Tajny raport generała Pricolo
Wczesnym rankiem 30 maja 1940 roku wzmocnione oddziały karabinierów
obsadziły wszystkie wyloty viale dell' Universita w Rzymie. Trzydziestu
przybranych w stalowe hełmy policjantów uzupełniło kordon wojskowy
zaciągnięty przed pałacem delle Ricerche, gdzie mieściły się biura
marszałka Badoglio, szefa sztabu generalnego włoskich sił zbrojnych.
Punktualnie o godzinie dziewiątej do gabinetu marszałka weszli
generałowie Soddu i Pricolo oraz admirał Cavagnari. Po chwili dowódcy
armii lądowej, lotnictwa i marynarki stali już przy długim stole,
studiując plany operacyjne. Za dziesięć dni rozpocząć się miały
działania wojenne przeciwko Anglii i Francji. Czterej dowódcy już
wcześniej przedyskutowali problematykę frontu zachodniego i teraz
właśnie omawiali sytuację w Libii.
- Jakąkolwiek inicjatywę brytyjską przeciwko Cyrenajce możemy całkowicie
wykluczyć - odezwał się Bodoglio. - To prawda, że wywiad nasz
sygnalizował obecność w Egipcie 286 czołgów brytyjskich różnego typu,
ale po przekroczeniu oazy Sziwa Anglicy nie mieliby już żadnej osłony i oddziały ich byłyby całkowicie odkryte. Lotnictwo nasze mogłoby je
wtłoczyć w piasek, po prostu zniwelować. W obliczu takich perspektyw
Anglicy nie odważą się na żadną akcję. Zgadza się pan ze mną, generale?
- Badoglio odwrócił się w stronę generała Pricolo. Ten skinął tylko
głową. Patrzył prosto w oczy staremu marszałkowi i ani jeden muskuł nie
drgnął mu w twarzy.
Generał Soddu, dowódca sił lądowych, obserwował go uważnie. Wiedział
doskonale, że lotnictwo w Libii zostało przed kilkoma dniami
zdziesiątkowane przez własnego szefa. Dokładnie 16 maja generał Pricolo
rozkazał wycofać z linii 68 samolotów typu Breda Ba.65, przydzielonych
do eskadr stacjonujących w Cyrenajce i Trypolitanii. Maszyny te
przeznaczone zostały na złom; od tygodnia już trwała ich rozbiórka.
Wskutek tej decyzji we włoskiej Afryce Północnej pozostały tylko 92
bombowce, 94 samoloty myśliwskie i 48 szkolnych. "A i z tego nie
wszystkie mogą latać co dzień - pomyślał Pricolo. - Nie wiem, jak sobie
to wszystko Badoglio wyobraża". Ale głośno nie powiedział ani słowa.
Soddu milczał również. Był zaprzyjaźniony z dowódcą lotnictwa, który ze
swej strony wiedział sporo o brakach w przygotowaniu sił lądowych. Były
to sprawy, o których obaj dowódcy mogli rozmawiać między sobą, ale nigdy
w obecności szefa marynarki; między siłami lądowymi i lotnictwem z jednej, a marynarką z drugiej strony, od dawna już panowały napięte
stosunki. Flota wojenna była dumą i wypieszczonym dziecięciem wszystkich
rządów włoskich. Od osiemdziesięciu lat, tj. od czasów powstania
zjednoczonego państwa włoskiego, rozwój marynarki uznano tu za sprawę
bytu narodowego, za problem życia lub śmierci. Wprawdzie Duce szczególną
uwagę poświęcił rozbudowie lotnictwa, opierając się na teorii generała
Dohueta, który głosił, że siły powietrzne zdolne są samodzielnie pokonać
nieprzyjaciela, ale wpływowe koła monarchistyczne bez przerwy domagały
się zwiększenia funduszów przeznaczonych na rozbudowę floty. Stąd
pogłębiająca się rywalizacja obu rodzajów broni, przy czym lotnictwo
uważane było za najwierniejszą formację faszystowskiego reżimu,
marynarkę zaś podejrzewano - niezupełnie bez powodu - o spiskowanie z królem i państwami zachodnimi przeciwko Mussoliniemu.
Wkrótce konferencja została zakończona. Generał Soddu i admirał
Cavagnari pożegnali się i wyszli, Pricolo pozostał; Badoglio chciał z nim jeszcze omówić pewną delikatną sprawę, która od kilku dni nie dawała
mu spokoju.
Obaj wojskowi zajęli teraz miejsca przy niskim stoliku pod oknem, z którego rozciągał się widok na czerwone mury Castro Pretorio,
starożytnych koszar, zbudowanych jeszcze przez cesarza Tyberiusza dla
jego dziesięciotysięcznej gwardii pretorianów. Na prawo zieleniły się
ogrody wielkiego kompleksu szpitalnego rzymskiej polikliniki.
Badoglio podsunął swemu rozmówcy wysadzaną jaspisem, podłużną szkatułkę
z papierosami, podarunek od Goeringa.
- Panie generale - powiedział, wyjmując z leżącej na stole teczki
kilkustronicowy maszynopis. - Chciałbym raz jeszcze usłyszeć pańskie
zdanie na temat torped lotniczych.
Pricolo powoli zapalał papierosa. Milczał. W roku 1934 inżynierom
włoskim udało się rozwiązać problem konstrukcji torped lotniczych, które
zrzucane z wysokości 80 metrów stanowić miały potężną broń przeciwko
nieprzyjacielskim okrętom. Osiągnięcie o wielkiej doniosłości na odcinku
techniki militarnej stało się natychmiast tematem dociekań obcych
wywiadów. Zwłaszcza Anglia i Niemcy nie ustawały w wysiłkach
zmierzających do zdobycia tajemnicy wynalazku, nad którym bezskutecznie
pracowały od lat sztaby techników, nie osiągając zadowalających
rezultatów.
To zainteresowanie dwóch potęg wojskowych powinno było zwrócić uwagę
również władz włoskich. Tak się jednak nie stało. "Samoloty torpedowe -
dowodził generał Ajmone Cat, wówczas komendant szkoły wojennej
lotnictwa, a następnie dowódca sił powietrznych w Abisynii i szef sztabu
lotnictwa w Afryce Północnej podczas drugiej wojny światowej -
nastawione wyłącznie na zatapianie okrętów w bitwach morskich, są
zupełnie zbędnym luksusem. Eskadry torpedowe tworzyłyby formacje, które
ewentualnie mogłyby być wykorzystane do akcji o przypadkowym
charakterze, akcji związanych z równie przypadkową działalnością
nieprzyjacielskiej floty, dysponującej przeważającą siłą. Kto z pokładu
okrętu przyglądał się zrzuceniu torpedy z samolotu, ten nie może pozbyć
się przygnębiającego wrażenia, że w ten sposób trwoni się jedynie cenny
materiał i naraża życie pilotów, którzy dokonują efektownych popisów
akrobatycznych, ale nie są zdolni do żadnej poważniejszej akcji. Ta
forma działalności bojowej, która powołać się może jedynie na niezbyt
chwalebne przykłady z czasów minionej wojny, kiedy samolotów używano do
demoralizowania załóg nieprzyjacielskich, zubożyłaby tylko zasadnicze
przeznaczenie lotnictwa. Jedynym rezultatem byłyby akty bezsensownego
heroizmu ze strony naszych pilotów oraz załamanie się ducha bojowego
pozostałych, którzy musieliby bezczynnie przyglądać się niezmiernym
stratom ponoszonym przez ich kolegów. Doprowadzić by to mogło do
zachwiania zaufania narodu w siłę jego obrońców, i to właśnie w momencie, kiedy zaufanie to powinno być niewzruszone. Raz straconego
zaufania nie można by potem odbudować za cenę największego nawet
bohaterstwa".
Patetycznym wezwaniem o ochronę "przed bezsensownym narażaniem życia
naszych bohaterskich pilotów" i przewidywaniem "heroicznej tragedii ich
nonsensownej śmierci", dowódcy lotnictwa pokrywali niechęć do nowej
broni. Przyczyną tej niechęci była obawa, że wprowadzenie torped
lotniczych spowoduje podporządkowanie części lotnictwa dowództwu
marynarki wojennej. A przed tym Pricolo i jego oficerowie bronili się ze
wszystkich sił.
Skłóceni generałowie Mussoliniego nie potrafili zrozumieć, że torpedy
lotnicze mogły mieć wpływ na wynik wojny na Morzu Śródziemnym. Spór o nie przyczynił się do powiększenia we włoskim dowództwie zamętu,
sprytnie wykorzystywanego przez wszędobylski wywiad angielski. No a RAF
i Royal Navy nie zasypiały gruszek w popiele. Na pokładach brytyjskich
lotniskowców czaiły się niepozorne dwupłatowce Fairey Swordfish,
wyposażone w tę groźną broń, której nie mieli i nie chcieli mieć Włosi...
Sytuacja nie uległa zmianie, kiedy po podpisaniu "paktu stalowego"
Niemcy zażądali od sztabu włoskiego przekazania im wszystkich tajemnic
wojskowych, a w pierwszym rzędzie szczegółów konstrukcji torped
lotniczych. Na wiosnę 1938 roku wojskowe zakłady metalurgiczne w Fiume
otrzymały polecenie zbudowania dla Luftwaffe pierwszych trzystu takich
torped. Pięciu niemieckich konstruktorów - trzech z zakładów Kruppa w Essen i dwóch z Peenemünde - oddelegowanych zostało, aby na miejscu
dopilnować realizacji zamówienia. Zakłady Heinkla przystąpiły do budowy
specjalnego samolotu torpedowego, a w fabrykach Dusseldorfu rozpoczęto
produkcję zapalników do nowej broni.
Wszystkie te zarządzenia, a zwłaszcza fakt, że przodujący pod względem
techniki wojennej sojusznik zwrócił się do Włoch z prośbą o wykonanie
próbnej serii nowej broni, nie wpłynęły na stanowisko włoskiego
dowództwa. Po wyprodukowaniu 300 torped lotniczych dla Luftwaffe,
przestano o nich w ogóle myśleć.
Nie uszło to uwagi Badoglio, który kilkakrotnie zwracał się w tej
sprawie do Mussoliniego. Pricolo wiedział o tym, toteż widząc teraz w rękach marszałka błękitne kartki ściśle tajnego raportu, jaki przed
miesiącem złożył Mussoliniemu, poczuł się trochę nieswojo. Raport ten
przeznaczony był przecież tylko dla Duce, nie miał wyjść poza ściany
jego gabinetu, za żadną zaś cenę nie powinien się był dostać w ręce
Badoglio. Tym bardziej, że całą winę za poniechanie produkcji nowej
broni Pricolo zrzucał w swym raporcie właśnie na szefa sztabu
generalnego.
Czynił go zresztą odpowiedzialnym nie tylko za to. Oparty na doskonałej
znajomości faktów, zawierający mnóstwo szczegółów tajny raport generała
Pricolo ujawniał wszystkie braki włoskich sił lądowych i marynarki
wojennej, poddawał ostrej krytyce plany strategiczne i ich autorów.
Stanowił prawdziwą bombę. Z wyjątkiem lotnictwa, które przedstawione
zostało jako stojący na najwyższym poziomie monolit, wszystkie inne
elementy włoskiej machiny wojennej rozłożone zostały w tym raporcie na
"czynniki pierwsze".
- Chciałbym raz jeszcze usłyszeć pańskie zdanie w tej sprawie -
powtórzył Badoglio, powoli przerzucając kartki maszynopisu. - Tym
bardziej, że z wieloma uwagami pana nie mogę się zgodzić.
Pricolo zrozumiał, że dłużej nie może już zwlekać z odpowiedzią:
- Twierdzenie, że utworzenie tego rodzaju formacji bojowej mogłoby
stanowić element istotny w bitwie o panowanie w basenie
śródziemnomorskim jest doprawdy dziecinne. Jeśli Anglicy tak sądzą,
dowodzi to jedynie ich głupoty i naiwności. Wystarczy powiedzieć, że do
transportowania torped przewidziano samoloty typu Breda 3, a więc
maszyny całkowicie przestarzałe, o niewielkiej szybkości (180 kilometrów
na godzinę) i uzbrojone jedynie w dwa kaemy kalibru 7,7. Samoloty te
obciążone torpedami stałyby się łatwym łupem nieprzyjacielskich
myśliwców. Atakowanie floty brytyjskiej przy pomocy tak przestarzałego
sprzętu byłoby prawdziwym szaleństwem, bez jakiejkolwiek możliwości
ratunku dla naszych pilotów i bez jakiegokolwiek rezultatu. Na dodatek
zaś eksperci techniczni uznali samoloty torpedowe za mało wydajne i mniej skuteczne niż bombowce.
A widząc niechętny grymas na twarzy Badoglio, dodał szybko:
- Obiekcje te można było oczywiście zwalczyć; ja sam uważam, że nowe
bronie trzeba wprowadzać do szerokiego użytku, nawet jeśli skuteczność
ich nie jest zbyt przekonywająca. Nie mamy jednak odpowiednich
samolotów. Na przeszkodzie stanęły trudności finansowe. Sztab generalny
uwzględniał przede wszystkim potrzeby floty. A potem sprawy ciągnęły się
tak długo, że obecnie jest już za późno na podjęcie produkcji. Tym
bardziej, że nadal nie posiadamy odpowiednich funduszów.
- O to można by się postarać - przerwał Badoglio.
- Proszę jednak nie zapominać o konsekwencjach. Torpeda lotnicza musi
kosztować przeszło 170 000 lirów, a do tego dochodzi jeszcze materiał
wybuchowy i zapalnik, co łącznie czyni co najmniej 180 000. Tymczasem
bomba lotnicza o wadze pięciuset kilogramów kosztuje, łącznie z materiałem wybuchowym, tylko cztery tysiące lirów. I podczas gdy za 180
000 lirów uzyskujemy ładunek 150 kilogramów materiałów wybuchowych, za
cztery tysiące mamy 240 kilogramów, a więc o dziewięćdziesiąt więcej.
Wydaje się więc, że zamiast stu torped, które kosztowałyby nas
osiemnaście milionów lirów, lepiej zbudować trzydzieści samolotów po 500
000 lirów, tysiąc bomb 250-kilogramowych - każda z nich po dwa i pół
tysiąca lirów - oraz 123 bomby pięćset kilogramowe po cztery tysiące
lirów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki