Kurs Czukotka - Monika Witkowska

Reflow text when sidebars are open.
6 lipca, 1. dzień wyprawy, o świcie
Warszawa
Z głową pełną obaw
Mieszkanie zawalone mnóstwem rzeczy, które nijak nie chcąsię już zmieścić do plecaka, w kalendarzu lista spraw, których już nie zdążę załatwić, no i ten natłok myśli: jak to będzie, czy dobrze robię i czy nie lepiej byłoby, jak tysiące innych ludzi, kupić wycieczkę z biura podróży i pobyczyć się gdzieś na jakiejś plaży?Czy się boję? Jak cholera! Boję się, bo wiem, że na takim rejsie może być różnie. Te najgorsze wizje - wypadnięcie za burtę, zatonięcie jachtu, atak niedźwiedzia polarnego, odsuwam od siebie jak najdalej, ale... gdzieś w podświadomości jednak wiem, że takie ryzyko jest.
Innego rodzaju powód do obaw, niby prozaicznych, ale bardzo istotnych, to wielka niewiadoma, jak nam się ułożą relacje z Börje. Teraz jest wszystko super - rozumiemy się bez słów, odbieramy na tych samych falach. Ale to dotyczy lądu... Przygotowując wyprawę, z założenia mieliśmy dużo wspólnych tematów, łączył nas wspólny cel. Spędzone na morzu tygodnie i miesiące, kiedy przez 24 godziny na dobę jest się skazanym jedynie na swoje towarzystwo, a ponadto dochodzi zmęczenie (fizyczne i psychiczne), w sytuacjach zagrożenia zaś jeszcze stres, brutalnie weryfikują lądowe układy. Są tylko dwie możliwości: albo po tych trzech miesiącach będziemy mogli mówić o przyjaźni na śmierć i życie, albo będziemy się nienawidzić i wcale nie będziemy mieli chęci, aby jeszcze kiedyś się spotkać.
Jest nas dwójka, reprezentujemy dwa kraje, a choć jacht jest oficjalnie szwedzki, zgodnie z propozycją Börje płyniemy pod dwiema banderami.
Po południu
W samolocie gdzieś nad Atlantykiem
Jestem wykończona! Niełatwo oderwać się od codziennych spraw, zwłaszcza kiedy doba staje się o 50 godzin za krótka. Poza tym jestem zła, że nie pożegnałam się z odprowadzającym mnie Pawłem, tak jak na to zasłużył. Po raz kolejny mój kochany mąż udowodnił, że można na niego liczyć, a za swoją cierpliwość powinien zostać świętym. To, że akceptuje te moje wyjazdy to jedno, ale do samego wylotu ma też moc lekko wkurzających "atrakcji". Tym razem "atrakcją" był mój bagaż. Olbrzymi plecak i jeszcze większe pudło. O podręcznych drobiazgach typu plecaczek, który trudno nazwać małym, torbie z laptopem i torbie fotograficznej plus wypchanej, noszonej na biodrach saszetce nie tylko z dokumentami, ale radiotelefonem, morskim gps-em oraz kilkoma innymi drobiazgami, już nie wspominam.
Szykując wyprawę i rozpoczynając rejs, jesteśmy Przyjaciółmi. Czy po kilku miesiącach wspólnego żeglowania także nimi będziemy?
Oczywiście wiedziałam, że mogę zabrać ze sobą przydziałowo tylko jeden bagaż o wadze 20 kg i chcąc nie chcąc (raczej to drugie) wykupiłam opcję dodatkowej sztuki, jednak do głowy mi nie przyszło, że to waży aż tyle! Plecak 36 kg, pudło 34! Tymczasem pan przy odprawie był nieubłagany: 20 kilo i koniec!
I tu okazało się, jak dobrze mieć przy sobie męża. Niestety trzeba było zacząć od brutalnego odchudzenia bagażu - z powrotem do domu Paweł zabrał dużą część jedzenia, trochę ciuchów, książki i część sprzętu turystycznego. Decyzje, co zostawić, nie należą do łatwych, bo wszystko wydaje się równie ważne, aczkolwiek wizja odlatującego zaraz samolotu zdecydowanie je przyśpiesza. Trochę rzeczy poupychałam jeszcze w bagażu podręcznym - nawet nie wiedziałam, że rękawy przewieszonej przez ramię kurtki mogą być tak pojemne! Kiedy uznałam, że już bardziej bagażu zredukować się nie da, zapakowaliśmy pudło ponownie (Paweł przezornie miał przy sobie folię samoprzylepną, taśmy, nożyczki i inne przydatne akcesoria), po czym ponownie ruszyłam do okienka odpraw. A tam... Cóż, mina mi zrzedła. Plecak był już w porządku (miał tylko 2 kg za dużo), za to przy pudle wskazówka wagi utknęła na 26 kg!
Przed wizją zapłacenia sporych pieniędzy za nadbagaż uratowała mnie szefowa lotniskowego biura klm-u, bo właśnie tą linią miałam lecieć. Kiedy wyjaśniałam, że to sprzęt na wyprawę, jachtem, w Arktyce, sympatyczna kobieta przypomniała sobie nadaną kilka dni wcześniej audycję radiową, w której opowiadałam o rejsie! Oczywiście poszła mi na rękę i w drodze wyjątku zgodziła się na dodatkowe kilogramy, co rzecz jasna zwiększyło moją sympatię do holenderskiej linii :).
8 lipca, 3. dzień wyprawyInuvik (północna Kanada)
Już w Arktyce!
Hurra! Po 62 godzinach od wylotu z Polski i czterech przesiadkach wreszcie jestem u celu! Załogę mamy w komplecie od wczoraj - spotkałam się z Börje na lotnisku w Edmonton. Samolot z Edmonton do Inuvik to taka "powietrzna taksówka" - po drodze zaliczył dwa międzylądowania, jedni pasażerowie wysiadali, inni wsiadali. Nawet się cieszyliśmy, bo dzięki temu mieliśmy okazję zobaczyć lokalne lotniska, przy okazji fotografując się z pierwszymi miśkami polarnymi (wypchanymi).
Z lotniska w Inuvik zabrał nas Willy - szef stoczni, w której stoi "Anna". Stocznia znajduje się jakieś 2-3 km za miastem, nad tak zwanym Wschodnim Kanałem Mackenzie. Börje wspominał wcześniej, że będziemy mieszkać na jakiejś barce, wyobrażałam sobie więc jakieś śmierdzące smarem, klaustrofobiczne kabinki, a tymczasem barka okazała się bardzo przyzwoitym pływającym hotelem! Mieszkają w niej pracownicy stoczni - sami faceci, dzięki czemu łazienkę zwaną "damską" dostałam na wyłączny użytek. Poza zakwaterowaniem na barce mamy też posiłki. Miłe zaskoczenie, tym bardziej że serwowane w formie bufetu jedzenie jest naprawdę pierwsza klasa!
Sympatyczne powitanie przyćmiła nieco dawka adrenaliny, jaką sobie zaaplikowałam przez swoje roztrzepanie. Jeszcze nie zdążyliśmy się rozpakować, kiedy się zorientowałam, że nie mam noszonej na pasku torebki! Najpierw mnie z wrażenia zamroczyło, potem zmroziło, po minucie byłam już w stanie przedzawałowym, a przy tym nijak nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie ta cholerna torebka mogła zostać? W toalecie na międzylądowaniu? W samolocie? A może na samym starcie, przy prześwietlaniu bagażu w Edmonton? Pamiętałam tylko, że mi strasznie przeszkadzała, bo była duża i ciężka, przez co korzystałam z każdej sposobności, aby choć na chwilę ją zdjąć. Nawet nie chciałam przypominać sobie, co w niej było. Na pewno cała kasa - prywatna i jachtowa, w tym 1500 euro zamienione na ruble. Poza tym - wszystkie moje dokumenty, od paszportu z wizami, przez różne zezwolenia, legitymacje, licencje... Garminowski gps to kolejne 3 tys. złotych, radiotelefon - około tysiąca, mały aparat fotograficzny, telefon komórkowy... W miarę uświadamiania sobie tego wszystkiego chciało mi się coraz bardziej płakać - ze złości (na siebie), wściekłości, żalu (tyle kasy i sprzętu), no i wstydu przed Börje.
Zamiast płakać trzeba było działać. Na barce nie ma telefonów, komórka Börje nie miała zasięgu, ale za to działał bezprzewodowy Internet, czyli był dostęp do Skype'a. Obdzwoniłam wszystkie biura mogące pomóc w lokalizacji pechowej torby. Wizja depresji albo zawału była coraz bliższa. Został mi jeszcze tylko jeden telefon, na lotnisko w Inuvik. Bez cienia nadziei wystukałam numer, właściwie pewna, że jeśli nawet ktoś znalazł tę nieszczęsną torbę, to przecież jej nie odda. Zadzwoniłam. Pechowo - przerwa obiadowa!
Po godzinie psychicznych katuszy, znowu spróbowałam. Właściwie już chyba tylko po to, by nie zarzucać sobie, że nie zrobiłam wszystkiego co mogłam.
- Jesteś naiwną kretynką! - sztorcowałam sama siebie.
Po drugiej stronie ktoś w końcu odebrał.
- Torba na pas? Moment... (ja w tym czasie czułam się jak rozbitek chwytający się brzytwy).
- Tak, koleżanka mówi, że znaleziono. Mamy u nas w biurze...
Nie wierzyłam własnym uszom! Gdyby nie był to kontakt telefoniczny, zapewnie udusiłabym rozmówczynię w radosnym uścisku. Okej, w sobotę nie pracują, mam przyjechać po zgubę za dwa dni...
Dlaczego o tym piszę? Żeby pokazać, jak głupie błędy człowiek popełnia z przemęczenia. Normalnie tej nieszczęsnej torby bym nie zdejmowała, ale dwie doby podróży i różnica czasu osłabiły moją zdolność myślenia. Ale jest w tej historyjce coś bardzo pozytywnego, a mianowicie to, że świat nie jest wcale zły i są jeszcze uczciwi ludzie.
No dobrze, a teraz to, co najważniejsze, czyli nasza "Anna". Stoi na ruchomej platformie, na brzegu i przy wielkich barkach wygląda niczym mała łupinka. Przywitałam się z nią jak z dobrą przyjaciółką, tym bardziej że skoro mamy ze sobą spędzić tyle czasu, musimy być w dobrej komitywie. Jak się okazało, "Anna" przetrwała zimę w bardzo dobrym stanie. Na pewno już nie może się doczekać, kiedy ją trochę odmalujemy, otaklujemy i znowu wróci na wodę, za którą zapewne bardzo tęskni. Od jutra bierzemy się do roboty!
9 lipca, 4. dzień wyprawyInuvik
Wycieczka barką
Przedpołudnie minęło nam na wycieczce po Mackenzie. Już wczoraj jeden z pracujących w stoczni kapitanów, który musiał ściągnąć zostawioną gdzieś tam barkę, zaproponował, że jeśli chcemy, możemy popłynąć razem z nim. Oczywiście chcieliśmy, tym bardziej że przy okazji dostaliśmy sporo praktycznych rad, jak żeglować w tym rzecznym labiryncie. Kapitan ostrzegł nas, że łatwo nie będzie, Mackenzie bowiem to bardzo płytka rzeka, z taką ilością odnóg, że na mapie przypomina bezładną pajęczynę. Szczerze mówiąc, trochę inaczej ją sobie wyobrażałam - w każdym razie nie przypuszczałam, że jest tak strasznie zamulona, z mało romantycznym rudawo-brunatnym kolorem wody. Inna sprawa, że główny nurt Mackenzie oddalony jest od Inuvik o kilkanaście kilometrów - tutejsze wody to tylko jeden z tych niezliczonych kanałów bocznych.
W północnej Kanadzie białe niedźwiedzie są wszechobecne. Nawet na tablicach rejestracyjnych samochodów!
Próbowaliśmy w nabrzeżnych krzakach wypatrzyć jakieś zwierzaki, ale bez skutku. Ponoć czasem pojawiają się łosie, a nawet niedźwiedzie. Z niedźwiedziami jest coraz więcej problemów, gdyż zamiast szukać pożywienia w naturze, idą na łatwiznę, grzebiąc w miejskich śmietnikach. Większość to grizzly, czyli podgatunek niedźwiedzia brunatnego, natomiast nie tak dawno w samym centrum miasteczka trzeba było odstrzelić dwa dorodne niedźwiedzie czarne.
Jeśli zwierzaki nie stanowią zagrożenia, czyli nie paradują po głównej ulicy, daje im się szansę, czyli nie zabija, tylko wyłapuje, przetrzymuje jakiś czas w "poprawczaku", po czym wysyła na przymusowe wygnanie, kilkaset kilometrów od Inuvik. Wcześniej jeszcze się je znakuje, malując na zadzie kolorowy znak. Jeśli niedźwiedź wróci, co się zdarza, szybko można rozpoznać, kiedy poprzednio odwiedzał miasteczko. Recydywiści mają już po kilka barwnych plam. Trochę je rozumiem - bądź co bądź to ich terytorium. Podkreślają to nawet tablice rejestracyjne tutejszych samochodów, mające kształt... niedźwiedzi.
Po południu zajęliśmy się "Anną" już na dobre. Börje działał na pokładzie, ja - pod. Czyszczenia, skrobania, malowania, klejenia, sprzątania i tym podobnych pasjonujących prac jest od groma. Urozmaiceniem są roboty "koncepcyjne", jak choćby zawzięte dyskusje o miejscu i sposobie zamontowania tratwy ratunkowej. Do tej pory była inna tratwa, ale Börje doszedł do wniosku, że nie można już na nią liczyć i zakupił nową. Oby się nigdy nie przydała!
Dumny "król Arktyki" na ogonie samolotów First Air - najpopularniejszej linii lotniczej w arktycznej Kanadzie.
10 lipca, 5. dzień wyprawy
Wizyta w szpitalu Dziś byłam umówiona na odbiór zostawionej w samolocie mojej cennej torebki z pieniędzmi i innymi "skarbami", a że jeden z naszych stoczniowych kompanów, Alex, jechał do miasta coś tam załatwić, przy okazji podrzucił mnie na lotnisko. W drodze powrotnej wysiadłam przy szpitalu - moja ropiejąca noga, czy raczej rana będąca efektem ugryzienia przez pająka (dobre dwa miesiące temu) wygląda tak fatalnie, że postanowiłam sprawdzić, co mają w tym temacie do powiedzenia lekarze kanadyjscy. Polscy chirurdzy ciągle się kłócili, czy w niej grzebać, czy lepiej nie, dawali mi coraz to nowe antybiotyki i ogólnie byli zgodni, że nie powinnam z czymś takim wybierać się na arktyczny rejs. Kanadyjski lekarz też dał mi antybiotyk, trochę ową paskudną dziurę w nodze przeczyścił, ale pocieszył, że choć dobrze to nie wygląda, mimo wszystko raczej nie umrę.
"Metropolie" arktycznej Kanady. W Inuvik, największym północnym mieście (w środku) jest przynajmniej asfalt i samochody.
Zanim już na piechotę wróciłam na jacht, przeszłam jeszcze przez centrum Inuvik. Główna ulica położonego nad rzeką Mackenzie miasteczka to Mackenzie Road. Jest też hotel Mackenzie i szkoła imienia sir Alexandra Mackenzie. Chodzi o żyjącego w latach 1764-1820 szkockiego kupca i podróżnika, który latem 1789 roku w towarzystwie 12 kompanów spłynął nazwaną swoim imieniem rzeką na odcinku od Wielkiego Jeziora Niewolniczego do jej ujścia. Co ciekawe, sir Alexander liczył, że wyląduje nad brzegiem Pacyfiku, a tymczasem dotarł do Oceanu Arktycznego! W sumie stało się to nawet większym wyczynem, niż zakładał, tym bardziej że był na tych terenach jednym z pierwszych białych.
Samo Inuvik nie ma specjalnie długiej historii, bo za datę jego powstania przyjmuje się rok 1958. Położone około 200 km na północ od kręgu polarnego miasteczko liczy około 3,5 tys. mieszkańców, co sprawia, że jest to największa "metropolia" arktycznej części Ameryki Północnej (swoją drogą jest to też najbardziej na północ wysunięte miasto całej Kanady).
Inuvik oznacza po inuicku "miejsce życia". Tymi, którzy mieszkają tu od tysięcy lat, są Inuvialuit, jak mówi się o tutejszych Inuitach, mających swój własny język: inuvialuktun. Oprócz nich są tu również Indianie Gwich'in (dawniej mówiło się o nich: Kutchin Indians). Jeszcze do niedawna jedni i drudzy unikali miksowania się genów, czyli mieszane małżeństwa absolutnie nie wchodziły w grę. Czasy się jednak zmieniają - teraz o wszystkim decyduje poryw serca.
Ciekawe, jak by wyglądało życie autochtonów, gdyby nie przybysze z południa oraz z innych krajów? Biali ludzie dotarli w te rejony około 200 lat temu. Poza nowymi technologiami i pomysłami na wygodniejsze życie, przynieśli ze sobą choroby, różne nałogi i odmienne od tutejszego podejście do życia. Współcześni Indianie i Inuici mają nie tylko wszystko to, co biali (komórki, samochody, markowe ciuchy, dostęp do szkolnictwa, mediów itp.), ale żyją nawet lepiej niż biali, bo z racji bycia tak zwanymi native korzystają z różnorakich profitów. Finał jest taki, że wielu z nich zamiast pracować, woli pozostać na utrzymaniu hojnego państwa, niestety często umilając sobie życie pitym w nadmiarze alkoholem. A jak alkohol, to również inne problemy: przemoc w rodzinie, degeneracja, choroby psychiczne, samobójstwa... Oczywiście nie wszystkich Inuitów to dotyczy - wielu z nich wykorzystuje szansę, jaką daje im życie w cywilizacji, kształci się, robi karierę. Tych drugich jest jednak mniejszość.
ESKIMOSI CZY INUICI?
Nazywanie ludów Arktyki to wyjątkowo skomplikowana sprawa. Ze stosowaną w Europie nazwą Eskimosi lepiej być ostrożnym, bo niektórzy mogą się obrazić. Powód? Eskimos to w tłumaczeniu z języka jednego z kanadyjskich plemion indiańskich pogardliwe "ten, co jada surowe mięso". Inna sprawa, że to akurat szczera prawda - ludzie Północy faktycznie jedli surowe mięso, co było związane z brakiem możliwości normalnego gotowania. W Arktyce, gdzie nie ma drzew, jako paliwo wykorzystywano tłuszcz morskich zwierząt, ale ponieważ był to towar deficytowy, stosowano go w pierwszej kolejności do wypełnienia kamiennych lamp służących do oświetlania i ogrzewania, do gotowania zaś już go zwykle nie starczało. Z drugiej strony surowe albo na wpół surowe mięso było lepiej strawiane, a na pewno dużo bardziej odżywcze i dające dużo więcej energii niż mięso gotowane.
Pamiętajmy, że określenie Eskimosi akceptowane jest tylko na rosyjskiej Czukotce oraz na Alasce, chociaż w przypadku Alaski lepiej jest mówić: Inupiat (Inupiaq). Na Grenlandii, a także w Kanadzie, gdzie liczbę rdzennych mieszkańców Północy należących do tej grupy ocenia się na około 40 tysięcy, nazwa Eskimosi oficjalnymi dekretami została wycofana z użycia i obecnie mówi się Inuit, co znaczy "My, ludzie". Według oryginalnej pisowni anglojęzycznej pojedynczy mieszkaniec Północy to Inuk, liczba mnoga zaś to Inuit, jednak ja używam nazw jeśli nie do końca naukowych, to rozpowszechnionych wśród polskich podróżników, a mianowicie Inuita, Inuitka oraz w liczbie mnogiej - Inuici.
Napis w języku kanadyjskich Inuitów: "Wejście z drugiej strony".
Wracając do Inuvik... Jak przystało na miasto, na głównej ulicy (wspomnianej Mackenzie Road) są nawet światła drogowe. Jedne, jedyne w promieniu 850 kilometrów, ale są! Z jednego końca "metropolii" na drugi da się przejść w kwadrans. Centrum to dwa supermarkety, kościół katolicki zwany "igloo", kilka budynków wykorzystywanych głównie jako biura, no i sklepy.
Z naszego, europejskiego punktu widzenia ciekawy jest typowy dla Arktyki sposób stawiania budynków - na palach, tak by chronić zalegającą płytko pod wierzchnią warstwą wieczną zmarzlinę z angielska zwaną permafrost. Problemem jest nie tylko to, że trudno byłoby się przez taką twardą skorupę z fundamentem przebić, ale wydzielający ciepło budynek, powodując jej roztapianie, zacząłby osiadać niczym na bagnie. To samo dotyczy rur - ze względu na wieczną zmarzlinę trzeba prowadzić je na powierzchni, odpowiednio zabezpieczając, aby z kolei nie zostały uszkodzone przez zimowe mrozy, kiedy termometry wskazują 50 stopni Celsjusza poniżej zera. Na szczęście w ciągu krótkiego lata jest tu raczej ciepło. Miejscowe dzieciaki ganiają nawet w krótkich spodenkach!
11 lipca, 6. dzień wyprawy
Wielkie malowanie
Praca wre! Zabraliśmy się do malowania kadłuba. Efektem ubocznym jest moja piegowata twarz, a dokładniej odpryski farby powstałe przy wciskaniu pędzla w różne zakamarki. "Anna" pięknieje, a zarazem młodnieje (według rocznika budowy, to już trzydziestolatka).
Wieczorem wybraliśmy się "do miasta", jako że według ulotek z informacji turystycznej miał być pokaz tańców inuickich. Widziałam tego typu tańce rok wcześniej w Pond Inlet (północno- -wschodni kraniec Kanady) i muszę przyznać - wrażenia były ciekawe. Niestety, zaproszenie było nieaktualne - w sali, do której przyszliśmy, kilka osób rzeczywiście podrygiwało i klaskało w rytm żwawych pieśni, ale okazało się, że to nabożeństwo jakiegoś bliżej mi nieznanego zgromadzenia religijnego. Wytrzymaliśmy kilkanaście minut - nawiedzony i zbyt krzykliwy "kapłan" nie wzbudził naszego entuzjazmu.
Zanim zwodujemy naszą zimującą w Inuvik "Annę", musimy ją odremontować i pomalować.
Żeby nie było, że przedreptaliśmy trzy kilosy na darmo, w ramach pocieszenia wylądowaliśmy w pubie na piwie, bo w przeciwieństwie do innych arktycznych miejscowości, w Inuvik nie ma prohibicji. W knajpce, w której panował nastrojowy półmrok, posiedzieliśmy do późnego wieczora,
czyli jakiejś godz. 23.03, tak więc mocno się zdziwiliśmy, kiedy wyszliśmy, a tu nasze oczy poraziła oślepiająca jasność! Jakoś trudno nam się przyzwyczaić do arktycznych białych nocy, kiedy słońce świeci przez 24 godziny na dobę.
Skoro jest jasno, to oczywiście trudno spać. Poszliśmy na skwerek nad rzeką Mackenzie, gdzie, jak się okazało, nawet o północy życie wre! Jakaś rodzina inuicka zrobiła sobie piknik z grillowaniem. Mała, może pięcioletnia dziewczynka jeździła po trawniku bynajmniej nie na jakimś, byle jakim rowerku, ale na dziecięcej wersji quada, a na rzece motorówka ciągnęła... narciarza wodnego! Jeśli ktoś nastawia się, że zobaczy w Arktyce Inuitów w kurtkach z renifera i mieszkających w igloo, przeżyje duże rozczarowanie.
IGLOO ZNACZY DOM
Z przeprowadzonych badań wynika, że aż 69% Kanadyjczyków uważa, że mieszkańcy arktycznej części ich kraju wciąż mieszkają w igloo! Tymczasem igloo to już przeszłość - ostatnia grupa nomadzkich Inuitów przeniosła się do przekazanych im przez rząd domów w roku 1968 i od tej pory warunki, w jakich żyją, nie różnią się od tych, jakie mają wszyscy ludzie w cywilizowanym świecie.
Swoją drogą warto wiedzieć, że słowo igloo, a właściwie iglu (poprawna nazwa w języku inuickim), nie oznacza wyłącznie śnieżnej kopułki, ale jest ogólnym określeniem domu czy schronienia, nawet jeśli jest to namiot, albo odwrotnie - dom z ogrzewaniem, elektrycznością i wszelkimi luksusami. Na szczęście sztuka budowy śnieżnego domu nie odeszła w zapomnienie - inuicka młodzież wciąż jest jej uczona, choćby dla podtrzymania tradycji.
Do budowy igloo wykorzystuje się śniegowe "cegły", dawniej wycinane długim nożem. Takie prostopadłościenne bloki układa się na zasadzie spirali, tworząc idealną kopułę, na tyle mocną, że może utrzymać stojącego na jej szczycie dorosłego człowieka. W roli "okienka" występuje blok przejrzystego lodu. Ponieważ śnieg jest dobrym izolatorem, wewnątrz nie jest zbytnio zimno - w zależności od liczby zgromadzonych w środku ludzi czy ewentualnie wydajności oświetlającej wnętrze lampy, temperatura waha się od 2 do nawet 20°C.
Warto pamiętać, że śniegowe igloo budowano wyłącznie w północnej Kanadzie oraz w północno-zachodniej Grenlandii, w rejonie osady Thule. W innych miejscach Arktyki (w pozostałych częściach Grenlandii, na Alasce czy Czukotce) przy budowie schronień wykorzystywano kamienie i kości zwierząt (np. wielorybów). W tym przypadku sklepienie tworzyły głównie skóry morsów przykryte ziemią i dopiero na końcu przysypywane śniegiem.
12 lipca, 7. dzień wyprawy
Jak w rodzinie
"Anna" zmienia się w oczach. Odmalowany kadłub wygląda jak nowy, na pokładzie i we wnętrzu widać coraz większy porządek. W końcu to nasz pływający dom na kolejne miesiące. Dziś nam doszedł nowy element wyposażenia - Börje zakupił baterie słoneczne, a że trochę większe, niż chciał, mamy teraz problem, gdzie je umieścić. Właściwie nie było wyboru - zajęły cały dach ponad zejściówką, co zapewne będzie trochę utrudniało działania przy żaglach.
Börje i nasi przyjaciele ze stoczni w Inuvik, którzy pomagali nam w przygotowaniu jachtu do rejsu.
Prace pracami, ale muszę opowiedzieć trochę o pracownikach stoczni, którzy bardzo nam pomagają, doradzają, pożyczają narzędzia, organizują transport.... Bardzo polubiliśmy tę ekipę, tym bardziej że to wyjątkowo fajni, sympatyczni i uczynni ludzie. Głównym dyrektorem jest Willy (przywiózł nas z lotniska). Börje poznał go przypadkowo w zeszłym roku, a że Willy sam jest żeglarzem (trzyma swój jacht w Vancouver), zgodził się na zimowanie "Anny" na terenie stoczni i to jedynie za "dziękuję".
Ponieważ Willy ma w centrum Inuvik dom, w stoczni, gdzie mieszka cała ekipa, zastępuje go Alex. To jeden z naszych ulubieńców, dusza-człowiek, na którego można liczyć 24 godziny na dobę, charyzmatyczny szef, będący równocześnie superkumplem. Podobnie jest z Edem - również i on pomaga nam jak może, nie mówiąc o tym, że w wielu sprawach to prawdziwy fachowiec.
Do najważniejszych w ekipie bez wątpienia należy noszący śmieszny kucyk David - kucharz o wrażliwej duszy, który tak fantastycznie gotuje, że gdyby otworzył własną knajpę, mógłby liczyć na kolejkę gości. Co jak co, ale wagi to ja tutaj nie zgubię i to właśnie przez Davida, a głównie przez jego pyszne ciasta!
Wszyscy z dotychczas wymienionych to Kanadyjczycy (choć David ze względu na mamę ma korzenie ukraińskie), za to większość pozostałych to już międzynarodowy miks. Duszą towarzystwa, zwłaszcza przy pokolacyjnych biesiadach, jest Dušan, rodowity Serb, Rad zaś, uroczy facet, który również bardzo się angażuje w sprawy "Anny", to dla odmiany Chorwat. Na Bałkanach, mając w pamięci nie tak dawną wojnę, obie nacje się nienawidzą; ale jesteśmy w Kanadzie, więc tu obydwaj panowie są dobrymi przyjaciółmi.
I tak wymieniłam tylko niektórych. Wiadomo, ludzie są różni, przez co z jednymi mamy lepszy, z innymi trochę słabszy kontakt. Lubimy jednak wszystkich. A z ciekawostek, to w stoczni obowiązuje zakaz picia alkoholu! I nie jest to fikcja, że jak szef nie widzi... Trudno uwierzyć, ale tutaj autentycznie nikt nie pije!
13 lipca, 8. dzień wyprawy
Lodowy tygrys, arktyczne ogórki i moje urodziny
Całe przedpołudnie Börje podłączał jachtową elektronikę, ja z kolei robiłam inwentaryzację prowiantu, jaki został z ubiegłego roku. Niewiele rzeczy się przeterminowało - właściwie moglibyśmy przetrwać na tym, co mamy, dobrych kilka tygodni. To jednak za krótko - na wszelki wypadek musimy mieć rezerwę kilkumiesięczną, bo diabli wiedzą, jak tam będzie w Rosji, a poza tym zawsze na tych wodach trzeba kalkulować ryzyko ugrzęźnięcia w lodach, co wiązałoby się z koniecznością czekania do ich stopnienia, czyli do kolejnego lata. W każdym razie po obiedzie wyskoczyliśmy do miasta, do supermarketu. Przy okazji z dużą satysfakcją odkryłam na sklepowych półkach "ogórki polskie". Cena: 6 dolarów za słoik. Oczywiście kupiliśmy, choć degustacja wykazała, że "polskie" to są one tylko z nazwy (zresztą etykietka rozwiewa naiwne nadzieje: wyprodukowane w Kanadzie).
W supermarkecie można też kupić... etole z lisów polarnych. Pomijam fakt, że w Europie takie naturalne futra są raczej niepopularne, ale jakie kolory owe etole mają! Rozumiem jeszcze, gdyby były białe, ale na wieszaku wisiały lisy w wersji pomarańczowej, fioletowej, zgryźliwie czerwonej, żółtej i seledynowej. Ciekawe, jak się to sprzedaje, tym bardziej że ceny wahały się w okolicach trzystu dolarów.
Poszliśmy też na lody. Tak nas naszło, bo dziś wyjątkowo ciepły dzień, a że to Arktyka, do lodów trzeba się przyzwyczajać - w różnorakiej formie. Już wkrótce będziemy skazani na te pływające za burtą, ale teraz wybrałam trzy wielkie kulki opisane jako "tygrys" (bo w żółto-brązowe paski), "sernik nowojorski" (dziwna nazwa jak na lody) oraz... "guma do żucia". Smakowo mogą być, chociaż polskie - lepsze! :)
Odkrycie dokonane na półkach arktycznego supermarketu. Nazwa nawet poprawnie napisana!
Zajrzeliśmy też do Greenhouse'u. To duma Inuvik. Chodzi o dawną halę do hokeja zamienioną w wielką szklarnię, stanowiącą najbardziej na północ wysunięty tego typu obiekt w całej Ameryce. Każdy z mieszkańców za jakieś symboliczne pieniądze może wydzierżawić sobie malutką działkę i uprawiać kwiaty czy warzywa. To jedyna możliwość, bo na zewnątrz nic nie rośnie, nie tylko ze względu na zbyt krótki okres wegetacyjny, ale także z powodu nieurodzajnej gleby. Wielu lokalesów korzysta z Greenhouse'u - hodują ogórki, pomidory, cebulę, nawet ziemniaki - dumni, że mają coś z własnego ogródka. Jest to też okazja do integrowania się i wzajemnej pomocy. "Mój ogrodnik wyjechał - podlej mnie" - informuje tabliczka na jednej z działek i sąsiedzi podlewają.
Muszę powiedzieć, że bardzo spodobał mi się sposób, w jaki to wszystko funkcjonuje. Każdy z działkowiczów ma do przepracowania w ciągu roku 15 godzin na cele ogólnoszklarniowe. System polega na ty, że z powieszonej przy wejściu listy prac do wykonania wybiera się to, co chce się zrobić (np. malowanie ławek, ładowanie kompostu), a potem uczciwie wpisuje do zeszytu, co się zrobiło. Kto nie ma czasu, może się za ustaloną kwotę wykupić - pieniądze idą na przykład na naczynia do dostępnej dla wszystkich kuchni czy jakieś narzędzia. Przy wejściu jest z kolei miejsce, gdzie zostawia się zbiory, którymi działkowicze chcą się podzielić (sadzonki, owoce, kwiaty). Zasada jest prosta: możesz wziąć, co chcesz, ale zostaw coś od siebie. Nikt nikogo nie pilnuje, a jakoś to działa.
Zanim wróciliśmy na jacht, zajrzałam jeszcze do biblioteki. W Kanadzie i Stanach biblioteki to miejsca, gdzie można wpaść na darmowy Internet, chociaż akurat tym razem rzeczywiście przyszłam po książki (o Inuitach). Zdziwiłam się, bo owszem, spisano moje imię i nazwisko, ale nie musiałam zostawiać żadnego dokumentu czy kaucji. Obiecałam, że zwrócę książki w niedzielę, a ponieważ biblioteka jest w ten dzień zamknięta, poproszono, abym zostawiła je w pudle na schodach. Miło, że ludzie tak sobie ufają.
A tak w ogóle to miałam dzisiaj urodziny. Pierwszy z życzeniami był mój mąż, który przysłał mi okolicznościowego sms-a o godzinie 0001 tutejszego czasu (Polska jest 8 godzin do przodu). Börje wyściskał mnie za dnia - dostałam od niego w prezencie typowo inuicką bransoletkę z kości morsa. Teraz się zastanawiam, czy nie będę miała z nią problemów przy powrocie do Europy. Tutaj rękodzieło z kości morsa jest wszechobecnie i legalnie sprzedawane, w Unii Europejskiej - zakazane.
Głównym punktem programu urządzonej na balkonie barki kameralnej i spokojnej imprezki urodzinowej była walka z komarami, których jest tu zatrzęsienie. Swoją drogą, gapiąc się w płynący wolno nurt Mackenzie pomyślałam, że ciekawe mam życie - co roku obchodzę urodziny w innym zakątku świata. W ubiegłym roku była to Grenlandia, dwa lata temu indonezyjska Papua, jeszcze wcześniej wieńczący dość trudną wspinaczkę szczyt Matterhornu w szwajcarskich Alpach (4478 m n.p.m.). Równocześnie nurt Mackenzie przypomniał mi, że czas płynie, tak jak ta rzeka. I niestety ani zatrzymać, ani cofnąć się go nie da...
14 lipca, 9. dzień wyprawy
Jest razrieszenie!
Hurra! Mamy zezwolenie! Chodzi o dokument uprawniający nas do przebywania na terytorium Czukotki. Szczerze mówiąc, poważnie się już denerwowaliśmy, że najwyższy czas wypływać, a my wciąż nie mamy owego razrieszenia (jak mawiają Rosjanie), choć obiecywano nam je już dobre dwa miesiące temu, zresztą po skasowaniu 200 dolców.
Z Rosjanami lepiej nie żartować, tak więc na wypadek braku tego druku mieliśmy przygotowany "plan B", niestety bez Czukotki. Fajnie, że się jednak udało - nasza wyprawa zapowiada się teraz nawet lepiej, niż pierwotnie zakładaliśmy, jako port wejścia bowiem mamy wpisany "Pewek", choć właściwie nie liczyliśmy na uzyskanie zgody do wpłynięcia tutaj.
Cieszę się, bo to poniekąd też mój prywatny sukces - załatwienie tego dokumentu kosztowało mnie mnóstwo czasu, prawie osiem miesięcy wiszenia na telefonach, wysyłania faksów i to często w środku nocy, bowiem na Czukotce w stosunku do Polski jest 10 godzin różnicy czasowej (jak u nich dzień, to w Europie noc).
A teraz poznana dzisiaj, wzruszająca historia mieszkającego na naszej barce psa, któremu Chorwat Rad codziennie po kolacji wynosi różne smakowite kąski. Stanowiący stoczniową "maskotkę" psiak jest rosłym, sympatycznym kundlem, a wabi się Skippy, co po angielsku znaczy "podskakujący". Miano jest uzasadnione, zwierzak ma bowiem uszkodzoną jedną łapę, co stanowi pamiątkę po czasach, kiedy był bezdomny. Pewnego dnia, zimową porą, wpadł w jakąś dziurę, a nie mogąc wyciągnąć zaklinowanej nogi, czując perspektywę zamarznięcia, postanowił uwięzioną łapę odgryźć. Miał jednak szczęście - znalazł go ktoś ze stoczniowych pracowników. Pies wylądował na barce, sprowadzono weterynarza, przy czym diagnoza była brutalna: albo trzeba łapę amputować, albo zrobi się szybką operację, tyle że warunki do tego są dopiero w oddalonym o 1100 km Yellowknife, dokąd trzeba byłoby wysłać zwierzaka samolotem. I co? Zdecydowano się ratować psa i zainwestować w samolot. Kosztowało to olbrzymią kwotę, ale dyrekcja stoczni pokryła wydatek. Skippy chyba rozumie, jakie miał szczęście i co dobrzy ludzie dla niego zrobili - jego pełne ufności oczy sprawiają takie wrażenie.
15 lipca, 10. dzień wyprawy
Wodowanie "Anny", impreza w pubie
Dziś wielki dzień: zrzuciliśmy "Annę" na wodę! Zaraz po obiedzie podjechał specjalny ciągnik, zabrał ruchomą platformę, na której stał jacht, i pokonując na przemian mniejsze lub większe trudności, opuścił zestaw platforma plus łódka w wody Mackenzie. Może to tylko moje emocje, ale "Anna", kiwając się na fali, wyglądała ślicznie! Stoi teraz przycumowana do naszej hotelowej barki, tak że przez okno stołówki widać jej maszty.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Börje Ivarsson
Rodowity Szwed, właściciel "Anny" i jej kapitan. Według dokumentów jego miejscem zamieszkania jest Varberg koło Göteborga, gdzie współprowadzi rodzinną firmę kwiatową, ale w praktyce większą część roku przeznacza na pływanie, głównie po arktycznych akwenach [2].
Pierwszy raz Börje wsiadł na łódkę w wieku siedmiu lat, mając szesnaście był już od morza uzależniony do tego stopnia, że zaciągnął się do pracy jako marynarz. Po wybudowaniu "Anny" spędził kilka lat na żeglowaniu w tropikach (w ramach rejsu dookoła świata dość dokładnie przerobił Ocean Spokojny i Indyjski), potem jednak przeniósł się na północ, do wybrzeży Islandii, Grenlandii, Nowej Fundlandii i Labradoru. W 2010 roku Börje żeglował przez Przejście Północno-Zachodnie, pokonując główną jego część, do portu Inuvik w Kanadzie, gdzie zostawił "Annę" na zimowanie i skąd rozpoczynaliśmy opisywany w tej książce rejs.
Pozażeglarskie zainteresowania Börje to pływanie na kajaku, jazda na snowboardzie i wędrówki - narciarskie i piesze, najchętniej z biwakami gdzieś daleko od cywilizacji. Poza tym kolega-Szwed jest fanem polowań i łowienia ryb, w czym jest naprawdę dobry. Ma też inne talenty: świetnie gotuje i jest prawdziwą złotą rączką jeśli chodzi o naprawianie różnych usterek.
NIE MYLIĆ BÖRJE Z BERIĄ!
Imię Börje u niektórych - zwłaszcza starszych Polaków, a tym bardziej u Rosjan czy Gruzinów - wywołuje pewną konsternację. Nie da się ukryć, że jego wymowa kojarzy się z krwawym Berią (dokładniej: Ławrientijem Pawłowiczem Berią), radzieckim działaczem politycznym i szefem NKWD, odpowiedzialnym za wiele zbrodni okresu stalinowskiego, w tym za zamordowanie w Katyniu polskich oficerów.
Jaki jest w takim razie źródłosłów? Spotykane w Szwecji i w Finlandii męskie imię Börje wywodzi się ze staronordyckiego słowa oznaczającego "tego, który pomaga, ochrania, zapewnia bezpieczeństwo" (swoją drogą kapitan "Anny", taki jest). Badacze szwedzkiej tradycji przypominają też, że słowo börja znaczyło również "początek, start" i dlatego od XVI wieku imię to nadawano pierwszemu chłopcu, jaki narodził się w rodzinie. Jeszcze w latach czterdziestych XX wieku było to imię w Szwecji dość popularne, dzisiaj jest praktycznie zapomniane. Dzień imienin Börje wypada 9 oraz 17 czerwca.
Monika Witkowska
Większość życia spędzam w podróżach. Część z nich wiąże się z moją pracą - dziennikarki piszącej o... podróżach, jak również pilota wycieczek i wypraw, głównie do Ameryki Południowej, Azji i Afryki. Nie da się jednak ukryć, że moje ulubione wyjazdy to te prywatne, na własną rękę, stąd też wiele osób kojarzy mnie jako globtroterkę jeżdżącą po świecie przeważnie w pojedynkę (w ten sposób więcej się zauważa), często autostopem, bez zaklepanych z góry noclegów, na zasadzie podróży "gdzie oczy poniosą". Z ponad 150 odwiedzonych krajów na wszystkich kontynentach, moje ulubione to państwa arabskie (Algieria, Oman, Jemen), czyli rejony bardziej pustynne niż związane z wodą! Obok nich w czołówce są: Nepal, Tybet czy Bhutan, czyli również rejony zupełnie niemorskie, raczej górskie. Właśnie góry, a dokładniej wspinanie się w tak zwanych górach wysokich to moja kolejna pasja - mam na koncie sporo pięcio- i sześciotysięczników (najwyższy - Aconcagua, 6959 m), w najbliższych planach - wyprawę na Mt Everest w Himalajach, szóstą górę świata (8850 m n.p.m.).
Lista tego, czym się zajmuję w tak zwanym wolnym czasie, jest dość długa: nurkuję (patent Advanced Open Water Diver), pływam na windsurfingu, gdzie się da próbuję raftingu, kanioningu, hydrospeedu czy skoków na linie, jeżdżę na nartach i snowboardzie, swego czasu jeździłam konno, zrobiłam też kurs spadochronowy, paralotniowy i latałam na motolotniach...
Jak widać zainteresowania mam rozległe, jednak moją pasją numer 1, i to jeszcze od dziecięcych lat, kiedy trafiłam do drużyny harcerskiej o profilu "wodnym", jest żeglarstwo. Na początku było to pływanie po Mazurach, z czasem - rejsy morskie, coraz dłuższe i coraz dalsze, w tym także nagradzane w konkursie Kolosów czy Rejs Roku (m.in. sześciomiesięczne żeglowanie na "Zawiszy Czarnym" przez Pacyfik i Atlantyk, rejs z opłynięciem przylądka Horn na jachcie "Stary" czy przez Przejście Północno-Zachodnie na "Solanusie"). Na szczęście mój mąż rozumie moje żeglarskie ciągoty - bądź co bądź to właśnie Paweł, który w harcerstwie był moim drużynowym, wyszkolił mnie na stopień żeglarza. Razem jednak nie pływamy - ja wybieram rejsy morskie, Paweł został fanem pływań po jeziorach. Za to wspólnie słuchamy szant :).
Kontakt do mnie - przez stronę internetową: wwww.monikawitkowska.pl
"Anna" w czasie naszego rejsu była trzydziestolatką, ale nie jest ważny wiek, ważny wygląd i kondycja! Pod tym względem niczego "Annie" zarzucić nie można, co poniekąd jest efektem tego, że od momentu zwodowania do chwili obecnej łódź ma ciągle tego samego właściciela, czyli Börje.
A skąd nazwa? No cóż, jeśli ktoś oczekuje romantycznych historii tym związanych, pewnie będzie rozczarowany: to imię ukochanej... babci Börje!
ANNA ENCYKLOPEDYCZNIE:
Rok budowy: 1980 (w międzyczasie generalny remont)
Port macierzysty: Varberg (Szwecja)
Armator: Börje Ivarsson (Swedish Kryssarklubben)
Długość całkowita: 10,5 m (35 stóp)
Zanurzenie: 1,6 m
Kadłub: stalowy
(grubość blachy 6 mm, na pokładzie 4 mm)
Powierzchnia żagli: 80 m kwadratowych
Typ ożaglowania: jol
Silnik: Yammar, 35 KM
Miejsc noclegowych: 5-6
Będę szczera: jestem w "Annie" zakochana! To prawdziwa miłość od pierwszego wejrzenia, to znaczy od momentu, kiedy ją zobaczyłam po raz pierwszy. Miało to miejsce w 2010 roku w stolicy Grenlandii, Nuuk. Potem, kiedy w Przejściu Północno-Zachodnim przez kilka dni na niej płynęłam, moje uczucie jeszcze się pogłębiło i utrwaliło.
"Anna" jest śliczna - smukła, zgrabna (to dzięki ostro zakończonej rufie typu szpicgat), zwinna (łatwo nią manewrować), a do tego szybka i bardzo dzielna (mam na myśli zachowanie przy silnych wiatrach i dużej fali). Po prostu - idealny jacht do żeglowania w warunkach arktycznych, które mogą być różne, niekiedy wręcz ekstremalne. Stalowy kadłub z montowanych na zakładkę płatów blachy sprawia, że jest bardzo mocny, co w żegludze lodowej ma ogromne wręcz znaczenie (swoją drogą przez tę zakładkową konstrukcję niektórzy biorą go za drewniany! J). Ponieważ Börje wielokrotnie pływał na "Annie" samotnie, wyposażył ją w mnóstwo upraszczających obsługę patentów. Z drugiej strony, nie jest to jacht, który można zaliczyć do jednostek luksusowych, jakie kojarzą nam się z rejsami czarterowymi po Karaibach czy choćby Morzu Śródziemnym. Nie ma na nim telewizora, mikrofalówki, zamrażarki, pralki, zmywarki, żagli nie zwija się i nie rozwija "na guzik", kabina nawigacyjna nie przypomina kokpitu statku kosmicznego, ba, nie ma nawet możliwości sterowania z wnętrza kabiny, co oznacza konieczność przebywania w czasie wachty na pokładzie. Ale ja akurat "Annę" za to lubię! To jacht dający posmak tradycyjnego żeglowania, a do tego mający tak zwaną duszę. Spartańskie warunki rekompensuje przytulne wnętrze. Urządzona w drewnie mesa z lampą naftową i wykorzystywanym w porcie piecykiem typu "koza" sprawia, że herbata z rumem na "Annie" smakuje dużo lepiej niż gdziekolwiek indziej.
CO ŁĄCZY "ANNĘ" Z "FRAMEM"?
Mówiąc o "Framie", mam na myśli zwodowany w 1892 roku statek-legendę, na którym słynni norwescy badacze zrealizowali kilka ambitnych wypraw polarnych. Najpierw Fridtjof Nansen próbował dopłynąć "Framem" do bieguna północnego (był już bardzo blisko, ale nie udało się), potem Roald Amundsen dotarł nim do brzegów Antarktydy w ramach swojej wyprawy na biegun południowy (zdobył go w 1911 roku). Teraz "Muzeum Statku Polarnego "Fram"", gdzie dzielna jednostka stoi, stanowi jedną z najważniejszych atrakcji Oslo.
No dobrze, a co to ma wspólnego z naszą "Anną"? Ano wiele, bowiem obydwie jednostki zaprojektował ten sam człowiek, a mianowicie Colin Archer. Coś się nie zgadza czasowo? Na pozór tak, bowiem "Anna" powstała w roku 1980, natomiast Colin Archer, będący synem przybyłych do Norwegii szkockich emigrantów, urodził się w 1832 roku, a zmarł w 1921. Wśród około dwustu jednostek, jakie wyszły spod jego ręki, poza "Framem" i innymi tego typu statkami, były również łodzie określane obecnie jako klasa "Colin Archer", w skrócie "CA". Ze względu na zwinność i sprawność przy manewrach, konstrukcję tę często stosowano w łodziach ratowniczych czy pilotażowych. A zresztą, doceniając to, że po prostu są dobre, do tej pory się je buduje (zwłaszcza w Skandynawii). "Anna" jest tego dowodem.
Zanim poznałam Börje, wcześniej o nim usłyszałam. Był początek lipca 2010 roku. Właśnie pakowałam się na trzymiesięczny rejs przez Przejście Północno-Zachodnie, kiedy zadzwonił telefon. Z pokładu "Solanusa", polskiego jachtu, na który miałam się dosiąść, dzwonił Tolek Bigaj, koordynator wyprawy, płynący na etapie z Reykjawiku do Nuuk. Pogadaliśmy trochę o sprawach organizacyjnych, po czym Tolek zaczął opowiadać wrażenia z żeglugi u wybrzeży południowej Grenlandii:
- Wiesz, poznaliśmy tu takiego Szweda. Też zamierza robić tego lata North-West Passage... - relacjonował.
To dobrze, że nie będziemy sami na tych arktycznych pustkowiach. Zawsze to raźniej... - pomyślałam sobie.
Kiedy przyleciałam do Nuuk, stolicy Grenlandii, gdzie wsiadałam na "Solanusa", po sąsiedzku stał niewielki jacht pod szwedzką banderą.
- To właśnie "Anna" - usłyszałam od kolegów z załogi.
Jachcik od razu mi się spodobał. Wieczorem poznałam jego załogę - Börje, czyli kapitana i Nielsa, załoganta. Następnego dnia wylądowałam na "Annie" na integracyjnej herbatce. Trzeciego dnia "Anna" wypłynęła.
- Do zobaczenia - rzucili Szwedzi na pożegnanie.
Minęły dwa tygodnie. Ze względu na poważne problemy z silnikiem, "Solanus" został unieruchomiony w Ilulissat, porcie w środkowej Grenlandii. Czekaliśmy na przysłanie z Polski części zamiennych trochę się nudząc, więc któregoś popołudnia, z jednym z kolegów wybraliśmy się naszym pontonem zobaczyć pływające tuż przy główkach portu góry lodowe. Nagle naszym zdumionym oczom - bo przecież w tamtych rejonach mało kto pływa - ukazały się żagle! Chwilę później rozpoznaliśmy charakterystyczny kadłub "Anny" i zobaczyliśmy Szwedów machających nam radośnie niczym starzy znajomi.
Przez kolejny tydzień zacieśnialiśmy kontakty międzyzałogowe. Zapraszaliśmy się wzajemnie na kolacje, chodziliśmy razem na wycieczki do słynnego fiordu lodowego, pomagaliśmy sobie w pracach pokładowych, pożyczaliśmy narzędzia, a nawet garnki. W międzyczasie każdego dnia Szwedzi zapowiadali, że wypłyną i... zostawali. W końcu jednak się zmobilizowali:
Grenlandia, czerwiec 2010 r. i polski jacht "Solanus". Börje pomaga nam przy wyciąganiu uszkodzonego silnika.
Grenlandia, 2010 r. Wycieczka do Icefjordu, gdzie podziwiamy bryły lodu oderwane z czoła lodowca.
- Będziemy czekać na was w następnym porcie - wyściskał mnie na pożegnanie Börje.
Po kolejnych dwóch tygodniach, kiedy mieliśmy już na "Solanusie" sprawny silnik, przybiliśmy do Upernavik - niewielkiej inuickiej wioski na północy Grenlandii. Już z daleka zobaczyliśmy znajome maszty. Było wcześnie rano, Szwedzi spali, ale ponieważ cumowaliśmy do ich burty, chcąc nie chcąc musieli wyskoczyć na pokład.
Nasze grenlandzkie trio na starcie do Przejścia Północno-Zachodniego: polski "Solanus", należąca do Börje szwedzka "Anna" i francuska "Roxanne".
Zaraz potem siedzieliśmy całą ferajną przy kawie i cieszyliśmy się z ponownego spotkania. Razem załatwiliśmy tankowanie paliwa i wody, przy okazji korzystając z pożyczonych od Szwedów kanistrów. Kiedy odpływaliśmy, dostaliśmy od Börje wielką torbę różnych przysmaków, na które przy grenlandzkich cenach trudno było nam sobie pozwolić, i butelkę pysznej nalewki, towar w Arktyce wybitnie luksusowy.
Potem były kolejne spotkania - na morzu i w portach, krążyły też satelitarne sms-y z wymianą informacji pogodowych, lodowych i towarzyskich. Jedno z najbardziej pamiętnych spotkań nastąpiło przy szczególnie trudnym do pokonania polu lodowym w kanadyjskiej cieśninie Peel Sound. "Anna" przeszła labiryntem lodów pierwsza, czekając, aby w razie czego nam pomóc. Zwłaszcza w arktycznym żeglowaniu bardzo ważne są takie przyjaźnie, świadomość, że nie ma rywalizacji, za to jest współpraca i można na siebie liczyć. Na "Solanusie" mówiliśmy o Börje nie inaczej, jak: "nasz Szwed". Wszyscy go lubiliśmy, a i on nie krył, że lubi nas.
W Cambridge Bay, kanadyjskim porcie mniej więcej w połowie North-West Passage okazało się, że Niels, załogant z "Anny", pilnie musi wracać do Szwecji. Börje został sam, chociaż do ujścia rzeki Mackenzie, gdzie zamierzał zimować jacht, zostało mu jeszcze jakieś 700 mil.
A wtedy... Bronek Radliński, kapitan "Solanusa", zebrał nas wszystkich w mesie. Zebranie było krótkie, wszyscy bowiem byli jednomyślni: Börje tyle razy pomagał nam, teraz trzeba pomóc jemu. W ten to sposób zostałam "oddelegowana" do pomocy na "Annie", przez kolejne 10 dni płynąc pod szwedzką banderą.
Nie było łatwo. Miałam okazję przetestować, co znaczy arktyczne żeglowanie w dwuosobowej zaledwie załodze, przy czym warunki pogodowe nas nie rozpieszczały. Równocześnie mieliśmy okazję sprawdzić, jak się dogadujemy, tym bardziej że poza kwestią charakterów dochodziły jeszcze różnice kulturowe i językowe. Po 10 dniach, tuż przed powrotem na "Solanusa", Börje zaproponował, abym wróciła na "Annę" na kolejny sezon. Już wtedy wymyśliliśmy, że popłyniemy na Czukotkę. Układ był konkretny: Börje dawał jacht, ja miałam zająć się logistyką i załatwieniem zezwoleń.
Po naszym powrocie do Europy machina przygotowań ruszyła... Przez całą zimę i wiosnę praktycznie codziennie odbywaliśmy telefoniczne i skype'owe dyskusje, w międzyczasie Börje kilkakrotnie przyjeżdżał do Polski. Stał się miłośnikiem Gdyni i Gdańska, zobaczył Kraków oraz Wieliczkę, zrobiliśmy też zimowy wypad w Tatry. Z tygodnia na tydzień kolega-Szwed coraz więcej o naszym kraju wiedział: zaliczył zrobione przeze mnie szkolenie z historii Polski (z naciskiem na Wazów, potop szwedzki :), II wojnę światową i czasy komunizmu), posmakował naszej kuchni (polubił żurek i flaki), stał się fanem polskich piw i nauczył się kilku polskich słówek. W ramach swoich zainteresowań żeglarskich stał się miłośnikiem gdańskiego klubu "Zejman" i poznał większość polskich żaglowców (najbardziej spodobał mu się "Zawisza Czarny", zwłaszcza jak mu pokazałam wszelkie zakamarki tego drogiego memu sercu jachtu).
Czy Börje polubił Polskę? Skoro sam z własnej woli zaproponował, aby obok szwedzkiej bandery, powiewała także biało-czerwona, chyba tak! :)
Radość z propozycji żeglowania na "Annie". Wielką Wyprawę czas zacząć!
[2] Obszerniejsze objaśnienia terminów żeglarskich w rozdziale "Słowniczek żeglarski".
Przyzwyczaiłam się do pytań, co mnie ciągnie do Arktyki. Ja, która nie znoszę zimna i narzekam na wiecznie marznące palce u rąk i stóp, najlepsze pogodowo miesiące w naszym kraju zamieniam na podbiegunowe mgły, chłody i jesienno-zimową aurę sprzyjającą zarówno reumatyzmowi, jak i depresji. Tyle miesięcy czekam na ulubione owoce: truskawki, czereśnie i pomidory, po czym, kiedy przychodzi na nie sezon, przenoszę się w zakątek świata, gdzie można o nich tylko pomarzyć, a jeśli nawet w jakimś sklepie się pojawią, to po cenach takich, że skutecznie się ich odechciewa. Nawet koleżanki patrzą na mnie pełnym politowania wzrokiem, bo chyba coś nie tak, skoro zamiast opalania się na plaży i chodzenia w zwiewnych sukienkach (co bardzo lubię), całe dnie spędzam zakutana w polary i w mało seksowny sztormiak.
Właściwie sama nie wiem, skąd mi się to wzięło. W sumie zainteresowałam się Arktyką jako dziecko. Chłonęłam książki Czesława i Aliny Centkiewiczów, nawet nie śniąc, że kiedyś będzie mi dane poznać ten niezwykły świat śniegu i lodu.
Pierwsza moja samodzielna, autostopowa zresztą podróż, wypadła w Norwegii. Chociaż celem nie była Arktyka, tylko praca przy zbieraniu truskawek, przy okazji miałam możliwość poznać urok krajobrazów do arktycznych trochę zbliżonych. Potem przyszły eskapady na Islandię, Nordkapp, magiczny Spitsbergen i do rosyjskiego Murmańska, a także wymarzony wypad z plecakiem i namiotem, "statkostopem" na Grenlandię. Tam już była autentyczna Arktyka!
"Polarny zew" sprawił, że dwukrotnie znalazłam się też na Antarktydzie - tam właśnie przeszłam chrzest, jeśli chodzi o żeglowanie pośród gór lodowych. Wreszcie przyszedł rok 2010 i rejs przez stanowiące wyzwanie Przejście Północno- -Zachodnie. Jak wyglądała prawie trzymiesięczna eskapada z Grenlandii na Alaskę, opowiedziałam w książce, Kurs Arktyka[1] Arktyka mnie "wchłonęła". Są momenty, kiedy chcę do domu, ciepła, bliskich; obiecuję sobie, że już więcej na daleką Północ nie wyruszę, ale... szybko o tym zapominam, i kiedy wracam do lądowej rzeczywistości, znowu śnię o bliskości bieguna. Spodobała mi się adrenalina przedzierania się jachtem przez pola lodowe, zafascynowały inuicko-eskimoskie zwyczaje, polubiłam ogromne przestrzenie bez śladów cywilizacji i bez drzew.
Podbiegunowy Bezkres to miejsce, gdzie człowiek uczy się respektu dla natury, która jest bezwzględna i bezlitośnie potrafi pokazać swoją moc, ale tych, którzy to zaakceptują, wynagradza niezwykłymi widokami i przeżyciami.
Dodatkowy magnes stanowi również to, że Arktyka wciąż jest prawie nieznana. Coraz trudniej znaleźć na naszej planecie zakątki, w których można czuć się jeśli nie "odkrywcą", to przynajmniej mieć świadomość, że jest się jednym z nielicznych, którzy tam dotarli. W Arktyce, zwłaszcza na Czukotce czy wyspach Oceanu Arktycznego, takie miejsca wciąż istnieją.
A jak swoją miłość do Arktyki argumentuje Börje, z którym żeglowałam na "Annie"? On z kolei na pytania, dlaczego nie płynie w tropiki, odpowiada krótko, że już tam był. Woli Arktykę ze względu na ludzi - bezinteresownych, szczerych, żyjących rytmem natury, kocha tamtejszą przyrodę i krajobrazy, a ucieczka od osaczających nas pseudodobrodziejstw cywilizacji daje mu poczucie wolności.
Początkowo, kiedy rozpoczynaliśmy nasz rejs na Czukotkę, obiecywaliśmy sobie, że następnym etapem będzie żegluga na południe, na Hawaje i dalej - włóczęga po okołorównikowych wyspach Pacyfiku. Kiedy po trzech miesiącach zmagań z arktycznymi morzami szukaliśmy portu na zimowanie jachtu, oboje byliśmy zgodni, że co tam tropiki, skoro wciąż tyle nam zostało do zobaczenia na wodach arktycznej Północy.
Mapka opisywanego w książce rejsu arktycznego przez cztery arktyczne morza (Beauforta, Czukockie, Wschodniosyberyjskie i Beringa).
Niniejsza książka to nic innego jak prowadzony w czasie rejsu blog uzupełniony o arktyczne ciekawostki. Opisując wydarzenia w Rosji (zatrzymania, przymusowe holowanie, dwukrotne postawienie przed sądem), nie miałam żadnych antyrosyjskich intencji - zrelacjonowałam po prostu fakty. Mimo "mocnych" przeżyć i żalu, że tak nas potraktowały tamtejsze władze, pozostałam fanką tego kraju, a jeśli kiedyś narodzi się taka możliwość, chętnie wrócę na Czukotkę, bo jest tego warta.
Przyjemnej lektury!
[1] M. Witkowska, Kurs Arktyka. Rejs przez Przejście Północno-Zachodnie, Alma Press, Warszawa 2011.