W Białowieży zamieszkaliśmy w 1996 roku. Z początku dzieliliśmy dom, a właściwie sklep z pamiątkami, z naszymi przyjaciółmi Beatą i Piotrem Jachowiczami. Piotrek z Beatką prowadzili sklep, a my mieszkaliśmy u nich kątem. Było prześmiesznie, bo czasami, żeby umyć zęby, trzeba było się przeciskać przez tłum turystów kupujących nalepki, pocztówki albo rzeźbionego ptaszka (żubrów Piotrek nie miał rozmyślnie, bo ma je każdy białowieski stragan).
Sklep był kiedyś knajpką i tuż za nim znajdowało się coś w rodzaju klatki, która służyła do przechowywania butelek. Była całkiem spora i właśnie do niej trafił nasz pierwszy białowieski myszołów, który - o ile dobrze pamiętam - miał uszkodzony palec. Uszkodzony palec może być problemem, bo niby jak z takim palcem łapać zwinne gryzonie? No to postanowiliśmy się nim zaopiekować.
Myszołów, który zajadał się szyjkami kurczaków z pobliskiego sklepu, bardzo szybko wydobrzał i postanowiliśmy go wypuścić. W piękny, słoneczny dzień i przy licznej publice otworzyliśmy klatkę z nadzieją, że ptak opuści więzienie, ale myszołów nie reagował na otwarte drzwi, tylko głupio się na nas gapił. Nie pomagało walenie w siatkę, straszenie ani krzyki. W końcu Piotrek wpadł na pomysł, by położyć mu przed klatką kawałek kurzej szyjki. Myszołów, jak to tylko zobaczył, natychmiast wyleciał z klatki, po czym... powrócił do niej.
- Dziwicie się? Czego mu więcej trzeba? Dach nad głową ma, regularne jedzenie ma, to gdzie miałby lepiej? - mówił nam zaprzyjaźniony z nami na dobre i złe Andrzej Kruszewicz, jeden z najlepszych specjalistów od ptaków, na co dzień odpowiedzialny za ptaki w warszawskim zoo (a dziś jego dyrektor).
Ale przecież miejsce ptaka drapieżnego, i to zdrowego jak ryba, nie jest w klatce przy sklepie z pamiątkami, tylko na wolności. Wkurzyliśmy się i siłą go wywaliliśmy, a klatkę zamknęliśmy. Musiał w końcu odlecieć, leń opierzony.
To było nasze pierwsze zwierzę w puszczy. Czasy sklepowe się jednak skończyły. Zimą trzeba było poszukać czegoś lepszego. Całą czwórką wylądowaliśmy w domku, który wcześniej wynajął Piotrek. Zwierząt tam nie mieliśmy, dopiero później Piotrek kupił śliczną suczkę Kobi, którą przestraszyłem, kiedy była szczeniakiem, i nawet jak dorosła, to sikała na mój widok. Potem jednak Beatka i Piotrek wrócili do Warszawy. Takie życie.
Zanim wyjechali, znaleźli nam dom, do którego przenieśliśmy się wiosną 1997 roku. Był własnością Ani i Janka Buszków. W domu obok mieszkała jeszcze ich córka Paulinka oraz Dziadek Buszko i Babcia Buszko (oboje dziś już nie żyją). Dziadkowie Buszko byli chodzącymi skarbnicami wiedzy o przyrodzie. Dziadek Dymitr pamiętał jeszcze puszczę przedwojenną, gdy spacerowały po niej niedźwiedzie, których teraz w okolicy od dawna już nie było.
Ale wróćmy do wynajmowanej posiadłości. Składała się ona z maleńkiego domku, chlewka oraz rozsypującej się prastarej stodoły. "Idealne miejsce na bociany" - myślałem, bo od czasu, gdy pewien bocian defilował po naszej warszawskiej kuchni, bardzo za przyjaźnią z bocianami tęskniłem. Biedna Nuria, która w Polsce była dopiero od niedawna i z jasnym planem zajmowania się wyłącznie badaniem padliny nie przypuszczała, co ją jeszcze czeka.
Kiedy sprowadziliśmy się do Teremisek, mieszkały w nich aż trzy bocianie pary. Od paru lat jest tylko jedna albo nie ma żadnej. To jedno z moich ostatnich zdjęć pary bocianów w naszej wsi podczas pełni księżyca.
DO TRZECH BOCIANÓW SZTUKA
Latem 1997 roku zamieszkały z nami trzy bociany. Kiedy stada bocianów zbierały się pod koniec sierpnia do odlotu i krążyły nad Białowieżą, nasze boćki stały na podwórku i patrzyły w niebo. Wszystkie trzy wykluły się w tymże roku, ale los sprawił, że nie mogły odlecieć do Afryki. Taką wędrówkę, podczas której bociany przemierzają czasami nawet dziesięć tysięcy kilometrów, może przeżyć tylko ptak w pełni sprawny. A wszystkie trzy były niepełnosprawne. Ale zacznijmy od początku.
Właśnie tego roku bociany spóźniły się do Polski jakieś trzy tygodnie. Ptaki lecące z Afryki do wschodniej Europy przez Bliski Wschód i Bałkany zatrzymał powrót zimy nad Bosforem. Cała ornitologiczna Europa siedziała z tego powodu w internecie, śledząc każdy krok i denerwując się o los podróżników.
W Polsce brakiem bocianów najbardziej przejął się Maciek Zimowski, szef firmy Bird Service. Co kilka godzin kontaktował się z ornitologami z innych krajów, którzy przekazywali mu dane o tym, co się dzieje u nich, a on informował o tym, co dzieje się w Polsce. Wszyscy patrzyli na polskie bociany, bo u nas wtedy mieszkało ich najwięcej, ponad trzydzieści tysięcy par. Druga była Hiszpania - siedemnaście tysięcy par.
Obecnie się to zmieniło i u nas mieszka 45 tysięcy, a w Hiszpanii nieco więcej. U Maćka można było dostać najlepsze informacje o bocianach.
- Tysiące tkwią w cieśninie Bosfor. Nie mogą lecieć dalej, bo zatrzymuje je zła pogoda. Nie mają co jeść. Część może zawrócić do Afryki - alarmował Maciek. A kilka dni później pocieszał: - Pogoda się poprawia. Bociany powoli ruszają.
I rzeczywiście ruszyły i stopniowo zaczęły się pojawiać w Polsce. Nikt jednak nie wiedział, jak opóźnienie odbije się na ich potomstwie. Czy będą miały mniej młodych? Czy może młode będą cherlawe?
Coś mi podpowiadało, że jakieś boćki nieudaczniki trafią do mnie. Nie miałem nic przeciwko temu. Będąc jeszcze małym chłopcem, miałem bociana. Miał śrut w skrzydle, bo strzelił do niego jakiś idiota. Bocian nie mógł latać. Mieszkał w warszawskim mieszkaniu moich rodziców w kuchni i okropnie paskudził. Chodził za nami jak pies i wszyscy go bardzo kochali.
Kiedy wreszcie zapadła decyzja, aby oddać go do zoo w Płocku, moja mama przeciwstawiała się temu usilnie, twierdząc, że trzeba kupić działkę i tam go trzymać. Problem jednak nie polegał na działce, tylko na tym, że wtedy mięso było na kartki. Bociek objadał więc całą rodzinę, a szansa na otrzymanie dodatkowego przydziału na bociana była nikła. Trafił więc do zoo. A ja od tego czasu marzyłem, żeby mieć bociana, jakiegoś sierotę, który sobie nie poradzi bez pomocy człowieka.
Od tego czasu zmieniło się wiele. Plan Balcerowicza sprawił, że nie musiałem się martwić mięsem na kartki, i przeniosłem się do Białowieży, gdzie nasz przydomowy ogródek nadawał się do trzymania bociana dużo bardziej niż ciasna kuchnia.
SIEDEM NIESZCZĘŚĆ Z KRÓLICZEJ KLATKI
Pewnego sierpniowego popołudnia przyszli do nas dwaj chłopcy z pobliskiej ulicy Południowej. - Mamy bociana - zakomunikowali i natychmiast porzuciłem wszelkie zajęcia i poszedłem z nimi.
W klateczce po królikach coś się ruszało. Włożyłem ręce i wyciągnąłem boćka. Wyglądał jak siedem nieszczęść. Pióra zniszczone, brudny jak nie wiem co, a na dodatek straszliwie okaleczony. U jednej z nóg brakowało mu palców. Musiało się to stać dawno temu, bo rana już była zagojona. "Sznurek" - pomyślałem od razu.
Sznurki do snopowiązałek to wielkie przekleństwo bocianów. Cała masa wala się po polach, a dorosłe bociany myślą, że jest to świetna wyściółka gniazda. Znoszą więc to paskudztwo do siebie. Kiedy wykluwają się młode, sznurek potrafi się zakręcić wokół maleńkiej nóżki. Nie dopływa krew, pojawia się martwica - i po nodze. Małe boćki mogą też zostać na zawsze uwięzione w gnieździe, giną wtedy w okrutnych męczarniach. Los niepełnosprawnego boćka nie jest zresztą dużo lepszy. Ginie także, tyle że nieco później.
Rana nie była jedynym problemem znajdy. Drugą nogę też miał słabą i trzeba było jeszcze chudzielca podtuczyć. Króliczą klatkę zamieniłem mu na naszą przestronną stodołę i od razu nakarmiłem mięsem. Biedaczek jadł za trzech.
- To dobrze, wyciągniemy go - powiedziałem do Nurii.
Po paru dniach zauważyliśmy, że rana na nodze krwawi. Zadzwoniłem do Andrzeja Kruszewicza.
- Zrób mu protezę. Coś twardego zamiast stopy, ale od ciała odseparuj to czymś miękkim. Tak jak sztuczna noga u pirata - wyjaśnił obrazowo.
Kuternoga, mimo swojej niepełnosprawności, był bardzo rezolutnym bocianem i dzielnie znosił wymiany opatrunku przy protezie. Zrobiliśmy ją z pudełeczka po glukozie.
Rozmowa zainspirowała nas podwójnie. Zdobyliśmy nie tylko pomysł na protezę, lecz także na imię dla boćka - Kuternoga. Z początku nogę tylko bandażowaliśmy, ale okazało się, że opatrunek szybko zamaka i rana zaczyna się babrać. Nuria skonstruowała więc za pomocą bandaża, plastra i denka od plastikowego pudełka specjalny bucik. Wymagał on co prawda długiego zakładania, ale opatrunek nie zamakał.
Kuternoga bardzo szybko przyzwyczaił się do swojej nowej stopy. Chodziło mu się w niej o wiele lepiej niż na kikucie. Czasami jednak robiło nam się strasznie smutno, kiedy patrzyliśmy, jak próbuje się podrapać po głowie kaleką nogą i nie może. Gimnastykował się, wymachując skrzydłami, przechylał - i nic. Na dodatek normalny bocian stoi na jednej nodze, ten nie mógł ustać na swojej protezie, co musiało być dla niego strasznie uciążliwe. Za to miał świetny apetyt i przytył.
PAN BOCIAN, CZYLI POJAWIA SIĘ SE?ORITA
Drugiego bociana przywiózł z Kleszczeli Piotrek Orzechowski z Północnopodlaskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków. Ktoś zadzwonił do nich i powiedział, że jest bocian i że ma się świetnie, bo karmią go chlebem. Wzbudziło to moje przerażenie, bo bociany jedzą mięso, ryby, myszy, a nawet - choć, wbrew powszechnym sądom, niechętnie - żaby.
Z początku nie było wiadomo, dlaczego nie odleciał. Kiedy do nas dotarł, był bardzo wychudzony. Jadł nad wyraz elegancko: chwytał myszkę za ogon, podrzucał i od niechcenia połykał albo porzucał gdzieś, z czego momentalnie korzystał Kuternoga. Mielone mięso skubał po kawałeczku. Kuternoga myszy łykał w wielkich ilościach, bez żadnych wstępnych zabaw. Tak wielka była między nimi różnica w zachowaniu, że doszliśmy z Nurią do wniosku, że nasz nowy pacjent jest prawdziwym arystokratą, a Kuternoga, który pomimo niepełnosprawności potrafił odepchnąć nowego od jedzenia - zwykłym chamem.
- Ona zachowuje się jak se?orita - powiedziała Nuria.
To, że nazwała nowego panienką, nawet mi się spodobało, ale nie wiedziałem, dlaczego Nuria mówi o bocianie "ona". W końcu okazało się, że cigüena, czyli po hiszpańsku bocian, to rodzaj żeński. Więc Nuria mówiła: "Daj jej jeść", a ja: "Daj mu jeść", ale na Se?oritę mówiłem czasem "ona".
Kilka dni po tym, jak Se?orita trafiła na nasze utrzymanie, wyszły na jaw przyczyny arystokratycznego zachowania - biedak prawie nic nie widział na lewe oko. Dlatego nie mógł trafić w talerz i chwytał patyczki, myśląc, że to ogon myszy. Pomyślałem, że kłopoty ze wzrokiem wzięły się z niedożywienia i że regularne jedzenie doprowadzi Se?oritę do porządku. I rzeczywiście, po tygodniu na myszkach, które poza mięskiem, kostkami i futerkiem, miłym dla bociana w łykaniu, zawierają całą masę niezbędnych witamin, Se?orita zaczęła dochodzić do zdrowia, tracąc dobre maniery. Teraz Kuternoga zaczął mieć kłopoty z dopchaniem się do żarcia. Se?orita zaczęła jeść jak cham i zawsze przy misce była pierwsza. Mimo to imię pozostało.
UWAGA! PIES NA WOLNOŚCI
Boćki trzymaliśmy najpierw zamknięte w stodole. Gdy świeciło piękne słońce, było mi ich żal. Ale co zrobić, kiedy po podwórku biega suczka Antonia - pies wiejski, czyli taki, co raczej żywemu nie przepuści. Na dodatek Antonia była bardzo odważna. Tropiła z nami wilki, co opisuję w książce "Wilki". Obgryzała po nich wszelkie kości, a gdy jakieś były w pobliżu, odważnie się do nich rwała. Nie wiemy, czy chciała się z nimi pobawić, czy je pogonić, ale trzymaliśmy ją krótko na smyczy i w szelkach. Taka zabawa z wilkami źle by się dla niej skończyła. Antonia nie bała się wilków, to co dopiero bocianów, w tym niepełnosprawnego bociana.
Andrzej Kruszewicz wynosi z chlewika Se?oritę, która ma pojechać do Warszawy. Ma przygotowany worek, bo bociany najlepiej przewozi się w worku.
- Nie bój się o nie, bocian podporządkuje sobie każdego psa - zachęcał przyjaciel Karol Zub, który ma olbrzymiego wilczura i kiedyś też trzymał bociany.
Wcale nie byłem tego taki pewien. Może Se?orita da sobie radę z psem, ale nie Kuternoga. Postanowiłem jednak zaryzykować. Zamknąłem Antonię w domu i poszedłem do stodoły wypuścić bociany. Z Kuternogą poszło łatwo, ale kiedy schwytałem Se?oritę, nagle w stodole pojawiła się Paulinka, wówczas sześcioletnia córka naszych gospodarzy, a za nią ujadająca Antonia, która jakoś wydostała się z zamknięcia. I wtedy właśnie popełniłem straszliwy błąd. Se?oritę, którą trzymałem w wyciągniętych rękach, przysunąłem do twarzy. Ułamek sekundy i dostałem potężny cios dziobem w nos. Rana była bardzo głęboka.
Paulinka na widok krwi zaczęła płakać, pies - szczekać jeszcze bardziej, a ja straciłem kontrolę nad wszystkim. Se?orita wyrwała mi się i znalazła naprzeciw Antonii. Pióra na podgardlu bociana stanęły dęba na kształt jakiejś dziwnej grzywy, olbrzymie skrzydła się rozpostarły, a dziób wysunął do przodu niczym dzida. Se?orita klekotała przy tym i syczała. Przypominało to jakiś szalony taniec.
Wystarczyło kilka szybkich ruchów dzioba w kierunku Antonii i suczka miała już dosyć. Kiedy Antonia doskoczyła do Kuternogi, ten zrobił dokładnie to samo co Se?orita, co więcej - utykając, pogonił przerażonego psa. Klęska czworonoga była kompletna.
TRZECI DO KOMPLETU
Antonia próbowała jeszcze wiele razy zaczepiać bociany, ale widząc, że nie ma szans, dała sobie spokój. Bociany też stwierdziły, że pies to niegroźne zwierzę, i przestały w ogóle zwracać uwagę na zaczepki.
Antonia, nasza bardzo odważna suczka, na początku próbowała zaczepiać bociany, ale gdy parę razy dostała ostrym dziobem, przekonała się, że to kiepski pomysł.
Poradził sobie szybko z Antonią także Declan, nasz trzeci bociek. Był hodowany przez dobrych ludzi, którzy opiekowali się nim przez pierwsze tygodnie. Piotrek Orzechowski przywiózł go nam z pobliskiej Hajnówki.
- Wiesz, kiedy go brałem od tych ludzi, płakali. Tak się do niego przywiązali - opowiadał mi.
Nazwaliśmy go Declan na cześć naszego irlandzkiego kolegi. Z pozoru wyglądał na ptaka zupełnie zdrowego, no, może tylko lekko zwisające skrzydło od czasu do czasu budziło niepokój. Chodził za nami jak pies, szczypał w nogi i był bardzo przyjacielski.
Wtedy nawet nie przypuszczaliśmy, jaką będzie weterynaryjną niespodzianką. Gdy jednak nie tknął jedzenia przez kolejne dwa dni, zaczął rozkładać skrzydła i kwilić niczym mały pisklak, wpadliśmy w popłoch.
Declan wyglądał na zupełnie zdrowego bociana, był po prostu piękny. Niestety, poza tym był szalony.
WALCZYMY O ŻYCIE DECLANA
Przez długi czas z Declanem było bardzo źle. Słabł w oczach. Doszło do tego, że brakowało mu sił, aby stanąć na jednej nodze.
- Chyba go stracimy - martwiliśmy się z Nurią.
Declan został wychowany przez ludzi od małego pisklaczka, bo rodzice wyrzucili go z gniazda.
- To była taka mała, śliczna kaczuszka - wspominała jego pierwsza opiekunka. - Mąż się nad nim ulitował i zabrał do domu.
Przypuszczam, że już wtedy z Declanem było coś nie w porządku. Bociany dość często wyrzucają nieudane pisklęta z gniazda. Gdyby nie ludzie, Declan by nie przeżył. Ale znalazł przystań w Hajnówce, gdzie został wychowany na bardzo miłego boćka.
EGZORCYZMY NA ROBAKI
Przez pierwsze dwa dni to, że Declan nie je, nie wzbudzało jeszcze podejrzeń. Ptakom, które mają za sobą przenosiny, taki brak apetytu często się zdarza. Stres wywołany zmianą otoczenia robi swoje. Ale z każdym kolejnym dniem niepokoiliśmy się o niego coraz bardziej. Declan nie jadł i nie było różnicy, czy podawaliśmy mu biały ser, ryby, czy myszy.
Kuternoga opychał się w tym samym czasie jak nie wiem co i zaczął przypominać indora, Se?oricie też poprawiła się linia. A Declan - ani kęska. Tylko pił. Mieliśmy jeszcze nadzieję, że może to tylko jakieś pasożyty.
- Oj, boćki bywają bardzo zarobaczone, i to zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz - zgodził się ze mną Andrzej Kruszewicz, który doradzał nam we wszystkim, co związane z bocianami. Bez niego bylibyśmy jak dziecko zagubione w ciemnościach.
- Niedawno też miałem bociana, który nie jadł i nie jadł. Odprawiłem nad nim wszystkie możliwe egzorcyzmy, ale jednak padł - opowiadał Andrzej. - Okazało się w czasie sekcji, że ma mnóstwo pasożytów, nawet płuca były pełne zwapniałych cyst.
Pierwsze więc, co zrobiliśmy z naszymi boćkami, to odrobaczanie. Każdy otrzymał specjalny środek, który dostaliśmy od nieocenionego doktora Zbigniewa Krasińskiego z Białowieskiego Parku Narodowego. Zabieg odrobaczania był dość prosty - pół mililitra lekarstwa wypryskiwało się na gołą skórę pod skrzydłem. Po dziesięciu dniach całą operację trzeba było dla pewności powtórzyć.
Declan, podobnie jak pozostałe dwa bociany, został poddany kuracji, ale poprawy jak nie było, tak nie było.
PTAK SPECJALNEJ TROSKI
Declan zachowywał się inaczej niż Kuternoga czy Se?orita. Kiedy się do niego zbliżaliśmy, syczał albo - jak kto woli - piszczał, opuszczał głowę, rozkładał skrzydła i lekko nimi wymachiwał. Nie było to jednak zachowanie agresywne. Z początku nie mogliśmy sobie zupełnie zdać sprawy, co nam to przypomina. Pewni jednak byliśmy, że było w tym coś znajomego. Może radość zwierzęcia, które się cieszy, że zbliża się do niego znajomy człowiek? Przecież Declan lepiej znał ludzi niż bociany, więc człowiekowi powinien okazywać swoje serdeczne uczucia, a nie Kuternodze i Se?oricie.
Aż pewnego dnia wydobyłem z siebie kilka bardzo niecenzuralnych słów krytycznie oceniających własne zaćmienie umysłowe. To, co robił Declan (który wtedy jeszcze Declanem nie był), to nic innego jak żebranie pisklęcia o pokarm!
- Duży bocian, a myśli, że jest maleńki. Wariat po prostu - stwierdziłem, choć nie było to najwłaściwsze określenie.
- Jak wariat - podchwyciła Nuria - to nazwiemy go Declan (Declan był naszym kolegą z Irlandii, który rzeczywiście był trochę zwariowany, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, oczywiście).
Właściwie należałoby powiedzieć raczej, że nasz bociek z jakiegoś powodu cofnął się w rozwoju. Rówieśnicy Declana - Kuternoga i Se?orita, także boćki z lęgu z tego samego roku, co można było poznać po czarnych końcówkach dziobów - nie wykazywali takich pisklęcych odruchów. Zresztą, co tu dużo gadać - inni kuzyni Declana, mający tyle samo tygodni co on, właśnie przechodzili największą próbę swego życia - pełen pułapek lot do Afryki. Tamte boćki już przynajmniej od drugiej połowy sierpnia same sobie znakomicie radziły z wyszukiwaniem pokarmu, a Declan za nic nie chciał jeść sam.
- Co to może być? - zapytałem Andrzeja Kruszewicza, a ten powiedział, że w zasadzie wszystko, od niedorozwoju wywołanego jakimś wewnętrznym uszkodzeniem do niedożywienia.
- Może on ma coś w przełyku, co nie pozwala mu łykać? - zastanawiał się, a ja macałem szyję bociana, ale nie znalazłem tam nic dziwnego.
Coraz bardziej skłaniałem się do tezy, że Declan musiał się o coś rąbnąć i że ma coś nie w porządku z mózgiem. Może jakiś krwiak. Już raz mi się zdarzył podobny przypadek - maleńki mysikrólik trzepnął się w jednym z warszawskich mieszkań o szybę. Kiedy go dostałem, ptaszek zachowywał się znakomicie, ale nie jadł. W końcu padł - nie pomogła nawet interwencja znakomitego specjalisty od ptasiej drobnicy, jakim jest Jerzy Desselberger.
Okazało się później, że ptak miał krwiak na mózgu. Może tak samo było z Declanem?
KARMIMY NA SIŁĘ
Skoro Declan nie chciał czy nie umiał jeść sam, zaczęliśmy go karmić na siłę. Brało się drania pod pachę i napychało mielonym mięsem. Choć ptak był osłabiony, nie było to wcale łatwe. Co prawda nie wyrywał się, ale otworzyć mu dziób było naprawdę trudno. Bocian cofał głowę, wykręcał się, a ponieważ miał długą szyję, wcale nie było łatwo przewidzieć, jaką pozycję przyjmie. Kiedy już udało się złapać za dziób, trzeba go było otworzyć. Podważyć palcami i następnie otwarty dziób zablokować tak, aby można było wepchnąć pokarm. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie krawędzie bocianich dziobów, które są szalenie ostre. Kaleczyliśmy sobie na tych krawędziach palce, najpierw ja, a później Nuria.
Karmienie nie przynosiło jednak efektów. Nigdy nie wiedzieliśmy, czy to, co Declan z takim trudem przełknął, nie zostanie wyplute po piętnastu minutach. Declan potrafił wypluć pokarm nawet z głębi przełyku. Nie dość więc, że musieliśmy go karmić, to jeszcze pilnować, żeby nie zwrócił. Po pewnym czasie Declan się wycwanił - udawał, że pije, i wypluwał wszystko do garnka, w którym bociany miały wodę. To, co wepchnęliśmy do bocianiego dzioba i nie zostało wyplute, było zaledwie ułamkiem zapotrzebowania dorosłego boćka. Z Declanem było coraz gorzej - słabł z dnia na dzień.
- Musisz przyjechać do Warszawy, dam ci witaminę - zawyrokował Andrzej. - Jemu trzeba dać witaminowego kopa, może odżyje.
Zostawiłem Declana sam na sam z Nurią i udałem się do stolicy.
KOP WITAMINOWY W KLUSECZKACH
Po moim powrocie zaatakowaliśmy Declana witaminą. Z początku robiliśmy roztwór witaminy i glukozy, to do strzykawki - i do dzioba. Declanowi lekarstwo bardzo nie smakowało. Momentalnie zwracał żółty od witaminowego proszku płyn. Spróbowałem więc podać mu roztwór glukozy. Tym razem poszło nieco lepiej, łykał nawet jakby ze smakiem.
- Przynajmniej się nieco wzmocni - pocieszałem się.
Żółtą multiwitaminę zaczęliśmy podawać natomiast w mięsnych lub serowych kluseczkach. Czasami zwracał, czasami nie. Co godzina powtarzaliśmy karmienie, tak aby Declan dostał dziennie przynajmniej łyżeczkę żółtego proszku. Do tego cztery strzykawki roztworu glukozy.
Szalony taniec wokół szalonego bociana męczył nas coraz bardziej, sąsiedzi przyglądali się nam z rosnącym zdziwieniem (już fakt posiadania bocianów był w okolicy szeroko komentowany).
- Nie ma poprawy - informowałem Andrzeja po tygodniu kuracji witaminowej. Zrelacjonowałem, że Declan pije o wiele więcej niż pozostałe boćki i że na dodatek załatwia się na własne nogi. Oznaczać to może u bociana dwie rzeczy: albo jest mu za gorąco i w ten sposób się chłodzi, albo wyniszcza go jakieś choróbsko. Tylko jakie?
- Może mieć coś z nerkami. Zalecam ziółka na przeczyszczenie nerek - zawyrokował Andrzej.
Declan oraz automatycznie dwa pozostałe boćki dostały do picia ziółka, jakie podaje się ludziom na nerki, tylko w nieco innych proporcjach. Nie odstawiliśmy też ani glukozy, ani multiwitaminy.
Walka o życie Declana trwała więc na wielu frontach, ale kolejne dni nie przynosiły żadnej poprawy. Zaczynaliśmy się nawet zastanawiać, czy ma sens sztuczne utrzymywanie przy życiu ptaka, który myśli, że jest pisklakiem.
- Nie poddawajcie się - pocieszał Andrzej, którego codziennie informowaliśmy o postępach, a raczej ich braku. - Kiedy karmicie, pomasujcie szyję, może mu będzie łatwiej szło...
NIESPODZIANKA POWYBORCZA
Gdy nawet Andrzej powoli tracił nadzieję, w zanadrzu została nam ostatnia broń - silne uderzenie antybiotykami. Znów udałem się do Warszawy. Tym razem służbowo - redakcja ściągnęła mnie do pomocy w relacjonowaniu wyborów. Kazano mi obsługiwać Ruch Odbudowy Polski i Krajową Partię Emerytów i Rencistów. Ale zanim zacząłem wysłuchiwać smutnych relacji ze sztabów wyborczych obu partii, udałem się do zoo.
- Jeżeli ma jakieś uszkodzenia wewnętrzne, może to mu zrobi dobrze - Andrzej napełnił dwie ampułki antybiotykami. Jeden był żółty, drugi biały. - Pamiętaj, nie pomyl się, mililitr białego dziennie i dwa mililitry żółtego.
Wędrowałem przez Warszawę i co chwila powtarzałem: "Mililitr białego, dwa żółtego". Kiedy dotarłem do redakcji, natychmiast zapisałem formułkę na kartce i zamiast martwić się o ROP i Emerytów, zadzwoniłem do Nurii do Białowieży.
- Jak się ma Declan? Mam dla niego superleki.
- A ja mam niespodziankę - powiedziała Nuria. - Declan dziś samodzielnie zjadł dwa kiełbiki! Bawił się z nimi przez godzinę, ale w końcu je pożarł.
Ale tak naprawdę niespodzianka czekała na mnie w powyborczy poniedziałek.
- Coś ci pokażę - powiedziała Nuria i napełniła kuwetę kluseczkami mielonego mięsa.
Z kuwetą w ręku udaliśmy się do bocianów. Zobaczyłem, jak biegnie ku nam Declan, rzuca się na kluseczki i łapczywie je pożera. Nie wierzyłem własnym oczom.
Co się stało z tym niejadkiem? Nuria też nie mogła uwierzyć, kiedy pierwszy raz się to zdarzyło. Dwa dni po tym, jak Declan sam zjadł dwie rybki, jak co rano poszła dać jedzenie bocianom. Dla Declana miała kluseczki z witaminą, które miała mu wpychać do dzioba, ale kiedy tylko postawiła jedzenie dla Kuternogi i Se?ority, Declan rzucił się na nie i zaczął się opychać. Biedna Se?orita próbowała coś skubnąć, ale Declan pobił ją straszliwie i odpędził od kuwety. "No cóż, miał prawo się tak zachowywać, przecież tak długo nie jadł" - pomyślałem.
BOCIANY LEPSZE NIŻ JELENIE NA RYKOWISKU
Od czasu, kiedy Declan pobił przy misce Se?oritę, upłynęło już wiele wody w białowieskiej rzeczce Narewce i dziwny bocian zaczął samodzielnie jeść i przybierać na wadze. A Se?orita i Kuternoga, pamiętając wariactwo Declana, pozwalały mu zawsze jako pierwszemu zbliżyć się do kuwety i najeść. I choć tego roku straciłem przez bociany możliwość podglądania jeleni na rykowisku, wcale nie żałowałem.
Nie ma chyba nic piękniejszego niż bocian chodzący po zielonej trawie. Poza tym nie są to wcale kłopotliwe ptaki, tyle że na karmienie ich wydaje się majątek. Do tego bocianim jedzeniem żywią się też kury i koty, więc trzeba stać i pilnować kuwety, ale w naszym przypadku to akurat szybko się skończyło - po tym jak Declan usiłował pobić kwokę, a koty pogoniła suczka Antonia.
Na noc boćki same wchodziły do stodoły i wystarczyło je tylko zamknąć na skobelek. Rano wcale nie trzeba było ich wypędzać, bo same wylatywały, radośnie machając skrzydłami. W miarę możliwości próbowały się same żywić lub - jak kto woli - wzbogacać dietę. Jak podpatrzył nasz gospodarz Jan Buszko, po deszczu polowały na dżdżownice oraz na pasikoniki i chrząszcze.
Nadal nie wiem z całą pewnością, co wywołało u Declana cofnięcie się w rozwoju, ale wychodzi, że był to wynik braku witamin.
CZEKAMY NA WIOSNĘ
We wrześniu zaczęliśmy się głowić, co zrobić z bocianami zimą. W stodole nie mogły mieszkać, bo jak mielibyśmy ją ogrzewać? Co prawda starzy białowieżanie opowiadali mi o bocianie, który przezimował, grzejąc się na kominie domu dziecka (przez co wiosną był cały czarny), a żywił się w masarni, gdzie wyrzucano dla niego skrawki mięska, ale było to tak dawno, że nikt już nie wie, czy to w ogóle prawda.
W zimne dni bocianom najbardziej doskwierał chłód w stopy. Zamiast włóczyć się po zagrodzie, stały wtedy nieruchomo na deseczkach, które im wyłożyliśmy. Ale deseczki nie wystarczą, gdy przyjdzie prawdziwa zima. Marzyłem o ogrzewanym domku dla nich.
- Zrobiłbyś tak jak Szwajcarzy. Mają oni bociany, które nie odlatują na zimę, ponieważ jest to populacja odtworzona sztucznie. Więc kiedy przychodzi mróz, Szwajcarzy chowają wszystkie bociany do specjalnych domków, a kiedy przychodzi wiosna, wypuszczają je na łąki - żartował nasz przyjaciel Karol Zub.
Wszystko wskazywało więc na to, że cała trójka powędruje do warszawskiego zoo, które miało doskonałe warunki do trzymania tych ptaków. Nie dość, że był tam wielki wybieg z maleńkim jeziorkiem, to jeszcze domki z ogrzewaną podłogą. Boćki mogłyby mieszkać w Warszawie aż do wiosny i wiosną zadecydowano by o ich losie.
Nie sądziłem, by pozbawiony palców Kuternoga poradził sobie w naturalnym środowisku. Będzie mieszkać w zoo, a może kiedyś, kiedy będę miał dla niego małą chatkę z ogrzewaniem, wróci do Białowieży. Natomiast Se?orita, według wszystkich znaków na niebie i na ziemi, opuści zoo wiosną i zacznie żyć na własną rękę wśród bocianów.
Co do zwariowanego Declana, to mieliśmy wiele wątpliwości. Co prawda już niewiele pozostało w nim z pisklaka, jednak był zbyt przywiązany do ludzi, by wypuścić go na wolność. Ale kto wie, może kiedyś dołączy do bocianiej wyprawy do Afryki.
Żurawie na łąkach w Teremiskach pojawiają się bardzo wczesną wiosną. Często jeszcze gdy sypie śnieg. Ta wczesna wiosna, niestety, ostatnio zaczyna się już w lutym.
[...]