Rozdział 1 – Anioł, który spadł z nieba
Miasto Aberdeen słynęło ze stolarni i fabryk. Było w pełnym rozkwicie gospodarczym. Każdy w mieście był w stanie opłacać swoje rachunki i robić zakupy. Było to bardzo piękne, niezwykłe wręcz miejsce do wychowywania dzieci. Don był pracownikiem stacji benzynowej w Hoquiam.
Byliśmy jedynie przyjaciółmi. Nie wiedziałam, co to znaczy zakochać się, nigdy wcześniej tego nie przeżyłam. Lubiłam go i myślałam, że jestem w nim zakochana. Więc kupił mi pierścionek i zaręczyliśmy się. Było zabawnie!
Pomyślałam: „OK, wszystkie problemy mam już za sobą”. „Teraz będę miała dzieci!”.
Nie mogłam się doczekać zajścia w ciążę. To był mój cel. Lekarz powiedział mi, że jestem jeszcze młoda, że najpierw powinnam nauczyć się, jak być gospodynią domową.
Ale ja nikogo nie słuchałam. Pewnego dnia zadałam sobie pytanie: „Dlaczego poślubiłam Donalda Cobaina?”. Powtarzałam sobie, że wszystko działo się z jakiegoś powodu.
Kurt musiał się urodzić. To było... To było konieczne.
Był pełen energii. Wiecznie czymś zajęty. Miałam stary fotel bujany w kącie pokoju. Kładł się do góry nogami, jego głowa zwisała tam, gdzie powinny być stopy, a te spoczywały na oparciu krzesła. Pchał stopami w oparcie i tak się bujał.
Bujał się tak szybko, że uderzył w ścianę. Pomyślałam: „Zanim będę miała kolejne, lepiej, żeby najpierw to się trochę uspokoiło”.
Kurt był pierwszym wnukiem obojga dziadków, bez przerwy wszyscy przychodzili go odwiedzać. To nie do opisania, działał na nich jak magnes, wszystkich do siebie przyciągał. Był miłym dzieckiem i zawsze martwił się o każdego, chciał wiedzieć, czy wszystko w porządku, czy ktoś sobie czegoś nie zrobił... Jako dziecko zawsze wstawał podekscytowany nowym dniem, a lekarze uznawali go nawet za nadpobudliwego.
Don nie wiedział, co robić. Był jednym z tych bardzo staromodnych ludzi, zdaniem których dzieci miały być widziane, a nie słyszane, i nie powinny stwarzać problemów.
Dokuczał Kurtowi i poniżał go. A Kurt się wstydził.
Bardzo bolało go bycie upokorzonym.
Do rozwodu Wendy i Donalda doszło w 1975 roku.
Był to koniec ogniska domowego, szczęścia, dzieciństwa i życia.
Cobain zaczął malować już w latach szkolnych, a wsparcie, którego nie otrzymywał w domu, dawali mu nauczyciele. To w swoich pamiętnikach, poprzez szkice i rysunki, Kurt wyrażał cały niepokój, jaki miał w związku z nieudanym małżeństwem rodziców. Na zajęciach nie robił nic poza rysowaniem. Cobain chętnie sięgał po tematy z pogranicza tego, co zakazane, w tym brutalne sceny, potwory i demony. W siódmej klasie pokazał swojemu koledze Billowi Burghardtowi fotorealistyczny rysunek pochwy. „A co to jest?”, usłyszał odpowiedź.
Z biegiem lat prace Cobaina będą towarzyszyć narodzinom i wzrostowi sławy Nirvany, od pierwszych przypinek po okładkę Incesticide – dziś będące częścią wystawy w Seattle Art Fair.
Wraz z rozwodem rodziców zaczęło się straszne „przerzucanie się” między matką a ojcem, trochę tu, trochę tam. Mniej więcej w tym czasie jego ojciec stał się agresywny i zmusił go do zapisania się na zajęcia zapaśnicze. Ale Kurt, który nienawidził brutalnych postaw, pozostawał na ringu bez ruchu, dopóki nie zostawał powalony na ziemię. Ojciec zabierał go też na polowanie, ale Kurt odmawiał strzelania i zostawał w furgonetce, słuchając płyt Black Sabbath i Kiss.
Nie miałem nic wspólnego z moim ojcem. Chciał, żebym był wysportowany.
Nie lubię sportu, wolałem sztukę, a on nie doceniał tego typu rzeczy, więc zawsze czułem się przy nim nieswojo.
W społeczności, w której się urodziłem, seksualne historie o macho są głównym tematem rozmów, a ja byłem dzieciakiem zacofanym,
niedojrzałym, który nigdy się nie pieprzył, więc cały czas mi dokuczali.
Och, biedny dzieciak. Martwiło mnie to, także dlatego, że miałem ochotę to robić
i często musiałem wymyślać historie, takie jak: „Och, spotkałem laskę na wakacjach. Pieprzyliśmy się i jej się podobało”. I tak dalej.
Typowy problem wczesnego okresu dojrzewania, który uwydatnił moje problemy
z ojcem i macochą... W moim przypadku była to typowa historia złej