chore. Cierpiały na różne dolegliwości, od zaburzeń układu odpornościowego, poprzez poważne zaburzenia alergiczne, kończąc na rożnego rodzaju schorzeniach nowotworowych.
Wszystkie przypadki były przez obecny system lecznictwa i lekarzy medycyny konwencjonalnej uznane jako niewyleczalne. Dzisiejsza medycyna skazywała te dzieci na powolną śmierć. Podróż Savanną była początkiem zmian, jakie miały wkrótce nastąpić w stanie ich zdrowia. To, co ustalał zespół lekarzy zgromadzonych na jachcie, miało uratować życie wszystkich przebywających tutaj młodych pacjentów.
Zachodzące słońce oświetlało lekko wzburzony ocean. Promienie światła odbijały się od rozpryskujących fal, tańcząc na wodzie i błyskając drobnymi złotymi płomykami. Czasami fale uderzając o dziób jachtu opryskiwały pokład słoną wodą, po to, żeby zaraz powrócić tam, skąd przybyły. Savanna płynęła lekko, zostawiając za burtą zachodzące słońce. Sprawiało to wrażenie, jakby chciała pozostawić niemoc i brak nadziei w mrokach odchodzącego dnia. Kończył się pierwszy tydzień podróży. Pozostało jeszcze trzy tygodnie do ujawnienia światu planu KURZ.
Deep Hope.
Queensland, Port Douglas, 30 maja 2019.
Stocznia Deep Blue Ships Corporation oprócz Studni budowała również na zlecenie grupy Kondor specjalnie zaprojektowaną dla akcji KURZ łódź podwodną. Miał to być duży statek załogowy, zdolny do zanurzania się co najmniej do głębokości 1 500 metrów.
Konstrukcja łodzi podwodnej różni się zasadniczo od budowy zwykłych statków. Aby łódź podwodna mogła kontrolować swoją pływalność, musi posiadać tzw. zbiorniki balastowe - inaczej zbiorniki wyrównawcze. Są one na przemian wypełniane wodą lub powietrzem. Gdy łódź znajduje się na powierzchni, zbiorniki balastowe wypełnione są powietrzem. Wyporność okrętu jest wówczas na tyle duża, że statek nie tonie. Aby kontrolować poruszanie się na dowolnie ustalonej głębokości należy utrzymywać odpowiedni balans pomiędzy ilością powietrza i wody w zbiornikach wyrównawczych. Kierunek ruchu w prawo lub w lewo odbywa się za pomocą steru ogonowego. Natomiast tzw. hydroplany służą do kontroli kąta nachylenia rufy. Kiedy łódź podwodna musi się wynurzyć, sprężone powietrze przepływa z kolb powietrznych do zbiorników balastowych. Woda jest wypychana na zewnątrz, aż całkowita wyporność okrętu jest mniejsza niż otaczająca woda. Hydroplany ustawiają się pod kątem tak, że woda, która porusza się nad rufą statku, ciśnie ją do dołu. Dziób okrętu unosi się i łódź wypływa.
Łódź, którą budowała stocznia DBSC na zlecenie grupy Kondor różniła się od innych tym, że oprócz wszystkich zwykłych manewrów musiała jeszcze dokować do modułu Studni na głębokości ponad 1 000 metrów. Musiała ona również móc podpłynąć i zadokować pod wodą do podwodnego garażu, znajdującego się na dnie Savanny. Zadaniem łodzi było obsługiwanie niezbędnej wymiany personelu między jachtem, a modułem. Musiało to być zrobione bez konieczności wypływania na powierzchnię oceanu.
Henry Costner, współwłaściciel Deep Blue See Corporation siedział w swoim biurze i spoglądał przez panoramiczne okno na stocznię, której był współzałożycielem. Czekał na swojego wspólnika, a właściwie wspólniczkę - Barbarę McConney. Barbara była z zawodu adwokatem. Lata temu postanowili wspólnie zrobić coś ekstra oryginalnego i wybudować własny wielki żaglowiec. Żaglowca nie wybudowali, ale stworzyli zalążek tego, co dzisiaj było jedną z największych prywatnie kontrolowanych stoczni na świecie. Byli już wówczas parą, nigdy jednak nie zalegalizowali związku. Nie przeszkodziło im to jednak, w osiągnięciu sukcesu. Zostali wiernymi przyjaciółmi i gorącymi kochankami. Umówili się dzisiaj na dziesiątą. Musieli ustalić działania stoczni podczas nieobecności Henriego, oraz omówić jeszcze raz zadania Barbary w akcji KURZ. Deep Hope, podwodna łódź budowana przez ich stocznię, już za parę dni miała wyruszyć w drogę. Henry był jej kapitanem, więc Barbara musiała przejąć na ten czas stery firmy.
Jego myśli powróciły na moment do dnia, kiedy poznał Sir Lorda Ramseya. Tutaj, w tym biurze, miał zaszczyt po raz pierwszy uścisnąć jego dłoń. Nie wiedział wówczas, że to spotkanie tak zmieni jego życie. Był zadowolony. Nie wyobrażał sobie teraz, że mógłby nie być częścią tej operacji. Operacji, która utworzy system stwarzający nowe perspektywy tam, gdzie do tej pory ich nie było. Podobnie jak i inni członkowie grupy Kondor wiedział, że ich działania zmienią losy świata. Wstał z fotela i podszedł do drzwi zamkniętych na elektroniczny zamek. Wcisnął odpowiedni kod numeryczny i zamek odskoczył. Wszedł do pokoju. Światło zapaliło się automatycznie. W pomieszczeniu na środku stał prostokątny stół a na nim lśniący srebrną farbą model Deep Hope. Henry położył dłoń na obłym kadłubie okrętu i przesunął nią wzdłuż. Poczuł zimny metal. Łódź na pierwszy rzut oka wyglądała jak każda tego typu jednostka. Dopiero po bliższym przyjrzeniu się można było dostrzec, że tam gdzie znajduje się zazwyczaj wieża kapitańska i peryskop było jeszcze coś więcej. Na wypuście zainstalowany był dodatkowy właz. Właz ten o rzeczywistej średnicy dwa i pół metra, po zadokowaniu do modułu Studni miał służyć do swobodnego przechodzenia. Śluza ta była projektem, który został stworzony na wzór urządzeń używanych w przestrzeni kosmicznej. Wykonano go w firmie Cosmo Nova. Kiedy tak przyglądał się modelowi łodzi, do pokoju weszła Barbara.
- Cześć skarbie. Widzę, że już się przywiązałeś do swojego cacka - uśmiechnęła się do Henriego.
- O tak, jak sama widzisz, nie mogę oderwać rąk. Zupełnie tak, jak od Ciebie.
- Krągłości zawsze cię pociągały - zaśmiała się głośno i usiadła na wysokim krzesełku obok stołu z modelem Deep Hope.
- Henry, czy admirał się odezwał? Wiem, że wszystkie trzy 'tankowce' wypłynęły o ustalonym czasie. Nie dostałam jednak żadnej informacji od Murraya.
- Rozmawiałem z Matiusem, potwierdził planowe wyruszenie wszystkich jednostek, łącznie z Savanną. Admirał nie nawiązuje połączenia ze zwyklej ostrożności. Jak na razie wszystko jest zgodne z planem. Czekam jeszcze tylko na informacje od Carlosa, dotyczące personelu medycznego do spraw Cannabis. Powinni przylecieć do Port Douglas pojutrze. Zabiorą się ze mną na pokładzie Deep Hope. A jak z tobą? Jesteś gotowa?
- Wiesz, że tak. Wierzę w to, co robimy, inaczej nigdy bym się nie zgodziła zostać "Negocjatorem". Gdy myślę o tych wszystkich dzieciach, że mają teraz szansę, to nie mogę się doczekać, kiedy zaczniemy. Wiesz Henry, nigdy bym nie pomyślała, że dostaniemy od losu taką możliwość. To wspaniałe uczucie szczególnie dla kobiety, kiedy wie, że może uratować życie dzieci.
Henry podszedł do niej, objął jej głowę i lekko pocałował w czoło. Czuł się winny, że nie mieli dzieci. Barbara zawsze pragnęła zostać matką, ale ciągły brak czasu, interesy i podróże nie pozwalały im skupić się na budowaniu rodziny. Teraz tego żałuje, ale jest już za późno. Dlatego, kiedy Lord zapoznał go z akcją KURZ wiedział od razu, że i on i Barbara wejdą w to. Mogą w ten sposób, chociaż w części wypełnić luki własnych, niespełnionych marzeń.
- Tak, ja też wierzę w powodzenie akcji - powiedział Henry, - to wspaniali ludzie. Carlos nas polecił. To dzięki niemu Lord i Grupa Kondor zdecydowali się powierzyć naszej stoczni budowę Studni. Czasami zastanawiam się, czy to jest naprawdę możliwe zebrać taki zespół jak Grupa Kondor, ale jednak jest.
W tym momencie zadzwonił telefon w sąsiednim pokoju. Henry wyszedł odebrać. Podniósł słuchawkę:
- Słucham Milo.
