Kundlizm, Klub Trzeciego Miejsca, Polacy i Ameryka, Tworzywo - Melchior Wańkowicz


Reflow text when sidebars are open.
WSTĘP
Jest taki pogląd - odosobniony, ale mnie osobiście bardzo bliski - że największym sukcesem pisarza jest zaznaczyć się w języku. Nikt, poza garstką romanistów wąsko specjalizowanych w wieku XIX, nie jest w stanie dziś powiedzieć, w jakim to i czyim utworze pojawił się rekrut Chauvin, uosobienie tępej nienawiści do wszystkiego co obce i równie tępej wiary w absolutną wyższość swojego narodu. Tymczasem utworzone od nazwiska tej postaci słowo chauvinisme, szowinizm, funkcjonuje do dziś w większości języków świata.
Nie dlatego przecież, żeby Trójkolorowa kokarda Teodora i Hipolita Cogniardów (bo tak, zanotujmy to jako ciekawostkę, wspomniany utwór się nazywał) była komedią tak wybitną albo przynajmniej postać samego Chauvina tak znakomicie skrojona. Po prostu, podpatrzyli autorzy bystrym okiem cechę charakterystyczną, rodzącą się i wymagającą nazwania, i niejako przy okazji podrzucili przyszłym pokoleniom jej łatwy do używania symbol - groteskowego, karykaturalnego Chauvina. Starczyło się odwołać do znanej wszystkim postaci, i już było wiadomo, o czym rozmowa. Nie jest winą autorów, że z czasem namnożyło się rzeczywistych Chauvinów o tyle bardziej groteskowych, że o tym literackim zapomniano.
"Stronię od publicystyki. W reportażu wystarcza spostrzegawczo patrzeć i sygnalizować; w publicystyce ponadto należy podsuwać rozwiązania" - deklaruje Melchior Wańkowicz w jednym z przypominanych dziś tekstów. Z pozoru zakrawa to na przejaw nadmiernej ostrożności, niepotrzebnej asekuracji: napiszę tu zaraz, co uważam, ale nie mam pewności, czy uważam słusznie, bo przecież nie jestem jakimś nowym Mochnackim czy Brzozowskim, tylko reporterem... Jeśli się wczytać uważniej, jest odwrotnie. Wańkowicz jest nie "tylko", ale "aż" reporterem, i pozostaje nim, nawet gdy siada do publicystyki. Nie pisze zza biurka, nie odrywa się ani na moment od konkretu, tylko przywołuje bezustannie konkretne postaci, miejsca, zdarzenia. Każda nieomalże myśl znajduje inspirację i uzasadnienie w konkrecie.
Dlatego właśnie udało się Wańkowiczowi odnieść sukces porównywalny z autorami zapomnianej francuskiej farsy: wprowadzić do polszczyzny słowa, których w dyskusjach o sobie samych używamy do dziś. "Kundlizm", "chciejstwo" - niektórzy już nawet nie pamiętają, skąd się one wzięły. Stały się publicystycznym skrótem, oczywistością, wystarczy je przywołać, żeby wszyscy wiedzieli z grubsza, co chcemy powiedzieć.
Czy rzeczywiście? Czy w dzisiejszym polskim dyskursie rzeczywiście funkcjonują te słowa w takich znaczeniach, jakie on sam im nadał? Proszę sprawdzić to samemu.
Zaręczam, że opłaca się to zrobić. Wznowienie sztandarowych dokonań emigracyjnej publicystyki Wańkowicza z późnych lat czterdziestych XX wieku jest bowiem przygodą niezwykle pouczającą i trzeźwiącą. Oto trafiamy ponownie w świat "potępieńczych swarów", z którymi nawet po kilkudziesięciu latach, a może nawet - zwłaszcza po tych kilkudziesięciu latach, i po odzyskaniu niepodległości, mierzyć się zupełnie nie chcemy.
Odrzucenie to przebiega u nas na dwa sposoby. Jedni uciekają przed "skrzeczącą pospolitością", tak samo zresztą dotyczy to prawdy historycznej, jak i bieżącej geopolityki, w mitologię. Zmówili się na polską wolność ościenni tyrani i powiedziawszy: ukrzyżujmy tę Polskę, rzucili na nią przemocą i umęczyli - jak przed wiekami wyjaśniał nam przyczyny naszych nieszczęść narodowy wieszcz. Układanie z narodowej historii krzepiących "patchworków" ma u nas długą tradycję. Napisaliśmy sobie dzieje, w których całe dziesięciolecia są dyskretnie pomijane, w których postaci historyczne wyskakują na moment niewątpliwej chwały i zaraz znikają, aby broń Boże nie pokazało się cokolwiek niepasującego do nadanej im spiżowej pozy. Książę Poniatowski wychyla się z niebytu dopiero na kilka lat przed śmiercią, osobiście wiodąc piechurów do uderzenia na bagnety pod Raszynem, a bohater naszego hymnu narodowego Jan Henryk Dąbrowski, przeciwnie, znika z tejże historii w rozkwicie sił męskich i u szczytu sukcesów. Młodość pierwszego i późna dojrzałość starego nie nadawały się na ryngraf, więc ciszej nad nimi. Nie, nie, proszę mi tu nie wzruszać ramionami, że to romantycy, że dawno i nieprawda; wybitny historyk latami zbierał dane do biografii Jacka Kuronia, i w końcu odważył się wydać zaledwie przyczynek do niej, ograniczając się do opisania wyłącznie chwili jego bezdyskusyjnej wielkości; jeszcze nie do końca wyschła na tym brązowniczym tomie farba drukarska.
Są i drudzy; stronnictwo uciekinierów z polskości. Z intelektualnej pracy zwalniają się wpakowaniem wszystkiego do jednego wora i wyrzuceniem go na strych. Często cytuję pewną panią doktor, która w publicznej rozmowie argumentowała, że śp. Lech Kaczyński to był endek, bo przecież powiesił sobie na ścianie Piłsudskiego; przykład skrajny, ale nieodosobniony. Endecja czy Legiony, powstanie styczniowe, ONR, mniejsza o szczegóły, wszystko to się współczesnej półinteligencji miesza, wszystko jej jest równie wrogie, nieważne, niepotrzebne, zasługujące tylko na obśmianie. Prawdziwe życie jest gdzie indziej, i wystarczy je tylko gorliwie papugować, aby dostąpić zaszczytu zmodernizowania.
Trudno mi orzec, która z tych postaw była Wańkowiczowi bardziej wroga. Pierwsi odrzucali podobnych mu kraczących realistów pryncypialnie, ze świętym oburzeniem, mocą argumentów emocjonalnych - nie wolno, bo nie wolno. Bo krzyże i mogiły, bo odbiera się sens ofierze przelanej krwi. Ale drudzy, na kontakt z którymi mniej był w życiu narażony, są chyba jeszcze gorsi, zgodnie z prawidłowością opisaną starą maksymą "strzeż Boże od przyjaciół, z wrogami sobie poradzę".
Owym uciekinierom z polskości słowo "kundlizm" nadało się niezwykle, jako poręczna pałka do okładania "polskiej ciemnoty", z którą oni, poza wstydliwie skrywanym pochodzeniem, nie mają - we własnym mniemaniu - nic wspólnego. Dostąpił więc Wańkowicz tego samego wątpliwego zaszczytu co Gombrowicz, którego cytują, zamiast czytać, cytują w sfałszowanych cytatach, przykrojonego do przyziemnej potrzeby obśmiania i sponiewierania polskości, tradycji, wszelkiej powagi w ogóle.
Cóż to takiego "kundlizm"? Jeśli sięgniemy do internetowej skarbnicy obiegowych mądrości, przeczytamy zaraz, że krytyka wad narodowych Polaków, za którą polski ciemnogród, w tym wypadku emigracyjny, tak uprzykrzył pisarzowi życie, iż w końcu zdecydował się on raczej wracać do Peerelu, niż kisić w bogoojczyźnianym bagienku.
"Przypuszczam, że wątpię", jak pisał inny mistrz obserwacji i wychwytywania znaczących szczegółów. Bardzo mylące jest to pojęcie "charakter narodowy", bo sugeruje jakiś biologiczny determinizm. Charakter, jak wie każdy rodzic, przynosimy ze sobą na świat, i nic się z tym nie da zrobić. Ujmując słowem "charakter" cechy wielkiej zbiorowości, całego narodu, niebezpiecznie się zbliżamy do wystarczająco już chyba przez historię zdyskredytowanego rasizmu. Murzyni są leniwi i głupi, Żydzi sprytni, ale za to przyziemni, odwrotnie niż Polacy, z natury heroiczni, ale nieznośnie niepraktyczni... Wszystko to jest kolekcją głupstw, do których Wańkowiczowski "kundlizm" dopisywany jest jako synonim rzekomo wrodzonej u Polaków zawiści, zajadłości w rzucaniu się sobie nawzajem do gardeł. Ot, rzucił ktoś okiem na tytuł, na pierwszy ze śródtytułów, o szewcu zazdroszczącym prałatowi, i już może szermować jeszcze jednym argumentem, że Polacy są po prostu beznadziejni.
Nic podobnego Wańkowicz nie twierdzi. Przeciwnie. "Pisząc o bezinteresownej zawiści polskiej, przypisałem ją naszej biedzie materialnej... i kulturze poszlacheckiej" - podsumowuje wszak sam autor, by z tym podsumowaniem pójść dalej, w kolejne analizy. Jest jego tekst upartym rozplątywaniem zaszłości i skutków, nawyków niekiedy zgubnych, ale przecież niebędących żadnym fatum, tylko brudem do posprzątania.
Brudem, którego przecież nie sprzątniemy, jeśli udawać będziemy, że go nie ma - i tu znowu od uciekinierów z polskości, szyderców, odbijamy w stronę "szczeropolskich" (jak sami się dziś określają) mitotwórców, za kamień obrazy poczytujących insynuację, jakby w naszej ukochanej chacie mogło być coś nie tak. Brud? Jaki znowu brud w Ojczyźnie, która tyle cierpi?
Od bezmyślnego odrzucenia wszystkiego, w naiwnym przekonaniu, że byle nie Polakami, to Europejczykami się staniemy automatycznie, samą mocą dokonanej apostazji - do równie bezmyślnej, entuzjastycznej afirmacji wszystkiego co nasze, wiodącej do uświęcenia oczywistych patologii. Jednym wystarczy sam tytuł i dwa zdania prymitywnego streszczenia, drudzy oponują, że "nie czas"... Na myślenie, niestety, nigdy nie ma dobrego czasu, o czym wiele mówi przepojony długo oswajanym bólem Klub Trzeciego Miejsca. Przed wojną myśleć nie było wolno, bo szła wojna, należało krzepić ducha, mówiąc językiem konfederacji barskiej, "animować" Polaków do boju. W czas wojny na myślenie tym bardziej pory nie było, bo przecież - wojna. A teraz znowu, po wojnie (z Jego perspektywy patrząc), też nie wolno wracać do tego, o czym się w porę nie pomyślało wcześniej, bo po tylu ofiarach, tylu cierpieniach zbrodnią jest Polaków ranić jeszcze bardziej, zamiast koić ich ból i kłaść na rany plaster bohaterskich bajań i wishful thinking.
Przypatrzmy się, jak bardzo dwa głośne publicystyczne teksty Wańkowicza, adresowane do powojennej emigracji, związane są ze sobą, właściwie będąc dwoma rozdziałami tej samej pracy o wyrobionych przez pokolenia życia do góry nogami (bo tym jest przecież życie w niewoli) nawykach, które nie pozwoliły Polakom zginąć, ale i żyć nie pozwalają. Bo przecież to samo "chciejstwo" pozwoliło przetrwać zabory, apuchtinowszczyznę i hakatę, i ono też ukształtowało owych opisywanych przez Wańkowicza bezmyślnych generałów, z pogardliwym wydęciem warg "my nie Czesi!" posyłających młode pokolenie na zupełnie niepotrzebną śmierć.
Wańkowicz miota się między mitotwórcami a szydercami, między tymi odwiecznymi stronnictwami polskiej głupoty, w tej samej pułapce wiecznej polskiej niedojrzałości, pułapce "Polski zdziecinniałej", pułapce upartej dążności do "życia ułatwionego", w której szarpali się jego wielcy poprzednicy i niejeden z następców. Nie był przecież mitotwórcą, choć gdy trzeba było, umiał grać na patetycznych nutach, jak we wspaniałym reportażu Bitwa o Monte Cassino. Nie jest i szydercą, choć szydercze nuty rozbrzmiewają w przypominanych tu, klasycznych dziś już tekstach, raz po raz. Jest reporterem, z bystrym okiem do obserwacji i darem celnego skrótu, oraz publicystą, który z podchwyconych przez reportera szczegółów buduje syntezę polskich problemów, w swej istocie, mimo upływu lat i powierzchownych zmian, wciąż, niestety, bardzo aktualnej.
Rafał A. Ziemkiewicz
SZEWC ZAZDROŚCI KANONIKOWI, ŻE ZOSTAŁ PRAŁATEM
BEZINTERESOWNA ZAWIŚĆ
Stale wahamy się między megalomanią a kompleksem niższości. Pisarz, który podbechtuje megalomanię, podoba się nam. Pisarz, który wskazuje nasze złe strony - prędzej czy później ściąga na siebie oburzenie. Pisanie pod prąd powszechnych upodobań jest równie potrzebne jak pisanie z rytmem serc. Ale chwila jest taka, że temu Polakowi, który jest dostatecznie bity przez wypadki, nie ma się serca prawić morałów. Literatura - jak kochająca matka - mówi sobie: "No, to może już jutro. Dzisiaj mi biedaczek tak blado wygląda".
I podaje nowe ciastko na talerzyku.
I objedzony ciastkami pupilek chodzi w przekonaniu, że jest cudownym dzieckiem.
Czy nie zauważyliście, że w rozmowach mamy dwie miary: albo się mówi o Polsce i Polakach generalnie i wtedy z ust nam nie schodzi "wyrąbana niepodległość", Gdynia, COP i jeszcze raz na odwyrtkę COP i Gdynia, Westerplatte, obrona Warszawy itd. - albo mówimy o znajomych Polakach i wtedy okazuje się, że, jak okiem sięgnąć, wszyscy są durnie, karierowicze, dekownicy, bagaż zaleszczycki, partyjniacy, nepoci, protekcyjniacy, synekurzyści, nieroby, intryganci...
Po prostu - zdawałoby się - ten COP i ten krwawy wrzesień, to powstanie warszawskie i to Cassino sprawili jacyś inni Polacy, których nie znamy.
Dlaczego nasz osąd "świąteczny" nas samych jest tak różny od osądu dnia powszedniego?
Sądzę, że oba osądy są słuszne. Nasz naród jest tak dwoisty jak żaden inny. Dlaczego tak jest - pomówimy w następnych felietonach. Ale najpierw przeróbmy nieco ten materiał powszedni, naszych codziennych rozmów, naszego psioczenia codziennego.
Polakom jest źle ze sobą. Stop... Proszę wstrzymać się z protestami. Ja wiem o tęsknocie do swoich, ja wiem o wspomaganiu się i solidarności. Ale mówię nie o ciężkich chwilach, ale właśnie - o dniu codziennym.
Już zebraliśmy się, już jesteśmy na kupie - i co wtedy? Wtedy zalewa nas jasna krew, wtedy nas bierze cholera, wtedy: "Niech to szlag trafi", jak te rodaki jeden drugiemu utrudniają życie.
Jeden drugiemu za grosz nie da kredytu.
Zaznajamiamy się w podróży z jakimś cudzoziemcem.
- Jaki jest pański fach? - pyta.
- Jestem inżynierem.
- Ach, tak!...
I w tym "ach, tak!" jest pokwitowanie wiadomości z dodaniem paru groszy kredytu: "Jesteś inżynierem, więc zapewne wystudiowałeś swój fach, więc zapewne umiesz to robić".
Teraz jeśli zacznę pracę z tym cudzoziemcem, to ją zacznę z tymi paru groszami kredytu. Zawszeć to lżej. Dopiero jeśli poszkapię robotę, to stracę ten kredyt.
Jeśli jadę z rodakiem i powiem, że jestem inżynierem, to się krzywo uśmiechnie wewnętrznie: "Pewnie po prostu jakiś technik budowlany". Jeśli powiem, że jestem literatem, pomyśli, że ma do czynienia z reporterzyną, doktor będzie u niego łapiduchem, geometra - skoczybruzdą, urzędnik - urzędasem, policjant - gliną, wydawca - wydławcą, nakładca - nakradcą, ksiądz - klechą, podoficer zawodowy - zupakiem, weterynarz - konowałem, aptekarz - pigularzem, pisarz - gryzipiórkiem, dziennikarz - skrybą, a kucharka - garkotłukiem. Człowiek wesoły w jego pojęciu wygłupia się, człowiek smutny - pozuje, człowiek energiczny - to karierowicz, indywidualność - to reklamiarz, człowiek myślący samodzielnie - "strugający wariata", wierzący - to świętoszek, a niewierzący - to bolszewik, przedsiębiorczy - to taki, który pcha się, a wstrzemięźliwy - to kretyn.
Wytworzyliśmy bogate słownictwo pogardliwych słów.
Trudno z takim bagażem powszechnej zgryźliwości i braku zaufania poczynać pracę. Polak w swoim środowisku zaczyna ją z reguły z obciążeniem nieufności, podczas kiedy za granicą ludzie zaczynają ją z paru punktami kredytu. Polak musi dopiero popracować, by w oczach rodaków dojść do zera, od którego dopiero może się drapać na plus.
Pomnóżmy ten debet, zapisywany indywidualnie na rachunek każdego Polaka, przez wiele milionów Polaków, i zobaczymy ogromny debet psychiczny stworzony dobrowolnie - diabli wiedzą dlaczego.
Jeśli zajdę do wojskowego składu angielskiego po cokolwiek, uśmiechnięty Anglik myśli przede wszystkim, jak zrobić, żeby mi dać to, czego pragnę. Jeśli zajdę do polskiego, urzędujący Polak myśli przede wszystkim, jak nie dać - że może jednak jakiś punkt na to nie pozwala.
Jeśli Anglik mówi: "Przecież to wojna", to znaczy w jego ustach: "Muszę ci więc jak najwydatniej pomóc".
Jeśli Polak mówi zgryźliwie: "Czegóż się wam zachciało - przecież wojna" - to oznacza, że mam znosić jego bezmyślność, nieróbstwo, brak przewidywania, niezaradność. Wojna jest tu głupim pretekstem, aby rozładować tkwiącą w każdym Polaku nieuczynność i wrogość do drugiego człowieka.
Załatwiając z Anglikiem jakąś sprawę, która wymaga pewnego nagięcia przepisów, najlepiej wyłożyć krótko swoją sprawę, po czym nie nalegać, nie tłumaczyć - po prostu, stać i czekać. Biedak póty będzie pocierał łeb, póty myślał, aż wreszcie powie:
- I shall see what I can do for you1.
I rzeczywiście - zmobilizuje wszystkie swoje możliwości.
Polak w takich wypadkach ma też swoją gotową formułę, którą wszyscy doskonale znamy:
- Nie ma tak dobrze!...
Dlaczego nie ma tak dobrze? I co za uciecha, co za patetyczne mentorstwo tkwi w tym orzeczeniu. Kiedy się przyprze takiego bęcwała argumentami, że ma rozwiązanie sprawy przed nosem, wtedy tłumaczy:
- Bo by każdy tak chciał!...
No pewno, że każdy by tak chciał!... To i rób każdemu, jeśli możesz, a jeśli nie możesz wszystkim, to na ile cię stać.
Dadzą mi tu przykłady, jak ludność pomagała sobie w strasznych dniach powstania, jak wiele było wiernego żołnierskiego koleżeństwa. A ja mówię o codziennym dniu. Kiedy "chwila wymaga", jak zwykliśmy mówić, nie chciałbym być z nikim bardziej jak ze swymi rodakami. Wiem, że łeb nadstawią za mnie, narażą się, od ust odejmą.
Ale ja mówię - o dniu powszednim. A przecież wojna - między błyskami walk, niebezpieczeństw, ciężkich przejść - jest wypełniona szarym dniem, w którym żyjemy obyczajem przedwojennym, obyczajem codziennym - w którym, co tu gadać, jest Polakom źle ze sobą.
Skąd bierze się ten wielki zapas niechęci człowieka do człowieka, tego, co ja bym nazwał bezinteresowną zawiścią?
Sienkiewicz kiedyś zachodził w głowę w jakimś felietonie, broniącym Modrzejewskiej przed zawiścią rodaków, dlaczego wytwarza się ta atmosfera sprzysiężonej niechęci, pełnego przekąsu obliczania zarobków wielkiej aktorki, notabene czerpanych nie z kieszeni rodaków. Nie mogąc zrozumieć tej zawiści o talent, któremu nikt nie mógł sprostać, który żadnemu z polskich aktorów nie zagrażał, bo Modrzejewska przyjechała tylko na gościnne występy, Sienkiewicz tę polską zawiść nazwał "platoniczną zazdrością". Wystarczyło jednak tej "bezinteresownej zawiści", by na całe życie wypłoszyć Modrzejewską z kraju, jak wystarczyło jej, aby Paderewskiemu na zawsze obrzydzić występy w Polsce.
A Kaden Bandrowski, człowiek, jedyny spośród literatów, który starał się rzemiosło pisarskie otoczyć warunkami dającymi mu możność rozwoju? Cóż za ogon oślizgłych gadań wlókł się za tym człowiekiem, pomawianym o niesłychany materializm, kiedy w rzeczywistości czołowy pisarz zarabiał nie więcej niż bardzo przeciętny adwokat?
ORGANICZNA GŁUPOTA
Bezinteresowna zawiść jest równie nieoczekiwana, równie krzywdząca jak organiczna głupota.
Kiedy młody inżynier kończy politechnikę, ma mocno wbite w głowę, że na korozję, czyli rdzewienie, musi preliminować, dajmy na to, dwadzieścia procent, czyli tam, gdzie by starczyło sto ton, musi się liczyć z potrzebą zużycia stu dwudziestu ton materiału.
Kiedy oficer kończy podchorążówkę, wie, że wielkie jednostki muszą preliminować, dajmy na to, pięćdziesiąt procent na służby pomocnicze: preliminowane całe sto procent do linii nie powojowałoby długo bez piekarzy, warsztatów, szpitali itp.
Prawnik wie, że na każdy rodzaj przestępczości jest ustalony procent i nie załamuje się psychicznie, jeśli pewien określony odsetek ludzi kradnie, tak jak nie rozpacza lekarz, że w społeczeństwie jest pewien procent chorych na raka czy gruźlicę.
Ale ani oficera, ani inżyniera, ani żadnego innego zawodu nie przygotowuje się, żeby w swoich obliczeniach preliminował poważny ubytek sił, czasu, możliwości i wykonawczości - na organiczną, ciężką, niewytłumaczalną głupotę.
Cierpiąc nieraz dotkliwie, tak jak i tylu innych, z powodu tej organicznej głupoty, zachodząc w głowę, jaka jest jej geneza, sądzę, że jednym z najpoważniejszych jej składników jest brak wyobraźni. Osobiście zalecam walczyć z organiczną głupotą metodą tego żołnierza napoleońskiego, cofającego się spod Moskwy, który nigdy by nie wydostał od chłopki ingrediencji potrzebnych do zwarzenia zupy, gdyby jej nie nabujał, że zupę zrobi na gwoździu, po czym zaś dopiero wycyganiał a to mąkę, a to sól, a to kartofel, a to kapustę.
Organiczna głupota - nie jest specjalnie polską cechą. Dosyć poczytać wspomnienia z ubiegłej wojny Lloyda George'a albo Churchilla, żeby za głowę się złapać, odkrywając, że istnieje nie podejrzewany przez nas gatunek wielkiej choroby społecznej, pociągającej w czasie wojny więcej ofiar niż jakakolwiek grypa zafrontowa, pociągającej w czasie pokoju na pewno większe i kosztowniejsze straty niż rak, gruźlica, syfilis.
Sygnalizowano mi, że istnieje pono wielkie studium o głupocie w angielskiej literaturze socjologicznej, wynoszące sześćset stron ścisłego druku. W części historycznej dzieła autor wykazuje, jak odmiennie potoczyłyby się dzieje wielu narodów, a co za tym idzie i ludzkości, gdyby nie organiczna głupota. Wpływa więc ona w równej mierze na losy świata jak geniusz i poświęcenie. A więc głupota organiczna doczekała się swego zaszeregowania w liczbie plag społecznych. Po wojnie może będą katedry tej plagi, a w poszczególnych fachach będzie się badało, w jakiej mierze głupota powoduje "korozję". I już młodzi, rwący się do pracy pracownicy nie będą wychodzili z gabinetów szefów z uczuciem rozgoryczenia, z uczuciem nagłego zawodu, z uczuciem krzywdy, która ich spotkała. Tak jak nikt się nie rozżala na los, że go ugryzł anopheles2. Bo o tym uprzedzano, bo uczono, że około trzech procent anofelosów nosi zarazki, bo na to wymyślono siatki ochronne. Z malarią uczono się liczyć, a z głupotą - nie.
POLSKA PROTEKCJA - ODTRUTKĄ NA POWSZECHNĄ ZAWIŚĆ
Jeśli jednak organiczna głupota jest chorobą międzynarodową jak rak, to zawiść bezinteresowna specjalnie grasuje w Polsce jak mucha tse-tse w jakimś Nyasa-Landzie.
Jak się to dzieje, że rodacy krzywo się uśmiechają na powodzenie bliźnich?
To mało powiedzieć - krzywo się uśmiechają: ścigają to powodzenie zajadle, jakby osobiście nim byli obrażeni.
Istnieje u nas, słuszne zresztą, przekonanie, że Anglicy są wiele mniej od nas wylewni, że są powściągliwsi w słowach.
A przecież są takie dziedziny, w których Polaka życie nauczyło być szczytem dyskrecji, niedosięgłym dla Anglika: to jest sprawa ewentualnego jego mianowania.
W klubach Anglicy, wyczerpawszy już całkowicie temat pogody, poczynają wałkować swoje ewentualne mianowania. Oczekują na długo przedtem, dyskutują z tymi, którzy już mieli to stanowisko, informują się.
U nas często spotykamy przyjaciela, z którym codziennie graliśmy w brydża, właśnie ostatnie roberki odeszły przedwczoraj - pytamy go, gdzie idzie, a ten odwraca głowę z pewnym zażenowaniem, powiada, że właśnie idzie po ostatni zakup, bo właśnie za dwie godziny wyjeżdża, otrzymawszy mianowanie. Mówi to z zażenowaniem, jakby tym mnie osobiście obrażał. Okazuje się, że "to się wałkowało" już od pół roku, ale, pośpiesza zapewnić, że on wcale nie jest zadowolony, że w tym mianowaniu jest pełno złych stron, że właściwie to i teraz nie jest nic pewnego.
On jest inżynierem, ja jestem weterynarzem, ale cholera wie, czy ten weterynarz "gdzieś czegoś nie popsuje". Jeśli się krzywo uśmiechną porucznicy, że jeden z nich został kapitanem, to rozumiem. Ale czemu stukający młotkiem w zelówkę szewc wykrzywia się z lekceważeniem, z obrazą osobistą niemal i poczuciem krzywdy, kiedy się dowie, że kanonik został prałatem, chociaż ten szewc nigdy na prałata nie celował? Skąd ta bezinteresowna zawiść u tego szewca?
Dlatego kanonik za Boga nie powie swemu szewcowi, że ma zostać prałatem.
Bo któż mu zaręczy, czy odnosząc buty biskupowi, szewc nie buchnie pasterza w mankiet i nie powie, że właśnie odnosił buty kanonikowi, po czym siorbnie nosem i powie:
- Ja tam niby nic, ale eee!
Jeśli kanonik był gadułą i zwierzał się z czekającą nominacją krawcowi, który równocześnie robił sutannę biskupowi i ten krawiec ze swojej strony zrobił gest pełen niechętnego znaczenia, mówiąc o kanoniku, to już dobry pasterz poczyna się niepokoić, że: "Jednak opinia ma coś przeciw temu kanonikowi".
I podczas kiedy poczciwy kanonik zachodzi w głowę: "Co mogło się stać", szewc i krawiec zapytani, bardzo by się zdziwili, że go chcieli utrącić.
- Kanonika? Broń Boże!
Polskie skargi na rozpowszechnioną protekcję są częściowo tylko słuszne. Zwykle obywatelowi chodzi nie tyle o pozytywną protekcję, ile o to, "aby mieć kogoś, kto wynyka, co jest na rzeczy".
Jednym słowem - aby mieć odtrutkę na rozlany w powietrzu jad bezinteresownej zawiści.
BIEDA MATERIALNA
Dlaczego Polak może o sobie powiedzieć słowami Williama Walsha: "I can endure my own despair, but not another's hope" - że może raczej przetrzymać własne niepowodzenie niż powodzenie bliźniego?
Ja sądzę, że to sprawiły długie lata biedy materialnej, kiedy do ciasnego żłobka cisnęły się masy odsuniętych od niego obywateli. Kiedy ci obywatele nie mieli gdzie nabyć kwalifikacji i nie mieli gdzie iść.
Stan ten niewiele się poprawił po uzyskaniu niepodległości, kiedy wprawdzie dla mas polskich otworzyły się urzędy, ale zamknęła się emigracja, odciążająca nas rokrocznie przed tamtą wojną na jakieś dwieście, trzysta tysięcy obywateli, którzy nie tylko przestali zaglądać innym w garnek, ale jeszcze dosyłali do kraju około dziesięciu milionów dolarów rocznie. Kiedy zamknęły się wschodnie rynki zbytu. Kiedy autarkia szalejąca na świecie zamykała w ogóle drogę dla polskich towarów, a nasza wielka rozrodczość dawała nam co rok czterysta pięćdziesiąt tysięcy przewyżki urodzin nad zgonami, czterysta pięćdziesiąt tysięcy nowych gęb do żywienia, a zapasu ziemi już niemal nie było.
Cóż za różnica z krajami mniej dynamicznymi i wiele bogatszymi. Pamiętam jakąś popijawę z przygodnie spotkanymi Belgami, jadącymi do Konga. Każdy miał kilka propozycji. A nasza młodzież?...
Ta chłopska małorolna - dorabiająca się, jak się da, robotami w lesie, zwózkami, najmowaniem się, którego nie zawsze starczyło, pracująca zaledwie pełne trzy, cztery dni na tydzień, stanowiąca miliony ukrytego, nigdzie nie rejestrowanego bezrobocia?
Ta rzemieślnicza miejska - diabli wiedzą dlaczego zmuszona ganiać po bułki dla pani majstrowej przez trzy lata bezpłatnej nauki, bo taki był nadmiar kandydatów?
Ta inteligencka - zarzynająca się w bezpłatnych praktykach, dusząca się w kontyngentach zawodów, skrzętnie dbających o umiarkowane zwiększanie swoich szeregów, marząca o utrzymaniu posadziny za sto pięćdziesiąt złotych miesięcznie?
Cóż dziwnego, że w tej atmosferze narastało nie poczucie koleżeństwa, ale zawiści tak ostrej, że aż bezinteresownej, doprowadzającej do tego, że szewc kanonikowi zazdrościł. W tym wszystkim tkwiło bezświadome poczucie, że jeśli naokoło będzie się spluwało, będzie się obniżało wszystko i wszystkich, jeśli poziom wszystkich w opinii się obniży, to moja małość zostanie wyżej o pół cala na tym pagórku, na który mozolnie się wdrapała.
Zawodne poczucie!... Bo fala zawiści, nieufności, braku kredytu wracała do zawistnika i strącała jego z kolei.
Można by za Szekspirem powtórzyć: "O Boże, strzeż mnie od zazdrości. Jest to zielonooki potwór, który szydzi z wysiłku innych, którym się karmi".
Tak i my szydzimy z wysiłku innych, który nam służy.
Szekspir jednak żył na przełomie. Już za jego czasów kraj rozkwitł i biedna wyspa stawać się poczynała imperium. Somerville, który się narodził sto lat później, już był w stanie sformułować zasadę, na której mogło się oprzeć angielskie kształcenie charakterów: "Pieniądz w dużej mierze robi człowieka".
Tak, pieniądz w dużej mierze robi człowieka.
Naszą zawiść bezinteresowną między obywatelem a obywatelem sprawiła jednak nie tylko bieda materialna, ale i parciejąca kultura poszlachecka.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
1 [Red.:] Zobaczę, co mogę dla pana zrobić.
2 [Red.:] Anopheles maculipennis, widliszek - komar przenoszący zarazek malarii.
PEŁNY SPIS TREŚCI:
KUNDLIZM
WSTĘP
SZEWC ZAZDROŚCI KANONIKOWI, ŻE ZOSTAŁ PRAŁATEM
FUMY
KUNDLIZM
HODOWLA ANIOŁÓW
KLUB TRZECIEGO MIEJSCA
LIST DO FLORCZAKA I BLISKICH
CZĘŚĆ PIERWSZA. ŚWIAT
DOJUTRKI
STARA EPOKA
MOCE ROZBIJAJĄCE
IMPAS BRONIĄCYCH
DWADZIEŚCIA PIĘĆ LAT ANARCHII?
CZĘŚĆ DRUGA. EMIGRACJA
DYSPROPORCJE
JASKRAWE ŚWIATŁO
WSTYDLIWY CIEŃ
KLUB TRZECIEGO MIEJSCA
POLACY I AMERYKA
WSTĘP
OD AUTORA
FANFARY EMIGRACJI POLITYCZNYCH
SIŁOWANIE SIĘ EMIGRACJI ZAROBKOWEJ
NOWY PRZYPŁYW I WSPÓLNE OWOCOWANIE
ASYMILACJA
MIĘDZYEPOKA: PRZENOSINY EUROPY
AMERYKA NA ŁAWIE OSKARŻONYCH
AMERYKA - KATALIZATOR CYWILIZACJI UNIWERSALNEJ
WYŚCIG Z CZASEM
POLSKI WKŁAD
ZACHODNIA LATTIMORIADA
TWORZYWO
OD AUTORA
JÓZEF GĄSIOR
ANTONI BOMBIK
PAWEŁ KLEKOT
PIONIERZY
JAN PASIK
DROGĄ DO KOŚCIOŁA
KU SPOŁECZNOŚCI
POSŁOWIE DO TWORZYWA
POSŁOWIE