Jacek "Dyzma" Woszczerowicz, gdzieś w Tatrach.
ROZDZIAŁ 1.
PRZERWANY REKONESANS
Marcowe wspinanie to bajka. Przy odrobinie szczęścia słońce oczyści skałę ze śniegu, a czasem i lód wytopi. Dzień długi, ryzyko kibla w ścianie spada. Robi się fundusz wczasów pracowniczych. Ale marcowe wspinanie może się stać bitwą, gdy przypomni o sobie zima. Oto uroda wczesnowiosennego wypadu do Doliny Kieżmarskiej.
Listopad to wystarczająco wcześnie, by zarezerwować miejsca w schronisku i otrzymać pocztą potwierdzenie. Zarząd ma dość czasu, by wystąpić do Biura Paszportów MSW o zgodę na wyjazd członków Klubu Wysokogórskiego Warszawa. Nie powinno być kłopotów, wszak to Czechosłowacja.
26-letni Janusz z o osiem lat młodszym Dyzmą ustalili, że urwą dni z Wielkiego Tygodnia, który w roku 1964 wypadł na koniec marca. Będzie dość czasu na dojazd i wspinanie.
Zwlekali, by powiedzieć najbliższym, że mogą nie wrócić na święta. Dyzma, który pod koniec listopada miał obchodzić 18. urodziny, obawiał się, że wyjazd podniesie temperaturę konfliktu z ojcem. Liczył jednak na wsparcie matki.
Zalegli na wersalce blisko okna przestronnego pokoju Dyzmy w eleganckim mieszkaniu jego rodziców przy Racławickiej 28.
- Zrobimy pierwsze zimowe przejście ściany Małego Kieżmarskiego. 900 metrów sytego wspinania. - Janusz na kolanach trzymał wspinaczkowy przewodnik Arno Puškáša Nove horolezecké vystupy vo Vysokych Tatrach 1945-1953.
- Pożyczył mi Czech z ambasady. Widzisz, ile znaczą kontakty z szermierczej planszy. - Spojrzał na Dyzmę, który tylko przewrócił oczami i położył dłoń na ramieniu Janusza.
U obu radość z wyjazdu zmieniała się już w ekscytację, rodzaj podniecenia tak charakterystyczny przy realizacji wyjątkowych wyzwań. Pierwsza zimowa droga na najwyższej ścianie w Tatrach. Ambitny plan.
Podskoczyli, gdy drzwi się gwałtownie otworzyły. Mama Dyzmy, Halina Kossobudzka, nie miała w zwyczaju wchodzić bez pukania. W tym domu każdy miał własny pokój, szanowano prywatność i starano się jej nie naruszać. No, chyba że przetaczała się awantura, zawsze o sile halnego. Wtedy leciały szyby z drzwi, grube słowa jak szklanki rozpryskiwały się o ściany.
Dyzma z przekąsem mówił, że rodzice nie kłócą się, lecz realizują zadanie aktorskie. Podniesione, modulowane głosy, teatralne gesty dłoni przytykanych wierzchem do czoła, ręce złożone jak do modlitwy.
Obszarem wolnym od rodzinnych potyczek był pełen książek i obrazów gabinet ojca, aktora Jacka Woszczerowicza. W 20-metrowym pokoju z oknami na dwie strony świata niepodzielnie rządziła Melpomena. To tam, na końcu korytarza, za drzwiami z matowego szkła, początek miały kreacje, które przechodziły do legendy polskiego teatru i kina już przed wojną.
Dobry aktor często jest egocentrykiem, Woszczerowicz był z tych skrajnych. Apodyktyczny, w dorastaniu syna obecny był rzadko.
- Strzelali do Kennedy'ego - oznajmiła matka Dyzmy. - W radiu mówią, że nieprzytomny, w szpitalu. Jezus Maria, gdy ojciec wróci z teatru, może powie coś więcej?
Dyzma poderwał się na równe nogi, by jak najszybciej włączyć wielki odbiornik stojący na szafce pod przeciwległą ścianą.
- Kto mu coś podpowie? Sufler? - Przystawił ucho do głośnika, jakby liczył na to, że szybciej rozgrzeje lampy i radio zacznie pluć wiadomościami.
Z kuchni dobiegał lament babci, w którym co rusz wracało słowo "wojna".
Janusz jako jedyny w tym rozwibrowanym lękiem mikroświecie nie sprawiał wrażenia przejętego zamachem na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Chwilę jeszcze przeglądał przewodnik, zanim zamknął go, kładąc dłoń na okładce, tak jak to robią przysięgający na Biblię.
- Mam nadzieję, że nie wyniknie z tego większe zamieszanie, bo trudno nam będzie wyjechać. - Podniósł się, choć jak na mężczyznę z kindersztubą, powinien był zrobić to wcześniej.
Kossobudzka, zastygła z ręką na klamce, nie usłyszała albo wolała nie usłyszeć tego, co powiedział.
Gdy syn dwa lata temu wymógł na niej zgodę na kurs skałkowy oraz tatrzański, wiedziała, że będzie go miała coraz mniej, ale marzyła, by stało się to jak najpóźniej. Lubiła sport. Grała wyczynowo w siatkówkę, trenowała łyżwiarstwo figurowe, bywała z rakietą na kortach. Od 18 lat każde wakacje spędzała w Tatrach, gdy była młodsza, przeszła tam w towarzystwie kolegów kilkanaście kursowych dróg wspinaczkowych. Fascynację górami przeniosła na jedynego syna. Zbierała tego owoce.
*
Przyjechali po Niedzieli Palmowej. Słowackie Tatry przywitały ich marcową pogodą. Gnające obłoki, przelotny deszcz u wlotu doliny, wyżej topniejące w słońcu płatki śniegu. Plan na wieczór: najeść się i wypocząć po długiej podróży z Warszawy.
Opis drogi na Koziej Turni, zrobiony zaraz po przejściu linii przez Kurczaba i Woszczerowicza.
Gdy następnego dnia wychodzili na rekonesans, schronisko budziło się do życia. Na kamiennych schodach przed wejściem zarzucili horolezki i zadarli głowy, by spojrzeć na cel. Ściana była od połowy przydymiona chmurami.
Janusz zanucił:
Graniami szedłbym, tak jak drzewiej
Od Kieżmarskiego po Rohacze,
W doliny patrzeć...
- Oj, zobaczysz, nie będzie to proste mizianie - przerwał mu Dyzma, który poczuł lęk, często towarzyszący mu podczas wspinania. Gdy asekurował na stanowisku, miał czas myśleć, odnajdywał ten lęk w dole brzucha. Żartował, że ma go w dupie, i nie było to dalekie od prawdy.
*
Zgrzytnęło o skałę.
I znów.
Janusz był w trzech czwartych podejścia. Torował.
Diabelnie ubogo śniegu jak na brezen - pomyślał i natychmiast się poprawił. - To po czesku, słowacki będzie marec. Tak, im nawet w języku bliżej do nas. Gdyby powstała Polskosłowacja, mielibyśmy całe Tatry, bez pieczątek w dowodzie i paszportowych korowodów, stref nadgranicznych, wopistów (żołnierzy Wojsk Ochrony Pogranicza). Za Tatry zgodziłbym się nawet na Słowacjopolskę.
Kolejny ostry chrzęst przerwał marzenia o korekcie granic. Tyle pieprzenia z rzemieniami i trzeba będzie ściągać żelastwo. Kompletnie mu się to nie uśmiechało.
Zrzucić raki czy nie? A jeśli wyżej, stromiej zrobi się lodowo? Ekwilibrystyka zakładania. O nie!
Głuchy trzask. Cholera, nie czas na szpejowe dywagacje.
Tąpnęło. Spod nóg wyjechał, falując, biały dywan. Podcięło go. Pochylił się. Łapał równowagę.
- Pękłooo! - krzyknął do Dyzmy, który był 50 metrów niżej.
Dłonie nie znalazły oparcia. Upadł. Przekręciło go. Na bok, na plecy. Zobaczył chmury uciekające za ocienioną grań, odsłonił się kobaltowy błękit nieba.
Rozpędzał się niczym wagonik kolejki w prowincjonalnym wesołym miasteczku, nieudolnie naśladującym inżynierską finezję i rozmach konstrukcji na wiedeńskim Praterze.
Zero paniki. Zdawało mu się, że panuje nad nieplanowanym odwrotem spod ściany. Zero lęku. Kontrolował myśli gnające po głowie. Wbrew opowieściom tonących i zasypywanych taśma wydarzeń z młodości nie sunęła przed oczami. Zero nerwów. Chłodno analizował sytuację. Nie panikować!
Plecak, jak kotwica na za krótkim łańcuchu, ściągał go pod śnieg. Odrzucił jednak myśl, by zsunąć z ramion paski. Przywieziony z Włoch biały golf i zapasowe skórzane rękawice, nowoczesny lekki termos i lina to były mocne argumenty za tym, by nie pozbywać się balastu.
W wewnętrzną kieszeń schował też mapę i zeszyt. Maczkiem, z aptekarską dokładnością, opisał w nim cztery drogi na północnej ścianie Małego Kieżmarskiego.
Przed każdym wyjazdem studiował w przewodnikach schematy, przebijał się przez słowackie, włoskie, rosyjskie, a w późniejszych latach angielskie opisy. Ale języka George'a Mallory'ego nigdy nie opanował w zadowalającym go stopniu. Kolegów, którzy latem eksplorowali ścianę, wypytał o detale. Ze zdjęć próbował zrozumieć logikę terenu i zapamiętać topografię masywu.
Szkoda przerwanego rekonesansu. Cholera jasna! - klął, sunąc w dół.
Jeszcze jeden dylemat. Szarą słowacką horolezkę ze skórzanym dnem, krzyk mody ostatnich sezonów, pożyczył od Elki Lange-Moroz, klubowej koleżanki i sąsiadki z warszawskiego osiedla, z którą wspólnie byli na wstępnym kursie teoretycznym.
O, wolę zjechać z lawiną do Zelenego Plesa i zmoczyć dupę, niż stracić jej plecak - dorzucił do układanych w głowie argumentów za utrzymaniem balastu na grzbiecie.
Janusz Kurczab w tatrzańskich śniegach.
Bo i co to za lawina. Płytka. Niemrawa. Ot, śnieżna deska, która urwała się tuż nad nim, wbrew górskiemu doświadczeniu pokoleń ratowników i wspinaczy. Rozłożył ręce, wypchnął biodra, by utrzymać się blisko powierzchni.
Gdy zdjęło mu czapkę, gwiazdkowy prezent, ucieszył się, że ze schroniska zapomniał zabrać lodowcowe okulary Julbo, model Vermont. Powód dumy prawie taki jak sprowadzona z zagranicy lambretta. Tak, miał jeden z pierwszych w Warszawie włoskich skuterów. Stan idealny. Tylko z maluśką ryską na tylnym błotniku.
- Oj maluśki, maluśki, maluśki - zanucił ulubioną kolędę.
Kolorową wełniankę odnajdzie. Jeśli nie, to i tak ma kominiarkę na mróz. A okulary? Przepadłyby. Wcisnęłoby je pod kamienie przykrytego śniegiem piarżyska. Nawet gdy słońce wytopi białą, poszarpaną dziś wantami kołdrę, szanse na ich odnalezienie byłyby niewielkie.
Starałby się latem o paszport tylko po to, by po długiej podróży wejść na rumowisko chybotliwych głazów, wkładać głowę w małe koleby, pod stalowoszare granity, zaglądać w dziury, gdzie śnieg chowa się cały rok, pod rozłożyste, żylaste korzenie kosówki. Beznadziejny wysiłek, stracony czas. Łatwiej trafić w totolotka, którego obstawia od czasów, gdy pierwszy raz wspinał się w Tatrach, czyli od kiedy? Od jesieni 1957. Który teraz, 1964? Prawie siedem lat! I co? I nic. Trójki za grosze. Musi przestać albo zrobić przerwę. Ile? Rok.
Uderzenie w ramię i drugie, potężne, w udo przypomniały mu, że dziś gra o wyższą stawkę.
Ból promieniował aż do podbicia, tam skumulował moc. Podkurczył mu palce, stopa zwinęła się niczym zaciśnięta pięść, choć wiązany skórzany but miał trzymać ją jak w imadle. Udo musiało z impetem spotkać się z kanciastym głazem, zbyt wielkim, by utonął głębiej pod śniegiem.
Natura dała pokaz mocy - i nagle wszystko stanęło. Śnieg zmieniał się w beton. To druga groźna faza lawiny, unieruchamiająca.
On leżał na boku, tylko obsypany białym pyłem, jak wielkanocny makowiec cukrem pudrem. Głębokim wydechem rozluźnił mięśnie i stłumił ból. Na moment.
Podparł się na grudzie. Usiadł, otrzepał zgrubnie. Niżej wypatrzył czarny punkt. Zdało mu się, że Dyzma. Tylko czemu zniosło go tak w prawo? Czemu leży, nie wstaje?
Poderwał się. Ból cisnął nim o śnieg. Udo eksplodowało, stracił czucie w stopie.
- Dyzma! Dyzmaaa! - krzyknął. Zabolały go żebra. Trzeba wołać záchrankę!
[...]