- Senior Carlos Castrowerde do pana, linia numer 3.
Henry wcisnął odpowiedni guzik telefonu.
- Carlos! Właśnie o tobie rozmawialiśmy z Barbarą. Wszystko ok? - Zapytał.
- Tak, moi ludzie są już w drodze. Dzwonię, żeby wam to potwierdzić. Jutro wieczorem powinni być u ciebie. Jeśli potrzebowałbyś ich do czegoś, to bez problemu możesz skorzystać z ich pomocy. Wszyscy są wysokiej klasy specjalistami z dyplomami i tytułami doktorskimi, ale jak trzeba, to wezmą się za każdą robotę. A co u was?
- Jak zwykle.
- To znaczy całość przebiega normalnie - Carlos wiedział, że dla Henriego i Barbary przestrzeganie harmonogramu to rzecz najważniejsza.
- Powodzenia i do zobaczenia.
Henry odłożył słuchawkę. Spojrzał przez okno, gdzie było widać lśniący kadłub najnowocześniejszej łodzi podwodnej na świecie. Łodzi, której zadaniem nie było niszczenie i destrukcja, ale ratowanie i wskrzeszanie głębokiej nadziei na lepsze jutro. Deep Hope była gotowa do podróży.
Wrócił do Barbary. Oparł się obu rękoma o stół, na którym stał model okrętu. Spojrzał na kobietę i zdecydowanym głosem powiedział:
- Musisz się dobrze przygotować. To nie będzie łatwe. Oni mają sposoby na prowadzenie takich negocjacji. Nie pozwól im panować nad rozmową. Pamiętasz protokoły?
- Tak. Znam to wszystko na pamięć. Tak naprawdę nie jest mi to potrzebne. Ja wiem, jaki mamy cel, nie dam się strącić z obranego kierunku. Możesz być spokojny.
- Na tyle już cię znam - uśmiechnął się, - ale tym razem będzie ciśnienie, a mnie tutaj może nie być.
- Jeszcze raz powtarzam. Wiem, co mam robić. Zresztą wszystko będzie przechodziło przez 'Dźwignię', więc nie ma obaw. Gdybym nawet zawaliła, to i tak program tego nie puści.
Dźwignia, był to system kontrolujący prowadzenie konwersacji. Jego program pozwalał na wypowiadanie tylko określonych formuł, zdań lub słów. Jeśli coś nie odpowiadało standardom Dźwigni, najzwyczajniej nie było przekazywane dalej. Osoba prowadząca rozmowę nie mogła się pomylić, nie mogła też przekazać informacji, które nie zgadzały się z protokołem. Były one natychmiast blokowane. Wypowiadane zdania były o niezauważalny ułamek sekundy opóźniane, weryfikowane przez Dźwignię i jeżeli odpowiadały standardom programu, wypuszczane i przekazywane odbiorcy. Dźwignia to program stworzony i opracowany specjalnie dla akcji KURZ. Jego zadaniem było zapewnienie ścisłości konwersacji i wsparcie dla osoby, która je prowadziła.
Barbara była pewna, że podoła zadaniu. Miała być osobą, która nawiąże kontakt, przedstawi warunki, a później będzie prowadzić ewentualne negocjacje. Została wybrana do tego zadania z kilku przyczyn. Przede wszystkim, dlatego, że w swojej karierze adwokackiej zawsze potrafiła wynegocjować sprawę na swoją korzyść. Miała do tego talent i potrafiła zachować zimną krew. Henry mówił o niej, że negocjuje jak zawodowa pokerzystka. Było w tym dużo prawdy.
W pierwszej fazie ustalania planu KURZ zastanawiano się, czy nie opracować gotowych wypowiedzi i po prostu odtwarzać je w miarę potrzeb. Uznano jednak, że akcja KURZ to zbyt skomplikowane i złożone zagadnienie. Nie było możliwości przewidzenia wszystkich okoliczności, jakie będą towarzyszyć rozmowom. Dlatego wyznaczono do tego zadania Barbarę. Ona z kolei, czuła się z tym dobrze i była przekonana, że da sobie radę.
Rozmowy będzie prowadziła z tutejszego biura ich firmy. Pokój, w którym teraz stał model Deep Hope, będzie służyć, jako centrala. Stąd właśnie świat dowie się o akcji KURZ i stąd będą prowadzone rozmowy. Głos Barbary będzie przekazywany do komputera, który ma wpisany program Dźwigni. Każda jej wypowiedź będzie tam analizowana i przesyłana dalej do satelity KZ03. Następnie satelita znajdzie odpowiedni przekaźnik na Ziemi, który po przejęciu, posłuży, jako nadajnik. Dopiero z niego słowa Barbary będą przekazywane do odbiorcy. Nadajnikiem, który KZ03 użyje do przekazywania głosu Barbary, może być każdy włączony w danej chwili telefon komórkowy. Satelita może też zmieniać taki przekaźnik tyle razy, ile będzie to konieczne. Uniemożliwi to namierzenie, skąd pochodzi sygnał głosu Barbary. Za każdym razem, kiedy będzie konieczność połączenia się z mediami czy kimkolwiek innym, użyte będą zupełnie inne przekaźniki nadawcze w zupełnie innych rejonach świata.
Barbara McConney zdawała sobie sprawę z powagi jej zadania. Długie lata praktyki adwokackiej i niełatwych negocjacji biznesowych dały jej wiele doświadczenia, którego nie można było się wyuczyć. Grupa Kondor była pewna, że Barbara to najlepszy wybór na Negocjatora.
Raport
Las Vegas, 08 styczeń 2018, godzina 10:00.
Nawet rekordowe temperatury nie są w stanie powstrzymać tysięcy turystów przybywających do Las Vegas każdego dnia. Międzynarodowy Port Lotniczy McCarran bije coraz to kolejne rekordy ruchu pasażerskiego. Słynny, kilkukilometrowy Las Vegas Strip, czyli lśniąca reklamami ulica otoczona wspaniałymi kasynowymi kurortami, to wieczny samochodowy korek i tłumy turystów. Tylko zimą zwalnia się tutaj tempo, ale i tak Sin City, jest zawsze pełne gości i ludzi biznesu. Według szacunków, liczba mieszkańców metropolii Las Vegas wzrośnie w ciągu najbliższych lat do 2,5 miliona, a liczba odwiedzających zwiększy się o 25 procent, osiągając 51 milionów gości rocznie.
Tego dnia w Las Vegas nie było słońca. Jest to bardzo nietypowa pogoda dla tego miasta, gdzie ponad 300 dni w roku jest bezchmurnych. Słynny Strip był jednak jak zwykle pełen turystów. Ludzie próbując szczęścia biegali z kasyna do kasyna, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Carlos przyleciał z San Francisco do miasta hazardu rano. Jego odrzutowiec wylądował na niewielkim lotnisku w Henderson obsługującym prywatne samoloty. Jest ono położone w odległości 20 km na południe od centralnej dzielnicy biznesowej Las Vegas, Hughes Center.
Carlos, który mieszkał w chronionej przez straż dzielnicy o nazwie Spanish Trail, postanowił nie jechać z lotniska do swojej posiadłości. Kazał kierowcy zawieźć się bezpośrednio do swojego biura, znajdującego się w biurowcu Wells Fargo przy 3800 Howard Hughes Parkway. Jest to 17-piętrowy wieżowiec w centrum Las Vegas, górujący nad luksusowym kompleksem biznesowym. Południowiec chciał jak najszybciej przejrzeć raport, który opisywał szczegóły akcji KURZ. Do Warszawy poleci, ale przedtem musi dokładnie wiedzieć, czego od niego oczekują oraz zastanowić się jak zrealizować akcję ZBIÓR. Wjechał windą na 16 piętro. Wszedł do recepcji, oddzielającej jego biuro od wejścia i nie zatrzymując się powiedział do sekretarki:
- Dzień dobry Magie, gdzie są dostarczone wczoraj dokumenty?
- Dzień dobry - odpowiedziała dziewczyna, - wszystko jest w sejfie, tak jak pan sobie życzył.
Carlos posiadał niewielki sejf w swoim biurze. Było to trochę nietypowe urządzenie z tej racji, że każdy mógł tam coś umieścić, ale nie każdy mógł z niego coś wyjąć. W sejfie były dwie komory. Komora przejściowa i komora główna. Do komory przejściowej osoba upoważniona i znająca kod tymczasowy mogła się dostać i włożyć tam cokolwiek. Kiedy zamknęła drzwi sejfu, żeby je powtórnie otworzyć, potrzebowała nowy kod tymczasowy. Natomiast do komory głównej dostęp miał tylko Carlos. Kiedy kurier Columbii Ekspres przybył z przesyłką, Carlos wysłał SMS-em tymczasowy kod swojej sekretarce, a ta schowała przywieziony raport w sejfie.
Podszedł teraz do pancernej skrzyni, otworzył ją i wyjął białą aktówkę. Przekręcił zamki teczki, wieko odskoczyło. Zobaczył gruby dokument, oprawiony podobnie jak aktówka w białą skórę. Wyglądało to, jak sporych rozmiarów książka. Na środku okładki widniało wybite dużymi złotymi literami tylko jedno słowo "KURZ". Pod spodem były jeszcze dwie wytłoczone poziome kreski, jedna czarna, a druga czerwona. Carlos sięgnął po raport, podszedł do swojego fotela i usiadł. Nacisnął intercom i powiedział do Magie:
- Nie ma mnie dla nikogo.
Raport, było to 618 stron maszynopisu ze zdjęciami, wykresami i rysunkami. Zawierał on szczegółowe informacje dotyczące akcji KURZ. Zaczynał się od wyjaśnienia, dlaczego grupa Kondor zdecydowała się na tę akcję, poprzez wyszczególnienie poszczególnych faz planu z ich detalicznym rozpisaniem, aż do zakończenia zawierającego opisy, jakich efektów organizatorzy się spodziewają i co one mają ze sobą przynieść. Był tam też srebrny krążek CD, na którym widniał napis "Tylko dla oczu Senior Carlos Castrowerde". Carlos otworzył raport, przełożył pierwszą kartkę i zaczął czytać. Spis treści obejmował wiele pozycji, przeleciał palcem i zatrzymał się przy nazwie "ZBIÓR - wykonawca Carlos Castrowerde". Odszukał odpowiedni numer strony, otworzył raport i zaczął czytać.
Dokładne zapoznanie się z częścią, którą miał się zająć zajęło mu ponad trzy godziny. Treść zawierała szczegóły akcji. Od wyposażenia, poprzez wykonanie, a kończąc na dokładnym rozpisaniu czasów i miejsc. Carlos był pod wrażeniem. Ludzie, którzy opracowali ten plan przewidzieli chyba wszystko. Zastanowił się chwilę i podjął pierwszą decyzję, związaną z realizacją akcji "ZBIÓR". Sięgnął po biurofon:
- Magie proszę mnie połączyć z wydziałem sprzedaży ciężarówek firmy Scania w San Antonio. Nie chciałbym rozmawiać ze sprzedawcą, tylko raczej z kimś z zarządu.
- Oczywiście, zaraz znajdę numer i połączę pana.
- I jeszcze jedno. Proszę mnie umówić jeszcze dzisiaj na spotkanie z Kirkiem Masonem. O tej porze na pewno zastanie go pani w jego firmie. Proszę go spytać, czy może się ze mną zobaczyć o 16: 00 w Capitoll Grill. Jeśli tak, to proszę tam zarezerwować dla nas stolik. Dziękuję, to tyle.
- Oczywiście - odpowiedziała sekretarka.
Carlos wyłączył biuro-fon. Oparł się w fotelu i zamyślił. Scania to najpopularniejsze samochody ciężarowe produkcji europejskiej, na tamtejszych drogach zginą w tłumie. Będzie można się nimi posłużyć bez obawy, że zainteresują kogokolwiek. Kirk Mason z kolei, to potentat na rynku samochodów osobowych. Tutaj jest właścicielem Fund Auto Group, a w Europie - w Niemczech, Francji i Hiszpanii - posiada sieć dealerów samochodowych. Już wiedział jak zorganizuje cały plan. Miał na to środki i miał ludzi, którym mógł zaufać. Grupa Kondor słusznie zakładała, że on może to zrobić. Tylko on.
Spojrzał na biurko i zobaczył leżący tam srebrny krążek CD, na którym widniał napis "Tylko dla oczu Senior Carlosa Castrowerde". Sięgnął po dysk i wpuścił go w czytnik laptopa. Ekran rozjarzył się i ukazała się na nim twarz Lorda Ramseya, który mówił:
"Jeżeli czytasz ten dysk, to jesteś z nami. Cieszę się, że podjąłeś taką decyzję. Nie zabiorę ci teraz dużo czasu, jednak jest bardzo ważne to, co za chwilę usłyszysz. Jak już się domyślasz operacja KURZ to bardzo złożone, ważne i kosztowne przedsięwzięcie. Wierzę, że uda nam się osiągnąć cel, który założyliśmy. Żyjemy w trudnych czasach i wiele może się wydarzyć. Dlatego właśnie przekazuję w Twoje ręce ten dysk. Jest to jedyna kopia. Carlos... gdyby los tak zdecydował i coś stałoby się ze mną, otworzysz drugą część tego dysku i wykonasz polecenie, które tam przekazuję. Tak jak wcześniej powiedziałem nie zajmuję ci dużo czasu... tym razem. Dziękuję."
Ekran komputera zaczerniał pokazując w środku dwa słowa "Część druga". Carlos wyjął CD, włożył go do sejfu i zgasił komputer.