Prolog
(z materiałów edukacyjnych fundacji Straż Ochrony Rodziny -?SOR)
Jedną z najbardziej tajemniczych postaci pojawiających się w biblijnych
proroctwach jest Antychryst. To
przeciwnik Chrystusa, jego zaprzeczenie, antyteza, oponent głoszący nauki sprzeczne z Bożym Prawem, prześladujący chrześcijan,
mącący, dzielący i rozbijający ich jedność, a do tego bluźnierczo
inscenizujący cuda i znaki, jakie normalnie towarzyszą
objawieniom Mesjasza, Matki Boskiej, stygmatykom i świętym. Niestety ani
Biblia, ani katechizm, ani teologia nie precyzują, kim konkretnie jest
ta postać -?czy należy utożsamiać ją z Szatanem, jego ziemskim
wcieleniem lub synem, z szeregowym demonem, czy z pozornie niepowiązanym
z nimi człowiekiem o określonych psychopatycznych cechach, będącym
uosobieniem czystego zła. Część teologów utożsamia więc antychrystów z guru destrukcyjnych sekt religijnych. Inni zaś -?z największymi
zbrodniarzami w historii ludzkości: między innymi Hitlerem, Stalinem,
cesarzem Neronem, a nawet Napoleonem Bonaparte.
W nauczaniu Kościoła szczególną uwagę poświęca się jednak konkretnemu
Antychrystowi (w jego przypadku nazwę piszemy wielką literą), który ma
zamanifestować się w Europie tysiąc dwieście sześćdziesiąt lat przed
paruzją i żyć aż do powrotu Chrystusa na Ziemię.
(źródło definicji: Wikipedia, hasło "Antychryst")
maj 2019, lokalizacja nieznana
Kiedy się przebudziła, zdała sobie sprawę, że nie leży, za to jej obecna
pozycja z opadającą bezwładnie głową przypomina coś pomiędzy staniem na
miękkich nogach a wiszeniem w powietrzu. Poruszyła się gwałtownie, lecz
coś krępowało jej ręce, rozłożone i uniesione w taki sposób, że razem z jej tułowiem tworzyły kształt litery "Y". Nogi, które miała lekko
wygięte do tyłu i na których ledwo się opierała, również były
unieruchomione. Zakołysała się. Niemal natychmiast poczuła ból w nadgarstkach i w kostkach. Dotkliwy, parzący, jakby w tamtych miejscach
przypalano ją rozżarzonym żelazem. Jęknęła i znowu spróbowała się
ruszyć, lecz spowodowała tym tylko, że ból przybrał na sile.
Sycząc i głęboko oddychając, spróbowała stanąć i w końcu udało jej się
uzyskać takie oparcie na stopach, by to, co ją unieruchamiało i odpowiadało za jej cierpienie, jak najmniej jej dokuczało. Zmiana
pozycji nie oznaczała jednak, że ból zupełnie zniknął; zmniejszyła tylko
trochę jego siłę. Spojrzała na jedną ze swoich uniesionych dłoni, lecz
zobaczyła na nadgarstku wyłącznie metalowe, kończące gruby łańcuch
kajdany. Wyglądały zwyczajnie, a mimo to kontakt z nimi odczuwała, jakby
były rozgrzane do czerwoności. Pod nimi, na skórze, widziała wyraźne,
czerwone ślady przywodzące na myśl oparzenie lub silną reakcję
alergiczną.
Rozejrzała się gorączkowo, próbując zrozumieć cokolwiek z tego, co się
dzieje. Znajdowała się w pomieszczeniu przypominającym zapyziały,
kamienny loch. Brakowało w nim okien; nieco światła zapewniały małe
pochodnie, ale i tak spory fragment celi pozostawał ukryty w nieprzeniknionym mroku. Było tu bardzo ciepło, wręcz gorąco. Kiedy to
sobie uświadomiła, dotarło do niej coś jeszcze, jak na ironię dopiero na
końcu -?że jest kompletnie naga.
"Uwolnij mnie!" -?pomyślała rozpaczliwie. Znowu nieostrożnie szarpnęła
za kajdany, a te odpowiedziały kolejną dawką bólu. Przestała się hamować
i resztę polecenia wypowiedziała na głos:
-?Uwolnij mnie, słyszysz?! Rozkazuję ci!
Żadnej reakcji. Żadnej obecności, którą wyczuwała, od kiedy Opiekun
dawno temu pojawił się w jej życiu po raz pierwszy. Na ogół nie
odstępował jej na krok, ale czasami znikał, niczym kot chadzający
własnymi ścieżkami. Porównanie do tego zwierzęcia pasowało jak chyba
żadne inne. On bowiem też lekceważąco podchodził do jej poleceń,
decydując wedle własnego uznania, które z nich wykonywać, a które
ignorować. Nie korzystała z jego pomocy zbyt często, prawie wcale, ale
zauważyła, że praktycznie nigdy nie odmawiał takiej, która wiązała się
ze zwiększaniem ilości zła na świecie. Zła, chaosu, bólu i cierpienia.
Takiego jak to, którego doświadczała teraz. Opiekun chyba się nim
karmił, narkotyzował niczym uzależniony pożądający kolejnej działki.
Zadrżała. Przyszła jej do głowy jeszcze jedna myśl, jakże pasująca do
jej obecnego położenia, włączając w to wygląd lochu, pochodnie, ból,
łańcuchy i kajdany; włączając w to nawet mrok i gorąco.
Czy to możliwe, że już umarła i znalazła się w piekle? Czy to dlatego
nie wyczuwała już obecności Opiekuna? Gdyby faktycznie do tego doszło,
zapewne opuściłby ją na dobre. Wszak kontrakt, który dawno temu
podpisała własną krwią, zostałby dopełniony. Każdy jego punkt i podpunkt, każdy kruczek. A to wiązałoby się z zapłatą. Paradoks:
uiściwszy ją, byłaby wolna i jednocześnie uwięziona. Na całą wieczność.
Pokręciła głową, próbując wziąć się w garść, choć lęk odbierał jej
zdolność koncentracji. Wmawiała sobie, że to niemożliwe. Nie mogła
umrzeć. Jeszcze nie. W takim razie co się z nią działo? Jak doszło do
tego, że się tutaj znalazła? Spróbowała to sobie przypomnieć, wydobyć
wspomnienia z bezkształtnej masy wypełniającej jej umysł.
Chyba znalazła początek. Zaczęło się od... obietnicy?
Tak! Od propozycji Opiekuna. Sam wyszedł z inicjatywą pomocy w spełnieniu jej największego marzenia. Abstrakcyjnego, szalonego, o którego realizacji nigdy nawet by nie pomyślała, choć od pewnego momentu
dysponowała większymi możliwościami niż zwykły człowiek. Z początku nie
dowierzała, że jest to w ogóle wykonalne; podejrzewała podstęp. On
jednak uderzył tą propozycją w tak czułe struny, że mimowolnie zaczęła
ją rozważać, gdybać, hipotetyzować. Wiedział, jaką melodię powinien na
tych strunach zagrać, aby do niej dotrzeć; za które z nich szarpać, a po
których jedynie łagodnie przeciągać palcami. W końcu przeżył z nią
większość życia. Znał ją na wylot. Umiał nią manipulować, szczególnie
jeżeli chodzi o potrzeby emocjonalne. A gdy udało mu się dopiąć swego i zainteresowała się, co powinna zrobić, aby jej życzenie się spełniło,
powiedział, że musi coś wykraść.
Sama.
Niemal widziała jego złośliwy uśmiech, gdy zapytała, dlaczego on nie
może jej tego przedmiotu po prostu przynieść. W końcu po to pojawił się
u jej boku, do ciężkiej cholery! Aby wykonywać jej rozkazy! Odpowiedział
jej wówczas tak samo jak zawsze, gdy odmawiał służenia:
"Nie byłoby cię na to stać".
I tyle. Uniwersalna wymówka. Ostateczny argument, którego nie potrafiła
podważyć. Bo oznaczał, że wypełnienie tego konkretnego polecenia
kosztowałoby ją życie. Każdy czar bowiem wiązał się z zapłatą w postaci
jej własnej energii. Im trudniejszy był w realizacji, tym więcej jej
traciła.
Nie miała wyboru. Musiała zgodzić się na tymczasową zamianę ról. Od
tamtej pory to ona postępowała zgodnie z instrukcjami Opiekuna.
Powtarzał, że to konieczne, aby ziściło się jej pragnienie,
konsekwentnie prał jej mózg, programował ją, zaszczepiał w niej ideę, a ona naiwnie mu wierzyła. Chodziła jak po sznurku, choć podświadomie
przeczuwała, że doprowadzi to do czegoś okropnego. Ich relacja
przypominała związek z toksycznym bad boyem -?taki, w którym
mimowolnie trwasz, choć wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że
powinnaś go zakończyć.
Na niebie, na ziemi i... pod nią.
Nie wiedziała, jakim cudem, ale się udało. Wykradła to. Nie pamiętała
zbyt dobrze tamtego wieczoru. Dokąd poszła, jak dostała się do tamtego
mieszkania, czy się do niego włamała, czy drzwi same stanęły przed nią
otworem. Działała jak w transie, jakby coś ją opętało, weszło w nią i sterowało jej ciałem. Odzyskała świadomość dopiero po fakcie, już po
powrocie do domu. Opiekun potem objaśnił jej, jak używać tego
przedmiotu, a także jak samemu zabezpieczyć się przed zgubnymi skutkami
jego działania. Nakazał jej go aktywować. I czekać.
Otworzyła szerzej oczy. Przypomniała sobie kluczowy epizod tej historii.
Niedługo po tamtych zdarzeniach zauważyła, że jest śledzona. Przez kogo?
Nie pamiętała dokładnie ich twarzy. Pamiętała za to, że wszyscy byli
dobrze zbudowani i mieli ten sam kolor skóry. Blady. Bardzo, wręcz
nienaturalnie. Dziwny, dotąd przez nią niespotykany. Tak blady, że aż...
piękny? Tak by go określiła. Z jakiegoś powodu dodający, a nie ujmujący
tym ludziom uroku.
Oczywiście pytała o nich Opiekuna. Kim są, dlaczego się nią interesują i czy ma to związek z jej niedawną kradzieżą. On jednak udawał, że jej nie
słyszy. Albo inaczej: odpowiadał, ale nie na te pytania. Powtarzał jej
tylko, że wszystko idzie zgodnie z planem, że musi jedynie czekać, a jej
marzenie wkrótce się spełni. Czekała więc, choć coraz mniej mu ufała.
Miała wrażenie, że została wykorzystana, że jej rola stanowiła zaledwie
niewielką część czegoś znacznie większego i zupełnie innego, niż
twierdził.
"Bądź cierpliwa. Wszystko idzie zgodnie z planem".
Tylko na czym ów plan w istocie polegał?
Obserwowali ją. Aż wreszcie pewnego dnia, a raczej pewnej nocy...
Wrzasnęła i ponownie zakołysała się na łańcuchach, kiedy nagle zobaczyła
mężczyzn wyłaniających się z ciemności lochu, w którym była uwięziona.
Tych samych, którzy wtedy ją śledzili. Bladych, dobrze zbudowanych,
wysokich i w różnym wieku. Teraz ubranych w ciemne, obcisłe kostiumy.
Łącznie było ich sześciu. Przypomniała sobie, jak niedawno po nią
przyszli i ją porwali, a Opiekun po raz kolejny zignorował polecenie i jej nie obronił. Koloru ich skóry nie dałoby się pomylić z żadnym innym,
nawet w tym nikłym świetle pochodni. Gdy stanęli przy niej, tworząc
półkole, znieruchomieli, żadnemu nie drgał nawet jeden mięsień.
Wpatrywali się w nią pustymi, niewyrażającymi żadnych emocji oczami,
kilku miało głowy lekko przechylone na bok. Pośrodku, dokładnie
naprzeciwko niej, zostawili wolną przestrzeń, jakby ktoś miał zaraz do
nich dołączyć.
I tak się stało.
Bardzo powoli z mroku wyłoniła się jeszcze jedna postać. Mężczyzna
ubrany w długą białą szatę przypominającą albę. Był równie blady i równie dobrze zbudowany jak pozostali, lecz coś zdawało się zaburzać
jednolity kolor jego skóry, tworzyć na niej ciemniejsze plamy. Na
początku, przy tak słabym świetle, nie potrafiła się zorientować, co to
jest. Osobnik wyglądał na najstarszego ze wszystkich w lochu, miał dość
długie siwiejące włosy, które zakrywały mu uszy, oraz gęstą brodę.
Gdy zbliżył się na tyle, że światło pochodni oświetliło go lepiej,
kobieta wytrzeszczyła oczy. Zobaczyła bowiem, co tak naprawdę szpeci
jego bladość, niemalże ją cętkuje.
Liczne, świeże, otwarte rany.
Niektóre cięte, inne -?tuż pod linią włosów -?kłute, jakby zadano je
dziesiątkami igieł. Cienkimi strumykami ciekła z nich krew, która
tworzyła na jego obliczu półprzezroczyste, czerwone smugi. Pod jego
brodą zaś, na szyi, kobieta dostrzegła kolejne krwawiące nacięcie -?tak
głębokie, że gardło mężczyzny wydawało się wręcz poderżnięte. Podłużne
czerwone ślady na okrywającej go bieli natomiast świadczyły o tym, że
pod ubraniem skrywa znacznie więcej podobnych okaleczeń -?w tym
największe, pionowe, pomiędzy lewym ramieniem i karkiem. Jakby tego było
mało, nie mogła pozbyć się wrażenia, że...
Nie, to z pewnością wina słabego, nieregularnego, drgającego światła
ognia. Musiało jej się przywidzieć. Musiało.
Mężczyzna stanął w wolnym miejscu w półokręgu naprzeciwko niej. On
również nie odrywał od niej spojrzenia. Czuła, że dłużej tego nie
zniesie, podobnie jak widoku jego ran.
-?Wypuśćcie mnie! -?wydusiła z siebie, znowu siłując się z łańcuchem i walcząc z bólem, jaki zadawały jej kajdany. -?Wypuśćcie mnie, bo...
Natychmiast! Słyszycie?!
Nie reagowali. Lustrowali ją niczym naukowcy, którzy schwytali
przedstawicielkę gatunku dawno uznanego za wymarły. Okaleczony mężczyzna
w środku podpierał podbródek o rękę w geście, jaki znała z zajęć na
uczelni, gdy zadała profesorowi wyjątkowo podchwytliwe pytanie. Na
wierzchu jego dłoni dostrzegła kolejną świeżą, krwawiącą ranę. Okrągłą.
Jak gdyby... po przebiciu gwoździem?
-?Kim jesteście?! -?krzyknęła, coraz bardziej przerażona. -?O co wam
chodzi? Uwolnijcie mnie! To boli!
Poraniony brodacz uśmiechnął się lekko, unosząc prawy kącik ust. Tylko
prawy. I tylko on się uśmiechał, a wraz z nim rany na prawej połowie
jego twarzy. Lewa połowa, a przede wszystkim oczy -?nie. Szare oczy,
identyczne jak u reszty, pozostawały puste.
-?Boli? -?zapytał kpiąco. Miał niski, głęboki, mrukliwy głos. -?Dobrze.
To znaczy, że się nie pomyliliśmy.
-?O co wam chodzi?! -?powtórzyła rozpaczliwie, a z jej oczu popłynęły
łzy. -?Czego chcecie?
Nikt jej nie odpowiedział. W dalszym ciągu lustrowali jej nagie ciało,
lecz nie było w tym żadnego seksualnego podtekstu. Patrzyli na nią jak
na eksponat. Jak na trofeum. Albo jak krytycy sztuki na obraz.
Po dłuższej chwili brodacz odezwał się z pewnością w głosie:
-?To nie ona.
Wywołał tym pewne poruszenie wśród pozostałych, którzy skupili na nim
spojrzenie.
-?Skąd wiesz? -?zapytał jeden z nich, znacznie młodszy, o czarnych,
postawionych i zaczesanych na prawo włosach. Miał złożone ręce na
piersi. Na jego odkrytych ramionach, równie bladych jak twarz,
zaznaczało się potężne umięśnienie, a na szyi wisiał czarny, bawełniany
komin.
Zapytany brodacz niespiesznie podszedł do ściany lochu i zdjął z uchwytu
pochodnię. Było w jego chodzie coś dostojnego, jak u króla, jak gdyby
powolne ruchy miały świadczyć nie o postępującej starości czy
osłabiających go obrażeniach, tylko o tym, że nic go nie goni i to inni
mają dostosować się do jego tempa. Zbliżył się do kobiety i oświetlił ją
ogniem.
-?Stąd -?stwierdził. -?Jej kotek wygląda inaczej.
Kotek...?
Nie potrzebowała wiele czasu, by zrozumieć, o co mu chodzi. O kogo. Sama
przecież niekiedy używała w myślach podobnego określenia. Do tego zdała
sobie sprawę, że na powrót wyczuwa przy sobie znajomą obecność. Opiekun
powrócił. Próbowała spojrzeć za siebie, ale łańcuchy skutecznie jej to
uniemożliwiły. Mimo to krzyknęła:
-?Obroń mnie! Uwolnij! Rozkazuję ci!
-?Oszczędź sobie gardła -?powiedział spokojnie okaleczony mężczyzna. -
Nie zrobi tego, nawet gdyby chciał. Nie potrafi.
Popatrzyła na niego z lękiem, ponownie, mimo woli, zatrzymując wzrok na
poderżniętym gardle. Teraz nabrała pewności -?krwawiąca rana była na
tyle głęboka, że ten człowiek nie miał prawa żyć, a tym bardziej stać
naprzeciwko niej i spokojnie do niej mówić. Pomijając jego okropny
wygląd, przerażała ją niezachwiana pewność w jego głosie. I fakt, że nie
wydawał się ani trochę zaskoczony pojawieniem się kolejnego aktora na
tej scenie, a nazywając go, nawet użył podobnego skojarzenia jak to,
które kobieta sama wymyśliła. W głowie kłębiło jej się mnóstwo pytań,
lecz zdołała wydobyć z siebie jedynie:
-?Skąd...?
-?Wiemy, kim jesteś. I skąd go masz. -?Brodacz zbliżył się do niej na
odległość kilkunastu centymetrów. -?A ty? Wiesz, kim jesteśmy?
Pochodnia, którą wciąż trzymał, teraz lepiej oświetlała jego twarz.
Dzięki niej mogła się przekonać, że wzrok wcześniej jej nie mylił.
Faktycznie pod jego bladą skórą, pomiędzy ranami, dostrzegała cienkie,
fioletowoszare żyłki. Wcześniej myślała, że jej się przywidziało,
ponieważ pojawiały się i znikały, jakby ulegały rozmyciu albo wnikały w głąb jego ciała. Jakby... żyły. Nomen omen. Żyły i pełzały. Wiły się
niczym dżdżownice w ziemi. Nie potrafiła oderwać oczu od tego zjawiska.
Odniosła wrażenie, że cokolwiek to jest, zachowuje się w ten sposób, bo...
wyraża entuzjazm. Że wręcz roznosi to energia. Niczym głodnego, który
lada moment ma zabrać się do jedzenia. Nie, to złe słowo. Do pożarcia
czegoś.
Znieruchomiała, coraz bardziej zlękniona, coraz bardziej zagubiona w tej
dziwnej sytuacji, z której z każdą sekundą rozumiała coraz mniej. Coś
podobnego zaobserwowała również u pozostałych otaczających ją mężczyzn.
U wszystkich pod skórą coś się poruszało, kłębiło, zarysowywało, tworząc
od czasu do czasu drobne wypukłości na ich czołach, policzkach, szyjach
czy odkrytych ramionach, by po chwili się rozpłynąć. Widok ten był tym
bardziej uderzający, że mężczyźni wciąż stali nieruchomo i zdawali się
to ignorować. Jakby w ogóle nie mieli świadomości, co się z nimi dzieje.
Albo wręcz przeciwnie: wiedzieli doskonale, tylko stanowiło to dla nich
normalność, codzienność, chleb powszedni, tak jak oddech, praca serca
czy trawienie.
Kobieta coraz mniej ufała swoim zmysłom. W pewnym momencie dotarł do
niej bowiem zapach... kwiatów? Perfum? Czy jego źródło stanowiły rany
mężczyzny? O dziwo, choć stał bardzo blisko, nie wyczuwała woni świeżej
krwi, potu czy choćby ludzkiego ciała.
-?Nie wiem... -?odpowiedziała ochryple na jego ostatnie pytanie.
Jej gardło zdawało się wysuszone na wiór, o przełknięciu śliny nie było
mowy. Próbowała się skupić i przypomnieć sobie, czy faktycznie może znać
tych ludzi, czy spotkała ich już wcześniej, zanim zaczęli ją śledzić,
nie sądziła jednak, aby kiedykolwiek do tego doszło. Będąc świadkiem
tego, co się z nimi teraz działo, co zachodziło pod ich skórą, miała
pewność, że nie zapomniałaby podobnego widoku. Nie wspominając o charakterystycznym wyglądzie ich przywódcy.
-?Kłamie -?stwierdził inny z mężczyzn.
-?Nie! -?Zakołysała się. -?Nie wiem, kim jesteście! Przysięgam!
Z brwi brodacza na policzki skapywały pojedyncze kropelki krwi.
Świdrował ją wzrokiem, jakby chciał odczytać jej myśli. A może naprawdę
to robił? Było w jego spojrzeniu coś przeszywającego. Odczuwała je jak
wkłuwanie igły w jej umysł albo drążenie w nim wiertłem.
-?Komu to ukradłaś? -?zapytał niespodziewanie.
Od razu domyśliła się, o co mu chodzi, jakby naprawdę wszedł do jej
głowy i tak się z nią komunikował. Mówił o przedmiocie, który kazał jej
zdobyć Opiekun. Ponoć niezbędnym, aby spełniło się jej marzenie. Chętnie
odpowiedziałaby na to pytanie, wyśpiewałaby porywaczom wszystko, czego
od niej żądali. Wszystko, co wiedziała. Naprawdę! Problem jednak polegał
na tym, że nie wiedziała prawie nic.
-?Komu? -?powtórzył brodacz. Mówił spokojnie, lecz w jego oczach
pobłyskiwały złowrogie ogniki. Trudno było ocenić, czy tylko dlatego, że
odbijało się w nich światło pochodni.
-?Nie wiem! Nie wiem, kto tam mieszka!
-?Nie wiesz? -?zapytał z powątpiewaniem.
-?Nigdy tej osoby nie poznałam! Nawet nie widziałam jej na oczy!
Żyłki pod skórą mężczyzny zaczęły poruszać się szybciej.
-?Adres!
Po jej policzkach spłynęło jeszcze więcej łez. Miała świadomość, że oni
jej nie uwierzą, choć nie zamierzała ich oszukiwać.
-?Nie mam pojęcia! -?załkała. -?Wiem, jak to brzmi, ale... Nie byłam wtedy
do końca świadoma. To on! -?Wskazała głową za siebie. -?On kazał mi to
ukraść! Niewiele pamiętam z tamtego dnia.
-?Po co? -?zapytał ostro brodacz. -?Do czego ci to było potrzebne?
-?Żeby... -?przerwała, po czym szybko dodała: -?...spełnić moje marzenie.
Spodziewała się, że tak ogólna odpowiedź ich nie zadowoli, a moment
zawahania tylko nasili podejrzenia. Że zaraz usłyszy pytanie, co
konkretnie sobie wymarzyła. Poraniony mężczyzna jednak ją zaskoczył, bo
w ogóle nie nawiązał do tego wątku.
-?Gdzie to było? W mieszkaniu? W apartamencie? W domu? W kamienicy? W mieście? Na wsi?
Myślała gorączkowo i wyrzucała z siebie kolejne słowa, w nadziei, że
poprawią jej sytuację:
-?W mieście! W Suwałkach! W jakimś mieszkaniu! Chyba w nowym bloku.
Wybudowanym niedawno!
-?Gdzie?
Odetchnęła głęboko. Próbowała się skupić, by wydobyć z pamięci
jakikolwiek ważny szczegół. Charakterystyczny obiekt w pobliżu -?jakiś
pomnik, skwer, altanę, kościół, pocztę czy dyskont... A może widok z okna.
Ewentualnie kolor drzwi albo ścian na klatce schodowej.
Nic.
-?Nie pamiętam!
-?Być może. -?Brodacz złapał ją mocno za szyję. Był tak szybki, że
prawie nie zarejestrowała ruchu jego ręki. -?Zaraz się przekonamy.
Instynktownie spróbowała nabrać powietrza, lecz nie dała rady. Wpadła w panikę. Kaszlała i krzyczała jednocześnie, wijąc się i kołysząc na
łańcuchach, na których wisiała. Chciała prosić, błagać, by jej oprawca
przestał, ale nie potrafiła wydusić z siebie choćby słowa. Zrobiło jej
się ciemno przed oczami. Przestała nawet myśleć. Czuła, że za moment
straci przytomność. A może umrze? Tylko czy to w ogóle było możliwe,
jeżeli naprawdę właśnie znajdowała się w piekle?
Mężczyzna puścił ją dosłownie w ostatniej chwili, jakby potrafił wyczuć
po reakcjach jej ciała, kiedy najpóźniej może to zrobić. Kobieta
odetchnęła gwałtownie kilka razy, jakby chciała nabrać powietrza na
zapas. Dopiero po tym spojrzała z przerażeniem na brodacza, który zadał
jej tyle cierpienia samym dotykiem. Bo nie chodziło tu wyłącznie o silne
ściśnięcie szyi, kiedy ją dusił. Sam kontakt z jego ręką spowodował
parzący ból, taki sam, jaki wywoływały kajdany na jej nadgarstkach i kostkach. Identyczny.
Co tu się działo? Kim był ten człowiek? Dlaczego zachowywał się tak,
jakby ignorował swoje rany? Dlaczego ich nie opatrzył, nie zaszył, nie
zakleił gazą, bandażami czy plastrami? Dlaczego jego okaleczenia -
szczególnie te kłute nad czołem, jak po cierniowej koronie, i na
dłoniach -?przypominały... stygmaty? Dlaczego, przynajmniej tam, gdzie
dało się to dostrzec, było ich więcej niż u innych stygmatyków? Kim byli
oni wszyscy, którzy ją porwali, a teraz przesłuchiwali? A może, biorąc
pod uwagę to, co wydarzyło się przed chwilą, i tę żyjącą własnym życiem
rzecz pod ich skórą, powinna zadać inne pytanie -?nie kim, tylko czym?
Nie potrafiła pozbyć się myśli, że rozmawia właśnie z jakąś mroczną
wersją Chrystusa, rodem z koszmarów. I że towarzyszą mu równie mroczne
wersje jego uczniów. A może aniołów? Nie dwunastka, lecz szóstka. Cyfra
z Liczby Bestii, prosto z Apokalipsy świętego Jana.
-?Nie pamiętam... Przysięgam... -?wydusiła raz jeszcze z trudem.
Ugięły się pod nią nogi i ponownie zawisła na samych rękach, czym
naraziła się na kolejną dawkę bólu w nadgarstkach. Zakręciło jej się w głowie. Spuściła ją, walcząc o zachowanie przytomności.
Brodaty mężczyzna patrzył na nią z góry i choć teraz nie krzyżowała z nim spojrzenia, nadal czuła jego wzrok na potylicy. Do jej nozdrzy
docierał również ten kuszący, piękny zapach wydobywający się z jego ran.
Tak bardzo niepasujący do całej sceny, że zaczynała poważnie rozważać,
czy nie śni właśnie jakiegoś snu -?karmić się nadzieją, że tak jest, że
oniryzm całej sytuacji to nie przypadek.
-?Wierzę ci -?usłyszała niespodziewanie. Spróbowała unieść głowę, lecz
ta zdawała się ważyć tonę.
-?Naprawdę? -?zapytał jeden z mężczyzn, ten sam, który wcześniej
kwestionował jej słowa. -?Gdybym był na jej miejscu, mówiłbym dokładnie
to samo.
-?Odłóż emocje na bok -?odparł spokojnie brodacz. -?Za łatwo dała się
znaleźć i złapać. Nie miała żadnego interesu w tym, aby nam na to
pozwolić. Jest Wrażliwa, przed chwilą mogłeś to zobaczyć na własne oczy,
a suka, której poszukujemy, się na to uodporniła. Jej kotek wygląda
inaczej. -?Ponownie wskazał na przestrzeń za kobietą. -?One nie potrafią
zmieniać postaci, gdy patrzy na nie ktoś inny niż człowiek, któremu
służą. Wniosek? Ona nie jest osobą, której szukamy.
-?Tylko jak w takim razie zdołała ukraść artefakt? -?zapytał kolejny z mężczyzn.
Brodacz ponownie spojrzał na porwaną, a potem na coś za nią. Znowu
uśmiechnął się, unosząc tylko jeden kącik ust.
-?Kotki -?odezwał się -?lubią płatać figle. I zdarza im się
interweniować, gdy przeciąga się wykonanie kontraktu wiążącego je z ich
panią.
-?Ale to niemożliwe, żeby za jego sprawą...
-?Otóż to -?przerwał mu brodacz. -?Potrzebował do tego pomocy drugiego.
Tego, który chronił kamień. On musiał na to pozwolić.
Na jakiś czas zapadła cisza, która nadała jego ostatnim wnioskom
dodatkową moc
-?Zgodziłby się? -?zapytał w końcu jeden z jego rozmówców.
-?Wszystko jest kwestią ceny. Zwłaszcza gdy posiada się coś, o czym
wielu innych ludzi może jedynie pomarzyć.
-?Co?
-?To, kim ona jest. -?Brodaty mężczyzna wskazał kobietę, a krew z jego
dłoni skapnęła na fragment kamiennej podłogi przed nią. -?Czym zajmuje
się na co dzień. Jak pracuje. Rozporządza ludzkim życiem. Może decydować
o tym, kto umrze, a kto przeżyje. Kogo dotknie cierpienie. Może sprawić,
że czyjaś rodzina będzie rozpaczać po śmierci bliskiego. Żaden kotek się
temu nie oprze. Tyle przepysznego bólu do pożarcia!
-?Ale to by znaczyło, że...
-?Że albo mamy do czynienia z prostym przekupstwem, albo to element
większej gry, w którą ta biedaczka została uwikłana wbrew swojej woli i wiedzy -?ciągnął, okraszając słowo "biedaczka" ironiczną nutą. -
Potrafię sobie wyobrazić, że naprawdę nie pamięta, komu i skąd wykradła
kamień. Że wykorzystano jej ręce, aby obejść czyjeś zabezpieczenia. Że
miała tego wszystkiego nie wiedzieć, abyśmy teraz nie mogli z niej tego
wydobyć. Mylę się? -?zwrócił się do obecności za jej plecami.
Nie uzyskał odpowiedzi. Nic się nie wydarzyło.
-?Co to było, jeżeli nie zwykłe przekupstwo? -?zapytał mężczyzna z prawej strony.
-?Nie wiem. Jeszcze. Ale nie szkodzi -?stwierdził brodacz. Zdawał się
nad czymś myśleć. -?Nieznajomość reguł gry nie oznacza, że nie możemy
się przyłączyć i zagrać w nią na własnych zasadach. A na koniec odnieść
zwycięstwo. Zwłaszcza że mamy w ręce najlepsze karty. A konkretnie
jedną. Asa atutowego. Artefakt.
-?Myślałem, że chcesz go zniszczyć.
-?Nie, moi drodzy. -?Brodacz przeciągnął pierwsze słowo. -?Jeszcze nie.
Pomyślcie: jest nasz. I ona prędzej czy później się o tym dowie. Musi.
To wystarczy. Naprawdę wystarczy. Trzeba tylko cierpliwie na nią
poczekać. Od wieków nie byliśmy tak blisko, by w końcu ją dopaść.
Myślała, że się przesłyszała. Od wieków? O czym oni rozmawiali? Kogo
szukali?
Wreszcie zdołała unieść głowę na tyle, by móc znów spojrzeć na swoich
porywaczy. Wydawało się, że o niej zapomnieli. Ich oczy błyszczały, a żyłki na bladych twarzach szalały. Wiły się niczym oślizgłe żyjątka na
pogrążonym w wiecznej ciemności dnie oceanu. Co więcej, odniosła
wrażenie, że choć mężczyźni rozmawiali różnymi głosami i stali w różnych
miejscach w lochu, w tym konkretnym momencie stali się... jednością. Nawet
nie jedną grupą, gromadą czy gremium, ale jedną tożsamością. Jednym
umysłem. Jedną jaźnią. Wygłodniałą, usilnie czegoś pożądającą. Z osobnikiem ze stygmatami w samym centrum. I jedną, tą samą twarzą
subtelnie, ledwo zauważalnie wtopioną w ich rysy. Nie wiedziała nawet,
skąd brało się to wrażenie. Po prostu to czuła. I była przerażona. Bała
się odezwać, a nawet ruszyć. Bała się, że skupią głód, jaki tlił się
teraz w ich oczach, na niej. A potem...
Nie, nie chciała sobie nawet wyobrażać, co z nią zrobią.
Niewiele to dało, bo nagle spojrzeli na nią wszyscy. W tym samym
momencie. Co do ułamka sekundy. Zesztywniała i wstrzymała oddech.
-?Co z nią zrobimy? -?zapytał mężczyzna po lewej. On też uśmiechał się,
unosząc tylko jeden kącik ust.
-?Powiedziała nam już wszystko, co wie -?odparł brodacz udawanie
ubolewającym tonem. -?Nie sądzę, żeby przydała nam się do czegoś więcej.
W każdym razie nie w tej sprawie.
Jej serce biło jak młotem, a w gardle rosła gula. Nie przyda się już? To
znaczy? Co się z nią teraz stanie?
Brodacz sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej srebrną monetę. Nie
wyglądała jednak jak złotówka czy pięćdziesięciogroszówka, nie
przypominała nawet pięciozłotówki ani takiej o nominale dwa euro.
Kobieta jeszcze nigdy takiej nie widziała. Wydawało jej się, że
dostrzegła wyrytą na niej literę "A".
-?Szybka śmierć -?powiedział, po czym odwrócił metalowy krążek w drugą
stronę, na której znajdowała się litera "V". -?Albo powolna. Niech
zadecyduje Bóg!
-?Nie! -?wydyszała, kiedy podrzucił monetę. A gdy ta zawisła w powietrzu, kobieta zacisnęła powieki, pod którymi gromadziły się kolejne
łzy. -?Nie! Błagam! Uwolnij mnie! Uratuj! -?wrzasnęła rozpaczliwie do
obecności za sobą, lecz nie wywołała tym żadnej reakcji.
Usłyszała ciche pyknięcie, zapewne odpowiadające upadkowi monety na
zakrwawioną dłoń mężczyzny. Wszystko się zatrzymało. Bicie jej serca,
obieg krwi w żyłach, łzy na policzkach, powietrze, w którym wciąż unosił
się zapach kwiatów, i czas. Nawet podtrzymujące ją łańcuchy jak gdyby
zesztywniały. Jakby brodaty mężczyzna władał również nimi.
Jakby i one czekały na wyrok.
Część I. Wezwanie
CZĘŚĆ I
WEZWANIE
Polskie Jonestown? Makabryczne
odkrycie
w lesie na Mazurach
Dwadzieścia cztery ciała -?w tym kobiet i dzieci -?odkryła gołdapska
policja w gospodarstwie położonym głęboko w lesie nieopodal Rapy (woj.
warmińsko-mazurskie). Ze wstępnych ustaleń śledczych wynika, że ofiary
zmarły mniej więcej w tym samym czasie wskutek wykrwawienia -?miały
bowiem liczne rany cięte na nadgarstkach. Pierwsza autopsja wykazała
brak śladów walki. Zwłoki znajdowały się w jednym pomieszczeniu,
największym w domu, w którym je odkryto. Było ono uroczyście
udekorowane, przypominało wnętrze małego kościoła -?z ołtarzem,
trzydziestoma krzesłami i przedmiotami, jakich używa się przy okazji
różnych obrzędów: świecami, kadzidełkami, a także metalowymi naczyniami
na płyny. Na jego ścianach brakowało jednak krzyża lub innego symbolu
religijnego, podobnie jak w pozostałych izbach. Zabezpieczono również
zakrwawiony nóż, który prawdopodobnie wykorzystano do odebrania życia
wszystkim dwudziestu czterem osobom.
Gospodarstwo stanowiło siedzibę sekty o nazwie Droga -?zamkniętej
wspólnoty, która odizolowała się od reszty społeczeństwa. Jej przywódca
-?Zbigniew P. -?uważał się za nowego mesjasza i kazał siebie nazywać
Ojcem. Najprawdopodobniej był uzależniony od narkotyków i leczył się
psychiatrycznie (w jego sypialni znaleziono mnóstwo leków i substancji
psychoaktywnych). Zarówno on, jak i jego wyznawcy popełnili zbiorowe
samobójstwo, uprzednio zabijając w ten sam sposób dzieci należące do
grupy.
Policja wkroczyła do lasu niedługo po tym, gdy po okolicznych
miejscowościach zaczęło włóczyć się dwóch obcych nastoletnich chłopaków.
Sprawiali wrażenie zagubionych. Byli przerażeni i wygłodzeni, nie mieli
przy sobie żadnych dokumentów ani pieniędzy, najprawdopodobniej nie
widnieją w jakimkolwiek rejestrze ludności. Kontakt z nimi był
utrudniony ze względu na nieufność i lęk, z jakimi podchodzili do ludzi,
którzy chcieli im pomóc. W końcu, dzięki pomocy policyjnego psychologa,
przyznali się, że uciekli z sekty. Opowiedzieli o planach Zbigniewa P.,
który zamierzał zakończyć jej działalność poprzez wymuszenie na adeptach
ostatecznego dowodu lojalności. Przepowiadał atak na komunę wrogich sił,
po którym ta miała przestać istnieć. Podążenie za guru poprzez
dobrowolne ofiarowanie swojego życia miało stanowić jedyny warunek
zbawienia i zapewnić natychmiastowe wniebowstąpienie.
To jak dotąd największa tragedia związana z działalnością sekt w powojennej historii Polski. Niektórzy porównują ją z masakrą w Jonestown
-?odciętej od świata osadzie w gujańskiej dżungli, w której w 1978 roku
w podobnych okolicznościach zginęło ponad dziewięćset osób -?wyznawców
guru Jima Jonesa, przywódcy sekty Świątynia Ludu.
(Informacja, która pojawiła się w jednym z polskich portali
internetowych 9 czerwca 2004 roku)
Kiedyś
(z materiałów edukacyjnych SOR)
Trzecim szczeblem piramidy ludzkich potrzeb Maslowa jest tak zwana
potrzeba przynależności. Jej korzenie
sięgają czasów ludzi pierwotnych.
Musieli oni bowiem żyć w stadach,
żeby zwiększyć szanse na przeżycie
(ochrona przed drapieżnikami, opieka nad młodymi, zdobywanie pożywienia
i wody, walka z innymi plemionami o zasoby). Dzisiejszy człowiek, jako
spadkobierca ewolucyjnie wykształconych mechanizmów (także myślowych),
potrzebuje więc czuć się częścią jakiejś wspólnoty, a także jej
akceptacji i bliskich relacji z innymi ludźmi.
maj 2019, gdzieś w województwie lubelskim
("Obudź się! Słyszysz?!")
(Ledwo słyszę te słowa. Brzmią, jakby dochodziły spod wody. Ktoś uderza
mnie lekko w twarz, ale prawie tego nie czuję. Coś mokrego cieknie po
moich nadgarstkach. Ulatuje ze mnie. Życie. Kropelka po kropelce. Czuję
zapach krwi).
("Pomocy! Niech ktoś tu przyjdzie!")
(Coś miękkiego -?może koszulka, może ręcznik, może poduszka -?zostaje
przyłożone do moich ran. Ktoś kurczowo mnie przytula. Jakby w ten sposób
chciał mnie zatrzymać).
("Nie zostawiaj mnie! Nie odchodź! Nie możesz!")
-?Wszystko w porządku? -?słyszę w pobliżu głos, który przywraca mnie do
rzeczywistości. Ten sam, który przed chwilą wybrzmiewał w moich
wspomnieniach. Teraz jednak nie jest to krzyk, a normalne pytanie.
Odwracam głowę w lewo. Mój Przyjaciel siedzi obok mnie w zgaszonym
samochodzie, opierając lewą rękę o kierownicę. Jak zawsze ma poważny
wyraz twarzy, na której trudno dostrzec choćby cień uśmiechu. Pytanie,
jakie mi zadał, dość często pada z jego ust w moim kierunku. Dopiero
teraz zdaję sobie sprawę, że słyszę je regularnie, w mniejszych lub
większych odstępach czasu, od piętnastu lat.
-?Tak -?odpowiadam, drapiąc się po brwiach. -?Tylko... -?Wzdycham. -?Też
masz tak, że przed Akcją całe życie przelatuje ci przed oczami?
-?Zawsze.
Patrzę na niego zaskoczony.
-?Naprawdę?
-?Tak. Prawie jak przed śmiercią, co?
Nie odpowiadam. On też nie rozwija tej kwestii i kieruje spojrzenie
przed siebie. Chwyta kierownicę także prawą ręką. Jest większa niż lewa
-?trochę dłuższa, trochę grubsza, z masywniejszą pięścią. Taki się
urodził. Asymetryczny. Genetyczna anomalia albo efekt radioaktywnej
chmury z Czarnobyla, na której wpływ mogli być wystawieni jego rodzice.
Teraz to wiemy i takie wytłumaczenie wydaje nam się zupełnie naturalne.
Nie zawsze tak było. Na pewnym etapie naszego życia naprawdę
wierzyliśmy, że jego specyficzny wygląd to efekt nie dość gorliwej
wiary. Kara za grzechy.
Mój Przyjaciel prostuje ręce, jakby je rozciągał i rozgrzewał. Wydaje
się skupiony. Ciekawe, o czym jeszcze myśli? O czym mi nie mówi? Boi
się, tak jak ja? Widziałem jego strach jedynie raz w życiu. A raczej
słyszałem. W scenie, która przed chwilą pojawiła się w moich
wspomnieniach.
Noc jest ciepła. Przez jakiś czas wokół nas słychać jedynie świerszcze,
ale ich cykanie nie działa kojąco. Mam świadomość, że niechybnie zbliża
się moment, w którym będziemy musieli opuścić auto. To już ostatnie
sekundy. Zerkam na zegarek w samochodzie. Na moich oczach pierwsza
pięćdziesiąt dziewięć zamienia się w drugą. Patrzę na Przyjaciela, a on
odwzajemnia spojrzenie. Niemal w tym samym momencie kiwamy głowami i wysiadamy. On odrobinę szybciej, bardziej zdecydowanie. Mamy już na
sobie lekkie kamizelki kuloodporne, ukryte pod bluzami. Ja potrzebuję
jeszcze broni. W odróżnieniu od człowieka, który mi towarzyszy, nie
posiadam takiej na stałe scalonej z moim ciałem, więc muszę posługiwać
się inną. Z bagażnika wyciągam futerał, w którym znajdują się dwa
drewniane kije o długości sześćdziesięciu pięciu centymetrów. Moje
oręże, które przy podobnych okazjach zawsze ze sobą zabieram. Samo
wzięcie ich do ręki sprawia, że czuję się trochę pewniej. Trochę. Lęk
bowiem nie znika.
Zakładam pochwę na plecy. Mój Przyjaciel natomiast rozdziela między nas
lateksowe rękawiczki, które wyciąga z plecaka z przedmiotami
niezbędnymi, by zapewnić powodzenie Akcji, po czym zamyka bagażnik i przekazuje mi kluczyki. Nie używamy pilota, aby zablokować zamki w drzwiach. W kluczowym momencie nic nie może nas spowolnić, powinniśmy
wbiec do auta i natychmiast stąd odjechać. Na szczęście raczej nie
musimy się martwić, że ktoś nam je ukradnie. Jesteśmy na totalnym
odludziu. Na podręcznikowym końcu świata. Podczas naszych Misji to już
właściwie tradycja. Potwory tylko takie lokalizacje wybierają na swoje
Gniazda. Z dala od cywilizacji, z dala od ludzi, z dala nawet od
najbliższego przystanku, na którym autobusy i tak pojawiają się raz na
ruski rok, a rdza na metalowym znaku przy nim wydaje się starsza niż
ludzkość. Ze słabym zasięgiem sieci komórkowej. Wszystko po to, aby jak
najmniej osób wiedziało, że Gniazdo istnieje. Aby jak najmniej ludzi się
nim interesowało, a najlepiej nikt. Aby nie przeszkadzano Potworom w rozwijaniu projektu państwa w państwie z nimi jako władcami absolutnymi.
Autorytarnych wysp na mapie demokratycznej Europy, miniaturowych,
ograniczonych płotem lub pastuchem. Kryjących się za przeznaczoną dla
postronnych, przesłodzoną, oficjalną fasadą powszechnej szczęśliwości
uczestników tego miniaturowego systemu. Dysponujących wieloma hektarami
ziemi, nabytymi najczęściej dzięki wykorzystaniu majątków wszystkich
członków wspólnoty.
Takie położenie Gniazd spełnia również inną funkcję. Ma utrudniać
Owieczkom, które Potwory uważają za swoją własność, ewentualną ucieczkę.
A nawet samo podjęcie decyzji o podobnym kroku. Na ogół działa.
Umiejscowienie Gniazda, brak środków do życia, psychiczne zniewolenie
podlane strachem przed Zepsutym Zewnętrznym Światem, wzmacniane
zaszczepionym w adeptach przekonaniem, że poza Rodziną sobie nie
poradzą. Do tego brak podstawowych umiejętności przydatnych do podjęcia
pracy zarobkowej i normalnego funkcjonowania w społeczeństwie, brak
innego domu. W ogóle brak czegokolwiek, nawet własnej, indywidualnej
tożsamości i zdolności krytycznego myślenia.
Mało kto potrafi się z czegoś takiego uwolnić. Przede wszystkim
psychicznie. Właśnie to jest najtrudniejsze, to kajdany gorsze niż w więzieniu. A jednak zdarzają się tacy, którym się udaje. Mój Przyjaciel
i ja jesteśmy tego najlepszymi przykładami. Wyjątki zatem istnieją. A gdy już do podobnego aktu dochodzi, ludzie, którzy się nań zdobyli,
często potrzebują pomocy. I otrzymują ją od nas. Już od kilkunastu lat.
Wkraczamy tylko wtedy, gdy zawodzą wszystkie inne, konwencjonalne
metody: negocjacje, prośby, psychoterapia czy na ogół bezradna policja.
Interweniujemy, gdy adept nie może odejść po dobroci, gdy istnieje
realne zagrożenie, że komuś stanie się krzywda. Zdarza się to
zaskakująco często. W końcu mamy do czynienia z fanatykami. Nie zawsze
religijnymi. Czasem oddanymi jakiejś idei. Lub zjednoczonymi w uwielbieniu postaci Potwora, który nie liczy się z podstawowymi prawami
człowieka, stawia siebie w centrum świata i ustanawia własne systemy
wartości. W takich czasach żyjemy. I w państwie, które na to pozwala
niedostosowanym do realiów prawem do gwarantowanej konstytucją wolności
wyznania. Zawsze znajdzie się ktoś, kto wykorzysta owe regulacje do
złych celów. Często więc musimy działać na ich granicy. Mamy na to
osobiste pozwolenie Szefa.
Zostawiamy samochód przy drodze, za zakrętem, w słabo widocznym miejscu,
i najciszej, jak tylko się da, idziemy w kierunku tamtego gospodarstwa.
Nie widzimy go jeszcze. Nawet za dnia trudno je dostrzec, jest starannie
ukryte za drzewami, które rosną gęsto wokół niego. Mamy do przejścia
spory kawałek. Nie chcemy ryzykować, że Strażnicy wypatrzą lub usłyszą
auto i zainteresują się, co ono i jego pasażerowie robią w środku nocy
na końcu świata. Grupa, z której powodu tu się znaleźliśmy, nie jest
zbyt liczna. Kilkanaście osób, z czego część to kobiety i dzieci. Połowa
jej członków to mężczyźni, w tym Potwór, który ma już swoje lata, ale
jeszcze nie stał się zniedołężniałym dziadkiem. Funkcje Wojowników i zarazem Strażników, którzy pod względem codziennych obowiązków niewiele
różnią się od żołnierzy mafii, pełni we wspólnocie zaledwie czterech
ludzi. W nocy głównie czuwają, odsypiają za dnia. Teraz jednak chronią
Gniazdo. Działka wokół niego, również należąca do tej społeczności, jest
zbyt duża, by patrolować ją w całości, więc skupiają się na
zabudowaniach. Pilnują ich niekoniecznie przed tymi, którzy chcieliby
się tam włamać i coś ukraść albo po prostu podchodzą do tych ludzi
nieprzychylnie. Z informacji, jakie uzyskaliśmy, incydent z intruzami
nigdy się nie zdarzył. To oznacza, że się nas nie spodziewają. Że są
znudzeni. Może nawet śpiący -?zegara biologicznego, pomimo zmiany trybu
życia, nie da się oszukać, podobnie jak fatalnej, niskobiałkowej diety,
jaką Potwory zwykle raczą swoje Owieczki. Wszystko po to, by te były
ospałe, pozbawione energii. By łatwiej dało się je kontrolować. To, co
na ogół działa na korzyść przywódców, teraz może okazać się naszym
atutem.
Nasze dzisiejsze zadanie jest następujące: uwolnić z sekty Patryka i Agnieszkę. To chłopak odezwał się do SOR kilka miesięcy temu. Potwór
pozostawił bowiem bez opieki jedyny komputer z dostępem do Internetu w Gnieździe. Do tego z zalogowaną pocztą e-mail w jednej z kart
przeglądarek. Patryk na szczęście dołączył do grupy zaledwie kilkanaście
miesięcy wcześniej i wiedział, jak korzystać z sieci. Wygooglował "pomoc
ofiarom sekt" i napisał maila pod pierwszy adres, jaki znalazł -?nasz.
To nie przypadek. SOR jest największą tego typu organizacją w Polsce.
Najbardziej znaną. Najskuteczniejszą. Działamy z największym rozmachem.
Opłaciliśmy nawet specjalistów, aby stosownie wypozycjonowali naszą
stronę internetową w wyszukiwarce. Znajduje się więc na samej górze
listy.
Patryk napisał w swojej wiadomości, że należy do grupy, która rzekomo
skupia się na rozwoju osobistym, mieszkającej w siedlisku położonym
nieopodal Tomaszowa Lubelskiego. W rzeczywistości jest to jednak
niebezpieczna sekta, której guru -?były psycholog i trener mentalny -
sprawuje totalitarne rządy, kontrolując praktycznie wszystkie aspekty
życia adeptów. Patryk poprosił o pomoc w opuszczeniu wspólnoty dwóm
osobom -?jemu i dziewczynie, którą kochał. Sam bał się robić cokolwiek
na własną rękę. Przytoczył w skrócie historię innej pary, Asi i Damiana,
którzy kiedyś próbowali stamtąd uciec. Strażnicy i Potwór ruszyli ich
śladem, odnaleźli i zaciągnęli obydwoje z powrotem. A potem oczywiście
ukarali. Przykładnie, na oczach wszystkich, aby nikomu nie przyszedł już
do głowy podobny pomysł. Zagrozili, że po następnym takim wyskoku ich
zabiją. Patryk twierdził, że to nie była groźba bez pokrycia -?Potwór i jego żołnierze posiadają bowiem nielegalną broń, z pomocą której
wymuszają posłuch. Chłopak opisał też swoje znaki szczególne, aby
ułatwić nam rozpoznanie go. Chaotycznego maila zakończył prośbą, by nie
wzywać policji i broń Boże nie odpisywać na ten adres, jako że należy on
do Potwora. Wiele ryzykował, odzywając się do nas, i obawiał się o swoje
życie. Zapowiedział też, że usunie tę wiadomość z poczty natychmiast po
wysłaniu.
W SOR potraktowaliśmy to zgłoszenie bardzo poważnie. Po długiej
naradzie, podczas której dyskutowaliśmy, czy jednak nie zaangażować w sprawę organów ścigania, ostatecznie zdecydowaliśmy, aby przychylić się
do prośby Patryka i tego nie robić. Nie potrzebujemy pomocy państwowych
instytucji. Umiemy radzić sobie sami. Niemniej oznaczało to konieczność
podjęcia interwencji. Misji, tak to nazywamy. Od tego SOR ma mojego
Przyjaciela i mnie.
Dość szybko udało nam się znaleźć siedlisko, o którym była mowa.
Faktycznie znajdowało się na kompletnym odludziu, od najbliższych
większych wsi czy miasteczek dzieliło je wiele kilometrów.
Obserwowaliśmy to miejsce kilka dni. Zbieraliśmy informacje, także
rozpytując nielicznych okolicznych mieszkańców. Potrzebowaliśmy sporo
czasu, by móc wreszcie nawiązać bezpośredni kontakt z Patrykiem, który
został wysłany do Tomaszowa po zakupy. Oczywiście w obstawie jednego ze
Strażników, którego musieliśmy przechytrzyć. W supermarkecie udałem
więc, że się potykam i wpadłem na niego. Podczas gdy gorąco i co
najważniejsze -?długo go przepraszałem, dzięki czemu skupił na mnie
swoją uwagę, mój Przyjaciel wsunął Patrykowi do kieszeni kurtki mały,
staroświecki telefon komórkowy, ładowarkę oraz liścik. Chłopak spojrzał
na niego ze zdziwieniem, a on wyartykułował bezgłośnie ustami tylko
jedno słowo: "SOR", po czym przytknął do nich palec wskazujący.
Resztę dnia spędziliśmy w napięciu, czekając na kontakt od chłopaka,
który miał świadczyć o tym, że telefon nie został odkryty przez kogoś,
kto nie powinien o nim wiedzieć. Na potwierdzenie tego, zgodnie z prośbą
umieszczoną przez nas w liściku, miał wysłać nam SMS-a składającego się
z tylko siedmiu słów -?tych, od których zaczął swojego niedawnego maila
do SOR. Skoro skasował go natychmiast po wysłaniu, tylko on mógł znać
jego treść, natomiast zdanie było dość nieoczywiste, bo nie zaczął
wiadomości od "Dzień dobry" albo "Pomocy!", tylko od "Nazywam się Patryk
i jestem ofiarą sekty". Napisaliśmy również, że przybyliśmy mu na pomoc,
oraz podaliśmy kod odblokowania otrzymanego siemensa. Zaznaczyliśmy, że
telefon powinien pozostać wyciszony i ukryty, a ładować go należy
wyłącznie w nocy, w miarę możliwości używając gniazdka, które nie
znajduje się na widoku.
Patryk odezwał się do nas dopiero po pierwszej. Był przerażony. Dało się
to wyczuć po samym sposobie pisania -?zjadał litery, nie dbał zbytnio o styl czy poprawność interpunkcyjną zdań. Dowiedzieliśmy się, że nie
mieszka w pokoju sam, ale na szczęście jedno gniazdko znajduje się za
jego łóżkiem, więc może ukryć ładującą się komórkę pod materacem.
Poprosiliśmy, aby podał nam jak najwięcej informacji o grupie, o jej
zwyczajach, o funkcjach, jakie pełnią w niej poszczególni członkowie, o rutynie dnia, o potencjalnych słabych punktach, o układzie pomieszczeń w domu, poczynając od drzwi wejściowych, o tym, czy można się z niego
wydostać przez okno, czy znajdują się w nim jakiekolwiek dodatkowe
zabezpieczenia, takie jak alarm, monitoring albo czujka ruchu, która
włącza światło, czy wcześniej zdarzały się włamania lub incydenty
wynikające z niechęci tutejszej ludności, której może nie podobać się
sąsiedztwo sekty, czy wówczas była wzywana policja; pytaliśmy wreszcie,
czy ktoś może podejrzewać, że chłopak i dziewczyna planują ucieczkę,
oraz czy Patryk ma jakiś pomysł odnośnie do tego, co odwróci uwagę
pozostałych na tyle skutecznie i na tyle długo, by umożliwić nam
skutecznie działanie.
Jego odpowiedzi nie napawały optymizmem. Napisał nam, że monitoringu w gospodarstwie co prawda nie ma, ale pilnują go psy, okien zaś, zapewne
nieprzypadkowo, nie da się otworzyć na oścież, można je tylko pionowo
uchylić. Czyli jedyne wyjście z Gniazda to drzwi, którymi się do niego
wchodzi.
Korespondowaliśmy w ten sposób wiele dni, zadawaliśmy precyzyjne pytania
i w końcu uzyskaliśmy wystarczająco dużo konkretnych danych, by móc
ułożyć z nich plan, który zamierzaliśmy wprowadzić w życie tej nocy.
* * *
Zbliżamy się do siedliska. Nie słyszymy szczekania, co oznacza, że psy,
przed którymi ostrzegał nas Patryk, śpią. Zadbaliśmy o to, by dodał im
do karmy silny, stosowany przez weterynarzy środek usypiający. Zawczasu
ukryliśmy go w sąsiedztwie posesji, o czym poinformowaliśmy chłopaka
stosownym SMS-em. Z kolei innym specyfikiem, również przez nas
podrzuconym, a przeznaczonym dla ludzi, miał spróbować doprawić kolację
przynajmniej jednej osoby -?chłopaka, który śpi z nim w jednym pokoju.
Napisał nam jednak, że nie da rady tego zrobić, bo zostałby
zdekonspirowany. Musimy więc zastosować plan B.
Widzimy dwóch Strażników. Siedzą na ławce przy wejściu, oświetleni słabą
lampą znad drzwi. Pozostali dwaj zapewne, zgodnie ze słowami Patryka,
przebywają wewnątrz domu. Nasze przewidywania się sprawdzają. Mężczyźni
wyglądają na zaspanych. W pewnym sensie sprawili to sobie na własne
życzenie. Powinni stać, a nie siedzieć. Rozmawiać, a nie milczeć. Ich
obecna pozycja ciała, cisza nocy i świeże wiejskie powietrze tylko
zwiększają senność. Oni jednak o tym nie wiedzą. My -?przeciwnie. Mamy
świadomość, co wpływa na ludzki organizm tak, by jego właściciel stawał
się bardziej podatny na sterowanie z zewnątrz. Przez sporą część życia
sami tego doświadczaliśmy. A potem przez bite piętnaście lat
zgłębialiśmy wiedzę na ten temat.
Nakładamy kominiarki oraz latarki czołowe, których jeszcze nie zapalamy.
Powoli, bezszelestnie obchodzimy dom dookoła, starając się, by nie dało
się zobaczyć nas z okien. A gdy zbliżamy się do elewacji, niemalże się
czołgamy. Skradając się w ten sposób, podchodzimy od tyłu do ławki, na
której siedzą Strażnicy. Jest oddalona od domu o kilka metrów. To
kolejny sprzyjający nam szczegół, który możemy wykorzystać w naszym
planie.
Działamy synchronicznie, jakbyśmy mieli jeden umysł. Nie musimy nawet na
siebie patrzeć, odliczać czasu, dawać znaków głową. W tym samym momencie
dopadamy mężczyzn i zakładamy im chwyty na szyję. Są zaskoczeni,
podejmują próbę walki zbyt późno. Nawet nie krzyczą. Nie mają na to
czasu; nie mają też czasu choćby pomyśleć, co się z nimi dzieje. Wkrótce
tracą przytomność. W stosownym momencie ich puszczamy. Nie chcemy ich
zabić. W miarę możliwości ma się obyć bez ofiar. Takie są wytyczne Szefa
i zawsze staramy się do nich stosować, jak dotąd skutecznie.
Zyskujemy chwilę, którą należy wykorzystać do maksimum. Od osiemnastu do
trzydziestu czterech sekund, zanim ci dwaj w pełni odzyskają świadomość.
Chwytamy ich obu pod pachami i szybkim krokiem zaciągamy do stodoły,
która na szczęście znajduje się nieopodal. Dzięki informacjom Patryka
wiemy, że nic cennego w niej nie ma, więc nie jest zamykana na kłódkę
czy zamek. Dopiero tam zapalamy latarki na naszych czołach i korzystamy
z grubych, wytrzymałych taśm klejących z plecaka mojego Przyjaciela, aby
zakleić usta Strażników, a potem skrępować im ręce i nogi. Mamy w tym
wprawę, ćwiczyliśmy tę czynność już wielokrotnie, więc zajmuje nam ona
niewiele czasu.
Upewniwszy się co do solidności więzów, zabieramy mężczyznom pistolety
oraz klucze do domu, gasimy latarki i natychmiast opuszczamy stodołę. Ci
dwaj nie mogą zbyt długo nas widzieć, nawet w słabym świetle. Na razie
jeszcze półprzytomni próbują dojść do siebie i zrozumieć, co się tu
dzieje, ale wkrótce mogą zacząć skupiać się na szczegółach naszego
wyglądu, a ten, zwłaszcza u mojego Przyjaciela, z jego charakterystyczną
asymetryczną budową, nie sprzyja zupełnej anonimowości. Na zewnątrz
odhaczamy kolejny podpunkt naszego planu: za pomocą noży przebijamy
wszystkie opony w pojazdach stojących na podwórku.
Wreszcie podchodzimy do budynku. Do właściwego Gniazda. Mój Przyjaciel
korzysta z kluczy i otwiera drzwi. Trzyma klamkę obydwiema dłońmi,
dzięki czemu robi to ciszej, niż gdyby używał tylko jednej.
Pozostali dwaj Strażnicy najprawdopodobniej przebywają w dużym
przechodnim pokoju, do którego wchodzi się z korytarza prowadzącego od
głównych drzwi, a który służy za coś w rodzaju świetlicy, pomieszczenia
rekreacyjnego. Wychodzi z niego inny korytarz, którym dociera się
bezpośrednio do sypialni. To wszystko oznacza, że dwie ostatnie
przeszkody stoją -?a raczej siedzą -?nam na drodze. Nie unikniemy
konfrontacji. Nie mamy wyboru. Oni też, podobnie jak ich koledzy, są
uzbrojeni. I najpewniej także zaspani. Musimy działać szybko.
Wykorzystać efekt zaskoczenia, słabszego refleksu, który wynika z pory
dnia. I w miarę możliwości zrobić przy tym jak najmniej hałasu. Zawczasu
wyciągam z futerału moje kije i krótko kręcę nimi w powietrzu,
dogrzewając i rozciągając nadgarstki.
Zatrzymujemy się na końcu korytarza i wyglądamy zza rogu. Zgodnie z przewidywaniami Strażnicy wyglądają na zaspanych. Właściwie na wpół
drzemią, siedząc na kanapie, która stoi bokiem do nas. A brak w tym
pokoju na przykład telewizora, który mógłby choć trochę ich rozbudzić,
też działa na naszą korzyść. W sektach mało kto poza Potworem korzysta
ze środków masowego przekazu, nawet dla rozrywki. Rzadko kiedy szeregowy
adept, nawet jeżeli jest Strażnikiem, ma do tego prawo. Potwór bowiem
robi wszystko, by ograniczyć komunikaty, jakie mogą płynąć do jego
Owieczek z Zepsutego Zewnętrznego Świata. Fachowo nazywa się to kontrolą
informacji. Wszystko po to, aby maksymalnie zmniejszyć ryzyko, że
ktokolwiek pomyśli o opuszczeniu grupy. O tym, że gdziekolwiek indziej
może być szczęśliwszy.
Zaciskam mocniej dłonie na kijach. Przyjaciel zerka na mnie i komunikuje
gestem, że moim zadaniem jest neutralizacja drugiego z mężczyzn,
siedzącego dalej od nas. On zaś weźmie na siebie tego bliżej. Kiwam
głową.
Patrzymy na siebie po raz ostatni, po czym wyskakujemy zza rogu. Nic nie
mówimy, nie krzyczymy, nie wydajemy żadnych odgłosów. Staramy się biec
jak najciszej. Strażnicy są zaskoczeni. Nie wiedzą, czy mają wstać, czy
krzyczeć, czy sięgnąć za pazuchę po pistolety. Widzą dwóch facetów w kominiarkach, w tym jednego uzbrojonego w pałki escrima, niezbyt
popularną broń, a drugiego dziwnie asymetrycznie zbudowanego. Ta chwila
zawahania z ich strony, wynikająca z nadmiaru wyboru potencjalnych opcji
odpowiedzi na atak, wystarcza nam aż nadto.
-?Co...?
Tylko tyle daje radę powiedzieć jeden z nich. Uderzam go w skroń
czubkiem jednego z kijów. Niestety, ku mojemu przerażeniu, nie udaje mi
się go znokautować, a jedynie zamroczyć. Już wykonuję kolejny zamach,
ale mam świadomość, że Strażnik zyskał właśnie cenny ułamek sekundy,
może krzyknąć i zaalarmować wszystkich mieszkańców domu. Na szczęście
Przyjaciel przychodzi mi z pomocą. W przeciwieństwie do mnie umie
załatwiać takie sprawy szybko i konkretnie. Jest do bólu precyzyjny. Tak
jak ja od dwa tysiące czwartego roku trenuje walkę wręcz -?prawy
podbródkowy, prawy prosty, generalnie każdy prawy to jego specjalność,
jego wyrośnięta pięść jest ciężka i twarda jak młot. Pozbawia
przytomności swój cel zaledwie jednym ciosem, po czym doskakuje do
drugiego mężczyzny i wymierza mu potężnego prawego sierpowego w szczękę.
Obaj Strażnicy, jeden po drugim, odpływają w czerń. A ja oddycham z ulgą. Niewiele brakowało, a całą Akcję trafiłby szlag.
Nieruchomiejemy, wyostrzając słuch. Nie jesteśmy pewni, ile narobiliśmy
hałasu i czy nim kogoś obudziliśmy. W domu jednak w dalszym ciągu panuje
cisza. Chyba się udało. Tym Strażnikom też zabieramy pistolety, które
pakujemy do plecaka, wiążemy ich i zaklejamy im usta. Następnie idziemy
kolejnym korytarzem w stronę pokoju Patryka. Dokładnie opisał nam jego
umiejscowienie i właściwe drzwi.
Wystarczy, że mój Przyjaciel lekko naciska klamkę, a chłopak natychmiast
otwiera je z drugiej strony, jakby od dłuższego czasu czekał na nasze
pojawienie się. Jest przerażony, blady, ma wytrzeszczone oczy i głęboko
oddycha. Niemal słyszę przyspieszone bicie jego serca. Czym prędzej
wychodzi z pomieszczenia, a mój Przyjaciel zamyka za nim drzwi, aby nie
ryzykować, że zbudzi młodego mężczyznę, z którym Patryk dzieli
sypialnię. Cały manewr zajmuje najwyżej kilka sekund. Patryk nic ze sobą
nie ma, bo tak się umówiliśmy -?żadnych bagaży, których pakowanie może
go zdradzić, a nas potem spowolnić. Wszystkie niezbędne do
funkcjonowania przedmioty, takie jak ubrania, podstawowe kosmetyki, a nawet szczoteczkę do zębów, i tak potem zapewni mu SOR.
-?Agnieszka -?szepcze i rusza do jej pokoju. Mój Przyjaciel idzie za
nim, lecz zanim to następuje, patrzy porozumiewawczo na mnie. Pytam go
spojrzeniem, czy na pewno chce to zrobić. Odpowiada, też wyłącznie za
pomocą oczu, że tak, nie widzę nawet śladu wahania. Znowu bierze
trudniejszą część zadania na siebie.
Rozdzielamy się. Wracam korytarzem do świetlicy, a potem wychodzę na
zewnątrz. Podchodzę do szyby, za którą znajduje się sypialnia Agnieszki
i dziewczyny, która z nią mieszka.
-?Proszę, proszę! A kogo my tu mamy? -?Słyszę zza uchylonego okna pewny
siebie męski głos. Głośny. Nienależący do mojego Przyjaciela.
Zerkam do pokoju, który jest oświetlony słabą lampką. Na środku,
odwrócony do mnie tyłem, stoi starszy mężczyzna z nadwagą. Potwór, we
własnej osobie. Celuje z pistoletu w mojego Przyjaciela, który tkwi w drzwiach. Dwie dziewczyny, które normalnie zajmują tę sypialnię, nie
śpią. Leżą pod kołdrami jak sparaliżowane. Najwyraźniej wraz z nim
czekały, aż się pojawimy. Nie odrywają wzroku od Potwora. Podobnie jak
mój Przyjaciel. Patryka nie widzę, prawdopodobnie został na korytarzu.
Nietrudno się domyślić, że zesztywniały przywiera plecami do ściany, nie
wiedząc, co robić.
Mój Przyjaciel unosi ręce i wkracza do pokoju. Choć nie ma do pokonania
zbyt dużej odległości, widzę, że jego chód jest pewny.
-?Wiesz, kim jestem? -?pyta spokojnie.
-?Intruzem, który chce zniszczyć moje dzieło? -?W głos Potwora wkrada
się drżenie. -?Z jednej z tych jebanych fundacji, które wpierdalają się
tam, gdzie nie trzeba!
-?Rozgryzłeś nas -?odpowiada z umiarkowanym uznaniem mój Przyjaciel.
Trzyma się planu, wie, że rozmawia z chorobliwym narcyzem, którego ego
łatwo połechtać i tym samym uśpić jego czujność. -?Popełniliśmy jakiś
błąd?
-?I to duży -?odpowiada triumfalnie Potwór. -?Patryka udało wam się
przekabacić, ale Agnieszki już nie do końca. -?Wskazuje przerażoną
dziewczynę, która leży na łóżku pod ścianą, bliżej drzwi. -?Wydobyłem z niej prawdę! -?Mówi z dużym samozadowoleniem, niemalże z zachwytem w głosie. -?Pytałem ją tak długo, aż się przyznała. Okazała lojalność,
więc nie zostanie ukarana. W przeciwieństwie do jej chłopaka. Gnojek
nawet sobie nie wyobraża, co go czeka -?cedzi mściwie przez zęby. -
Pomyliliście adres, skurwysyny! Tu nie ma żadnej sekty!
-?Nie? -?pyta Przyjaciel i robi krok bliżej w jego stronę. Wciąż ma
uniesione ręce.
-?Nie! To wspólnota, wypisaliśmy się z systemu kłamstwa i obłudy, z którego pochodzisz! Nie czcimy żadnego boga! Liczy się dla nas jedynie
oświecenie. Przebudzenie. Rozwój osobisty i duchowy!
-?I dlatego kontrolujesz wszystko, co robią twoi adepci?
-?Robię to dla ich dobra!
-?I to zupełny przypadek, że żaden nie może dobrowolnie was opuścić?
-?Nikt tego nie chce, kretynie!
-?Patryk chce. Agnieszka też, nawet jeżeli się ciebie boi i nigdy się do
tego nie przyzna. Dwie inne twoje Owieczki też kiedyś próbowały odejść,
ale ruszyliście za nimi w pościg. Dlaczego? Dlaczego porwaliście Asię i Damiana? Dlaczego zaciągnęliście ich tutaj siłą? Po co ci ta broń, skoro
od kiedy się tutaj osiedliliście, nie było nawet próby włamania? I popraw mnie, jeżeli się mylę: po tym, co powiedziała ci Agnieszka, nie
przekazałeś żadnych wytycznych Strażnikom. Bo im nie ufasz. Obawiasz
się, że też nie do końca stoją po twojej stronie, też mogą chcieć stąd
uciec, spiskują i tylko czekają na okazję, aby cię zdradzić. Czy nie
tak? Tylko to tłumaczy, dlaczego gdy mnie zobaczyli, byli wyraźnie
zaskoczeni i nieprzygotowani na mój atak.
Potwór lekko opuszcza pistolet. Jest wyraźnie zaskoczony jego wiedzą.
Mój Przyjaciel wykorzystuje tę chwilę jego zawahania na kolejny cios.
-?Poddaj się. Unieszkodliwiłem ich -?unosi swoją potężną prawą pięść -?i nawet jeżeli pozostali lojalni, nie przyjdą ci z pomocą. To koniec.
Pozwól im dobrowolnie odejść -?wskazuje Agnieszkę -?i zostaw ich w spokoju, a my damy spokój tobie.
-?Nie! -?odpowiada z naciskiem Potwór. -?Wiem, jak działają organizacje
takie jak twoja! Chcecie namówić tych dwoje na zeznawanie przeciwko
mnie! Nie pozwolę wam na to! To moje dzieło! Nie pozwolę wam go
zniszczyć.
-?To ludzie. Nie są twoim dziełem ani własnością. Mają prawo odejść. A ja jestem tutaj, aby ich stąd uwolnić. Jak zamierzasz mnie powstrzymać?
Zabijesz mnie? -?Mój Przyjaciel robi kolejny krok w jego kierunku. -
Naprawdę myślisz, że nikt nie wie, że tu jestem? Że się nie
zabezpieczyłem?
-?Zrobię to, jeśli będzie trzeba. -?Potwór uśmiecha się mściwie. Zaciska
mocniej dłonie na pistolecie.
-?Są świadkowie. -?Mój Przyjaciel znowu wskazuje dziewczyny.
-?Cokolwiek spróbujesz mi wmówić, nikt z Rodziny mnie nie zdradzi.
Zmuszę ich do milczenia! -?W głosie Potwora wybrzmiewa duża pewność. -
Niech policja sobie tutaj przychodzi. Śmiało! Nic nie znajdą! Ukryjemy
twoje śmierdzące truchło tak głęboko, że nawet koparkami się nie
dokopią! Albo spalimy.
Nadchodzi moment, na który pracowaliśmy tyle czasu. Kluczowy. Znak,
który mój Przyjaciel miał mi dać, gdy w swojej ocenie znajdzie się
wystarczająco blisko przeciwnika. Zerka za prawe ramię Potwora, prosto
na mnie, i kiwa głową. Działam automatycznie. Głośno pukam w szybę, za
którą stoję. Potwór odwraca się i patrzy w moim kierunku. To odruch, a więc zachowanie, które da się przewidzieć. Tym samym przestaje skupiać
się na moim Przyjacielu, który się na niego rzuca i wytrąca mu pistolet
z rąk. Podczas gdy kotłują się na podłodze, ja powtórnie wbiegam do
domu. Pod pokojem czeka na mnie Patryk. Tak jak przewidziałem, stoi jak
zamrożony. Otwieram drzwi i wchodzę do pomieszczenia jako pierwszy. Mój
Przyjaciel już ma założony na szyi Potwora trójkąt ze swoich nóg, a rękę, którą tamten próbuje go atakować, unieruchamia dwoma swoimi. Dusi
go. Radzi sobie doskonale, nie muszę mu pomagać. Jego przeciwnik nie ma
pojęcia, jak walczyć w parterze. W ogóle nie ma pojęcia, jak walczyć, do
tego nadwaga utrudnia mu koordynację ruchów. To tylko były terapeuta,
psycholog, który w pewnym momencie w wyniku zaburzeń psychicznych zaczął
cierpieć na kompleks Boga. Wysługiwał się innymi, których nauczył się
kontrolować. To oni mieli wykonywać za niego brudną robotę.
Dziewczyny w dalszym ciągu nie reagują, nic nie mówią, nie wzywają
pomocy, co też jest bardzo wymowne i w ogóle mnie nie zaskakuje. Nawet
się nie ruszają. Patryk wchodzi za mną i zamyka drzwi. Potwór przestaje
się opierać. Traci przytomność, a mój Przyjaciel zawczasu go puszcza.
Błyskawicznie wstaje, ściąga plecak i przy użyciu tej samej taśmy co
poprzednio wiążemy mężczyznę. Patryk natomiast doskakuje do Agnieszki.
-?Teraz mamy szansę! Uciekajmy!
Dziewczyna nie odpowiada. Jest w szoku i cała drży. Od czasu do czasu
zerka na Potwora, który leży skrępowany pod ścianą. Ten ma
półprzymknięte powieki, ale wydaje się na nią patrzeć. Właśnie na nią.
Jakby zachował resztki przytomności i próbował na nią wpłynąć.
-?Chodź! -?szepcze rozpaczliwie Patryk i wyciąga dłoń.
-?Patryk... Ja chyba nie...
Rozglądam się z niepokojem. Nasłuchuję odgłosów z zewnątrz. Potwór
rozmawiał z moim Przyjacielem dosyć głośno, pukanie w szybę też
spowodowało sporo hałasu i nie ulega wątpliwości, że całe to zamieszanie
obudziło przynajmniej niektórych w domu. Z korytarza zaczynają dobiegać
głosy, ktoś najpewniej znalazł w świetlicy nieprzytomnych i skrępowanych
Strażników. Patryk kupił nam trochę czasu, zamykając drzwi. Reszta
adeptów sekty wciąż nie wie, w którym pokoju wszystko się zaczęło. Każda
sekunda jest teraz na wagę złota.
-?P-pójdą za nami... U-ukarzą... -?Agnieszka jest tak przerażona, że zaczyna
się jąkać. -?Widziałeś, co zrobili Asi i Damianowi. Znajdą nas. Ja... -
Przełyka ślinę. -?Ja zostanę. Ty uciekaj, jak chcesz.
Patryk patrzy bezradnie na nas. Niemal błagalnie.
-?SOR się wami zaopiekuje -?mówi mój Przyjaciel i też wyciąga do niej
rękę. -?Zapewni wam ochronę. Nie musisz się bać. Chodź, nie mamy czasu!
Musimy stąd wyjść! To twoja ostatnia szansa!
Agnieszka wciąż się waha. A ja już wiem, że sama dobrowolnie nie wyjdzie
z tego domu. Że jej umysł wciąż jest spętany kajdanami, jakie założył mu
Potwór, od lat powtarzając im wszystkim, że poza Rodziną czeka ich
zguba. Jej spojrzenie wygląda znajomo. Jak u Ciebie. Piętnaście lat
temu. Tuż przed naszą Ucieczką z sekty Droga patrzyłaś na mnie
identycznie.
Nie zastanawiam się dłużej. Już dawno temu postanowiłem sobie, że nigdy
więcej nie popełnię tego samego błędu co wtedy. Nigdy się nie zawaham i gdy będzie trzeba, zawsze zadziałam.
Już przymierzam się do zrobienia pierwszego kroku w stronę łóżka, ale
mój Przyjaciel znowu o ten ułamek sekundy mnie ubiega. Chwyta Agnieszkę
mocno za rękę i pomaga jej wstać. Dziewczyna na szczęście się nie
opiera. To znaczy, że tak naprawdę nie chce tu zostać. Tyle że wciąż
potrzebuje kogoś, kto podejmie decyzję za nią. Kto nią pokieruje. Typowy
objaw osobowości, którą specjaliści nazywają sektową lub kultową.
Osobowości, którą sam kiedyś miałem, więc doskonale wiem, jak to jest.
Mój Przyjaciel zresztą też.
-?Ja też chcę z wami iść! -?odzywa się druga dziewczyna i wstaje z łóżka. Wymieniamy z Przyjacielem krótkie spojrzenia i kiwamy głowami. Im
więcej osób uratujemy, tym lepiej.
-?Chodźmy!
Opuszczamy pokój. Mój Przyjaciel idzie przodem, nie puszczając ręki
Agnieszki, za nim podąża Patryk, druga dziewczyna i na końcu ja,
zabezpieczający tyły. W korytarzu znajduje się więcej osób z sekty. Nie
wyglądają, jakby chciały nas zatrzymać. Są zaspane i zaskoczone. Mój
Przyjaciel wbiega między nie.
-?Patryk...? Aga...? Ela...? Co...? Co się tu dzieje? -?padają pytania ze
wszystkich stron.
-?Jesteście wolni! Uciekajcie! -?rzucam, potęgując chaos w Gnieździe. To
też element planu. Potencjalna jedność tej grupy jest naszym wrogiem.
Bałagan i podział zaś -?naszymi sprzymierzeńcami. Ułatwią nam ucieczkę.
Nie oglądając się za siebie, wychodzimy z domu. Biegniemy w kierunku,
który wcześniej wyznaczyliśmy, czyli nie w stronę żwirowej drogi, tylko
głęboko w las za domem. Zamierzamy dotrzeć do samochodu okrężną trasą.
Agnieszka płacze. Patryk i Ela nie, ale nie wątpię, że przeżywają ten
moment równie mocno. Domyślam się, co teraz zajmuje ich głowy. Sam,
będąc niewiele młodszy od nich, przechodziłem przez coś podobnego.
Atakuje ich miliard myśli na sekundę, rozważają, kalkulują, czy jeszcze
nie jest za późno, aby ewentualnie tam wrócić. Aby cofnąć to, co się
stało. Aby nic nie zmieniać. Pozostać w układzie co prawda toksycznym,
ale przynajmniej znanym. Trawi ich poczucie winy, że to wszystko przez
nich, że rozbijają Rodzinę, w którą tak mocno się zaangażowali,
poświęcając jej spory kawałek swojego życia, porzucając edukację i bliskich. Boją się zmian. A przede wszystkim -?boją się Potwora. Wciąż
dopuszczają, że choć zdołaliśmy go przechytrzyć i pokonać w walce wręcz,
nie jest zwykłym człowiekiem, tylko kimś o niemalże nadludzkich
zdolnościach. Że znajdzie ich wszędzie, a potem zaciągnie z powrotem. To
też wmawiano im przez lata -?wystarczająco długo, by uwierzyli.
Wchodzimy na tyle głęboko w las, że dom i budynki gospodarcze znikają
nam z pola widzenia. Mimo to nagle ogarnia mnie przeczucie, że jesteśmy
obserwowani. Coś na nas patrzy. Nie ktoś. Coś. Rozglądam się w ciemności, ale niczego nie widzę. Żadnego zwierzęcia, żadnego człowieka.
Wrażenie bycia obserwowanym jednak nie ustępuje. Jakby coś nam
towarzyszyło. Podążało za nami. Jest to tak paraliżujące, że utrudnia mi
oddychanie.
Przyspieszamy, wreszcie wybiegamy z lasu i po kilku minutach docieramy
do samochodu. Ja wskakuję za kółko, natomiast Przyjaciel, zgodnie z planem, wraz z Patrykiem i Agnieszką na tylne siedzenie. Obecność Eli
trochę zmienia sytuację, ale na szczęście nie brakuje dla niej miejsca.
Każę dziewczynie usiąść z przodu i osobiście zapinam jej pas. Któryś z nas musi zawsze przy nich być. W zasięgu ręki. Dla pewności i bezpieczeństwa. Prawie czytamy im w myślach. Wciąż trawią ich
wątpliwości i w desperacji komuś może przyjść do głowy głupi pomysł, na
przykład żeby wyskoczyć z pędzącego auta.
Jadę w kierunku najbliższej asfaltowej drogi, a gałęzie zawczasu
przyczepione do tylnego zderzaka samochodu ścierają ze żwiru ślady
naszych opon. Kiedy dojeżdżamy do asfaltu, mój Przyjaciel błyskawicznie
wyskakuje z wozu, odczepia je i odrzuca głęboko do lasu. Dopiero gdy
powtórnie wsiada na tylne siedzenie, wypuszczam z płuc powietrze, które
przez długi czas wstrzymywałem.
Udało się.
Agnieszka w dalszym ciągu płacze. Patryk przytula ją i próbuje uspokoić,
raz po raz całując ukochaną w skroń. Ela cała drży i teraz to ona
wstrzymuje oddech, jakby dalej nie wierzyła w to, co się wydarzyło. Ja
milczę. Mój Przyjaciel natomiast powtarza, że już po wszystkim, że
młodzi są bezpieczni i nic im nie grozi. Że postąpili właściwie,
odzywając się do nas, decydując się opuścić sektę, i że nikt, absolutnie
nikt nie miał prawa im tego zabronić oraz zmuszać do pozostania we
wspólnocie, która ich niszczy. Gwarantuje, że SOR zapewni im ochronę,
opiekę i ułatwi powrót do normalnego życia. Aby dodać im otuchy,
zdradza, że my też kiedyś uciekliśmy z grupy psychomanipulacyjnej, lecz
na szczęście nie precyzuje z jakiej. Uzgadnia również z nimi taką wersję
zdarzeń, w której my dwaj musimy pozostać w cieniu. Jest prosta. Patryk,
Agnieszka i Ela uciekli z sekty sami, po czym zgłosili się do SOR.
Oficjalnie nikt nie pomagał im w ucieczce.
Zerkam we wsteczne lusterko i na dziewczynę na siedzeniu obok. Widać po
ich trojgu, że wciąż nie do końca wierzą w jego zapewnienia. Że nadal
się boją. Ich wytrzymałość psychiczna jest wystawiana na trudną próbę.
Przez ostatnie lata byli okłamywani i konsekwentnie obniżano im poczucie
własnej wartości. Właśnie po to, by teraz tak myśleli. Wierzę jednak, że
dotrzymamy słowa. Najlepiej jak potrafimy. Najważniejsza część zadania
została wykonana i pozostało nam tylko dowieźć ich do ośrodka SOR, do
Miasta, W Którym Mieszkamy. Tam już naprawdę będą bezpieczni. A nasze
koleżanki i koledzy pracujący w nim będą wiedzieli, co robić.
Wielokrotnie przerabiali już takie sytuacje. Pomogą tym młodym, tak jak
pomogli nam blisko piętnaście lat temu. Jestem tego pewien.
I ta dodatkowa obecność, którą w dalszym ciągu wyczuwam w pobliżu; coś,
co nas obserwuje, co jest z nami w samochodzie nawet teraz i w dalszym
ciągu paraliżuje moje ruchy, tego nie zmieni.
Teraz
(z materiałów edukacyjnych SOR)
Jednym z najbardziej intrygujących zjawisk, jakie występują w ludzkiej
psychice, jest mroczna przemiana
osobowości, która może zajść, gdy człowiek zyskuje nad kimś
władzę. Władza i kontrola nad innymi
wymagają ogromnej odpowiedzialności i
samoświadomości, bywają bowiem
uzależniające i z czasem odczuwamy pokusę, żeby ich nadużywać, a co za
tym idzie: przesuwać granice. Stan ten ulega nasileniu, gdy panujemy nad
całą grupą ludzi. W skrajnych przypadkach może to prowadzić do kompleksu
Boga -?zaburzenia, w którym de facto przypisujemy sobie pozycję ponad
innymi ludźmi, przez co uznajemy, że wolno nam wszystko.
Wiążącą się z kontrolą mroczną przemianę można zaobserwować nawet w pozornie niewinnych sytuacjach -?na przykład w związkach, w których
występuje nierównowaga uczuć i jednemu partnerowi zależy bardziej niż
drugiemu; gdy ktoś zostaje kapitanem drużyny sportowej, głową rodziny
lub rodzicem zyskującym władzę nad dzieckiem, czyimś przełożonym, a nawet administratorem grupy w mediach społecznościowych, który wprowadza
w niej autorytarne rządy. Szczególnie niebezpieczna jest sytuacja, w której potężne możliwości zyskuje osoba o skłonnościach sadystycznych i psychopatycznych. Do czego może to doprowadzić, pokazali już okrutni
rzymscy cesarze, Hitler, Stalin, przywódcy niebezpiecznych,
destrukcyjnych sekt, a nawet uczestnicy stanfordzkiego eksperymentu
więziennego odgrywający role strażników i podległych im więźniów.
Każda władza deprawuje. A władza absolutna deprawuje absolutnie.
Lokalizacja nieznana
Otwieram szeroko oczy, a przynajmniej tak mi się wydaje. Nadal bowiem
widzę wyłącznie nieprzeniknioną ciemność. Oddycham głęboko, wciągając do
płuc powietrze tak ciężkie, że czuję się, jakbym połykał kamienie.
Ciężkie, lepkie i brudne.
Krzyczę, rozglądając się na wszystkie strony, lecz w dalszym ciągu widzę
tylko czerń. Mój błędnik szaleje, nie wiem nawet, czy wciąż leżę, czy
już siedzę, czy może odruchowo wstałem.
Nie wiem nawet, czy żyję.
-?Kto tu jest?
Wzdrygam się i napinam mięśnie, gdy niedaleko mnie rozlega się męski
głos. Jakby przemówił do mnie sam mrok. Jednocześnie ten dźwięk
przyprawia mnie o dodatkowy mętlik w głowie, bo choć jakiś przebłysk
uświadamia mi, że jest znajomy, z dużym opóźnieniem łączę go z osobą
mojego Przyjaciela.
-?Jesteś? Odezwij się! -?prosi.
Brzmi nienaturalnie. W tym, jak mówi, słyszę lęk i jakby... nadzieję? Nie
wiem, co odpowiedzieć. Instynkt i jakaś wewnętrzna nieufność nakazują mi
ostrożność.
-?Jestem -?wyrzucam z siebie w końcu.
Mój własny głos też brzmi znajomo, ale jednocześnie obco. Jakby należał
nie do mnie, tylko do kogoś, kogo kojarzę.
-?Nie widzę cię... Ja... Nic nie widzę -?mówi mój Przyjaciel. Wydaje się
śmiertelnie przerażony. Łamie mu się głos.
-?Poczekaj. Zaraz...
Zaczynam badać rękami przestrzeń w swojej bezpośredniej bliskości i choć
nadal kręci mi się w głowie, przekonuję się, że siedzę na poziomej
płaszczyźnie. Jest gładka, twarda i jeszcze ciepła od mojego ciała.
Wykonana chyba z...
Metalu?
Słowo to pojawia się w moim umyśle z taką intensywnością, jakby nagle
błysnęło światło reflektora, jeszcze bardziej mnie dezorientując. Głowę
rozsadza mi tępy ból. Cicho syknąwszy, łapię się za skronie.
Po chwili zdaję też sobie sprawę z jeszcze jednej dziwnej rzeczy. Jestem
kompletnie nagi. Upewniam się co do tego, dotykając się w różnych
miejscach, w nadziei, że wyczuję na sobie chociaż bokserki czy skarpety.
Nic z tego.
-?J-jesteś? -?znowu słyszę głos z czerni.
Wyszukuję nogami krawędź płaszczyzny, na której leżałem, i próbuję
wstać. Udaje mi się, ale niemal natychmiast tracę równowagę i padam na
czworaki. Mimo to dalej kieruję się w stronę głosu mojego Przyjaciela.
Czuję, że muszę to zrobić. Nawet nie dlatego, że chcę go uspokoić.
Bardziej dla siebie. Chcę do niego dotrzeć i go dotknąć, przekonać się,
że naprawdę tu jest, uzyskać jakiś punkt zaczepienia. Kierunkowskaz,
który pomógłby mi odnaleźć się w labiryncie tej dziwnej sytuacji.
-?J-już id-dę...
Trudno mi ocenić, jak długo posuwam się naprzód. Czy mijają sekundy, czy
minuty. Podłoże pod moimi kolanami i dłońmi jest wykonane z tego samego
materiału co moje leże. Jest równie gładkie i twarde. I równie ciepłe,
jakby coś wcześniej je wygrzało. Jedną rękę mam wyciągniętą przed
siebie, aby orientować się w ewentualnych przeszkodach. Z tego samego
kierunku słyszę zbliżający się do mnie rwany oddech.
Wreszcie natrafiam na krawędź poziomo ulokowanej płaszczyzny,
identycznej jak ta, którą niedawno opuściłem. Wspinam się na nią i ostrożnie sięgam dłonią przed siebie. Czuję coś, chyba ramię
Przyjaciela, które po moim dotyku gwałtownie się odsuwa.
-?Spokojnie! To ja.
Czyli właściwie... kto? Jak mam na imię? A nazwisko? Co się ze mną dzieje?
Jak to możliwe, że ich nie pamiętam?
Nie mam jednak zbyt wiele czasu, by nad tym rozmyślać. Już w następnej
chwili bowiem mój Przyjaciel obejmuje mnie i mocno przytula. Też wydaje
się nagi, przynajmniej od pasa w górę. To na pewno on. Jest dobrze
zbudowany, muskularny, podobnie jak ja, lecz ze znajomą asymetrią w budowie, czyli prawą ręką wyraźnie większą i silniejszą od lewej. Poza
tym jednak nie zachowuje się tak, jak mnie do tego przyzwyczaił.
Zniknęły jego spokój i pewność siebie. Dygocze ze strachu. Przytula mnie
jak dziecko, które chce schronić się w bezpiecznych ramionach rodzica.
-?Widzisz c-cokolwiek? -?pyta.
-?Nie. Tylko ciemność.
-?Oślepili nas?
-?Kto?
-?Oni.
-?Oni? -?pytam, choć coś mi mówi, że wiem, o kim mówi. Wiem i jednocześnie nie wiem, jak gdyby ta informacja pokazała się na moment na
powierzchni mojej świadomości niczym płetwa polującego rekina, która
zaraz znikła. Podobnie jak dziwna pewność, że odpowiedź na jego ostatnie
pytanie brzmi "Nie".
Ostrożnie badam opuszkami palców swoje oczy i brwi, spodziewając się
wszystkiego, także miękkiej brei spływającej po policzkach. Na szczęście
gałki są całe, a za jedyną wilgoć, jaką wyczuwam na skórze, odpowiadają
pot i łzy. A przynajmniej mam nadzieję, że klasycznej wyliczanki nie
dopełnia krew.
-?Nie -?mówię. -?Przynajmniej nie mnie. A ciebie?
Odrywa ode mnie ręce, chyba po to, żeby również się zbadać. Zajmuje mu
to trochę więcej czasu.
-?Chyba też nie, ale... Co tu się dzieje? Gdzie my jesteśmy?
I znowu to przeczucie, to głębokie przekonanie, że znam odpowiedzi na te
pytania, tylko ich nie pamiętam. Nie potrafię się skupić, a uporządkowanie najprostszych myśli przychodzi mi z ogromnym trudem.
Nadal kręci mi się w głowie.
...ora...
Kolejny przebłysk i kolejne słowo. Czy może kawałek słowa... Ukazuje się
na moment z nieuporządkowanej papki w moim umyśle, choć już nie tak
jasno i wyraziście jak poprzednie. Jakby dosłownie na ułamek sekundy
wyłoniło się z mgły, niepełne, urwane, bez kontekstu, choć bardzo ważne.
Jestem tego pewien.
...ora...
...Metal...
Dwa ważne słowa. Jedno już znam, drugiego -?tylko fragment. Gdyby udało
mi się je sobie przypomnieć, uzyskałbym może chociaż część odpowiedzi na
pytania odnośnie do sytuacji, w jakiej się znajdujemy. Masuję się po
skroniach i zaciskam zęby, jakby miało mi to pomóc zaprząc mózg do
cięższej pracy. Wyczuwam pod palcami wypukłość nabrzmiałych mięśni
żuchwy.
Próba skupienia się jednak znowu zostaje brutalnie przerwana. Mój
Przyjaciel zaczyna głośno zawodzić i z tego, co jestem w stanie wyczuć,
też łapie się za głowę. Jego jęk w ogóle nie odbija się echem od ścian
pomieszczenia, które wydaje się szczelnie wytłumione na dźwięki. Albo
pochłania je w całości.
-?Spokojnie! -?Łapię go za nadgarstki, jeden wyraźnie grubszy od
drugiego. Obniżam je siłą. -?Co się dzieje?
-?G-głosy... -?duka. -?Słowa. W mojej głowie. Słyszę je... Nawet gdy staram
się nie myśleć, one same... Nie! Nie chcę! Przestańcie! -?krzyczy.
Znowu próbuje chwycić się za skronie, ale wciąż trzymam jego ręce, więc
mu się to nie udaje. Muszę zająć jego uwagę czymś innym. Spróbować go
uspokoić. To trudne, bo sam znajduję się na skraju załamania. Fakt, że
ten na ogół odważniejszy z nas pęka i to ja muszę przejąć inicjatywę,
nie pomaga.
-?Jak masz na imię? -?rzucam pierwsze pytanie, jakie mi przychodzi do
głowy.
Nieruchomieje.
-?N-nie wiem-m... Nie pamięt-tam.
Ja także nadal nie potrafię sobie przypomnieć swojego imienia. Jego też
nie. Nie chcę jednak jeszcze bardziej przerażać mojego Przyjaciela, więc
o tym nie mówię. A może nie chcę bardziej przerażać samego siebie? Ja
też potrzebuję skupić się na czymkolwiek innym niż nasze położenie i jego dziwne aspekty. Bo cokolwiek się z nami teraz dzieje, taka dziura w pamięci nie może być czymś normalnym.
-?A co pamiętasz? -?pytam.
Milczy, lecz wyczuwam po jego rękach, że lekko rozluźnia mięśnie.
-?N-nie wiem... -?stęka. -?Wszystko mi się miesza. Nie wiem, czy to
wspomnienia, czy sny... czy coś jeszcze g-gorszego. Te głosy... Słowa... One
wciąż... J-ja... nie wiem...
Próbuję myśleć. Chyba mogę założyć, że obaj znajdujemy się w niemal
identycznym stanie, z tą różnicą, że ja jestem odrobinę mniej
przerażony. Odrobinę. Wciąż nie potrafię wykorzystać podstawowych
funkcji mojego umysłu, takich jak szperanie we własnej pamięci czy
artykułowanie myśli na głos. Jakby coś trzymało mój mózg w garści. Albo
na smyczy.
...ora...
...Metal...
Ból głowy przybiera na sile. Wciągam głośno powietrze przez nos,
próbując załagodzić pulsowanie w skroniach. Słyszę, jak moje serce
pompuje krew.
-?Nie... Nie! -?Mój Przyjaciel porusza się gwałtownie. -?Nie wierzę w to!
To nieprawda! Niemożliwe!
-?Co? -?pytam gorączkowo. -?Przypomniałeś coś sobie?
I właśnie wtedy zdaję sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy. Chyba
najbardziej popieprzonej z całej tej konfiguracji: dwóch nagich,
zlęknionych, nieco ponad trzydziestoletnich mężczyzn uwięzionych w pomieszczeniu bez okien wykonanym z materiału przypominającego metal,
pogrążonym w gęstej jak smoła ciemności, w którym -?wedle naszej
dotychczasowej wiedzy -?znajdują się jedynie dwa prowizoryczne łóżka w postaci surowych poziomych płaszczyzn bez pościeli, wystających ze ścian
niczym w jakiejś izbie wytrzeźwień.
Albo w grobowcu.
Mój Przyjaciel nazywa tę rzecz po imieniu. Idealnie opisując moje
podświadome myśli -?coś, co jest we mnie głęboko zapisane. Ideę wyrytą
we mnie niczym dłutem w kamieniu. Stałą. Niezmienną. W którą chyba sam
bym uwierzył, gdyby nie jej absurdalność, biorąc pod uwagę to, co widzę
wokół, jak bardzo się boję i że czysto racjonalnie chcę się stąd
wydostać, a przede wszystkim zrozumieć, co się z nami dzieje.
Ideę na nowo rozbudzającą we mnie jeden z największych lęków,
towarzyszących mi od dwa tysiące czwartego roku, odkąd uciekliśmy z sekty Droga.
-?Te głosy... -?mówi Przyjaciel. -?O-one... one powtarzają, że jestem tu, bo
sam tego chciałem! Że to spełnienie moich marzeń!
Kiedyś
(z materiałów edukacyjnych SOR)
Według Słownika Języka Polskiego PWN komuna to grupa
ludzi żyjących razem na zasadach wspólnoty własności i pracy. Na ogół panuje w niej system
społeczny podobny do socjalizmu,
przez co osoby, które chciałyby ją opuścić, nie dysponują właściwie
żadnym prywatnym majątkiem. Taki porządek to również jedna z wielu
technik wywierania wpływu w sektach, nastawionych na utrudnienie i zniechęcenie do opuszczenia ich.
Maj 2019, Miasto, W Którym Mieszkam
Straż Ochrony Rodziny. W skrócie SOR. Zapewne nieprzypadkowo
kojarzącym się przede wszystkim z ratunkiem. W zasadzie tym się
zajmujemy.
Kiedy podczas naszej ostatniej Akcji Potwór trzymał mojego Przyjaciela
na muszce, ten nie skłamał. Facet faktycznie nas rozgryzł. SOR bowiem to
prywatna fundacja pomagająca ofiarom sekt i rodzinom, które utraciły
bliskich na rzecz grup psychomanipulacyjnych. Posiada własny ośrodek, w którym pokrzywdzeni mogą znaleźć bezpieczną przystań i powoli, w spokoju, wrócić do funkcjonowania w społeczeństwie. Budynek jest spory,
przypomina trochę hostel. Żadne luksusy, ale najważniejsze, że jest
ciepło, czysto i z dachem nad głową. Znajdują się w nim pokoje
mieszkalne, wspólne łazienki, stołówka, kuchnia, świetlica, biblioteka z chyba największym w Polsce zbiorem publikacji na temat sekt i alternatywnych ruchów religijnych, pokoje rozmów terapeutycznych, biura
fundacji, sala konferencyjna, która w razie potrzeby pełni również
funkcję wykładowej, a na zewnątrz okazały park, w którym można się
zrelaksować i wyciszyć. To ważne, gdy człowiek musi dojść do siebie po
traumatycznych przeżyciach. Cała posesja jest oczywiście ogrodzona i dobrze chroniona. Trudny do pokonania płot, brama, której bez przerwy
ktoś pilnuje, kamery, alarm, solidne antywłamaniowe drzwi, w oknach na
parterze szyby pancerne i zamontowane w newralgicznych punktach czujki
ruchu, które aktywują światło. No i oczywiście nas dwóch, ja i mój
Przyjaciel, jako ochroniarze. Bezpieczeństwo podopiecznych stanowi dla
nas absolutny priorytet, ważny element ich terapii. Jednocześnie jednak
dajemy im w tym względzie pełną wolność. Przebywają u nas tylko wtedy,
jeżeli tego chcą.
Fundacja działa wielotorowo. Tym, którym udaje się psychicznie i fizycznie wyrwać ze szponów sekty, zapewnia bezpłatną opiekę
psychologiczną, rodzinom natomiast -?poradnię i doradztwo prawnicze, też
darmowe, wraz z telefonem oraz mailem zaufania, pod które można dzwonić
lub pisać o każdej porze dnia i nocy. Oprócz tego organizuje
konferencje, seminaria, odczyty, prelekcje i debaty, w trakcie których
upowszechnia wiedzę, jak niebezpiecznym zjawiskiem są grupy
psychomanipulacyjne, niestety obecnie rosnące w siłę -?w społeczeństwie
narastającego buntu wobec systemu oraz rozczarowania instytucją Kościoła
pojawia się ich coraz więcej. SOR opracowuje specjalne szkolenia oraz
programy edukacyjne dla młodzieży. W miarę możliwości zapobiega, aby
później nie leczyć. Publikuje książki, broszury, ulotki, a także
ukazujące się corocznie czasopismo na ten temat, z artykułami i pracami
naukowymi autorstwa renomowanych specjalistów. Współpracuje z wieloma
podobnymi organizacjami ze Stanów Zjednoczonych i Europy, z policją,
mediami, Kościołem katolickim, kuratorium oświaty, MEN, władzami
samorządowymi, Komisją Polityki Społecznej i Rodziny w sejmie,
konsultując z nią zmiany prawa karnego, przede wszystkim zaś z naukowcami wydziału teologii lokalnego uniwersytetu, którzy badają
fenomen sekt od każdej strony -?psychologicznej, socjologicznej,
pedagogicznej, filozoficznej, religioznawczej, etnologicznej i wielu
innych. Wraz z nimi SOR gromadzi informacje dotyczące zarówno ogólnych
mechanizmów, jak i konkretnych grup. Dzięki temu fundacja posiada
pokaźną bazę danych odnoszących się do wspólnot kultowych
funkcjonujących na terenie Polski -?ich historii, doktryn, wierzeń,
praktyk, liczebności, wewnętrznej struktury, hierarchii, a także wpływu,
szczególnie manipulacyjnego, jaki wywierają na swoich członków oraz
resztę społeczeństwa, na przykład na instytucje publiczne i gospodarcze.
Ja i mój Przyjaciel pracujemy w fundacji, podobnie jak kilka innych
osób, którym pomogła. Właściwie "pracujemy" to złe słowo, bo trudno
nazwać tak zajęcie traktowane przez nas misyjnie. Gdy piętnaście lat
temu uciekliśmy z sekty Droga, w której się wychowaliśmy, nie znaliśmy
realiów, w jakich funkcjonuje większość społeczeństwa. Dorastaliśmy w zupełnie innym systemie. Wiedza o tym, jak wygląda od środka działanie
grup tego typu, plus własne doświadczenia były w tamtym momencie naszymi
jedynymi atutami. Związaliśmy się z fundacją, która stała się dla nas
nową rodziną. A jej założyciel, jak go nazywamy: Szef -?pan Jan
Ożarowski, przedsiębiorca, który osobiście podjął decyzję, aby się nami
zaopiekować -?naszym nowym ojcem.
Co należy do naszych obowiązków? Trudno to precyzyjnie określić. Na co
dzień, gdy jest spokojnie, urzędujemy w ośrodku SOR. Pełnimy w nim
głównie funkcję ochroniarzy, ale czasem pomagamy w sprzątaniu, zajmujemy
się parkiem i ogrodem, wykonujemy drobne naprawy, porządkujemy papiery i opiekujemy się ludźmi, którzy tutaj trafiają, pomagając im się
zaadaptować. Generalnie jesteśmy facetami od wszystkiego. Gdy jednak
wymaga tego sytuacja, gdy zawodzą państwo, policja i wymiar
sprawiedliwości, gdy zrozpaczone rodziny lub zastraszeni adepci nie mają
do kogo się zwrócić i gdy trzeba działać na granicy prawa, wkraczamy do
Akcji. Jesteśmy ostatnią deską ratunku. My. Nas dwóch.
Najprawdopodobniej jedyni tacy "pracownicy" w Polsce. Uwalniamy ludzi z sekt, dbając o to, by przy okazji nikt za mocno nie ucierpiał. Umiemy to
robić. Uzbieraliśmy już kilkanaście lat doświadczenia, z których
pierwsze wynikły trochę z przypadku -?w gruncie rzeczy to los
zadecydował o tym, że znaleźliśmy swoje powołanie.
Najpierw, aby pozbyć się lęku, który towarzyszył nam, choć Droga
przestała istnieć, za namową terapeuty poszliśmy na sfinansowany przez
fundację kurs samoobrony. Na tyle dobrze na nas wpłynął, że nie
chcieliśmy go przerywać i po jego zakończeniu rozpoczęliśmy regularne
treningi sztuk walki. Zdały egzamin. Skutecznie osłabiały lęk, co
napędzało nas do coraz cięższej pracy. Choć uczęszczaliśmy i nadal
uczęszczamy na te same zajęcia, wyspecjalizowaliśmy się w różnych
odmianach. Ja najlepiej czuję się w filipińskiej escrimie -?walce przy
użyciu krótkich kijów, z którymi właściwie się nie rozstaję, mój
Przyjaciel natomiast -?w boksie, kickboxingu i MMA, w których
szczególnie przydaje mu się jego nienaturalnie duża prawa ręka.
Na naszą pierwszą interwencję pojechaliśmy już w dwa tysiące piątym
roku. Oczywiście nie sami, a do pomocy bardziej doświadczonym
pracownikom SOR. Potem była druga interwencja. Trzecia. Czwarta.
Kolejne. I tak, ziarnko do ziarnka, zebrało się tego tyle, że już dawno
przestałem liczyć, w ilu Misjach uczestniczyliśmy. Uwalnialiśmy ludzi,
czasem zastraszonych, a czasem zwyczajnie porwanych, gromadziliśmy
informacje do baz danych fundacji, niekiedy infiltrowaliśmy najbardziej
niebezpieczne grupy i rozbijaliśmy je od środka, na przykład poprzez
szukanie osób, które chciałyby z nich uciec, a także uzyskiwanie dowodów
na to, że łamane są prawa człowieka i dochodzi do przestępstw. Nie każda
interwencja oznaczała walkę. Za to za każdym razem musieliśmy układać
plan, korzystać z naszej wiedzy na temat zwyczajów panujących w sektach,
które często się powtarzają i można je zapisać wzorami. Teraz już
jeździmy na Misje sami -?gdy zachodzi taka potrzeba, nikt w SOR nie
zastanawia się, kogo delegować do podobnych zadań. Na co dzień mieszkamy
w ośrodku fundacji, jesteśmy zawsze pod ręką, zwarci i gotowi. I bardzo
skuteczni.
Misje to nasze wyjazdy w teren. Wiążą się z Akcjami, jak nazywamy
właściwe, najważniejsze działania już na miejscu, z konkretnym finałem.
Przez lata ułożyliśmy cały słownik takich pojęć, to niemalże kod, szyfr,
którym się posługujemy. Sekta to Rodzina, członkowie często sami tak
określają wspólnotę. Jej siedziba, na ogół odizolowana, z dala od miast
i większych wsi, to Gniazdo. Zepsuty Zewnętrzny Świat to z perspektywy
kultystów wszystko, co znajduje się poza nią. Szeregowi adepci to
Owieczki. Strażnicy i Wojownicy to ci z nich, którzy umieją walczyć, jej
silnoręcy, żołnierze, a więc potencjalnie największe zagrożenie.
Kapitanowie to osoby postawione trochę wyżej w hierarchii niż Owieczki,
prawe i lewe ręce przywódców. Werbownicy to ludzie od pierwszego
kontaktu; ci, którzy go inicjują i wciągają ofiarę w skomplikowaną sieć
manipulacji. Kapłani to ci od uroczystości, rytuałów i nauk. Guru zaś -
ten, który stoi na czele, kontroluje umysły, pierze mózgi i tworzy całe
rozbudowane, a co gorsza -?skuteczne systemy indoktrynacji, najczęściej
zaburzony psychicznie narcyz, uważający się za nadczłowieka, za łącznika
między ludźmi a Bogiem -?to Potwór. Przywódca. Mózg. Ten, który pociąga
za sznurki. Nasz główny przeciwnik.
Czy w takim razie można powiedzieć, że zawodowo zajmujemy się
polowaniami na potwory? Może nie tak jak wiedźmin Geralt, półwampir
Blade czy Van Helsing, ale chyba tak. Jesteśmy łowcami tych najgorszych,
w ludzkiej skórze -?rozumnych, przebiegłych, psychopatycznych. Co prawda
ich nie zabijamy, ale mocno utrudniamy im życie.
* * *
Czy fundacja, która utrzymuje się również z wpłat prywatnych darczyńców
i dotacji ze środków publicznych, obawia się, że naszymi Misjami możemy
narobić jej problemów? Oczywiście. Dlatego działamy nieoficjalnie.
Konspiracyjnie. W tajemnicy. To, co robimy, nie jest nigdzie
dokumentowane. Pracujemy trochę jak wyspecjalizowani w tylko jednym
rodzaju spraw prywatni detektywi albo tajne służby, oczywiście z zachowaniem proporcji i budżetu. Rzadko pojawiamy się publicznie, a gdy
przebywamy w ośrodku, staramy się nie wychylać, wtapiamy się w tło. Nie
można nas spotkać na seminariach organizowanych przez SOR, nie
wygłaszamy mów, jak choćby Steven Hassan -?amerykański psycholog i ekspert od sekt, który swego czasu sam się z jednej uwolnił. Nie
dzielimy się szczegółami własnej historii, choć moglibyśmy, bo byliśmy
uczestnikami -?co prawda pobocznymi, ale jednak -?największej tragedii
związanej z działalnością grup kultowych w najnowszej historii Polski.
Stanowimy przykład, że po ucieczce z takowej też może istnieć życie, a z osobowości sektowej, którą wtłaczano nam do głów od najmłodszych lat,
można się wyleczyć.
Przede wszystkim jednak -?i to ucina wszelkie dyskusje, jeśli chodzi o nasze działania -?mamy osobiste błogosławieństwo Szefa, głównego
fundatora.
Jak zawsze po Misji pan Jan Ożarowski zaprasza nas na rozmowę w sześć
oczu, abyśmy opowiedzieli mu o szczegółach. Interesuje się Akcją,
troszczy się o nas, chce mieć pewność, że nic nam się nie stało, zadaje
mnóstwo pytań. A gdy kończymy zdawać raport, kiwa z uznaniem głową.
-?Świetna robota, chłopaki! Brawo! -?Staje pomiędzy nami i klepie nas
obu po ramionach. Nie jak przełożony czy dowódca, ale jak kumpel.
I choć nawet jego pochwały nie są w stanie sprawić, by na mojej twarzy
pojawił się uśmiech, zawsze działają na mnie ożywiająco. Mógłbym skoczyć
za tym facetem w ogień. To człowiek niezwykle rodzinny. Religijny.
Majętny i hojny. Wprost bije z niego pozytywna energia, którą zaraża
ludzi i motywuje do działania. Wydaje własne, ciężko zarobione pieniądze
na stworzoną przez siebie organizację pożytku publicznego, aby pomagać
innym. Finansuje ją od ponad dwudziestu lat. Choćby za to należy mu się
wielki szacunek.
Kiedy opowiadamy mu o naszych interwencjach, na ogół nas chwali. W ogóle
nie krytykuje naszych metod, wręcz odnoszę wrażenie, że z pełną
świadomością pozwala nam działać na granicy prawa, co czasem wiąże się z wchodzeniem do Gniazd -?jak to się ładnie mówi -?z kopa. Tak jak
ostatnio, pod Tomaszowem Lubelskim. Cel uświęca środki. Pomagamy
ludziom, którzy nas o to proszą. Nikogo do niczego nie zmuszamy, nie
porywamy tych, którzy nie chcą opuścić grupy, nie stosujemy
kontrowersyjnego deprogrammingu, który polega na siłowym "leczeniu"
adepta z jego sektowej osobowości. Gdy wymaga tego sytuacja, rozmawiamy,
używamy specjalistycznych technik perswazji, by dotrzeć do takich osób w psychologiczny sposób. To zdrowe podejście. Bywa jednak, że musimy
walczyć z tym rakiem jego własnymi metodami. Czasem przemocą, czasem
oszustwem, czasem nawet manipulacją. Oczywiście w miarę możliwości z jak
najmniejszymi stratami po obu stronach. Takie są wytyczne pana Jana, a jego słowo jest dla nas święte. Lubi powtarzać, że najważniejszy i tak
będzie odbiór społeczny tego, co robimy, nie słabość państwa i prawo
niedostosowane do realiów, wykorzystywane przez socjopatów. Nawet jeżeli
uwalniając kogoś, przy okazji lekko je nagniemy, i tak poprze nas
dziewięćdziesiąt pięć procent ludzi, którzy się o tym dowiedzą.
Wystarczy. Gdy jednak zdarza się, że mamy przez to kłopoty z wymiarem
sprawiedliwości, Szef zapewnia nam wszelką pomoc. Czasem jego prawników,
a czasem własną. Na ogół wystarczy jeden telefon. Jako prężny biznesmen
i filantrop ma wiele przydatnych kontaktów.
Traktuje nas jak przybranych synów. My więc kochamy go jak ojca.
Gdy jesteśmy w jego gabinecie, moje spojrzenie nierzadko natrafia na
komodę, na której stoi fotografia pewnej dziewczynki. Dominiki, jego
córki. Jej tragiczna historia jest powszechnie znana. To z jej powodu
pan Jan zaangażował się w naprawianie świata. Przez sektę dawno temu ją
utracił. Nie dożyła nawet dwucyfrowego wieku. Sataniści porwali ją, gdy
wracała samotnie ze szkoły. A potem zabili. Konkretnie złożyli w ofierze
diabłu na prowizorycznym ołtarzu w lesie. Nie była to żadna poważna ani
długo działająca grupa, tylko jacyś gówniarze, którzy za często ubierali
się na czarno, słuchali za dużo death metalu i uwierzyli w brednie, że
Szatan jest bóstwem, któremu należy oddawać cześć, najlepiej przelewając
cudzą krew. Wystarczyło, by doprowadzić do tragedii. Pan Jan przeżywa ją
do dziś. W trakcie naszych rozmów także jego wzrok od czasu do czasu
wędruje w kierunku rzeczonego zdjęcia. Ilekroć to następuje, Szef lekko
smutnieje.
Nawet z traumatycznych wydarzeń może narodzić się coś dobrego. Jego
córka zginęła, a on postanowił, że od tamtej pory już nikt, żaden
rodzic, nigdy podobnie nie będzie cierpiał. Założył SOR. Dzieło swojego
życia. Jak widać chociażby po naszej ostatniej Misji -?potrzebne. Gdy
Patryk, Agnieszka i Ela pod opieką współpracujących z nami psychologów
doszli do siebie, sami zdecydowali zgłosić się na policję i zeznawać
przeciwko swojemu dawnemu guru. Wspieraliśmy ich w tym na każdym kroku,
dostarczyliśmy również dowody -?broń, którą wykradliśmy Strażnikom i którą nieprzypadkowo dotykaliśmy jedynie przez lateksowe rękawiczki -?że
w sekcie łamano prawo i że niewiele różniła się od zorganizowanej grupy
przestępczej. Potwór i Strażnicy zostali zatrzymani, a ich organizacja -
rozbita. Nikt nie pozostał mu wierny, wszyscy jego wyznawcy wrócili do
swoich rodzin, niektórzy też zgłosili się do SOR. Kolejny sukces.
Kolejne zwycięstwo. Znowu dołożyliśmy cegiełkę, by uczynić ten kraj
lepszym, mniej groźnym miejscem.
-?Idziecie z nami na kolację? -?pyta na koniec pan Jan.
To w fundacji tradycja. Uroczyste, ufundowane przez niego wyjście
integracyjne do drogiej restauracji raz na kilka miesięcy dla wszystkich
pracowników SOR.
Zerkam na mojego Przyjaciela, on z kolei patrzy na mnie. Rozumiemy się
bez słów.
-?Dziękuję, ale nie -?odpowiada. -?Ostatnie dni były dosyć wyczerpujące.
Potrzebuję teraz zamknąć się w swojej samotni i trochę odpocząć.
Naostrzyć piłę.
-?Ja też -?stwierdzam.
Pan Jan kiwa ze zrozumieniem głową. Nasza nieobecność na tego typu
wydarzeniach w pewnym sensie stała się regułą. Niechętnie wychodzimy
poza teren ośrodka, jeżeli nie jest to absolutnie konieczne.
-?Jasne. Odpoczywajcie. Zasłużyliście.
Opuszczamy gabinet Szefa z poczuciem dobrze wykonanej roboty i wracamy
do swoich pokoi. Resztę dnia spędzimy, grając w gry komputerowe. Trzeba
się odmóżdżyć, zrelaksować. Następnego dnia czeka nas powrót do
normalnej pracy na miejscu. Rutyna. Klasyczny finał każdej Misji.
Wszystko na pozór układa się idealnie. Czy po tym, co przeżyliśmy
piętnaście lat temu, mogliśmy trafić lepiej? Przygarnęła nas prężna
organizacja pożytku publicznego, w której się realizujemy. Wspiera ją
zaangażowany, bogaty fundator. Zapewniła nam pracę i dach nad głową.
Ośrodek to nasze miejsce na Ziemi i bezpieczna przystań. Odnaleźliśmy
też swoje przeznaczenie i sens życia. Pomaganie ludziom. Satysfakcja
jest ogromna.
Czy w tej sytuacji coś może pójść nie tak? Czy cokolwiek może to zepsuć?
Owszem.
Co gorsza -?cios może nadejść z najmniej spodziewanej strony.
Teraz
(z materiałów edukacyjnych SOR)
Ani psychologia, ani socjologia, ani polskie prawo nie definiują
precyzyjnie, czym jest sekta, czym
różni się od kultu albo alternatywnego ruchu religijnego, szczególnie że
istnieją takie grupy, które nie są związkami wyznaniowymi, na przykład
skupiające się na rozwoju duchowym lub ideologii politycznej. Definicją
chyba najbliższą prawdzie jest: wąski,
zamknięty krąg osób, bliskich sobie umiłowaniem jakiejś idei, zbioru
wartości, nurtu, tendencji w sztuce,
wierze lub filozofii, bądź uwielbieniem jakiejś postaci, a
przy tym działający destrukcyjnie na swoich
członków poprzez ukrywanie prawdziwych celów wspólnoty, różniących się
od deklarowanych, oraz stosowanie różnorakich narzędzi uzależniania
emocjonalnego, manipulacji, prania mózgu i kontroli
umysłu. Sekta cechuje się również totalnością
-?autorytarnym sposobem rządzenia na własnych zasadach, przypominającym
państwo w państwie, wyraźną hierarchią
i kontrolą większości sfer życia swoich
członków.
Samo słowo "sekta" jest starsze niż chrześcijaństwo. Pochodzi z łaciny
("sequor" -?podążać za kimś albo "secare" -?odcinać, oddzielać) i w dawnym judaizmie oznaczało grupy religijne o doktrynie przeciwstawnej
tradycji.
(definicja na podstawie: Ireneusz Kamiński, Sekty i nowe ruchy
religijne w 365 pytaniach i odpowiedziach, Oficyna Wydawnicza
"Vocatio", Warszawa 2013)
Lokalizacja nieznana
-?Nie! -?Przyjaciel wyrywa ręce z mojego uścisku i zaczyna wrzeszczeć,
drapiąc się, jak mi się wydaje, po głowie, może po skroniach, a może po
uszach. Nie widzę go w ciemności, ale sądząc po szurających odgłosach,
jakie słyszę, jeszcze chwila i dokopie się przez własne mięso do krwi. -
To nieprawda! Nie! Przestańcie! PRZESTAŃCIE!!! NIE CHCĘ TEGO SŁYSZEĆ!
NIE CHCĘ!!!
Jakimś cudem udaje mi się ponownie po omacku złapać go za nadgarstki.
Tym razem muszę włożyć znacznie więcej siły w ich unieruchomienie.
-?Uspokój się! -?Rzucam ostro, choć moje serce bije coraz szybciej.
Lęk nie ustępuje. Im więcej czasu mija, odkąd się przebudziłem, tym
wyraźniej w moim umyśle klaruje się identyczna idea jak u mojego
Przyjaciela: że jestem tutaj, uwięziony w mroku, zupełnie nagi i z mętlikiem w głowie, bo o tym marzyłem. Przyprawia mnie to o solidny
dysonans poznawczy. Kojarzy się z czymś. Z czymś okropnym, co
przeżywałem kilkanaście lat temu. I -?jak mi się wydawało -?z czego się
wyleczyłem. Wtedy też słyszałem głosy. Też miałem natrętne myśli, które
często krążyły wokół postaci Potwora -?jak go nazywaliśmy: Ojca -?oraz
przekonań, jakie wtłaczał nam do głów. I to nie tylko na jawie.
Towarzyszył mi także w snach.
Teraz czuję się podobnie. Coś narzuca mi sposób myślenia. Tak, że niemal
to czuję. Coś z zewnątrz wmawia mi, że właśnie spełniam swoje marzenie,
i towarzyszy temu dokuczliwy ciężar w żołądku połączony z zawrotami
głowy. Nie chcę w to wierzyć, ale nie mogę nic poradzić. Jest we mnie.
Istnieje. Rozlewa się z mózgu na całe moje ciało. Promieniuje z niego.
Nie mogę się tego pozbyć, uczepiło się mnie jak pasożyt. Zaczynam wątpić
w stan swojego umysłu. Staram się zagłuszyć lęk, więc mówię coraz
głośniej:
-?Paniką nic tu nie zdziałamy! Tym bardziej gdy zrobisz sobie krzywdę!
Mój Przyjaciel nie przestaje się ze mną siłować. W końcu stawiam na
radykalne rozwiązanie i uderzam go w policzek. Nie za mocno, ale również
nie za lekko, w sam raz, żeby odczuł, żeby skupiło to jego uwagę, może
wywołało mały wstrząs. Jestem przygotowany na ewentualną odpowiedź, lecz
ta nie nadchodzi. Mój Przyjaciel nieruchomieje i milknie. Mimo to
trzymam go za nadgarstki jeszcze kilkadziesiąt sekund. Wreszcie, gdy
czuję pod palcami, że jego mięśnie wiotczeją, rozluźniam uchwyt, choć
nadal nie puszczam.
-?Już dobrze -?mówię. -?Spokojnie.
Łatwo powiedzieć. Nie tylko ta nieszczęsna idea i lęk, jaki się z nią
wiąże, nie dają mi spokoju. Także wspomnienia, które stopniowo do mnie
wracają. Wiem już, że obaj pracujemy w fundacji o nazwie Straż Ochrony
Rodziny pomagającej ofiarom sekt. Gdy zachodzi taka potrzeba, zajmujemy
się najbardziej niebezpiecznymi przypadkami.
Czy nasze obecne położenie wynika właśnie z tego, że jesteśmy związani z SOR? Czy to efekt kolejnej niebezpiecznej Misji, na jaką nas wysłano?
Akcji, która tym razem wymknęła się spod kontroli? To pierwsza poszlaka.
Skutki, także to, co dzieje się w naszych głowach, mogą na to wskazywać.
Pomimo nieustępującego bólu pod czołem zaprzęgam do pracy pamięć. Czuję,
że to może być ważna informacja w kontekście naszego potencjalnego
ratunku. Niedługo po tym, jak wróciliśmy spod Tomaszowa Lubelskiego i odtrąbiliśmy kolejny sukces, musiało wydarzyć się coś, co zakończyło się
naszym uwięzieniem tutaj. Cała sekwencja zdarzeń, najprawdopodobniej
dość długa. Od czegoś się zaczęła. Muszę to sobie przypomnieć. Nie mam
innego wyboru. Ułożyć to sobie, przeanalizować, a potem na chłodno
próbować szukać wyjścia z sytuacji.
Wyjścia. Dosłownie i w przenośni.
Ponownie rozglądam się w nieprzeniknionym mroku, a pod pośladkami czuję
ciepło metalu, na którym siedzimy. Nie wiem, skąd bierze się to
wrażenie, ale wydaje mi się, że jesteśmy obserwowani. Tylko przez kogo?
Przez "nich", jak wyraził się mój Przyjaciel? Kim są "oni"? Kolejną
sektą, która stanęła na naszej drodze? Najprawdopodobniej -?to
wynikałoby z faktu, że na ogół mierzymy się z takimi organizacjami. To
oznaczałoby, że znaleźliśmy się tutaj, bo wykonywaliśmy jakieś zadanie.
Jakie konkretnie? Ktoś się do nas zgłosił? Zadzwonił? Napisał? Przybył
do ośrodka osobiście?
A może wszystko zaczęło się od jakiegoś niespodziewanego zdarzenia
wewnątrz fundacji? Czegoś, co przewróciło ją do góry nogami? W jakimś
sensie sprawiło, że nie mieliśmy wyboru...?
Moje serce zaczyna bić szybciej. Już wiem! Wiem, co wydarzyło się
siódmego czerwca dwa tysiące dziewiętnastego roku. Jaka wiadomość spadła
na mnie jak grom z jasnego nieba, gdy zgodnie z coroczną tradycją
wybrałem się w okolice Rapy.
Kiedyś
(z materiałów edukacyjnych SOR)
W ludziach poddanych silnej indoktrynacji połączonej z praniem mózgu
stopniowo objawia się druga
osobowość, która najpierw dochodzi do głosu jedynie czasami, a później w pełni wypiera i zastępuje pierwotną. W momentach, w których
nowe "ja" wysuwa się na plan
pierwszy, można dostrzec zachodzące w człowieku zmiany fizyczne, takie
jak inne spojrzenie, wyraz twarzy czy postawa. Łączy się to ze zmianą
usposobienia, okazywanych emocji, języka, jakiego się używa, tonu głosu,
a nawet mowy ciała.
Osobowość tego typu nazywa się sektową lub kultową. Bywa, że objawia się ona wbrew woli
adepta, nawet gdy ten opuści grupę.
7 czerwca 2019, okolice Rapy, województwo warmińsko-mazurskie
Rzeź Pod Rapą.
Kolejne pojęcie w moim słowniku.
Nazywam tak zbiorowe samobójstwo wszystkich członków sekty Droga,
które wydarzyło się siódmego czerwca dwa tysiące czwartego roku, tuż po
naszej Ucieczce. Dwadzieścia cztery ofiary, w tym kobiety i dzieci.
Gdybyśmy zostali, zebrałoby się ich dwadzieścia sześć. Nie mam co do
tego wątpliwości. Zrobilibyśmy to samo co reszta. Zadziałałby instynkt
stadny. Może zasada społecznego dowodu słuszności sformułowana przez
Roberta Cialdiniego, która z tego instynktu wynika. A może coś jeszcze
innego? Nie oparlibyśmy się wpływowi Potwora, który do dziś stanowi dla
mnie zagadkę. Wciąż nie wiem, jak nasz Ojciec -?Zbigniew P. -?sprawił,
że osiemnaścioro dorosłych ludzi za jego namową postanowiło odebrać
sobie życie, uprzednio zabijając piątkę własnych dzieci.
Dziś przypada piętnasta rocznica tego wydarzenia.
Jak co roku przyjeżdżam do gospodarstwa, w którym to nastąpiło,
położonego głęboko w lesie na południowy zachód od Rapy, między
Węgorzewem a Gołdapią. Do naszego dawnego Gniazda, w którym obaj się
wychowaliśmy. Nasi rodzice byli jednymi z założycieli Drogi, porzucili
dotychczasowe życie w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym drugim roku,
gdy ja i mój Przyjaciel byliśmy w wieku przedszkolnym, i wzięli nas ze
sobą. Przybyłem tu sam, motocyklem. Tylko na chwilę. Zamierzam wracać do
Miasta, W Którym Mieszkam, tego samego dnia. Mój Przyjaciel mi nie
towarzyszy. Jak zwykle. Twierdzi, że chce zapomnieć, że nie ma czego
upamiętniać, że to zamknięty rozdział jego życia. Co roku pyta mnie,
dlaczego to robię. Po co mi to. Sam do końca nie wiem. Przecież dawno
temu wykonałem ciężką pracę, żeby uwolnić się od toksycznego wpływu tej
grupy, działającego na mnie, nawet gdy już przestała istnieć. Pracę
przede wszystkim umysłową. Leczyłem się z mojej sektowej osobowości
kilka ładnych lat. Mimo to cały czas coś mnie tutaj przyciąga.
Wspomnienia, rodzaj poczucia obowiązku, poczucia winy, a przede
wszystkim pamięć o Tobie. Traktuję to również jak część mojej terapii,
która trwa do dziś i zapewne nigdy się nie zakończy. Świadczą o tym
migawki z tamtego okresu, które nadal mi towarzyszą i przemykają przez
głowę w najmniej spodziewanych momentach. Wciąż przyprawiają mnie o dyskomfort. Są czymś, czego nie potrafię się pozbyć.
(Orgia na moich dziecięcych oczach. Potwór uprawiający wyuzdany,
zwierzęcy seks z moją matką. Mój biologiczny ojciec, który nic sobie z tego nie robi. Mało tego, wyraża wdzięczność, i to głośno, że jego
partnerka dostąpiła tego zaszczytu. Prawie jakby sam doznawał orgazmu.
Klęczy, pada na twarz. Matce też się to podoba. Na jej obliczu maluje
się ekstaza, jęczy z rozkoszy. Spogląda na mnie czasem, jakby chciała
się pochwalić, powiedzieć: "Patrz i podziwiaj, synku!". Jakby chciała
się upewnić, czy i ja należycie reaguję. Stosownie do uroczystej okazji.
Stoję jak skamieniały z ciężarem w żołądku i krzywię się).
Zostawiam motocykl na skraju polany, po czym powoli, ostrożnie wkraczam
do gospodarstwa ze zniczem i kwiatkiem w rękach. Niemalże się skradam,
jakbym podświadomie się bał, że ktoś dalej tu mieszka. Posesja jest
zaniedbana, gęsto zarośnięta chwastami, krzakami, a nawet drzewami
samosiejkami, budynki na niej zaś są na wpół zrujnowane. Po tym, jak
wszyscy kultyści zginęli, a służby przeprowadziły rutynowe czynności i usunięto stąd ciała, nikt się nią nie zajmował. Nawet kwestia własności
tego majątku nie została do końca uregulowana. Należał do Potwora, który
nie zostawił żadnych spadkobierców, więc posiadłość chyba przejęła
gmina. Tak czy inaczej, od tamtej pory stoi pusta. Owiana ponurą
opowieścią. Emanuje złą energią. Wspomnieniem okrutnych zbrodni i wielu
negatywnych emocji, zapisanych w niej jak w nawiedzonym domu.
Przysięgam, że ilekroć tutaj jestem, czuję, że coś się zmienia. Także we
mnie. Jakby coś do mnie wracało, na nowo się budziło. A lęk, który mimo
upływu piętnastu lat wciąż mnie nie opuszcza, przybiera na sile.
(Kolejna migawka. Stoję w środku kręgu, który tworzą moi Bracia i Siostry. Wychudzeni i wyniszczeni ludzie o niezdrowym, bladożółtym
kolorze skóry. Są nadzy. Nie odrywają ode mnie półprzytomnych spojrzeń.
Naprzeciwko mnie stoi Potwór. Jak zawsze ma na sobie długą, luźną,
czarną szatę oraz ciemne okulary pilotki z drucianą oprawką. Nie
rozstaje się z nimi, nosi je, nawet gdy jest pochmurno, nawet
wieczorami, nawet gdy przebywa w domu. Upodabniają go do wielkiego,
drapieżnego owada. Nie widzę jego oczu. Jego czarne włosy są gładko
zaczesane do tyłu. Przemawia do mnie. Uroczystym tonem nakazuje mi
publicznie wyznać swoje grzechy. Robię to. Szczerze, nie zatajam
absolutnie niczego, nawet jeżeli zdarzyło mi się tylko o czymś pomyśleć.
Mam głęboko zakodowane w głowie, że tak trzeba, że spowiedź, szczególnie
publiczna, to oczyszczenie duszy. Wierzę, że tak faktycznie jest. Potwór
wmawiał mi to od dziecka. Ogarnia mnie poczucie winy, jestem jedynie
słabym, grzesznym człowiekiem. Niegodnym obcowania z nowym mesjaszem. A gdy kończę, spotyka mnie kara. Pokuta. Potwór bije mnie do
nieprzytomności. Nikt z pozostałych, w tym moi rodzice, nie reaguje.
Nikt nie protestuje, nikt mi nie pomaga. Wszyscy stoją nieruchomo z pustymi twarzami i na mnie patrzą. Przypominają kukły, manekiny. W ich
oczach nie tli się choćby iskierka życia).
Niedawno, z pomocą mojej terapeutki, uświadomiłem sobie, że tak naprawdę
podświadomie boję się tylko jednej rzeczy. Że Potwór kiedyś powróci. I że tym razem mu się nie oprę. Nie będę potrafił. Ulegnę. Na nowo mnie
przejmie, a moja sektowa osobowość się odrodzi. Jest to podobne do stanu
uzależnienia emocjonalnego, w jakim znajduje się człowiek próbujący
wyrwać się z toksycznego związku z wampirem energetycznym. Gdy jakimś
cudem mu się udaje, po pewnym czasie doskonale wie, że ta relacja mu nie
służyła, lecz wcale nie jest pewien, czy zupełnie się z niej wyzwolił.
Nie jest pewien, czy gdyby pojawiła się perspektywa powrotu do niej, nie
skorzystałby z okazji, nie do końca panując nad swoim wyborem. Czy nie
uwierzyłby naiwnie w zapewnienia drugiej strony, że się zmieniła i że od
tej pory będzie cudownie. Bo tak naprawdę nadal nie może przestać o niej
myśleć. Wciąż wspomina, wciąż przeżywa, wciąż czuje.
(Wciąż widzi jej twarz. Wciąż o niej śni. I słyszy głosy).
Zupełnie jak ja. Gdzieś w środku. Gdzieś głęboko, pod skórą, która przez
ostatnie piętnaście lat pomimo pracy w SOR i uczęszczania na treningi
sztuk walki nigdy nie stała się gruba. Przy tendencji do nadmiernego,
natrętnego myślenia, która po pobycie w Drodze została mi do dziś i której nigdy się nie pozbędę, chyba nie mogło być inaczej.
Dużo myślę. Naprawdę dużo. Wspominam, rozważam, układam sobie różne
rzeczy w głowie, a w trakcie naszych Misji planuję i analizuję. I to
nigdy się nie kończy. A czasem jest nieznośne.
(Ceremonia, w której trakcie Potwór kładzie na ołtarzu niemowlę. Nie
zostało porwane, nikt go nie szuka. Nikt z Zepsutego Zewnętrznego Świata
nie wie o jego istnieniu. Urodziło się w naszej Rodzinie, a poród
odebrała jedna z naszych Sióstr. Jego biologiczni rodzice ofiarowali je
Potworowi w darze. Jak przedmiot, rzecz, jak zabawkę. I byli z tego
dumni. Potwór na naszych oczach zabija dziecko nożem, a potem
rozsmarowuje sobie na twarzy jego krew. Na koniec zaś zbiera ją do
naczynia i każe nam wszystkim ją wypić. Wykonujemy polecenie bez żadnego
zawahania. Chodzimy jak zdalnie sterowani).
Znowu wyczuwam przy sobie jakąś obecność. Potrafię nawet wskazać, gdzie
w tym momencie się znajduje. Między drzewami w sadzie przy domu. Choć
jest niewidzialna, jakoś wyczuwam, że kryjąca się w niej postać ma na
sobie tę samą czarną szatę, ciemne okulary, a jej włosy są gładko
zaczesane do tyłu. Uśmiecha się i stoi nieruchomo, karmiąc się moimi
negatywnymi przeżyciami, ilekroć tutaj wracam. Jakby zdawała sobie
sprawę, że zachowuję się niczym narkoman, który potrzebuje kolejnej
działki. Albo myślała, że może wywierać na mnie wpływ nawet po śmierci.
W końcu nie wytrzymuję i patrzę w tamtą stronę, ale oczywiście nikogo
ani niczego nie widzę. To chyba kolejny nawyk mojego mózgu, którego nie
zmienię. Uczucie, że jestem bezustannie kontrolowany. Że ktoś na mnie
patrzy, pilnuje mnie, sprawdza. Zauważyłem, że od Akcji pod Tomaszowem
Lubelskim przybrało ono na sile. Jakbyśmy przywieźli z niej coś ze sobą.
(Potwór regularnie spotykający się ze mną na rozmowę w cztery oczy,
która z pozoru przypomina terapeutyczną. Tak naprawdę jednak służy temu,
by dowiedzieć się, co mnie martwi, co boli, czego się obawiam. A przede
wszystkim: co mi chodzi po głowie. Czy nie zaczynam samodzielnie myśleć,
a co za tym idzie -?stanowić zagrożenia. Jak zawsze w jej trakcie, w ramach dodatkowego odkupienia win, mam mu zrobić dobrze. Nieważne, że
jeszcze nie ukończyłem dziesięciu lat. Jestem skonfundowany, bo dla
kobiet ze wspólnoty seks z nim na ogół stanowi nagrodę. Mnie jednak nim
karze. Nakazuje mi wykonać tę czynność ręką).
Wiem, że to irracjonalne, ale coś we mnie wciąż dopuszcza jego powrót.
Prawdziwy, do świata żywych. Coś we mnie wciąż zakłada, że naprawdę nie
był zwykłym człowiekiem, dokładnie tak, jak nam wszystkim powtarzał.
Mesjaszem też nie. Prędzej najprawdziwszym Antychrystem, zapowiedzianym
w Biblii, połączonym nie z Bogiem, tylko z Szatanem. Co oznaczało, że
mógł zyskać autentyczne nadludzkie zdolności, które tłumaczyły wpływ,
jaki potrafił wywrzeć na innych. To, że umiał nimi sterować. Że
spełniali każde jego polecenie. A na koniec oddali za niego życie.
Rzeź Pod Rapą, podobnie jak masakra w Jonestown, do której porównywały
ją media, przez te piętnaście lat stanowiła przedmiot wielu badań
psychologów, psychiatrów, socjologów, antropologów i kryminologów.
Przeczytałem chyba wszystkie publikacje jej dotyczące -?prace naukowe,
artykuły i książki. Obejrzałem filmy dokumentalne, przesłuchałem
podcasty. I mam wrażenie, że temat w dalszym ciągu nie został
wyczerpany. Że nie znaleziono odpowiedzi na najważniejsze pytania. Jak
to możliwe? Jak udało się Potworowi do tego doprowadzić? Czy to efekt
wyłącznie jego charyzmy i zdolności manipulacji? Czy wykorzystał
mechanizmy psychologiczne i stadne, efekt wzorców myślowych,
odziedziczonych przez nas po ludziach pierwotnych? Konstrukcję ludzkiego
umysłu, która sprawia, że jesteśmy podatni na manipulację, nawet gdy
zdajemy sobie sprawę z jej istnienia, czy tego chcemy, czy nie?
Czy kryło się za tym coś więcej?
Nie wiem. I to chyba kolejny powód, dla którego co roku tu wracam.
Szukam odpowiedzi. A przy okazji upewniam się, że on nie żyje. Że go
tutaj nie ma i nie zmartwychwstał. Że obecność, którą w tym momencie
przy sobie czuję, to efekt mojej traumatycznej przeszłości i wybujałej
wyobraźni. Że nawet jeżeli patrzy na nas, ilekroć z Przyjacielem sypiemy
piasek w trybiki kolejnej sekty, jest jedynie duchem, energią, która
niewiele może na to poradzić. Co znaczy, że był takim samym
śmiertelnikiem jak inni, tylko do perfekcji posiadł umiejętność
wywierania wpływu. Sztukę sprawczości, dzięki której wykorzystywał
innych.
(Nauki i rytuały. Indoktrynacja. Pranie mózgu. Kłamstwa powtarzane tak
długo, że w naszej świadomości stają się prawdą).
(Ciężka, wyczerpująca praca po kilkanaście godzin dziennie. Oczywiście
uczestniczymy w niej wszyscy, aby każdy miał oko na pozostałych).
(Wspólne posiłki. Wspólne kąpiele. Wspólne medytacje i transy. Wspólne
zasypianie i budzenie się w jednym dużym pomieszczeniu).
Kieruję się do domu. Właściwie dworu, bo jak na budynek mieszkalny jest
spory. Od dawna wisi na nim tabliczka z informacją, że grozi zawaleniem,
zakazująca wstępu do środka, lecz nikt nic sobie z tego nie robi. Ani
ja, gdy co roku tutaj wracam, ani miłośnicy urbexu, którzy regularnie go
odwiedzają, ani ludzie poszukujący mocnych wrażeń. Makabryczna opowieść,
w jaką opakowano jakieś miejsce, zawsze zwiększa intensywność doznań,
gdy je odwiedzasz. Zwłaszcza gdy na ścianie po prawej stronie od wejścia
wita cię namalowany sprejem napis "Tu mieszkał Antychryst. Wchodzisz na
własną odpowiedzialność!". Choć znajduje się tutaj od dawna, zawsze
przyciąga moje spojrzenie. Potęguje dyskomfort, sprawia wręcz, że
zaczyna boleć mnie głowa. Wrażenie bycia obserwowanym przybiera na sile.
Tak jak wtedy, gdy tutaj mieszkałem i gdy kontrolowano prawie wszystko,
co robiłem. Jakby duch Potwora wraz z resztą dusz wyznawców, należących
do niego także po śmierci, zostali uwięzieni tutaj na zawsze. I patrzyli
teraz na mnie, wściekli, że jako jeden z dwóch przeżyłem. Wyłamałem się.
Nie tak miało to wyglądać. Nie tak miało się skończyć. Oszukałem
przeznaczenie. Powinienem był pozbyć się ciała i przejść wraz z nimi na
drugą stronę, czymkolwiek jest, skazany na wieczne towarzystwo naszego
Ojca, którego własność w jego przekonaniu stanowiłem.
(Apokaliptyczne przepowiednie Potwora. Zapowiada, że ktoś z nas zdradzi
go tak jak Judasz Chrystusa. Twierdzi, że z Zepsutego Zewnętrznego
Świata zbliża się ku nam śmiertelne zagrożenie, czyste zło pod postacią
tych, którzy w niego nie wierzą. Musimy je przechytrzyć. Dostąpić
wcześniejszego zbawienia oraz życia wiecznego. Osiągniemy to,
ofiarowując swoje ciała nowemu mesjaszowi. Poświęcając je, tak jak Jezus
zrobił to dwa tysiące lat temu na krzyżu. Przekonuje nas, że nie mamy
się czego bać. Że to tylko etap, mgnienie oka w porównaniu z wiecznym
szczęściem, jakie czeka nas u jego boku, gdy opuścimy zbędne ziemskie
powłoki).
Jak co roku obchodzę wszystkie pokoje. I jak co roku wydaje mi się, że
przez korytarze coś bezgłośnie przemyka. Jakieś cienie. Większość z pomieszczeń jest przechodnia, ich układ przypomina labirynt. Dopiero gdy
zamieszkałem w ośrodku SOR, a potem przy różnych okazjach bywałem w innych budynkach, zwróciłem uwagę, jak nienaturalnie zaprojektowano to
miejsce. Później pojąłem, że ów koncept też miał ułatwiać Potworowi
kontrolę nad nami. I nam wszystkim pilnowanie siebie nawzajem.
Przechodnie pokoje zmniejszały prawdopodobieństwo, że ktoś zostanie na
dłużej sam i zyska chwilę na samodzielne myślenie.
(Ucieczka, do której namówił mnie Przyjaciel. W ostatniej chwili).
(Tułaczka po odludnej, wiejskiej okolicy. Głód, pragnienie i lęk).
(Ludzie, którzy się nami interesują. Zagadują nas. Pytają, czy się
zgubiliśmy, czy potrzebujemy pomocy. Boimy się ich. W końcu pochodzą z Zepsutego Zewnętrznego Świata. Tego piekła na Ziemi, dekadenckiego, na
wskroś przesiąkniętego zepsuciem, przed którym ostrzegał nas Potwór).
W końcu docieram do największej izby -?tej, w której w dwa tysiące
czwartym roku znaleziono ciała. Nazywaliśmy ją Świątynią, odbywały się
tu bowiem wszystkie nabożeństwa, nauki i praktyki, na przykład
medytacyjne. To w tym pomieszczeniu najczęściej prano nam mózgi. Wciąż
znajdują się w nim ślady krwi. Nie tylko na podłodze, również na
ścianach, na których widnieją czerwone smugi i krwawe odciski dłoni.
(Opowieść policjantów o tym, co zastali, gdy po rozmowie z nami
wkroczyli do Gniazda. Nie poszliśmy wówczas z nimi i mogę posiłkować się
wyłącznie wyobraźnią).
(Dwadzieścia cztery ciała zgromadzone w jednym pomieszczeniu, skąpane w ogromnej kałuży krwi ich wszystkich. Jednej potężnej mieszance płynów
ustrojowych naszych Braci i Sióstr. Krwi sekty. Jednego organizmu.
Jednej całości. Niektóre ciała leżą, niektóre siedzą, oparte o ściany,
niektóre przytulają się do siebie, jakby w ostatnich chwilach życia
chciały dodać sobie otuchy).
(A wśród nich Ty. Magda. Dziewczyna o dużych oczach i czarnych włosach
opadających na ramiona. W mojej wizualizacji tej sceny w Twojej
bezpośredniej bliskości nie ma innych zwłok. Jesteś jak gdyby
wyeksponowana spośród pozostałych, jakby złośliwy los chciał jeszcze
wyraźniej pokazać, co zrobiłem. Opuszczona. Samotna. Przerażona).
(Zostawiona przeze mnie na śmierć).
Wraz z kolejnym dreszczem, jaki mnie przeszywa, na nowo ogarnia mnie
poczucie winy. A potem złość na mojego Przyjaciela. To bardziej odruch
niż efekt świadomych procesów zachodzących w moim umyśle. Wiem, że nie
powinienem mieć do niego pretensji. To ja podjąłem ostateczną decyzję,
aby Cię zostawić. Stchórzyłem, instynkt przetrwania nakazał mi
zatroszczyć się przede wszystkim o siebie. W kluczowym momencie jednak
to Przyjaciel go rozbudził. To on sprawił, że mocniej odczułem presję
czasu.
(-?Chodź z nami! -?Mój gorączkowy szept.
Chwytam Cię za rękę. Patrzysz mi głęboko w oczy, a ja w Twoich widzę
lęk. Niemalże się z nich wylewa. Moje serce bije jak młotem. Nie tylko
dlatego, że jestem przerażony i raz po raz zerkam na sąsiadujące łóżka,
czy ktoś z pozostałych nas nie słyszy. Zawsze tak się czuję, gdy
znajduję się blisko Ciebie. Lubię to. Być blisko Ciebie. Narasta mi
wtedy pod mostkiem takie przyjemne... uniesienie. Nawet mocniejsze niż
podczas uroczystości z Potworem, podczas których każe nam krzyczeć wraz
z nim i w ten sposób doprowadza nas do ekstazy. Na ogół to on, jego
obecność, jego uwaga wywołują w nas pozytywne emocje. Na ogół. Twoja
bliskość też tak na mnie działa. Nie potrafię tego wytłumaczyć, nie
bardzo rozumiem to uczucie, nie pamiętam nawet, kiedy pojawiło się we
mnie po raz pierwszy. Dawno temu.
-?Co...? -?pytasz. Wciąż jesteś zaspana i ledwo przytomna, zapewne
zastanawiasz się, czy to nie jest sen. -?Gdzie...? Co wy...? Co wy robicie?
-?Uciekamy stąd -?odpowiadam, zerkając na Przyjaciela, który stoi za
mną.
-?Ucie... kacie? -?pytasz, po czym mrugasz intensywnie i nagle w Twoich
oczach pojawia się zrozumienie. Doskonale wiem, z czego się bierze.
Potwór to przepowiedział. Powtarzał, że ktoś zdradzi Rodzinę i sprowadzi
tutaj zło z Zepsutego Zewnętrznego Świata.
-?On nas wszystkich zabije! -?mówię. -?Nie możemy na to pozwolić! Nie
musimy w tym uczestniczyć! Chodź! -?Próbuję złapać Cię za rękę, ale
odsuwasz się ode mnie. I wiem, że teraz to ja jestem źródłem Twojego
lęku. Boli jak cholera, bo to ostatni stan, jaki chcę w Tobie wywoływać.
-?To wy... -?odpowiadasz. Niemal oskarżycielsko. Takim tonem, jakby
wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce. -?To o was
mówił! Chcecie nas... porzucić? Zdradzić?
-?Nie chcemy! -?tłumaczę rozpaczliwie. -?On nie ma żadnych zdolności
jasnowidzenia! Przewidział, że ktoś z nas się wyłamie. To logiczne! Bo
to szaleństwo! Wmawia nam, że czeka nas zagłada, kiedy to wyłącznie on
nas do niej prowadzi!
Patrzysz na mnie tak, jakbym wypowiedział najgorsze bluźnierstwo.
Zadajesz mi swoim spojrzeniem ciosy jak pchnięcia nożem. Mimo to nie
ustępuję:
-?To nie musi tak się skończyć! Ucieknijmy stąd! Razem! Sprowadzimy
pomoc! Nie dopuśćmy, żeby... -?Znowu próbuję złapać Cię za rękę, ale nie
pozwalasz mi na to. Zerkasz na naszych Braci i Siostry leżących w łóżkach. Śpią. Jeszcze. Wystarczy jedno Twoje słowo, aby ich wszystkich
obudzić. Jeden alarmujący krzyk. Możesz zapobiec temu, co chcemy zrobić.
Uchronić Rodzinę przed apokalipsą, jaką od dawna przepowiada Potwór.
Pojmanie zdrajców ją uratuje. Zmieni przeznaczenie, odwróci bieg
historii.
-?Zostaw ją. -?Czuję na ramieniu chwyt mojego Przyjaciela. Sądząc po
sile, złapał mnie swoją większą prawą dłonią. -?Jak nie chce, to niech
zostanie. Musimy iść!
Ignoruję go. Próbuję po raz ostatni.
-?Błagam cię! -?Moje oczy szklą się od łez. -?My naprawdę nie chcemy...
Nie mamy złych zamiarów! Chodź z nami!
Odsuwasz się ode mnie jeszcze dalej. Jakbym był trędowaty albo zarażał
dżumą. Już nic nie mówisz. Znowu zerkasz na pozostałe łóżka.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki