Rozdział 1
Przygotowania do kilkumiesięcznego rejsu
toczyły się pełną parą. Czynności związane z ładowaniem na jacht
niezbędnego ekwipunku i prowiantu, sprawdzaniem takielunku i ożaglowania
oraz wyposażenia technicznego postępowały, ale kolejną już dobę głowę
Wojciecha Borowego w każdej wolnej chwili zaprzątały myśli o Krystynie,
narzeczonej. Wciąż dzwoniła mu w uszach jej dramatyczna oracja:
- Ty ją kochasz bardziej niż mnie! Nie chcę dzielić się tobą! Widzę, że
czasami ona jest dla ciebie ważniejsza nawet niż życie! A dla mnie życie
to dom. I ja chcę po prostu czekać codziennie w domu na twój powrót i nie zamartwiać się, czy ci się coś nie stanie. Tęsknić jak ta głupia!
A przecież tylko w przypływie szczerości powiedziałem jej, że
najszczęśliwszy jestem, kiedy rozpościera się nade mną granatowy
gwiaździsty baldachim, gdy czuję całym ciałem falowanie morza, słyszę
jego odgłosy i śpiew wiatru na wantach. Wówczas dopiero czuję się
prawdziwie wolny. Kocham WOLNOŚĆ, Krysiu!
Roztrząsanie tej rozmowy na tyle zaprzątało mu myśli, że nie był w stanie zmusić się, tak jak zawsze przed rejsem, by na spokojnie
przeanalizować, czy wszystko jest gotowe do wypłynięcia z portu. A wszak
to na nim jako kapitanie jachtu, dowódcy rejsu, spoczywał ten obowiązek.
Rejs do Kapsztadu to nie igraszka, to nie wycieczka przez zatokę do Helu
i z powrotem.
Teraz, siedząc w domu przy biurku, kończył modyfikować mapę rejsu.
Wczoraj, niestety, uległ załodze co do jego przebiegu i w związku z tym
musiał ponanosić odpowiednie zmiany, a także skorygować harmonogram.
Uprosili go, aby odcinek Monrovia - Libreville podzielić na dwa etapy:
Monrovia - Lagos i Lagos - Libreville. Uparli się, żeby zobaczyć Lagos,
największe miasto Afryki.
- Kapitanie! To pewnie jedyna taka okazja w życiu! Tam mieszka ponad
dwadzieścia jeden milionów ludzi! - wykrzykiwali jeden przez drugiego.
I zgodził się, chociaż próbował im tłumaczyć, że akurat na tamtym
akwenie chciał im zademonstrować próbkę innego rejsu, pomiędzy Europą a Ameryką, który planowali odbyć za dwa lata. No i musiał tę pracę właśnie
dzisiaj dokończyć, bo jutro mijał termin przedstawienia kompletu
dokumentów do zatwierdzenia. Najważniejsze jest zawsze dokładne
zaplanowanie dat wejść i wyjść do poszczególnych portów na trasie. Nie
wszyscy sporządzali harmonogramy tak dokładnie jak on, zostawiali sobie
furtki, dokonywali ostatecznych uzgodnień w czasie rejsu, ale dla niego
nieodmiennie naczelną zasadą było postępowanie ściśle według
wcześniejszego planu, bo to się wiązało z bezpieczeństwem załogi. Zawsze
chciał... musiał mieć pewność, że gdyby coś się wydarzyło - a wszystkich
sytuacji na morzu przewidzieć się przecież nie da - to na brzegu wiedzą
dokładnie, a w każdym razie z dokładnością do kilkudziesięciu mil, gdzie
aktualnie powinien się znajdować jego jacht.
Wykreślił ostatni odcinek linii prowadzącej z Lagos do Libreville,
opisał czarny punkt datą i godziną wejścia jachtu do portu, podniósł
zmęczone oczy znad mapy i spojrzał w gdyńskie niebo ciemniejące za
oknami. Dostrzegł kilka gwiazd i nawet nie musiał sprawdzać, które to z nich, bo dokładnie wiedział, że tuż nad horyzontem pojawi się już
wyraźnie Kapella, Alkaid będzie błyszczał na końcu dyszla Wielkiego
Wozu, a Merak i Dubhe wskazywać będą północny kraniec Wozu.
Wstał od biurka i wyszedł na balkon. Owiał go zefirek wiejący wprost od
zatoki. W nozdrzach poczuł jeszcze letni jego zapach. Jesienią morze
pachnie już inaczej. Mieszkający w tej samej klatce bloku pan Marian,
emeryt wojskowy, który kiedyś był ważnym oficerem w Helu i lubił z nim
gawędzić, powiedział mu, że w Gdyni kiedyś pięknie pachniało rybami,
czyli morzem, wodorostami albo... paloną kawą. Kiedy zlikwidowano
Dalmor, a właściwie już wcześniej, gdy wyprowadziły się z Gdyni żółtki,
czyli kutry rybackie łowiące na Zatoce Gdańskiej i nieco dalej,
zapewniające, że w porcie wciąż była świeża ryba, skończyło się... Dupa!
Często tak powtarzał.
- Wszyscy są temu winni! - Pan Marian podnosił głos, aż łysina stawała
się czerwona. - I ci, którzy mieli w tym interes, i ci, co poddali się
temu bezwolnie. Zresztą niszczenie portu, polskich armatorów to nie są
działania jakichś obcych Gargameli.
Borowy uwielbiał jego porównania. Gargamele... Sąsiad opowiedział mu
wiele innych ciekawostek dotyczących Gdyni, portu, ale najbardziej
jednak lubił opowiadać o okrętach Marynarki Wojennej. Dawnych okrętach,
bo:
- ...to, co teraz jest, to prawdziwy dramat - dodawał ze smutną miną.
Mieli też wspólne inne tematy: nawigacja i gwiazdy. Pan Marian podziwiał
młodego sąsiada za ich znajomość. Wojtek uniósł głowę i uśmiechnął się
do Gwiazdy Polarnej, Alfy Ursae Minoris, potem spojrzał nieco wyżej i wypatrzył Kochaba. By upewnić się, że wszystko na niebie jest dzisiaj w porządku, opuścił nieco wzrok i spojrzał w prawo. Jest Mirfak, czyli
jest także Perseusz! Zaśmiał się bezgłośnie. Sam się dziwił, że
rozpoznawanie gwiazd zawsze przychodziło mu z wielką łatwością. Jego
oczy wpatrzyły się teraz w rozjarzony kolorowymi światłami gdyński port,
a na prawo od niego skwer Kościuszki i bulwar Nadmorski. Skwerem
Kościuszki niezmiennie nazywał cały obszar zaczynający się od
Świętojańskiej aż po kraniec pirsu, przez który przebiega aleja Jana
Pawła II, chociaż wiedział, że od nasady pirsu jest to Molo Południowe.
W planetarium znajdującym się przy basenie jachtowym bardzo lubił
przesiadywać od chwili rozpoczęcia studiów w Akademii Morskiej w 2002
roku. Żachnął się, bo kiedyś można było odwiedzać planetarium ot tak, po
prostu, wchodząc do niego bezpośrednio z ulicy, ale po remoncie w 2011
roku, współfinansowanym przez Unię Europejską, ogłoszono, że to się
skończyło. Przepisy unijne mają w nosie fakt, że wartość kompleksu
przewyższa wielokrotnie koszt remontu. Według tych zafajdanych obwarowań
może on służyć tylko studentom Akademii Morskiej. Wiele razy wypowiadał
się głośno, nazywając skandalem to, że prawodawstwo unijne uniemożliwia
udostępnianie go osobom spoza uczelni. Przecież Unia Europejska....
Machnął ręką. Spojrzał w ciemność i wyostrzył wzrok. Za ciemnym pasem
wody, w głębi zatoki dojrzał światła Półwyspu Helskiego. Latarnia morska
w Helu co kilkanaście sekund ukazywała promień światła, żeby każdy
zbłąkany żeglarz mógł trafić do portu. Lubił przesiadywać na balkonie
swojego mieszkania w bloku przy ulicy Falistej, choć przebiegającej
zakolami, faliście, to jednak równolegle do Morskiej, blisko Dworca
Głównego. Wciągnął głęboko powietrze. Wsłuchał się w nieco przytłumione
odgłosy dochodzące z portu, ale wskazujące, że nieustannie trwają w nim
prace przeładunkowe. Zakochał się w tym mieście miłością romantyczną
chłopaka z okolic Bytowa. Nie opuściła go ona nigdy i wiedział, że jakby
co, to będzie o nie walczył, jak obrońcy miasta niegdyś. Zakochany w mieście, miał pewnie więcej książek o nim niż wielu rodowitych gdynian.
Oprzytomniał, gdy na dworzec wjechał jakiś pociąg. Hamował z lekkim
piskiem. To dalekobieżny z Krakowa. Znał rozkład przyjazdów pociągów
dalekobieżnych po piskach ich hamulców. Spojrzał na ulicę Morską w kierunku Chyloni. Kilkaset metrów od niego wyróżniała się bryła jego
Alma Mater, Akademii Morskiej. Rok przed rozpoczęciem przez niego
studiów, w dwa tysiące drugim, nazywała się Wyższą Szkołą Morską i on
bardzo żałował zmiany nazwy uczelni. Wychował się na literaturze
marynistycznej, chciał podążać szlakiem jej bohaterów, dlatego już kilka
lat wcześniej planował studia właśnie tutaj. Wiedział od przyjaciół z uczelni, że we wrześniu przyszłego roku będzie nazywała się
Uniwersytetem Morskim.
Uśmiechnął się, bo uzmysłowił sobie w tym momencie, że gdyby to zdarzyło
się wcześniej, to pewnie musiałby długo wysłuchiwać kąśliwych uwag
kolegów spod Bytowa, że studiuje na uniwersytecie jak inni i nie będzie
zejmanem, jak chciał, a zwykłym magistrem. Po części mieliby rację, bo
komercja całkowicie zmieniła charakter dawnej szkoły morskiej. Przebolał
jakoś tamtą zmianę nazwy, więc pewnie przeboleje i tę. Nie będzie
wyjścia. Wzruszył ramionami. Ukończył nawigację z wyróżnieniem, ale nie
ciągnęło go jak innych na wielkie jednostki. Pieniądze, świat, komercja.
Na studia przyjechał już z patentem żeglarskim, a potem szkolił się, aż
został kapitanem jachtowym. Odbył kilka rejsów z innymi kapitanami na
jachtach oceanicznych jako załogant, raz nawet wokół przylądka Horn,
prawie trzy lata spędził na "Darze Młodzieży", prawie równolatku,
starszym od niego tylko o rok. Kochał muzykę marynistyczną, a najbardziej piosenkę Pod żaglami "Zawiszy". Z jego ust wydobył się
przytłumiony świst, a w pamięci przewijały się słowa:
Pod żaglami "Zawiszy"
Życie płynie jak w bajce,
Czy to w sztormie, czy w ciszy,
Czy w noc ciemną, dzień jasny.
Białe żagle na masztach
Jest to widok mocarny.
W sercu radość i siła,
To "Zawisza" nasz "Czarny".
Kiedy grot ma dwie refy,
Fala pokład zalewa,
To załoga "Zawiszy"
Czuje wtedy, że pływa.
Więc popłyńmy raz jeszcze
W tę dal siną bez końca,
Aby użyć swobody,
Wiatru, morza i słońca.
Poznał te słowa jeszcze jako dzieciak, kiedy był harcerzem. Najbardziej
intrygowały go, wręcz fascynowały, nieznane, ale tajemnicze słowa: grot
i refy. Także dziwna tajemniczość słów, z których wyciągał wniosek, że
kiedy już popłynie w ...tę dal siną bez końca, aby użyć swobody, wiatru
morza i słońca - to gdzieś w tej dali, a może już podczas samej podróży
do niej, odczuje prawdziwą WOLNOŚĆ. Nawet w myślach to hasło wypowiadał
dużymi literami, a mówiąc je głośno, zawsze bezwiednie mocno akcentował,
więc nie dziwota, że Krysię tak to poruszyło. Wzruszył ramionami i zerknął za siebie, do pokoju. Jeszcze wczoraj tu była...
Wrócił do rzeczywistości, do biurka. Jego oczy mimowolnie skupiły się na
jej zdjęciu w ramce. Wszyscy uważali, że pasują do siebie. Ona, jasna
szatynka o ciemnoniebieskich oczach, ładnej buzi, szczupłej i zgrabnej
sylwetce, ładnie kontrastowała z wciąż opaloną skórą wysportowanego
Wojtka o ujmującym uśmiechu, na którego głowie wiły się krótkie, prawie
czarne kędziory. Podniósł fotografię i wpatrzył się w oczy narzeczonej.
Zawsze lekko smutne, choćby nawet cała twarz była rozjaśniona uśmiechem.
- Znowu pół roku będę sama... - powiedziała mu na pożegnanie. - Ja tego
nie wytrzymam, nie chcę tak...
Próbował coś odpowiedzieć, ale nie pozwoliła mu. Położyła palec na jego
ustach i lekko go odepchnęła z drogi do drzwi. Jej smutne oczy zaszkliły
się. Nie zatrzymał jej, nie wyszedł za nią, a chyba powinien wybiec.
Odstawił fotografię na miejsce i odchylił się, wciskając plecy w oparcie
krzesła. Miał z nią wczoraj trudną rozmowę. Kochają się, ale... Ona by
chciała, żeby codziennie był domu, a to jest przecież niemożliwe!
Pierwszy raz tak powiedziała. Na pewno o tym wcześniej myślała.
Wcześniej... Widzę, że wciąż rozmyślała! I co teraz mam zrobić...? Na
razie popłynę w ten rejs, bo przecież nie rzucę tego. Zresztą, co to
znaczy rzucić... to? Żagle, pływanie? Nigdy! To niemożliwe. Jeszcze mam
tyle planów. Przecież tak naprawdę dopiero zacząłem poznawać żeglarstwo,
Krysiu.
Wpatrzył się w jej oczy. Przecież gdybyś ty miała taką pasję, to ja bym
ci ustąpił. Ustąpił...? Zaraz, zaraz. Chyba nie to chciałem powiedzieć.
Zacznijmy od tego, jaka byłaby ta pasja. Lekarka z pierwszą
specjalizacją jakie może mieć pasje? Ręce mu opadły i rozkołysały się
bezwładnie po bokach krzesła. Kurczę! Jakie Krysia ma pasje, hobby, czym
się zajmuje, kiedy ma wolne? Czy ona w ogóle ma kiedykolwiek wolne?! Jak
nie swój dyżur, to dodatkowy dyżur albo zastępstwo, a przecież jeszcze
czasami dorabia w pogotowiu. No i wciąż się uczy, bo chce zdobyć kolejną
specjalizację. A kiedy znajdzie już sobie wolny wieczór, zwija się jak
kotka w fotelu albo wtula się we mnie, wsłuchując w ckliwą celtycką
muzykę, lub wspólnie oglądamy jakiś znany i lubiany przez nią film,
który dobrze się kończy, z lampką wina w dłoniach. To wszystkie jej i moje przy niej rozrywki. Teatr czy kino niechętnie, spacer to na ogół
wyścigi, bo coś jej się akurat przypomniało, że musi kupić. Wypad za
miasto...? To strata czasu! Dała się kiedyś wreszcie porwać na wycieczkę
do Paryża, a potem na kolejną do Rzymu. Obie musiały odbyć się
samolotem, nie autem, żeby, jakby co, szybko wrócić, bo mogą jej
potrzebować: szpital, koleżanki, pacjenci. Od tego czasu nie chce o czymś takim słyszeć. A zresztą cokolwiek zaproponuję, to nie, bo: "ty
zaraz wypłyniesz, a ja chcę się tobą nacieszyć, pobyć przy tobie" -
szeptała mu do ucha i wciskała się pod Wojtkowe ramię.
Przecież kocham ją... ale jestem też ciekaw życia i nade wszystko
kocham... WOLNOŚĆ! Wojtek zmarszczył czoło i rozejrzał się po pokoju.
Jego wzrok zatrzymał się na odtwarzaczu.
- Tak... - rzucił półgłosem. - To dobra myśl - dodał po chwili
zastanowienia, ale na wszelki wypadek zerknął na wiszący zegar. -
Jeszcze można - zdecydował, wstał i podszedł do odtwarzacza.
Prawie w ciemno wyjął spośród płyt jedną, nacisnął przycisk zasilania i wsunął krążek w szczelinę. Wcisnął pauzę. Skierował kroki do barku i omiótł wzrokiem butelki. Wino, brandy czy whisky?
- Tę - powiedział głośno, kładąc dłoń na jednej z butelek stojących w drugim szeregu - Uisge beatha1 - wyrecytował, jakby chciał sam
siebie przekonać, że dokonał słusznego wyboru.
Nalał sobie do grubej szklanki trochę rudego alkoholu z butelki z naklejką upstrzoną napisami: The Macallan, Single Malt, Highland Scotch
Whisky, Fine Oak 25.
- Sam bym sobie takiej nie kupił - mruknął, odstawiając butelkę na
miejsce. - Dobrzy ludzie - westchnął i lekko się uśmiechnął.
W ubiegłym roku po jednym z rejsów członkowie załogi złożyli się i podczas pożegnalnej kolacji w tawernie na skwerze Kościuszki wręczyli mu
ją. Nie mógł się wówczas doczekać powrotu do domu i momentu, kiedy
wypije w samotności szklaneczkę. Bardzo mu smakowała. Przyrzekł sobie
wówczas, że ten trunek będzie tylko na specjalne okazje. Od tamtego
czasu butelka stała nietknięta. Dzisiaj uznał, że taka okazja akurat mu
się trafiła. Usiadł w fotelu, pociągnął łyczek i nacisnął przycisk play
na pilocie. Pokój wypełnił się muzyką.
Od kilkunastu lat komponował najpierw dla siebie, potem założył kanał na
YouTubie i stał się youtuberem. Wcześniej na innym kanale opowiadał o rejsach. Jego kawałki cieszyły się coraz większym zainteresowaniem i nawet zaczął na tym zarabiać jakieś grosze. Sprawiało mu to przyjemność.
Kiedy więc odważył się uruchomić kanał muzyczny ze swoimi kompozycjami,
wiedział już, z czym to się je. Na początku słuchających była garstka,
ale po kilku miesiącach zauważył, że przybywa mu słuchaczy. Kiedy
dołączył więc reklamy, spostrzegł, że powoli na tej muzyce zarabia.
Zaczął też robić na zlecenie podkłady muzyczne do filmów
marynistycznych, ilustrował muzyką prezentacje różnych firm, a nawet
prezentacje naukowe. Coraz częściej znajdował w skrzynce mailowej
zaproszenia do kolejnej współpracy. Co prawda miał na to mało czasu, ale
dzięki temu stać go było, by więcej pływać.
Przed dwoma laty ze zdziwieniem stwierdził, że wystarczy mu środków na
dokonanie przedpłaty na kupno właśnie tego mieszkania i raty na jego
spłatę. Mógł zawiesić pracę na etat, zaczął opłacać sobie ZUS i stał się
prawie freelancerem. Co prawda, żeby wyposażyć mieszkanie, sprzedał
kilkuletni samochód, ale to go wcale nie zmartwiło, bo i tak po mieście
poruszał się pieszo. Zresztą po tych wszystkich zmianach zaczął bywać w Gdyni średnio cztery miesiące w roku. Trasę: Falista - skwer Kościuszki
pokonywał zawsze na piechotę, i to z przyjemnością.
Poranna bryza, pomyślał, wsłuchując się w swoją muzykę. Ten utwór był
pierwszym, który zdecydował się umieścić na swoim kanale muzycznym.
Dzisiaj ma już ogromną liczbę odtworzeń. Teraz na jego kanale hulało
czterdzieści siedem kompozycji i każda dołączała swój grosz do
sumarycznego dochodu. Rozpoczął się kolejny utwór: Przypływ. Może
dzisiaj zrobiłbym coś inaczej, nawet lepiej...? Zasłuchał się.
Uisge beatha (celt.) - woda życia. [wróć]
Rozdział 2
Dzień wyjścia w rejs okazał się dla Wojtka
prawie apokaliptyczny. Wszystko się rwało. Jeden z załogantów przysłał
mu błagalnego esemesa, że auto, którym wiozą go rodzice, rozkraczyło się
i przyjedzie dopiero o trzynastej, bo czeka na trasie na kuzyna. Kiedy
jakoś się z tym pogodził, okazało się, że z ostatniej dostawy żywności
nie dostarczono ważnej paczki. Sami się zorientowali, więc ponieważ
wszystko było już zapłacone, a samochód wyruszył z Bydgoszczy, nie
pozostawało nic innego, jak czekać. Mając zatem wymuszony tymi
zdarzeniami zapas czasu, postanowił raz jeszcze sprawdzić współpracę GPS
z pozostałymi urządzeniami, a w szczególności z AIS. Okazało się
niespodziewanie, że wyświetla się informacja o braku połączenia pomiędzy
nimi. Włączał i wyłączał poszczególne urządzenia, ale komunikat był
wciąż taki sam.
- Bez ich współpracy... DUPA! - wrzasnął, cytując mimochodem pana
Mariana.
Załoganci wpatrywali się w niego z przerażeniem. Szybko wybrał na
komórce numer Władka, właściciela firmy naprawiającej sprzęt morski.
Poznał go dzięki panu Marianowi i chociaż miał prawie dwa razy tyle lat
co on, byli na ty.
- Władek, jeśli ty mi nie pomożesz, to... DUPA! - wrzasnął, tym razem do
słuchawki.
- No, jeśli ty już jedziesz do mnie Marianem, to sytuacja jest poważna.
Zaraz ci przywiozę najlepszego fachowca.
- Kocham cię!
- No, no, no! Przecież wiesz...
- Wiem! - przerwał mu. - Ja też wolę kobiety.
Przyjechali za niecałe pół godziny. Kiedy coś sprawdzali, spoglądał cały
czas nerwowo na zegarek, ale to wcale nie sprawiało, by robota posuwała
się szybciej. Część załogi przysiadła na dziobie, inni wyszli na keję i stamtąd zerkali z niepokojem na rozwój wypadków.
- Noż kurwa! Kapitanie! - rozległ się nagle wrzask najlepszego
Władkowego fachowca od elektronicznego sprzętu morskiego.
Wojtek, który od czasu do czasu zaglądał pod pokład nachylony w zejściówce, wyprostował się raptownie, aż walnął głową w górną jej
płytę. Spadł mu z głowy do wnętrza jachtu kolorowy daszek, który tuż
przed ich przyjazdem zdążył nałożyć. Zszedł na dół, podniósł go,
rozmasował czoło i nałożył daszek.
- Ma pan kogo opierniczyć? - rzucił w jego kierunku najlepszy fachowiec.
- Musisz zrobić komuś zjebkę - dopowiedział rzeczowo Władek - ale
wszystko jest już okej - uspokoił Wojtka, wskazując dłonią na
urządzenia. - Wychodzimy i zaraz dmuchniemy ci w żagle na szczęście.
- Władek! Jak ja ci się odwdzięczę?!
- A będziesz na początku maja w Gdyni?
- No... raczej tak - odparł zdziwiony Wojtek, trzymając portfel w dłoniach.
- Często grzebiemy u was w sprzęcie, robimy jakieś przeglądy, czasami
jest coś do naprawy, ale tym razem to nie była awaria, choć pewnie ktoś
inny zdarłby w tej sytuacji z Jacht Klubu sporo kasy... Oj, zdarłby -
powtórzył. - Schowaj pieniądze.
- Ale co to było?! - spytał nerwowo Wojtek, spoglądając na GPS.
- Na pewno chcesz wiedzieć, teraz, przed rejsem?
- Chyba tak, żebym miał pojęcie, co może znowu nawalić! - Wojtek
potrząsnął nerwowo ramionami.
- Nie męcz się... - uspokoił go Władek. - Jakiś cymbał po prostu nie
dokręcił kabelka - wyjaśnił. - Tyle razy ci mówiłem, że nie należy przy
urządzeniach grzebać, a w szczególności nie odkręcać kabelków, żeby
jeszcze gdzieś wytrzeć kurze.
Wojtek zmierzył go złym wzrokiem i na moment odwrócił się za siebie,
sprawdzając, czy w pobliżu nie ma któregoś z załogantów.
- Tylko nie cymbał - rzucił cicho. - Wszystkie kabelki zawsze sam
odkręcam i dokręcam, bo to zbyt poważna sprawa.
Władek zaśmiał się zaraźliwie. Wojtek i najlepszy fachowiec po chwili
dołączyli do niego.
- To teraz wyjaśnij, o co chodzi z tym majem? - spytał Wojtek, kiedy
fachowcy się dość naśmiali.
- My dwaj, nasze żony i jego dzieci... - zaczął Władek - ...mielibyśmy
ochotę na dwudniowy rejs po morzu.
- A dlaczego dwudniowy? - zdziwił się Wojtek.
- Bo już nas kiedyś przewiozłeś, a teraz chodzi o noc spędzoną na
jachcie. - Władek wskazał ręką na wnętrze jachtu.
- Załatwione! - zawołał Wojtek. - Nie wiem dokładnie kiedy, nie wiem
jak, nie wiem jeszcze, kogo wezmę do pomocy, ale popłyniemy. Słowo! -
Poderwał się i poprawił na głowie kolorowy daszek.
- Widzisz, Zbyszek? - zwrócił się Władek do najlepszego fachowca. -
Mówiłem ci, że się uda.
- Dziękuję panu. - Najlepszy fachowiec wyciągnął dłoń.
- Tylko nie panu. Wojtek jestem - uśmiechnął się kapitan jachtu,
ściskając dłoń najlepszego fachowca.
- Ale miło! - skwitował Zbyszek. - Ależ się dzieciaki ucieszą!
- Nie wyganiam was, ale niestety nie mam już czasu - zarechotał Wojtek.
- Zaraz musimy wypływać.
Ruszył przodem na pokład.
Pożegnał na kei Władka i Zbyszka i przywołał załogantów.
- Kto ma jeszcze coś do załatwienia, daję ostatnie pół godziny, a potem
odbijamy.
Zszedł z powrotem pod pokład, ale za chwilę wyskoczył stamtąd jak
oparzony.
- Czy ktoś odebrał od bosmana dokumenty rejsu? - rzucił w kierunku
członków załogi.
- Przecież mówił pan, że sam musi je odebrać - odparł spokojnie jeden z chłopaków.
- Kurczę! No jasne, wam przecież nie wydadzą. Dobra, czekać na mnie i już się nigdzie nie ruszać! - wykrzyknął Wojtek i wybiegł z jachtu.
Ruszył nabrzeżem w stronę bosmanatu. Oddychał głęboko, żeby się
uspokoić. Boże! Co za nerwy! Z każdym krokiem szedł jednak szybciej, a kiedy dotarł do końca basenu, już biegł. Ściął zakręt, aż go wyniosło na
trawnik. W ostatniej chwili zauważył coś na trasie, ale było już za
późno. Przeszkoda podcięła mu nogi, a on poleciał lotem koszącym. Zebrał
się w sobie, wyciągnął przed siebie dłonie, pacnął nimi o trawę i wykonał przewrót. Siedział teraz na trawniku i rozmasowywał dłonie,
które najbardziej ucierpiały.
- Jasna cholera! - zaklął. - Szlag! Co to było, do diaska?!
- Jak się nie patrzy pod nogi, to czasami tak bywa - odezwał się kobiecy
głos za nim. - I tak miałam szczęście, że pan mnie nie stratował.
Wojtek odwrócił się. Dojrzał najpierw długie nogi, a dopiero potem ich
ładną właścicielkę siedzącą niewzruszenie na leżaku.
- Ale żeby się opalać na nabrzeżu?! - wyrzucił z siebie, wstając powoli.
- Jeśli to jest nabrzeże, to ja jestem, bo ja wiem... wróżka? - Kobieta
wskazała na leżak.
Wstała z niego i wolno ruszyła w kierunku kolorowego daszka, który
podczas przewrotki Wojtka spadł mu z głowy i potoczył się niedaleko.
Ten, wciąż oszołomiony niespodziewanym upadkiem, lustrował miejsce
kolizji i taksował kobietę. Po chwili stanęła obok niego, spojrzała na
swój leżak rozłożony na trawniku sąsiadującym z nabrzeżem i podała
właścicielowi podniesiony z trawy daszek z rozbrajającym uśmiechem.
- Ależ pan pędził... - Pokręciła głową. - Jednak leżak stoi na trawie,
prawda? - Zerknęła w kierunku leżaka, po czym skierowała wzrok na twarz
Wojtka. - Ale przepraszam pana bardzo, że tak czy owak stałam się
niechcący przyczyną pańskiego upadku. Dobrze, że ma pan lekkie adidasy,
a nie na przykład ciężkie wojskowe buty, bo wówczas moje nogi byłyby
połamane... - Spojrzała na obuwie Wojtka.
Po chwili bez zapowiedzi i zupełnie niespeszona zaczęła z niego ściągać
źdźbła trawy. Kiedy dotknęła dłonią jego gołego przedramienia, drgnął,
przymknął oczy, a po chwili otworzył je i uważnie wpatrzył się w jej
twarz. Dostrzegł, że ma piękne migdałowe, błękitnozielone oczy.
Uśmiechała się miło.
- A skąd pani... się tutaj... wzięła...? - spytał Wojtek na raty, nie
mogąc oderwać od niej wzroku. Jej dotknięcie spowodowało, że przed
chwilą poczuł gęsią skórkę.
- Wczoraj przypłynęłam estońskim jachtem, a dopiero na dzisiaj mam
wykupiony bilet na pociąg, więc zostałam. Nie lubię zbytnio zmieniać
planów. Na ogół sztywno się ich trzymam. A poza tym lubię Gdynię, a szczególnie klimat mariny.
- To bywa pani tutaj częściej?
- Staram się przyjeżdżać co roku, ale nie zawsze udawało się.
- A skąd pani jest?
- Znad Jeziora Czorsztyńskiego, chociaż w naszym domu mówi się o nim
Morze Czorsztyńskie. Jestem dziennikarką regionalnej prasy, prowadzę też
bloga. Joanna Trepka. - Kobieta wyciągnęła w jego kierunku dłoń.
Podjął ją bez wahania, ale znowu się wzdrygnął.
- A ja nazywam się Wojciech Borowy, od prawie szesnastu lat tutejszy,
chociaż pochodzę z Gochów... leżą na Kaszubach, w okolicach Bytowa -
dopowiedział, widząc, że jej migdałowe oczy zaokrągliły się nieco. - Czy
możemy mówić sobie po imieniu?
- Z miłą chęcią... Wojtku... - Oczy stały się nieco bardziej zielone, a uśmiech jeszcze piękniejszy. - A co tutaj robisz? - Zatoczyła ramieniem
niewielki łuk.
- Szykuję się właśnie do odlotu w świat. - Wskazał w kierunku basenu. -
Jestem żeglarzem, a teraz biegłem po dokumenty rejsu do bosmanatu -
wyjaśnił, wskazując w kierunku budyneczku.
- Ja również jestem żeglarką... - pochwaliła się. - Zaczęłam jako
słodkowodna na moim pienińskim morzu, ale kiedyś udało mi się tutaj
zrobić patent jachtowego sternika morskiego.
- O! Jak pięknie! Też kiedyś miałem taki, ale od kilku lat mam patent
kapitana jachtowego - powiedział tonem, jakby to była oczywista sprawa.
Spojrzała na niego baczniej.
- Może i mnie się kiedyś uda taki uzyskać, chociaż nie będę mocno
naciskała.
- Czyli byłaś w Estonii? - Wojtek wrócił do wcześniejszego tematu.
- W Estonii również, ale zaczęliśmy od Visby na Gotlandii, potem był
Outer Fiord z portem Gävle, następnie Umea, z kolei Rönnskä, aż wreszcie
dopłynęliśmy do Tornio, na samym końcu Zatoki Botnickiej. Powrotna droga
to: Kokkola, Harrström, Turku, Tallin i na zakończenie Ryga - wyliczała,
wspomagając się palcami. Potwierdziła skinieniem głowy, jakby chciała
podkreślić, że się nie pomyliła. - Piękny rejs - zakończyła, przewracając
oczami.
Mierzyli się wzrokiem. Joanna wyciągnęła dłoń w kierunku Wojtka i szczupłymi palcami sięgnęła po jeszcze jedno źdźbło trawy na jego
przedramieniu. Znowu drgnął i przymknął na moment oczy.
- Ciekawy rejs. Muszę kiedyś tę trasę powtórzyć. - Pokiwał głową.
- Tak stoimy... a może przyjmiesz zaproszenie na kawę w ramach
przeprosin? - rzuciła śmiało.
- Kawa... - Wojtek podrapał się po głowie. - Chciałbym... ale nie mogę.
Już od prawie dwóch godzin powinniśmy być na morzu. Właśnie biegnę po
dokumenty rejsu. - Raz jeszcze wskazał na bosmanat.
- To może kiedy indziej? Tak się z tobą dobrze rozmawia, jakbyśmy znali
się od dawna. Mogłabym gadać o żeglarstwie bez końca. Pływanie to moja
pasja.
- Tak, oczywiście, bardzo chętnie, ale...
- Może znowu kiedyś podłożę ci tutaj nogę i dokończymy rozmowę? -
zażartowała.
- Byłoby miło, ale to nie wcześniej niż na wiosnę, bo dopiero w lutym
wracam.
- To nic... Mam w planie przyjazd do Gdyni w czerwcu. - Przymrużyła
oczy.
- Może na Święto Morza, bo na ogół to są zawsze udane dni? Bardzo lubię
słońce.
- Tak, doskonale! - rzuciła Joanna i zamyśliła się. Sprawiała wrażenie,
jakby dyskretnie coś odliczała na palcach. - Pasuje mi Święto Morza, a jeśli tak bardzo lubisz słońce, to może w samo południe?
Wojtek zwrócił się w kierunku plaży.
- Tam jest przemiła knajpka. - Wskazał ręką na drewnianą budowlę stojącą
za plażą, u stóp klifu. - W samo południe na pewno będzie już otwarta.
- Pasuje mi. Dziękuję - rzuciła i błyskawicznie cmoknęła Wojtka w policzek, a on bezwiednie uczynił podobnie. Na jego twarzy pojawiło się
lekkie zmieszanie.
Zmierzyli się raz jeszcze wzrokiem, znowu uśmiechnęli, po czym on
odwrócił się i ruszył biegiem w stronę bosmanatu. Kiedy po kilku
minutach ponownie przebiegał obok Joanny, tym razem trzymając kopertę z dokumentami, dogonił go jej okrzyk:
- Święto Morza w samo południe! Będę!
Rozdział 3
Mimo że Krysia zawsze go witała na nabrzeżu
podczas powrotu z rejsu, tym razem nie pojawiła się w marinie.
Uprzedziła go o tym o świcie esemesem, kiedy mieli na trawersie Hel:
Musiałam pilnie zastąpić koleżankę. Przepraszam - Krysia
Zirytowała go ta informacja. Oczywiście, mogło tak się zdarzyć, ale
przeczucie podpowiedziało mu, że to coś poważniejszego. Jej maile po
Nowym Roku stawały się coraz krótsze, prawie oficjalne, a na pytania:
"Co u ciebie?" odpowiadała sucho: "Praca". Tak dotychczas nigdy nie
było. Spotkali się więc dopiero następnego dnia. Przyjechał pod wieczór
do jej mieszkanka na Legionów z bukietem kwiatów i drobiazgami kupionymi
dla niej w Afryce.
Przywitała go dziwnie sztywno, z bardzo smutnym spojrzeniem. Nie wtuliła
się na powitanie pod jego ramię, jak to zawsze czyniła. Kiedy podał
wiązankę, jej oczy na moment stały się weselsze, ale po wstawieniu
kwiatów do wazonu nie zerkała więcej w tamtym kierunku. Zawsze kwiaty ją
cieszyły, podchodziła do nich raz po raz, żeby coś poprawić, lepiej
ułożyć, ale tym razem nie. Przyniosła kawę i kruche ciasteczka i nawet
nie zapytała, czy napiłby się lampki wina czy innego trunku. Wciąż
wpatrywała się w niego badawczo. Nawet kiedy zaczął wyciągać z torby
prezenty, oglądała je z dosyć roztargnioną miną. Zawsze marzyła o prawdziwym olejku waniliowym z Zanzibaru, dostała go teraz razem z pakietem afrykańskich ziół. Potrzymała je w dłoniach, powąchała palce,
uśmiechnęła się delikatnie i odłożyła. Kiedyś chciała mieć figurkę
słonia z hebanu, z podwiniętą do góry trąbą na szczęście. Dostała go
dzisiaj w pakiecie z figurką hebanowej afrykańskiej księżniczki, lekko
uśmiechniętej, ale o podobnie smutnych oczach jak ona sama. Na moment
zapomniała o czymś, co ją dręczyło, rozchmurzyła się i przytuliła
figurki do piersi. Po chwili jej oczy znowu stały się smutne, nawet
chyba bardziej niż zwykle. Wojtek spoglądał na nią pytająco.
- Minęło kolejne prawie pół roku - odezwała się po chwili milczenia i ponownie zamilkła, wpatrując się w Wojtka badawczo.
Czuł, że Krysia ma coś na końcu języka, ale nie jest jeszcze
zdecydowana, jak to powiedzieć. Waha się. Ich narzeczeństwo trwało już
ponad siedem lat, kilka razy naprowadzała Wojtka na rozmowę o ślubie,
ale on zawsze omijał ten temat. Dla niego to były rafy. Starał się jej
to wynagrodzić inaczej, ale z każdym kolejnym razem było trudniej.
Czasami robiło mu się jej żal, ale po prostu nie był gotowy do ożenku. W głowie zawsze zapalała mu się lampka: WOLNOŚĆ... i rozmowa zbaczała na
inne tory.
- Posłuchaj mnie, ja tak nie chcę, Wojtku... - Krysia jakby zebrała się
na odwagę - ...przez ostatnie miesiące myślałam o tym codziennie. Życie
ucieka, a ja przecież marzyłam, wciąż marzę o domu. Przyglądam się
koleżankom, jest im czasami ciężko, bo przecież różnie w życiu bywa, ale
kiedy mówią o domu, dzieciach, mężach, zawsze się rozchmurzają. A ja nie
mam o czym opowiedzieć... - zakończyła ciszej. - Poznałam się na
sylwestra z pewnym mężczyzną... - zamilkła nagle, bo Wojtek podniósł
dłoń.
Wsłuchiwał się uważnie w to, co mówi, widział jej mimikę od momentu
przywitania, czuł, że jej słowa zmierzają w jedynym możliwym kierunku.
Postanowił ją ubiec, oszczędzić jej dalszych zwierzeń, stresu, żeby nie
czuła się niepotrzebnie winna. Niech wyjdzie na to, że to moja wina,
postanowił.
- Poczekaj, Krysiu, zaraz dokończysz, ale może najpierw ja ci coś
powiem, bo to będzie chyba bardziej radykalne.
Ujrzał zaskoczenie na jej twarzy. Skinęła jednak przyzwalająco głową.
- Dobrze, wysłucham - zgodziła się.
- Otóż chcę ci dać wolność, bo ja chyba jeszcze długo nie będę w stanie
się ogarnąć.
- Ale...
Wojtek położył palec na ustach. Delikatnie skinęła głową, że się zgadza.
- Ile razy siedziałem w nocy przy sterze, zawsze wracałem myślami do
naszej ostatniej rozmowy. Powiedziałem wówczas coś bardzo złego,
samolubnego... - zawiesił głos, bo teraz on się zawahał. Krysi oczy
powiększyły się. - Przyznaję, jestem samolubem i chyba... nieprędko się
zmienię - rzekł przepraszającym tonem i rozłożył ramiona. - Pod tym
względem raczej nie dorosłem do... twoich oczekiwań. Nie... jeszcze nie
skończyłem! - powiedział dobitnie, widząc, że Krysia chciała koniecznie
coś wtrącić. - Mojej obsesji, którą nazwałem WOLNOŚĆ, raczej nie widać
końca. Nie wiem, co mam z nią zrobić. Jedyne, co mi przyszło do głowy,
to, póki nie jest za późno, zwrócić ci twoją wolność. Wiem, że masz
piękny pomysł na życie, ale ja w tym względzie wciąż noszę krótkie
spodenki. Nie śmiej się! Taka jest prawda! Kiedyś musiałem wreszcie
powiedzieć to głośno. Nie wiem tylko, czy jesteś w stanie wybaczyć mi te
wszystkie lata, które ci zmarnowałem.
Obserwował jej twarz. Wydało mu się, że na moment jej oczy stały się
mniej smutne i głęboko odetchnęła, jakby spadł jej ciężar z serca.
Zbierała się, żeby coś odpowiedzieć. Tym razem nie przeszkodził jej.
- Dlaczego mi nigdy nie powiedziałeś, że czujesz się... nieszczęśliwy?
Wojtek zdziwił się, że Krystyna wyciągnęła akurat taki wniosek z jego
słów, a do tego postawiła kwestię w formie pytania. Odniósł wrażenie, że
chciała powiedzieć zupełnie co innego i w ostatniej chwili zmieniła
zamiar.
- Bo tak nie było. To raczej ja ciebie unieszczęśliwiałem, gdyż choć
zmieniłem wiele w swoim życiu, to jednak te zmiany działały wyłącznie na
moją korzyść. Co prawda dużo mi dały, bo wreszcie robię to, co lubię,
ale nie bardzo mogłem tymi rozwiązaniami zadowolić ciebie. I najgorsze
jest to, że mam dalsze pomysły na to, jak sobie ułatwić czy uatrakcyjnić
życie i pracę, a ty dla siebie wciąż szukasz kolejnych obciążeń.
- Czy myślisz, że jestem jakąś masochistką? - zdziwiła się.
- Tego nie powiedziałem. Jestem pełen podziwu dla ciebie za tyle lat
studiów, zdobywanie kolejnych specjalizacji, ciągły pęd do pracy...
- Ale tak przecież wygląda dorosłe życie! Praca!
- No więc sama widzisz. Ja mam co innego w głowie. Szukam dla siebie
takich rozwiązań, które będą sprawiać mi przyjemność, a efekty moich
działań przynosić radość także innym.
- Można powiedzieć, że nasza rozmowa odbywa się o siedem lat za późno,
czy tak?
- Tak bym nie powiedział, chociaż prawdą jest, że jedni dojrzewają
szybciej, a inni, jak ja, znacznie wolniej.
- Chyba jesteś dla siebie zbyt surowy.
- Ale to prawda! Chciałem pływać od małego chłopaka, jednak dopiero po
ukończeniu uczelni doszło do mnie, że musiałbym być niewolnikiem, gdybym
się zgodził pływać na kontenerowcach, masowcach czy tankowcach. Ja tak
nie chcę! Zapamiętałem, że pływanie to romantyka.
- Wojtek, co ty mówisz?! Przecież pływających w Gdyni zawsze była masa.
Wielu ojców moich znajomych pływało i dalej pływa, żyją dostatnio, więc
o co ci chodzi?
- Postanowiłem, że ja na takich warunkach jak oni nie chcę pływać. To
prawda, że zacząłem jak oni, przez dwa lata próbowałem, ale... zwolnij
mnie dzisiaj z dalszego wyjaśniania tego problemu. Jedno mogę ci
powiedzieć, że na razie zrobiłem kilka kroków w kierunku własnego modelu
pracy i myślę o dalszych. Mam w planie odbywać tylko jeden rejs w roku,
a nie dwa jak obecnie, a w pozostałym czasie chcę więcej udzielać się
jako youtuber.
- No tak. Ja wyrosłam w innym etosie. Skażona jestem zawodem lekarskim
rodziców. Codzienną pracą. Wydaje mi się, że inaczej nie można.
- No właśnie. Ładnie to ujęłaś, etos pracy. U mnie w domu, jak wiesz,
panowała pod tym względem wolność... - zaśmiał się, bo zobaczył, że oczy
Krysi rozweseliły się trochę. - To nie była ta moja WOLNOŚĆ związana z pływaniem, ale teraz mnie naprowadziłaś na to, że one mają ze sobą dużo
wspólnego. Że też ja nigdy o tym nie pomyślałem!
- Teraz to się chyba ze mnie nabijasz...
- Krysiu! Prawdę powiedziałem! Widzisz teraz?! Nie dorosłem do ciebie.
- Daj już spokój, bo myślałam, że musimy poważnie porozmawiać, a tymczasem ja się śmieję, bo ty... - próbowała coś powiedzieć, ale nie
dokończyła, tylko zrobiła dłońmi młynek.
- Obracam twoje słowa w żart? - spytał Wojtek, zaglądając narzeczonej w oczy. - To wyszło w sposób niezamierzony, ale akurat mnie się podoba.
Tak już dawno powinniśmy rozmawiać.
- Czyli więcej sobie żartować z własnych słów?
- Oczywiście nie... chociaż żarty, tak w ogóle to fajna rzecz. Nie
uważasz?
- Miało być poważnie, zasadniczo, a ja się już pogubiłam, o co mi szło.
Krysia wzruszyła ramionami i niepewnie się uśmiechnęła.
- Wiesz co? Myślę sobie, że powiedziałem ci przez przypadek wszystko to,
co powinienem już dawno powiedzieć, i teraz mam pewną propozycję.
- Tak, słucham?
- Zgódź się z moimi słowami, z moim podejściem, propozycją, czy jak to
chcesz jeszcze nazwać. Oddaję ci wolność, ale zostańmy przyjaciółmi. Nie
boczmy się na siebie. Co ty na to?
Krysię zamurowało. Wpatrywali się w siebie, milcząc. Przełknęła ślinę i oblizała lekko językiem wargi. Wojtek był zadowolony z tej dziwnej, nie
przez niego sprowokowanej rozmowy, którą jednak w pewnym momencie
pokierował w pożądanym przez siebie kierunku. Krysia była prostolinijną
kobietą, chciała mu powiedzieć o czymś szczerze, wziąć na siebie winę,
choć musiała czuć do niego żal za ostatnie lata. On nie chciał o tym
wiedzieć. Zrobiło jej się przykro, że pomimo kilku prób nie zgodził się
nawet jej wysłuchać. Przecież to by im ulżyło! Nabrała powietrza.
- Ale przecież to ja... - zaczęła, jednak Wojtek nie pozwolił jej
skończyć. Przysiadł się obok niej i położył dłoń na jej usta. Ich oczy
wciąż wpatrywały się w siebie. Wojtek pocałował ją w czoło.
- Jednak... - spróbowała raz jeszcze coś powiedzieć.
Wojtek pokręcił głową.
- Dziękuję ci za piękne lata, niech ci się cudownie ułoży - rzekł i ucałował ją w dłoń. Smutne oczy Krysi zaszkliły się.
- Jednak chcę ci powiedzieć, że to, co wydarzyło się na imprezie
sylwestrowej... - próbowała znowu dojść do głosu.
Wojtek ponownie położył jej dłoń na ustach. Nie broniła się. Skinęła
głową, że już nie będzie.
- Nie kasuj mojego numeru telefonu, ja twojego również nie skasuję -
rzekł Wojtek. Krysia skinęła kolejny raz głową. - Proszę cię jeszcze
tylko o jedno. Oglądaj moje kanały na YouTubie, żebyś wiedziała, co się
ze mną dzieje. Maila też nie zmienię. Do widzenia, Krysiu.
Raz jeszcze nachylił się do jej dłoni i ucałował.
Ruszył w kierunku wyjścia. Włożył kurtkę i szal.
- A pierścionek? Poczekaj! - zawołała.
- Potraktuj to jako pamiątkę miłych lat. - Zatrzymał się przed drzwiami
i spojrzał w jej kierunku. - Proszę cię. Nie musisz go nosić, ale zostaw
w swoich pamiątkach. Chcę tego.
Podeszła do niego i zarzuciła mu ręce na szyję, wtuliła się w niego
mocno. Nie chciał przedłużać pożegnania, więc pocałował ją w czoło.
Poczuł, że jej dłonie po chwili obsunęły się w dół. W oczach miała łzy.
Odwrócił się i otworzył drzwi, a po chwili cicho je zamknął. Nie czekał
na windę. Schodził wolno schodami z piątego piętra.
Kiedy wyszedł przed blok, rozejrzał się wokół. Nie miał ochoty na jazdę
autobusem. Skierował się więc w stronę alei Zwycięstwa. Kiedy odszedł
kilkadziesiąt kroków, spojrzał w górę. Stała w oknie. Podniósł rękę i nie czekając na jej odzew, ruszył w stronę centrum Gdyni.
Doczekałem się! Zostałem sam! - wrzasnął bezgłośnie. Jaki ja jestem
głupi, a do tego samolub! Zacisnął pięści w kieszeniach. Rozejrzał się
przed pasami i przeszedł na drugą stronę ulicy. Przecież to wszystko
moja wina. Tyle że ja naprawdę kocham WOLNOŚĆ! Kopnął jakiś patyk leżący
na chodniku. Człowieku, ale masz już trzydzieści pięć lat. Czy tak ma
wyglądać twoje życie? Szedł, wpatrując się w światła kolejki
podmiejskiej zmierzającej w kierunku Gdyni Głównej Osobowej. Chodnik
przed nim był pusty. Wzdrygnął się od chłodu. Wiatr podmuchuje, że hej!
To nie jest pogoda na spacer. Wyciągnął wełnianą czapeczkę z kieszeni
kurtki i wcisnął ją na głowę. A Krysia...? Może ten mężczyzna to lekarz?
Będą przynajmniej mieli wspólne tematy. Nie lubiła żagli... Mój Boże.
Dlaczego? Przecież jest stąd! Ale czy wszyscy stąd muszą lubić żagle?
Pięknie za to pływa i nie boi się wody. Zazdrościł jej nienagannego
stylu, bo sam pływał dobrze tylko crawlem. Szkoda, że nigdy mi nie
powiedziała, czy moja muzyka jej się podoba. Lubi muzykę celtycką, więc
może moją też trochę lubi? Może kiedyś mi o tym napisze?
Wróciwszy do domu, bez namysłu wyciągnął z barku butelkę szkockiej
whisky The Macallan, przeznaczonej na specjalne okazje. Nie miał się z czego cieszyć, ale uznał, że jest dzisiaj specjalna okazja. Rzuciła go
narzeczona, chociaż stanęło na tym, że to on odchodzi. Było mu smutno i głupio. No i masz za swoje, Grzegorzu Dyndało.
Podniósł szklaneczkę.
*
Od następnego dnia po wieczorze spędzonym u Krysi Wojtek rzucił się w wir nagrywania audycji żeglarskich na YouTubie oraz komponowania
utworów. Szukał czegoś, co pozwoli mu zapomnieć o trudnej rozmowie oraz
pustce i ciszy, jakie po niej nastąpiły. Został zupełnie sam, co mu się
nigdy nie zdarzało. Praca nad filmami i komponowanie pochłaniały go z dnia na dzień coraz bardziej, ale wieczorami, gdy jego wzrok przypadkiem
zatrzymywał się na fotografii Krysi, robiło mu się nijako na duszy.
Tematem nowego cyklu audycji żeglarskich stał się rejs do Kapsztadu. W jego trakcie nakręcił wiele filmów, a jeszcze więcej zrobił zdjęć, miał
więc sporo ciekawego materiału. Do połowy maja zrealizował dziesięć
programów, tyle ile było odcinków rejsu wzdłuż wybrzeży Afryki. Po
pierwszym z nich dostał wiele komentarzy, głównie od osób cieszących się
nowym programem, ale wytykających mu milczenie w ostatnich pięciu
miesiącach. Zauważył, że podobnie zaczęło dziać się wkrótce, kiedy
umieścił na kanale muzycznym pierwszy utwór z serii "Africa". Odbiorcom
spodobała się jego nowa muzyka, a liczba słuchających jego utwory szybko
rosła. Radowało go to, ale też skłania do myślenia. Gdybym tak mógł
zajmować się tym jeszcze podczas rejsów?
Na trasę kolejnego rejsu namówił go Bartek, stary przyjaciel z jego
Gochów, też żeglarz, analityk mediów społecznościowych, a jednocześnie
właściciel wziętego portalu muzycznego. Po dłuższych etapach
przelotowych do Gibraltaru potem miała ich czekać włóczęga po Morzu
Śródziemnym.
- Nie możesz wciąż zdobywać jakichś mount everestów morskich czy
oceanicznych - przekonywał go Bartek. - Należy ci się trochę odpoczynku,
poleniuchowania. Złożymy się na ten rejs - wyjaśniał, na co Wojtek
zrobił wielkie oczy. - Mam pomysł, żeby z własnych pieniędzy wydać jak
najmniej, i myślę, że tobie też to się uda.
- Ale jak?! Przecież to będzie znacznie ponad sto tysięcy złotych!
- Gdybyś płynął sam. Podziel to przynajmniej na dwa!
- Bartek, ale to jest dalej sporo.
- Damy radę. Załatw tylko taką umowę, że będziemy wpłacać należności w miesięcznych ratach, a nie jednorazowo całość przed wypłynięciem.
- To jest prawie niemożliwe, bo o czymś takim wielu już kiedyś myślało.
Udało się jednak. Znaleźli kilku sponsorów, przygotowali z ich udziałem
biznesplan i przekonali do niego kierownictwo Jacht Klubu. Oczywiście,
teraz pozostał problem, skąd wziąć miesięcznie kwotę bliską dwudziestu
tysiącom złotych, bo tyle musieli pokryć z własnych kieszeni, po
odliczeniu podobnej kwoty uzyskanej na miesięczne raty od sponsorów. W ich cenie znalazło się stworzenie przez Wojtka kilku filmów
edukacyjnych.
- Pomogę ci - uspokoił go Bartek.
Początkowy sceptycyzm przerodził się u Wojtka w umiarkowany entuzjazm.
Narzekał tylko, że podczas rejsu trzeba będzie pracować nad programami
czy filmami, a on do tej pory nigdy tego nie robił. Spotkali się kolejny
raz na dogadywaniu szczegółów.
- Wojtek! Zaplanuj rejs elastycznie. Pływamy tylko w dni z gwarantowaną
pogodą. Powyżej trójki i w deszczach nie pływamy, no chyba, że coś nas
przydybie na morzu.
- Ale jak to tak? Rejs spacerowy?
- Człowieku, zaczynamy rozmowę od początku?
- No nie, ale...
- Damy radę. Ja mam zamiar na tym rejsie zarobić jeszcze na wyjazd na
narty zimą.
- A kiedy będziesz pracować?!
- Przecież ty też jesteś freelancerem, więc o co ci chodzi?
- Ech, czasami sam zapominam.
- Myśl więc o tym, że dajesz ludziom dużo dobra, i to się liczy. Ja
wezmę dwa silne i dobre komputery, prawie jak wojskowe. Jeden z nich
dostaniesz na miesiąc przed rejsem, żebyś się z nim oswoił i wgrał na
niego programy, jakie chcesz.
- O! To byłoby doskonale!
- No widzisz? Aha! My z Antoniną wsiadamy dopiero w Lizbonie.
- Ale jak to tak?
- W lipcu muszę być na targach mediów społecznościowych w Hiszpanii, a potem obiecałem jej wycieczkę, a właściwie pielgrzymki do Santiago de
Compostela i Fatimy. Przecież wiesz...
- Wiem... - odparł Wojtek i pokiwał głową.
Wiedział doskonale, że u Antoniny stwierdzono osiem lat temu
niepłodność, a po pielgrzymce na Jasną Górę zaszła w ciążę i teraz
radują się cudownym malcem.
- Czaruś uwielbia dziadków i cieszy się na myśl o wakacjach na ich
letnisku - wyjaśnił Bartek. - Ma tam kolegę w swoim wieku, sześciolatka,
ale tak naprawdę chodzi o coś innego.
- Nie rozumiem?
- Czaruś zdradził mi w męskiej rozmowie, że się zakochał.
- Sześcioletni brzdąc?! No, nie żartuj!
- Nie liczy się wiek, nie liczy się płeć, gdy w grę wchodzi uczucie! -
zaśmiał się Bartek.
- Wiesz, że taki nowoczesny to ja nie jestem.
Wojtek zrobił dziwną minę, czym wzbudził jeszcze większą wesołość
Bartka.
- Zakochał się w siostrze tego kolegi, tamto to był dowcip. - Bartek nie
przestawał się śmiać.
- Bo już myślałem... Tyle nowego się dzieje, że nie nadążam.
- Daj spokój. A jak u was?
- To znaczy u kogo?
- Jak to u kogo? U ciebie i Kryśki.
- Niestety, nie jesteśmy już razem - rzucił markotnie Wojtek.
- Nie pochwaliłeś się.
- Bo to nie jest powód do chwalenia.
- A co się stało?
- Niezgodność charakterów, a dokładniej różnice w podejściu do zasad
egzystencjalnych, pracy, domu i takie tam... - Wzruszył ramionami
Wojtek.
- To niedobrze. - Bartek pokręcił głową. - I co masz zamiar zrobić?
- Z Kryśką?
- Nie, z sobą.
- Ale co z sobą?
- A co ty tak pytaniem na pytanie?
- A ty nie podobnie?
- Wojtek, bez jaj. Teraz pytam poważnie. Masz jakąś kobietę?
- W tej chwili nie.
- Długo już tak?
- Od końca lutego... Ale czego ty się mnie czepiasz!
- Ja tylko się o ciebie martwię. To nie jest raczej zdrowe dla faceta w twoim wieku, mogą ci spuchnąć... - przerwał, widząc irytację w oczach
Wojtka - ...a poza tym to mało do ciebie podobne - dokończył,
potrząsając głową.
- Dlaczego ja ci w ogóle odpowiadam na takie głupie pytania?
- Bo jesteśmy przyjaciółmi i zawsze opowiadaliśmy sobie największe
sekrety i największe pierdoły. Częstowaliśmy się jeszcze głupszymi
pytaniami. Tak było, czy nie?
- No tak.
- Dobra, dzisiaj ci odpuszczę, ale następnym razem już nie.
- Łaskawca.
- A żebyś wiedział.
Wojtek miał pewien kłopot ze skompletowaniem załogi, bo założył, że
potrzebuje na trasie do Lizbony pięciu lub sześciu ludzi, którzy popłyną
tylko w jedną stronę, a w Lizbonie zejdą na brzeg. I to był jego
największy problem, gdyż początkowo chętnych na rejs tylko w jedną
stronę trudno było znaleźć. Po Wielkanocy zrobił się pewien ruch i znalazł jednak pięciu chętnych, w tym trzech z patentem sternika
jachtowego, co w pełni odpowiadało jego potrzebom. Wszyscy byli
studentami Uniwersytetu Morskiego, dzięki czemu miał prawie pewność, że
z rzemiosłem żeglarskim jest u nich w porządku. Dobrze byłoby znaleźć
jeszcze jednego, myślał, bo wówczas byłyby trzy pełne wachty, licząc, że
on sam będzie jako kompletna wachta. Mieli z Bartkiem pomysł, żeby
jeszcze ktoś do nich dołączył, chociaż konkretów na razie brakowało. W połowie maja jeden z załogantów się wykruszył, ale za to dwaj
zarekomendowali swoje znajome z patentami żeglarza jachtowego. Spotkał
się z całą grupą zwyczajowo w tawernie Erin, żeby przy desce z serem i kiełbaskami oraz szklanicach z grzańcem poznać się i porozmawiać o rejsie. Tam się zorientował, że obie dziewczyny, nowe załogantki, są
partnerkami dwóch chłopaków. Całej grupie podobał się przebieg rejsu,
nie mieli żadnych dodatkowych oczekiwań, co go jeszcze bardziej
ucieszyło, kiedy zaś doszli do dyskusji o szczegółach współfinansowania,
ani przez moment nie widział, by się zawahali. Od następnego dnia
wszyscy prawie codziennie pojawiali się w marinie. Wypłynęli kilka razy
zgrać się na zatokę, raz nawet podczas deszczowej "trójki" i wszystko
wyglądało obiecująco. Uspokoił się.
Teraz już zostały mu na głowie tylko pewne zapasy żywności i napoje.
Jeszcze kilkanaście lat temu inaczej to wyglądało, a z opowieści
starszych żeglarzy wynikało, że czterdzieści, pięćdziesiąt lat temu na
jacht w momencie wypłynięcia ładowano wszystkiego tyle, żeby starczyło
na cały rejs. Dzięki Bogu pozmieniało się.
Coś go podkusiło, żeby sprawdzić, czy nie ma przypadkiem jakichś brudów,
paprochów za sprzętem. Wsunął mu się tam w poprzednim rejsie ulubiony
automatyczny ołówek. Poodkręcał więc wszystkie urządzenia, porozłączał
kabelki, wyczyścił wszelkie zakamarki, a potem poskręcał i przetestował.
Ołówka nie znalazł, ale było czysto. Wszystko grało, no bo jakże mogłoby
być inaczej. Uśmiechnął się zadowolony z siebie. Na jego pracę natknęli
się załoganci, którzy koniecznie, szczególnie dziewczyny, chcieli mu
pomóc w wycieraniu "kurzu".
- To jest odpowiedzialna praca i zawsze wykonuję ją sam - podziękował za
dobre chęci.
Kiedy wyszedł na pokład, dojrzał, że na dziobie, na dużym ręczniku
frotté leży na wznak jedna z dziewczyn. Zawsze go złościło takie
traktowanie jachtu, ale tym razem odpuścił, bo jego uwagę przykuły jej
długie nogi, barwa szortów i kolor rozpuszczonych włosów. Coś mu ten
widok przypomniał.
- O kurczę! - powiedział niezbyt głośno. Dziewczyna musiała mieć dobry
słuch, bo z wrażenia usiadła i spoglądała na niego. Pokręcił głową z dezaprobatą i zszedł na keję. - Zaraz, zaraz...
Podrapał się po głowie i spojrzał w kierunku knajpki Mingi, to ją kilka
miesięcy temu wskazał pewnej Joannie, która też miała długie nogi jak ta
dziewczyna, przed chwilą przydybana podczas opalania na pokładzie,
szorty w podobnym kolorze i rozpuszczone włosy.
Oba zdarzenia łączyła jeszcze jedna sprawa. Opalały się w miejscach
nieodpowiednich.
Joanna. Umówiliśmy się na Dzień Morza, na dwunastą, uśmiechnął się do
siebie. Że też o tym zapomniałem.
Przymknął oczy, żeby przypomnieć sobie jej twarz. W tej samej chwili
poczuł gęsią skórkę nie tylko na przedramionach, ale też na plecach. W czasie rejsu do Kapsztadu kilka razy stawała mu przed oczami, ale za
każdym razem odganiał myśli i przywoływał twarz Krysi. Odkąd z nią
zerwał, wszystkie twarze kobiet, dziewczyn, źle mu się kojarzyły,
chociaż zdjęcia Krystyny, nie wiedzieć czemu, z biurka nie zdjął. Teraz
jednak czuł, że się śmieje jak głupi do sera. Spojrzał za siebie.
Dziewczyna wciąż siedziała i patrzyła na niego. Wojtek wzruszył
ramionami i machnął ręką. Położyła się. Odebrała to jako znak, że się
zgadza! No nie! Co za dziunia?!
Pokręcił głową i ruszył przed siebie. Nogi niosły go w kierunku Mingi.
Kiedy wyszedł na skwer Kościuszki, zatrzymał się. Spoglądał na fontannę
z kielichami, na siedzących wokół ludzi i na kwiaty na klombach.
Pasowałaby tutaj Joanna, uśmiechnął się. Usiadł na jedynej wolnej ławce
w pobliżu.
Jakaś mała dziewczynka, śmiejąc się w głos, biegała po murku okalającym
fontannę. A dlaczego jej kielichy nie są zielone?! Musieli to zmienić,
ale zupełnie nie zauważyłem, kiedy to się stało. Rozejrzał się wokół.
Dawno tutaj nie siedziałem, pomyślał. Popatrzył na boki. Teraz
dziewczynka stała przy jednej z ławek, a starsza pani, pewnie babcia,
wkładała jej do buzi kawałek po kawałku jakieś jedzonko. Jak ładnie. No
tak, bo dziecko biega, łapie rączkami za to, za owo. Babcia pilnuje.
Uśmiechnął się. Pani uznała, że to uśmiech dla niej i odpowiedziała tym
samym. Skłonił głowę. Pani uczyniła podobnie. Ale miło! Może ja też
przyjdę tutaj kiedyś ze swoją wnuczką? Ty głupcze, najpierw trzeba by
mieć dziecko! Przymknął oczy. Nie wiedzieć czemu, w oczach stanęła mu
Joanna. Znowu, jak kilka minut wcześniej, poczuł gęsią skórkę.
Rozdział 4
Wojtek pokonywał ostatnie sto metrów do
Mingi z uśmiechem na twarzy. Nie potrafił wytłumaczyć sobie, po co tam
idzie, chociaż od kilku dni miał przed oczami Joannę, z którą po
krótkiej rozmowie w marinie we wrześniu ubiegłego roku umówił się na
dzisiaj w tej knajpce.
- Gdybym komukolwiek powiedział, że umówiłem się dziewięć miesięcy temu,
to chyba każdy popukałby się w czoło - odezwał się półgłosem i rozejrzał
wokół, ale na szczęście nikt ze spacerujących nie zwrócił na jego słowa
uwagi. Sam popukał się zatem lekko w czoło. To jest całkiem
irracjonalne, ale skoro już idę, to nie będę wracał, pomyślał i wzruszył
ramionami. Na jego twarzy wciąż malował się uśmiech.
Jeszcze wczoraj przed wieczorem zadzwonił do Kaśki, która była
menedżerką sali w tej knajpce, i na wszelki wypadek, pamiętając, że
następnego dnia jest Święto Morza, zamówił stolik.
- A gdzie chcecie siedzieć? - spytała.
- Dlaczego pytasz mnie w liczbie mnogiej?
- A co, będziesz sam, bez Kryśki?
- Rozstaliśmy się z Krysią. To dłużej nie miało sensu. Bez żagli nie ma
dla mnie życia, a ona ich nie lubiła, wręcz była o nie zazdrosna, a do
tego chciała mnie zawłaszczyć na sto procent. Trudno jej było zrozumieć,
że ja kocham przede wszystkim WOLNOŚĆ. Rozstaliśmy się w lutym... To
jak, będzie stolik? - zmienił temat.
- Ale... ja nic o tym nie wiedziałam... przepraszam... - wyjąkała. -
Stolik wewnątrz, jak zwykle?
- Kasiu... Tym razem na pokładzie. W pełnym słońcu - spróbował się
roześmiać.
- Nie rozumiem cię... A z kim będziesz?
- Jeśli... to z Joanną - znowu próbował przykryć śmiechem swoje dziwne
słowa.
- Wydawało mi się, że nie chcesz rozmawiać o Kryśce, a sam z kolei
mówisz o jakiejś Joannie.
- Nie przejmuj się, ja siebie też nie za bardzo rozumiem. Potrzebuję
słońca i powietrza, bo parę miesięcy bez żagli dało mi w kość. Wkrótce
wypływam na pół roku. Nie pojawił się u was czasem jeszcze ktoś chętny
na mój rejs? - zmienił temat.
- Były dwie osoby w marcu, ale rejs w jedną stronę ich nie interesował.
- No tak, pamiętam... skleroza.
- Aha! W ubiegłym tygodniu pytała jeszcze o ten rejs jakaś dziewczyna,
ale dałam jej telefon do bosmanatu, bo nie mogła się zdecydować. To
mówisz, że się z kimś spotykasz, chociaż zaraz znowu znikniesz na długo?
Ciekawe... żeby nie powiedzieć, dziwne.
- Fajnie się z tobą rozmawia, ale może dokończymy jutro, okej? Będę w samo południe. To znaczy kilka minut wcześniej.
- Ale ma być cały stolik, tak?
- Tak, bo może...
- Rozumiem...
- To do jutra, Kaśka.
- Do jutra. Pa.
Wyszedł spod drzew ocienionej alei wprost na słońce i gmach Riwiery.
Zawsze mu się podobał. Wiedział, że po ostatniej wojnie przejęła go
Marynarka Wojenna i teraz mieści się w nim jej klub. Kompleks został
wybudowany, zanim Gdynia uzyskała prawa miejskie, a od 1925 roku mieścił
się w nim hotel. Nałożył okulary przeciwsłoneczne i poprawił na głowie
kolorowy daszek, który miał na sobie dziewięć miesięcy temu, kiedy
rozmawiał w marinie z Joanną. Włożył nawet tę samą koszulkę co wtedy,
żeby mogła go łatwiej rozpoznać.
- Ależ ja jestem pokręcony - rzucił półgłosem i uśmiechnął się do
własnych myśli.
Wkroczył na taras Mingi i ruszył wzdłuż drewnianej balustrady, przy
której stały stoliki z widokiem na plażę. Na ostatnim zauważył
tabliczkę: Zarezerwowane. Zerknął przez szybę do wnętrza lokalu.
Dojrzał Kaśkę, podniósł dłoń. Machnęła do niego, żeby usiadł. Po chwili
pojawiła się z wodą i szklaneczkami. Przywitali się.
- Cześć. Jesteś sam?
- Jeszcze sam... na razie - odparł i mrugnął.
- Podać ci jeszcze coś czy poczekasz?
- Może nic więcej nie będzie potrzeba... - Wzruszył ramionami. - Jakby
co, to znam drogę. Usiądź na chwilę, jeśli możesz - poprosił. Przysiadła
chętnie, jakby czekała na zaproszenie. - Kiedy we wrześniu ubiegłego
roku wypływałem w rejs, potknąłem się o nogi dziewczyny, która opalała
się w marinie... Wyłożyłem się jak długi, aż poturlał mi się ten
daszek... - Dotknął go palcem i uśmiechnął się.
- To była... ta Joanna?
- Jej bardzo długie nogi. Żeby opalać się w marinie na leżaku! -
Rozłożył ręce i pokręcił głową. - Zakląłem, bo pędziłem do bosmanatu po
mapę rejsu.
- Czasem potrafisz - zachichotała Kaśka. - A ona co?
- Wstała, podniosła mój daszek, przeprosiła mnie i zaczęła ze mnie
ściągać źdźbła trawy. - Wojciech przymknął oczy.
- Ej, ty masz gęsią skórkę! - Kaśka zrobiła wielkie oczy i pacnęła go w przedramię.
- No widzisz? Wtedy też tak miałem. Ma coś w dotyku, uśmiechu, w ogóle... Zaczęliśmy rozmawiać o żaglach, morzu... Ona poprzedniego dnia
przypłynęła do Gdyni z rejsu estońskim jachtem. Powiedziała mi, że
mogłaby rozmawiać ze mną bez końca, a pływanie to jej pasja.
- I co, poszliście na kawę?
- Przecież wtedy wychodziłem w rejs! Płynąłem jako kapitan! Załoga w komplecie na burcie, a do tego już dwie godziny po planowym terminie
wyjścia.
- Wymieniliście się telefonami, pisaliście do siebie...? - Zaciekawiona
opowieścią Kaśka zajrzała Wojtkowi w oczy.
- Nie było czasu na nic! Po chwili w ramach przeprosin zaproponowała
kawę, ale ja, zupełnie bezwiednie, powiedziałem, że może dopiero
wiosną... jakoś tak. Ona spytała, kiedy może mi znowu podłożyć nogi i dokończyć rozmowę - wyrzucił z siebie i zmarszczył czoło. Kaśka
przymrużyła oczy.
- No i...? - spytała po chwili.
- To była lekka, naturalna, choć irracjonalna rozmowa, nie chciało mi
się jej przerywać, dawno z nikim nie rozmawiało mi się tak dobrze. W każdym razie nie pamiętam. Rozumiesz...?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki