Kurtyna śmierci - W.E.B. Griffin

-
Proszę czekać

 

Dla zmarłych

 

WILLIAMOWI E. COLBY'EMU

porucznikowi zespołu Jedburgh Biura Służb Strategicznych,

który został dyrektorem Centralnej Agencji Wywiadowczej

 

AARONOWI BANKOWI

porucznikowi zespołu Jedburgh Biura Służb Strategicznych,

który został pułkownikiem i ojcem Sił Specjalnych

 

WILLIAMOWI R. CORSONOWI

legendarnemu oficerowi Wywiadu Korpusu Piechoty Morskiej,

którego KGB nienawidziło bardziej niż jakiegokolwiek innego oficera wywiadu USA - nie tylko dlatego, że napisał o KGB niezrównaną książkę

 

RENÉ J. DÉFOURNEAUX

podporucznikowi zespołu Jedburgh Biura Służb Strategicznych,

oddelegowanemu do brytyjskiego Kierownictwa Operacji

Specjalnych, który samotnie działał na terytorium okupowanej

Francji, a z czasem stał się legendarnym oficerem kontrwywiadu Armii USA

 

 

Dla żyjących

 

BILLY'EMU WAUGHOWI

legendarnemu sierżantowi z Dowództwa Sił Specjalnych, który przeszedł na emeryturę, a potem ścigał niesławnego Carlosa Szakala. We wczesnych latach dziewięćdziesiątych Billy mógł wyeliminować Osamę bin Ladena, lecz nie uzyskał na to zgody.

Po pięćdziesięciu latach w zawodzie Billy wciąż ściga przestępców

 

JOHNOWI REITZELOWI

oficerowi Armii USA i legendzie Delta Force, który mógł wyeliminować szefa grupy terrorystów i opanować statek wycieczkowy Achille Lauro, ale nie uzyskał na to zgody

 

RALPHOWI PETERSOWI

oficerowi wywiadu Armii USA,

który napisał najlepszą analizę naszej wojny przeciwko terrorystom i wrogom, jaką kiedykolwiek czytałem

 

 

I dla nowego pokolenia

 

MARCOWI L.

wyższemu oficerowi wywiadu, który mimo młodego wieku

z każdym dniem coraz bardziej przypomina mi Billa Colby'ego

 

FRANKOWI L.

legendarnemu oficerowi Agencji Wywiadu Obronnego, który przeszedł na emeryturę i teraz podąża szlakiem Billy'ego Waugha

 

 

Oraz

 

Pamięci pułkownika w stanie spoczynku

JOSÉ MANUELA MENÉNDEZA

z Armii Argentyńskiej,

który poświęcił życie walce z komunizmem i Juanem Domingo Perónem

 

 

NARÓD AMERYKAŃSKI MA WOBEC TYCH PATRIOTÓW DŁUG, KTÓREGO NIE SPOSÓB SPŁACIĆ

I

 

 

[JEDEN]

Klub podoficerski Korpusu Kobiecego Armii USA

Baza Wojskowa Monachium

Amerykańska Strefa Okupacyjna

24 stycznia 1946, 00.05

 

Dwie kobiety w mundurach koloru OD* - krótkich kurtkach typu "Ike" i spódnicach - wyszły z klubu i ruszyły w stronę parkingu. Przyjechały dość późno, więc musiały zostawić samochód niemal na samym końcu placu.

Jedna z nich, ciemnowłosa trzydziestopięciolatka przy kości, nosiła na rękawach szewrony starszego sierżanta. Druga, raczej szczupła, dwudziestodziewięcioletnia blondynka, miała wyszyte na klapach nieduże trójkąty z literami "U.S." w środku, które identyfikowały ją jako cywilną pracownicę Armii Stanów Zjednoczonych.

Na samym końcu parkingu stały dwa ambulanse, skierowane maskami w stronę wyjazdu. Na burtach, tylnych drzwiach i dachu jednego z nich wymalowano wielkie czerwone krzyże. Biały napis na zderzakach - 98GH oraz 102 - oznaczał, że jest to sto drugi pojazd w parku maszyn 98. Szpitala Ogólnego obsługującego rejon Monachium.

Czerwone krzyże na karoserii drugiego wozu zostały zamalowane, a na zderzakach widniało oznaczenie 711 MKRC oraz liczba 17 - był to siedemnasty pojazd należący do 711. kompanii serwisowej kuchni polowych.

Rozdzieliły się, dotarłszy do wozu 711. kompanii: brunetka w randze sierżanta ruszyła ku drzwiom pasażera, a blondynka z cywilnymi trójkątami obeszła pojazd, by usiąść za kierownicą.

W tym momencie z ambulansu 98. Szpitala Ogólnego wyskoczyło trzech mężczyzn w ciemnych ubraniach. Ten, który zajmował fotel obok kierowcy, obiegł maskę drugiego wozu i wywlókł z kabiny kobietę z trójkątami. Pozwolił, by dobrze przyjrzała się nożowi, który trzymał w ręku, po czym przytknął ostrze do jej szyi.

Dwaj pozostali, ukryci dotąd w budzie ambulansu, rozdzielili się: jeden pozostał przy drzwiach, by otworzyć ich drugie skrzydło, a drugi podbiegł do wozu 711. kompanii i siłą wyciągnął zeń brunetkę. Podobnie jak jego towarzysz, przycisnął ofierze nóż do gardła.

Poprowadził sierżantkę do otwartych już tylnych drzwi szpitalnej karetki.

- Wsiadaj! - warknął, nie odrywając ostrza od jej szyi.

Zdążyła oprzeć nogę o próg, gdy czwarty mężczyzna, ukryty we wnętrzu i także uzbrojony w nóż, wyszczekał serię rozkazów:

- Głębiej. Na drugie nosze. Połóż się na brzuchu i ani drgnij.

Usłuchała. Na czworakach popełzła ku noszom po lewej stronie budy i położyła się na nich.

Ten, który ją przyprowadził, obiegł wóz i wskoczył na siedzenie pasażera.

Tymczasem napastnik, który wyciągnął blondynkę zza kierownicy i nadal trzymał nóż na jej gardle, zdążył doprowadzić ją do otwartych tylnych drzwi ambulansu.

- Wsiadaj! - rozkazał. - Kładź się na brzuchu na dolnych noszach, tu, z tyłu.

Wykonała polecenia co do joty.

Mężczyzna zatrzasnął lewe drzwi, wskoczył do środka i przyklęknął, by zamknąć prawe.

- Jazda! - krzyknął do kierowcy. Nie wstając z kolan, przesunął się w głąb wozu. Po chwili zatrzymał się, odwrócił głowę i zawołał: - Spróbuj choćby pisnąć, gdy będziemy mijać bramę, a mój kumpel poderżnie gardło twojej koleżance. - To rzekłszy, odwrócił się znowu ku zasłonce oddzielającej szoferkę i krzyknął po raz drugi: - Jazda!

Tym razem kierowca usłyszał. Zgrzytnęła przekładnia i silnik zawył z wysiłkiem.

Blondynka w mundurze służby cywilnej zaczęła bardzo wolnym ruchem przemieszczać dłoń w stronę kołnierza kurtki.

Ambulans ruszył.

Dyskretnie odpięła drugi i trzeci guzik wojskowej koszuli i wsunęła dłoń pod spód. Odchyliła koronkę halki i sięgnęła głębiej, pod stanik.

A potem wolniutko cofnęła rękę.

Trzymała w dłoni mały, krótkolufowy, pięciostrzałowy rewolwer Smith & Wesson .38 Special.

Ześlizgnęła się z noszy na podłogę, podparła na łokciach i trzymając broń oburącz, starannie wymierzyła.

Mężczyzna, który trzymał nóż przy szyi sierżantki, próbował spoglądać przez niewielką szparę w zasłonce pozostawioną przez towarzysza. Wyczuł albo usłyszał ruch za plecami, bo właśnie zaczął się odwracać.

Pierwsza kula trafiła go w głowę, tuż poniżej ucha. Eksplodowała w mózgu, pozostawiając potężną ranę wylotową w górnej części czaszki.

Sierżantka zaczęła wrzeszczeć.

Kobieta z trójkątami strzeliła po raz drugi, tym razem poniżej lewego oka mężczyzny, który właśnie uchylił zasłonkę. Eksplozja pocisku w jego czaszce wywołała bardzo podobny efekt.

Nacisnęła spust jeszcze dwa razy, najpierw kierując lufę w lewo, gdzie miała nadzieję trafić kierowcę, a potem w prawo, gdzie zapewne siedział pasażer.

Trzeci strzał najwyraźniej nie był celny, bo ambulans nadal jechał. Czwarty, sądząc po dzikim okrzyku bólu, trafił w cel, ale nie był zabójczy.

Szofer, być może niezbyt mądrze, szarpnięciem odsunął zasłonkę, by zobaczyć, co się dzieje w budzie. Wtedy strzeliła po raz piąty. Ostatnia kula trafiła w sam środek czoła kierowcy.

Chwilę później wóz uderzył w niewidoczną przeszkodę i zatrzymał się.

Ciemnowłosa sierżantka nie przestawała krzyczeć.

- Florence! - zawołała kobieta z trójkątami. - Już po wszystkim! Zamknij się wreszcie, do kurwy nędzy!

A potem wpełzła z powrotem na nosze.

Zabieraj dupę z linii ognia. Ten sukinsyn na fotelu pasażera może jeszcze żyje i pewnie jest uzbrojony.

Dopiero teraz uświadomiła sobie, że echo strzałów jeszcze dźwięczy jej w uszach. W ciasnym blaszanym wnętrzu ich huk był przeraźliwy.

I wtedy poczuła zawroty głowy.

I zwymiotowała.

 

 

[DWA]

Hotel Vier Jahreszeiten

Maximilianstrasse 178

Monachium, Amerykańska Strefa Okupacyjna

24 stycznia 1946, 02.15

 

Starszy chorąży August Ziegler, który miał trzydzieści jeden lat, ale wyglądał młodziej, maszerował po miękkim chodniku wyścielającym korytarz na trzecim piętrze. Zatrzymał się przed podwójnymi drzwiami apartamentu 507, nad którymi umieszczono tabliczkę ze schludnym napisem XXVIITH CIC.

Na obu skrzydłach drzwi wisiały masywne mosiężne kołatki. Ziegler sięgnął po tę z prawej strony i pozwolił, by opadła z impetem. Zaraz potem powtórzył manewr z lewą kołatką.

Już wtedy, gdy unosił prawą, wydało mu się, że usłyszał cichy brzęk dzwonka, ale nie za drzwiami 507, tylko gdzieś w sąsiedztwie. Gdy uniósł lewą, był już pewny, że dźwięk rozległ się ponownie.

Nie doczekawszy się reakcji lokatora apartamentu, zakołatał raz jeszcze, obiema kołatkami naraz.

Tym razem usłyszał nie tylko daleki dźwięk dzwonka, ale i skrzypnięcie drzwi. Zaraz potem dostrzegł postać w korytarzu: nadchodził pulchny, dwudziestoparoletni mężczyzna. Miał na sobie luksusowy szlafrok z czerwonego jedwabiu oraz bardzo tandetne bawełniane kapcie kąpielowe. Jego wydatną talię spinał skórzany pas z kaburą kryjącą colta 1911A1. Ziegler rozpoznał momentalnie ową kaburę; model nosił nazwę "Secret Service High Rise Cross Draw".

Augie Ziegler rozpoznał ją, ponieważ bardzo niewielu ludzi - naturalnie poza agentami Secret Service - używało takiego osprzętu, a jednym z nich był on sam. Miał taką przy sobie nawet w tej chwili, ukrytą pod krótką wojskową kurtką o klapach zdobnych w trójkąty, które miały zasugerować postronnemu obserwatorowi, że jest cywilnym i niewątpliwie nieuzbrojonym pracownikiem Armii Stanów Zjednoczonych.

Ziegler zaś był nie tylko starszym chorążym, ale i agentem nadzwyczajnym CID. Świadom, że funkcjonariusze obu służb - CID (Dywizji Śledczej podległej komendantowi żandarmerii) oraz CIC (Korpusu Kontrwywiadu) nie mają o sobie nawzajem najwyższego mniemania, postanowił od razu zagrać kartą serdeczności. Uśmiechnął się ciepło.

- Bardzo mi przykro, sir, że przeszkadzam o takiej porze - powiedział. - Nie zrobiłbym tego, gdyby sprawa nie była poważna.

W jego głosie dało się wyczuć jakby niemiecki akcent - no, niezupełnie niemiecki, raczej holenderski. Augie pochodził z Reading w Pensylwanii.

- Nie ma sprawy - odparł pulchny jegomość. - Co mogę dla pana zrobić o tej nieludzkiej godzinie?

Co ciekawe, i w jego głosie pobrzmiewała germańska nuta. Sierżant Friedrich Hessinger przyszedł bowiem na świat w Niemczech, w żydowskiej rodzinie, która opuściła Tysiącletnią Rzeszę w samą porę, by nie pożegnać się z życiem w komorze gazowej.

Zdaje się, że sukinkot z CIC mnie przedrzeźnia, pomyślał z niechęcią Augie, słysząc jego akcent.

- Czy mówi coś panu nazwisko Colbert, Claudette Colbert? - spytał.

- Zawsze uważałem, że jest ładniejsza od Betty Grable. A dlaczego pan pyta?

Znowu ten szwabski akcent! Przedrzeźnia mnie jak nic!

Augie sięgnął po legitymację - skórzane etui z odznaką służbową i zatopioną w plastiku kartą identyfikacyjną ze zdjęciem - i uniósł ją na wysokość twarzy pulchnego mężczyzny.

Hessinger przyjrzał się jej i skinął głową na znak, że rozumie, z kim ma do czynienia.

- Prowadzę śledztwo w sprawie strzelaniny - obwieścił Augie.

- Ktoś postrzelił Claudette? - przejął się Hessinger.

Znowu ten twardy akcent. Ty sukinsynu!

- Pytałem, czy pan ją zna - wycedził Augie.

- Nic się jej nie stało?

- A zna ją pan?

- Pytałem, czy nic się jej nie stało.

- Ja tu zadaję pytania - warknął Augie.

Zrezygnowany Hessinger wzruszył ramionami, po czym nachylił się ku drzwiom apartamentu 507 i otworzył je kluczem, który nosił na szyi wraz z nieśmiertelnikami. Wszedł do środka i włączył światło.

- Psiakrew! - mruknął Augie i podążył za nim.

Znalazł się w nader luksusowo urządzonym biurze. Hessinger zdążył już zasiąść za wielkim, bogato rzeźbionym biurkiem i sięgnąć po telefon.

- Przykro mi, że pana budzę - odezwał się do słuchawki - ale będzie lepiej, jeśli natychmiast zajrzy pan do biura.

Niemiecki akcent nie zniknął, więc Augie w końcu zaczął się zastanawiać.

Nie wygląda mi na Żyda, ale z drugiej strony - jak wygląda Żyd? Musi być niemieckim Żydem. W CIC jest ich pełno. Tylko dlaczego wcześniej na to nie wpadłem? W końcu czy i w CID nie mamy pod dostatkiem byłych niemieckich Żydów?

- Mój szef już idzie - oznajmił Hessinger.

To rzekłszy, wstał, wyszedł zza biurka i otworzył drzwi.

- A pan dokąd? - zdziwił się Augie.

- Nastawię ekspres - odparł Hessinger. - Gdy ktoś mnie budzi w środku nocy, mój mózg nie działa jak należy, póki nie napiję się kawy.

Augie obserwował w milczeniu, jak sierżant włącza elektryczny ekspres.

Po chwili Hessinger odwrócił się i zagadnął:

- Sie haben einen Akzent.

Że niby mam akcent? Przyganiał kocioł garnkowi, grubasie.

- Sind Sie ein Deutscher? Ein deutscher Jude? - indagował Hessinger.

Niewiele myśląc, zirytowany Augie odpowiedział mu po niemiecku:

- Nein, ich bin kein Deutscher. Und kein Jude. Ich bin ein gottverdammter Amerikaner! Meine Familie ist amerikanische seit der gottverdammten Revolution gewesen!

Hessinger skinął głową i odparł po angielsku:

- Skoro od czasów rewolucji, to zgaduję, że jest pan potomkiem Holendrów z Pensylwanii. Sporo wiem o waszym ludzie - pochwalił się.

- O naszym ludzie? - powtórzył z niedowierzaniem Augie.

- Gilbert du Motier, markiz de La Fayette, udał się do generała Waszyngtona i oznajmił mu, że chłopstwo przymusowo wcielone do pułku piechoty Landgrafostwa Hesji-Kassel, zwanego potocznie "Czerwonymi Kurtkami", nie jest zbytnio zadowolone ze swego losu**. Uściślił, że być może byłoby nawet skłonne zdezerterować, gdyby każdemu obiecać sześćset czterdzieści akrów ziemi oraz muła. Waszyngton uznał, że to znakomity pomysł, i polecił markizowi, by spróbował. Udało się. Mniej więcej jedna trzecia pułku przeszła, jak to się mówi, na drugą stronę wzgórza. Gdzie konkretnie mieszka pan w Stanach? Hrabstwo Bucks w Pensylwanii?

- Hrabstwo Berks - odpowiedział bez zastanowienia Augie. - Okolice Reading.

- Powinienem był się domyślić, gdy usłyszałem heski akcent.

Przerwali rozmowę, gdy otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł dwudziestoparoletni, rosły, muskularny, jasnowłosy mężczyzna. Miał na sobie szlafrok z emblematem teksaskiego A&M University na piersi oraz stare kowbojki.

- Co się dzieje?

- Ten pan jest z CID - odparł Hessinger. - Mówi, że ktoś strzelał do Claudette.

- Chryste panie! Jest cała?

- Kim pan jest? - zapytał Augie.

- Pytałem, czy jest cała. I jak to się stało, u licha?

- Ta kobieta...

- Nazywa się Claudette Colbert - podpowiedział blondyn w szlafroku.

- To kim pan w końcu jest? - ponowił pytanie Augie.

- Freddy, pokaż mu swoją legitymację DCI. Moja została w pokoju.

- Tak jest - odpowiedział pospiesznie Hessinger.

Podszedł do olejnego obrazu wiszącego na ścianie, odchylił go i zabrał się do otwierania zamka szyfrowego.

- Moje nazwisko Cronley - rzekł tymczasem blondyn do Augiego. - Ja tu jestem szefem, więc kiedy pytam o zdrowie Claudette, radzę nie lecieć sobie w... kulki.

Augie postanowił, że już w nic nie będzie leciał.

- Kobieta z identyfikatorem wydanym dla sierżant Claudette Colbert została zatrzymana celem przesłuchania w sprawie strzelaniny na parkingu klubu podoficerskiego Korpusu Kobiecego, do której doszło krótko po północy.

- Pytam, kurwa mać, po raz ostatni: jest cała?

- Nie została ranna, sir.

Hessinger podsunął pod nos Augiego otwarte skórzane etui.

 

 

Gabinet prezydenta Stanów Zjednoczonych

Centralny Dyrektoriat Wywiadu (DCI)

Waszyngton, D.C.

 

Posiadacz niniejszego dokumentu tożsamości

 

Friedrich Hessinger

 

jest oficerem Centralnego Dyrektoriatu Wywiadu i działa z upoważnienia prezydenta Stanów Zjednoczonych. Wszelkie pytania związane z jego poczynaniami należy kierować wyłącznie do niżej podpisanego.

 

Sidney W. Souers

Sidney W. Souers

wiceadmirał USN

dyrektor DCI

 

 

- Rozumie pan, co to jest? - spytał młody mężczyzna.

- Pierwszy raz widzę coś takiego, ale tak, chyba rozumiem, sir.

Jezu Chryste, co tu jest grane?

- I wierzy pan na słowo, gdy mówię, że mam w swoim pokoju taki sam dokument?

- Tak jest.

- Zatem co się stało?

- Mniej więcej kwadrans po północy patrol żandarmerii odpowiedział na zgłoszenie o strzelaninie na parkingu przy klubie podoficerskim. Wezwano też ambulans. Zgodnie z procedurą w takich przypadkach żandarmeria ma obowiązek powiadomić CID. Tak się złożyło, że podczas nocnej służby to ja odebrałem telefon. Na miejscu znalazłem ciała trzech białych mężczyzn, leżące w karetce Dziewięćdziesiątego Ósmego Szpitala Ogólnego. Wszyscy trzej otrzymali postrzał w głowę. Czwartego, z raną postrzałową ramienia, właśnie przenoszono do ambulansu...

- Mam nadzieję, że przydzielono mu ochronę żandarmerii? - wtrącił Cronley.

- Tego nie wiem, sir.

- Dobra, w takim razie po pierwsze: siądzie pan zaraz przy tym telefonie i załatwi obstawę dwóch, a jeszcze lepiej czterech żandarmów dla tego rannego. Niech nikt nie ma do niego dostępu, poza lekarzami.

Augie spojrzał na niego z ukosa. Nie mam pojęcia, czy gość ma prawo mi rozkazywać, ale pomysł jest dobry.

- Tak jest - odpowiedział.

- Freddy, czy nie wspominałeś, że pułkownik Jak-mu-tam, szef żandarmerii, mieszka w naszym hotelu?

- Kellogg - podpowiedział Hessinger. - Istotnie, mieszka.

- Spróbuj się dodzwonić do pułkownika Kellogga. Poproś, żeby tu jak najszybciej przyszedł. Powiedz, że to ważne. A jeśli nie ma go w hotelu, dowiedz się, gdzie jest.

- Tak jest.

Cronley zwrócił się znowu do Augiego:

- Nie wyraziłem się jasno? Siadaj pan - jak nazwisko? - do tego cholernego telefonu i dopilnuj, żeby ranny dostał w szpitalu ochronę żandarmerii.

- Tak jest. Moje nazwisko Ziegler.

 

 

[TRZY]

 

Pułkownik Arthur B. Kellogg, korpulentny czterdziestosześciolatek w mundurze, wkroczył do apartamentu 507 już pięć minut później.

- Pański człowiek dopadł mnie w holu, Cronley. Podobno chodzi o... incydent, o którym pewnie już pan słyszał. Witam, panie Ziegler.

- Dobry wieczór. A raczej dzień dobry.

- Co więc, u diabła, zaszło w klubie podoficerskim dla kobiet? Mamy trzy trupy? - spytał Kellogg.

- I jednego rannego. Nie licząc rozhisteryzowanej sierżantki, której trzeba było podać środek usypiający, żeby ją zapakować do karetki.

- Sierżantki? - podchwycił Cronley.

- Florence J. Miller - zameldował Ziegler. - To jedna z waszych?

Cronley skinął głową.

- Jej też powinna pilnować żandarmeria - powiedział.

- A nie możemy z tym zaczekać, aż Ziegler wprowadzi mnie w szczegóły?

- Będę wdzięczny, jeśli pozwoli mi pan działać - odparł Cronley.

Kellogg zastanawiał się przez chwilę, zanim wskazał palcem na telefon.

Gdy Ziegler ruszył w stronę aparatu, Cronley dorzucił:

- Freddy, zadzwoń do Ośrodka i powiedz Maksowi, żeby zapakował tuzin swoich ludzi do ambulansów i przysłał tutaj.

- Wyjaśnić mu po co?

- Nie. A kiedy skończysz, zrób użytek z tego ekspresu.

- W tym akurat byłem szybszy - odparł Hessinger.

 

 

- No dobrze, panie Ziegler - rzekł pułkownik Kellogg mniej więcej trzy minuty później. - Proszę zacząć od samego początku.

- Tak jest. Mniej więcej kwadrans po północy patrol żandarmerii odpowiedział na wezwanie w sprawie strzelaniny... - zaczął Augie, by minutę później zakończyć: - Czwarty, z kulą w ramieniu, trafił do karetki, a sanitariusze podali środek usypiający sierżantce z Korpusu Kobiecego i odwieźli ją do Dziewięćdziesiątego Ósmego.

- A co jej się stało? - zainteresował się pułkownik.

- Wpadła w histerię.

- Z powodu strzelaniny?

- Osoba, która strzelała - a strzelała naszym zdaniem wyłącznie niejaka Claudette Colbert, także z Korpusu Kobiecego - dobrze wiedziała, co robi. Załatwiła na miejscu trzech facetów. Sądząc po tym, jak wygląda ramię rannego, miała trzydziestkęósemkę z amunicją grzybkującą. Pociski tego typu rozszerzają się po zderzeniu z...

- Wiem - przerwał mu zniecierpliwiony Kellogg.

- Kiedy więc wpakowała tamtym trzem po kulce w łeb - ciągnął Ziegler - było tak, jakby mózgi im eksplodowały, a potem parę garści szarej masy i mnóstwo krwi buchnęło z wielkich ran wylotowych. Dwóch zabitych znaleźliśmy w budzie ambulansu, to oni upadli na sierżantkę, więc była w szoku, obryzgana krwią i mózgiem.

- Mój Boże! - zawołał Kellogg. - Ale właściwie dlaczego zginęli? Czyżby gorzki finał nieudanych figli w karetce?

- Pułkowniku - wtrącił Cronley - kobieta, którą pan Ziegler zidentyfikował jako sierżant Colbert z Korpusu Kobiecego...

- Bo miała przy sobie legitymację - wpadł mu w słowo Ziegler.

- ...jest w istocie pracownikiem administracyjnym DCI Europa. Mocno bym się zdziwił, gdyby do spółki z sierżant Miller, jedną z naszych szyfrantek, zdecydowała się na gry i zabawy towarzyskie w budzie ambulansu na parkingu klubu podoficerskiego.

- Zatem co tam robiły?

- Dobra - mruknął Cronley. - Zdaje się, że od tego należało zacząć... Jaki pan ma stopień, Ziegler? Sierżant sztabowy?

- Starszy chorąży.

- W porządku. Zatem informuję pana, chorąży Ziegler - a przy okazji i pana, pułkowniku Kellogg - że wszystko, co dotyczy nocnego incydentu na parkingu klubu podoficerskiego, od tej chwili zostaje sklasyfikowane jako ściśle tajne - prezydenckie. Ponadto Centralny Dyrektoriat Wywiadu w Europie niniejszym przejmuje śledztwo w tej sprawie. Czy to jasne?

Ziegler spojrzał na Kellogga.

- Ma prawo tak zrobić, panie pułkowniku? - spytał, nie kryjąc oburzenia.

- Obawiam się, że ma - westchnął Kellogg. - W dodatku nawet nie musi nam wyjaśniać dlaczego.

- Dlatego że moim zdaniem strzelanina najprawdopodobniej była skutkiem nieudanej próby porwania panny Colbert i sierżant Miller - powiedział Cronley. - Nieudanej, bo panna Colbert sięgnęła tam, gdzie zwykle nosi broń, do stanika, i w porę pociągnęła za spust.

- Mój Boże! - jęknął znowu pułkownik Kellogg.

- O kurwa! Jezu! - zawtórował mu Augie Ziegler.

- Pułkowniku Kellogg, chcę pana prosić o przysługę - ciągnął Cronley. - Bardzo, bardzo prosić. Chciałbym, żeby pan tymczasowo oddelegował chorążego Zieglera do... Jak my to nazywamy, Freddy?

- Jednostka Wojskowa Centralnego Dyrektoriatu Wywiadu w Europie, APO 907 - wyrecytował Hessinger.

- Oczywiście - odparł bez wahania Kellogg. - Z samego rana każę przygotować rozkaz przeniesienia.

- Wolno spytać po co? - wtrącił Ziegler.

- Bo coś mi się zdaje, że łebski z pana glina - odrzekł szczerze Cronley. - A bardzo bym chciał, żeby wydarzenia tej nocy zostały poddane drobiazgowemu śledztwu, wyniki śledztwa zostały pięknie wypunktowane i przedstawione w eleganckim raporcie, który bez wstydu przekażę generałowi Bullowi, oraz żeby pomógł nam pan w innym dochodzeniu, które prowadzimy, a które prawdopodobnie ma związek z tą sprawą. Ma pan coś przeciwko temu, żeby dla nas popracować?

- Nie, sir.

- Świetnie. A teraz, w pełni świadomy faktu, iż zanim wybrzmią moje słowa, będzie pan odczuwał wielką ochotę, by wrzucić moje zdjęcie do urynału i rzęsiście je obszczać, spieszę z ostrzeżeniem, panie Ziegler: jeśli kiedykolwiek przyłapię pana na mieleniu ozorem o naszych sprawach albo na zbytnim kombinowaniu, czym się tu naprawdę zajmujemy, to jeśli pana osobiście nie zatłukę, co będzie moim pierwszym szczerym odruchem, i jeśli nie postawię pana przed sądem wojskowym, to w najlepszym razie spędzi pan resztę kariery w żandarmerii, rozdając mandaty na parkingu przed sklepem wojskowym w Fort Abercrombie, a trzeba panu wiedzieć, że fort ten stoi na wyspie Kodiak u wybrzeży Alaski. Czy wyraziłem się jasno?

- Tak jest - odpowiedział Augie. Nie umiał powstrzymać uśmiechu.

Ten gość, który wygląda, jakby w zeszłym tygodniu został podporucznikiem, jest prawdziwym twardzielem. Autentycznym twardzielem. Cokolwiek przyjdzie mi robić w jego ekipie, będzie po stokroć ciekawsze niż dochodzenia w sprawie domowych kłótni i łapanie szeregowców sprowadzających kawę i papierosy ze Stanów, żeby je sprzedawać na czarnym rynku.

- W porządku - rzekł Cronley. - A teraz, zanim poślę pana z Freddym po Claudette - gdziekolwiek się znajduje - może przedstawię wam jeszcze moją wersję wydarzeń.

- Bardzo proszę. Oczywiście zakładając, że i ja mogę posłuchać - odpowiedział mu pułkownik Kellogg.

- Sądzę, że nawet powinien pan - odparł Cronley. - Zanim pan Hessinger zwerbował dla nas Claudette, służyła w Agencji Bezpieczeństwa Armii (ASA) jako operatorka nasłuchu, szyfrantka i odpluskwiacz w jednej osobie. Jest więc specem w znajdowaniu ukrytych mikrofonów, a w konsekwencji świetnie wie, jak je instalować. To dlatego mianowano ją sierżantem do spraw technicznych. Teraz zaś nosi coś takiego... Freddy, pokaż pułkownikowi Kelloggowi swoją legitymację.

- Tak jest. - Hessinger wykonał rozkaz.

- Potrzebuje takiego dokumentu - ciągnął Cronley - albowiem jest wtajemniczona we wszystkie sprawy, którymi się tu zajmujemy. We wszystkie, panie pułkowniku.

- Rozumiem.

- Wprowadziliśmy dla agentów DCI rangi obowiązujące wśród wyższych oficerów armii. Gdy potrzebują pokoju w hotelu lub innych wygód, są traktowani co najmniej tak jak majorzy. Claudette mieszka tu, w Vier Jahreszeiten, trafiłby pan do niej tym korytarzem. Oddano nam zresztą całe piętro w tym skrzydle budynku. Dietę, którą jej przyznano, Claudette przejada zwykle w hotelowej restauracji. Wkrótce po tym, jak się do nas sprowadziła, zaproponowała Hessingerowi, by zwerbował także sierżant Miller, jej kumpelkę z ASA, także specjalistkę od szyfrów i pluskiew. I rzeczywiście załatwiliśmy jej przeniesienie.

- Pytanie - wtrącił Augie.

- Śmiało.

- Kumpelkę? Bardzo bliską kumpelkę?

- Jeśli sugeruje pan to, co podejrzewam, to nie, nie aż tak bliską kumpelkę.

- Rozumie pan, że musiałem zapytać.

- Właśnie po to pana zatrudniłem, Ziegler, żeby zadawał pan niedelikatne pytania, gdy trzeba je zadać. A wracając do sierżant Miller, nadal mieszka w naszym ośrodku w Pullach wraz z innymi paniami z Korpusu Kobiecego. Agencja Bezpieczeństwa Armii założyła u nas stację nasłuchową. Mimo iż Claudette przeniosła się tutaj, do Vier Jahreszeiten, nie zerwała przyjaźni z Florence. Ale co mogą robić dwie babki w tym mieście, gdy jedna jest sierżantką, a druga ma już prawa oficera? Pójść na zakupy albo do kina, to wszystko. Chyba że po cichu wybiorą się razem do klubu podoficerskiego, bo Claudette zatrzymała swoje dokumenty, w których figurowała jako sierżant. Przypuszczam, że poszły razem na stek i parę drinków. Jeśli mam rację, to pewnie znajdziemy legitymację DCI Claudette w naszym sejfie. Freddy?

- Sprawdzę.

- Na co dzień nosiła przy sobie broń? - spytał Ziegler.

- Jak my wszyscy - odparł Cronley i zachichotał, wskazując na Hessingera. - Freddy nawet do szlafroka.

- Hessinger nosi czterdziestkępiątkę - uściślił Ziegler - a Colbert posłużyła się niestandardową trzydziestkąósemką S & W ze spiłowanym kurkiem, a więc jedynie z mechanizmem samonapinającym. To u was standardowa broń?

- Nie. Ale zamierzam zeznać, że tak, żebyśmy... żeby Claudette jak najszybciej ją odzyskała. Mam nadzieję, że nie będzie z tym problemu?

- W życiu nie pozbawiłbym urodziwej blondynki przyjemności dodania kolejnych trzech karbów na rękojeści jej wiernej trzydziestkiósemki - odparł Ziegler.

- Jest! - zawołał Hessinger, wymachując skórzanym etui. - Faktycznie została w sejfie.

- Kolejny detal potwierdzający moją niepotwierdzoną teorię - zauważył Cronley.

- Jaką teorię, panie Cronley? - zainteresował się Kellogg.

- Moim zdaniem to NKGB próbowało porwać pannę Colbert i sierżant Miller.

- NKGB? - powtórzył z niedowierzaniem pułkownik. - Ale po co?

- Żeby ustalić, ile wiedzą o pewnych sprawach.

- O jakich "pewnych sprawach"? Czy to nie jest istotne z punktu widzenia tego śledztwa?

Głupie pytanie, pułkowniku, pomyślał Ziegler.

- Z całym szacunkiem, panie pułkowniku, gdybym odpowiedział, przekroczyłbym granicę, której nie chcę przekraczać.

- Rozumiem - westchnął Kellogg. Jego mina i głos zdradzały, że choć rozumie, to nie przepada za sytuacjami, w których ktoś mu mówi, żeby nie wtykał nosa w nie swoje sprawy. - Najlepiej będzie, jeśli pojadę na miejsce zdarzenia - dodał, wstając. - Dowódca bazy pewnie już wie o sprawie, więc spodziewam się, że go spotkam. Co mam mu powiedzieć?

- Że DCI Europa przejmuje śledztwo i dano panu do zrozumienia, że im mniej pan o nim wie, tym lepiej.

Kellogg skinął głową i bez słowa opuścił apartament.

- Zdaje się, że jest wkurzony - zauważył Ziegler.

- Nic na to nie poradzę - odparł Cronley. - Przywykłem już do tego, że wkurzam ludzi - dorzucił i spojrzał na Hessingera. - Ubierz się, Freddy, i jedź z Zieglerem. Trzeba sprowadzić Claudette do domu.

- A co z sierżant Miller? - spytał Hessinger.

- Skoro dostała prochy, lepiej niech poleży w szpitalu. Gdy przyjedzie Max, każę mu posłać do niej paru ludzi, będzie miała obstawę.

- Słyszał pan kiedyś o 711. MKRC? - zapytał Ziegler.

- A dlaczego pan pyta?

- Tuż obok ambulansu, w którym znaleźliśmy trupy, stał inny, z zamalowanymi krzyżami i właśnie takim oznaczeniem na zderzaku.

- Czyżby panna Colbert nie miała nic do powiedzenia w tej sprawie? - zapytał Cronley.

- Panna Colbert powiedziała mi - wielokrotnie - że nie ma nic do powiedzenia. Mówiąc ściślej, powiedziała, że gówno nam powie, póki nie skontaktuje się z panem osobiście albo przez telefon.

- Siedemset jedenasta kwatermistrzowska kompania naprawcza sprzętu mesowego - wyjaśnił Cronley. - Tak przynajmniej do niedawna odczytywaliśmy ten skrót. Niestety Freddy nie ma ani krzty poczucia humoru, więc zmienił nazwę i teraz jest to kompania serwisowa kuchni polowych. Umówmy się, że to nasz odpowiednik nieoznakowanego wozu policyjnego. Zgaduję, że Claudette przyjechała nim do klubu.

- A ja - wtrącił Hessinger - że towarzysze z NKGB albo wysłannicy ODESSY dawno rozgryźli ten podstęp. Moim zdaniem jechali za Claudette od samego garażu hotelowego.

- Niech pan notuje, Ziegler. Freddy jest bystrzejszy, niż mogłoby się wydawać.

- Jeszcze jedno głupie pytanie - uprzedził Augie. - Skąd pan wie, że panna Colbert nosi rewolwer w staniku?

- Sama mi powiedziała. Słowo skauta i z ręką na sercu: nigdy w życiu nie widziałem panny Colbert w bieliźnie.

Dobrze mi się wydawało, że to bystry gliniarz. Czy bystry gliniarz wyczuje, że właśnie usłyszał przeciwieństwo prawdy, całej prawdy i tylko prawdy?

 

 

[CZTERY]

Pokój przesłuchań nr 3

Posterunek żandarmerii

Heinrich-Heine-Strasse 43

Monachium, Amerykańska Strefa Okupacyjna

24 stycznia 1946, 03.35

 

Kapitan żandarmerii siedzący za małym biurkiem naprzeciwko Claudette Colbert zirytowany uniósł głowę, gdy usłyszał skrzypnięcie drzwi za plecami. A kiedy się odwrócił, żeby sprawdzić, kto śmie mu przeszkadzać, na jego twarzy odmalowało się, prócz złości, także zaciekawienie.

Hessinger, ubrany w oficerski mundur znany jako "róże i zielenie", z trójkątami na klapach, wkroczył do pokoju w asyście Augiego Zieglera.

- Ziegler - warknął kapitan. - Gdy nad tymi drzwiami pali się lampka, to znak, że nikomu nie wolno wchodzić. Powinieneś o tym wiedzieć.

- Pan kapitan pozwoli, że przedstawię pana Hessingera z Centralnego Dyrektoriatu Wywiadu - odpowiedział mu niezrażony Ziegler.

- A co to jest Centralny Dyrektoriat Wywiadu, u diabła? - zdziwił się kapitan.

Hessinger podał mu legitymację. Kapitan przyjrzał się jej bardzo bacznie.

- DCI przejmuje śledztwo w tej sprawie - oznajmił Hessinger. - Jak się pani miewa, panno Colbert?

- Nie za dobrze - odpowiedziała.

Freddy skinął głową. Plamy na jej mundurze świadczyły o tym, że próba usunięcia zeń pozostałości po strzelaninie skończyła się kompletnym fiaskiem.

- "Przejmuje śledztwo"? - powtórzył kapitan. - Dwa pytania. Po pierwsze: co to właściwie znaczy? A po drugie: co na to dowódca żandarmerii?

- To znaczy, że poprowadzi pan śledztwo w taki sam sposób, jak uczyniłby to pan w normalnych okolicznościach, ale z pewnymi zastrzeżeniami: nie będzie pan ani udzielał, ani żądał jakichkolwiek informacji od innych agencji rządowych, chyba że na wyraźne polecenie DCI. Ponadto wszelkie informacje, które pan posiądzie, oraz wszelkie dowody w sprawie będą tajne i przechowywane z dala od wszelkiej innej dokumentacji tak długo, aż DCI rozstrzygnie, co należy z nimi zrobić. Co się zaś tyczy pułkownika Kellogga, kapitanie, to nie tylko jest on w pełni świadomy naszego udziału w sprawie, ale także wypożyczył nam pana Zieglera, który udzieli nam pomocy w śledztwie i, co oczywiste, będzie pełnił funkcję łącznika między Dyrektoriatem a dowództwem żandarmerii.

- Ciekawe - mruknął kapitan.

- Informuję też, że to, co pan właśnie usłyszał, kapitanie, to informacje ściśle tajne - prezydenckie, którymi nie wolno się panu dzielić z nikim, bez wyraźnego zezwolenia z DCI. Czy to wszystko jest dla pana zupełnie jasne?

Kapitan patrzył Hessingerowi w oczy przez bardzo długą chwilę, po czym zwrócił się do Zieglera:

- Pułkownik Kellogg na pewno o wszystkim wie?

- Tak jest - odparł Ziegler. - Właśnie się z nim widzieliśmy.

- Czy wszystko jasne, kapitanie? - powtórzył Hessinger.

Kapitan skinął głową i po zauważalnej pauzie odpowiedział:

- Tak jest.

- Dziękuję - odrzekł uprzejmie Hessinger.

- Domyślam się, że mam panów zostawić?

- Byłoby świetnie, kapitanie, gdyby wraz z panem Zieglerem zechciał pan zebrać wszelkie raporty, fotografie i inne dokumenty, które żandarmeria zdążyła sporządzić w tej sprawie. Zabiorę je ze sobą. Najprawdopodobniej wrócą do pana, ale szef mówił, że jeszcze tej nocy - a raczej tego ranka - chciałby je przejrzeć.

- Broń sprawcy też zabieramy? - spytał Ziegler.

- Broń sprawcy też - przytaknął Hessinger. - I wszelką inną, bo jak rozumiem, w użyciu były też noże?

- Zgadza się - potwierdził Ziegler.

- Ponadto, kapitanie, proszę poinformować swoich ludzi z Dziewięćdziesiątego Ósmego, że nasza ochrona jest już w drodze do szpitala i przejmie ich zadania. Byłbym jednak wdzięczny, gdyby kilku waszych zostało, żeby udzielić im wsparcia.

- Naturalnie.

- Wszyscy oni muszą zostać poinformowani, że śledztwo poprowadzi inna agencja - proszę jednak nie wspominać, że chodzi o DCI - oraz że wszystkie szczegóły objęto klauzulą tajności. Powtórzę: niech będą po prostu tajne, nie ściśle tajne - prezydenckie, żeby nie wzbudzać niepotrzebnego zaciekawienia.

- Rozumiem.

- I jeszcze dwie sprawy - ciągnął Hessinger. - Zakładam, że pańscy ludzie nadal są obecni na miejscu zdarzenia?

- Tak jest.

- Proszę ich uprzedzić, że zabierzemy stamtąd ambulans stojący obok karetki, w której doszło do strzelaniny.

- Tak jest. A skoro już mowa o karetkach, ta, w której doszło do strzelaniny, została dzisiaj - to znaczy wczoraj - skradziona z parku maszynowego Dziewięćdziesiątego Ósmego Szpitala Ogólnego.

- Przyjrzy się pan tej sprawie, Ziegler? - spytał Freddy.

- Oczywiście.

- Ale i ten drugi wóz, panie Hessinger, ten z zamalowanymi krzyżami, wydaje się nie mniej podejrzany.

- Jeśli wierzyć symbolom ze zderzaka, należy do 711 MKRC, ale na liście USFET*** nie figuruje taka jednostka.

- Proszę się tym nie martwić. To nasz wóz i dlatego zamierzam go zabrać - odparł Hessinger.

- A mogę spytać, co znaczy MKRC?

- To nie jest istotne.

Zwłaszcza że gdy tylko ambulans trafi do garażu w hotelu Vier Jahreszeiten, zmienimy to oznaczenie. Ale, na Boga, nie mogę tego zrobić! Nazistowski kuzyn Cronleya łyknął przecież w całości historyjkę o kompanii serwisowej kuchni polowych!

- Druga sprawa, panie kapitanie - dodał Hessinger - jest następująca. Jeżeli pańscy ludzie stojący za tym lustrem weneckim - to mówiąc, wskazał na taflę umocowaną do ściany - nie słyszeli, o czym mówiłem, to proszę ich wtajemniczyć, zanim stąd wyjdą.

- Tak jest - odpowiedział kapitan i posłał Augiemu lodowate spojrzenie, widząc lekki uśmiech na jego ustach.

- Bardzo proszę o pośpiech, panie Ziegler. Chcę zabrać Claudette do domu tak szybko, jak będzie to możliwe.

- Tak jest.

Wyraz twarzy kapitana wskazywał, że słowa "zabrać Claudette do domu" należycie go zaskoczyły. Ziegler uśmiechnął się jeszcze szerzej.

Tym razem spojrzenie kapitana było już otwarcie wrogie.

Słono zapłacę za te uśmiechy, gdy moja tymczasowa służba w DCI dobiegnie końca, pomyślał Augie. I co z tego? Warto było, choćby po to, żeby zobaczyć, jak Hessinger wycina kapitana Tchórzofretkę równo z trawą. A może uda się zostać w DCI dłużej?

 

 

Claudette chciała wstać, gdy tylko zamknęły się drzwi pokoju przesłuchań numer 3, ale Hessinger pokręcił głową i uniósł dłoń, dając jej znak, by została na miejscu.

Trzydzieści sekund później podszedł do lustra weneckiego i zasłonił je plecami. Upewniwszy się, że nawet jeśli ktoś pozostał w sąsiednim pokoju, to i tak nic nie zobaczy, dopiero teraz skinął na Claudette, by podeszła bliżej.

Gdy to zrobiła, otworzył ramiona i przytulił ją.

- Och, Freddy! - westchnęła i rozpłakała się.

Poklepał ją po plecach, jakby to miało ją pocieszyć.

- Nie dziwię się, że jesteś roztrzęsiona - powiedział. - To normalna reakcja. Nie jest łatwo, gdy się zabije człowieka.

- Jestem wkurzona, że się rozkleiłam. Gdybym nie zastrzeliła tych drani, zabiliby i mnie, i Florence. Co z nią?

- Jest w Dziewięćdziesiątym Ósmym. Pilnuje jej żandarmeria, a wkrótce dotrą tam ludzie Maksa. Będą czuwać i nad nią, i nad żandarmami.

- A Jim Cronley?

- Myślę, że właśnie dzwoni do Wallace'a i referuje mu sprawę.

- Potrzeba mi kąpieli i czystego ubrania - powiedziała Claudette. - Nie miałam pojęcia, że głowy naprawdę eksplodują trafione kulą.

Odsunęła się, tknięta nagłą myślą, i zlustrowała Hessingera szybkim spojrzeniem.

- A teraz i ty jesteś upaprany. Przepraszam, Freddy.

- Nie ma o czym mówić.

- A kiedy już... Nie. Zanim zrzucę ubranie i wskoczę pod prysznic, strzelę sobie kielicha.

Hessinger bez słowa sięgnął do kieszeni munduru i wydobył z niej płaską flaszkę w skórzanym etui.

- Koniak - oznajmił, wręczając piersiówkę Claudette.

- Freddy, jesteś niesamowity - powiedziała, zdejmując zakrętkę.

- Wiem.

Zachichotała i pociągnęła zdrowy łyk.

 

 

[PIĘĆ]

Klub podoficerski Korpusu Kobiecego Armii USA

Baza Wojskowa Monachium

Amerykańska Strefa Okupacyjna

24 stycznia 1946, 04.15

 

Claudette siedziała na fotelu pasażera w samochodzie Zieglera - czarnym sedanie marki Ford, rocznik 1941 - przyglądając się Augiemu, który stojąc nieopodal, odprowadzał wzrokiem ambulans z Hessingerem za kierownicą. Wóz właśnie mijał żandarmów i polskich ochroniarzy strzegących bramy.

Teraz Ziegler podbiegł truchtem do samochodu, wskoczył do środka i ruszył śladem karetki.

- Panno Colbert - zagaił po chwili - pan Hessinger przedstawił mnie jako "pana Zieglera". Na imię mam August, a przyjaciele mówią na mnie Augie. - Wyciągnął rękę, którą ona bez wahania uścisnęła.

- A ja jestem Claudette. Przyjaciele mówią na mnie Dette.

- Cześć, Dette.

- Cześć, Augie.

Uśmiechnął się i spod krótkiej wojskowej kurtki wydobył krótkolufowy rewolwer Colt "Detective Special" kalibru .38. Podał go Claudette.

Przyjrzała się broni, sprawdziła zawartość bębenka mieszczącego pięć nabojów i na powrót go zatrzasnęła.

- Co mam z tym zrobić? - spytała.

- Pożyczyć - odparł. - Pan Cronley polecił, żebym odzyskał twoją krótkolufową spluwę, ale wolę tego nie robić, póki laboratorium w Heidelbergu nie ustali, że kule znalezione w ciałach - oraz w rannym - pochodzą właśnie z niej.

- I nie postawi kropki nad "i"?

- Oraz kreski w "t".

- Dziękuję - powiedziała. - Mam w sejfie czterdziestkępiątkę, ale...

- Ale czy łatwiej będzie ją nosić?

- Właśnie. Dlatego dziękuję. Będę dbała o twoją broń. - Schowała rewolwer do torebki.

- Byłem gliniarzem w Reading w Pensylwanii - odezwał się po chwili Augie. Po co jej o tym mówię? I po co właściwie oddałem jej własną spluwę? - Ojciec też pracował w policji. Dał mi tę trzydziestkęósemkę, gdy zdałem egzamin na detektywa.

- Naprawdę?

- Tylko że nigdy nie zostałem detektywem. Gdy się dowiedziałem, że mnie wycięli, wkurzyłem się i poszedłem prosto do komisji poborowej.

- Wycięli?

- Mieli cztery etaty dla detektywów, a ja byłem piąty na egzaminie.

- Ach tak.

- I oto jestem agentem CID w Monachium. I pożyczam własną trzydziestkęósemkę atrakcyjnej blondynce.

- Co by na to powiedziała twoja żona?

- Nie mam żony. Ani dziewczyny.

Umilkli na dłużej. Claudette odezwała się, dopiero gdy wjechali do podziemnego garażu hotelu Vier Jahreszeiten.

- Tam jest winda.

- Wiem - odpowiedział.

Gdy stanęli przy drzwiach kabiny, Augie w porę przypomniał sobie o manierach.

- Panie przodem.

Uśmiechnęła się i weszła do windy. Hessinger dołączył do nich truchtem, a gdy w blasku żarówki przyjrzał się plamom krwi i resztkom mózgu na swym mundurze, skomentował to zwięźle:

- Scheisse!

 

 

* Z ang. olive drab, czyli wojskowa zieleń (przyp. tłum.).

** W XVII i XVIII w. popularna była praktyka wypożyczania jednostek wojskowych i tak elitarny kontyngent heski został oddany przez landgrafa Fryderyka II do dyspozycji Brytyjczyków próbujących zdławić powstanie w swych amerykańskich koloniach (przyp. tłum.).

*** United States Forces European Theater - Amerykańskie Siły Zbrojne w Europie.

II

 

 

[JEDEN]

Apartament 507

Hotel Vier Jahreszeiten

Maximilianstrasse 178

Monachium, Amerykańska Strefa Okupacyjna

24 stycznia 1946, 04.15

 

Zanim Augie Ziegler i Freddy Hessinger przywieźli Claudette do domu, Cronley zdążył - mniej więcej - się ubrać. Szlafrok zastąpił bluzą dresową z logo uczelni Texas A & M oraz portkami w kolorze OD. Stare kowbojki zostały.

Towarzyszyli mu dwaj nieznajomi. O pierwszym, muskularnym blondynie, Augie pomyślał, że nie ma jeszcze trzydziestki. Ubrany był w mundur OD z trójkątami. Kurtkę typu "Ike" rozpiął niedbale, w całej okazałości prezentując spoczywającą na lewym biodrze kaburę Secret Service High Rise Cross Draw z czterdziestkąpiątką.

Drugim był potężnie zbudowany i bardzo czarny kapitan, który na klapach oliwkowego munduru nosił kawaleryjską odznakę: skrzyżowane szable. Augie dawał mu dwadzieścia parę, a może niewiele ponad trzydzieści lat. Miał też wrażenie, że kapitan nie jest jedną z tych osób, które chciałoby się spotkać w ciemnym zaułku - i to nie tylko dlatego, że i on nosił czterdziestkępiątkę w używanej zwykle przez Secret Service kaburze.

