1. NASZA KLASA
DZIECKO PRZEŁOMU WIEKÓW - ŚMIERĆ OJCA - WĘDRÓWKI PO CYTADELI - POD KOŁDRĄ Z SIENKIEWICZEM - PIĄTKA Z SEWERYNÓWKA - HARCERSKA SZKOŁA ŻYCIA - PIERWSZE DOŚWIADCZENIE NIERÓWNOŚCI ETNICZNYCH I SPOŁECZNYCH II RP - UROK MARSZAŁKA - WICEPREMIER EUGENIUSZ KWIATKOWSKI - STUDIA W POZNANIU - PROFESOR EDWARD TAYLOR - CO SIĘ STAŁO Z NASZĄ KLASĄ?
Skąd w morzu przeciętności pojawiają się nagle jednostki wybitne? W jakiej mierze to zasługa ich samych, a w jakiej znak przeznaczenia? Nic nie zapowiadało, że obok nazwiska Zdzisława Jeziorańskiego wyrośnie kiedyś na stałe, skądinąd łatwo nadużywany, przymiotnik "legendarny". Były natomiast obawy, czy dziecko przyjdzie na świat zdrowe. Lekarz orzekł, że brzemienna matka, Elżbieta z domu Piotrowska, ma początki gruźlicy, a że jest wątłej budowy, wpadnie niechybnie w suchoty. Dziecko miało przyjść na świat zakażone i najpewniej szybko umrzeć. Jako osoba głęboko wierząca matka przyszłego kuriera z Warszawy zdała się na łaskę Opatrzności, która nie opuszczała już Nowaka przez całe życie.
Tylko działaniu siły wyższej można przypisać niezwykłe szczęście, jakie mu dopisywało i pozwalało wychodzić cało z beznadziejnych wydawałoby się opresji. Trafi do niewoli, ale z niej ucieknie - koledzy zginą w Katyniu. Wyprawi się w kilka brawurowych podróży kurierskich, i tylko dlatego, że nieświadom będzie wielkiej wsypy, sam uniknie aresztowania. Ci, którzy spróbują go ratować, przypłacą to życiem lub trafią do obozu. Nie zazna, tak jak Jan Karski, tortur w kaźniach Gestapo ani tak jak Władysław Bartoszewski grozy obozu koncentracyjnego. Bez szwanku wyjdzie z Powstania Warszawskiego. Wreszcie Opatrzność da mu szansę kierowania rozgłośnią polską Radia Wolna Europa, dzięki czemu, miast pędzić życie zgorzkniałego emigranta, zachowa wpływ na sprawę polską i poczucie, że w zasadzie kraju nigdy nie opuścił. Ktoś powie: - Miał szczęście. Tak, ale umiał też swemu szczęściu pomóc.
O ile konspiracyjny Jan Nowak (nazwisko to przybrał w 1943 roku przed kurierską misją do Londynu) urodził się 15 maja 1913 roku, o tyle prawdziwa data urodzin Zdzisława Jeziorańskiego to 2 października 1914 roku. Jednak data wcześniejsza ma swą niecodzienną historię. Zdziś urodził się bowiem w Berlinie, co dla patriotycznie nastawionego ojca było całkowicie nie do przyjęcia. Nie do przyjęcia było też wpisane do okupacyjnych dokumentów miejsce urodzenia Berlin, gdyż natychmiast zwracałoby to uwagę władz niemieckich i powodowało wiele niepotrzebnych pytań.
A dlaczego Zdzisław urodził się w Berlinie? Jak na zamożnych warszawskich mieszczan przystało, brzemienna Elżbieta Jeziorańska udała się do wód do Zoppot w celu podreperowania zdrowia. Warszawa znajdowała się wówczas w Imperium Rosyjskim, więc to, co dziś nazwalibyśmy wyjazdem do Sopotu, w roku 1914 było wyprawą za granicę do cesarskich Prus.
Wybucha pierwsza wojna światowa. Kiedy 1 sierpnia 1914 roku Niemcy wypowiadają wojnę Rosji, okazuje się, że Elżbieta Jeziorańska - poddana cara Mikołaja II - znajduje się na terytorium wrogiego państwa. Zostaje internowana, to znaczy przewieziona do Berlina, i osadzona w jednym z luksusowych hoteli. Tam właśnie w nocy z 2 na 3 października przychodzi na świat Zdzisław, który przyjedzie po raz pierwszy do rodzinnej Warszawy dopiero w sierpniu 1915 roku. Wtedy bowiem Rosjanie wycofali się z miasta, które zajęły wojska niemieckie. Elżbieta Jeziorańska wraz z dziewięciomiesięcznym synem mogła wówczas powrócić do domu.
Jest Nowak-Jeziorański świadkiem całego, rodzącego się wraz z nim, XX wieku. Z wybuchem pierwszej wojny światowej kończyła się epoka wieku XIX. Zdzisław Jeziorański przyszedł na świat dokładnie na progu najtragiczniejszego w dziejach świata stulecia, czasu globalnych konfliktów, uprzemysłowionej śmierci, komunistycznego i nazistowskiego totalitaryzmu, wieku, w którym ludzie poczuli się odarci z człowieczeństwa, a narody z wszelkiej nadziei.
Wprawdzie Rosji carskiej Jeziorański nie mógł już pamiętać, ale oczy kilkuletniego dziecka utrwalają obrazy z niemieckiej okupacji Warszawy od sierpnia 1915 do listopada 1918: żandarmi w okrągłych, miękkich czapkach, którzy na Dworcu Wileńskim wystawiali przepustki pasażerom chcącym wyjechać z Warszawy; przemarsz Alejami Ujazdowskimi niemieckich oddziałów w pikielhaubach; wojskowy balon obserwacyjny nad miastem i pochody 3 maja 1918 roku - spontanicznie obchodzone uroczystości, którym słabnące Niemcy nawet nie próbowały zapobiegać. Z balkonu domu rodzinnego przy ulicy Pięknej 21 widać było tego dnia ciągnący Marszałkowską patriotyczny tłum.
- Wie pan, nawet teraz, kiedy zamknę oczy, widzę ten pochód, słyszę te pieśni, te orkiestry, widzę legionistów albo ten tak zwany Polnische Wehrmacht - opowiada Nowak. - Pamiętam przyjazd Paderewskiego do Warszawy. Matka i babka wystawiły w oknach świece na jego powitanie. Pamiętam jak dziś drgające od wystrzałów pod Radzyminem żyrandole i całonocne modlitwy kobiet o zwycięstwo w bitwie warszawskiej 1920 roku.
