Kurier wolności. Jan Nowak-Jeziorański - Jarosław Kurski

Kup ebooka

31.99 zł
28.79 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 

Moim Bohaterom

 
 
ZAMIAST PRZEDMOWY

Mój Nowak-Jeziorański

 

28 września 1954 roku doznałem pozytywnego wstrząsu, który zapoczątkować miał, w pewnym sensie, nowy ważny rozdział w moim życiu. Zwolniony 16 sierpnia 1954 roku na półroczną przerwę w odbywaniu kary z ciężkiego więzienia w Raciborzu pierwsze tygodnie odzyskanej po pięciu latach wolności spędzić miałem na kuracji w Zakopanem. Dzięki dawnemu koledze i szefowi z AK Adamowi Dobrowolskiemu, radcy prawnemu Zrzeszenia Prywatnego Handlu i Usług w Krakowie, ulokowany zostałem w domu wypoczynkowym tegoż zrzeszenia na Chlabówce. Po właściwym sezonie byłem jedynym lokatorem i z Adamem Karpowiczem (ze znanej zakopiańskiej rodziny, kierownikiem tego domu) spożywaliśmy owoce zakazane: słuchaliśmy radia z zagranicy.

Radio Wolna Europa, bo o nim tu mowa, było praktycznie pojęciem mi nieznanym. Gdy powstało, w maju 1952 roku, byłem jeszcze ściśle izolowanym więźniem na oddziale Różańskiego i Humera; potem jako więzień karny, skazany za szpiegostwo, nie miałem dostępu nawet do "Trybuny Ludu". Dziwna przewrotność losu chciała, że ledwie odetchnąwszy górskim powietrzem na tak zwanej wolności, powrócić miałem mentalnie do więzienia - pierwsza audycja Józefa Światły o zbrodniach systemu trafiła w moim przypadku na wyjątkowo podatnego słuchacza. W ciągu kilku dalszych dni i tygodni miałem się zorientować w roli, jaką odgrywało w RWE środowisko byłych żołnierzy AK, a szczególnie zastępca dyrektora Tadeusz Zawadzki (Żenczykowski), znany z 1944 roku jako "Kania". Jego charakterystyczny głos miałem zakodowany w uszach. Nazwisko czy pseudonim dyrektora - Jan Nowak - było mi nieznane; dopiero kilka lat później dowiedziałem się o jego wojennych losach - w BIP, a także w pewnym zakresie w służbie kurierskiej. Nasza osobista znajomość, a potem przyjaźń zaczęły się dopiero wiosną 1965 roku, gdy byłem już od półtora roku tajnym i dobrowolnym współpracownikiem RWE w Polsce, ale to zupełnie inna historia.

W ciągu trzydziestu kilku lat miewałem okazje do wielogodzinnych rozmów z Janem Nowakiem-Jeziorańskim o wojnie i o podziemiu, o powstaniu i o polskim Londynie; prowadziliśmy je ze wzajemnym zaufaniem i zrozumieniem - najpierw w różnych miejscach Europy, potem w Annandale pod Waszyngtonem, a począwszy od 1990 roku w Warszawie, gdzie często bywał, a później osiadł. Stał się dla mnie jednym z najważniejszych ludzi w mojej biografii i patrzeniu na sprawy polskie, obok Tadeusza Żenczykowskiego, Stefana i Zofii Korbońskich, Edwarda Raczyńskiego, Tadeusza i Wandy Pełczyńskich, Adama i Lidii Ciołkoszów, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Jerzego Lerskiego, Kazimierza Kumanieckiego, Zofii Kossak, księdza Jana Ziei, aby ograniczyć się tylko, pars pro toto, do przytoczenia nazwisk osób ogólnie znanych i - z jednym wyjątkiem - dziś już nieżyjących.

Zdaję sobie sprawę z poważnej trudności z uczciwym i pogłębionym ustosunkowaniem się do zjawiska, jakim jest Zdzisław Jeziorański - Jan Nowak - w skomplikowanej historii politycznej i społecznej Polski ostatnich dziesięcioleci, które dane mu było tak interesująco i czynnie przeżyć. Nieuleczalny romantyk osadzony uczuciowo w tradycji naszych walk niepodległościowych XIX stulecia, wielbiciel Piłsudskiego, dobrze jednak świadom ważnej roli w historii Polski niektórych krytyków czy przeciwników politycznych Marszałka. Realista - a nawet pragmatyk - w wyborze dróg postępowania w służbie polskiej racji stanu, tak jak ją rozumiał. Nieugięty w swoich przekonaniach religijnych syn Kościoła katolickiego - w pełni tolerancyjny wobec ludzi innych wyznań. Wierność przyjaciołom i życzliwość dla ludzi prowadziły go nieraz do granic naiwności, ale długoletnie doświadczenie życiowe pozwoliło na uniknięcie poważniejszych błędów. Miał swoje osobiste świętości, osobiste tabu niepodlegające dyskusji. W mojej pamięci wyraża się to - obok trwałego uczucia do żony ("Grety") i za jej życia, i po jej śmierci - w stosunku do suwerenności Polski, wolnego państwa wolnych ludzi w demokratycznym świecie, w stosunku do dzieła i ofiary ludzi Polskiego Państwa Podziemnego i roli tego etapu dziejów w historii Polski i Polaków, wreszcie w stosunku do kilkudziesięciu ważnych dni naszego warszawskiego i polskiego losu - do Powstania Warszawskiego. Z rozdartym i obolałym sercem twierdził Nowak, zawsze konsekwentnie, że nie mogło ono nie wybuchnąć. W kilka zaledwie dni po konferencji jałtańskiej, gdy Polacy w kraju i w wolnym świecie zaprzątnięci byli problemami natury egzystencjalnej - porucznik Jan Nowak wygłaszał 16 lutego 1945 roku w Caxton Hall w Londynie odczyt dla Anglików o Powstaniu Warszawskim (opublikowany tamże niebawem w postaci broszury).

Postać Jana Nowaka-Jeziorańskiego pobudzać będzie z pewnością przez długie lata wielu czytelników jego książek, a przede wszystkim Kuriera z Warszawy, Wojny w eterze i Polski z oddali, do refleksji o tym, jak było, dlaczego tak było, czy tak być musiało i co z tego wynika.

Co z tego dla Polski wynika, dla Polaków, dla ich mądrości, rozsądku i godności - to właśnie temat absorbujący Janka do ostatniej godziny jego życia. Jestem tego świadkiem.

Książka Jarosława Kurskiego stanowi w moim odczuciu udany krok w ukazaniu Jana Nowaka-Jeziorańskiego w trudnych i czasem nierozwiązywalnych okolicznościach jego życia i działania, jak również jako człowieka niezłomnej - choć jakże trudnej - wierności przyjętym wartościom, którym służył do ostatniego tchu.

 

Władysław Bartoszewski, 2005

OD AUTORA

Po raz pierwszy o Janie Nowaku-Jeziorańskim usłyszałem w Radiu Wolna Europa. Był rok 1978, czytano właśnie fragmenty Kuriera z Warszawy. Tkwiłem z uchem przy odbiorniku, mimo wycia zagłuszarek, wpatrzony w magiczne zielone oko. Łowiłem każde słowo. Miałem 15 lat i przepełniała mnie zapiekła złość wobec losu, że nie urodziłem się wtedy, kiedy autor, że ominęła mnie okupacyjna epopeja i zryw Powstania Warszawskiego. Gdy wreszcie zdobyłem wydany przez Niezależną Oficynę Wydawniczą NOWA bezdebitowy egzemplarz tej książki, nie spałem dwie noce. Lektura wywarła zasadniczy wpływ na moje życie. Oto pojawił się ktoś, kto był wzorem i autorytetem, kogo choć w części pragnęło się naśladować w tym, jak mówił i pisał o Polsce, w tym, co dla niej zrobił i jak dla niej żył.

Urodziłem się i wychowałem w Gdańsku. Ilekroć RWE wymieniało nazwę mego miasta - a okazji ku temu było wiele - czułem rozpierającą dumę. Myślałem, że jeśli kiedyś spotkam Nowaka, to zacznę od tego, że jestem z Gdańska i że Grudzień '70 czy Sierpień '80 rozgrywały się na ulicach mojego miasta. Szczegółowo informowało o tych wydarzeniach RWE, dlatego stało się dla mnie rozgłośnią bliską, niemal jak lokalne radio. Wraz z bratem wpadałem w stanie wojennym w euforię, gdy - zwłaszcza w audycjach dla młodzieży - na falach eteru wracały do nas materiały, które poprzez różnych pośredników przekazywaliśmy do Monachium.

I wreszcie stało się. Poleciałem do Stanów Zjednoczonych, do Rising Sun w stanie Maryland, na Światowy Zlot Harcerstwa Polskiego jako reprezentant gdańskiego środowiska niezależnego harcerstwa. Nowak zjawił się tam 21 sierpnia 1988 roku. Jego charakterystyczną, lśniącą jak kula bilardowa głowę spostrzegłem natychmiast. Wiedziony jakąś nieodpartą siłą wmieszałem się między emigracyjnych notabli i wypaliłem: - Panie kapitanie, przyjechałem z Polski i moim marzeniem było pana poznać.

Od tej chwili - choć zapewne wyglądało to na natręctwo - nie odstępowałem go na krok, a i Nowak z chęcią poświęcał mi czas. W zlocie uczestniczyli: prezydent Polski na uchodźstwie Kazimierz Sabbat, przedstawiciele Kongresu Polonii Amerykańskiej, duchowieństwo, z księdzem Zdzisławem Peszkowskim na czele. Mówiąc szczerze, odniosłem wrażenie, że Nowaka niewiele obchodziły te emigracyjne tuzy. Oto stała przed nim grupa młodzieży z Polski, która niebawem miała wrócić do kraju. Z nami rozmawiał i z nami spędzał czas. Kraj, Polska - tylko to się liczyło. Spacerowaliśmy po lesie, a on mówił: - Proszę, niech druh pyta. Pytałem więc: o jego misje kurierskie, o Mikołajczyka, Sosnkowskiego, o Powstanie Warszawskie i jego spóźniony raport, o radiostację Błyskawica, o RWE i politykę amerykańską wobec Polski. Czułem się tak, jak zapewne czuł się on, kiedy będąc w moim wieku, rozmawiał ze swymi moralnymi przewodnikami - wicepremierem Eugeniuszem Kwiatkowskim czy profesorem Edwardem Taylorem. Nie miałem żadnych szczególnych referencji, tym bardziej uderzający był jego ojcowski stosunek do nieznanego chłopaka z Polski.

Opowiadałem o gdańskiej opozycji, Ruchu Młodej Polski, gdańskiej podziemnej "Solidarności", Bogdanie Borusewiczu... Pod wieczór wyjął z samochodu swą najnowszą książkę Polska z oddali i wpisał dedykację:

"Druhowi Jarosławowi Kurskiemu z pierwszej linii frontu - Szczęść Boże. Czuwaj". Nie uważałem się za kogoś z pierwszej linii, zwłaszcza że w tym czasie trwał w Stoczni Gdańskiej strajk sierpniowy, w którym uczestniczył mój brat. Strajk, choć zakończył się porażką, przygotowywał grunt pod przyszłe rokowania Okrągłego Stołu. Nowak powtarzał: - Wy tam, w Polsce, jesteście w okopach, a my, tu na emigracji, jesteśmy co najwyżej waszym zapleczem. Możemy was tylko wspierać, podawać amunicję, lobbować na rzecz Polski, ale wszystko, co najważniejsze, dzieje się tam, nad Wisłą, i spoczywa na waszych ramionach.

Było mi jakoś niezręcznie. Słowa te wypowiadał człowiek, który wpisał się do panteonu narodowych bohaterów - mówił je smarkaczowi z Polski, który patriotyzmu uczył się od niego...

Potem była wymiana korespondencji, niezobowiązująca kartka - "Drogi Panie, dziękuję bardzo za list dziś otrzymany, przesyłam najlepsze pozdrowienia z miasta kwitnącej właśnie czereśni. Jan. 13 kwietnia, 1989". Skończyły się właśnie rozmowy Okrągłego Stołu. Polityczne wydarzenia zaczęły przyspieszać w stopniu niedającym się przewidzieć. Nowak nie mógł przypuszczać, że już za nieco ponad cztery miesiące przyjedzie po raz pierwszy od 45 lat do Polski, zaproszony przez przewodniczącego "Solidarności" na obchody rocznicy Sierpnia '80 do mojego miasta, do Gdańska. Stanie tam przed drugą bramą Stoczni Gdańskiej, pod pomnikiem Poległych Stoczniowców, na tle powiewających flag, przed niesionym świeżym powiewem wolności tłumem skandującym "Solidarność!", "Lech Wałęsa!"; witany będzie jak bohater. Przemówi łamiącym się ze wzruszenia głosem: - Nie mogę uwierzyć, to najpiękniejszy dzień mojego życia, oto po 45 latach kończę swą ostatnią, najdłuższą i najtrudniejszą kurierską misję.

Obserwowałem to wydarzenie jako dziennikarz "Tygodnika Gdańskiego". Byłem o krok od Nowaka, widziałem w jego oczach łzy szczęścia i spełnienia. Owładnięty był czymś w rodzaju emocjonalnego paraliżu. Z trudem opanowywał wzruszenie. Szeptał tylko: - To cudowne, coś nieprawdopodobnego!

Nowak nie lubił patriotycznego patosu, ale są takie chwile w życiu ludzi i narodów, że nie można się bez niego obyć. W myślach powróciła mi wówczas finałowa karta Kuriera z Warszawy. Wspominał tam Nowak V-Day w Londynie, dzień zwycięstwa nad Niemcami, kiedy na ulice wylegli pijani ze szczęścia mieszkańcy brytyjskiej metropolii. W wielkiej triumfalnej defiladzie zwycięstwa nie było polskich żołnierzy. Nowak i jego żona, powstańcza łączniczka "Greta", rozgoryczeni, samotni wśród tłumów, widzieli w myślach inną defiladę: przyjaciół poległych w powstaniu, zamęczonych na Gestapo, straconych, zmarłych z wycieńczenia w obozach koncentracyjnych - defiladę bezimiennych bohaterów, defiladę zdruzgotanego przez wojnę pokolenia.

Nowak tak kończy swą książkę: "Wasza śmierć i męka nie były daremne. Nadejdzie także i nasz, polski V-Day. Krakowskim Przedmieściem, Alejami, Marszałkowską - przewalą się ze śpiewem Warszawianki, w wielkim pochodzie zwycięstwa tłumy pijane radością i szczęściem. Dzięki wam Polska pozostała sobą, żyje zawsze ta sama - nasza Polska Walcząca, Wolna i Niezawisła w swej nieśmiertelnej duszy".

Zrozumiałem wówczas, że jego profetyczne marzenie ziściło się na moich oczach. W moim Gdańsku 31 sierpnia 1989 roku Jan Nowak-Jeziorański miał swój V-Day!

Ludzi, na których Nowak odcisnął niezatarte piętno, są w Polsce tysiące. Nie jestem więc żadnym wyjątkiem. Tą książką chcę spłacić dług, jaki wobec Nowaka zaciągnęła cała moja generacja. Nie mam ambicji, by stała się całościowym i wyczerpującym obrazem jego życia. W popularyzatorskiej z założenia książce jest to niemożliwe; zbyt złożona jest to postać. W tym sensie Nowak musi jeszcze poczekać na swego biografa.

Nie chcę też pisać książki, która będzie kolejną laurką. Nowak nie zasłużył sobie na to, by pisać o nim na klęczkach. Hagiografowie wyrządzają bowiem krzywdę swoim bohaterom. Pomijając cienie, deformują blask. Nowak był człowiekiem z krwi i kości. Jak każdy - miał wady. Łatwo wpadał w pasję. Zdarzało się, że krzywdził ludzi. Był despotyczny i przeraźliwie skąpy, jak twierdzą niektórzy. Miał wielkie ambicje. Szczodrze używał pierwszej osoby liczby pojedynczej, nie tracił okazji, by mówić o swoich zasługach - o tym też chcę napisać w przeświadczeniu, że mu to nie zaszkodzi. O człowieku bowiem zaświadcza przede wszystkim dzieło jego życia. A ono jest niepodważalne.

Jako czterdziestolatek urodzony w PRL widzę, jak istotna jest przepaść między moją generacją a pokoleniem mego syna, który urodził się w wolnej już Polsce, w roku 1989. Nasz kraj jest w Unii Europejskiej, świat się globalizuje, rewolucja technologiczna zmienia stosunki społeczne... Miałem zamiar tą książką przeszkodzić trochę uniwersalnemu prawidłu. Chcę, by postać Nowaka-Jeziorańskiego była wzorem nie tylko dla mojego pokolenia, które już za kilkanaście lat będzie pokoleniem anachronicznym. Chcę, by stała się wzorem również dla pokolenia naszych dzieci, które kształtować będą losy kraju. Mam nadzieję, że w opowieści o fascynującym życiu Jana Nowaka-Jeziorańskiego, jak w kropli wody, zobaczą historię własnego narodu w oszalałym wieku dwudziestym.

Eugeniusz Kwiatkowski we wstępie do powstającego na wygnaniu w Rumunii Zarysu dziejów gospodarczych świata napisał słowa, które dziś zadziwiają aktualnością: "Dzieje są pełną ilustracją starogreckiego sloganu "wszystko płynie". Same pojęcia zawarte w słowach, same wyobrażenia zamknięte w myśli ludzkiej ulegają ustawicznej zmianie i ewolucji. Definicje narodu i państwa, pojęcia praw jednostki i zbiorowości, doktryny kierujące życiem gospodarczym, zasady światopoglądowe, stosunki wzajemne między warstwami społecznymi (...) ulegają w ciągu płynących stuleci ustawicznemu procesowi przeobrażeń i metamorfoz".

Pisał Kwiatkowski w grudniu 1946 roku w Gdańsku: "Znajomość historii, choćby w ogólnym rzucie syntetycznym, jest ważna dla tego pokolenia, które stanęło na gruzach przeszłego dorobku i zmuszone jest do budowy nowych fundamentów i nowych zrębów własnej historii. W takiej właśnie sytuacji znajduje się dziś Naród Polski".

W takiej sytuacji znajdujemy się i dziś.

 

PILAWA K. PIASECZNA, 8 WRZEŚNIA 2004

 
 

PS Niech pan pisze, ale ja już tej książki nie doczekam - powiedział mi pan Jan, gdy wiosną 2004 roku powiedziałem mu o zamiarze napisania jego biografii. Gwałtownie zaprotestowałem. Czuł się wówczas przecież jeszcze zupełnie dobrze, tryskał energią i pomysłami. Zaoferował mi wszelką pomoc. Mówił: - W nic się nie będę wtrącał, ma pan całkowitą swobodę. Natomiast pomagać będę panu w nawiązywaniu kontaktów i wskazywaniu źródeł.

Wspólnie zaczęliśmy się zastanawiać, z kim powinienem porozmawiać. Odszukaliśmy na półce jego wspomnienia Wojna w eterze i otworzyliśmy na skorowidzu. Nowak, siedząc w fotelu, przesuwał palcem po spisie nazwisk. Co chwila palec zatrzymywał się i wówczas padało sakramentalne: - O, z tym mógłby pan pogadać, ale on nie żyje! Potem było już tylko: - Ten nie żyje, ten nie żyje i ten nie żyje! - Boże - westchnął - przecież to jest lista zmarłych!

Po wyjściu z jego mieszkania przy ulicy Czerniakowskiej w Warszawie wyrzucałem sobie, że do pracy przystąpiłem tak późno. Spotykaliśmy się raz na dwa tygodnie. Przynosiłem kolejne rozdziały. Pan Jan nie krył zadowolenia, z podnieceniem czytał tekst. Nie zmieniał nawet przecinka, czasami sugerował jakieś uzupełnienie. Rozmawialiśmy, i były to spotkania niezapomniane. Tak było do poniedziałku, 17 stycznia 2005 roku. Byłem u niego razem z doktor Dobrosławą Platt, zastępcą dyrektora Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, która przygotowywała właśnie publikację o zaangażowaniu Nowaka w proces przyjęcia Polski do NATO. Siedzieliśmy naprzeciw niego przy kuchennym stole. W pewnym momencie zwrócił się do nas i jakby od niechcenia powiedział:

- Państwo już nie będą mieli ze mnie pożytku.

- Ależ, panie Janie, co pan mówi. Pan jest potrzebny, jedna książka, druga książka...

- Tak, wiem, ale to już nie ode mnie zależy.

Odszedł trzy dni później.

 

PILAWA K. PIASECZNA, 24 STYCZNIA 2005

 
 

Dziękuję wszystkim tym, którzy radą i pomocą przyczynili się do powstania tej książki, a w szczególności:

 

Władysławowi i Zofii Bartoszewskim, Mirosławowi Chojeckiemu, Marii Filarskiej-Chodakowskiej, Bronisławowi Geremkowi, Alinie Grabowskiej, Katarzynie Jareckiej-Niemczyckiej, Jerzemu Kisielewskiemu, Zofii Korbońskiej, Jerzemu Koźmińskiemu, Irenie Lasocie, Helenie Łuczywo, Władzie Majewskiej, Pawłowi Machcewiczowi, Ryszardowi Matuszewskiemu, Tadeuszowi Mazowieckiemu, Marii Michejdzie, Adamowi Michnikowi, Maciejowi Morawskiemu, Aleksandrze Mucek, Zbigniewowi Nowkowi, Rozmarynie Pęcińskiej, Krzysztofowi Pomianowi, Dobrosławie Platt, Bohdanowi Sałacińskiemu "Andrzejowi Pomianowi", Jackowi Taylorowi, Barbarze Toruńczyk, Leopoldowi Ungerowi, Markowi Walickiemu, Elżbiecie Zawackiej "Zo".

PROLOG

Przez większą część podróży samolotem Pan American z Nowego Jorku do Warszawy próbował wprawdzie trochę czytać, ale przede wszystkim przysypiać. Przymykając oczy, słyszał słowa swego pożegnalnego przemówienia wygłoszonego do zespołu Radia Wolna Europa w grudniu 1975 roku. Mówił wówczas, że marzy o chwili, kiedy będą już niepotrzebni. Wyobrażał sobie, co by było, gdyby wszyscy pracownicy zamknęli Radio, pojechali razem na lotnisko, wsiedli do samolotu i wylądowali na Okęciu. Teraz, 29 sierpnia 1989 roku, samotnie zaczynał wymarzoną podróż.

Po siedmiu godzinach lotu zwrócił się do stewardesy.

- Proszę pani, gdzie teraz jesteśmy?

- Nad Polską, sir - odpowiedziała. - Za czterdzieści minut lądujemy w Warszawie.

Polska. Warszawa. Serce zabiło jak młotem. Już nie było mowy o śnie. Przez okno próbował dojrzeć choć skrawek ziemi. W myślach powracał do chwili, kiedy wydawało się, że Polskę opuszcza na zawsze. Wigilia Bożego Narodzenia roku 1944. Granica niemiecko-szwajcarska. Z pocztą kurierską ukrytą pod gipsowym opatrunkiem, brnąc w głębokim śniegu w towarzystwie żony "Grety", przechodził na drugą, uchodźczą stronę życia. W mroźnym powietrzu gwiazdy świeciły szczególnie ostrym światłem. Przed sobą mieli rozległy niczym połonina, przykryty śniegowym płaszczem górski szczyt i majaczące w oddali światła Bazylei. Wtedy po raz ostatni zwrócili się ku północnemu wschodowi, gdzie była ich ojczyzna.

Gdy tylko koła samolotu dotknęły płyty lotniska i zaczęło się kołowanie, Nowak wstał gotowy do wyjścia. Miał lat 75 i choć o tym marzył, nie wierzył, że kiedyś dożyje tej chwili. Ugięły się pod nim nogi, gdy na budynku starego portu lotniczego przeczytał napis: "Warszawa". W kolejce do trapu poprzedzało go dwóch Amerykanów. Jeden z nich powiedział:

- Musi tu lecieć jakaś ważna szyszka, bo na dole stoi komitet powitalny.

"Nawet w najśmielszych marzeniach nie wyobrażałem sobie, że mając 75 lat, będę leciał do Polski na zaproszenie Lecha Wałęsy i OKP. Jechałem jako prywatny człowiek, a witany byłem przez tłumy". Z Bronisławem Geremkiem, Okęcie, 29 sierpnia 1989

 

Taras widokowy i teren za ogrodzeniem bezpośrednio przylegający do płyty lotniska pełne były warszawiaków. Polska nie była już tym samym krajem. Od pięciu dni pierwszym od 1945 roku niekomunistycznym premierem był Tadeusz Mazowiecki. W Polsce odbyły się pierwsze od z górą pół wieku demokratyczne wybory. Zwyciężyli w nich kandydaci "Solidarności". Prezydentem jednak był Wojciech Jaruzelski, a tak zwane resorty siłowe - obrony narodowej i spraw wewnętrznych - pozostawały w rękach przedstawicieli dawnego reżimu. W Polsce nadal stacjonowały wojska sowieckie, a w sąsiednich "bratnich" państwach mocno trzymały się komunistyczne reżimy. Za dwa dni w Gdańsku Nowak zapyta Wałęsę: - Panie przewodniczący, właściwie dlaczego pan mnie zaprosił? Wałęsa odpowie: - Żeby ludzie wreszcie uwierzyli, że zwyciężyliśmy, że PRL-u już nie ma. Bo skoro do kraju może przyjechać sam szef Wolnej Europy i go nie zamykają, to znaczy, że w Polsce naprawdę coś się zmieniło.

Uchylają się drzwi samolotu. Euforia. Nowak wita tłum gestem zwycięstwa. Przy trapie pięćdziesięcioosobowa delegacja Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego z Bronisławem Geremkiem i Zofią Kuratowską. Przez sztachety portowego płotu czekający wciskają do podpisu Kuriera z Warszawy. Oszołomiony Nowak nie rozumie, skąd tyle ludzi. Dopiero później okazuje się, że Radio Wolna Europa na polecenie jej ówczesnego dyrektora Marka Łatyńskiego poinformowało o dokładnej godzinie przylotu do Polski owianego legendą emisariusza. Zamknęło się wielkie koło.

Chwila była podniosła... a potem zginęły bagaże. Dwie walizki zamiast do Warszawy poleciały do Bangkoku. Po półgodzinnym oczekiwaniu w saloniku dla VIP-ów było wiadomo, że zostaną odesłane do Waszyngtonu, do domu w Annandale.

Nowak część pierwszej od 45 lat wizyty w kraju poświęci więc na kupowanie skarpetek, koszul, garnituru, przyborów do mycia i golenia. Pomagać mu w tym będzie, asystując w pierwszej podróży po kraju, Jacek Taylor, "usynowiony" przez Nowaka wnuk profesora Edwarda Taylora, którego asystentem Jeziorański był przed wojną.

Pierwszą noc na ojczystej ziemi Nowak spędzi w rezydencji ówczesnego ambasadora Stanów Zjednoczonych Johna Davisa i jego żony Helen. Przy śniadaniu pani ambasadorowa zaproponuje do dyspozycji samochód, kierowcę i własne towarzystwo. Jednak Nowak - z całą uprzejmością, na jaką go stać, odmawia.

- Wezmę taksówkę - odpowiada.

- A to będziesz miał problemy, bo taksówki niechętnie się tu zatrzymują. Musisz iść na postój.

- Nie szkodzi. Warszawę chcę zobaczyć sam.

Nowak wychodzi na ulicę Puławską. O dziwo, taksówka przystaje. Każe się wieźć na plac Zbawiciela. Chce rozpocząć swój nostalgiczny powrót od parafialnego kościoła. U celu licznik taksometru wskazuje 2700 ówczesnych złotych. Odpowiadało to sumie 27 centów. Nowak wyciąga dolara. Taksówkarz na to:

- Schowaj pan sobie tego dolara.

- A co, za mało? To ile?

- Nic.

- Jak to nic?

- Panie, ja przez tyle lat słuchałem za darmo Wolnej Europy, to mogę panu raz zaoferować kurs za darmo!

- To miłe, ale niech pan jednak weźmie tego dolara.

- Nie, nie wezmę.

Nowak później ze wzruszeniem opowiadał, że ten dolar, który został mu w ręku, znaczył dla niego więcej niż wszystkie odznaczenia, które otrzymał. To była jego nagroda.

Trzy lata później Nowak przyjeżdża ponownie do Warszawy. Wychodzi z hotelu, wsiada do taksówki. Szofer odwraca się i mówi:

- A to pan! To pan żeś tak nas tu wszystkich urządził! Niech pan sobie teraz poszuka innego taksówkarza.

Przed samotną wędrówką po Warszawie ostrzegał Nowaka Jacek Taylor. - Wuju - mówił - Warszawa nie jest już taka jak dawniej. Krucza jest dwa razy szersza. Nie ma centrum. Tam, gdzie były ulice, teraz stoi Pałac Kultury otoczony budkami i łóżkami polowymi rozstawionymi przez ulicznych handlarzy. Dzielnica dawnego getta jest zupełnie przebudowana.

"Nadejdzie jeszcze i nasz polski V-Day. Krakowskim Przedmieściem, Alejami, Marszałkowską - przewalą się ze śpiewem "Warszawianki" w wielkim pochodzie zwycięstwa tłumy pijane radością i szczęściem". Spotkanie w Auditorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego, 4 września 1989

W dziewiątą rocznicę Sierpnia '80 Nowak w Gdańsku witany był jak bohater. Z Lechem Wałęsą na pl. Solidarności, 31 sierpnia 1989

 

Ale Nowak daje sobie radę. Zaczyna od kościoła Zbawiciela. Potem zachodzi na Piękną 21 i Wilczą 57. Odszukuje domy, w których kiedyś mieszkał. Jedne się zachowały, inne nie istnieją. Idzie dalej Marszałkowską, skręca w Aleje Jerozolimskie i w Nowy Świat. Zachodzi do gimnazjum Mickiewicza przy ulicy Konopczyńskiego, do kościoła Świętego Krzyża i do Wizytek, który był jego szkolnym kościołem. Marszrutę kończy na Starówce, w katedrze Świętego Jana.

Podczas spotkania w Klubie Inteligencji Katolickiej w Gdańsku-Oliwie 1 września 1989 roku - a więc na świeżo - Nowak tak relacjonował tamten powrót:

"Przedwczoraj odbyłem nostalgiczną pieszą pielgrzymkę po Warszawie. Gdy doszedłem do katedry, pierwszy raz miałem łzy w oczach. Zobaczyłem słynnego Chrystusa ukrzyżowanego i uprzytomniłem sobie, że jestem tam dokładnie w rocznicę, kiedy w tej katedrze toczyła się walka, płonął Zamek, płonęła katedra. Opowiadał mi ojciec Rostworowski, który był kapelanem, że na podwórzu pod katedrą, może to była Dziekania, umierali żołnierze. Leżą ranni i umierają. Ktoś powiedział: - Niech ksiądz tam idzie! On poszedł, pochylał się nad każdym i pytał: - Chcesz się wyspowiadać? Jeśli nie, to powiedz, czy chcesz rozgrzeszenie. A jak nie możesz mówić, to skiń głową. W pewnej chwili podchodzi do jakiegoś ludzkiego ciała całkowicie przykrytego płaszczami i powtarza pytanie. Nie ma odpowiedzi. Sięga ręką pod płaszcz i wyczuwa jak gdyby stężone, zimne ludzkie ciało. Woła żołnierzy i mówi: - On już umarł. Zabierzcie go. Odsłaniają płaszcze, świecą latarkami, a tam Chrystus z katedry z rozłożonymi rękami wśród tych umierających powstańców.

Był to jakiś symbol, że ten Chrystus nie chce tych umierających zostawić samych. Po tylu latach widzę go wśród żywych. (...) To był jedyny moment mojego tak głębokiego wzruszenia, bo byłem tak oszołomiony wrażeniami, że nie mogłem się nawet wzruszyć".

Następne dni wypełniał triumfalny objazd po kraju. Nowak był w miejscach, które znał doskonale z relacji RWE, ale których nigdy po wojnie nie zobaczył na własne oczy. W Auditorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie rozpoczęły się wydarzenia marca 1968 roku, spotkał się z czterema tysiącami studentów. Pod bramą Stoczni Gdańskiej, która pamiętała Grudzień '70, obchodził rocznicę Sierpnia '80. Nowa Huta, Jasna Góra, Warszawa i gmach polskiego parlamentu - wszędzie, niespodziewanie dla niego, ludzie rozpoznawali go i oklaskiwali. Był w domu.

1. NASZA KLASA

DZIECKO PRZEŁOMU WIEKÓW - ŚMIERĆ OJCA - WĘDRÓWKI PO CYTADELI - POD KOŁDRĄ Z SIENKIEWICZEM - PIĄTKA Z SEWERYNÓWKA - HARCERSKA SZKOŁA ŻYCIA - PIERWSZE DOŚWIADCZENIE NIERÓWNOŚCI ETNICZNYCH I SPOŁECZNYCH II RP - UROK MARSZAŁKA - WICEPREMIER EUGENIUSZ KWIATKOWSKI - STUDIA W POZNANIU - PROFESOR EDWARD TAYLOR - CO SIĘ STAŁO Z NASZĄ KLASĄ?

 
 

Skąd w morzu przeciętności pojawiają się nagle jednostki wybitne? W jakiej mierze to zasługa ich samych, a w jakiej znak przeznaczenia? Nic nie zapowiadało, że obok nazwiska Zdzisława Jeziorańskiego wyrośnie kiedyś na stałe, skądinąd łatwo nadużywany, przymiotnik "legendarny". Były natomiast obawy, czy dziecko przyjdzie na świat zdrowe. Lekarz orzekł, że brzemienna matka, Elżbieta z domu Piotrowska, ma początki gruźlicy, a że jest wątłej budowy, wpadnie niechybnie w suchoty. Dziecko miało przyjść na świat zakażone i najpewniej szybko umrzeć. Jako osoba głęboko wierząca matka przyszłego kuriera z Warszawy zdała się na łaskę Opatrzności, która nie opuszczała już Nowaka przez całe życie.

Tylko działaniu siły wyższej można przypisać niezwykłe szczęście, jakie mu dopisywało i pozwalało wychodzić cało z beznadziejnych wydawałoby się opresji. Trafi do niewoli, ale z niej ucieknie - koledzy zginą w Katyniu. Wyprawi się w kilka brawurowych podróży kurierskich, i tylko dlatego, że nieświadom będzie wielkiej wsypy, sam uniknie aresztowania. Ci, którzy spróbują go ratować, przypłacą to życiem lub trafią do obozu. Nie zazna, tak jak Jan Karski, tortur w kaźniach Gestapo ani tak jak Władysław Bartoszewski grozy obozu koncentracyjnego. Bez szwanku wyjdzie z Powstania Warszawskiego. Wreszcie Opatrzność da mu szansę kierowania rozgłośnią polską Radia Wolna Europa, dzięki czemu, miast pędzić życie zgorzkniałego emigranta, zachowa wpływ na sprawę polską i poczucie, że w zasadzie kraju nigdy nie opuścił. Ktoś powie: - Miał szczęście. Tak, ale umiał też swemu szczęściu pomóc.

O ile konspiracyjny Jan Nowak (nazwisko to przybrał w 1943 roku przed kurierską misją do Londynu) urodził się 15 maja 1913 roku, o tyle prawdziwa data urodzin Zdzisława Jeziorańskiego to 2 października 1914 roku. Jednak data wcześniejsza ma swą niecodzienną historię. Zdziś urodził się bowiem w Berlinie, co dla patriotycznie nastawionego ojca było całkowicie nie do przyjęcia. Nie do przyjęcia było też wpisane do okupacyjnych dokumentów miejsce urodzenia Berlin, gdyż natychmiast zwracałoby to uwagę władz niemieckich i powodowało wiele niepotrzebnych pytań.

A dlaczego Zdzisław urodził się w Berlinie? Jak na zamożnych warszawskich mieszczan przystało, brzemienna Elżbieta Jeziorańska udała się do wód do Zoppot w celu podreperowania zdrowia. Warszawa znajdowała się wówczas w Imperium Rosyjskim, więc to, co dziś nazwalibyśmy wyjazdem do Sopotu, w roku 1914 było wyprawą za granicę do cesarskich Prus.

Wybucha pierwsza wojna światowa. Kiedy 1 sierpnia 1914 roku Niemcy wypowiadają wojnę Rosji, okazuje się, że Elżbieta Jeziorańska - poddana cara Mikołaja II - znajduje się na terytorium wrogiego państwa. Zostaje internowana, to znaczy przewieziona do Berlina, i osadzona w jednym z luksusowych hoteli. Tam właśnie w nocy z 2 na 3 października przychodzi na świat Zdzisław, który przyjedzie po raz pierwszy do rodzinnej Warszawy dopiero w sierpniu 1915 roku. Wtedy bowiem Rosjanie wycofali się z miasta, które zajęły wojska niemieckie. Elżbieta Jeziorańska wraz z dziewięciomiesięcznym synem mogła wówczas powrócić do domu.

Jest Nowak-Jeziorański świadkiem całego, rodzącego się wraz z nim, XX wieku. Z wybuchem pierwszej wojny światowej kończyła się epoka wieku XIX. Zdzisław Jeziorański przyszedł na świat dokładnie na progu najtragiczniejszego w dziejach świata stulecia, czasu globalnych konfliktów, uprzemysłowionej śmierci, komunistycznego i nazistowskiego totalitaryzmu, wieku, w którym ludzie poczuli się odarci z człowieczeństwa, a narody z wszelkiej nadziei.

Wprawdzie Rosji carskiej Jeziorański nie mógł już pamiętać, ale oczy kilkuletniego dziecka utrwalają obrazy z niemieckiej okupacji Warszawy od sierpnia 1915 do listopada 1918: żandarmi w okrągłych, miękkich czapkach, którzy na Dworcu Wileńskim wystawiali przepustki pasażerom chcącym wyjechać z Warszawy; przemarsz Alejami Ujazdowskimi niemieckich oddziałów w pikielhaubach; wojskowy balon obserwacyjny nad miastem i pochody 3 maja 1918 roku - spontanicznie obchodzone uroczystości, którym słabnące Niemcy nawet nie próbowały zapobiegać. Z balkonu domu rodzinnego przy ulicy Pięknej 21 widać było tego dnia ciągnący Marszałkowską patriotyczny tłum.

- Wie pan, nawet teraz, kiedy zamknę oczy, widzę ten pochód, słyszę te pieśni, te orkiestry, widzę legionistów albo ten tak zwany Polnische Wehrmacht - opowiada Nowak. - Pamiętam przyjazd Paderewskiego do Warszawy. Matka i babka wystawiły w oknach świece na jego powitanie. Pamiętam jak dziś drgające od wystrzałów pod Radzyminem żyrandole i całonocne modlitwy kobiet o zwycięstwo w bitwie warszawskiej 1920 roku.

W pamięć dziecka wryły się łzy wzruszenia matki i babki, Eugenii z domu Hełczyńskiej. Od nich Zdziś, niepojmujący jeszcze znaczenia wydarzeń, przejmie żarliwy patriotyzm, który tak znacząco wpłynie na koleje jego życia. W domu panować będzie kult polskich powstań, zwłaszcza styczniowego. Było to o tyle niecodzienne, że obie panie głosowały zawsze na listę endecką. Tymczasem główny ideolog Narodowej Demokracji Roman Dmowski potępiał zrywy narodowe, uważając je za bezsensowne szafowanie polską krwią. Nie tylko w tym aspekcie katolicki i narodowy dom Jeziorańskich odbiegać będzie od standardu międzywojennego ruchu narodowego. Będzie to dom jak najdalszy od wszelkiej ksenofobii, gdzie patriotyzm starannie oddzielano od prymitywnego nacjonalizmu, dom, w którym nie pojawi się nawet cień antysemityzmu.

W liście do swego przyjaciela Władysława Bartoszewskiego napisanym 12 listopada 1989 roku, a więc w początkowych miesiącach pierwszego niekomunistycznego rządu, kiedy dopiero kształtowała się polska scena polityczna, Nowak-Jeziorański pisał: "Jak wiesz, nigdy nie byłem sympatykiem endecji. Natomiast formację Chrzanowskiego, Halla i innych, którzy reprezentują umiarkowaną prawicę demokratyczną, oceniam pozytywnie. Podobnie jak PPS stanowiła najskuteczniejszą zaporę przeciwko komunizmowi, tak samo umiarkowana i liberalna endecja stanowi najskuteczniejsze zabezpieczenie przeciwko skrajnej endecji spod znaku Giertycha".

"Opowiadała ze zgrozą, jak w zimie 1863 roku Kozacy wpadli w nocy do dworu pod Suchedniowem i wypędziwszy mieszkańców, spalili go. W 1939 w czasie bombardowań zachowywała stoicki spokój. Umarła ze zmartwienia. - Po co ja dożyłam tej klęski - powtarzała, płacząc". Babka Eugenia z Hełczyńskich Piotrowska

"Ledwo czytałem, gdy ciotka Aniela Jeziorańska zaprowadziła mnie pod krzyż na stokach Cytadeli i pokazała nazwisko Jana Jeziorańskiego wyryte obok nazwisk członków Rządu Narodowego, z Trauguttem na czele, straconych w tym miejscu na szubienicy". Mama i ciotki przed wojną

 

Kilkuletni Zdziś na widok weterana 1863 roku nauczony będzie zdejmować czapkę. Wieczorami płynąć będą wspomnienia o tym, że nie było zrywu narodowego, w którym nie braliby udziału Jeziorańscy. Wspomnienia o tym, jak zimą 1863 roku Kozacy wpadli do dworu pod Suchedniowem i wypędziwszy mieszkańców, spalili go na oczach babki. O tym, jak z kolei babka ze strony ojca jako kilkunastoletnia panienka spędziła kilka dni w Cytadeli warszawskiej po zamachu bombowym na generała Fiodora Berga, ostatniego namiestnika Królestwa Polskiego. Dziewczynka stała w oknie i na swoje nieszczęście wyjęła chusteczkę, a zaraz potem rozległa się detonacja. Carska Ochrana uznała, że był to znak dla zamachowca.

Jedna z ciotek zaprowadzi kiedyś Zdzisia do warszawskiej Cytadeli na miejsce straceń członków Rządu Narodowego z Romualdem Trauguttem na czele. Na liście powieszonych z dumą pokaże nazwisko niejakiego Jana Jeziorańskiego. "Oznaczonego ranka w pobliże Cytadeli, gdzie ustawionych było pięć szubienic, napłynął z miasta gęsty tłum, szacowany na ok. 30 tys. ludzi. Tłum asystował, klęcząc, ze śpiewem Święty Boże. Kozacy i policja nie interweniowali. Traugutt został stracony pierwszy, Jeziorański ostatni" - pisał Stefan Kieniewicz w książce Powstanie styczniowe.

Drugim obok Jana uczestnikiem powstania styczniowego był Antoni Jeziorański, który walczył w oddziałach Langiewicza. Co ciekawe, obaj - Jan i Antoni - wywodzili się z neofickiego rodu frankistów z Jezierzan. Ich protoplaści przyjęli chrzest w katedrze lwowskiej w 1759 r.

Pierwszym tragicznym wspomnieniem utrwalonym w pamięci czteroletniego dziecka miała być jednak noc z Wielkiego Piątku na Wielką Sobotę 28 marca 1918 roku, kiedy w domu nie zgaśnie żadne światło, a niespokojna krzątanina zwiastować będzie nadejście czegoś strasznego: śmierci ojca obwieszczonej rozdzierającym płaczem matki.

Odejście ojca diametralnie zmieniło sytuację materialną rodziny. Matka, osoba o wielkim sercu i mądrości, okazała się w sprawach finansowych zupełnie niezaradna. W okresie szalejącej inflacji sprzedała majątek rodzinny, na który składał się pokaźny plac na Targówku i kamienica przy ulicy Pięknej. Jako patriotka, zamiast w dolarach, pieniądze ulokowała w polskich akcjach, które po roku pozbawione były wszelkiej wartości. Odtąd częste stały się w domu wizyty "zaufanego" antykwariusza. Ten po długich targach kupował od kobiet nagromadzone przez pokolenia rodowe srebra. Do jeszcze niedawno zasobnego mieszczańskiego domu zajrzało widmo biedy.

"Miałem cztery lata. Nikt nie przyprowadził mnie do niego, gdy ciężko zachorował i umierał. A jednak wyczuwałem, że dzieje się coś strasznego. Paliły się wszystkie światła, panowała niespokojna krzątanina. Nad ranem usłyszałem rozdzierający płacz matki". Ojciec Wacław Jeziorański

"Sienkiewicza czytałem z latarką pod kołdrą. Zawdzięczam mu osiem dwój na świadectwie i przeniesienie z Batorego do Gimnazjum im. Adama Mickiewicza przy ulicy Emiliana Konopczyńskiego". W tle szkoła i parkan boiska. Zdzisław Jeziorański - trzeci od prawej, 1929

 

Do materialnych kłopotów Elżbiety Jeziorańskiej doszedł kolejny. Zdziś przyniósł na półrocze osiem dwój (odpowiednik dzisiejszej jedynki) na 11 wykładanych przedmiotów. Uczęszczał wówczas do elitarnego gimnazjum imienia Stefana Batorego przy ulicy Myśliwieckiej. Stamtąd w "uznaniu" dla jego naukowych osiągnięć przeniesiony został do nie mniej słynnego gimnazjum imienia Adama Mickiewicza na Sewerynówku - dziś ulicy Konopczyńskiego. Swe "sukcesy" szkolne młody Jeziorański zawdzięczał fascynacji twórczością Henryka Sienkiewicza. Bez wytchnienia bowiem po nocach, pod kołdrą z latarką, a w ciągu dnia w toalecie - czytał Trylogię.

Swemu zauroczeniu Sienkiewiczem, a raczej całkowicie bezkrytycznemu zaślepieniu autorem Trylogii Nowak pozostaje wierny na zawsze. Wyznał mi w którejś z rozmów, że zwięzłość narracji i prostotę stylu, w jakim napisany jest Kurier z Warszawy, wyrobił sobie dzięki radiu - co oczywiste - ale przede wszystkim dzięki lekturom Sienkiewicza. Nie krył żywego oburzenia, gdy powiedziałem, że obok Kraszewskiego uważam go za jednego z arcynudziarzy polskiej literatury: - Ależ skąd! - z trudem łapał powietrze Nowak - to Żeromski wpadł w pułapkę okropnie rozwlekłych opisów przyrody. Sienkiewicz nigdy!

W grudniu 1976 roku pisze Nowak w londyńskich "Wiadomościach" esej Ostatnie chwile Sienkiewicza, w którym cytuje znamienne zdanie wypowiedziane przez swego mistrza. Warte jest przytoczenia, jako że Nowak uznał je za dewizę życia: "Z doświadczenia życiowego wiem - pisze Sienkiewicz do Marii Radziejowskiej - że jedyną drogą prowadzącą do względnego spokoju jest zapomnienie o sobie, a postulowanie jakiejś altruistycznej, wielkiej myśli ogólnej". "Trzeba mieć cel, wielki, zewnętrzny, trzeba przede wszystkim coś ogromnie umiłować, a wówczas miłość będzie parła do czynu i z pomocą rozumu znajdzie drogę".

Rozmawiając z Janem Nowakiem, wspomniałem, że niewiele jest osób, które całe życie podporządkowały jednej idei zamykającej się wielkim słowem: Polska. Dla wielu wartością wyższą była rodzina, życie zawodowe.

- Pan - ciągnąłem - żył jak w zakonie, dla tej jednej sprawy.

- I jestem rad z tego wyboru - odpowiedział słabym już głosem.

- Czy to był świadomy wybór?

- Świadomy, od samego początku. Zawsze uważałem, że źródłem szczęścia nie są korzyści osobiste, ale świadomość tego, co się zrobiło dla innych. To jest ta wielka altruistyczna idea, o której mówił Sienkiewicz.

We wspomnieniach Ryszarda Matuszewskiego Żółte dzioby, zielone lata jest zdjęcie z podpisem "Nasza piątka"; od lewej stoją: Janek Kwiatkowski, Zdziś Jeziorański, Jurek Lenczowski, Janek Kott i autor wspomnień. Sztubaki w szkolnych rondelkach w śniegu pod drewnianym parkanem oddzielającym od ulicy szkolne boisko. Piątka przyjaciół z jednej klasy: w ich późniejszych losach jak w kropli wody odbiły się tragiczne i powikłane dzieje pokolenia, którego szczenięce lata przypadły na czasy Polski niepodległej. W chwili gdy piszę te słowa, oprócz Jeziorańskiego, z całej paczki przyjaciół żyje jedynie Ryszard Matuszewski.

"Czy przedstawiciele zdziesiątkowanego przez wojnę i stalinizm pokolenia mogli sobie pozwolić na luksus zrywania przyjaźni? Ci, co przeżyli, uznali, że nie". Oparci o parkan boiska na Sewerynówku, od lewej: Kwiatkowski, Jeziorański, Lenczowski, Kott, Matuszewski, 1929

 

Janek Kwiatkowski, syn ówczesnego ministra przemysłu i handlu, budowniczego Gdyni i Centralnego Okręgu Przemysłowego, wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego, najbliższy przyjaciel Jeziorańskiego. Zginął we wrześniu 1939 roku w wyniku tragicznej pomyłki. Pełnił funkcje łącznika i jeździł na zdobycznym motocyklu. Charakterystyczny warkot niemieckiej maszyny zmylił polskich wartowników, którzy w ciemnościach oddali do niego strzały. Zginął od polskiej kuli. Nazwisko poległego przyjaciela posłuży Nowakowi za pseudonim w czasie jego konspiracyjnych misji podczas Akcji "N".

Jurek Lenczowski szykował się do kariery dyplomaty, ale wojna rzuciła go na emigrację do Stanów Zjednoczonych. Został profesorem w Berkeley i wybitnym ekspertem od spraw Bliskiego Wschodu w amerykańskich koncernach naftowych.

Jan Kott komunizował już przed wojną. Do Października '56 był jednym z najżarliwszych rzeczników ideologii marksistowskiej w Polsce. Wybitny krytyk literacki, znawca Szekspira i dramatu starogreckiego. W 1957 roku wystąpił z PZPR, w roku 1964 podpisał "List 34", po czym stał się jednym z bardziej aktywnych zbuntowanych intelektualistów. Emigrował z PRL, od połowy lat 60. był profesorem na nowojorskim Uniwersytecie Stony Brook.

Wreszcie Ryszard Matuszewski, eseista, krytyk, autor podręczników, wywodzący się z lewicującej PPS-owskiej rodziny. Wybuch Powstania Warszawskiego zaskoczył go na prawym brzegu Wisły. Dostał się do Lublina i nakazem mobilizacyjnym został wcielony do armii. Jako człowiek pióra trafił do redakcji "Polski Zbrojnej". Związał się z obozem lubelskim.

Dziś mówi o sobie:

- Cóż, byłem w PZPR z wyrachowania i dlatego ją opuściłem, aż wstyd powiedzieć, dopiero w 1981 roku.

Siedzimy w jego mieszkaniu przy ulicy Nowowiejskiej w Warszawie.

- Jeziorański był dla mnie Zdzisiem, gdy jeszcze nikomu się nie śniło, że będzie słynnym Janem Nowakiem. Chodziliśmy jeszcze do Batorego, razem przeszliśmy do Mickiewicza. Nieprzerwanie przez osiem lat byliśmy razem w klasie - wspomina Matuszewski. - Gdyby wówczas zadano mi pytanie, który z moich kolegów będzie bohaterem narodowym, nazwisko Zdzisia padłoby na jednym z ostatnich miejsc. Dlaczego? Po pierwsze, nie zdawałem sobie sprawy, jak wielką jest indywidualnością. Był szalenie roztargniony. Ponadto był drugą w klasie - po Janku Kotcie - łamagą. A trzeba wiedzieć, że Kott był łamagą rekordową. Zdziś miał nieskoordynowane ruchy. Po tym zorientowałem się, jak wiarygodną książką jest Kurier z Warszawy, bo Zdziś nie ukrył przed czytelnikiem swoich słabości. To, że przyznał się, iż w Londynie kazano mu skończyć kurs spadochronowy i on tego kursu nie skończył, to pół biedy. Nie każdy może skakać ze spadochronem. Dlatego przywieziono go mostem powietrznym. Ale jeżeli później, po powstaniu, ucieka do Szwajcarii i dobrzy ludzie na granicy niemieckiej dają mu rower, a on się przyznaje, że nie umie jeździć na rowerze! No, panie Jarku, niech pan przyzna, czy zna pan chłopaka, który nie umie jeździć na rowerze?

"Po powrocie z obozu wędrownego zacząłem rozmyślać, ile jest w Polsce chłopskich chałup, gdzie brakuje mleka i kartofli dla dzieci". Obóz wędrowny. Czwarty Jeziorański, piąty Matuszewski, ostatni - arcyłamaga Jan Kott. Szczawnica, lipiec 1930

 

Brak tężyzny fizycznej nie przeszkadza Jeziorańskiemu należeć do Trzeciej Warszawskiej Drużyny Harcerzy. Jest w niej zresztą i arcyłamaga Kott oraz wszyscy inni przyjaciele ze wspólnej paczki. W Kurierze z Warszawy chwycił mnie za gardło błahy z pozoru epizod. Oto podczas jednego z obozów harcerskich na Podkarpaciu Jeziorański styka się oko w oko z nędzą małopolskiej wsi:

"Zaszliśmy pewnego skwarnego popołudnia do chłopskiej zagrody napić się mleka. Gospodyni podała nam całą bańkę, a dzieci - było tego drobiazgu chyba z sześcioro - zaczęły drzeć się wniebogłosy i płakać.

- Co się stało, dlaczego dzieciaki płaczą?

- Nie będę miała mleka na kolację - odmruknęła kobiecina.

- Dlaczego sprzedajecie mleko, zamiast dać je dzieciom?

- Bo nie mam na zapałki. Jak nie zarobię tych kilku groszy, też będą głodne.

Nagle mleko nabrało gorzkiego smaku. Posypały się z uczniowskich portmonetek złotówki. Kobiecina dziękowała, pochlipując i wycierając oczy fartuchem".

Od tego czasu Jeziorańskiemu towarzyszyć będzie dojmująca świadomość panujących w II Rzeczypospolitej nierówności społecznych. Co charakterystyczne, chęć naprawy stosunków społecznych nie popchnie go nigdy na lewo, nie będzie głosił haseł rewolucji socjalnej, a na powaby komunizmu pozostanie wręcz immunizowany. Powie mi: - To, co się działo na Wschodzie, zdecydowanie i stanowczo odrzucałem i traktowałem jako zagrożenie.

Dlaczego? Może to była kwestia wychowania, domu rodzinnego, a może wyryty w pamięci obraz modlitw matki o zwycięstwo w bitwie z bolszewikami pod Radzyminem? Jednak pragnienie, by zlikwidować obszary biedy, pozostanie w nim. W wolnych chwilach chodzić będzie do biblioteki publicznej na ulicę Koszykową, by zgłębiać lektury poświęcone ruchowi spółdzielczemu w Danii. Rozwijać będzie swe pierwsze, młodzieńcze, społeczno-polityczne koncepcje. Ujmująca jest otwartość i empatia, jaką Nowak-Jeziorański od czasu podkarpackiej historii okazywać będzie zwykłym ludziom, tak ze wsi, jak i miasta. Umiejętność patrzenia z perspektywy innego człowieka rozwinie się u niego zwłaszcza w konspiracji, gdzie w podziemnej robocie zacierać się będą różnice stanowe. Charakterystyczny jest podziw, wręcz admiracja, z jaką pisze Nowak o szarych, często bezimiennych konspiratorach, łączniczkach, kolejarzach, dokerach i marynarzach, którzy zabezpieczali jego kurierskie misje, kolportowali prasę Akcji "N", o chłopach, którzy pod nosem Niemców wyrywali darń spod kół niemogącej wystartować dakoty: o wszystkich prostych ludziach, którzy nadstawiali za niego karku i którzy w gruncie rzeczy stanowili trzon ruchu podziemnego.

"W podchorążówce nie odpowiadał mi tępy dryl". Włodzimierz Wołyński, 1936

 

Wielonarodowa II Rzeczpospolita nie była wolna od napięć społecznych i etnicznych. Patriotyczna gorliwość obozu władzy w kraju, który po 120 latach odzyskał niepodległość, skutkowała przejawami ksenofobii i błędną polityką przymusowej asymilacji mniejszości narodowych. Warto przytoczyć kilka epizodów, które po latach będą prowadzić Nowaka do konkluzji, że jakiekolwiek próby dyskryminacji mniejszości przynoszą odwrotne do zamierzonych skutki i że nacjonalizm prędzej czy później mści się na tych, którzy stosują takie metody.

Jeziorański wspomina: - Byłem w artylerii konnej, podchorążówkę kończyłem we Włodzimierzu Wołyńskim. W czasie ćwiczeń mieszkaliśmy w chałupach ukraińskich. Byłem wśród ludzi prawosławnych, którzy mówili po ukraińsku, ale nie żywili żadnej wrogości wobec Polski, dopóki nie przyszło do dyskryminacji przy reformie rolnej. Chcieli tylko jednej rzeczy - więcej ziemi. Tymczasem byli dyskryminowani na rzecz tak zwanych osadników na Wołyniu. Tak wykształcił się nacjonalizm ukraiński.

Pamiętam, że miałem w moim działonie kaprala, który marzył o tym, żeby zostać w wojsku, być podoficerem Wojska Polskiego. Nie miał żadnych antypolskich urazów. Mówi do mnie: - Panie podchorąży, chciałbym zostać nadterminowym, to znaczy szkolić się na podoficera. Czy pan mógłby się wstawić za mnie do dowódcy dywizjonu? Poszedłem do podpułkownika i powiedziałem mu, że to fantastyczny podoficer, urodzony żołnierz. - Panie podchorąży, a pan nie wie o tym, że on jest prawosławny? - usłyszałem.

Kiedyś prowadziłem swój działon podczas manewrów. Noc księżycowa, jedziemy duktem leśnym, nastrój wspaniały. Przychodzi do mnie jeden z żołnierzy i pyta: - Panie podchorąży, czy pan by pozwolił, żebyśmy swoje ukraińskie piosenki pośpiewali? Zgodziłem się. Następnego dnia doniósł na mnie jeden z Polaków. Stanąłem do raportu karnego... Nienawiść rodziła nienawiść.

"Panie podchorąży, czy pan by pozwolił, żebyśmy swoje ukraińskie piosenki pośpiewali? Zgodziłem się. Następnego dnia stanąłem do raportu karnego....". Zdzisław Jeziorański - najwyższy rząd, piąty z prawej. Włodzimierz Wołyński, 1936

 

Gdy podczas działań wojennych we wrześniu 1939 roku Jeziorański skryje się w sianie w jednej z ukraińskich zagród, zastanawiać się będzie: "Jeśli znajdą mnie gospodarze, a słyszę, że rozmawiają po ukraińsku, to mnie zabiją widłami. Jeżeli mnie odkryją Niemcy, to może będę miał szansę przeżycia. I tak się stało. Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę".

Zapewne pod wpływem tych przeżyć Jeziorański staje się rzecznikiem liberalnej polityki wobec grup mniejszościowych. Tylko taka polityka daje szansę na tak zwaną asymilację państwową, która nie stoi w żadnym konflikcie z wiernością wobec własnego języka i narodowości, a jednocześnie stwarza lojalność wobec tego państwa, lojalność obywatelską. Za wzór asymilacji państwowej Jeziorański uważał sytuację liberalnej Galicji, w której Polacy, poddani Franciszka Józefa, mieli takie same prawa jak obywatele innych narodowości w austriacko-węgierskim imperium.

Powróćmy do świadectwa przyjaciela ze szkolnej ławy Ryszarda Matuszewskiego: - Zdziś był raczej prawicowy. Na jego światopogląd silnie wpłynęło to, że był częstym gościem u Kwiatkowskich. Sam Janek Kwiatkowski dla takich przemądrzałych intelektualistów jak Janek Kott i ja niespecjalnie był ciekawy. Infantylny, pasjami lubił płatać figle, rozsypywać proszki wywołujące kichanie, podkładać nauczycielom gumowe żaby czy robić użytek z sikaczy do śmigusów. Poza tym nie był humanistą. Poszedł na politechnikę. Natomiast ojca miał wspaniałego. Postać historyczna, najciekawsza osobowość w obozie piłsudczykowskim. Dowodem dużej inteligencji i intuicji Zdzisia jest to, że on to wyczuł i poprzez Janka trafił do domu Kwiatkowskich. To był wysoki szczebel ówczesnych elit. Mnie byłoby trochę głupio się tam pchać. Bywałem bez przerwy w domu babki Janka Kotta czy u Lenczowskich, ale nie u Kwiatkowskich. Wspólne lata z Jankiem Kwiatkowskim nie zaowocowały u mnie znajomością z wicepremierem. A u Zdzisia tak.

"Dopiero z perspektywy lat zrozumiałem, że gdyby nie Piłsudski i jego zwycięstwo w 1920 roku, to pewnie wychowałbym się w sowieckim Komsomole". Defilada oddziałów piechoty przed marszałkiem Józefem Piłsudskim (na trybunie). Pole Mokotowskie, 11 listopada 1934

 

Eugeniusz Kwiatkowski był zaprzysięgłym piłsudczykiem, czego nie mógł zrozumieć młody Jeziorański, który wyniósł z domu niechęć do tradycji Polskiej Partii Socjalistycznej. Ale i to za sprawą Kwiatkowskiego uległo zmianie. Pewnego dnia Jeziorański wraz z synem wicepremiera trafia na trybunę honorową podczas defilady na Polu Mokotowskim. - Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem Piłsudskiego. Jak powiadam, w moim domu nie było żadnego fanatyzmu, ale była pewna niechęć do Piłsudskiego. A jednak kiedy zobaczyłem po raz pierwszy, jak przyjmował defiladę w tym swoim stroju, z wielką wstęgą Virtuti Militari, to nie widziałem w ogóle wojska, nie patrzyłem na defiladę, ale cały czas miałem w niego utkwione spojrzenie. Po uroczystości Marszałek wmieszał się w grupę rządową i stałem od niego w odległości takiej, jak teraz pan ode mnie. I słyszałem ten zaciągający, szalenie miękki głos. Pamiętam to uczucie jakiejś miękkości. Ten uśmiech i jasnoniebieskie oczy: zupełnie inny Piłsudski. Tą pozorną miękkością - bo w rzeczywistości był twardy i despotyczny - zjednywał sobie ludzi.

Swój stosunek do Piłsudskiego Nowak po latach określi tak: - Muszę przyznać, że zamach majowy przyjąłem z ulgą. Rosnąca wówczas anarchia wydawała się powtórką z upadku Rzeczypospolitej szlacheckiej. Niestety, reformy po przewrocie były nietrafione, a kryterium doboru ludzi na kierownicze stanowiska opierało się nie na umiejętnościach, lecz na członkostwie w Pierwszej Brygadzie albo przyjaźni z Marszałkiem. Dopiero z perspektywy lat zrozumiałem, że gdyby nie Piłsudski i jego zwycięstwo w 1920 roku, to pewnie wychowałbym się w sowieckim Komsomole. Oczywiście mam mu za złe Brześć i Berezę Kartuską, zniknięcie generała Włodzimierza Zagórskiego - oczywistą zbrodnię - ale w sumie był bez wątpienia postacią dominującą w historii Polski.

"Schlebiało mi niesłychanie, że oto wielki dygnitarz, wicepremier, potrafi mnie, szczeniakowi, cierpliwie tłumaczyć, dlaczego na przykład nie należy dewaluować złotego". Eugeniusz Kwiatkowski

 

Kwiatkowski imponował Jeziorańskiemu, tak jak może imponować obdarzony darem słowa trzydziestoośmioletni minister przemysłu i handlu trzynastoletniemu młokosowi. Jak wspomina Nowak, wicepremier znajdował czas, by tłumaczyć mu, dlaczego nie należy dewaluować złotego, lub przekonywać o znaczeniu portów i floty morskiej dla rozwoju polskiej gospodarki. Kwiatkowski wyrobi w młodzieńcu przekonanie, że o ile poprzednie pokolenia o swoim patriotyzmie zaświadczać musiały krwią, o tyle patriotyzm pierwszego pokolenia wolnej Polski polegać ma na pracy pozytywistycznej - dźwiganiu kraju z cywilizacyjnego zapóźnienia.

Już niebawem, we wrześniu 1939 roku, miało się okazać, jak bardzo ta właśnie prognoza wybitnego męża stanu okazała się chybiona. Dzieło życia Kwiatkowskiego, wszystko, co budował, legło w gruzach, a on sam znalazł się na wygnaniu, internowany w Rumunii. Pokoleniu jego syna za wolność przyszło płacić życiem.

"Profesor pochodził ze szkockiej rodziny, która jak sienkiewiczowski Ketling osiedliła się w Polsce w XVII w. Był najwybitniejszym polskim teoretykiem ekonomii i myślicielem. Ten, kto przedarł się przez jego niełatwy styl, odkrywał nowe horyzonty". Profesor Edward Taylor

 

Zaraz po maturze Jeziorański zostaje zaproszony do Mościc, do wielkiej fabryki nawozów sztucznych, której twórcą i dyrektorem był Eugeniusz Kwiatkowski. Nowoczesna na owe czasy fabryka była dobrą ilustracją wysiłku cywilizacyjnego podejmowanego przez młode państwo. Kwiatkowski radzi: - Niech pan studiuje ekonomię. Wiedziony pozytywistycznym przekonaniem Jeziorański, idąc za radą wicepremiera, pojedzie do Poznania na studia u wybitnego ekonomisty profesora Edwarda Taylora, bo właśnie w Poznaniu był jedyny wówczas uniwersytecki wydział ekonomii w Polsce.

Jeziorański zjawia się tam bez grosza przy duszy. Na przejazd i wpisowe wydaje ostatnie 48 złotych, które zdobył, sprzedając cudem odnaleziony w szpargałach po ojcu złoty dukat z Matką Boską. - Szukałem spokojnej przystani, bo chciałem naprawdę dobrze przestudiować swoją specjalność - wspomina.

Utrzymywać się miał sam, dorabiając jako buchalter w kancelarii notarialnej, która należała do ojca Józefa Garlińskiego, późniejszego historyka emigracyjnego. Na drugim roku studiów otrzymał tylko połowę stypendium państwowego i musiał wyżyć za 60 złotych miesięcznie. Jednak Taylor roztoczy nad Jeziorańskim niemal ojcowską opiekę: patronuje jego studiom, stara się dla niego o pełne stypendium, wreszcie proponuje mu asystenturę przy swojej katedrze. Lata spędzone w Poznaniu będą najspokojniejsze w życiu przyszłego kuriera z Warszawy. Żadnych istotnych przygód, tylko nauka, bo od niej zależało otrzymanie stypendium. Jeziorański stronić będzie od polityki, nie zapisze się nawet do żadnej studenckiej korporacji.

Nic ciekawego dla biografa. Wydawało się natomiast, że żadna siła nie może przeszkodzić jego błyskotliwej karierze naukowej. Pierwsze rozdziały doktoratu Cykl koniunktury gospodarczej w Polsce 1929-1936 leżały już w szufladzie, nieodległa była perspektywa wyjazdu na stypendium Rockefellera - kiedy wybuchła wojna.

Eugeniusza Kwiatkowskiego widzi Jeziorański po raz ostatni sześć dni przed kampanią wrześniową. Wicepremier, zawsze pełen zapału i optymizmu, tym razem jest w nastroju odbiegającym od panującej na ulicach euforii wyrażanej hasłem "Silni, zwarci, gotowi". Gdy młodzież jechała na front niczym na ćwiczenia wojskowe, on, zdając sobie doskonale sprawę z olbrzymiej różnicy potencjału przemysłowego Polski i Niemiec, przewidywał długą i wyczerpującą wojnę, którą można byłoby wygrać tylko z pomocą Francji i Anglii wspartych przemysłową potęgą Stanów Zjednoczonych.

Zdzisław Jeziorański nawiąże z Eugeniuszem Kwiatkowskim bliski korespondencyjny kontakt, gdy ten przebywać będzie na wygnaniu w Rumunii. Wymiana listów przetrwa wojnę, choć ich autorzy już się nie spotkają. Można jednak mówić o jakimś szczególnym związku, jaki powstał między mężczyzną, który na wojnie stracił jedynego syna, i przyjacielem syna ze szkolnej ławy, który w dzieciństwie stracił ojca.

O przywiązaniu Nowaka do Kwiatkowskiego świadczą liczne audycje RWE temu ostatniemu poświęcone oraz teksty wspomnieniowe, które Nowak napisał po jego śmierci w 1974 roku. W eseju Eugeniusz Kwiatkowski opublikowanym w emigracyjnym "Tygodniu Polskim" we wrześniu 1974 roku poparł decyzję - wręcz utożsamił się z nią - przedwojennego wicepremiera, który podjął współpracę z rządem lubelskim w dziele odbudowy Gdańska, Gdyni i Szczecina. Kwiatkowski nie wahał się ani chwili po tym, jak zobaczył zdjęcia zniszczonej w działaniach wojennych Gdyni przywiezione mu do Rumunii przez Jerzego Borejszę, wpływowego publicystę i wydawcę komunistycznej Polski. Decyzja ta uznana została za zdradę i kolaborację z reżimem przez niezłomnych akowców czekających w lasach na wybuch trzeciej wojny światowej - oraz przez lwią część londyńskiej emigracji. Ale, co znamienne, nie przez Nowaka.

Nowak był i pozostał antykomunistą, nigdy nie był jednak antykomunistą zaślepionym. Był na emigracji, zdawał sobie sprawę, jak złożone i trudne moralnie muszą być wybory ludzi, którym przyszło żyć po drugiej stronie żelaznej kurtyny. Do końca życia Eugeniusza Kwiatkowskiego okrężnymi drogami utrzymywać z nim będzie korespondencyjny kontakt. Adresat mieszkał wówczas w rodzinnym Krakowie.

Po odmowie przejścia na nową wiarę w 1948 roku Kwiatkowski usunięty został ze stanowiska pełnomocnika rządu do spraw odbudowy Wybrzeża, pozbawiony prawa pobytu nad Bałtykiem, objęty zakazem nauczania i druku oraz prawa do wszelkiej działalności publicznej. Pisze Nowak: "Była to jedna z najszkodliwszych zbrodni popełnionych przez rządy PRL. Odebrano możliwość działania i służenia krajowi jednemu z najwybitniejszych i najbardziej utalentowanych strategów, jakich Polska wydała. W chwili, gdy Kwiatkowski został usunięty ze swej ofiarnej służby Polsce, miał lat sześćdziesiąt, był pełen energii, chęci działania. Zniszczono żarliwego patriotę o nieposzlakowanej prawości, człowieka o niepospolitych zdolnościach".

Wychowywany wśród kobiet Zdzisław Jeziorański styka się w młodym wieku z dwoma wybitnymi mężczyznami o indywidualnościach, które wywarły na niego niebagatelny wpływ. Zapytałem go, w jakim stopniu Kwiatkowski i Taylor zastępowali mu przedwcześnie utraconego ojca. Pytanie go zaskoczyło. Choć był już u schyłku życia, wyznał, że nigdy się nad tym nie zastanawiał. Po chwili ciszy powiedział: - Stosunek do nich w pewnym stopniu rekompensował mi fakt, że wychowywałem się bez ojca. Zwłaszcza Taylor był wobec mnie bardzo ojcowski.

Związek z profesorem Edwardem Taylorem wzmocni się podczas okupacji, kiedy to Zdzisław Jeziorański, niedoszły doktor ekonomii, przyjeżdżać będzie na wieś do Opatkowic Murowanych pod Jędrzejowem, gdzie przebywał wraz z rodziną wysiedlony z Poznania profesor. Jeziorański przywozić mu będzie z warszawskich bibliotek potrzebne do pracy naukowej książki. Profesor i jego asystent szli wówczas na długie spacery, podczas których Taylor trafnie prognozował powojenny rozwój wypadków i wpływ wojny na gospodarczy rozwój świata.

Jacek Taylor, wnuk profesora i wieloletni przyjaciel Jeziorańskiego, wspomina, jak wuj (w ten sposób Nowak kazał się Jackowi Taylorowi do siebie zwracać) po wielekroć do tych rozmów już na emigracji powracał: - Dziadka zawsze uważałem za naukowca, ekonomistę. Tymczasem wuj powiedział mi kiedyś, że dziadek był kimś więcej niż naukowcem. To był myśliciel!

Dwie były przyjaźnie ze szkolnej ławy, które przetrwały wojenne i polityczne zawieruchy: z Ryszardem Matuszewskim i Janem Kottem. Matuszewski po wojnie związał się z nową władzą. W październiku 1946 roku znalazł się w Londynie, gdzie przyjechał z grupą peerelowskich dziennikarzy na zaproszenie rządu brytyjskiego. On sam reprezentował "Polskę Zbrojną". Już nad Tamizą dowiedział się od wspólnych znajomych, że w Londynie przebywa także Jeziorański. Po raz ostatni widzieli się podczas okupacji, kiedy to każdy z nich siedział po uszy w konspiracyjnej robocie. Ówczesne spotkanie siłą rzeczy ograniczyło się do rozmowy bardzo powierzchownej. W październiku 1946 roku obu przyjaciół dzieliła już polityczna przepaść. Nowak miał powiedzieć, że "o ile z dawnym Rysiem Matuszewskim chętnie by się zobaczył, o tyle wcale nie ma ochoty na spotkanie z oficerem polityczno-wychowawczym armii marszałka Roli-Żymierskiego".

To właśnie w Londynie Matuszewski dowiedział się o kurierskich wyczynach Nowaka, które opisane zostały dopiero 30 lat później. Natychmiast poprosił o jego numer telefonu. Gdy tylko usłyszał głos "Zdzisia", zameldował: - Tu oficer polityczno-wychowawczy armii marszałka... Po chwili milczenia w słuchawce padło pytanie: - Rysiek?

Lody pękły w czasie nocnej Polaków rozmowy. Obaj uznali, że ważniejsze dla nich jest to, co łączy, a nie to, co dzieli. Odtąd Matuszewski spotykał się z Nowakiem, ilekroć przebywał za granicą. Pierwszą do tego sposobnością była popaździernikowa odwilż 1956 roku. Spotkanie odbyło się w Paryżu. Dla dyrektora rozgłośni nadającej do Polski bezcenne były spotkania z ludźmi z kraju, zwłaszcza z członkami partii orientującymi się w kulisach władzy i układzie sił.

Nie trzeba dodawać, jak wiele ryzykowali wówczas rozmówcy Nowaka. To oni wracali do kraju, to oni narażali się na represje za spotkanie z człowiekiem, który już wówczas dla władz PRL był diabłem wcielonym, psem łańcuchowym amerykańskiego imperializmu.

Matuszewski i Nowak spotkali się jeszcze w USA w latach 1979 i 1986, kiedy to "Ryś" przyjechał na stypendium załatwione przez przyjaciela, dzięki czemu mógł zobaczyć całe Stany.

W odróżnieniu od Matuszewskiego, który do partii wstąpił z politycznego wyrachowania, Kott wierzył w komunizm i z Komunistyczną Partią Polski flirtował już przed wojną. Znalazł się z tego powodu w tarapatach, z których wyciągnął go sam wicepremier Kwiatkowski. Kott już podczas okupacji związał się z Polską Partią Robotniczą - co w środowisku Armii Krajowej uchodziło za zdradę. Wywodził się z zasymilowanej rodziny żydowskiej i ze "Zdzisiem" toczył niekończące się ideologiczne spory, które choć w niczym nie zbliżały do siebie ich poglądów, zbliżały jednak przyjaciół. Jeziorański, wolny od wszelkiego antysemityzmu, pozostawał pod wpływem żywej inteligencji i błyskotliwości umysłu Kotta.

Po wojnie ideowy komunista Kott jest jednym z czołowych rzeczników upolitycznienia literatury. Jeziorański przyznaje, że tylko zwykłemu kumoterstwu należy zawdzięczać to, że nie rzucił przyjaciela na pożarcie radiowym satyrykom, Marianowi Hemarowi czy Wiktorowi Trościance. Nie pożałował wyboru, bo już w 1957 roku Kott rzucił legitymację partyjną i stanął, jak pisze Nowak, "w awangardzie łamaczy lodów" - wśród ludzi, którzy torowali drogę do październikowych przemian. Imponowało Nowakowi to, że Kott, kiedy przyjechał do Szwajcarii, zadzwonił do Monachium, do samej jaskini lwa, i jakby nigdy nic powiedział charakterystycznym dyszkantem: - Jestem w Genewie, jeśli chcesz, przyjeżdżaj. Pogadamy. - Oniemiałem. Co za nieprawdopodobne ryzyko! Potem spotkania były regularne. Był jeszcze członkiem PZPR, dawał mi lekcję stosunków wewnątrzpartyjnych, układów, motywacji. To była bezcenna pomoc - mówi Nowak.

Kott tak wspominał ówczesne kontakty: "Podczas każdego z moich wyjazdów za granicę telefonowałem do niego na umówiony numer z ulicznych budek, nigdy z hotelu. Raz jeden pojechałem nawet do Monachium. Informowałem go najdokładniej, jak umiałem, o sytuacji w partii. Nie potrafię nawet teraz dokładnie powiedzieć, dlaczego to robiłem. Na pewno pociągała mnie gra, ryzyko i nowa zabawa w konspirację, zwłaszcza w Monachium, gdzie Zdziś ukrył mnie u znajomego księdza i pozwalał wychodzić na miasto tylko wieczorem, w ciemnych okularach. Ale nie to było ważne. Od Nowaka dzieliła mnie polityczna przeszłość i widzenie przyszłości. Długo jeszcze byłem po innej stronie. Zdawałem sobie jednak jasno sprawę z tego, że w grozie nadchodzenia Moczara i coraz bardziej zaciskającej się obroży w tym podziale na "oni" i naród, RWE jest sojusznikiem i oparciem".

Przyjaciele świetnie się rozumieli, pojawiła się jednak w ich relacjach pewna rysa. Jan Kott w cytowanym tu Przyczynku do biografii przytacza epizod, który Nowaka niezmiernie zranił. Kott pisał: "Łączyły mnie ze Zdzisiem stare więzy i miałem absolutne zaufanie do jego dyskrecji. A jednak... W Monachium w jego gabinecie zobaczyłem na biurku czarne podłużne pudełko. Wydawało mi się, że dobiegał z niego jakby szmer obracającej się taśmy. - Ty mnie nagrywasz! Zdziś poczerwieniał, potem nagle stał się blady jak prześcieradło. - A więc już tak cię wychowali... Teraz ja poczerwieniałem ze wstydu".

Przyznam, że cytat podaję tylko z kronikarskiego obowiązku, bo nie wierzę relacji Kotta. Nie jest prawdopodobne, by rozmowa odbywała się w gabinecie dyrektora RWE. Po pierwsze, nie po to Nowak ukrywał Kotta w mieszkaniu kapelana RWE księdza Tadeusza Kirschkego, by potem zapraszać go na pogawędki do swego gabinetu! Po wtóre, całkowicie odrzucam ewentualność, że Nowak nagrywał przyjaciela. Po trzecie, nawet jeśli przyjąć tak absurdalną supozycję, jako wypróbowany konspirator nie robiłby tego w tak dziecinny sposób.

W relacji Nowaka, który miał reputację pedantycznego dokumentalisty, wszystko wygląda inaczej:

"Kiedy indziej spotkaliśmy się w pokoju hotelowym w Paryżu w pobliżu Tuileries. Kott nagle przerwał swoje wywody w połowie zdania i wskazując na małą walizeczkę, zapytał ostro: - Co tam jest? Mikrofon? Nagrywasz mnie? Otworzyłem pudełko bez słowa. W środku był aparat fotograficzny, Janek zawstydził się mocno".

Kott w połowie lat 60. wyemigrował z Polski, pozostał jednak przyjacielem rozgłośni RWE, a z Nowakiem utrzymywał częsty kontakt telefoniczny do końca swego życia. W połowie lat 70., kiedy senator James Fulbright zabiegał o zlikwidowanie Wolnej Europy, Kott słał listy do amerykańskiego Senatu, podkreślając znaczenie RWE dla kształtowania opinii Polaków zamkniętych za żelazną kurtyną. Listy te wywierały niemałe wrażenie, gdyż Kott słusznie postrzegany był jako przedstawiciel liberalnej lewicy.

"Stawały mi przed oczyma ich młode twarze. Jak w litanii powtarzały się słowa: rozstrzelany na Pawiaku, powieszony w Auschwitz, zginął w powstaniu na Woli, w ataku na PAST-ę, w bitwie pod Kutnem, na morzu, śmiercią lotnika, zakatowany, stracony, zmarł od ran...". Zdzisław Jeziorański w trzecim rzędzie trzeci z lewej pod portretem prezydenta Mościckiego. Za nim, po jego prawej - Jan Kott, po lewej Ryszard Matuszewski.Matura, klasa VIII a, czerwiec 1932

 

Nowak nigdy nie będzie zaliczał sam siebie do emigracji ludzi niezłomnych, którzy uznali, że prawdziwa Polska jest tylko i wyłącznie w Londynie, gdzie jest legalny rząd, prezydent, partie polityczne, nie zaś w kraju zmienionym w sowiecki protektorat. Dla niego najważniejszy pozostanie kraj, polskie społeczeństwo. Żyć będzie każdą wiadomością płynącą z Polski; dla postaw i wyborów poszczególnych osób zachowa wiele tolerancji i zrozumienia. Także przynależność do PZPR nie będzie w kontaktach z Nowakiem czynnikiem w żadnej mierze dyskwalifikującym. - Skoro tak - zapytałem Nowaka - gdzie leżała granica, po przekroczeniu której odmawiał pan kontaktu z rozmówcą z Polski? - Proszę pana, tak długo, dopóki ten ktoś, wykorzystując swą pozycję, nie krzywdził innych ludzi. Sytuacja w Polsce była tak złożona, że sama przynależność do partii nic nie mówiła. Trzon naszych informacji z kraju płynął ochotniczo od członków partii. Oni wiedzieli. Szary antykomunista nic nie wiedział.

Gdy zbierając materiały do książki, spotkałem się z Ryszardem Matuszewskim, okazało się, że dzień wcześniej był w odwiedzinach u "Zdzisia", który przyjął go, leżąc w łóżku. Nie czuł się najlepiej. Przez godzinę rozprawiali o losach kolegów z klasy z Gimnazjum imienia Mickiewicza na Sewerynówku, pokoleniu rozstrzelanych, rozrzuconych po świecie. To właśnie Matuszewski przysłał Nowakowi 15 lat po wojnie broszurkę Młody las - materiały ze Zjazdu Wychowanków Gimnazjum. Od refleksji nad tą książeczką rozpoczyna się Kurier z Warszawy; wspomnienie losów kolegów, które tamten zjazd zamieniły w jeden wielki apel poległych. Pod koniec książeczki umieszczono ich długą listę. Pisze Nowak: "Stawały mi przed oczyma ich młode twarze, gdy odczytywałem nazwiska, przy których, jak w litanii, powtarzały się te same słowa: rozstrzelany na Pawiaku, powieszony w Auschwitz, zginął w powstaniu na Woli, zginął w ataku na PAST-ę, zginął w bitwie pod Kutnem, zginął na morzu, zginął śmiercią lotnika, zamordowany przez Gestapo, zginął w Katyniu... rozstrzelany, powieszony...".

Więź pokoleniowa łącząca Matuszewskiego, Kotta i Jeziorańskiego okazała się silniejsza niż polityczna przepaść. Bo czy też przedstawiciele zdziesiątkowanego przez wojnę i stalinizm pokolenia mogli sobie pozwolić na luksus zrywania kontaktów? Oni trzej uznali, że nie.

2. NIE TAK MIAŁO BYĆ

UPOKORZENIE I KLĘSKA - SERIA CUDOWNYCH OCALEŃ - WZOROWY OFICER JÓZEF CYRANKIEWICZ - UCIECZKA - W KAWALERYJSKICH BUTACH DO WARSZAWY - KTO HANDLUJE, TEN ŻYJE - PRZYSIĘGA ŻOŁNIERZA - AKCJA "N" - W KOLEJARSKIM MUNDURZE - "ŻBIK" - SZWEDZKIE STATKI ZAWIJAJĄ DO GDYNI - "ZYCH" STAWIA WARUNKI - KURIER "ZAGRODY" - SZWECJA PO RAZ PIERWSZY

 
 

Opustoszałe koszary dywizjonu artylerii konnej w Dubnie od kilku dni zapełniały się rezerwistami. Jednostka liniowa zajęła już pozycję na granicy z Niemcami. Poranek 1 września 1939 roku nie zapowiadał niczego nadzwyczajnego. Jak co dzień niedawno zmobilizowany plutonowy podchorąży Zdzisław Jeziorański wybierał się właśnie na śniadanie do kasyna, gdy ujrzał biegnącego i wymachującego rękami podchorążego Moczulskiego. Ten wołał radośnie:

- Wojna, wojna! Zaczęło się!

Od tej chwili w życiu Jeziorańskiego, jak i milionów rodaków, nic już nie było tak jak dawniej. Wszystkie plany oparte na dającej się przewidzieć przyszłości legły w gruzach. Nikt nie wiedział, co przyniesie kolejny dzień. Mocarstwowa II Rzeczpospolita, fundament, na którym wspierać miało przyszłość pierwsze pokolenie Niepodległej, rozpadła się w ciągu kilku wrześniowych tygodni jak domek z kart.

Wspomnienia Nowaka z kampanii wrześniowej nie odbiegają od podobnych świadectw tamtego ponurego dla Polski czasu. Bezradność. Chaos. Apatia, która wzmagała się po każdej dochodzącej do podchorążych złej wiadomości. Dobrych wiadomości nie było.

Wojna zaczęła się od ewakuacji: najpierw trzydniowa podróż zbombardowaną linią kolejową do Zamościa, do zapasowego ośrodka artylerii konnej, gdzie zebrało się 700 rezerwistów z całego kraju. Jednak ośrodek miał w wyposażeniu tylko dwa działa, nie było więc mowy o żadnym sposobieniu się do walki. Rezerwistów umieszczono w starym zamku. Podczas nalotów kazano im schodzić do podziemnych, pogrążonych w egipskich ciemnościach średniowiecznych korytarzy, które biegły pod miastem. Niemcy bombardowali codziennie.

"Gdy po jednym dniu walki na froncie dostałem się do niewoli, uświadomiłem sobie całe swe poniżenie. Właściwie nie było już po co żyć! Mocarstwo runęło w ciągu kilku dni jak domek z kart". Wkroczenie wojsk niemieckich do Polski, 1 września 1939

 

Po bezczynnie spędzonym tygodniu kolejna ewakuacja. Drogi zapełnia ludność cywilna uciekająca pieszo, na rowerach, konnych wozach. W rzece ludzi płyną zabłąkane oddziały wojskowe bezradnie szukające macierzystych jednostek, konwoje ewakuowanych urzędów, dygnitarskie limuzyny. Wszyscy żółwim tempem podążają na wschód. I tylko atak niemieckich sztukasów Ju 87 sprawia, że ta rzeka pogodzonych z losem ludzi w panice pierzcha na boki, kryjąc się w przydrożnych rowach. Jasno objawia się groza wojny totalnej. Pierwsze ofiary. Ludzkie zobojętnienie wobec śmierci. Jeziorański opuszcza kolumnę żołnierzy na własną rękę, z grupą kolegów postanawia dotrzeć na przeciwną stronę Bugu, by wziąć udział w obronie organizującej się podobno na linii rzeki. Trafia do Uściługu, do baterii sześciu dział dowodzonej przez kapitana Witolda Herdegena. Nazwisko dobrze się Jeziorańskiemu kojarzy. Zna Herdegena z podchorążówki.

Jeziorański i jego koledzy mają stanowić rezerwę na wypadek strat w ludziach w pierwszym rzucie. Działa, tak zwane prawosławne, pamiętające jeszcze czasy dawnej carskiej armii, ustawione na wysokim wschodnim brzegu Bugu tłuką na wprost przez rzekę. Strzelanie na wprost to rzadki we współczesnej wojnie przywilej artylerzysty.

- To było bardzo łatwe - wspomina Nowak. - Zawsze był jeden strzał krótki, drugi strzał długi, a trzeci trafiał w cel. Widzieliśmy z satysfakcją, jak te samochody pancerne, albo po prostu służące do przewożenia wojska, rozlatywały się na kawałki.

Z ciężarówek po drugiej stronie wysypują się niemieccy żołnierze. Pojazdy stają w ogniu. Jednak jedno z dział baterii uparcie milczy. Zadanie Jeziorańskiego i grupki jego podwładnych polega na ponownym uruchomieniu leżącego na dalekiej flance działa. Herdegen nakazuje obejść ostrzeliwany szrapnelami Uściług od wschodu: - Uruchomi pan działo. Amunicji powinno być na miejscu dosyć.

Droga wiedzie przez zarośla i gęsto zadrzewiony teren. Na ostatnich kilkuset metrach oddzielających las od przysiółka, opodal którego rozlokował się działon, rozciąga się rozległe rżysko. Jeden z podwładnych krzyknie: - Panie podchorąży, Niemcy! Jeziorański nie tylko nie dostrzeże nieprzyjaciela, ale ostrzeżenie uzna za przejaw paniki i tchórzostwa. Pewny, że pociągnie za sobą cały patrol, rusza w pole. W połowie dystansu sypie się na niego grad kul wystrzelonych przez idących w tyralierze żołnierzy Wehrmachtu. Pod nogami pryskają grudki zerwanej kulami ziemi. Jeszcze kilkanaście metrów. Dopada najbliższej zagrody, niczym skoczek wzwyż przeskakuje ogrodzenie i bez namysłu zagrzebuje się w stojącym na podwórzu stogu siana. Za chwilę są tam Niemcy. Niczego nie zauważają. Ruszają w dalszą pogoń.

- Chciałem za wszelką cenę uniknąć niewoli, a groziły mi dwa niebezpieczeństwa - wspomina Nowak. - Za Bugiem zaczynali się Ukraińcy, Wołyń, którzy na skutek polityki odbierania, niedopuszczania ich do reformy rolnej i dyskryminowania byli wrogami o wiele niebezpieczniejszymi niż Niemcy. Tu mogło się kończyć niewolą czy śmiercią, a tam - bestialską śmiercią.

Skulony niczym mysz pod miotłą plutonowy podchorąży dochodzi do wniosku, że Niemcy musieli zrobić pontonową przeprawę w górnym biegu Bugu. Inaczej nie dało się wyjaśnić ich obecności. Mijają długie jak lata godziny, słychać tylko niemiecki język. Jak na nieszczęście wojsko wybiera tę właśnie zagrodę na nocleg. Co chwila do stogu podchodzi żołnierz i zagarnia na podściółkę trochę siana. Jeziorański nie ma chwili do stracenia. Gdy kolejny żołdak wkłada ręce w stóg, Jeziorański wyskakuje jak oparzony i niezdarnie próbuje przeskoczyć dzielący go od pola mur. Rwetes, wrzask, przerażenie i już po chwili na podchorążym siedzi okrakiem kilkunastu Niemców, a raczej, jak się zaraz miało okazać, Austriaków: fakt nie bez znaczenia, bo młody podchorąży potraktowany zostaje po ludzku. Odebrano mu, co oczywiste, rewolwer, ale przyniesiono manierkę gorącej zupy, a nawet odnaleziono w sianie żołnierską furażerkę i ojcowski zegarek na łańcuszku. Mimo całej grozy sytuacja miała dość komiczny przebieg, który dałby się swym klimatem porównać do epizodu z Ogniem i mieczem, kiedy to Zagłoba bronił się w stodole przed Kozakami Bohuna.

Kilka dni później zupełnie niepojęte wydają się Jeziorańskiemu informacje, jakoby Niemcy dobrowolnie wycofali się z zajętego właśnie Uściługu - i to aż na zachodni brzeg Bugu. Dopiero wiadomość, która rozeszła się 17 września, mówi o wkroczeniu Sowietów na wschodnie ziemie Rzeczypospolitej i ujawnia całą zdradziecką grę Hitlera i Stalina.

Z nastroju skrajnej depresji wyrywa Jeziorańskiego gest solidarności okazany mu przez kobiety z pobliskiego majątku, matkę i córkę. Anna, młoda mężatka, która, jak się okazało, wyszła za jego kolegę z Uniwersytetu Poznańskiego Mieczysława Szułdrzyńskiego, ofiarowała Jeziorańskiemu ciepły granatowy sweter. Ten towarzyszyć mu będzie we wszystkich kurierskich podróżach, aż po ostatni dzień Powstania Warszawskiego. Niemiłosiernie zawszony zakończy żywot w jakimś powstańczym ognisku. Prowiant, termos z gorącą kawą, a przede wszystkim słowa otuchy utwierdzą Jeziorańskiego w nadziei, że nie wszystko stracone, że wprawdzie naród można pokonać, ale nie można zniszczyć jego moralnej siły.

Mówił Nowak w jednym z wywiadów, że podjął kiedyś próbę policzenia wszystkich tych przypadków, w których łut szczęścia, Opatrzność lub palec boży ocaliły go od niechybnej śmierci. Nie mógł się ich doliczyć. Z pewnością jeden tylko wrzesień 1939 roku był potrójnie dla niego łaskawy. Po pierwsze, żadna z kul wystrzelonych z flanki przez nieprzyjaciela do widocznego na rżysku jak na patelni plutonowego nie trafiła celu. Po drugie, niewola u Austriaków, która jawiła się Jeziorańskiemu jako tragedia, okazała się wybawieniem. Kilka lat później nazwisko Szułdrzyńskiego, męża młodziutkiej Anny, kapitana Herdegena i wszystkich kolegów z oddziału Nowak miał odnaleźć na liście ofiar z Katynia. Niewątpliwie, gdyby nie próba uruchomienia milczącego działa pod Uściługiem, na liście katyńskiej widniałoby także nazwisko podchorążego Zdzisława Jeziorańskiego. I po trzecie, tak jak Jontek Kwiatkowski zginął od polskiej kuli, tak Zdziś Jeziorański byłby zginął od polskich bomb zrzuconych na niemiecki konwój z bombowców "Łoś".

Otępiały, przygnębiony tym, że już po jednym dniu spędzonym na froncie trafił do niewoli, podchorąży nie widzi, że pilnujący go żołnierze zaczynają uciekać w pole. On sam nie ma po co żyć. Wszystko stracone. Ogłuszający warkot nadlatujących samolotów, niepodobnych do znienawidzonych sztukasów, uruchamia nagle uśpiony instynkt przetrwania. Pędem rusza jak najdalej od drogi. Za chwilę potężny podmuch rzuca go na ziemię, a powietrzem wstrząsa seria wybuchów. Miejsce obok niemieckiej ciężarówki, gdzie przed chwilą siedział, zmienia się w lej głęboki na dwa metry. Na jego obrzeżach widać strzępy koca, którym jeszcze kilkanaście sekund wcześniej był nakryty.

Kampania wrześniowa, polscy snajperzy w niemieckiej niewoli

 

W kotle pod Tomaszowem Lubelskim Niemcy otoczyli i rozbroili kilka polskich dywizji. Liczba jeńców przekraczała ich możliwości transportowe. Sformowano złożoną z co najmniej kilkunastu tysięcy ludzi kolumnę i pognano w stronę Jarosławia. Jeńców pilnowali strażnicy piesi i na ciężarówkach, z karabinami skierowanymi ku maszerującym. Dopiero teraz z całą mocą Jeziorański doznaje poniżenia niewoli. Pośród zwierzęcych okrzyków schnell, pod groźbą strzału bez ostrzeżenia, pędzeni są jak bydło na zachód.

Na postojach z tłumu jeńców wyciągani są żołnierze o zdecydowanie semickich rysach. Zaczyna się polowanie na Żydów, sprawdzanie wpisów w rubryce "wyznanie" w książeczkach wojskowych, oglądanie medalików...

O ucieczce nie było co marzyć. Na noc zamykano jeńców w kościołach albo łatwych do upilnowania budynkach dworskich. Przy rozdawaniu prowiantu, którego nie starczało dla wszystkich, działy się gorszące sceny. Nowak wspominał: "Można się było wówczas przekonać, do jakiego znikczemnienia potrafi doprowadzić nie tyle głód, ile sam lęk przed głodem. Dochodziło do bijatyk o to, kto dostanie w swoje ręce bańkę i bochenki. Później bito się o podział wśród przekleństw, wyzwisk i krzyków. Ci, którzy usiłowali zachować odrobinę godności, odchodzili głodni". "Coraz częściej ludzie mdleli z głodu lub wyczerpania. Najgorsze było wysłuchiwanie nieustannych złorzeczeń, nie tylko na winowajców klęski, ale na cały naród. Ludzi ogarnęła jakaś masochistyczna mania wylewania pomyj na własne społeczeństwo...".

Jednym z oficerów, który zachowuje się w tamtych warunkach wzorowo, próbując narzucić podwładnym moralną dyscyplinę i zasady żołnierskiego honoru, jest późniejszy właściciel Polski Ludowej, arcyoportunista i cynik, wieloletni premier Józef Cyrankiewicz. Jak pisze dosadnie Nowak, "spasiony jak wieprz" Cyrankiewicz, który wygrażał poznańskim robotnikom w czerwcu 1956 roku, że "ktokolwiek podniesie rękę na władzę ludową, temu tę rękę władza odetnie", w niczym nie będzie przypominał oficera z września 1939 roku - szczupłego, przystojnego działacza prawego skrzydła PPS, który odżegnywał się od jakiejkolwiek współpracy z komunistami.

Cyrankiewicz po ucieczce z niewoli będzie jednym z bardziej ofiarnych przywódców ZWZ w Krakowie. Nowak spotka go podczas okupacji w Alejach Jerozolimskich w Warszawie, gdzie odbędą krótką przyjazną rozmowę. Po wpadce trafi na Gestapo, do więzienia Montelupich w Krakowie, a później do obozu w Auschwitz, gdzie zachowywał się bez zarzutu do czasu, aż przylgnął do komunistów.

Metamorfoza Cyrankiewicza była tak całkowita, że jeszcze w latach powojennych Nowak widzieć w nim będzie Konrada Wallenroda, który w stosownej chwili odegra rolę, jakiej nikt się po nim nie spodziewa. Gdy w grudniu 1953 roku zbiegnie na Zachód as bezpieki Józef Światło, Nowak zaleci, by w audycjach RWE z jego udziałem nie było ataków na Cyrankiewicza.

Przyszły demagog i oportunista jest jednym z inicjatorów ucieczki jeńców załadowanych do bydlęcych wagonów transportu z Jarosławia w stronę Krakowa.

Była jakaś czwarta nad ranem. Mglisto. Zaczynało widnieć. Pociąg jechał stosunkowo powoli. - Gdy tylko po wagonie rozeszła się wieść o ucieczce - wspomina Nowak - odezwał się jakiś zawodowy złodziej z Warszawy, który powiada: - Panowie, skakać to nie tak łatwo. Można obie nogi złamać albo rękę. Ja wam powiem, jak się skacze. I zaczął nas uczyć. - Trzeba się położyć na tej ławce, która jest wzdłuż wagonu, podkurczyć nogi, ręce skrzyżować na piersi i lekko się stoczyć. Wtedy człowiek łupnie w ziemię, ale nic mu się nie stanie. Proszę sobie wyobrazić, że kilka lat później w ten sam sposób uczono mnie, jak skakać ze spadochronem.

Opodal osady Łagiewniki, w ustalonej uprzednio kolejności, uciekinierzy jeden po drugim wyskakują z pociągu i staczają się po nasypie. Jeziorański skacze jako trzeci. Terkoczą umieszczone na dachach wagonów cekaemy, ale skład się nie zatrzymuje, a nawet przyśpiesza. Jeńcy dopadają pierwszych zabudowań.

"Jakaś potężna stara baba w koszuli i kaftanie bez słowa wpycha mnie do izby, do ciepłego łóżka i nakrywa pierzyną. Po chwili mam na sobie potworny ciężar. Czuję, że się duszę. Przez kilkanaście minut z największym trudem łapię oddech. Po kilkunastu minutach, gdy niebezpieczeństwo mija, straszliwy ciężar ustępuje. Siadam na łóżku. Przede mną wpatrzona we mnie cała rodzina. - Dziękuję bardzo - wykrztusiłem. Ufff, udało się" - wspominał w Kurierze z Warszawy.

Nowak zrzuca mundur i przebiera się w cywilne łachy, które zupełnie na niego nie pasują. Nie ma też butów. Musi pozostać w swoich kawaleryjskich, z cholewami. Spodnie wiszą mu do połowy łydki. W tym operetkowym stroju dociera pod jedyny znany mu krakowski adres, profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego germanisty Adama Kleczkowskiego. W tramwaju wszystkie oczy pasażerów utkwione są w kawaleryjskie buty. Spojrzeniom towarzyszy niedwuznaczny, ale pełen sympatii uśmiech.

Zanim Jeziorański dotrze do stolicy, nadejdzie wieść o kapitulacji Warszawy. Po przyjeździe pobiegnie przez miasto na złamanie karku. Dom przy ulicy Wilanowskiej 18, w którym brat, matka i babka mieszkali przed wojną, ocalał. Po chwili stoi w objęciach płaczących ze szczęścia kobiet. Niestety, kilka tygodni potem babcia Jeziorańska umiera, jak pisze Nowak, dosłownie ze zmartwienia. Pamiętała powstanie styczniowe, przeżyła radość odzyskania państwa po to, by stać się świadkiem kolejnej narodowej klęski. - Po co ja tego dożyłam - powtarzała, płacząc.

W Warszawie zaczynają się rządy terroru. Łapanki, pierwsze rewizje, aresztowania zakładników. Uwięziony zostaje prezydent miasta Stefan Starzyński. Docierają wieści o wysiedleniach i niemieckich mordach na Śląsku, w Wielkopolsce i na Pomorzu. Niemcy zakazują pod karą śmierci posiadania odbiorników radiowych. Z punktu widzenia władz okupacyjnych był to istotny błąd: powszechny głód informacji stał się jednym z katalizatorów przyspieszających zawiązanie pierwszych konspiracyjnych struktur. Mnożą się biuletyny radiowe pisane na podstawie nasłuchu audycji BBC i Radia Paryż. Rośnie sieć kolportażu.

Jeziorański pozostaje bez środków utrzymania; niepodobna w tych warunkach myśleć o powrocie do pracy naukowej. Próbuje swych sił w usługach. Szklarze nie mieli problemu z zamówieniami, po kapitulacji nie było w całej Warszawie budynku, w którym szyby ostałyby się nienaruszone. Pracuje tak dwa miesiące, potem zajmie się, z mniejszym lub większym powodzeniem, handlem naftą w zamian za osełki masła przywożone z podwarszawskich wsi i targowisk. Jest jeszcze nieudany eksperyment z produkcją skondensowanego mleka oraz handel okowitą przywożoną w kanistrach z "zaprzyjaźnionej" gorzelni w Witulinie koło Białej Podlaskiej. Ostatnim zajęciem będzie handel papierosami.

W trakcie jednej z "podróży handlowych" Jeziorański spotyka w pociągu wybitnego działacza podziemia ukraińskiego we Lwowie Włodzimierza Horbowego. Częste zmiany pociągów, godziny spędzone w poczekalniach tworzyły naturalną okazję do rozmowy. Horbowy nabrał do Nowaka zaufania i opowiedział mu sensacyjne przeżycia Ukraińców we Lwowie po wkroczeniu Niemców do miasta. Ukraińcy, którzy wiązali z Hitlerem wielkie nadzieje na wskrzeszenie niezawisłej Ukrainy, doznali głębokiego rozczarowania. Hitlerowcy - przedstawiciele rasy panów - rządy w mieście zaczęli od prześladowań.

Nowak pojął, że jest w posiadaniu ważnych informacji. O spotkaniu opowiedział swemu profesorowi z Poznania Czesławowi Znamierowskiemu: - O tym musi się dowiedzieć dowódca ZWZ, bo to daje wgląd w sytuację i plany Ukraińców - mówił profesor i zorganizował spotkanie z niejakim Eugeniuszem Czarnowskim - jak się później okazało - z działu polityczno-informacyjnego Komendy Głównej ZWZ. W początkach 1941 roku coraz głośniej mówi się o wojskowej siatce konspiracyjnej o nazwie Związek Walki Zbrojnej. Nowak trafił wreszcie pod właściwy adres.

Czarnowski, pseudonim "Adam", odpowiada za dostarczanie informacji o nastrojach w społeczeństwie, poczynaniach różnych grup politycznych i zakonspirowanych stronnictw. Jeziorański ma być jednym z informatorów. Propozycja, choć go nie zachwyca, ma tę niebagatelną zaletę, że daje kontakt z wojskową konspiracją.

Konspiracja na dość wysokim szczeblu wymaga jednak oficjalnej przykrywki. Nie do pomyślenia jest, by Jeziorański, wykonując zadania dla podziemia, ryzykował wpadkę podczas pierwszej lepszej łapanki. "Adam" kieruje go z listem polecającym do przedwojennego posła Józefa Głowackiego, który pracuje w Komisarycznym Zarządzie Zabezpieczonych Nieruchomości jako naczelny buchalter. Centrala Kommissarische Verwaltung mieściła się w dawnym budynku Banku Gospodarstwa Krajowego w Warszawie, na rogu Alej Jerozolimskich i Nowego Światu. W zarządzie zadekowanych było wielu ludzi z ZWZ-AK i organizacji cywilnych. Instytucja zajmowała się administracją przejętych przez państwo niemieckie - najczęściej od obywateli polskich żydowskiego pochodzenia - nieruchomości.

Po dwóch tygodniach Jeziorański dostaje Arbeitskartę i obejmuje w zarząd dwie spore kamienice przy ulicy Królewskiej. W jednej z nich jest lokal, który służyć mu będzie za konspiracyjne biuro. Tam właśnie złoży w obecności "Adama" przysięgę żołnierza ZWZ i przyjmie pseudonim "Janek". Przypadek sprawi, że na ręce tego samego Eugeniusza Czarnowskiego, rok po Jeziorańskim, przysięgę Armii Krajowej w lokalu przy Słupeckiej złoży późniejszy, najbliższy chyba Nowakowi przyjaciel, Władysław Bartoszewski. Nowak dowie się o tym po latach. Czarnowski natomiast sądzony będzie w czerwcu 1945 roku w moskiewskim "procesie szesnastu". Po wyjściu z więzienia umrze młodo w 1947 roku.

Oficjalna przykrywka okaże się bezcennym ułatwieniem. Praca zarządcy komisarycznego nie jest związana godzinami pracy biurowej. Do centrali zarządu przychodzi się dwa razy w tygodniu wpłacać do okienka zainkasowane komorne i złożyć rozliczenie wydatków i wpływów. Jeziorański nie musi co tydzień pokazywać się lokatorom, a jego nieobecność nie zwraca niczyjej uwagi. Podczas dłuższej nieobecności, związanej z działalnością w Akcji "N" i późniejszymi podróżami kurierskimi, zastępuje go dyskretny i niepytający o nic administrator, starszy kolega z gimnazjum Mickiewicza.

Nie bez powodu rozpisuję się nad tym fragmentem biografii, gdyż tę właśnie okoliczność bezpieka, piórem kapitana Andrzeja Czechowicza, a także skrajnie prawicowe i emigracyjne środowiska z Edwardem Moskalem, prezesem Kongresu Polonii Amerykańskiej na czele, wykorzystywać będą jako okazję do nagonki na Jana Nowaka, czyniąc z niego nazistowskiego Treuhändera i kolaboranta.

Mimo najlepszych chęci współpraca z "Adamem" nie układa się dobrze. Jeziorański wyraźnie "nie czuje tematu". Owszem, uznaje doniosłość stawianych przed nim informacyjno-wywiadowczych zadań, dzięki którym Armia Krajowa może prowadzić skuteczną akcję scaleniową, mającą w zamierzeniu zespolić w ramach AK całą zbrojną konspirację. Brakuje mu jednak kontaktów, nie rozumie partyjnych sporów, słabo rozeznaje się w nastrojach i zamiarach środowisk politycznych. Jego ambicje sięgają dalej niż pełnienie funkcji politycznego wywiadowcy na użytek osób trzecich. Ciągnie go do bardziej konkretnej, konspiracyjnej roboty.

Okazja nadarza się niebawem. Jeziorański dowozi wysiedlonemu z Poznania profesorowi Edwardowi Taylorowi książki wypożyczane z Biblioteki Narodowej. W trakcie jednej z wizyt u Taylora w Opatkowicach Murowanych koło Jędrzejowa dowiaduje się, że w niemieckich koszarach w Kielcach pojawiło się wydane w języku niemieckim antyhitlerowskie pismo. Sygnowane było przez nikomu nieznaną, tajną niemiecką organizację działającą wewnątrz Wehrmachtu. Z jego lektury wynikało, że III Rzesza się chwieje, a w armii narasta niezadowolenie. Niewiele to miało wówczas wspólnego z rzeczywistością, jako że był to okres największych triumfów niemieckich na wschodzie. Jednak zawiązanie się tajnej organizacji w Wehrmachcie wymagało natychmiastowego sporządzenia raportu.

Jeziorański nie mógł wyjść z podziwu dla pomysłowości i inwencji polskiego podziemia, gdy dowiedział się od "Adama", że "niemieckie" broszury pisane są przez naszych w oczywistym celu łamania morale niemieckiego żołnierza. Oto pokonany naród stosuje ofensywne techniki walki, jednocześnie demoralizując okupanta i podsycając ducha oporu we własnym społeczeństwie. Jeziorański z miejsca poprosił o przeniesienie do Akcji "N". Już po wojnie okazało się, że pomysłodawcą akcji był sam komendant główny ZWZ generał Stefan Rowecki, który już w 1940 roku wydał pułkownikowi Janowi Rzepeckiemu, szefowi Biura Informacji i Propagandy, rozkaz uruchomienia "czarnej propagandy", mając w pamięci demoralizację niemieckiej armii w roku 1918. Przyczyniła się ona do powodzenia akcji rozbrajania Niemców. Rzepecki deleguje do wykonania zadania "Kowalika", obdarzonego niepospolitą energią przedwojennego sanacyjnego posła Tadeusza Żenczykowskiego, który niebawem staje się bezpośrednim przełożonym Jeziorańskiego.

Od chwili przystąpienia do Akcji "N" żołnierska służba Jeziorańskiego nie będzie polegać na sprawnej obsłudze karabinu maszynowego czy granatów. Walczyć będzie słowem. Stanie się ono jego życiowym powołaniem, drukowane bądź niesione na falach eteru. Słowo w dywersyjnej bibule, w kurierskich świadectwach, na falach powstańczego Radia Błyskawica w Warszawie, w audycjach BBC w Londynie, płynące z rozgłośni polskiej Radia Wolna Europa, formułowane w memoriałach doradcy Departamentu Stanu USA, aż po publicystykę w prasie emigracyjnej, ostatnie 15 lat również w krajowej.

Dzięki pośrednictwu "Adama" Jeziorański spotyka się po kilku dniach z "Leszkiem", przedstawicielem nowej komórki. Ma już swoje atuty. Wprawdzie bardzo słabo mówi po niemiecku, jednak jako zarządca nieruchomości ma Arbeitskartę, a z czasów studenckich liczne kontakty we wcielonym do Niemiec Poznaniu. Tam właśnie, na ziemie wcielone do Rzeszy, a następnie do samej Rzeszy, miała być wysyłana zasadnicza część "enowej" produkcji. Rozpowszechnienie prasy, która miała sprawiać wrażenie, że pochodzi z niemieckiego źródła, tylko na terenie Generalnej Guberni oznaczało prędzej czy później ujawnienie, że "danie pochodzi z polskiej kuchni", jak to żartobliwie podsumował w rozmowie z Jeziorańskim "Adam".

Zadaniem Jeziorańskiego będzie zorganizowanie siatki przerzutowej dla materiałów poza granice Generalnej Guberni, w pierwszej kolejności do Poznania, Torunia, Bydgoszczy, Łodzi, Gdańska, potem Prus Wschodnich. Pierwsze próby nie zapowiadają sukcesu. Samo przekroczenie zielonej granicy, mimo dużego ryzyka, było możliwe, lecz na niewiele się zdawało. Przebywanie w obrębie Rzeszy bez dokumentów, z torbą pełną dywersyjnej bibuły, bez kanałów przerzutowych, lokali, a przede wszystkim bez jakiejś mającej potwierdzenie w papierach wiarygodnej historii, oznaczało niechybną wsypę. Do wpadki doszłoby zresztą o włos pod Nowym Dworem, a tydzień później pod Koluszkami, gdzie Jeziorański próbuje przejść granicę z grupą przemytników. Każda z prób kończy się obławą. Niemieckie patrole pobłażliwie patrzą na pospolitych szmuglerów, ale obecność warszawskiego inteligenta, który nie potrafi nawet szybko biegać, jest dla nich jak dzwonek alarmowy.

Regularnie jeździć do Niemiec mogą tylko nieliczni Polacy, którzy prowadzą działalność gospodarczą potrzebną Niemcom. Granicę przekraczają ze specjalnymi, trudnymi do podrobienia przepustkami ze znakami wodnymi. Ich falsyfikaty miały w podziemiu ponurą sławę "przepustek na tamten świat", jako że wystarczyło dotknąć ich wilgotnym palcem, by rozpoznać podróbki.

Jeziorańskiego opuściła wszelka nadzieja. Wyglądało na to, że i tym razem będzie musiał zameldować przełożonym o swej nikłej przydatności dla sprawy. Nosi się z tym zamiarem do chwili, gdy poznaje młodego, nieznającego strachu kolejarza Stanisława Witkowskiego, pseudonim "Żbik", który zresztą na pierwsze umówione na ulicy spotkanie haniebnie się spóźnia.

- Pański kolega jest kiepskim konspiratorem - zrzędzi i poucza stawiający dopiero pierwsze kroki w konspiracji Jeziorański, zwracając się do pośredniczącego w spotkaniu "Mazura". Niebawem zjawia się ruchliwy chłopaczek, który w poważnym Jeziorańskim wzbudza nieufność łatwymi obietnicami pokonania przeszkód dotąd dlań nieprzekraczalnych. Witkowski okazuje się konspiracyjnym geniuszem obdarzonym odrobiną szaleństwa. Sobie tylko znanymi sposobami zaopatruje Jeziorańskiego w kolejarski mundur, legitymację i przepustki graniczne.

Od tej chwili w jednym z warszawskich konspiracyjnych lokali przy ulicy Karczewskiej wisieć będą w szafie dwa kolejarskie mundury: jeden Ostbahnu, na wyprawy po Generalnej Guberni i okolicach, z legitymacją w kieszeni wystawioną na nazwisko Jana Kwiatkowskiego, i drugi Reichsbahnu, na wyprawy w głąb Niemiec, z legitymacją autentycznego volksdeutscha Adalberta Kozłowskiego. Po dopięciu ostatniego guzika inteligent Zdzisław Jeziorański zmienia tożsamość, stając się przedstawicielem świata pracy, który udaje się na kolejarską służbę z torbą i latarką. Gdy pasażerowie zdziwią się, że niemiecki kolejarz nie zna niemieckiego, wytłumaczy, że Niemcem jest od niedawna i że języka musi się dopiero uczyć.

"Żbik" przecierać będzie szlaki, organizować lokale, zabezpieczać spotkania. On też odkryje w Gdańsku i Gdyni, że przy pomocy polskich portowców można się przedostać na szwedzki statek i w ten sposób dotrzeć do Sztokholmu, a potem nawet i Londynu...

Podczas spotkania na ruchliwej warszawskiej ulicy zawiąże się dozgonna przyjaźń urodzonego pod Lipnem młodego kolejarza z warszawskim inteligentem. Nowak mówi mi wprost: - Ja właściwie jemu wszystko zawdzięczam. Gdyby nie sukces odniesiony w Akcji "N", nie zostałbym emisariuszem. A gdybym nie został emisariuszem, nie odegrałbym roli, jaką odegrałem. Nie byłoby tej całej powojennej przyszłości. Przecież zrobiono mnie dyrektorem RWE z uwagi na uznanie, jakie mnie wówczas otaczało. A był moment, kiedy już traciłem nadzieję. Miałem powierzone zadanie organizowania Akcji "N" i to nie wychodziło. Swój sukces zawdzięczam jednemu człowiekowi. To był "Żbik".

"Żbik" wprowadzi Jeziorańskiego w środowisko braci kolejarskiej, ludzi ofiarnych, współpracujących z podziemiem nie dla przyszłej nagrody, ale z potrzeby serca. Jeziorański nauczy się od nich sztuczek ułatwiających konspiratorom życie.

Odtąd nie będzie się rozstawał z kluczem kolejarskim umożliwiającym otwieranie w wagonach przeróżnych tajemnych skrytek. Dowie się, że w razie konieczności można bez używania hamulca bezpieczeństwa zwolnić bieg pociągu na tyle, by bez szwanku z niego wyskoczyć. Znając psychikę policjantów z Bahnschutz, będzie umiał uniknąć kontroli, chowając się w toalecie, ale - uwaga - zostawiając uchylone drzwi, tak by stworzyć wrażenie, że toaleta jest pusta.

Przyjaźń Nowaka i "Żbika" przerodzi się w związek braterski. "Żbik" - Stanisław Witkowski - kurier Akcji "N"

 

Przyjaźń Nowaka i "Żbika" przerodzi się w związek braterski. Wyczekiwanie na powrót kurierów było jedną z największych tortur czasów konspiracji. "Żbik" spóźniał się zwykle dzień lub dwa, załatwiając po drodze sprawy nieobjęte programem, wbrew surowym zakazom wykonując przysługi dla innych komórek organizacyjnych. Miał za nic reprymendy. Wpadł w Toruniu w zastawiony przez Gestapo kocioł. Po ciężkim śledztwie, niemiłosiernie maltretowany, nie wydawszy nikogo, został osadzony w celi śmierci. Wraz z sześcioma towarzyszami niedoli miał niebawem zawisnąć na podwórzu toruńskiego więzienia. Miał. Uciekł brawurowo, dosłownie spod stryczka. Dotarł do Warszawy, gdzie Nowak ukrył go w szpitalu. Ich drogi rozeszły się na krótko, gdy Jeziorański wyruszył na kurierską wyprawę do Londynu. Odnaleźli się po powstaniu w Krakowie, gdzie matka i brat Nowaka znaleźli schronienie u Zosi, żony Witkowskiego. "Żbik" pomógł w ewakuacji obojga z Polski - matka i brat Nowaka osiedli w Stanach Zjednoczonych.

Nowak wspominał: - Matka i brat znaleźli w nich rodzinę. Żeby zrozumieć to, co powiedziałem, trzeba wiedzieć, kim była Zosia, żona "Żbika". To była wspaniała kobieta. Przywiązała się do mojej matki i okazała jej wiele serca. Matka zaś do końca życia była zakochana w ich córeczce, którą znała jako dziecko. Stale odkładała grosiki, by jej wysyłać paczki.

Nowak żył z poczuciem długu wobec Witkowskiego. W lutym 1948 roku gwiazda BBC Marjorie Banks zrobiła z udziałem Nowaka godzinną audycję poświęconą akowskiemu ruchowi oporu pod znamiennym tytułem Co znaczy przyjaźń w Polsce. Tytuł nawiązywał do przyjaźni Nowaka ze "Żbikiem", którego dla jego własnego bezpieczeństwa przemianowano w programie na "Rysia".

Nie bez powodu znaleźć można w Kurierze z Warszawy szczegółowy opis przeżyć i literacką charakterystykę "Żbika". Gdy wiosną 1945 roku przedostał się do Londynu uwolniony z niemieckiej niewoli generał Bór-Komorowski, Nowak przedstawił mu wniosek o nadanie Orderu Virtuti Militari swemu przełożonemu "Kowalikowi" - Tadeuszowi Żenczykowskiemu - i właśnie "Żbikowi". Z pierwszym nie było kłopotu, co do drugiego odpowiedź brzmiała: - Zobaczymy potem. "Żbik", który dostał w podziemiu Krzyż Walecznych, Virtuti się jednak nie doczekał.

Po wojnie zamieszkał w Stanach Zjednoczonych, w Kalifornii. Pod koniec lat 70. Nowak wraz z "Gretą" i Jackiem Taylorem wybrali się w podróż samochodem w poprzek całych Stanów. Ukoronowaniem wycieczki była wizyta u Witkowskiego. "Żbik" konsultował także te fragmenty Kuriera z Warszawy, które odnosiły się do Akcji "N".

Zadzwoniłem do "Żbika" do Krakowa. W wartkiej i wielowątkowej narracji odnajdywałem znane mi z książek heroiczne epizody. Nowak jeszcze żył. Na koniec "Żbik" zapytał: - Widział pan ostatnio Jana? Jak on się czuje? - Lepiej. - Jak się cieszę! To mój najlepszy przyjaciel, redaktorze kochany. Najlepszy, najwspanialszy przyjaciel! Kilka miesięcy później poznałem "Żbika" osobiście. Było to niestety na pogrzebie Jana Nowaka.

Po raz ostatni widzieli się w Krakowie jesienią 2003 roku, gdzie w Centrum Kultury Żydowskiej Nowak wygłaszał wykład o swoich wojennych przeżyciach. Po odczycie odpowiadał na pytania. Z audytorium odezwał się doń znajomy głos. Głos "Żbika", bez którego Nowak nie siedziałby za stołem prelegenta.

Postać "Żbika" do końca życia będzie budzić w nim refleksję, jak bardzo los bywa niesprawiedliwy. By to wyrazić, Nowak swe kurierskie misje porównywać będzie do misji astronauty, na którego sukces pracuje pozostająca w cieniu bezimienna armia, podczas gdy wszystkie kamery i reflektory zwrócone są na tego jednego lecącego w kosmos. Gdy 30 lat po wojnie napisze Kuriera z Warszawy, książkę zadedykuje poległym i zapomnianym. Wśród zapomnianych Stanisław Witkowski "Żbik" zajmie pierwsze miejsce.

- Mieliśmy lokal konspiracyjny na Mokotowskiej w Warszawie - wspomina Andrzej Pomian, wykładowca tajnego uniwersytetu, kolega Jeziorańskiego z Biura Informacji i Propagandy AK, odpowiedzialny za stosunki z mniejszościami narodowymi. - To było jedno z wielu zebrań, jakie odbywali "enowcy" ze swym przełożonym "Tadeuszem Zawadzkim", "Kowalikiem", czyli Tadeuszem Żenczykowskim, przedwojennym posłem, szefem propagandy Obozu Zjednoczenia Narodowego.

- Przychodzę na to spotkanie. Stukam do drzwi. Cisza. Znów stukam: nikt nie odpowiada. Walę więc z całej siły. Po chwili uchylają się drzwi. Widzę moją łączniczkę o zmienionym wyrazie twarzy. - Co pan zrobił! Tu w sąsiedniej oficynie Gestapo założyło kocioł. Myśmy myśleli, że to Niemcy! Wchodzę do środka. Wszyscy na mnie z pyskiem. W pewnym momencie z toalety wychodzi Jeziorański. Zbliża się i patrząc mi w oczy, mówi z zaciśniętymi szczękami: - Wyszedłem do ustępu i musiałem jeść pośpiesznie wszystkie tajne dokumenty, a okładki były twarde! Gdy to powiedział, wybuchnąłem śmiechem. Wszyscy zaczęliśmy się śmiać. Rzeczywiście, kiedy ja waliłem do drzwi, to oni wszyscy żarli dokumenty. Nowak to był pierwszorzędny żołnierz Akcji "N". Odważny, sprawny, pomysłowy, inteligentny. Dobry kolega.

Świadectwo Pomiana nie jest lukrowane. Ten sam Pomian już jako pracownik RWE będzie wobec Nowaka bardzo krytyczny za jego bezwzględny stosunek do podwładnych.

Zorganizowanie sprawnej siatki dystrybucji "enowej" literatury pchnęło konspiratorów ku nowym wyzwaniom: kolejne punkty dystrybucji na Wybrzeżu, z założeniem, że bibuła rozprowadzana będzie w portach morskich, na okrętach niemieckiej marynarki wojennej Kriegsmarine i szwedzkich statkach handlowych. Wizja lokalna w Gdańsku i w Gdyni upewniła o możliwości przedostania się do Szwecji w ładowniach statków zawijających do portu. Z drogi tej korzystali polscy robotnicy portowi. Sprawa nie była prosta: by się przedostać do portu, potrzebna była przepustka. Gestapo wiedziało o nieustannych próbach ucieczki, dlatego każdy statek był starannie przeszukiwany przez gestapowców z psami. Mimo to wielu zbiegom udało się dotrzeć na drugą stronę Bałtyku. Gdy Jeziorański mówił przełożonym o możliwości podróży do Szwecji, nie wiedział, że przygoda z Akcją "N" już jest dla niego skończona. Wkrótce miał zostać kurierem Komendy Głównej Armii Krajowej.

Wiosną 1943 roku Jeziorański nie był jeszcze w pełni wyrobionym oficerem. Niekiedy zachowywał się niczym Napoleon, w którego przekonaniu to, co robi, jest dla podziemia najważniejsze w świecie. W tym czasie "Zagroda", komórka AK, która utrzymywała łączność kurierską Komendy Głównej AK z centralą, czyli Londynem, chciała jak najprędzej przywrócić szybki kanał przerzutu poczty przez Szwecję, pół roku wcześniej pochłonięty przez wielką wsypę. Przejazdy przez tajne placówki w Budapeszcie, Bukareszcie, Stambule, Kairze, Bernie, Marsylii, Paryżu i Lizbonie, czyli tak zwane szlaki południowe, wydłużały podróże kurierów nawet do trzech miesięcy, co nierzadko powodowało dezaktualizację przerzucanych materiałów. Możliwości, jakimi dysponował Jeziorański, były więc dla "Zagrody" darem niebios.

"Nawet w konspiracji, gdzie panuje anonimowość, "Zo" stała się postacią legendarną. Kursowała między Warszawą a Berlinem, wożąc pocztę i pieniądze. Dotarła do Londynu. Była wymagająca, ale najbardziej od siebie. Jej oddanie służbie graniczyło z fanatyzmem". Wiceszefowa "Zagrody", Elżbieta Zawacka "Zo". Elżbieta Zawacka tuż po przybyciu do Sztabu Naczelnego Wodza w Londynie, maj 1943

 

Elżbieta Zawacka "Zo", mieszkająca dziś w Toruniu emerytowana profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, szefowa Pomorskiego Archiwum Armii Krajowej, zajmowała się organizacją placówek "Zagrody" w terenie. Jej bezpośrednia przełożona Emilia Malessa "Marcysia", szefowa "Zagrody" pracująca przy sztabie głównym AK, organizowała zagraniczne drogi kurierskie. - Sztokholm zawsze wydawał się nam drogą najprostszą. Szwecja była krajem neutralnym i bliskim, dlatego kierunkiem na Szwecję zawsze się bardzo interesowaliśmy. Gdy Nowak zgłosił możliwość przetarcia szlaku, szybko zorganizowałam mu w Gdańsku placówkę "Danusia" - wspomina "Zo".

Jeziorański stawia warunki: - Oczywiście, chętnie się tego podejmę - mówi w rozmowie z "Sewerynem", Tadeuszem Niedbalskim, przedstawicielem "Zagrody" - pod warunkiem że ze Sztokholmu będę mógł pojechać do Londynu, by nawiązać współpracę między Akcją "N" a Anglikami. "Seweryn" odpowiada, że "Zagrodzie" zależy na przetarciu szlaku do Sztokholmu i z powrotem. Reszta ich nie obchodzi, jednak wysłanie kuriera do Londynu wymaga zgody samego "Grota". Jeziorański nie kryje poirytowania, którego nie wyzbywa się do chwili wyjazdu. Nie rozumie zakazu. Trasa Sztokholm-Londyn jawi mu się niczym szkolna wycieczka w porównaniu z niebezpieczeństwami podróży do stolicy Szwecji. Dlaczego więc, będąc już w wolnym świecie, nie skoczyć nad Tamizę? Śle w tej sprawie monity do Komendy Głównej, podczas gdy przygotowania do jego podróży idą pełną parą. Pocztę ukryto w kluczu, figurce świętego Antoniego i w ołówku. Przekazane przez Biuro Informacji i Propagandy materiały zawierały zdjęcia bibuły Akcji "N", list otwarty do redakcji "Wiadomości", a nawet nuty pieśni żołnierskich. Treści przesyłki Komendy Głównej Jeziorański nie znał. Były to raporty okresowe i specjalne II Oddziału. W podeszwę buta włożono mu tysiąc koron szwedzkich i tyleż marek niemieckich.

W końcu nadchodzi upragniona wiadomość. Szwedzki statek ma odpłynąć z Gotenhafen (Gdynia) trzy dni później, 14 kwietnia 1943 roku.

Nie ma czasu do stracenia. Wyjazd z Warszawy musi nastąpić natychmiast. Ale wszystko idzie jak po grudzie. Jeziorański zjawia się bez zapowiedzi u "Żbika" przy ulicy Karczewskiej. W szafie, gdzie zawsze wisiały kolejarskie mundury, nie ma żadnego! Wszystkie zabrali inni kurierzy! Jeziorański jest wściekły na samego siebie. Jak mógł tego nie przewidzieć! Z opresji ratują go koledzy "Żbika", którzy w dwadzieścia minut kradną z magazynu nowy mundur niemieckiego kolejarza łącznie z płaszczem i czapką - ale... bez guzików. Rozpaczy nie ma końca. Po dziesięciu minutach inny kolejarz przynosi garść guzików odciętych ze szkopskich płaszczy w pobliskiej kantynie. Zosia, żona "Żbika", przyszywa je ekspresem i Jeziorański po kilku chwilach w mundurze prosto spod igły jest już na Dworcu Wschodnim. Czeka tam na niego łączniczka "Ela", żona "Prezesa", pułkownika Jana Rzepeckiego, z upragnioną wiadomością od "Grota". Jak w szpiegowskim filmie: - Trzeci papieros od lewej - szepcze, podając mu papierośnicę.

Jeziorański nerwowo odwija bibułkę: "Zych" (jeden z pseudonimów Zdzisława Jeziorańskiego) do centrali nie pojedzie. Ma wracać z "Anny" zaraz po wykonaniu zadania.

"Ogarnęła mnie wściekłość" - wspomina w Kurierze z Warszawy.

"- Nie pojadę! - powiedziałem przez zaciśnięte zęby.

- Niech się pan uspokoi - perswadowała łagodnie "Ela". - Pan jest żołnierzem, a nie cywilem, który może robić, co mu się żywnie podoba. Może pan nie jechać, ale przekreśli pan całą swoją dotychczasową kartę".

"Niech pan wraca szczęśliwie. Będziemy tu za pana trzymali kciuki".

Porywczą naturę Jeziorański miał już od wczesnej młodości. Nie była to cecha, która zjednywała mu w życiu przyjaciół, ale dowodziła charakteru. Gdy tylko coś nie szło tak, jak by tego oczekiwał, Nowak się wściekał, co uczciwie za każdym razem odnotowywał na kartach swych wspomnień. Spotkanie na Dworcu Wschodnim jest tego najlepszym przykładem.

- Nowak nie zdawał sobie jeszcze wówczas sprawy z zasadniczej różnicy między kurierem a emisariuszem - wspomina pułkownik Elżbieta Zawacka "Zo", zastępczyni "Marcysi" w "Zagrodzie". - Kurier woził pocztę, był tylko listonoszem; emisariusz był upoważniony do merytorycznych rozmów. Nowak w pierwszej podróży do Sztokholmu był tylko kurierem. Jego zadaniem było przetarcie szlaku. Natomiast w drugiej i trzeciej podróży był już emisariuszem i mógł się wypowiadać w Londynie w imieniu Komendy Głównej AK. "Marcysia" wysłała go, by przekazał instrukcje działania bazy przerzutowej na szlaku północnym. A że Nowak chciał jechać dalej... No cóż, nie miał nic do gadania. Miał wykonać zadanie i wracać. To jest wojsko.

"Niestety, wiadomość okazała się fałszywa. Na statku "Szwenger" nie było kuriera "Zycha", a statek zamiast do Sztokholmu popłynie do okupowanej Kopenhagi", 16 kwietnia 1943

 

Pociąg ruszył, Jeziorański bez przeszkód dociera do Gdyni via Poznań. Niestety, okazuje się, że statek, na który miał być "zaokrętowany", nie wraca do Sztokholmu, ale płynie do okupowanej Kopenhagi. Na następną okazję trzeba czekać. Nadarza się tydzień później. Ucharakteryzowany na robotnika portowego, w towarzystwie niedawno zaprzysiężonego starego robociarza Franciszka Trepczyńskiego Jeziorański wchodzi do portu w Gdyni, a zaraz potem z szuflą w ręku dostaje się do ładowni szwedzkiego statku. Już za chwilę leżeć będzie na hałdzie zrzuconego do luku węgla. W egipskich ciemnościach słyszy stukające po pokładzie buty gestapowców i poszczekiwanie psów.

Po godzinie statek zaczyna lekko drżeć. Hałda węgla to nie najdogodniejsze miejsce podróży, Jeziorański trzęsie się z zimna, jest cały mokry od wykroplonej na płytach ładowni wody. Jednak już po 40 godzinach, a nie po 80, jak planowano, statek zatrzymuje motory i zaczyna się rozładunek. Nie jest to dobry znak. Ze względu na ataki sowieckich łodzi podwodnych kapitanowie statków często poznawali ostateczny, nakazany kurs już po wyjściu z portu. Zdarzało się, że statki płynące do Sztokholmu zawijały do okupowanej przez Niemcy Kopenhagi. Wówczas los uciekiniera był przesądzony.

Ciężka łyżka ładowarki co chwila sięga po kolejną porcję węgla. Po chwili wahania tkwiący na dnie ładowni kurier zaczyna krzyczeć i dawać znaki załodze. W świetle luku pojawiają się głowy. Statek dobił do Gotlandii. A więc udało się. Szwecja!

Redakcja i korekta: Teresa Kruszona

Projekt graficzny okładki: Tomasz Majewski

Opracowanie graficzne i skład: Elżbieta Wastkowska

Fotoedycja: Katarzyna Stańczuk

Przygotowanie zdjęć do druku: Małgorzata Charewicz

Zdjęcia (odwołania do numerów stron dotyczą wydania papierowego książki): Piotr Małecki/Agencja Forum okładka, Agencja Gazeta: Kuba Atys s. 377, Piotr Janowski s. 410, Sławomir Kamiński s. 412, Krzysztof Miller s. 22, Tomasz Wierzejski s. 26, Piotr Wójcik s. 150, 389; Agencja Reporter: Jacek Domiński s. 25, Grzegorz Rogiński s. 289; Archiwum prywatne Jana Nowaka Jeziorańskiego/Zakład Narodowy im. Ossolińskich: s. 31, 32, 33, 34, 40, 41, 45, 69, 76, 93, 113, 114, 133, 177, 185, 189, 192, 195, 197, 199, 201, 204, 248, 268, 273, 274, 303, 317, 357, 370, 416; Archiwum Ryszarda Matuszewskiego: s. 36, 38, 52, 79; BE&W: s. 55; East News: s. 59, 87, 132; Fundacja Generał Elżbiety Zawackiej w Toruniu: s. 73; Getty Images: s. 252; NAC: s. 43, 44, 119, 120, 247.

 

WYDAWCA

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

 

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Katarzyna Kubicka

 

? copyright by Agora SA, 2019

? copyright by Jarosław Kurski, 2019

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2019

Wydanie I elektroniczne

 

ISBN 978-83-268-2881-2 (epub), 978-83-268-2882-9 (mobi)

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej