Kurier - Piotr Chomczyński

Kup ebooka

35.90 zł
28.72 zł (35,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Tego dnia mgła przypominała rozlane w powietrzu mleko. Patrząc z zewnątrz, miało się wrażenie, że jest jak miękka pierzyna, która otacza świat i pozbawia go ostrych krawędzi. Dopiero wysyłane masowo przez Rządowe Centrum Bezpieczeństwa SMS-y ostrzegające przed zagrożeniami uzmysławiały mieszkańcom północnej Polski, że gęsta zawiesina ograniczająca widoczność do trzech metrów jest równie niebezpieczna jak spacer po wysokich górach z zamkniętymi oczami. Po przeszło godzinie od zgłoszenia radiowóz dotarł do gdańskiego portu przeładunkowego szumnie nazwanego Baltic Hub. Ten wielki kompleks bezpardonowo wdzierający się w Morze Bałtyckie jako jedyny terminal w regionie obsługuje największe na świecie statki kontenerowe, łącząc Azję z Europą Środkowo-Wschodnią.

- Kurwa, uważaj! - wrzasnęła policjantka, instynktownie odbijając kierownicą w lewo, gdy tuż przed szybą auta wyrosła łyżka koparki.

- Ja pierdolę - zaklął jej kolega i gwałtownie zahamował.

- Za to, że nas rozwalisz po drodze do zdarzenia, awansu nie dostaniemy - dodała już łagodniej i sięgnęła po czapkę.

Wysiedli.

- Chyba tam. - Sierżant wskazał palcem w kierunku ledwie widocznego z tej odległości migotającego światła.

Oboje włączyli policyjne latarki, żeby zasygnalizować swoją obecność wszystkim tym, którzy przypadkowo mogliby ich rozjechać, przygnieść lub potrącić. Na ich twarzach osiadała gęsta mgła, która wdzierała się w każdy zakamarek, penetrowała wilgocią wszystkie odsłonięte fragmenty ciała. Na szkłach okularów policjantki już po kilkunastu sekundach skropliła się woda, przez co całkowicie zasłoniła jej widoczność.

- A miałam dziś wziąć wolne, szlag by to trafił - burknęła, wdeptując w kałużę.

Mimo całego wysiłku i starań, by obserwować zarówno nierówne podłoże, jak i to, co ma przed sobą, szło jej tak sobie i kilka razy prawie się przewróciła. Jej kolega był w o tyle lepszej sytuacji, że nie nosił okularów, ale to jedyna przewaga po jego stronie.

- Nareszcie jesteście, trzy godziny minęły od telefonu na sto dwanaście - przywitał ich niski męski głos, który wydawał się zatopiony w mlecznej próżni.

W wilgotnej zawiesinie mocny strumień światła sprawiał wrażenie, jakby unosił się w powietrzu. Dopiero gdy pokonali jeszcze kilka metrów, ujawniła się wielka dłoń z monstrualnymi palcami zaciśniętymi na uchwycie portowego szperacza.

- Nie widzi pan, jakie warunki? Co się stało? - zapytała policjantka z wyczuwalną irytacją w głosie.

Schowała latarkę i wyjęła notatnik oraz długopis.

- Kilka dni temu Zbyszek nie pojawił się w pracy. Z tego, co wiem, to żona zgłosiła zaginięcie.

- No to trzeba czekać - mruknął sierżant.

- Może i tak, ale jak z rana robiłem obchód, to zauważyłem, że jeden z kontenerów stoi w innym miejscu, niż powinien.

- Wśród tysięcy kontenerów zauważył pan ten jeden, który wzbudził pana podejrzenia?

- Nie rozumiecie, system wskazał, że powinien być już dawno odprawiony i znajdować się mniej więcej w połowie drogi do Chin. Przeszedłem się i zauważyłem, że nadal stoi tam gdzie wcześniej.

- Może macie bałagan w logistyce - zakpił sierżant.

Mężczyzna znieruchomiał i przybliżył się do niego. Dopiero teraz było widać jego zwalistą posturę i twarz oszpeconą śladami po trądziku, które od nosa w dół i po bokach musiała przykrywać gęsta broda.

- W chuja pan lecisz? - zapytał, zbliżając rękę z latarką.

Funkcjonariusze dopiero teraz dostrzegli, że w drugiej ręce trzyma metalowy pręt. Instynktownie zrobili krok w tył, a ich ręce automatycznie powędrowały do kabur z bronią. Światło szperacza ukazało stary, ledwo widoczny tatuaż na wewnętrznej stronie przedramienia ich rozmówcy.

- Rzuć to! - warknął policjant, kierując snop światła na twarz wielkoluda, a ręką wskazując na przedmiot trzymany w dłoni.

Po kilku sekundach usłyszeli, jak żelastwo upada na betonową nawierzchnię.

- Mów, jak było - dodała funkcjonariuszka.

- Poszedłem z rana w miejsce, gdzie nie powinno być już tego kontenera, a on tam nadal tkwił - odpowiedział spokojniejszym tonem mężczyzna i płynnym ruchem sięgnął wolną ręką do kieszeni.

- Co robisz? - Sierżant zacisnął palce na kolbie pistoletu.

- Jarać mi się chce, nie mogę?

- Zapalisz później. Kontynuuj - nakazała kobieta.

- No więc znalazłem zagubiony kontener i coś od niego strasznie jebie. Pełno much tu lata.

- Gdzie to jest? - zapytał policjant.

- Chodźcie za mną, sami nie traficie ani tam, ani z powrotem. - Podniósł z ziemi pręt i puścił się przodem.

Policjanci spojrzeli po sobie. Na ich twarzach odbijał się strach. W tej mgle, w gąszczu kontenerów i dźwigów łatwo się zgubić, a nawet zniknąć bez śladu. Pracownik doków szybkimi susami pokonywał kolejne metry. Nie czekał na funkcjonariuszy, jakby brał udział w zawodach chodziarskich. Po kilkunastu zakrętach w lewo i prawo nawet w słoneczny dzień trudno byłoby się odnaleźć w tym miejscu, gdzie nie dało się oka zawiesić na jakimkolwiek punkcie orientacyjnym. Mniej więcej po kwadransie milczącego marszobiegu cała trójka dotarła do kontenera, który stał nieco w tyle względem pozostałych. Policjanci zbliżyli się ostrożnie i skierowali latarki na jego drzwi.

- Faktycznie śmierdzi - przytaknęła policjantka.

- Przecież sobie tego nie zmyśliłem - burknął brodacz.

Sierżant powoli okrążył tajemniczy obiekt.

- Michał, podejdź tu! - krzyknęła koleżanka.

Po chwili oboje, zatykając dłońmi usta i nos, wpatrywali się w roje owadów, które zgromadziły się w rogach blaszaka, tam gdzie prześwity były największe.

- Albo to transport mięsa, albo...

- Macie zdechlaka w środku - dokończył gospodarz.

- Przez te okulary niewiele widzę - mruknęła zrezygnowana kobieta, po raz kolejny zdjęła je z twarzy i przetarła chusteczką higieniczną, z której kapała już woda.

- Ja spróbuję, poświeć mi latarką, może uda mi się coś zobaczyć, jak tylko odgarnę to robactwo.

Na jego twarzy wykwitł grymas obrzydzenia, gdy rękawem munduru starał się pozbyć owadów z rogu kontenera, które krążyły tam i z powrotem.

- I jak?

- Gówno z tego, za słabe światło - burknął, nie wstając z kolan.

- Spróbujcie tego, powinno pomóc. - Przewodnik przełączył coś w urządzeniu i w jednej chwili zalała ich fala światła, jakby w rękach trzymał ogień.

Skierował szperacz na prześwit.

- Jest coś na środku, jakiś przedmiot - wymamrotał funkcjonariusz, próbując spenetrować wzrokiem wnętrze.

- Jaki przedmiot? - dopytywała się partnerka.

- Skąd mam wiedzieć?

- A nie możecie tego otworzyć? - zasugerował przewodnik.

- Bez nakazu lub solidnych podejrzeń, że doszło do przestępstwa, nie da rady - odpowiedział policjant.

- Spróbujcie może w drugim rogu - zasugerowała kobieta, prostując się.

Cała trójka przemieściła się do przeciwległego krańca.

- Trochę lepiej, ale też bez rewelacji, po prostu coś tam stoi, widzę tylko zarys - mruknął z niechęcią sierżant. - Co robimy? - zapytał po kilku nieskutecznych próbach.

- Jak zadzwonimy do firmy, to nas wyśmieją z takimi dowodami - parsknęła, znów próbując wytrzeć okulary.

- W transporcie czasami kontenery nieco się obijają. - Doker zawiesił głos.

- Co masz na myśli? - podchwyciła policjantka.

Mężczyzna w odpowiedzi przełożył pręt do prawej ręki i wsunął koniec w otwór. Jego silne dłonie zacisnęły się na przedmiocie, po czym wygiął ciało i naparł nim, by stworzyć dźwignię. Złowrogi zgrzyt metalu o metal wypełnił przestrzeń, odbijając się od innych obiektów jak w studni.

- Spróbujcie teraz - sapnął, nabrał powietrza i zbliżył snop światła do nowo utworzonego otworu w kontenerze.

Sierżant znowu zszedł na kolana, wytężył wzrok i zastygł w miejscu.

- To jest fotel - szepnął.

- Fotel? - powtórzyła partnerka.

- Tak, ale jakiś dziwny, widać tylko jego tył i nie ma nic wokoło. Wydaje się, jakby był na jakimś wysięgniku.

- Widzisz coś jeszcze?

- Coś zwisa z boku, kurwa, to jest głowa! - krzyknął.

- Głowa?!

- Tak, i znajomy smród, aż nos wykręca. - Mężczyzna wstał, oddalił się od otworu, kucnął i oparł się plecami o kontener.

ROZDZIAŁ 2

Odgłosy uderzających o siebie metalowych przedmiotów przerywane głośnym hukiem zatrzaskiwanych drzwi stawały się coraz intensywniejsze. Wrażenia dźwiękowe wzmacniał narastający stukot ciężkich butów walących o twarde podłoże. Tempo chodu było nieco szybsze niż zazwyczaj, co nie uszło uwagi osoby znajdującej się na końcu długiego, wąskiego korytarza. Jak każdy tutaj, także i ona stworzyła sobie w tym miejscu prawdziwą mapę akustyczną pozwalającą odróżnić w pierwszej kolejności odgłosy ważne od tych mało istotnych, jak również dźwięki, które mogą oznaczać zagrożenie lub pomóc przewidzieć najbliższą przyszłość. Taka kompetencja ratuje czasami życie.

- Panie profesorze, korespondencja do pana - oznajmił stający w drzwiach sierżant.

Końcówki jego długich wąsów nieustannie wpadały mu do ust, więc co chwila oblizywał je lub pocierał dłonią.

- Dziękuję, co tam piszą? - zapytał Klein z lekkim uśmiechem, skupiając spojrzenie na otwartej kopercie.

- Same dobre wieści.

- Dla kogo?

- Dla pana, dla nas mniej fajne.

- A to czemu? - Osadzony obdarzył strażnika uprzejmym uśmiechem.

- No, źle nam z panem nie było. Różni tu siedzą, człowiek zdążył się do wszystkiego przyzwyczaić, ale z pana to był oryginał. No i ta prawniczka... - Zawiesił głos.

- Co z nią?

- Zdrowa kobitka, wszystko na miejscu, że tak powiem.

- Przekażę jej wyrazy uszanowania od pana, panie sierżancie - mruknął Klein z wyczuwalną ironią w głosie.

- No właśnie o tym mówię, z panem to i pożartować można zawsze było.

- To jaki mamy teraz plan działania?

- Tym razem my mamy inny, a pan inny, niedługo pan wychodzi.

- Dobry z pana człowiek, ale muszę panu coś szczerze wyznać. Nie będę tęsknił - odpowiedział profesor, poprawiając koszulkę.

- A ja nie powiem panu do widzenia - podjął strażnik. - Zanim zacznie się pan zbierać, to dyrektor jeszcze prosi na słówko - dodał tajemniczo, nie spuszczając lokatora pojedynczej celi z oczu.

Zazwyczaj osadzonych lokowano po kilka osób w jednym małym pomieszczeniu, tak by zgodnie z unijnym prawem na każdego z nich przypadały minimum trzy metry kwadratowe. Profesor mieszkał jednak przez te prawie trzy lata sam. Dla większości więźniów byłaby to udręka, a nawet tortura, a ich krzywda znalazłaby finał w głośnych apelach organizacji broniących praw człowieka, by dodatkowo nie karać ich izolacją. W tym przypadku było jednak inaczej. Klein, choć uchodził za życzliwego i pomocnego towarzysza więziennej niedoli, zdołał jednak przekonać dyrektora, że najlepiej mu w pojedynkę. Otaczał się książkami, prasą i łamigłówkami, takimi jak krzyżówki, rebusy i sudoku, by dać umysłowi niezbędną pożywkę i stymulować go w tym przepełnionym rutyną środowisku. Choć nigdy się nie skarżył, to jednak skutecznie przekonał wychowawców i psychologów, że nieindagowany przez współosadzonych wykorzystuje ten czas, by przemyśleć swoje zachowanie i znaleźć siłę do resocjalizacji. W zamian za własne M1 chętnie pomagał dzieciom funkcjonariuszy w pracach domowych z chemii, biologii, fizyki, a nawet matematyki. Dwa razy w miesiącu wygłaszał także krótkie odczyty dla skazanych zakwalifikowanych do programów podnoszących kompetencje. Korzyść była obopólna, administracja mogła się wykazać humanitaryzmem i raportować działania na rzecz więźniów, a Klein przede wszystkim miał święty spokój i czas dla siebie. Poza tym zgarniał nagrody i pochwały, które sprawiły, że jego odsiadka dobiegła końca zdecydowanie przed czasem. Sąd penitencjarny przychylił się do wniosku jego prawniczki wspartego laurką dyrektora jednostki. "Uczynny, pomocny, afirmujący pozytywne wartości" - tak napisał jeden z wychowawców w ramach systemu PSORR1.

- W porządku, panu dyrektorowi się nie odmawia - odpowiedział z gracją profesor, wyciągając przed siebie dłonie.

Strażnik zgodnie z procedurą zapiął na nich kajdanki z miną, jakby popełniał niewybaczalne faux-pas.

- Proszę przodem, drogę zna pan na pamięć - skwitował, zamykając drzwi do celi, i nacisnął guzik sygnalizujący potrzebę otwarcia bramy.

- Co tam, profesorku, ponoć dobre wieści?! - zawołał jeden z osadzonych stojący przy aparacie telefonicznym.

- Ano zobaczymy - odpowiedział Bogusław, kiwając porozumiewawczo głową.

Nawet w najbardziej hermetycznych miejscach takich jak zakład karny we Wronkach w niewyjaśniony sposób wieści wychodziły z najdalszych kątów jak karaluchy po zgaszeniu światła.

Po kilkuset metrach wypełnionych kolejnymi zakrętami, śluzami i pobieżnymi kontrolami Klein znalazł się w części administracyjnej budynku. Panowały tu zasady inne niż w części mieszkalnej. Odgłosy rozmów telefonicznych, pracujących drukarek i luźnych pogawędek toczonych na korytarzach i w pomieszczeniach przy otwartych drzwiach bardziej kojarzyły się z urzędem niż z jednym z najcięższych więzień w kraju.

- Pan dyrektor już czeka - poinformowała sekretarka o typowo pin-upowej urodzie. Jej kruczoczarne włosy ułożone w stylu lat sześćdziesiątych, ołówkowa spódnica, czerwona pomadka na ustach korespondująca z krwistym kolorem paznokci i szpilki typu peep toe zatrzymały na dłuższą chwilę uwagę profesora. Na moment spotkali się wzrokiem, po czym speszona dziewczyna jakby walkowerem oddała krótką walkę na spojrzenia.

- Proszę zamknąć za sobą drzwi i usiąść - polecił gospodarz, nie spuszczając oczu z jakiejś kartki, którą trzymał w rękach.

Jego nalana sylwetka wyglądała jak nadmuchana guma balonowa i ledwo mieściła się w służbowym uniformie, wystając poza jego obręb tam, gdzie to tylko było możliwe. Klein posłusznie spełnił prośbę. Usiadł na krześle naprzeciwko wielkiego biurka. Piętrzyły się na nim różne dokumenty, jedne luźno, inne w teczkach, a w rogu leżały serwetki i opakowanie po hamburgerze. Był tu już kilkukrotnie, więc znał ten gabinet dość dobrze. Na ścianie niezmiennie wisiały oprawione w ramkę dowody uznania i pozycji pana pułkownika. Zdjęcia z wójtami, burmistrzami, a także ministrem sprawiedliwości zdobiły jeden z rogów. Na przeciwległym mieściły się trofea sportowe, pośród nich dyplomy: pierwszy sprzed dekady za zajęcie siedemnastego miejsca w grze w golfa i drugi za dwudziestą trzecią lokatę w ping-ponga, z czasów, gdy Andrzej Grubba święcił największe triumfy.

- Jeszcze moment, chyba się panu nie spieszy? - zapytał w tonie popularnych siermiężnych dowcipów więziennych.

- Z przyjemnością zaczekam - odpowiedział Bogusław, zakładając nogę na nogę.

Bawiło go dyskretne obserwowanie, jak gospodarz zapoznając się z kolejnymi dokumentami, mamrocze pod nosem. Tajne z definicji pisma uwalniały swą treść i opuszczały ten pokój także w ten sposób. Dyrektor z pewnością nie był świadom tego, że jego nawyk wydatnie zasila więzienny system nieformalnej komunikacji. Przez ten kwadrans Klein mógł się dowiedzieć, na kogo osadzeni się skarżą, komu szykuje się wniosek karny i kiedy będzie remontowana stołówka. Ta ostatnia informacja była dla społeczności więziennej niczym żyła złota: wielu ubiegało się o płatną pracę przy robotach budowlanych.

- No, już jestem - obwieścił pułkownik, odkładając długopis. - Jak pewnie już pan wie, niedługo pan nas opuści. Tutaj nikt nie utrzyma tajemnicy - westchnął, ziewając.

- Mogę zobaczyć pismo?

- Po to pana wezwałem. - Przerzucił kolejne kartki zalegające na blacie. - Psycholog i ja nie mieliśmy wątpliwości, że należy poprzeć pański wniosek. Mam nadzieję, że jak już pan wyjdzie... - kontynuował, przekazując nad biurkiem decyzję sądu penitencjarnego.

- Będę o tym pamiętał - dokończył profesor.

- To co teraz zamierza pan robić? Jakie plany?

- Muszę w pierwszej kolejności odbudować relacje rodzinne, kto wie, może i zawodowe. - Zamyślił się i spojrzał gdzieś ponad dyrektorem.

- Więzienne papiery ma pan bez zarzutu, ale poświadczenia o niekaralności pan już nie dostanie.

- To nie jest problem w porównaniu z tym, co czeka mnie w kontaktach z córką - mruknął, kryjąc twarz w dłoniach.

- Tu przychodził do pana jeszcze ten doktorek, jak mu tam było?

- Doktor Marcin Koch, to kolejna osoba, którą zawiodłem - westchnął ciężko.

ROZDZIAŁ 3

Let's get back to bed, boy (yeah)

Let's get back to bed, boy (give it up)

W mieszkaniu rozbrzmiewały słowa popularnej niegdyś piosenki Sarah Connor. Zgodnie z pierwszymi sekundami teledysku wanna wypełniona była białą pianą, a ustawione wokoło niej świece zapachowe o woni wanilii tworzyły klimatyczny kordon zachęcający do chwili relaksu. Bambusowa rozkładana półka kąpielowa na kieliszki i przekąski uginała się pod ciężarem szkarłatnego włoskiego wina Primitivo z regionu Apulia. Obok piętrzyły się słone przekąski, a pośrodku na krześle stał zwrócony do wanny laptop z otwartą platformą streamingową z filmami. Reżyser tego wydarzenia pomyślał o wszystkim, nawet o tym, by rolę lodówki na alkohol przejął tymczasowo zlew wypełniony zimną wodą. Parujące od temperatury lustra obwieszczały, że kąpiel jest już gotowa.

- Czy ty masz coś na sumieniu? - Natalia uśmiechnęła się i zrzuciła z siebie bluzkę na łóżko w sypialni.

- A muszę, żeby sprawiać ci radość? - Marcin odpowiedział uśmiechem, modyfikując w telefonie listę przebojów, które stanowić miały tło wspólnego relaksu.

Wiedział, że umieszczenie na niej kilku włoskich szlagierów z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych wydatnie zwiększa szansę na upojną noc. Wartość artystyczna tych przebojów odbieranych przez Włochów tak jak przez nas disco polo nie miała znaczenia, liczył się sentyment i rytm.

- Im bardziej mi się podobasz, tym mniej ci wierzę - szepnęła, wpatrując się w swojego mężczyznę, który krzątał się, pokonując drogę między kuchnią a łazienką niezliczone razy niczym mrówka ciągnąca do zostawionego nieopatrznie owocu.

- Pakuj się do wanny i nie filozofuj - skwitował, wykonując zapraszający gest dłonią.

Dziewczyna zdjęła bieliznę i sprawdziwszy najpierw stopą temperaturę wody, zanurzyła się w białej pianie. Chwilę potem dołączył do niej Marcin, zajmując pozycję tuż za jej plecami. Rozprowadził na dłoniach oliwkę i zaczął masować jej szyję i ramiona. Czuł, jak powoli się rozluźnia, a spięcie mięśni ustępuje. Jego ręce wędrowały po całym jej ciele, wprawiając partnerkę w coraz lepszy nastrój.

- Masz wybrany jakiś film? - zapytała, przeglądając platformę. Nagle jej wzrok padł na kategorię "kontynuuj oglądanie". - Co to jest?! - Palec dziewczyny zastygł na jednej z pozycji.

- Nic takiego. - Kryminolog podrapał się po głowie.

- Pierniczek okrutniczek, horror, czarna komedia z oceną widzów trzy, przecinek cztery na dziesięć? Zawsze się zastanawiałam, kto traci czas na takie badziewie, nie sądziłam, że znajdę się w jednej wannie z fanem tego gatunku. Podaj mi, proszę, choć jeden powód, dla którego marnujesz życie na taką szmirę.

- Reżyser nie przejmuje się widzami, więc ich wrażliwość i oczekiwania nie ograniczają jego artystycznej kreacji. Może dać upust swojej nieskrępowanej fantazji - odparł filozoficznym tonem.

- Artystycznej, co? Przeczytam ci kawałek opisu: "Zły, a zarazem uroczy Piernikowy Ludzik ożywa, przyjmując duszę straconego na krześle zabójcy"2. - Jej głowa chodziła na boki z niedowierzania.

- Czasami zdarzają się istne perełki, kojarzysz może Atak krwiożerczych donatów? - Powaga w jego głosie kontrastowała z tematem.

Natalia nie wytrzymała i parsknęła śmiechem.

- Moja matka zawsze uważała, że rolą kobiety jest ochrona wizerunku swojego mężczyzny. Twojego nie da się uratować, chyba że ten sekret pozostanie tylko między nami.

- Umowa stoi, pinky swear? - zapytał, wystawiając mały palec.

- Odnoszę wrażenie, że masz więcej sekretów i nie wszystkie są takie słodkie. - Kąciki jej ust nieco się obniżyły.

- Co masz na myśli?

- Kiedy zamierzasz mi powiedzieć? - Dłonie kryminologa zatrzymały się w okolicach talii dziewczyny. Już miał odpowiedzieć, gdy z jej ust padło kolejne zdanie: - Przemyśl następne słowa.

- Wychodzi w przyszłym tygodniu, zdaje się w poniedziałek - mruknął, sięgając po kieliszek i wręczając go Natalii.

Sam chwycił za drugi, w którym zamiast wina znajdował się sok porzeczkowy w kolorze nie do odróżnienia od szkarłatnego trunku, jaki sączyła dziewczyna.

- Kiedy się dowiedziałeś?

- Jakoś wczoraj nad ranem. To przesłuchanie?

- Dlaczego tak uważasz? - odpowiedziała pytaniem na pytanie.

- Bo tak się czuję, jakbym zrobił coś złego.

- Przepraszam, źle to odbierasz. Jak byłeś w pracy, zadzwoniła Elżbieta i mnie o tym poinformowała. Przyznam, że jej szczebioczący ton trochę mnie zagrzał. Zachowuje się jak nastolatka, jakby żyła w innym uniwersum.

- Wiesz, myślę, że tak właśnie jest. Rozmawialiśmy o tym wielokrotnie. Kiedy wszystko się działo, jej los wisiał na włosku, a gdy zaczęła dochodzić do siebie i odzyskała świadomość, to człowiek, który załatwił jej leczenie, trafił za kratki.

- Zostawmy mamę, nie chce mi się o niej teraz gadać.

- Za to o Bogusławie jak najbardziej? - zapytał z wyczuwalną irytacją w głosie.

Natalia znieruchomiała na chwilę, wstała, podniosła półkę kąpielową i ułożyła się naprzeciwko Kocha, by móc go widzieć. Zapowiadało się na dłuższą rozmowę kosztem komedii romantycznej.

- Po prostu nie potrafię zrozumieć, jak to możliwe, że ktoś, kto pracował dla kartelu i niemalże wytruł pół miasta, wychodzi po trzech latach z pudła. - Westchnęła, biorąc solidny łyk wina.

- Tyle razy już o tym rozmawialiśmy.

- To daj mi odpowiedź jako kryminolog, dlaczego go puścili! Chyba nie tylko za dobre sprawowanie i laurki od szefa tego burdelu? - W jej oczach widać było rosnącą złość.

- Porozmawiamy, jak się uspokoisz. - Koch wymierzył w nią dyscyplinujące spojrzenie.

Wiedział doskonale, że jeśli zareaguje od razu, to uniknie roztrząsania problemu na nowo.

- Zgoda - przystała, podstawiając kieliszek po kolejną porcję wina.

- Nagrody i pochwały z pewnością mu nie zaszkodziły, podobnie jak laurki od wychowawcy, psychologa, a zwłaszcza samego dyrektora więzienia. Ważne jest również to, że współpracował z policją i ma status "petki", czyli karanego po raz pierwszy.

Marcin przemilczał, że podczas procesu nie wbił gwoździa do trumny Kleina i nie wskazał go jako bezpośrednio odpowiedzialnego za śmierć ofiar testowanego narkotyku. Ten sekret zachował dla siebie i nie zamierzał się nim dzielić.

- Fakt, tatuś z pewnością był nietypowym więźniem. Sprawdzałam kiedyś statystyki, wiesz, że jest jedynym profesorem obecnie przebywającym za kratami?

- Kiedyś o tym czytałem, białe kołnierzyki i lekarze to najczęstszy bywalcy zakładów karnych w gronie tych najlepiej wykształconych.

- Takich się niechętnie wpycha za kraty, prawda? Jak masz dobrą pozycję społeczną, to się z tobą liczą i kalkulują, czy mogą cię przymknąć. Podobnie jak sprawa tego gościa z Gdańska, nomen omen pseudonim Profesor.

- Mówisz o Ryszardzie Jakubczyku? Prawda, długo się migał i kluczył, ale chyba go ostatecznie posadzili?

- Poczekaj, sprawdzę. - Sięgnęła po komórkę. - Mam, dwadzieścia lat dostał, nawet go nazwali polskim Walterem White'em, od tego bohatera serialu Breaking Bad.

- Czyli w końcu trafił za kraty, widzisz?

- Przeczytam ci, co piszą w uzasadnieniu wyroku z maja dwa tysiące dwudziestego piątego - rzuciła z satysfakcją w głosie. - "Niestety, być może ze szkodą dla polskiej nauki, pan oskarżony Ryszard J. postanowił skanalizować swoje działania już od wielu lat w działalności przestępczej zamiast działać dla dobra polskiej nauki - uzasadniała sędzia Kaczmarek".

- No widzisz? - mruknął kryminolog, a potem wziął łyk soku.

- I tam jakoś dali radę, nie patrząc na to, jak zajebiście sobie radził w nauce. Oskarżał go Jarosław Paluch, ponoć bardzo dobry prokurator, który stanął na głowie, żeby ten pan J. trafił za kraty na długie lata. A mój ojciec nawet we Wronkach gwiazdorzył i odsiedział ułamek tego, co zasądzili Jakubczykowi - żachnęła się Natalia.

- Mam nadzieję, że dobrze wykorzystał ten czas - mruknął pojednawczo Koch.

- Serio w to wierzysz? Myślisz, że robił ozdoby z papieru i startował w konkursach literackich? On niczego nie robi za darmo i we wszystkim ma swój interes. Nawet jeśli w coś się angażował, to dlatego że liczył na łagodniejszą karę i przedterminowe zwolnienie. Wiemy, że owinął sobie wokół palca wszystkich dookoła, poczynając od administracji więziennej, poprzez tego medyka od trupów, nie wspominając Elżbiety, a kończąc na...

- Wiem, co chcesz powiedzieć - przerwał jej.

Milczał chwilę, po czym skierował na nią badawcze spojrzenie.

- Znam ten wzrok, strzelaj.

- Ty chyba także masz mały sekrecik na sumieniu? Mam rację?

- Nie wiem, o czym mówisz - szepnęła, przesuwając stopę po udzie Kocha w kierunku jego klatki piersiowej.

- O tym, że Klein zaliczył jednodniową przepustkę.

- I co z tego? - zapytała i uśmiechając się zalotnie, dotknęła brody Marcina palcami stopy.

- Pamiętasz, jak wydawało mi się, że go widziałem w szpitalu? Zbyłaś mnie, mówiąc, że to nieprawda, że byłem pod wpływem silnych leków. Sprawdziłem daty, pokrywają się... - Zawiesił głos.

- W porządku, kazałam mu wypierdalać i zagroziłam, że wezwę ochronę. - Skierowała wzrok gdzieś ponad jego głową, a jej oczy się zaszkliły.

- Nie chciałaś, żebym...

- Nie chciałam, żebyś znowu sobie ubzdurał, że coś mu zawdzięczasz i jesteś mu coś winien. Nie chciałam, żebyś znowu widział w nim jakiegoś pieprzonego wybawcę, któremu na tobie zależy, nie chciałam wreszcie, żebyś znowu sprowadzał go do naszego życia! - wykrzyczała, wpatrując się w kieliszek z winem.

ROZDZIAŁ 4

Zbliżała się godzina trzynasta, a mgła nadal spowijała wybrzeże, co ograniczało widoczność do kilku metrów. Wilgoć niezmiennie osiadała na wszystkim, co znalazło się w jej zasięgu. Tym, którzy mieli nieszczęście być na zewnątrz, musiały wystarczyć pozostałe zmysły. Jeden z nich właśnie obwieszczał przyjazd kilku aut obficie sygnalizujących swoją obecność. Wyjące syreny policyjne wypełniły szczelnie przestrzeń pomiędzy metalowymi konstrukcjami. Hałas nie pozostawiał złudzeń, że w tym miejscu, gdzie każda minuta i każdy metr mają swoją pozycję w systemie logistycznym, doszło do czegoś niezwykłego. Ze względu na fatalną pogodę najpierw pojawił się radiowóz torujący drogę, zaraz po nim niewielki bus, a na końcu ledwo widoczne czerwone Alfa Romeo.

- Cześć, co tam macie? - Pierwszy odezwał się wysoki specjalista techniki kryminalistycznej, przesuwając ciężką walizkę z przyborami, by dobrać się do rękawiczek.

- Trupa oczywiście - odpowiedział sierżant, który pojawił się na miejscu godzinę temu.

Zdążył już przemoknąć do suchej nitki i robił wszystko, co w jego mocy, żeby nie trząść się z zimna.

- Tam? - upewnił się przybyły.

- Tak, otwarty kontener. - Wskazał palcem. - My się zawijamy, kryminalni już wszystko wiedzą. Z tego, co widzę, prokurator Kupała też się pofatygował, a to rzadkość - wyjaśnił, wtulając głowę w kołnierz.

- Przez tę cholerną mgłę kazali nam jechać w kolumnie - burknął technik, odwracając się na pięcie.

Tuż za nim ruszył jeden z policjantów pionu kryminalnego, który wcześniej niespiesznie zapinał w aucie kurtkę pod samą szyję. Po jego twarzy także było widać, że nie ma ochoty wystawiać nawet nosa z ciepłego radiowozu.

- Zaraz do was dołączę! - przez uchylone okno w Alfie Romeo krzyknął śledczy z przyłożoną do ucha komórką.

- Czeka na gotowe, jak zawsze - mruknął policjant, dając ręką znać przebranym już w białe kombinezony kryminalistykom, by się pospieszyli.

Nasunął głębiej czapkę i ruszył w kierunku otwartego kontenera.

- Odpalcie mi reflektory, bo po ciemku to mogę sobie co najwyżej w dupie pogrzebać - rzucił technik, który pierwszy wszedł do środka.

Włączył latarkę w komórce i naciągnął na buty specjalne ochraniacze, a na ręce lateksowe rękawiczki. Następnie obszedł instalację wewnątrz, kręcąc niedowierzająco głową. Co chwila zatrzymywał się, przyklękał i spoglądał pod różnym kątem na umiejscowiony w centralnej części przedmiot. Po chwili przestrzeń wypełniła się intensywnym światłem, które odsłoniło misternie przygotowaną salę tortur.

- Co to, kurwa, jest? - zaklął szpetnie kryminalny.

- Nie wiem, pierwszy raz coś takiego widzę, ale na razie nie wchodź mi tu bliżej - odpowiedział technik. Włożył jednoczęściowy kombinezon, gogle i maskę. Dwóch innych w tym czasie przytargało walizkę kryminalistyczną, która bardziej przypominała przenośne laboratorium niż zestaw narzędzi. - Zacznijcie od fotek, potem trupia łyżka i pobierzcie mu odciski palców, może nam coś wyskoczy, wy się zajmijcie krwią i innymi śladami biologicznymi, nie pomijając owadów. Może któryś z jego katów zaciął się, gdy obrabiał ofiarę.

- Cześć, co tam macie? - Przy wejściu do kontenera pojawił się prokurator Łukasz Kupała.

Zapięty pod szyję materiałowy płaszcz i apaszka tylko częściowo chroniły przed zimnem.

- Ofiara to mężczyzna najprawdopodobniej rasy białej, wiek trudny do ustalenia, ale udział osób trzecich niezaprzeczalny - relacjonował technik, obracając fotel ginekologiczny przodem do drzwi kontenera.

Oczom mężczyzn ukazał się koszmarny widok przypominający kadr niskobudżetowego filmu gatunku gore.

- Stawiam, że to nasz zaginiony doker - mruknął policjant.

- Przecież on musiał wyć z bólu. - Prawnik skrzywił się mimowolnie i zasłoniwszy ręką usta, wpatrywał się w nagiego mężczyznę, którego ciało przypominało miejsce ćwiczeń studentów medycyny przygotowujących się do egzaminu z anatomii.

Ściągnięte pośmiertnie mięśnie twarzy zdradzały, że przed kojącym zejściem cierpiał niewyobrażalne męki.

- Wygląda, że i na to znaleźli sposób. - Kryminalny delikatnie odgiął folię termoizolacyjną, którą wyłożone były podłoga, sufit i ściany.

Pod nią znajdowały się dźwiękoszczelne panele izolujące hałas.

- No i dlaczego nie ma krwi? - drążył śledczy.

- Albo dokładnie posprzątali, albo czymś wyłożyli wnętrze - rozważał kryminalistyk, wlepiając spojrzenie w posadzkę.

- A tam w rogu? Co to za haki? - zauważył Kupała.

Technik podszedł bliżej i spryskał ten fragment luminolem, a po chwili włączył lampę UV. Dookoła ukazały się świetliste plamy.

- Tu pewnie kogoś wieszali za kończyny - rzucił policjant.

- Sprawdźcie, czy to krew tego nieszczęśnika na fotelu, bo coś mi się zdaje, że gdy jednego torturowali, to inny na to patrzył.

- Inny lub inni, zerknijcie w drugi róg - mruknął technik, doświetlając przeciwległe miejsce.

- Może tam także będzie krew albo chociaż włosy - dodał kryminalny, wytężając wzrok.

- Jak włosy, to tylko cebulka prawdę ci powie, bez niej włos nie przemówi - popisywał się kryminalistyk.

- Co tu się odjebało? - zastanawiał się na głos policjant.

- Wygląda na to, że facet był torturowany na wiele różnych sposobów, i to różnymi narzędziami - orzekł technik. - Ci, co to robili, raczej się nie spieszyli.

- Myślisz, że było ich więcej? - upewniał się funkcjonariusz, rozglądając się bacznie po miejscu zdarzenia.

- Ktoś musiał go tu przyprowadzić, raczej ktoś inny przypinał. Wydaje się, że rany były zadawane pod różnym kątem.

- Dzwońcie do medyka sądowego, muszę mieć jak najszybciej raport z sekcji zwłok - polecił prokurator. - Dajcie mi też tego dokera, który zgłosił zaginięcie.

- Złożył już zeznania, dziś panu wyślę - obiecał policjant.

- Nie o to chodzi - rzucił tajemniczo nadzorujący śledztwo. - Jeśli faktycznie obrabiali tego tu przy wykorzystaniu różnych metod, a kolejni patrzyli na to przykuci do sufitu, to gdzieś musieli trzymać ich, a także narzędzia.

- Racja, patrzcie na to - dodał kryminalny, doświetlając trzy niewielkie wgłębienia na podłodze tuż przy wejściu. - Stawiam na trójnożny statyw. Na nim mogły być kamera lub aparat fotograficzny.

- Wygląda na to, że to dobrze przeprowadzona i skoordynowana akcja. Musimy zapytać o wszystkie kontenery, które znajdują się w miejscach, w których nie powinny, a także o wszystkie inne podejrzane transporty z sygnaturami zbliżonymi do tego kontenera.

- Tu coś jest - przerwał im kryminalistyk, przyklękając z boku fotela. - Panie prokuratorze, proszę o założenie ochraniaczy na buty, maski i rękawiczek. To powinno pana zainteresować.

- TCG 1Z - przeliterował prokurator, wpatrując się w krwawe ślady naniesione tuż pod prawą ręką ofiary.

- Ciekawe, co to może oznaczać - głowił się kryminalny, robiąc zdjęcia telefonem komórkowym.

- Tego nie wiem, ale to będzie kolejne pytanie do naszego dokera - westchnął Kupała. - Zawiadamiam górę, mamy co robić.

zapraszamy do zakupu pełnej wersji.