W pamięć dziecka wryły się łzy wzruszenia matki i babki, Eugenii z domu Hełczyńskiej. Od nich Zdziś, niepojmujący jeszcze znaczenia wydarzeń, przejmie żarliwy patriotyzm, który tak znacząco wpłynie na koleje jego życia. W domu panować będzie kult polskich powstań, zwłaszcza styczniowego. Było to o tyle niecodzienne, że obie panie głosowały zawsze na listę endecką. Tymczasem główny ideolog Narodowej Demokracji Roman Dmowski potępiał zrywy narodowe, uważając je za bezsensowne szafowanie polską krwią. Nie tylko w tym aspekcie katolicki i narodowy dom Jeziorańskich odbiegać będzie od standardu międzywojennego ruchu narodowego. Będzie to dom jak najdalszy od wszelkiej ksenofobii, gdzie patriotyzm starannie oddzielano od prymitywnego nacjonalizmu, dom, w którym nie pojawi się nawet cień antysemityzmu.
W liście do swego przyjaciela Władysława Bartoszewskiego napisanym 12 listopada 1989 roku, a więc w początkowych miesiącach pierwszego niekomunistycznego rządu, kiedy dopiero kształtowała się polska scena polityczna, Nowak-Jeziorański pisał: "Jak wiesz, nigdy nie byłem sympatykiem endecji. Natomiast formację Chrzanowskiego, Halla i innych, którzy reprezentują umiarkowaną prawicę demokratyczną, oceniam pozytywnie. Podobnie jak PPS stanowiła najskuteczniejszą zaporę przeciwko komunizmowi, tak samo umiarkowana i liberalna endecja stanowi najskuteczniejsze zabezpieczenie przeciwko skrajnej endecji spod znaku Giertycha".
"Opowiadała ze zgrozą, jak w zimie 1863 roku Kozacy wpadli w nocy do dworu pod Suchedniowem i wypędziwszy mieszkańców, spalili go. W 1939 w czasie bombardowań zachowywała stoicki spokój. Umarła ze zmartwienia. - Po co ja dożyłam tej klęski - powtarzała, płacząc". Babka Eugenia z Hełczyńskich Piotrowska
"Ledwo czytałem, gdy ciotka Aniela Jeziorańska zaprowadziła mnie pod krzyż na stokach Cytadeli i pokazała nazwisko Jana Jeziorańskiego wyryte obok nazwisk członków Rządu Narodowego, z Trauguttem na czele, straconych w tym miejscu na szubienicy". Mama i ciotki przed wojną
Kilkuletni Zdziś na widok weterana 1863 roku nauczony będzie zdejmować czapkę. Wieczorami płynąć będą wspomnienia o tym, że nie było zrywu narodowego, w którym nie braliby udziału Jeziorańscy. Wspomnienia o tym, jak zimą 1863 roku Kozacy wpadli do dworu pod Suchedniowem i wypędziwszy mieszkańców, spalili go na oczach babki. O tym, jak z kolei babka ze strony ojca jako kilkunastoletnia panienka spędziła kilka dni w Cytadeli warszawskiej po zamachu bombowym na generała Fiodora Berga, ostatniego namiestnika Królestwa Polskiego. Dziewczynka stała w oknie i na swoje nieszczęście wyjęła chusteczkę, a zaraz potem rozległa się detonacja. Carska Ochrana uznała, że był to znak dla zamachowca.
Jedna z ciotek zaprowadzi kiedyś Zdzisia do warszawskiej Cytadeli na miejsce straceń członków Rządu Narodowego z Romualdem Trauguttem na czele. Na liście powieszonych z dumą pokaże nazwisko niejakiego Jana Jeziorańskiego. "Oznaczonego ranka w pobliże Cytadeli, gdzie ustawionych było pięć szubienic, napłynął z miasta gęsty tłum, szacowany na ok. 30 tys. ludzi. Tłum asystował, klęcząc, ze śpiewem Święty Boże. Kozacy i policja nie interweniowali. Traugutt został stracony pierwszy, Jeziorański ostatni" - pisał Stefan Kieniewicz w książce Powstanie styczniowe.
Drugim obok Jana uczestnikiem powstania styczniowego był Antoni Jeziorański, który walczył w oddziałach Langiewicza. Co ciekawe, obaj - Jan i Antoni - wywodzili się z neofickiego rodu frankistów z Jezierzan. Ich protoplaści przyjęli chrzest w katedrze lwowskiej w 1759 r.
Pierwszym tragicznym wspomnieniem utrwalonym w pamięci czteroletniego dziecka miała być jednak noc z Wielkiego Piątku na Wielką Sobotę 28 marca 1918 roku, kiedy w domu nie zgaśnie żadne światło, a niespokojna krzątanina zwiastować będzie nadejście czegoś strasznego: śmierci ojca obwieszczonej rozdzierającym płaczem matki.
Odejście ojca diametralnie zmieniło sytuację materialną rodziny. Matka, osoba o wielkim sercu i mądrości, okazała się w sprawach finansowych zupełnie niezaradna. W okresie szalejącej inflacji sprzedała majątek rodzinny, na który składał się pokaźny plac na Targówku i kamienica przy ulicy Pięknej. Jako patriotka, zamiast w dolarach, pieniądze ulokowała w polskich akcjach, które po roku pozbawione były wszelkiej wartości. Odtąd częste stały się w domu wizyty "zaufanego" antykwariusza. Ten po długich targach kupował od kobiet nagromadzone przez pokolenia rodowe srebra. Do jeszcze niedawno zasobnego mieszczańskiego domu zajrzało widmo biedy.
"Miałem cztery lata. Nikt nie przyprowadził mnie do niego, gdy ciężko zachorował i umierał. A jednak wyczuwałem, że dzieje się coś strasznego. Paliły się wszystkie światła, panowała niespokojna krzątanina. Nad ranem usłyszałem rozdzierający płacz matki". Ojciec Wacław Jeziorański
"Sienkiewicza czytałem z latarką pod kołdrą. Zawdzięczam mu osiem dwój na świadectwie i przeniesienie z Batorego do Gimnazjum im. Adama Mickiewicza przy ulicy Emiliana Konopczyńskiego". W tle szkoła i parkan boiska. Zdzisław Jeziorański - trzeci od prawej, 1929
Do materialnych kłopotów Elżbiety Jeziorańskiej doszedł kolejny. Zdziś przyniósł na półrocze osiem dwój (odpowiednik dzisiejszej jedynki) na 11 wykładanych przedmiotów. Uczęszczał wówczas do elitarnego gimnazjum imienia Stefana Batorego przy ulicy Myśliwieckiej. Stamtąd w "uznaniu" dla jego naukowych osiągnięć przeniesiony został do nie mniej słynnego gimnazjum imienia Adama Mickiewicza na Sewerynówku - dziś ulicy Konopczyńskiego. Swe "sukcesy" szkolne młody Jeziorański zawdzięczał fascynacji twórczością Henryka Sienkiewicza. Bez wytchnienia bowiem po nocach, pod kołdrą z latarką, a w ciągu dnia w toalecie - czytał Trylogię.
Swemu zauroczeniu Sienkiewiczem, a raczej całkowicie bezkrytycznemu zaślepieniu autorem Trylogii Nowak pozostaje wierny na zawsze. Wyznał mi w którejś z rozmów, że zwięzłość narracji i prostotę stylu, w jakim napisany jest Kurier z Warszawy, wyrobił sobie dzięki radiu - co oczywiste - ale przede wszystkim dzięki lekturom Sienkiewicza. Nie krył żywego oburzenia, gdy powiedziałem, że obok Kraszewskiego uważam go za jednego z arcynudziarzy polskiej literatury: - Ależ skąd! - z trudem łapał powietrze Nowak - to Żeromski wpadł w pułapkę okropnie rozwlekłych opisów przyrody. Sienkiewicz nigdy!
W grudniu 1976 roku pisze Nowak w londyńskich "Wiadomościach" esej Ostatnie chwile Sienkiewicza, w którym cytuje znamienne zdanie wypowiedziane przez swego mistrza. Warte jest przytoczenia, jako że Nowak uznał je za dewizę życia: "Z doświadczenia życiowego wiem - pisze Sienkiewicz do Marii Radziejowskiej - że jedyną drogą prowadzącą do względnego spokoju jest zapomnienie o sobie, a postulowanie jakiejś altruistycznej, wielkiej myśli ogólnej". "Trzeba mieć cel, wielki, zewnętrzny, trzeba przede wszystkim coś ogromnie umiłować, a wówczas miłość będzie parła do czynu i z pomocą rozumu znajdzie drogę".
Rozmawiając z Janem Nowakiem, wspomniałem, że niewiele jest osób, które całe życie podporządkowały jednej idei zamykającej się wielkim słowem: Polska. Dla wielu wartością wyższą była rodzina, życie zawodowe.
- Pan - ciągnąłem - żył jak w zakonie, dla tej jednej sprawy.
- I jestem rad z tego wyboru - odpowiedział słabym już głosem.
- Czy to był świadomy wybór?
- Świadomy, od samego początku. Zawsze uważałem, że źródłem szczęścia nie są korzyści osobiste, ale świadomość tego, co się zrobiło dla innych. To jest ta wielka altruistyczna idea, o której mówił Sienkiewicz.
We wspomnieniach Ryszarda Matuszewskiego Żółte dzioby, zielone lata jest zdjęcie z podpisem "Nasza piątka"; od lewej stoją: Janek Kwiatkowski, Zdziś Jeziorański, Jurek Lenczowski, Janek Kott i autor wspomnień. Sztubaki w szkolnych rondelkach w śniegu pod drewnianym parkanem oddzielającym od ulicy szkolne boisko. Piątka przyjaciół z jednej klasy: w ich późniejszych losach jak w kropli wody odbiły się tragiczne i powikłane dzieje pokolenia, którego szczenięce lata przypadły na czasy Polski niepodległej. W chwili gdy piszę te słowa, oprócz Jeziorańskiego, z całej paczki przyjaciół żyje jedynie Ryszard Matuszewski.
"Czy przedstawiciele zdziesiątkowanego przez wojnę i stalinizm pokolenia mogli sobie pozwolić na luksus zrywania przyjaźni? Ci, co przeżyli, uznali, że nie". Oparci o parkan boiska na Sewerynówku, od lewej: Kwiatkowski, Jeziorański, Lenczowski, Kott, Matuszewski, 1929
Janek Kwiatkowski, syn ówczesnego ministra przemysłu i handlu, budowniczego Gdyni i Centralnego Okręgu Przemysłowego, wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego, najbliższy przyjaciel Jeziorańskiego. Zginął we wrześniu 1939 roku w wyniku tragicznej pomyłki. Pełnił funkcje łącznika i jeździł na zdobycznym motocyklu. Charakterystyczny warkot niemieckiej maszyny zmylił polskich wartowników, którzy w ciemnościach oddali do niego strzały. Zginął od polskiej kuli. Nazwisko poległego przyjaciela posłuży Nowakowi za pseudonim w czasie jego konspiracyjnych misji podczas Akcji "N".
Jurek Lenczowski szykował się do kariery dyplomaty, ale wojna rzuciła go na emigrację do Stanów Zjednoczonych. Został profesorem w Berkeley i wybitnym ekspertem od spraw Bliskiego Wschodu w amerykańskich koncernach naftowych.
Jan Kott komunizował już przed wojną. Do Października '56 był jednym z najżarliwszych rzeczników ideologii marksistowskiej w Polsce. Wybitny krytyk literacki, znawca Szekspira i dramatu starogreckiego. W 1957 roku wystąpił z PZPR, w roku 1964 podpisał "List 34", po czym stał się jednym z bardziej aktywnych zbuntowanych intelektualistów. Emigrował z PRL, od połowy lat 60. był profesorem na nowojorskim Uniwersytecie Stony Brook.
Wreszcie Ryszard Matuszewski, eseista, krytyk, autor podręczników, wywodzący się z lewicującej PPS-owskiej rodziny. Wybuch Powstania Warszawskiego zaskoczył go na prawym brzegu Wisły. Dostał się do Lublina i nakazem mobilizacyjnym został wcielony do armii. Jako człowiek pióra trafił do redakcji "Polski Zbrojnej". Związał się z obozem lubelskim.
Dziś mówi o sobie:
- Cóż, byłem w PZPR z wyrachowania i dlatego ją opuściłem, aż wstyd powiedzieć, dopiero w 1981 roku.
Siedzimy w jego mieszkaniu przy ulicy Nowowiejskiej w Warszawie.
- Jeziorański był dla mnie Zdzisiem, gdy jeszcze nikomu się nie śniło, że będzie słynnym Janem Nowakiem. Chodziliśmy jeszcze do Batorego, razem przeszliśmy do Mickiewicza. Nieprzerwanie przez osiem lat byliśmy razem w klasie - wspomina Matuszewski. - Gdyby wówczas zadano mi pytanie, który z moich kolegów będzie bohaterem narodowym, nazwisko Zdzisia padłoby na jednym z ostatnich miejsc. Dlaczego? Po pierwsze, nie zdawałem sobie sprawy, jak wielką jest indywidualnością. Był szalenie roztargniony. Ponadto był drugą w klasie - po Janku Kotcie - łamagą. A trzeba wiedzieć, że Kott był łamagą rekordową. Zdziś miał nieskoordynowane ruchy. Po tym zorientowałem się, jak wiarygodną książką jest Kurier z Warszawy, bo Zdziś nie ukrył przed czytelnikiem swoich słabości. To, że przyznał się, iż w Londynie kazano mu skończyć kurs spadochronowy i on tego kursu nie skończył, to pół biedy. Nie każdy może skakać ze spadochronem. Dlatego przywieziono go mostem powietrznym. Ale jeżeli później, po powstaniu, ucieka do Szwajcarii i dobrzy ludzie na granicy niemieckiej dają mu rower, a on się przyznaje, że nie umie jeździć na rowerze! No, panie Jarku, niech pan przyzna, czy zna pan chłopaka, który nie umie jeździć na rowerze?
"Po powrocie z obozu wędrownego zacząłem rozmyślać, ile jest w Polsce chłopskich chałup, gdzie brakuje mleka i kartofli dla dzieci". Obóz wędrowny. Czwarty Jeziorański, piąty Matuszewski, ostatni - arcyłamaga Jan Kott. Szczawnica, lipiec 1930
Brak tężyzny fizycznej nie przeszkadza Jeziorańskiemu należeć do Trzeciej Warszawskiej Drużyny Harcerzy. Jest w niej zresztą i arcyłamaga Kott oraz wszyscy inni przyjaciele ze wspólnej paczki. W Kurierze z Warszawy chwycił mnie za gardło błahy z pozoru epizod. Oto podczas jednego z obozów harcerskich na Podkarpaciu Jeziorański styka się oko w oko z nędzą małopolskiej wsi:
"Zaszliśmy pewnego skwarnego popołudnia do chłopskiej zagrody napić się mleka. Gospodyni podała nam całą bańkę, a dzieci - było tego drobiazgu chyba z sześcioro - zaczęły drzeć się wniebogłosy i płakać.
- Co się stało, dlaczego dzieciaki płaczą?
- Nie będę miała mleka na kolację - odmruknęła kobiecina.
- Dlaczego sprzedajecie mleko, zamiast dać je dzieciom?
- Bo nie mam na zapałki. Jak nie zarobię tych kilku groszy, też będą głodne.
Nagle mleko nabrało gorzkiego smaku. Posypały się z uczniowskich portmonetek złotówki. Kobiecina dziękowała, pochlipując i wycierając oczy fartuchem".
Od tego czasu Jeziorańskiemu towarzyszyć będzie dojmująca świadomość panujących w II Rzeczypospolitej nierówności społecznych. Co charakterystyczne, chęć naprawy stosunków społecznych nie popchnie go nigdy na lewo, nie będzie głosił haseł rewolucji socjalnej, a na powaby komunizmu pozostanie wręcz immunizowany. Powie mi: - To, co się działo na Wschodzie, zdecydowanie i stanowczo odrzucałem i traktowałem jako zagrożenie.
Dlaczego? Może to była kwestia wychowania, domu rodzinnego, a może wyryty w pamięci obraz modlitw matki o zwycięstwo w bitwie z bolszewikami pod Radzyminem? Jednak pragnienie, by zlikwidować obszary biedy, pozostanie w nim. W wolnych chwilach chodzić będzie do biblioteki publicznej na ulicę Koszykową, by zgłębiać lektury poświęcone ruchowi spółdzielczemu w Danii. Rozwijać będzie swe pierwsze, młodzieńcze, społeczno-polityczne koncepcje. Ujmująca jest otwartość i empatia, jaką Nowak-Jeziorański od czasu podkarpackiej historii okazywać będzie zwykłym ludziom, tak ze wsi, jak i miasta. Umiejętność patrzenia z perspektywy innego człowieka rozwinie się u niego zwłaszcza w konspiracji, gdzie w podziemnej robocie zacierać się będą różnice stanowe. Charakterystyczny jest podziw, wręcz admiracja, z jaką pisze Nowak o szarych, często bezimiennych konspiratorach, łączniczkach, kolejarzach, dokerach i marynarzach, którzy zabezpieczali jego kurierskie misje, kolportowali prasę Akcji "N", o chłopach, którzy pod nosem Niemców wyrywali darń spod kół niemogącej wystartować dakoty: o wszystkich prostych ludziach, którzy nadstawiali za niego karku i którzy w gruncie rzeczy stanowili trzon ruchu podziemnego.
"W podchorążówce nie odpowiadał mi tępy dryl". Włodzimierz Wołyński, 1936
Wielonarodowa II Rzeczpospolita nie była wolna od napięć społecznych i etnicznych. Patriotyczna gorliwość obozu władzy w kraju, który po 120 latach odzyskał niepodległość, skutkowała przejawami ksenofobii i błędną polityką przymusowej asymilacji mniejszości narodowych. Warto przytoczyć kilka epizodów, które po latach będą prowadzić Nowaka do konkluzji, że jakiekolwiek próby dyskryminacji mniejszości przynoszą odwrotne do zamierzonych skutki i że nacjonalizm prędzej czy później mści się na tych, którzy stosują takie metody.
Jeziorański wspomina: - Byłem w artylerii konnej, podchorążówkę kończyłem we Włodzimierzu Wołyńskim. W czasie ćwiczeń mieszkaliśmy w chałupach ukraińskich. Byłem wśród ludzi prawosławnych, którzy mówili po ukraińsku, ale nie żywili żadnej wrogości wobec Polski, dopóki nie przyszło do dyskryminacji przy reformie rolnej. Chcieli tylko jednej rzeczy - więcej ziemi. Tymczasem byli dyskryminowani na rzecz tak zwanych osadników na Wołyniu. Tak wykształcił się nacjonalizm ukraiński.
Pamiętam, że miałem w moim działonie kaprala, który marzył o tym, żeby zostać w wojsku, być podoficerem Wojska Polskiego. Nie miał żadnych antypolskich urazów. Mówi do mnie: - Panie podchorąży, chciałbym zostać nadterminowym, to znaczy szkolić się na podoficera. Czy pan mógłby się wstawić za mnie do dowódcy dywizjonu? Poszedłem do podpułkownika i powiedziałem mu, że to fantastyczny podoficer, urodzony żołnierz. - Panie podchorąży, a pan nie wie o tym, że on jest prawosławny? - usłyszałem.
Kiedyś prowadziłem swój działon podczas manewrów. Noc księżycowa, jedziemy duktem leśnym, nastrój wspaniały. Przychodzi do mnie jeden z żołnierzy i pyta: - Panie podchorąży, czy pan by pozwolił, żebyśmy swoje ukraińskie piosenki pośpiewali? Zgodziłem się. Następnego dnia doniósł na mnie jeden z Polaków. Stanąłem do raportu karnego... Nienawiść rodziła nienawiść.
"Panie podchorąży, czy pan by pozwolił, żebyśmy swoje ukraińskie piosenki pośpiewali? Zgodziłem się. Następnego dnia stanąłem do raportu karnego....". Zdzisław Jeziorański - najwyższy rząd, piąty z prawej. Włodzimierz Wołyński, 1936
Gdy podczas działań wojennych we wrześniu 1939 roku Jeziorański skryje się w sianie w jednej z ukraińskich zagród, zastanawiać się będzie: "Jeśli znajdą mnie gospodarze, a słyszę, że rozmawiają po ukraińsku, to mnie zabiją widłami. Jeżeli mnie odkryją Niemcy, to może będę miał szansę przeżycia. I tak się stało. Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę".
Zapewne pod wpływem tych przeżyć Jeziorański staje się rzecznikiem liberalnej polityki wobec grup mniejszościowych. Tylko taka polityka daje szansę na tak zwaną asymilację państwową, która nie stoi w żadnym konflikcie z wiernością wobec własnego języka i narodowości, a jednocześnie stwarza lojalność wobec tego państwa, lojalność obywatelską. Za wzór asymilacji państwowej Jeziorański uważał sytuację liberalnej Galicji, w której Polacy, poddani Franciszka Józefa, mieli takie same prawa jak obywatele innych narodowości w austriacko-węgierskim imperium.
Powróćmy do świadectwa przyjaciela ze szkolnej ławy Ryszarda Matuszewskiego: - Zdziś był raczej prawicowy. Na jego światopogląd silnie wpłynęło to, że był częstym gościem u Kwiatkowskich. Sam Janek Kwiatkowski dla takich przemądrzałych intelektualistów jak Janek Kott i ja niespecjalnie był ciekawy. Infantylny, pasjami lubił płatać figle, rozsypywać proszki wywołujące kichanie, podkładać nauczycielom gumowe żaby czy robić użytek z sikaczy do śmigusów. Poza tym nie był humanistą. Poszedł na politechnikę. Natomiast ojca miał wspaniałego. Postać historyczna, najciekawsza osobowość w obozie piłsudczykowskim. Dowodem dużej inteligencji i intuicji Zdzisia jest to, że on to wyczuł i poprzez Janka trafił do domu Kwiatkowskich. To był wysoki szczebel ówczesnych elit. Mnie byłoby trochę głupio się tam pchać. Bywałem bez przerwy w domu babki Janka Kotta czy u Lenczowskich, ale nie u Kwiatkowskich. Wspólne lata z Jankiem Kwiatkowskim nie zaowocowały u mnie znajomością z wicepremierem. A u Zdzisia tak.
"Dopiero z perspektywy lat zrozumiałem, że gdyby nie Piłsudski i jego zwycięstwo w 1920 roku, to pewnie wychowałbym się w sowieckim Komsomole". Defilada oddziałów piechoty przed marszałkiem Józefem Piłsudskim (na trybunie). Pole Mokotowskie, 11 listopada 1934
Eugeniusz Kwiatkowski był zaprzysięgłym piłsudczykiem, czego nie mógł zrozumieć młody Jeziorański, który wyniósł z domu niechęć do tradycji Polskiej Partii Socjalistycznej. Ale i to za sprawą Kwiatkowskiego uległo zmianie. Pewnego dnia Jeziorański wraz z synem wicepremiera trafia na trybunę honorową podczas defilady na Polu Mokotowskim. - Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem Piłsudskiego. Jak powiadam, w moim domu nie było żadnego fanatyzmu, ale była pewna niechęć do Piłsudskiego. A jednak kiedy zobaczyłem po raz pierwszy, jak przyjmował defiladę w tym swoim stroju, z wielką wstęgą Virtuti Militari, to nie widziałem w ogóle wojska, nie patrzyłem na defiladę, ale cały czas miałem w niego utkwione spojrzenie. Po uroczystości Marszałek wmieszał się w grupę rządową i stałem od niego w odległości takiej, jak teraz pan ode mnie. I słyszałem ten zaciągający, szalenie miękki głos. Pamiętam to uczucie jakiejś miękkości. Ten uśmiech i jasnoniebieskie oczy: zupełnie inny Piłsudski. Tą pozorną miękkością - bo w rzeczywistości był twardy i despotyczny - zjednywał sobie ludzi.
Swój stosunek do Piłsudskiego Nowak po latach określi tak: - Muszę przyznać, że zamach majowy przyjąłem z ulgą. Rosnąca wówczas anarchia wydawała się powtórką z upadku Rzeczypospolitej szlacheckiej. Niestety, reformy po przewrocie były nietrafione, a kryterium doboru ludzi na kierownicze stanowiska opierało się nie na umiejętnościach, lecz na członkostwie w Pierwszej Brygadzie albo przyjaźni z Marszałkiem. Dopiero z perspektywy lat zrozumiałem, że gdyby nie Piłsudski i jego zwycięstwo w 1920 roku, to pewnie wychowałbym się w sowieckim Komsomole. Oczywiście mam mu za złe Brześć i Berezę Kartuską, zniknięcie generała Włodzimierza Zagórskiego - oczywistą zbrodnię - ale w sumie był bez wątpienia postacią dominującą w historii Polski.
"Schlebiało mi niesłychanie, że oto wielki dygnitarz, wicepremier, potrafi mnie, szczeniakowi, cierpliwie tłumaczyć, dlaczego na przykład nie należy dewaluować złotego". Eugeniusz Kwiatkowski
Kwiatkowski imponował Jeziorańskiemu, tak jak może imponować obdarzony darem słowa trzydziestoośmioletni minister przemysłu i handlu trzynastoletniemu młokosowi. Jak wspomina Nowak, wicepremier znajdował czas, by tłumaczyć mu, dlaczego nie należy dewaluować złotego, lub przekonywać o znaczeniu portów i floty morskiej dla rozwoju polskiej gospodarki. Kwiatkowski wyrobi w młodzieńcu przekonanie, że o ile poprzednie pokolenia o swoim patriotyzmie zaświadczać musiały krwią, o tyle patriotyzm pierwszego pokolenia wolnej Polski polegać ma na pracy pozytywistycznej - dźwiganiu kraju z cywilizacyjnego zapóźnienia.
Już niebawem, we wrześniu 1939 roku, miało się okazać, jak bardzo ta właśnie prognoza wybitnego męża stanu okazała się chybiona. Dzieło życia Kwiatkowskiego, wszystko, co budował, legło w gruzach, a on sam znalazł się na wygnaniu, internowany w Rumunii. Pokoleniu jego syna za wolność przyszło płacić życiem.
"Profesor pochodził ze szkockiej rodziny, która jak sienkiewiczowski Ketling osiedliła się w Polsce w XVII w. Był najwybitniejszym polskim teoretykiem ekonomii i myślicielem. Ten, kto przedarł się przez jego niełatwy styl, odkrywał nowe horyzonty". Profesor Edward Taylor
Zaraz po maturze Jeziorański zostaje zaproszony do Mościc, do wielkiej fabryki nawozów sztucznych, której twórcą i dyrektorem był Eugeniusz Kwiatkowski. Nowoczesna na owe czasy fabryka była dobrą ilustracją wysiłku cywilizacyjnego podejmowanego przez młode państwo. Kwiatkowski radzi: - Niech pan studiuje ekonomię. Wiedziony pozytywistycznym przekonaniem Jeziorański, idąc za radą wicepremiera, pojedzie do Poznania na studia u wybitnego ekonomisty profesora Edwarda Taylora, bo właśnie w Poznaniu był jedyny wówczas uniwersytecki wydział ekonomii w Polsce.
Jeziorański zjawia się tam bez grosza przy duszy. Na przejazd i wpisowe wydaje ostatnie 48 złotych, które zdobył, sprzedając cudem odnaleziony w szpargałach po ojcu złoty dukat z Matką Boską. - Szukałem spokojnej przystani, bo chciałem naprawdę dobrze przestudiować swoją specjalność - wspomina.
Utrzymywać się miał sam, dorabiając jako buchalter w kancelarii notarialnej, która należała do ojca Józefa Garlińskiego, późniejszego historyka emigracyjnego. Na drugim roku studiów otrzymał tylko połowę stypendium państwowego i musiał wyżyć za 60 złotych miesięcznie. Jednak Taylor roztoczy nad Jeziorańskim niemal ojcowską opiekę: patronuje jego studiom, stara się dla niego o pełne stypendium, wreszcie proponuje mu asystenturę przy swojej katedrze. Lata spędzone w Poznaniu będą najspokojniejsze w życiu przyszłego kuriera z Warszawy. Żadnych istotnych przygód, tylko nauka, bo od niej zależało otrzymanie stypendium. Jeziorański stronić będzie od polityki, nie zapisze się nawet do żadnej studenckiej korporacji.
Nic ciekawego dla biografa. Wydawało się natomiast, że żadna siła nie może przeszkodzić jego błyskotliwej karierze naukowej. Pierwsze rozdziały doktoratu Cykl koniunktury gospodarczej w Polsce 1929-1936 leżały już w szufladzie, nieodległa była perspektywa wyjazdu na stypendium Rockefellera - kiedy wybuchła wojna.
Eugeniusza Kwiatkowskiego widzi Jeziorański po raz ostatni sześć dni przed kampanią wrześniową. Wicepremier, zawsze pełen zapału i optymizmu, tym razem jest w nastroju odbiegającym od panującej na ulicach euforii wyrażanej hasłem "Silni, zwarci, gotowi". Gdy młodzież jechała na front niczym na ćwiczenia wojskowe, on, zdając sobie doskonale sprawę z olbrzymiej różnicy potencjału przemysłowego Polski i Niemiec, przewidywał długą i wyczerpującą wojnę, którą można byłoby wygrać tylko z pomocą Francji i Anglii wspartych przemysłową potęgą Stanów Zjednoczonych.
Zdzisław Jeziorański nawiąże z Eugeniuszem Kwiatkowskim bliski korespondencyjny kontakt, gdy ten przebywać będzie na wygnaniu w Rumunii. Wymiana listów przetrwa wojnę, choć ich autorzy już się nie spotkają. Można jednak mówić o jakimś szczególnym związku, jaki powstał między mężczyzną, który na wojnie stracił jedynego syna, i przyjacielem syna ze szkolnej ławy, który w dzieciństwie stracił ojca.
O przywiązaniu Nowaka do Kwiatkowskiego świadczą liczne audycje RWE temu ostatniemu poświęcone oraz teksty wspomnieniowe, które Nowak napisał po jego śmierci w 1974 roku. W eseju Eugeniusz Kwiatkowski opublikowanym w emigracyjnym "Tygodniu Polskim" we wrześniu 1974 roku poparł decyzję - wręcz utożsamił się z nią - przedwojennego wicepremiera, który podjął współpracę z rządem lubelskim w dziele odbudowy Gdańska, Gdyni i Szczecina. Kwiatkowski nie wahał się ani chwili po tym, jak zobaczył zdjęcia zniszczonej w działaniach wojennych Gdyni przywiezione mu do Rumunii przez Jerzego Borejszę, wpływowego publicystę i wydawcę komunistycznej Polski. Decyzja ta uznana została za zdradę i kolaborację z reżimem przez niezłomnych akowców czekających w lasach na wybuch trzeciej wojny światowej - oraz przez lwią część londyńskiej emigracji. Ale, co znamienne, nie przez Nowaka.
Nowak był i pozostał antykomunistą, nigdy nie był jednak antykomunistą zaślepionym. Był na emigracji, zdawał sobie sprawę, jak złożone i trudne moralnie muszą być wybory ludzi, którym przyszło żyć po drugiej stronie żelaznej kurtyny. Do końca życia Eugeniusza Kwiatkowskiego okrężnymi drogami utrzymywać z nim będzie korespondencyjny kontakt. Adresat mieszkał wówczas w rodzinnym Krakowie.
Po odmowie przejścia na nową wiarę w 1948 roku Kwiatkowski usunięty został ze stanowiska pełnomocnika rządu do spraw odbudowy Wybrzeża, pozbawiony prawa pobytu nad Bałtykiem, objęty zakazem nauczania i druku oraz prawa do wszelkiej działalności publicznej. Pisze Nowak: "Była to jedna z najszkodliwszych zbrodni popełnionych przez rządy PRL. Odebrano możliwość działania i służenia krajowi jednemu z najwybitniejszych i najbardziej utalentowanych strategów, jakich Polska wydała. W chwili, gdy Kwiatkowski został usunięty ze swej ofiarnej służby Polsce, miał lat sześćdziesiąt, był pełen energii, chęci działania. Zniszczono żarliwego patriotę o nieposzlakowanej prawości, człowieka o niepospolitych zdolnościach".
Wychowywany wśród kobiet Zdzisław Jeziorański styka się w młodym wieku z dwoma wybitnymi mężczyznami o indywidualnościach, które wywarły na niego niebagatelny wpływ. Zapytałem go, w jakim stopniu Kwiatkowski i Taylor zastępowali mu przedwcześnie utraconego ojca. Pytanie go zaskoczyło. Choć był już u schyłku życia, wyznał, że nigdy się nad tym nie zastanawiał. Po chwili ciszy powiedział: - Stosunek do nich w pewnym stopniu rekompensował mi fakt, że wychowywałem się bez ojca. Zwłaszcza Taylor był wobec mnie bardzo ojcowski.
Związek z profesorem Edwardem Taylorem wzmocni się podczas okupacji, kiedy to Zdzisław Jeziorański, niedoszły doktor ekonomii, przyjeżdżać będzie na wieś do Opatkowic Murowanych pod Jędrzejowem, gdzie przebywał wraz z rodziną wysiedlony z Poznania profesor. Jeziorański przywozić mu będzie z warszawskich bibliotek potrzebne do pracy naukowej książki. Profesor i jego asystent szli wówczas na długie spacery, podczas których Taylor trafnie prognozował powojenny rozwój wypadków i wpływ wojny na gospodarczy rozwój świata.
Jacek Taylor, wnuk profesora i wieloletni przyjaciel Jeziorańskiego, wspomina, jak wuj (w ten sposób Nowak kazał się Jackowi Taylorowi do siebie zwracać) po wielekroć do tych rozmów już na emigracji powracał: - Dziadka zawsze uważałem za naukowca, ekonomistę. Tymczasem wuj powiedział mi kiedyś, że dziadek był kimś więcej niż naukowcem. To był myśliciel!
Dwie były przyjaźnie ze szkolnej ławy, które przetrwały wojenne i polityczne zawieruchy: z Ryszardem Matuszewskim i Janem Kottem. Matuszewski po wojnie związał się z nową władzą. W październiku 1946 roku znalazł się w Londynie, gdzie przyjechał z grupą peerelowskich dziennikarzy na zaproszenie rządu brytyjskiego. On sam reprezentował "Polskę Zbrojną". Już nad Tamizą dowiedział się od wspólnych znajomych, że w Londynie przebywa także Jeziorański. Po raz ostatni widzieli się podczas okupacji, kiedy to każdy z nich siedział po uszy w konspiracyjnej robocie. Ówczesne spotkanie siłą rzeczy ograniczyło się do rozmowy bardzo powierzchownej. W październiku 1946 roku obu przyjaciół dzieliła już polityczna przepaść. Nowak miał powiedzieć, że "o ile z dawnym Rysiem Matuszewskim chętnie by się zobaczył, o tyle wcale nie ma ochoty na spotkanie z oficerem polityczno-wychowawczym armii marszałka Roli-Żymierskiego".
To właśnie w Londynie Matuszewski dowiedział się o kurierskich wyczynach Nowaka, które opisane zostały dopiero 30 lat później. Natychmiast poprosił o jego numer telefonu. Gdy tylko usłyszał głos "Zdzisia", zameldował: - Tu oficer polityczno-wychowawczy armii marszałka... Po chwili milczenia w słuchawce padło pytanie: - Rysiek?
Lody pękły w czasie nocnej Polaków rozmowy. Obaj uznali, że ważniejsze dla nich jest to, co łączy, a nie to, co dzieli. Odtąd Matuszewski spotykał się z Nowakiem, ilekroć przebywał za granicą. Pierwszą do tego sposobnością była popaździernikowa odwilż 1956 roku. Spotkanie odbyło się w Paryżu. Dla dyrektora rozgłośni nadającej do Polski bezcenne były spotkania z ludźmi z kraju, zwłaszcza z członkami partii orientującymi się w kulisach władzy i układzie sił.
Nie trzeba dodawać, jak wiele ryzykowali wówczas rozmówcy Nowaka. To oni wracali do kraju, to oni narażali się na represje za spotkanie z człowiekiem, który już wówczas dla władz PRL był diabłem wcielonym, psem łańcuchowym amerykańskiego imperializmu.
Matuszewski i Nowak spotkali się jeszcze w USA w latach 1979 i 1986, kiedy to "Ryś" przyjechał na stypendium załatwione przez przyjaciela, dzięki czemu mógł zobaczyć całe Stany.
W odróżnieniu od Matuszewskiego, który do partii wstąpił z politycznego wyrachowania, Kott wierzył w komunizm i z Komunistyczną Partią Polski flirtował już przed wojną. Znalazł się z tego powodu w tarapatach, z których wyciągnął go sam wicepremier Kwiatkowski. Kott już podczas okupacji związał się z Polską Partią Robotniczą - co w środowisku Armii Krajowej uchodziło za zdradę. Wywodził się z zasymilowanej rodziny żydowskiej i ze "Zdzisiem" toczył niekończące się ideologiczne spory, które choć w niczym nie zbliżały do siebie ich poglądów, zbliżały jednak przyjaciół. Jeziorański, wolny od wszelkiego antysemityzmu, pozostawał pod wpływem żywej inteligencji i błyskotliwości umysłu Kotta.
Po wojnie ideowy komunista Kott jest jednym z czołowych rzeczników upolitycznienia literatury. Jeziorański przyznaje, że tylko zwykłemu kumoterstwu należy zawdzięczać to, że nie rzucił przyjaciela na pożarcie radiowym satyrykom, Marianowi Hemarowi czy Wiktorowi Trościance. Nie pożałował wyboru, bo już w 1957 roku Kott rzucił legitymację partyjną i stanął, jak pisze Nowak, "w awangardzie łamaczy lodów" - wśród ludzi, którzy torowali drogę do październikowych przemian. Imponowało Nowakowi to, że Kott, kiedy przyjechał do Szwajcarii, zadzwonił do Monachium, do samej jaskini lwa, i jakby nigdy nic powiedział charakterystycznym dyszkantem: - Jestem w Genewie, jeśli chcesz, przyjeżdżaj. Pogadamy. - Oniemiałem. Co za nieprawdopodobne ryzyko! Potem spotkania były regularne. Był jeszcze członkiem PZPR, dawał mi lekcję stosunków wewnątrzpartyjnych, układów, motywacji. To była bezcenna pomoc - mówi Nowak.
Kott tak wspominał ówczesne kontakty: "Podczas każdego z moich wyjazdów za granicę telefonowałem do niego na umówiony numer z ulicznych budek, nigdy z hotelu. Raz jeden pojechałem nawet do Monachium. Informowałem go najdokładniej, jak umiałem, o sytuacji w partii. Nie potrafię nawet teraz dokładnie powiedzieć, dlaczego to robiłem. Na pewno pociągała mnie gra, ryzyko i nowa zabawa w konspirację, zwłaszcza w Monachium, gdzie Zdziś ukrył mnie u znajomego księdza i pozwalał wychodzić na miasto tylko wieczorem, w ciemnych okularach. Ale nie to było ważne. Od Nowaka dzieliła mnie polityczna przeszłość i widzenie przyszłości. Długo jeszcze byłem po innej stronie. Zdawałem sobie jednak jasno sprawę z tego, że w grozie nadchodzenia Moczara i coraz bardziej zaciskającej się obroży w tym podziale na "oni" i naród, RWE jest sojusznikiem i oparciem".
Przyjaciele świetnie się rozumieli, pojawiła się jednak w ich relacjach pewna rysa. Jan Kott w cytowanym tu Przyczynku do biografii przytacza epizod, który Nowaka niezmiernie zranił. Kott pisał: "Łączyły mnie ze Zdzisiem stare więzy i miałem absolutne zaufanie do jego dyskrecji. A jednak... W Monachium w jego gabinecie zobaczyłem na biurku czarne podłużne pudełko. Wydawało mi się, że dobiegał z niego jakby szmer obracającej się taśmy. - Ty mnie nagrywasz! Zdziś poczerwieniał, potem nagle stał się blady jak prześcieradło. - A więc już tak cię wychowali... Teraz ja poczerwieniałem ze wstydu".
Przyznam, że cytat podaję tylko z kronikarskiego obowiązku, bo nie wierzę relacji Kotta. Nie jest prawdopodobne, by rozmowa odbywała się w gabinecie dyrektora RWE. Po pierwsze, nie po to Nowak ukrywał Kotta w mieszkaniu kapelana RWE księdza Tadeusza Kirschkego, by potem zapraszać go na pogawędki do swego gabinetu! Po wtóre, całkowicie odrzucam ewentualność, że Nowak nagrywał przyjaciela. Po trzecie, nawet jeśli przyjąć tak absurdalną supozycję, jako wypróbowany konspirator nie robiłby tego w tak dziecinny sposób.
W relacji Nowaka, który miał reputację pedantycznego dokumentalisty, wszystko wygląda inaczej:
"Kiedy indziej spotkaliśmy się w pokoju hotelowym w Paryżu w pobliżu Tuileries. Kott nagle przerwał swoje wywody w połowie zdania i wskazując na małą walizeczkę, zapytał ostro: - Co tam jest? Mikrofon? Nagrywasz mnie? Otworzyłem pudełko bez słowa. W środku był aparat fotograficzny, Janek zawstydził się mocno".
Kott w połowie lat 60. wyemigrował z Polski, pozostał jednak przyjacielem rozgłośni RWE, a z Nowakiem utrzymywał częsty kontakt telefoniczny do końca swego życia. W połowie lat 70., kiedy senator James Fulbright zabiegał o zlikwidowanie Wolnej Europy, Kott słał listy do amerykańskiego Senatu, podkreślając znaczenie RWE dla kształtowania opinii Polaków zamkniętych za żelazną kurtyną. Listy te wywierały niemałe wrażenie, gdyż Kott słusznie postrzegany był jako przedstawiciel liberalnej lewicy.
"Stawały mi przed oczyma ich młode twarze. Jak w litanii powtarzały się słowa: rozstrzelany na Pawiaku, powieszony w Auschwitz, zginął w powstaniu na Woli, w ataku na PAST-ę, w bitwie pod Kutnem, na morzu, śmiercią lotnika, zakatowany, stracony, zmarł od ran...". Zdzisław Jeziorański w trzecim rzędzie trzeci z lewej pod portretem prezydenta Mościckiego. Za nim, po jego prawej - Jan Kott, po lewej Ryszard Matuszewski.Matura, klasa VIII a, czerwiec 1932
Nowak nigdy nie będzie zaliczał sam siebie do emigracji ludzi niezłomnych, którzy uznali, że prawdziwa Polska jest tylko i wyłącznie w Londynie, gdzie jest legalny rząd, prezydent, partie polityczne, nie zaś w kraju zmienionym w sowiecki protektorat. Dla niego najważniejszy pozostanie kraj, polskie społeczeństwo. Żyć będzie każdą wiadomością płynącą z Polski; dla postaw i wyborów poszczególnych osób zachowa wiele tolerancji i zrozumienia. Także przynależność do PZPR nie będzie w kontaktach z Nowakiem czynnikiem w żadnej mierze dyskwalifikującym. - Skoro tak - zapytałem Nowaka - gdzie leżała granica, po przekroczeniu której odmawiał pan kontaktu z rozmówcą z Polski? - Proszę pana, tak długo, dopóki ten ktoś, wykorzystując swą pozycję, nie krzywdził innych ludzi. Sytuacja w Polsce była tak złożona, że sama przynależność do partii nic nie mówiła. Trzon naszych informacji z kraju płynął ochotniczo od członków partii. Oni wiedzieli. Szary antykomunista nic nie wiedział.
Gdy zbierając materiały do książki, spotkałem się z Ryszardem Matuszewskim, okazało się, że dzień wcześniej był w odwiedzinach u "Zdzisia", który przyjął go, leżąc w łóżku. Nie czuł się najlepiej. Przez godzinę rozprawiali o losach kolegów z klasy z Gimnazjum imienia Mickiewicza na Sewerynówku, pokoleniu rozstrzelanych, rozrzuconych po świecie. To właśnie Matuszewski przysłał Nowakowi 15 lat po wojnie broszurkę Młody las - materiały ze Zjazdu Wychowanków Gimnazjum. Od refleksji nad tą książeczką rozpoczyna się Kurier z Warszawy; wspomnienie losów kolegów, które tamten zjazd zamieniły w jeden wielki apel poległych. Pod koniec książeczki umieszczono ich długą listę. Pisze Nowak: "Stawały mi przed oczyma ich młode twarze, gdy odczytywałem nazwiska, przy których, jak w litanii, powtarzały się te same słowa: rozstrzelany na Pawiaku, powieszony w Auschwitz, zginął w powstaniu na Woli, zginął w ataku na PAST-ę, zginął w bitwie pod Kutnem, zginął na morzu, zginął śmiercią lotnika, zamordowany przez Gestapo, zginął w Katyniu... rozstrzelany, powieszony...".
Więź pokoleniowa łącząca Matuszewskiego, Kotta i Jeziorańskiego okazała się silniejsza niż polityczna przepaść. Bo czy też przedstawiciele zdziesiątkowanego przez wojnę i stalinizm pokolenia mogli sobie pozwolić na luksus zrywania kontaktów? Oni trzej uznali, że nie.