- Nic ci nie jest, Dette? - spytał potężny Murzyn głębokim, melodyjnym głosem.

- Nic. Muszę tylko wziąć prysznic i zmienić ubranie - odrzekła.

- Do diabła, Freddy, czym tak usmarowałeś mundur? - zainteresował się kapitan.

- Nie chcesz wiedzieć - odpowiedział mu Hessinger.

- Czy mogłabyś chwilę zaczekać z tym prysznicem i najpierw złożyć raport z akcji? - zasugerował Cronley.

- Tak jest - odparła bez entuzjazmu Claudette.

A potem w krótkich słowach opowiedziała, co się wydarzyło.

- Jak się porozumiewali? - spytał Cronley, gdy skończyła.

- Po angielsku, z obcym akcentem. Możliwe, że z niemieckim albo rosyjskim. Albo Bóg wie jakim.

- Czy kiedy przyjechałyście, ich ambulans już tam stał?

- Nie. Pamiętam wolne miejsce obok nas, bo parking był prawie pełny.

- Zatem wszystko wskazuje na to, że was śledzili.

- Możliwe.

- Weź prysznic i zmykaj do łóżka - rozkazał Cronley. - Wallace mówił, że wyruszy z samego rana, gdy tylko będzie mógł, a to oznacza, że dotrze tu z generałem mniej więcej o wpół do dziesiątej. Przygotuj się mentalnie na kolejne przesłuchanie.

Uśmiechnęła się i odpowiedziała:

- Tak jest.

Ciekawe, kim jest ten Wallace, pomyślał Augie. I skąd ma wyruszyć? I z którym generałem?

- A co z Florence? - spytała Claudette.

- Moi ludzie twierdzą - odezwał się blondyn z trójkątami na mundurze - że działanie środka nasennego powinno ustąpić do rana i...

- Pilnują jej? - wpadła mu w słowo Claudette.

Kim jest ten gość? Gada jak Anglik, ocenił Augie.

- W ośmiu - uspokoił ją mężczyzna. - Podobnie jak tego typa, którego postrzeliłaś. Na pewno zmartwi cię wieść, że cierpi podwójnie, bo ma nie tylko rozpruty bark, ale i marne widoki na to, by odzyskać pełnię władzy w prawym ramieniu.

- Ani trochę - odpowiedziała spokojnie.

- Niestety, z tego powodu nafaszerowano go środkami przeciwbólowymi, przez co będzie zdatny do rozmowy z nami dopiero po południu.

- I jak się domyślam, nie da się namówić lekarzy, żeby w ogóle przestali podawać mu znieczulenie? - spytała.

Cronley parsknął śmiechem.

- Idź już spać, Dette.

- Tak jest.

- Freddy, wróć tutaj, gdy doprowadzisz się do porządku. Trzeba omówić ustalenia żandarmerii, zanim dotrze tu Wallace.

- Tak jest.

Claudette i Hessinger opuścili gabinet.

- Mocna babka - stwierdził Augie. - I to pod niejednym względem.

- Coś mi się zdaje, że nasza Claudette wpadła temu panu w oko - stwierdził barczysty cywil.

- Chcesz powiedzieć, że tobie nie? - odpowiedział mu czarnoskóry kapitan.

- Chcę powiedzieć, że moje smutne polskie oczy jeszcze nie zrobiły wrażenia na Lodowej Księżniczce.

- Pewnie czeka na Tego Jedynego, a my nie spełniamy jej oczekiwań - stwierdził Cronley.

Murzyn się zaśmiał i wyciągnął rękę do Zieglera.

- Jako że szef zapomniał o manierach, sam się przedstawię: C.L. Dunwiddie. Ludzie mówią na mnie "Mały".

Jezu, przecież facet ma sześć stóp i sześć cali wzrostu, a waży z trzysta funtów!

- Ciekawe dlaczego - mruknął Augie. - Jestem Augie Ziegler.

- Max Ostrowski - przedstawił się barczysty blondyn. - Rozumiem, Ziegler, że trafił pan do nas na tymczasowe wygnanie?

- Na to wygląda - odparł Augie, a po chwili spytał: - Pan jest Polakiem?

- Nie wyprę się.

Augie skinął głową.

- Zobaczmy, co ustalili żandarmi - zaproponował Cronley.

- O tym, jak wyglądało wnętrze ambulansu, będę musiał opowiedzieć - uprzedził Augie. - Fotografii jeszcze nie wywołano. Kazałem przysłać odbitki, gdy tylko będą gotowe.

 

 

[DWA]

Szkoła Konstabulatury Stanów Zjednoczonych

Sonthofen, Bawaria

Amerykańska Strefa Okupacyjna

24 stycznia 1946, 06.55

 

Dwunastu oficerów zasiadło wokół masywnego stołu w jadalni korpusu oficerskiego w dawnej Adolf Hitler Schule, gdzie synowie niemieckich arystokratów pobierali nauki, by objąć kluczowe stanowiska we władzach Tysiącletniej Rzeszy. Wszyscy mieli na sobie wełniane oliwkowe mundury. Insygnia na rękawach - trzycalowe, żółte koła z czarną obwódką i przeciętą błyskawicą literą C pośrodku - wskazywały, że służą w Konstabulaturze Stanów Zjednoczonych.

Generał dywizji I.D. White - krępy czterdziestosześciolatek, który doprowadził Drugą Dywizję Pancerną, zwaną Piekłem na Kółkach, do brzegu Łaby, a następnie, gdy pozwolono Rosjanom zająć Berlin, dalej, do niemieckiej stolicy - siedział u szczytu stołu, na miejscu, z którego niegdyś sam Führer zabawiał swych gości.

Towarzyszyli mu pułkownik kawalerii, pułkownik piechoty, podpułkownik z insygniami adiutanta generała dywizji, kapitan z identyczną odznaką, podpułkownik i porucznik artylerii (obaj ze skrzydełkami pilotów łącznikowych), pułkownik i podpułkownik z insygniami kapelańskimi (odpowiednio: religii mojżeszowej oraz chrześcijańskiej), pułkownik i podpułkownik Korpusu Medycznego oraz podpułkownik z prokuratury wojskowej.

Generał White uważał, że problemy związane z jego dowódczą misją lepiej jest omawiać przy posiłku niż przy stole konferencyjnym. Dlatego też raz w tygodniu, w każdy czwartek, organizował robocze śniadanie - "Bo świetnie robi podwładnym na błysk w oku i dumnie sterczący ogon" - dla oficerów, których owe problemy dotyczyły i których głos mógł dopomóc w ich rozwiązaniu. Z listy gości można więc było odgadnąć, o czym będzie mowa.

Generał jak zawsze zaczekał, aż wszyscy zebrani staną za ozdobnymi krzesłami w jadalni, i dopiero wtedy wkroczył - a raczej wmaszerował - do sali.

- Baczność! - zawołał jego adiutant i nikt nie uchylił się od wykonania rozkazu.

- Siadajcie, panowie - polecił łaskawie generał i sam zajął miejsce za stołem.

- Z oczywistych powodów niewskazane byłoby dyskutowanie o dzisiejszej sprawie podczas śniadania - rzekł po krótkiej pauzie - więc zaczniemy dopiero przy kawie.

Trzydzieści minut później, gdy dwaj młodzieńcy w wykrochmalonych białych marynarkach okrywających bluzy mundurowe uprzątnęli zastawę i rozstawili filiżanki przed gośćmi generała, nadeszła odpowiednia chwila, by rozpocząć obrady.

Generał White uczynił to, nie podnosząc się z krzesła.

- Panowie - rzekł - problemem, z którym się dziś zmierzymy, są, jak się to eufemistycznie mówi, "choroby towarzyskie", a mówiąc wprost: choroby weneryczne. W jaki sposób wpływają na pracę Konstabulatury? I co możemy zrobić w tej sprawie? Na początek posłuchamy pańskich przemyśleń, poruczniku. - Wskazał na młodego pilota łącznikowego.

Wyraźnie zaskoczony porucznik wstał powoli i... milczał jak zaklęty.

- Nie nauczyli pana w West Point, poruczniku Winters, że młodszych oficerów trzeba pytać jako pierwszych, żeby usłyszeć ich szczerą opinię, a nie to, czym chcieliby się przypodobać przełożonym?

Spojrzenie, które porucznik posłał ukradkiem generałowi, było dość złowrogie, ale White tego nie zauważył.

- Nauczyli, sir - odpowiedział Winters. - Uważam, że choroby weneryczne to problem...

- I właśnie dlatego się tu spotykamy - wpadł mu w słowo White.

- ...nie tylko dlatego, że przez nie żołnierze lądują w szpitalach i nie są zdolni do służby, ale i dlatego, że niekiedy trwale niszczą im życie.

- Sam bym tego lepiej nie ujął - pochwalił White. - A jak, pańskim zdaniem, powinniśmy się z tym problemem uporać?

Widać było, że porucznik usilnie zastanawia się nad odpowiedzią.

- Gdyby to ode mnie zależało, to na początek otworzyłbym punkty pierwszej pomocy dla wszystkich młodych Niemek, które jej potrzebują. Trzeba je badać, a gdy się wykryje syfa czy innego trypra, koniecznie leczyć. Przydałoby się też przebadać wszystkie prostytutki, i te z burdeli, i te uliczne - bez względu na to, czy tego chcą, czy nie. I dać im wybór: albo leczenie, albo więzienie.

- Bzdura! - nie wytrzymał kapelan-chrześcijanin.

Generał White spiorunował go wzrokiem.

- A co z żołnierzami Konstabulatury? - spytał.

- Panie generale - odezwał się porucznik po dłuższym namyśle - przeczuwam, że to się panu nie spodoba.

- To znaczy?

- Byłoby dobrze, gdyby mieli szansę na takie samo traktowanie, na jakie mogą liczyć oficerowie.

- Czyli?

- Gdyby mogli odwiedzić przyjaźnie nastawionego lekarza i po prostu dostać penicylinę. Nie musieliby wtedy zapisywać się do szpitala i nosić szlafroka z literami WR na plecach. Uniknęliby też wpisu do akt.

- Generale - wtrącił się podpułkownik z Korpusu Medycznego - muszę zaprotestować.

- Odnotowano - odparł gładko White. - Mam rozumieć, poruczniku, że zna pan osobiście oficerów, którzy - tu generał umilkł na krótką chwilę, a następnie wyrecytował z pamięci - "odwiedzili przyjaźnie nastawionego lekarza i po prostu dostali penicylinę, żeby nie musieli zapisywać się do szpitala i nosić szlafroka z literami WR na plecach oraz uniknąć wpisu do akt"? A może tylko pan przypuszcza, że tak się to odbywa?

- Osobiście znam takich oficerów.

- Co zatem, pańskim zdaniem, powinniśmy począć ze zwykłymi żołnierzami?

Porucznik wyraźnie się rozpędzał - być może doszedł do wniosku, że skoro najprawdopodobniej właśnie spuścił w klopie całą swą karierę, to już nic nie może mu zaszkodzić.

- Uważam, że lekarze powinni badać żołnierzy i ustalać, czy to syf, czy tryper, czy coś gorszego, a sierżantów nauczyć robić zastrzyki. Sześć dawek penicyliny albo innego leku - i po sprawie. Tym z syfilisem, których trzeba przyjąć do szpitala, wpisywałbym do karty coś innego, żeby im nie spierdolić kariery... Przepraszam, sir - zmitygował się po krótkiej pauzie Winters. - To "spierdolić" mi się wymknęło.

- Panie generale, jeśli mogę... - odezwał się pułkownik z Korpusu Medycznego.

- Nie może pan. Ja decyduję o tym, kto będzie mówił i kiedy - uciął White dość nieprzyjemnym tonem i po krótkim, intensywnym namyśle dodał: - I właśnie zadecydowałem, że ja. - Skinieniem dłoni nakazał porucznikowi, by usiadł. - Choć bardzo mnie kusi, żeby to zrobić - zaczął - to jednak nie zacytuję błyskotliwego komentarza świętej pamięci generała George'a Smitha Pattona na temat żołnierzy, oficerów i misterium cielesnego obcowania...

Wszyscy zgromadzeni w jadalni doskonale znali ową słynną sentencję: "Żołnierz, który nie rucha, nie będzie walczył".

Ponad połowa oficerów parsknęła śmiechem lub przynajmniej zachichotała; reszta uznała za stosowne okazać zdumienie, dezaprobatę albo jedno i drugie.

- ...jednakże nie wydaje mi się, by ktokolwiek mógł uczciwie zanegować fakt, iż jedyne idealne rozwiązanie problemu chorób wenerycznych, czyli wstrzemięźliwość seksualna, jest rozwiązaniem nieosiągalnym. Zawsze wierzyłem w to, czego uczono mnie w Norwich: jeśli Armia oferuje coś cennego, to w pierwszym rzędzie powinni to dostać żołnierze, a dopiero potem oficerowie. Nie widzę więc powodu, by nie zastosować tej zasady do procedury zwalczania chorób towarzyskich. Co więcej, od pierwszego dnia, gdy tylko się dowiedziałem, że pacjentów szpitali wojskowych cierpiących na choroby weneryczne zmusza się do noszenia szlafroków z literami WR na plecach, byłem pewny, że żaden żołnierz nie zgłosi się dobrowolnie na leczenie. Dlatego też omówimy teraz...

W tym momencie drzwi otworzyły się z trzaskiem i kolejny generał dywizji niemal wpadł do jadalni.

Podobnie jak inni starsi oficerowie, miał na sobie oliwkową kurtkę typu "Ike", za to zamiast spodni OD nosił bryczesy i wysokie, pięknie wypolerowane buty. W dłoni ściskał szpicrutę. Insygnia na ramieniu wskazywały, że służy w Konstabulaturze. Drugie ramię zdobił emblemat Drugiej Dywizji Pancernej, co oznaczało, że właśnie w tej jednostce służył podczas wojny.

Generał dywizji Ernest Harmon był w istocie dowódcą Piekła na Kółkach, zanim oddał stanowisko generałowi I.D. White'owi, by samemu objąć komendę nad Szóstym Korpusem. Pierwszego lutego zaś miał oddać White'owi dowództwo Konstabulatury.

Generał White jako pierwszy zobaczył Harmona i pierwszy też zerwał się na równe nogi. Pozostali poszli za jego przykładem.

- Panowie, niezmiernie mi przykro, że was nachodzę, ale muszę porwać generała White'a na kilka minut.

Nie na darmo podwładni nazywali go między sobą "Starym Żużlowym Głosem": istotnie, głos miał szorstki i chrapliwy.

- Generale, właśnie rozmawialiśmy o chorobach wenerycznych. Pańska rozległa wiedza na ten temat bardzo by się nam przydała - odparł White.

Harmon spojrzał na niego spode łba.

- Cóż, w takim razie - tu White podniósł głos - spotkanie odroczone, panowie. Widzimy się ponownie o jedenastej w sali konferencyjnej. Proszę przemyśleć propozycję porucznika Wintersa. - To rzekłszy, skinął palcem właśnie na Wintersa oraz na podpułkownika ze skrzydełkami na klapach. - Wy dwaj zostajecie.

Gdy pozostali opuścili jadalnię, Harmon podał rękę podpułkownikowi.

- Billy, czyżbym zaraz miał usłyszeć od generała White'a, że nabroiłeś?

- Jestem czysty jak łza - zapewnił podpułkownik William W. Wilson.

- Ernie, znasz porucznika Toma Wintersa? - spytał generał White.

- Dawno cię nie widziałem, synu. Co u taty?

- Mama przysłała mi zdjęcie: oboje w kimonach. Przydzielili go do Pierwszej Dywizji Kawalerii.

- Słyszałem. Przekaż im, proszę, pozdrowienia, gdy będziesz pisał.

- Tak jest, panie generale. Dziękuję.

- Powiedz no, Tom, co takiego robisz dla I.D. w Konstabulaturze? - spytał Harmon.

- Zanim wszedłeś, właśnie sprawdzałem, czy potrafi samodzielnie myśleć - wyręczył Wintersa White.

- I?

- Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Naciskałem, ale wymknęło mu się tylko jedno brzydkie słowo. Tom, jesteś pewny, że chcesz tego przeniesienia? - spytał White po krótkiej pauzie.

- Tak jest. Bardzo dobrze się zastanowiłem.

- Zatem zgoda. Billy, oddamy go Cronleyowi. I tego porucznika z A & M też.

- Dziękuję, sir - powiedział podpułkownik Wilson. - Mogę odejść?

White skinął głową.

Pożegnali się uściskiem dłoni, a gdy podpułkownik stanął na baczność i uniósł rękę do czoła, generał Harmon oddał salut. Dwaj młodsi oficerowie odmaszerowali i zamknęli za sobą drzwi jadalni.

- I.D., co tu jest grane, do cholery? - spytał Harmon, gdy zostali sami, ale nie dał White'owi czasu na odpowiedź. - Wczoraj wieczorem zadzwonił do mnie Harry Bull i powiedział, że nie wracam do domu i nie przechodzę w stan spoczynku. Spytałem, o co chodzi, u licha, a on na to, że to rozkaz McNarneya i nie będziemy dyskutować. Powiedział też, że ty wiesz, o co chodzi, ale być może nie będziesz mógł mi wyjaśnić, jeśli nie dostałeś pozwolenia z CID.

- Na pewno powiedział CID, a nie DCI?

- Nie pamiętam. A co to jest DCI, do cholery?

- Centralny Dyrektoriat Wywiadu. Nie może używać tego samego akronimu co Dywizja Śledcza Żandarmerii, stąd DCI.

- No dobrze, ale co to takiego? I co ważniejsze: co wspólnego ma to całe DCI z tobą i ze mną?

- Cóż, tu wypada nam wrócić do tego, co Harry powiedział ci o tym, że bez pozwolenia DCI niewiele mogę ujawnić - odparł White.

- Dlaczego to takie tajne? I właściwie jak bardzo tajne?

- Tajniejsze być nie może: ściśle tajne - prezydenckie.

- I.D., do ciężkiej cholery, jak długo jeszcze mam tu stać z kciukiem w dupie i czekać, aż mi powiesz, co jest grane?

- Wczoraj wieczorem zadzwonił kapitan Cronley i pozwolił mi wtajemniczyć cię we wszystko, co będziesz chciał wiedzieć.

- Cronley? Ten od "oddamy go Cronleyowi"?

- Tak. To on jest szefem DCI Europa.

- I kapitanem?

- Dwudziestodwuletnim. I choć nie został nim tak szybko jak Billy Wilson, który potrzebował ledwie sześciu miesięcy po West Point, żeby zostać kapitanem, to bez wątpienia jest z tej samej gliny.

- Wiesz, że lubię i szanuję Billy'ego Wilsona, ale ciężko mi przełknąć to, że jako dwudziestopięciolatek został podpułkownikiem. Byłem starszy, gdy mianowali mnie porucznikiem!

- Podobnie jak ja. To już inne wojsko, Ernie.

- Wolałem to stare. Ale dobra, powiedz mi w końcu, co takiego pozwolił ci zdradzić ten dwudziestodwuletni kapitan.

- Pytanie: od czego zacząć?

- Spróbuj od początku.

- W porządku, więc przede wszystkim jak to możliwe, że nigdy dotąd nie wspomniałem ci o sprawie? Otóż dostałem taki rozkaz.

- Od kogo? Od Harry'ego Bulla? Od McNarneya?

- Od admirała Souersa.

- A kim, u diabła, jest admirał Souers?

- Właściwie to wiceadmirał w stanie spoczynku, Sidney W. Souers. Przyjechał do Fort Riley, gdzie przygotowywałem plany powołania Konstabulatury...

- Admirał Marynarki Wojennej - nie, wiceadmirał w stanie spoczynku! - wybrał się na równiny Kansas, żeby się spotkać z generałem wojsk pancernych? Do licha, I.D., co to wszystko znaczy?

- Siedziałem sobie na ganku Kwatery 24 - wiesz, której? Nazywają ją Domem Custera.

- Byłem w Fort Riley, na miłość boską! - zirytował się Harmon.

- Więc pewnie wiesz, że tak naprawdę Custer tam nie mieszkał. Chałupa, z której podpułkownik Custer wyruszył na spotkanie z nieśmiertelną sławą - to znaczy do bitwy nad Little Big Horn, gdzie Indianie wyrżnęli cały jego oddział - dawno się spaliła.

- I.D., do cholery!

- Jak mówiłem, ulokowali mnie w Kwaterze 24, bo Tom Davis uznał, że to odpowiednie miejsce dla zasłużonego generała, który przewyższa go rangą i którego skierowano do Riley w nieznanym celu. I który, zdaniem Toma, być może miał go ukradkiem podglądać.

- O tym nie pomyślałem - przyznał z uśmiechem Harmon.

- Mógł też sądzić, że zesłali mnie tam jako podejrzanego o sprzyjanie zamysłom Pattona: może i ja uważałem, że należy na powrót uzbroić Wehrmacht i pomaszerować na Moskwę? Może władza chciała mnie zamknąć w Riley do czasu, aż ktoś zadecyduje o moim losie?

- Sam słyszałem takie plotki.

- Tak czy owak, siedziałem na ganku Kwatery 24, niewinnie analizując proponowaną strukturę Konstabulatury, gdy samochód sztabowy z dwiema gwiazdkami na tablicach rejestracyjnych zatrzymał się przy krawężniku. Oczywiście pomyślałem, że to Tom. Myliłem się. Wtedy przyszło mi na myśl, że Tom albo jego adiutant siedzi w drugim samochodzie sztabowym, który pojawił się chwilę później. I znowu pudło. Z wozu wysiadł porucznik marynarki i otworzył drzwi pasażerom: cywilowi i admirałowi. Gdy podeszli do ganku, admirał powiedział: "Generale White, jestem Sid Souers" i podał mi kopertę. "W środku znajdzie pan list z godłem Białego Domu". I rzeczywiście, był tam list, napisany odręcznie, nie na maszynie. "Drogi generale White. Wysyłam do pana admirała Souersa. On wszystko wyjaśni. Z najlepszymi życzeniami, Harry S. Truman".

- Jezu!

- I faktycznie admirał zaraz mi wszystko wyjaśnił. Powiedział, że Truman poniewczasie zrozumiał, iż rozwiązanie Biura Służb Strategicznych (OSS) było błędem. Wszyscy, którzy twierdzili, że OSS jest bezużyteczne, stanowi zagrożenie dla demokracji i tak dalej, i że trzeba je rozpędzić na cztery wiatry - wszyscy, czyli G-2 Armii, Wywiad Marynarki Wojennej oraz FBI i Departament Stanu - teraz próbują przejąć jego zadania. I dlatego, jak się dowiedziałem, Truman już wkrótce po rozwiązaniu Biura Służb Strategicznych postanowił, że właśnie jemu, admirałowi Souersowi, powierzy pewne funkcje, z których nie wolno nam było zrezygnować.

- Jemu? Ale dlaczego? Facetowi z marynarki? I kim właściwie jest ten Souers?

- Ustaliłem później, że to stary kumpel prezydenta. Znali się już w Missouri, gdy Truman był weekendowym wojownikiem w Gwardii Narodowej, a Souers weekendowym marynarzem w rezerwie Marynarki Wojennej.

- Słyszałem, że Truman dochrapał się rangi pułkownika Gwardii - przypomniał sobie Harmon.

- A podczas pierwszej wojny światowej był we Francji kapitanem artylerii. Tak czy owak, gdy powiedziałem, że admirał jest starym kumplem prezydenta, to tylko tyle miałem na myśli. Gdy na początku wojny Souers wszedł do czynnej służby, od razu dostał przydział do Wywiadu Marynarki w Waszyngtonie. Wprowadził się do apartamentu senatora Harry'ego Trumana i razem cieszyli się kawalerskim życiem. - Generał White umilkł na chwilę, zamyślony. - Na czym to ja stanąłem? Ach, tak. Admirał powiedział mi, że gdy Truman podpisywał rozporządzenie o rozwiązaniu OSS, miał już pojęcie, komu powierzy te zadania Biura, których realizacji nie można było odpuścić. Awansował Souersa na wiceadmirała i mianował wiceszefem Wywiadu Narodowego, by następnie obarczyć go, już jako wiceszefa Biura Wywiadu Marynarki, nadzorem nad tajnymi operacjami. Gdy uświadomił sobie, że będzie mu potrzebna tajna służba szpiegowska, która będzie odpowiadać wyłącznie przed nim, podpisał kolejne rozporządzenie, tym razem o utworzeniu Centralnego Dyrektoriatu Wywiadu. Nową służbą, powołaną z pierwszym stycznia, miał naturalnie dowodzić admirał Souers.

- Z pierwszym stycznia? To ledwie trzy tygodnie temu - zauważył Harmon.

- Tuż przed moim powrotem tutaj - dodał White. - Ale wróćmy do rozmowy na ganku. Souers przedstawił mi cywila, niejakiego Schultza. Ponoć podczas wojny był on numerem dwa w strukturze OSS w regionie Południowego Stożka, to jest w Urugwaju, Argentynie i Chile. A konkretnie "asystentem wykonawczym dyrektora". Następnie usłyszałem od Souersa, że "podjęto decyzję", iż Konstabulatura udzieli wszelkiego wsparcia potrzebnego DCI Europa...

- Podjęto... czyli kto podjął?

- Tego się nie dowiedziałem. Ale odniosłem wrażenie, że Souers ma wystarczającą władzę, by robić wszystko, co uzna za konieczne. Tak czy owak, powiedział mi, że Harry Bull jest wtajemniczony w sprawę, podobnie jak generał brygady Greene.

Harmon pokręcił głową na znak, że nie zna generała Greene'a.

- To szef CIC w USFET - wyjaśnił White. - Spotkałem go raz, ale właściwie się nie znamy. W temacie siedzą też szef Agencji Bezpieczeństwa Armii, major nazwiskiem McClung, oraz major Wallace, który dawniej dowodził OSS Forward, a teraz wygląda na to, że pracuje dla Greene'a.

- A czy ten... Jak mu było? Mattingly. Czy pułkownik Bob Mattingly, który służył w Piekle na Kółkach, zanim przeszedł do OSS, nie był dowódcą OSS Forward?

- Gdy zadałem to samo pytanie, Schultz, nazywany czasem El Jefe, co po hiszpańsku oznacza "Szef", a związane jest z tym, że służył kiedyś w marynarce jako starszy sierżant...

- Były starszy sierżant jest teraz numerem dwa w tym całym DCI? - przerwał z niedowierzaniem Harmon.

White skinął głową.

- Ano. I właśnie Schultz mi powiedział, że pułkownik David Bruce, który kierował pracą OSS w Europie, doszedł do wniosku, że OSS Forward będzie działać sprawniej, jeśli, jak się wyraził, "Armia" będzie sądziła, że dowodzi Bob Mattingly, a rzeczywistym dowódcą będzie major Harold Wallace, który tak naprawdę jest już pułkownikiem Haroldem Wallace'em. Schultz podkreślił, że Bob Mattingly, który jest teraz zastępcą Greene'a, nie jest, powtarzam: nie jest wtajemniczony w bieżącą pracę DCI.

- O co w tym wszystkim chodzi?

- G-2 chce przejąć kontrolę nad DCI Europa. Zacytuję: jako że pułkownik Mattingly złożył wniosek o przeniesienie do regularnego oddziału Armii...

- Zawsze uważałem go za dobrego oficera - wtrącił Harmon.

- Faktycznie był dobry. I nadal jest. Ale pozwól mi skończyć ten cytat... Należało przyjąć, że czuje się bardziej lojalny wobec Armii niż wobec DCI, koniec cytatu. I dlatego na obecnym etapie nie jest wtajemniczony w działania Dyrektoriatu. W przeciwieństwie do pułkownika Billy'ego Wilsona.

- Billy też w tym siedzi? - Harmon z niedowierzaniem pokręcił głową.

- Pamiętasz, że podczas wojny zawsze wykonywał jakieś zadania dla OSS?

Harmon skinął głową.

- Otóż kiedyś poleciał z majorem Wallace'em w umówione miejsce, w którym Generalmajor Gehlen oddał się do niewoli. Zresztą i dziś wykonuje misje dla OSS, to znaczy dla DCI. Niedawno wybrał się za granicę strefy, do Turyngii, po żonę i dwóch synów pułkownika NKGB, którego ludzie DCI schwytali i wysłali do Argentyny.

- Skąd to wszystko wiesz?

- Stąd, że Billy, który jeszcze nie wiedział, że zostałem wtajemniczony, przyszedł do mnie i poprosił o pozwolenie na udział w akcji. Znam go wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że gdybym odmówił, i tak by poleciał. Pomyślałem więc tylko, że to miłe z jego strony, że poprosił o pozwolenie.

Harmon parsknął śmiechem.

- Billy oznajmił mi kiedyś z kamienną twarzą, że gdy człowiek jest świadomy, że i tak dostanie po dupie, powinien najpierw zrobić to, co zamierza, bo nie ma sensu dostawać po dupie za samo proszenie o pozwolenie. Niewykluczone, że właśnie w taki sposób zostaje się dwudziestopięcioletnim podpułkownikiem. Tylko dlaczego sami na to nie wpadliśmy?

Harmon znowu się zaśmiał i znowu zabrzmiało to jak zgrzyt.

- Zastanawiam się, co ty o tym wszystkim sądzisz.

White zaraz pospieszył z odpowiedzią:

- Nie uważam, że powinniśmy uzbroić Wehrmacht i ruszyć na Moskwę, ale jestem przekonany, że Związek Sowiecki stanowi realne zagrożenie. Wygląda jednak na to, że poza wąskim kręgiem wtajemniczonych mało kto zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa. A poza tym... jestem żołnierzem, Ernie. Gdy ktoś mi wydaje legalny rozkaz, salutuję i mówię: "Tak jest". - Harmon się nie odezwał, więc White dodał po chwili: - A wracając do twojego pierwszego pytania - wiesz, dlaczego nie wracasz do domu? Wygląda na to, że Ike zrozumiał, iż Konstabulatura nie będzie w stanie zrealizować misji, którą jej wyznaczono. Niemcy zachowują się raczej grzecznie. Ruscy nie. Konstabulatura stanie się wkrótce bardziej służbą graniczną niż czymkolwiek innym, przynajmniej na jakiś czas. Przypuszczam, że Ike pojął i to, iż wsparcie, którego zgodnie z rozkazem Konstabulatura ma udzielać DCI, już niebawem będzie polegało na czymś znacznie istotniejszym niż posłanie od czasu do czasu plutonu samochodów opancerzonych M8 w jakieś przypadkowe miejsce. Moim zdaniem Bull zadecydował - ale pewności co do tego nie mam - że ja sam mam już zbyt wiele na talerzu, więc najlepszym rozwiązaniem będzie odroczenie twojego odejścia do czasu, aż sprawy jakoś się ułożą.

Harmon milczał przez dłuższy czas, zanim odpowiedział:

- Odkąd tylko spojrzałem na oficera kwaterunkowego w Fort Knox, wiedziałem, że pewnego dnia urządzi mnie na cacy.

- I dlatego wyciągnąłeś mnie z tamtej zasranej roboty i powierzyłeś dowództwo nad batalionem piechoty zmotoryzowanej, tak?

- W jednym jesteśmy podobni, I.D.

- To znaczy?

- Ja też jestem żołnierzem. Gdy dostaję legalny rozkaz, to salutuję i mówię: "Tak jest".