Kultowe teleturnieje - Roman Czejarek

-
Proszę czekać

Wstęp

WSTĘP

Wiele razy zastanawiałem się, co takiego wyjątkowego jest w teleturniejach. Co sprawia, że przyciągają miliony widzów przed ekrany telewizorów? Jest przecież mnóstwo innych równie dobrych, a może nawet lepszych programów. Jednak to właśnie teleturnieje biją rekordy oglądalności i czynią to często bez przerw przez długie lata, odcinek po odcinku. "Milionerzy", "Koło Fortuny", "Idź na całość", "Wielka Gra", "Jeden z dziesięciu", "Familiada", "Jaka to melodia?" - te nazwy zna chyba każdy. Tak samo jak prowadzących: Sznuka, Chajzera, Strasburgera, Urbańskiego, Janowskiego czy Ibisza. Są tacy, jak Pijanowski czy Ryster, których nie widać w telewizji już od wielu lat, a mimo to ciągle ich pamiętamy. Pijanowski powszechnie uchodzi za mistrza w kreowaniu nowych teleturniejowych pomysłów, Ryster to po prostu symbol pierwszego polskiego teleturnieju, bo za taki najczęściej uważana jest "Wielka Gra".

Zajrzyjmy w takim razie za kulisy. Najbardziej popularne polskie teleturnieje to historia wielkich wygranych i wielkich wpadek. To barwne kariery prowadzących, którzy z dnia na dzień dzięki telewizji nagle stawali się powszechnie rozpoznawalnymi gwiazdami, a później często równie niespodziewanie znikali z ekranów, zastępowani przez innych, mówiąc szczerze: niekoniecznie lepszych. Dlaczego tak się działo? Co skrywają archiwa i nagrania, które nie trafiły do emisji? Kto wie, co działo się na planie, gdy kamery były wyłączone? Właśnie o tym jest ta książka.

Moja wielka przygoda. Pierwszy odcinek "Gilotyny", październik 2009 roku.

Ale uwaga! Kulisy bywają czasami bardzo zaskakujące. Wiele rzeczy wygląda zupełnie inaczej niż w wersji, którą znamy tylko ze szklanego ekranu. I jak się łatwo domyślić, niektórzy chętnie opowiadają o sekretach, inni zaś do dziś wymownie milczą. Przez wiele miesięcy rozmawiałem z prowadzącymi najbardziej znane teleturnieje. Było mi łatwiej, bo większość z nich znam osobiście. Sam też przez długie lata pracowałem w telewizji, prowadząc różne programy, więc wiem, o co warto zapytać. W miarę możliwości starałem się też dotrzeć do graczy, zwłaszcza tych, którzy mają na swoim koncie rekordowe wygrane. Nie było to takie proste. Niektórzy w pierwszej chwili chętnie opowiadali o sukcesie, później zaś usuwali się w cień. Inni mierzyli się z przykrymi doświadczeniami, bo wielka wygrana, o której wiedzą wszyscy sąsiedzi, to także czasami wielki kłopot. Tym bardziej doceniam ich odwagę i chęć wystąpienia przed mikrofonem. Choć czasami musiałem po prostu szukać starych gazet oraz archiwalnych wywiadów. Znalazłem również przypadki, gdy dawni zwycięzcy pokłócili się kilka miesięcy po występie i dziś widują się już tylko w sądzie. Cóż, życie bywa też takie.

Zapraszam na niezwykłą wyprawę do świata zagadek i wielkich pieniędzy. Do świata gwiazd, show-biznesu i kupowanych sekretnie licencji. Do miejsca, gdzie spotkać można najbardziej inteligentnych ludzi w Polsce, dysponujących encyklopedyczną wiedzą dostępną na skinienie ręki, i gdzie próbują dostać się także zwykli oszuści, bo gra o duże kwoty przyciąga jak magnes również tych nie do końca uczciwych.

Dziękuję za niezwykłą pomoc i sporo cennych rad, jakie usłyszałem w czasie wielogodzinnych spotkań. Rozmowa z takimi gwiazdami jak Stanisława Ryster, Tadeusz Sznuk czy Wojciech Pijanowski to lekcja historii telewizji w Polsce w najlepszym, mistrzowskim wydaniu. Zapewniam też, że Zygmunt Chajzer, Karol Strasburger czy Krzysztof Ibisz są prywatnie równie dowcipni i błyskotliwi, jak na szklanym ekranie. Natknąłem się też kilka razy na trudne historie, zazwyczaj gdy teleturniej niespodziewanie się urywał, bo ktoś ważny nagle decydował o likwidacji programu lub zmianie prowadzącego. Powody bywały różne. Jeśli każda ze stron przedstawiała inną wersję wydarzeń, wyraźnie to sygnalizowałem, dodając własną ocenę. Ciekaw jestem, czy czytelnicy się z nią zgodzą, czy może będą mieli jeszcze inne, własne zdanie?

Miłej lektury!

Roman Czejarek, teleturnieje "Gilotyna" i "Tele Milenium"

"MAGDA, POCAŁUJ PANA"

Dla wielu fanów teleturniejów "Koło Fortuny" to ten zdecydowanie najważniejszy. Muszę przyznać, że ja też należę do ich grona. Wiem, duża część widzów powie teraz: ""Wielka Gra" była wcześniej, to ona przetarła szlaki i sprawiła, że teleturnieje na stałe zagościły na ekranach telewizorów oraz w naszych sercach i głowach!". To oczywiście prawda. Ale nie "Wielka Gra", lecz właśnie "Koło Fortuny" trwale zmieniło historię tego gatunku w Polsce. W chwili startu było jak świeży i długo wyczekiwany powiew zachodniego świata. Sposób prowadzenia i realizacja w niczym nie odbiegały od amerykańskich standardów. Były emocje, wielkie nagrody oraz to, co być może jest tutaj najcenniejsze i najważniejsze, czyli prosta i zrozumiała dla każdego forma.

W "Wielkiej Grze" widz mógł obserwować pojedynek gigantów. Pytania brzmiały często bardziej zawile niż na egzaminie u wymagającego profesora na kolejnym roku mocno wyspecjalizowanych studiów. Podziwialiśmy niesamowitą wiedzę graczy, kibicowaliśmy jednemu lub drugiemu, ale... na tym zabawa się kończyła, bo bez komentarzy zaproszonych do studia ekspertów przeciętny widz nawet nie był w stanie ocenić, czy udzielona odpowiedź jest dobra, czy zła. No chyba że któryś z uczestników powiedział po prostu: "Nie wiem", ale to nie zdarzało się tak często. W "Kole Fortuny" nagle wszystko się zmieniło. Widz wiedział tyle samo albo nawet więcej niż zawodnik. Siedząc wygodnie na kanapie przed telewizorem, mógł sam szukać dobrego rozwiązania. Mógł odpowiedzieć wcześniej i poczuć się jak zawodowy gracz, mile łechcąc swoją ambicję i przekonanie o własnej wszechstronnej wiedzy. "Bo ja już wiem, a on tam w studiu, przed kamerami, jeszcze się męczy".

Zasady były proste, czytelne i niezmienne. Odpowiedzi jednoznaczne i bez żadnych wątpliwości. Życie pokazało, że "Koło Fortuny" to strzał w dziesiątkę. A kiedy jeszcze dodamy, że prowadzącym teleturniej był od samego początku człowiek owiany legendą mistrza gier, zabaw i szarad - czegóż chcieć więcej?

"WHEEL OF FORTUNE"

"Byłem na wakacjach w Stanach Zjednoczonych - wspomina Wojciech Pijanowski. - Siedziałem przed telewizorem, trochę z nudów, a trochę z zawodowej ciekawości skakałem sobie po kanałach. I nagle zobaczyłem na ekranie "Wheel of Fortune". Zatrzymałem się, popatrzyłem, posłuchałem. Pamiętam, że pomyślałem: "Fajne" oraz: "Takie inne". U nas wtedy w teleturniejach musiały być pytania i odpowiedzi. Tu było całkiem inaczej. Złapałem za telefon i zadzwoniłem do zaprzyjaźnionego producenta, z którym współpracowałem od lat, Pawła Hanczakowskiego. Mówię mu: "Zróbmy to", a on na to: "Wojtek, ale tu nie ma żartów, musisz kupić licencję!". Pomyślałem chwilę, ale krótko, bo teleturniej był naprawdę fajny, i odparłem: "To znajdź mi numer telefonu, zadzwonię, załatwię i jedziemy"".

Międzynarodowe prawa "Wheel of Fortune" należały wtedy do CBS Studios International (Sony Corporation, dziś Sony Pictures Entertainment). Sam program wystartował wiele lat wcześniej, bo już 6 stycznia 1975 r., na antenie sieci NBC. Teleturniej wymyślił Mervyn Edward "Merv" Griffin Junior, postać w amerykańskim show-biznesie bardzo znana i niezwykła. Urodzony w Kalifornii w 1925 r. Merv zadebiutował na szklanym ekranie w 1962 r. jako piosenkarz w programie "The Merv Griffin Show". Wcześniej był lokalnym aktorem, któremu oczywiście cały czas marzyła się wielka kinowa i telewizyjna kariera. Zagrał już w kilku filmach, m.in. W świetle księżyca (u boku Doris Day i Gordona MacRae) oraz So This is Love (z Kathryn Grayson). Na planie filmowym poznał wtedy innego początkującego aktora: Ronalda Reagana, późniejszego słynnego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Przelotna znajomość przerodziła się po latach w wielką i szczerą przyjaźń.

Emitowany przez długie lata "The Merv Griffin Show" ze śpiewającym aktorem i showmanem przyniósł Griffinowi olbrzymie pieniądze i popularność, której tak pragnął. W sumie do 1986 r. Amerykanie nagrali prawie 5000 odcinków tego programu! Później byli inni prowadzący, a Merv ograniczył swoją rolę do nadzorowania firmy; zresztą gdy miał już pieniądze, mógł się zająć spełnianiem swoich kolejnych marzeń. Griffin był więc nie tylko aktorem, piosenkarzem i muzykiem (świetnie grał na pianinie), ale też producentem, wizjonerem, impresario, a z czasem po prostu szanowanym i poważanym milionerem, z którego zdaniem w amerykańskim show-biznesie musieli liczyć się wszyscy. W latach sześćdziesiątych minionego wieku Merv wymyślił także inny popularny za oceanem quiz - "Jeopardy!". W 1996 r. również ten format trafił do Polski pod nazwą... "Va Banque"! Teleturniej nadawany wtedy przez telewizyjną Dwójkę prowadził Kazimierz Kaczor. Emisja trwała do 2003 r. Po wznowieniu w 2020 r. prowadzi go Przemysław Babiarz.

Twórca "Koła Fortuny" Mervyn Griffn w czasie wywiadu z prezydentem Ronaldem Reaganem i pierwszą damą Nancy Regan. Rok 1983.

Sukces "Jeopardy!" pokazał Griffinowi, jak bardzo rynek spragniony jest dobrych teleturniejów. Od chwili rozpoczęcia emisji w 1964 r. format przyniósł twórcom aż 27 nagród Emmy, telewizyjnego odpowiednika amerykańskich Oscarów. Stąd właśnie m.in. późniejszy pomysł na "Wheel of Fortune". Tytułowe "koło" (ang. wheel) miało nawiązywać do ulubionej za oceanem ruletki, w której też przecież kręci się kołem, dlatego często w Stanach Zjednoczonych na teleturniej nie mówiono "Wheel of Fortune", lecz krótko, po prostu "Wheel". Griffin od początku zakładał, że nagrody w zabawie powinny być rzeczowe. By pogodzić to ze skojarzeniem z ruletką, w pierwszych odcinkach przyjęto, że zawodnicy będą, owszem, wygrywać pieniądze, lecz nie wezmą ich ze sobą do domu, tylko nim wyjdą ze studia, zakupią zaprezentowane na wizji różne towary. Takie rozwiązanie dawało szansę na sponsorowaną prezentację popularnych produktów, co przynosiło twórcom teleturnieju dodatkowe pieniądze i... koło się kręciło. Niewykorzystane środki (ewentualna reszta z zakupów) trafiały na wirtualne konto i mogły być użyte w następnym odcinku. Chyba że gracz, kręcąc kołem, trafiał na pole "bankrut". Z pewnymi modyfikacjami zakupy na wizji dotrwały w Stanach Zjednoczonych aż do 1989 r. Zrezygnowano z nich ostatecznie w dwóch celach: by przyśpieszyć rozgrywkę (tu zyskiwano dodatkowy, cenny czas na reklamy) oraz by nie komplikować procedur z opłacaniem podatków. Amerykański urząd skarbowy niestety miał wielokrotnie różne zastrzeżenia, a podatek od wygranej musiał być w tej czy innej formie zapłacony. Przy pieniądzach liczyło się go łatwo, przy nagrodzie rzeczowej było trudniej, bo spory dotyczyły wartości oferowanego przedmiotu, zwłaszcza gdy sponsorzy proponowali uczestnikom teleturnieju promocyjne ceny różne od ceny sklepowej. Warto przypomnieć, że podobny do amerykańskiego sklepik "Koła Fortuny" istniał od 1992 r. również u nas.

Pomysł, a później produkcja "Wheel of Fortune" powiększyły majątek Griffina i umocniły jego pozycję w amerykańskim show-biznesie. Program pobił wiele rekordów. Mimo kilkukrotnych zmian stacji, w których był emitowany, od wielu lat właśnie do "Wheel of Fortune" należy rekord najdłużej produkowanego teleturnieju w dystrybucji lokalnej. Do dziś nagrano ponad 7200 odcinków i ta liczba cały czas rośnie. Prawa do licencji zostały sprzedane do ponad 60 krajów świata! Prestiżowy amerykański magazyn "TV Guide", tworząc listę teleturniejów wszech czasów, umieścił "Wheel of Fortune" na drugim miejscu najlepszych tego typu produkcji w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. W 1986 r. Griffin sprzedał prawa do "Wheel of Fortune" oraz "Jeopardy!" firmie Columbia Pictures Television (dziś Sony Pictures) za 250 000 000 dolarów, zastrzegając sobie dalszy udział w zyskach. Merv zmarł w Los Angeles w 2007 r. w wieku 82 lat.

PIERWSZA LICENCJA

Wracając do naszej wyprawy po licencję...

Amerykanie sprawdzili najpierw, kim jest Pijanowski, ten dziwny człowiek z odległej Polski, który telefonuje i mówi, że chce kupić ich teleturniej. Ustalenia musiały wypaść dobrze, bo nasza ekipa otrzymała zaproszenie na rozmowy w sprawie zakupu formatu. Nic w tym zresztą dziwnego, ponieważ jak mało kto była to osoba idealnie pasująca do takiego zadania. Na początku lat dziewięć dziesiątych ubiegłego wieku Pijanowski był już bardzo znaną postacią. Każdy polski miłośnik szarad, konkursów czy nawet, szerzej mówiąc, rozrywki znał jego nazwisko i kojarzył twarz. Źródeł tej popularności było kilka.

Jesień 1992 roku. Wojciech Pijanowski prowadzi pierwszy odcinek "Koła Fortuny".

Pierwszym był telewizyjny program "Jarmark" emitowany w latach osiemdziesiątych XX w. Pijanowski prowadził go razem z Krzysztofem Szewczykiem i Włodzimierzem Zientarskim przez wiele lat. Żartowano, że kiedy na nieistniejącym już wieżowcu Telewizji Polskiej przy Woronicza 17 w Warszawie postawiono kamerę skierowaną na stołeczny Ursynów i w czasie programu na żywo poproszono, by ci, którzy teraz patrzą w telewizor, zgasili światła, to... nagle zgasło prawie całe miasto! Rezultat eksperymentu, który miał być w założeniu tylko prostą zabawą, zaskoczył także pomysłodawców. Podobno jednym z pierwszych telefonów, jakie odebrano wtedy na Woronicza, był apel od przerażonego dyspozytora mocy dla miasta stołecznego Warszawa. Dyżurny inżynier wpadł w panikę, bo nagłe wyłączenie tylu świateł gwałtownie obniżyło dosyłaną do stolicy moc. Ale to jeszcze nic. Prawdziwym kłopotem było ponowne włączenie systemu i spodziewany z tego powodu olbrzymi skok obciążenia. Gdyby tak samo, jak to było przy wyłączeniu, wszyscy nagle na sygnał z TVP włączyli ponownie światło, sieć mogłaby tego zwyczajnie nie wytrzymać, dyżurny złapał więc za telefon i błagał, by prowadzący ze studia zaapelowali o... stopniowe włączanie świateł, np. ulica po ulicy. Oczywiście łatwo było to powiedzieć, dużo trudniej zrobić. Na szczęście nic groźnego się nie stało, ale opowieść o tej przygodzie krąży po słynnych korytarzach Telewizji Polskiej do dziś.

W tej historii, która teraz wydaje się wręcz nieprawdopodobna, jest jednak bardzo wiele prawdy. Zrozumieć ją można dopiero wtedy, gdy spojrzy się na wyniki oglądalności "Jarmarku". Była po prostu rekordowa. I nic dziwnego, bo w czasach gdy w każdym polskim odbiorniku telewizyjnym były tylko dwa programy, pierwszy i drugi, ludzie wybierali to, co najlepsze i... jedyne. Nawet biorąc poprawkę na ówczesne sposoby badań liczby widzów i przenosząc to w obecne realia, można szacować, że udział "Jarmarku" w rynku sięgał chwilami 86-87 procent! To absolutny i niepobity do dziś rekord. Stąd też popularność Szewczyka, Zientarskiego i Pijanowskiego.

Drugie źródło popularności Pijanowskiego to legendarne "Studio 2". Pijanowski, który do Telewizji Polskiej przyszedł w połowie lat siedemdziesiątych, trafił idealnie w moment, kiedy cała Polska zasiadała w wolne soboty przed telewizorami, by oglądać pierwszy w historii PRL wielogodzinny blok programowy prowadzony na żywo.

Tu rodziły się legendy Tadeusza Sznuka, Bożeny Walter, Edwarda Mikołajczyka czy Tomasza Hopfera. Młodym czytelnikom warto przypomnieć, że wtedy nie wszystkie soboty były wolne! Wprowadzano je stopniowo, traktując to jako swoisty społeczny eksperyment: najpierw raz w miesiącu, dopiero później częściej. Wcześniej wszystkie soboty były "pracujące". Ale Gierkowska Polska potrzebowała kolejnego propagandowego sukcesu, skopiowano więc to, co było już wtedy popularne na Zachodzie. Skoro tam mieli wolne nie tylko niedziele, ale również soboty, taki sam system próbowano wdrożyć u nas, oczywiście przynajmniej oficjalnie "odrabiając" stracone sobotnie godziny w inne dni pracy. Dla Telewizji Polskiej było to tak samo trudne wyzwanie, dlatego wymyślono specjalny sobotni blok programowy nazwany "Studio 2". Twórcą i pomysłodawcą był Mariusz Walter, pierwszym reżyserem zasłużony również później dla innych znanych teleturniejów Józef Węgrzyn. W czasach gdy programy nagrywano i montowano na żywo, "Studio 2" było sensacją. Podobnie jak wprowadzone chwilę wcześniej w Polskim Radiu "Lato z Radiem".

Pijanowski dostał w "Studiu 2" zadanie wymyślania quizów, zagadek i konkursów. Nie musiały być to długie cykle, ale koniecznie fajne, z dowcipem i oczywiście na żywo. Było to krótko po tym, jak Pijanowski zrobił na telewizyjnych szefach bardzo dobre wrażenie, zmieniając zasady i sposób realizacji "Wielkiej Gry", w pewnym sensie ratując też program przed przedwczesnym zniknięciem z anteny ze względu na kopiowanie popularnego zachodniego formatu i ciągły brak wykupionej licencji. Patrząc na to, co wydarzyło się w "Studiu 2", trzeba przyznać, że nie zmarnował danej mu szansy i wykorzystał ją koncertowo.

Pomysłów było dużo. Teleturniej "Kolekcjonerzy" odwoływał się do szalonych zbieraczy z niezwykłymi, bardzo cennymi zbiorami. Zapraszano ich do studia, prezentowano przed kamerami kolekcje pełne unikatów nierzadko olbrzymiej wartości, a później proponowano rozgrywkę. Jeden kolekcjoner przepytywał drugiego. Nagrodami były... rzadkie okazy ze zgromadzonych zbiorów. Czyli: "Jeśli odpowiesz na moje pytanie, dam ci mój drogocenny znaczek, którego ty nie masz, ale jeśli nie odpowiesz, to ja zabiorę twój, którego bezskutecznie szukam od dawna". Było tu wszystko, czego trzeba: niezwykli ludzie, emocje, nerwy i stres.

Teleturniej "Kto z nim wygra?" zakładał publiczną rozgrywkę i rywalizację między zawodowcem a amatorem. Od dawna wszyscy zdajemy sobie sprawę, że nierzadko amator wie więcej niż najlepszy specjalista z doktorskim lub wręcz profesorskim tytułem. Pijanowski postanowił to sprawdzić. "Znasz się na sporcie? Proszę bardzo, przyjedź do nas i zmierz się z Hopferem. Pokaż, że wiesz więcej, pokonaj publicznie mistrza. Nie lubisz sportu, ale uwielbiasz muzykę poważną, filharmonię lub operę? Nie ma sprawy. Przyjeżdżaj i udowodnij, że pokonasz na wizji samego Jana Webera". Jeśli spojrzeć znów z dzisiejszej perspektywy, wiele z tych pomysłów było gotową receptą na duży program do emisji przez wiele lat. Ale historia potoczyła się inaczej. Każda z owych zabaw znikała po kilku programach, bo zastępowała ją kolejna. Czas emisji był krótki, w archiwach nie ma już zapisanych wtedy taśm. O wielu programach poza twórcami i graczami już nikt nie pamięta. Wielka szkoda, bo są tego warte.

"Rozmowy o zakupie licencji na polską edycję "Wheel of Fortune" toczyły się na 11. piętrze wielkiego biurowca - wspomina Pijanowski. - Kiedy dostałem do ręki projekt umowy, zamarłem z wrażenia, bo nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. To były nawet nie dziesiątki, lecz setki stron dokumentów bardzo precyzyjnie opisujące krok po kroku zasady produkcji, to, co można i czego nie wolno zrobić. Rzecz do tej pory w Polsce nigdy niewidziana. Były tam nawet takie punkty jak ubezpieczenie publiczności. U nich normalne, a u nas sensacja".

Negocjacje trwały kilkanaście miesięcy. Toczyły się z przerwami, bo po pierwsze, problemem były kosztowne loty do Stanów Zjednoczonych, a po drugie, po każdym powrocie trzeba było się zastanawiać, na co możemy się zgodzić, a na co nie. Wynegocjowana suma opłat za prawo do licencji "Wheel of Fortune" do dziś jest tajemnicą handlową. Wiadomo, że raty były przez stronę polską spłacane regularnie co miesiąc, a w rozliczeniu brano pod uwagę każdy wyemitowany odcinek. Co niezwykłe, właściciele praw zgodzili się na dokonanie pewnych poprawek w polskiej wersji, chyba dlatego że w czasie rozmów zaprawiony w różnych teleturniejach i grach Pijanowski zauważył niepokojące elementy, na które Amerykanie wcześniej nie zwrócili uwagi, a mogły one stanowić okazję do nieuczciwego przeprowadzenia gry lub nawet próby oszukania zawodnika. Oczywiście nikt nie podejrzewa, że tak się zdarzało, ale w grach, które toczą się o duże stawki, lepiej dmuchać na zimne.

O zmianach za chwilę, bo wcześniej warto wrócić do finału rozmów. Gdy po prawie dwóch latach wydawało się już, że wszystko zostało ustalone, i strona polska przybyła do Stanów Zjednoczonych, by podpisać końcową umowę, w dokumentach zauważono niespodziewanie jeszcze kilka spornych kwestii. Teoretycznie ostateczne, krótkie spotkanie zaczęło się nagle przeciągać, bo żadna ze stron nie chciała ustąpić.

Zdenerwowany Pijanowski, wtedy jeszcze nałogowy palacz papierosów, czuł, że musi prędzej czy później zapalić, ale w biurze, gdzie odbywały się negocjacje, nigdzie nie było popielniczek. "Zapytałem, czy mogą przynieść jedną, bo ja już długo bez papierosa nie wytrzymam - opowiada dziś - ale Amerykanie popatrzyli na mnie zdziwieni i powiedzieli (u nich to już wtedy było normalne), że w biurach się po prostu nie pali i jeżeli ich gość z Polski dalej uważa, że musi zrobić przerwę na papierosa, to niestety powinien zjechać 11 pięter na dół i palić przed wejściem do budynku. Teraz to ja spojrzałem na nich zdziwiony - mówi Pijanowski - i trochę bezwiednie powiedziałem, że jak już zjadę te 11 pięter, to nie wiem, czy będzie mi się chciało wjechać ponownie na górę, skoro i tak nie ma między nami zgody i umowy, wbrew wcześniejszym ustaleniom, ciągle nie podpisujemy".

Październik 1992 roku. Studio "Koła Fortuny". Wojciech Pijanowski i Magda Masny. W tle nagrody dla graczy, które wtedy zapierały dech w piersiach.

W gabinecie zapadła zaskakująca cisza. Potem Amerykanie zaczęli coś nerwowo do siebie szeptać i... nagle zgodzili się na podpisanie umowy! Wyszło na to, że autentyczną próbę zapalenia papierosa przez nałogowego palacza wzięli za rezygnację z licencji. Wystraszyli się i wycofali poprawki. "I tak moje papierosy uratowały polskie "Wheel of Fortune" - wspomina Pijanowski. - Ale dziś już na szczęście nie palę".

Wprowadzone w polskiej wersji poprawki dotyczyły kopert z literami. W modelu amerykańskim litery, które mogły (choć nie musiały) znajdować się w haśle, znali tylko twórcy teleturnieju i nie były one wcześniej widoczne na planie. Zawodnik biorący udział w rozgrywce nie wiedział do końca, które i gdzie się pojawią. Pijanowski zauważył, że to może być furtka do manipulacji, zaproponował więc, by koperty cały czas były na planie widoczne - do wyboru: z jedną, dwiema, trzema lub więcej literami. Była też koperta całkowicie pozbawiona liter podpowiedzi. Zawodnik wybierał jedną z nich i wszystko stawało się jasne. Nikt nie mógł podejrzewać, że ktoś za kulisami dokonuje zmian, co wcześniej, bez tej poprawki, teoretycznie było możliwe: gdy chcemy, by zawodnik wygrał, dajemy mu łatwe litery na dobrych pozycjach, ale gdy zawodnik nam się nie podoba, układ liter może być taki, by tylko geniusz dał sobie z tym radę. W polskiej wersji dzięki modyfikacji takiej możliwości już nie było. Przynajmniej do czasu...

SAMOCHODY DO WYGRANIA

Pierwszy odcinek polskiego "Wheel of Fortune" wyemitowano w Programie Pierwszym Telewizji Polskiej w piątek 2 października 1992 r. o 22.00. Następne odcinki pierwszej serii były już emitowane trochę wcześniej, bo o 21.40, najpierw trzy razy w tygodniu (we wtorki, w czwartki i niedziele), później cztery razy w tygodniu (we wtorki, w czwartki, piątki i niedziele). Wiele osób uważa dziś, że późnowieczorna pora nadawania "Koła Fortuny" była dość zaskakująca. Dlaczego więc taką wybrano? Wyjaśnienie jest mało skomplikowane. Na początku lat dziewięćdziesiątych uważano, że to bardzo dobre pasmo. Ludzie wracali z pracy, jedli kolację, kładli dzieci spać i mogli wreszcie spokojnie coś nowego w telewizji zobaczyć.

Wiosna 1993 roku. W "Kole Fortuny" można wygrać nowiutkiego Poloneza!

Od samego początku Pijanowski trzymał wszystko żelazną ręką. W pewnym momencie był nawet równocześnie prowadzącym, producentem oraz autorem pytań i haseł. Wyjątkowa sytuacja, ale być może dlatego wszystko od samego startu poszło bardzo sprawnie. Amerykanie zażądali do wglądu kaset z nagranymi pierwszymi odcinkami. Teoretycznie mieli prawo sprawdzać wszystkie. Szybko zauważyli, że z polską wersją "Wheel of Fortune" nie ma żadnych kłopotów, i później kontrolowali emisję tylko sporadycznie. Programu nie nagrywano jednak w studiach przy Woronicza, lecz w warszawskiej Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych przy Chełmskiej 21. Powód był prosty: przy takiej liczbie odcinków i programie na żywo nikt w TVP nie był w stanie zapewnić wolnego studia na wiele miesięcy praktycznie dzień po dniu. Również koszt montowania i demontowania scenografii na potrzeby pojedynczego odcinka był na tyle znaczący, że opcja ta nie miała sensu. Tymczasem WFDiF przechodziła wtedy gorszy okres. Po zmianach w 1989 i 1990 r. spadła ilość wykonywanych prac. Zamówienie ze strony producenta "Koła Fortuny" było dla wytwórni trochę jak koło ratunkowe - stały dochód na długie miesiące, stabilna praca dla ekipy od świateł, kamer i całej obsługi zaplecza - dlatego z umową nie było żadnych problemów.

Znajomi informatycy napisali dla Pijanowskiego prosty program komputerowy, który umożliwiał edycję haseł w domu na biurkowym pececie. "Zgrywałem potem wszystko na dyskietkę - opowiada - i przynosiłem na plan. Tu ponownie dane były wgrywane do komputera. Hasła znałem tylko ja i pani, która przyczepiała za specjalną zasłoną literki".

W tle Fiat Cinquecento a z przodu asystent podpowiadający publiczności co ma robić.

Luty 1993 roku. "Koło Fortuny" bije już rekordy telewizyjnej popularności.

Pierwszego uczestnika, który miał zakręcić kołem, losowano. Hasła miały najpierw osiem, a potem dziewięć kategorii: miejsce, przysłowie/powiedzenie, cytat, osoba, tytuł, rzecz, czynność, postać, miasto (od 1994 r.). Na kole umieszczono pola: "bankrut", "nagroda" ("niespodzianka") oraz "stop", a także kwoty: od 500 000 do 25 000 000 (to już w finale). Był nawet pewien problem z wypisaniem tak dużych liczb na planszy, bo wszystko działo się jeszcze przed denominacją złotówki, przeprowadzoną przez NBP w 1995 r. w stosunku 1:10 000. Po pierwszych rundach zawodnik za wygrane pieniądze robił zakupy w sklepiku, podobnie jak w dawnych amerykańskich wersjach. Główną nagrodą był samochód. Marki zmieniały się od prostych, jak Polonez Caro i Fiat Cinquecento oraz Maruti 800 (odpowiednik późniejszej Daewoo Matiz), po Renault Clio, a nawet BMW. Zwycięzca dostawał też 10 procent zdobytych wcześniej pieniędzy, ale tracił zakupione nagrody rzeczowe.

Obsługa planu pamięta, że pierwszy poważny, zaskakujący problem pojawił się w związku z samym kołem fortuny. By obracało się stabilnie i nie drgało ani na milimetr, co fatalnie wyglądało w kamerze, osadzono je na ciężkiej, samochodowej feldze, wykorzystując też oryginalną oś. Pomysł był świetny i niestety aż... za dobry. Gdy pierwszy raz zakręcono kołem, zaczęło się obracać bez najmniejszych drgań. Operatorzy byli zachwyceni, ale koło kręciło się, kręciło i kręciło, i za nic nie chciało się zatrzymać! Po prostu świeżo wyczyszczone i nasmarowane łożyska zrobiły swoje. Konieczne było dorobienie ukrytego, stałego hamulca zwiększającego opór koła. Z odcinka na odcinek wprowadzano też inne drobne modyfikacje, np. nieco wydłużono czas odgadywania finałowego hasła - z 10 do 15 sekund po odsłonięciu ostatniej litery.

Wygląd studia w pierwszych seriach przypominał amerykański pierwowzór. Sklepik znajdował się naprzeciw publiczności, po lewej stronie była tablica z hasłami, po prawej - samochód, czyli główna nagroda. Kamery i operatorów ustawiono przed publicznością tak, żeby było ich dobrze widać. Gracze mieli niebieskie, żółte i czerwone stanowiska. Wolne miejsca wypełniono parasolkami z napisem: "Koło Fortuny". Z czasem scenografię delikatnie modyfikowano. Ponieważ program emitowano na żywo i z dużą częstotliwością, zdarzało się, że w tle były widoczne nieczynne jeszcze elementy nowej scenografii, jak np. w okresie wprowadzania nowych wyświetlaczy wykorzystujących diody świecące.

Przez pierwsze sześć lat, od 1992 do 1998 r., producentem teleturnieju "Koło Fortuny" była spółka Uni Vision. W napisach końcowych pojawiało się również logo CBS Studios International. Teleturniej reżyserował związany z Pijanowskim Paweł Hanczakowski.

Zakup licencji "Wheel of Fortune" nie uszedł uwadze amerykańskiej prasy. Do Warszawy przyjechali zagraniczni dziennikarze, by zobaczyć, jak Telewizja Polska radzi sobie ze słynnym zachodnim formatem. Wnioski były czasami mocno zaskakujące. Już w grudniu 1992 r. dziennik "Chicago Tribune" napisał o... poważnych problemach naszej wersji! "Polskie "Koło Fortuny" jest wielkim sukcesem, ale producenci mają jeden kłopot. Mimo ogromnych starań zawodnicy się nie śmieją i są śmiertelnie poważni". Pijanowski wyjaśnił to dosłownie tak: It's not fun. It's abattle, czyli: "To nie jest zabawa. To bitwa". I rzeczywiście polscy gracze traktowali walkę o wygraną śmiertelnie poważnie. Suma głównej nagrody wywierała tak duże wrażenie, że uczestnicy robili wszystko, by ją zdobyć, więc na żarty i śmiech nie było ani miejsca, ani czasu.

Obok nagrody, samochodu Polonez, stoi Magda Masny. Przez kilkaset pierwszych odcinków... nie odezwała się ani słowem. Ale jak wyglądała!

W drugiej serii, nadawanej od jesieni 1993 r., zmieniono wreszcie porę emisji na wcześniejszą - "Koło Fortuny" było na antenie od poniedziałku do czwartku o 18.35. W połowie trzeciej serii, po przygotowaniu dokładnie 500 odcinków, Pijanowski zrezygnował z prowadzenia teleturnieju, decydując się na pozostanie wyłącznie jego producentem. Dlaczego tak się stało? "Byłem już po prostu znudzony" - tłumaczy dziś główny bohater. Czy to jedyny powód? Możliwe, bo praca przy tak często emitowanym programie była zwyczajnie bardzo absorbująca. Nowym prowadzącym został na krótko aktor Jerzy Bończak i to rozpoczęło karuzelę zmian. Z Bończaka nie byli zadowoleni ani widzowie, ani ówcześni szefowie telewizji. Po krótkim czasie zastąpił go inny aktor, słynny "czterdziestolatek", czyli Andrzej Kopiczyński, jednak olbrzymia popularność, jaką zdobył wcześniej w serialu Jerzego Gruzy, nie przełożyła się na sukces w "Kole Fortuny". Rozpoczęto poszukiwania następnej osoby, choć znalezienie kogoś jeszcze bardziej popularnego niż "czterdziestolatek" graniczyło z cudem. A jednak udało się! W końcówce pechowej przez ciągłe zmiany trzeciej serii pojawił się Stanisław Mikulski, ciągle przystojny i rozpalający serca kobiet agent J-23 ze Stawki większej niż życie.

Tu znów musimy się na chwilę zatrzymać. Podobnie jak w oryginalnej, amerykańskiej wersji "Wheel of Fortune" również w polskim "Kole Fortuny" olbrzymią rolę odgrywały asystentki. Dziś może to dziwić, bo przez większość programów ich funkcja ograniczała się do pięknego i kuszącego wyglądu na ekranie, przerywanego krótkimi chwilami pracy, gdy trzeba było odwracać litery hasła-zagadki na planszy. I to wszystko. A jednak ich nazwiska nie tylko za oceanem przechodziły do legendy. Stało się to także u nas.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej