Kult śmierci: Od samurajów do dżihadu - Jarosław Molenda

-
Proszę czekać

Rozdział I

Rytuał Porannej Gwiazdy Paunisów

Złóżmy go w ofierze bogom

William Szekspir

W dorzeczu Missisipi i na wschód od tej wielkiej rzeki mamy do czynienia z tysiącami kopców. Rola i przeznaczenie wszystkich odkrytych dotychczas konstrukcji tego rodzaju do dziś nie zostały w pełni wyjaśnione. Niektóre były kurhanami, które służyły za mogiły. Inne to po prostu kopce ziemne sypane po to, by wznieść na ich szczycie drewnianą świątynię. Jeszcze inne spełniały po prostu funkcję schodkowych piramid ziemnych .

Bezsprzecznie najciekawszą grupę kurhanów stanowią te, które amerykaniści nazywają effigy mounds. Są to struktury ziemne, którym nadano kształty różnych zwierząt. Dzisiaj przyjmuje się, że effigy mounds stworzyły trzy miejscowe kultury, które uczeni określili nazwami Adena, Hopewell - obydwie od nazwisk właścicieli gruntów, gdzie dokonano pierwszych odkryć - i Missisipi, której głównym ośrodkiem była Cahokia (w dzisiejszym stanie Illinois), a potem Moundville w Alabamie .

Nie wiadomo, kto nad rzeką Brush, w stanie Ohio, wzniósł zaokrąglony nasyp długości 381 m, szerokości 6 m i wysokości 1,2 m. Ponieważ przywodzi na myśl cielsko wielkiego węża, który wchodząc na zbocze, zdołał już częściowo rozwinąć siedem zwojów, a trzy, w części ogonowej, wciąż jeszcze pozostają zwinięte w spirale, nasyp otrzymał miano Kopca Wielkiego Węża. Badacze przypuszczają, że konstrukcja może być dziełem ludu kultury Adena, zamieszkującego te obszary w okresie między V wiekiem p.n.e. a II wiekiem n.e.

Na początku przypuszczano, że 60-metrowy Alligator's Mound, odkryty niedaleko miejscowości Licking w stanie Wisconsin, jest - jak już wskazuje jego nazwa - podobizną tego gada. W rzeczywistości jest to przedstawienie pantery, oposa lub szopa usytuowane na niewielkim wzniesieniu. Wielki kurhan w Dakocie Południowej przedstawia żółwia, w pobliżu zaś Grawford w stanie Wisconsin już przeszło sto lat temu odkryto zespół sześciu kurhanów w kształcie olbrzymich ptaków z rozpostartymi skrzydłami. Przeznaczenie tych olbrzymich podobizn ptaków i zwierząt nie zostało do dziś w pełni wyjaśnione. Być może dawni tubylcy przedstawiali w ten sposób swoich totemicznych przodków .

Kopce były charakterystyczną cechą zarówno kultury Adena, jak i późniejszej kultury Hopewell. Rozmach budowli wskazuje, że budowniczowie musieli być dobrze zorganizowani, a ich wieloletnia praca wydajna, jako że to niezwykłe wspólne dzieło wymagało wniesienia - prawdopodobnie w koszykach - tysięcy ton ziemi . Bogate groby dostojników, wyposażone w dary grobowe i kryjące zwłoki ludzi ze świty, otoczone są przez grupy uboższych kopców grobowych .

Właściwy grób składał się z prostokątnej jamy ziemnej, wyłożonej belkami drewnianymi i zabezpieczonej od góry stropem z drewna i kory. Groby takie znajdowały się często na różnych wysokościach wielowarstwowego kopca grzebalnego, co wynikało z kolejnych pochówków. Pierwszy, najstarszy grób często miał charakter domostwa z belek i był podobny do domu mieszkalnego. Po złożeniu tam zwłok konstrukcję tę palono i dopiero usypywano kurhan. Zmarli byli układani w grobach w pozycji wyprostowanej na wznak i niejednokrotnie posypywani czerwoną ochrą. Do jednego grobu wkładano od jednego do trzech zmarłych. Spotyka się także pochówki pojedynczych czaszek - może trofeów wojennych .

Mniej więcej na przełomie VIII i IX stulecia na południowo-wschodnich terenach dzisiejszych Stanów Zjednoczonych zaczęła się krystalizować wielka tradycja kulturowa, nazwana przez archeologów Tradycją Missisipi lub też kulturą Budowniczych Kopców Świątynnych. Początkowo zajmowała teren środkowej i dolnej części doliny Missisipi, ale już wkrótce swoimi wpływami objęła rozległe tereny od Wielkich Jezior na północy po dolny bieg Missisipi na południu oraz od gór Appalachów na wschodzie aż po początek prerii na zachodzie .

Wielkością szczególnie imponują osady w Cahokia i Moundville. Leżąca 13 kilometrów na wschód od St. Louis w stanie Missouri Cahokia ("Dzika Gęś") wzięła swoją nazwę od rodowitych mieszkańców zasiedlających te tereny w XVII wieku. Do historii przeszła jednak jako główny ośrodek kultury Tradycji Missisipi, rozkwitającej tu w okresie od około 1050 do 1250 roku n.e. Sercem całej Cahokii był Kopiec Mnichów, który stanowił rodzaj postumentu dla rozległej drewnianej budowli, która - jak się uważa - spełniała funkcję świątyni, a zarazem siedziby władców. W szczytowym okresie rozwoju Cahokii istniało w mieście ponad sto piramid i kopców ziemnych o płaskim szczycie; dwadzieścia z nich można oglądać jeszcze dzisiaj. Liczba mieszkańców miasta mogła przekraczać 10 tysięcy, a w wioskach na jego obrzeżach mogło mieszkać nawet 40 tysięcy ludzi .

Kopiec Mnicha usypano z ponad 600 000 m 3 ziemi. Indianie budowali go stopniowo, nosząc ziemię w koszach po 18 kilogramów. Najnowsze badania pokazują jednak, że większość kopca wzniesiono w czasie życia jednego pokolenia. Resztę dobudowywano stopniowo w ciągu kolejnych lat. Co ciekawe, prowadzone w roku 2000 badania, między innymi przez zastosowanie metody elektrooporowej wykazały, że wewnątrz Kopca Mnichów znajduje się jakaś platforma kamienna. Jest to niezwykłe odkrycie, ponieważ wszystkie przebadane dotąd kopce Tradycji Missisipi budowano wyłącznie z ziemi .

Przedstawiciele kultury Missisipi, podobnie jak Naczezi, znani byli z wyszukanych ceremonii pogrzebowych, często połączonych ze składaniem ofiar. W czasie wykopalisk w Kopcu 72 o wysokości dwóch metrów i zakończonym ostrym grzbietem, położonym około kilometra na południe od Kopca Mnichów, odkryto trzy mniejsze kopce i doły grzebalne, gdzie złożono ciała prawie 300 osób .

Główny grób należał do mężczyzny w średnim wieku, zapewne wodza, który zmarł około 1050 roku w wieku czterdziestu kilku lat. Złożono go na podłożu usypanym z 20 tysięcy muszli morskich, ułożonych w kształt sokoła. Głowa monarchy spoczywała na głowie ptaka, ramiona na skrzydłach, a nogi na szponach, stąd często określa się go mianem Człowieka Ptaka. Motyw ten powszechnie występuje w sztuce Indian znad Missisipi .

Na ostatnią drogę zmarły otrzymał berło i obrobione kamienie, zapewne do gry, oraz 800 strzał z misternie wykonanymi grotami, które prawdopodobnie nigdy nie były używane. Ale człowiek ptak nie odszedł sam w zaświaty. W kopcu znaleziono także szkielety czterech mężczyzn, ich głowy i dłonie były odcięte, a ramiona splecione - zapewne w akcie rytualnym . Niektórzy przypuszczają, że zwłoki ściętych mężczyzn ułożono tak, aby wskazywały cztery strony świata. W sąsiedztwie spoczywały zwłoki aż 53 dziewcząt i kobiet w wieku od 15 do 25 lat, które - jak się wydaje - zostały uduszone .

Niektóre ciała umieszczono na czymś, co przypominało nosze lub małe platformy z czerwonego cedru. Towarzyszyły im również liczne dary grobowe. Natomiast część szkieletów z odciętymi kończynami lub bez wyposażenia sugeruje składanie ofiar z ludzi dla zmarłego władcy czy dostojnika, co zresztą potwierdzają opisy podróżników i misjonarzy, którzy podali, że w momencie śmierci Wielkiego Słońca ci, którzy byli przeznaczeni, aby towarzyszyć mu w drodze w zaświaty wypijali specjalny wywar z tytoniu, a następnie byli duszeni .

Ogółem w kopcu i jego pobliżu znaleziono 280 szkieletów. Zdaniem niektórych, byli to krewni nieszczęsnych kobiet, którzy sprzeciwiali się złożeniu krwawej ofiary i sami zostali straceni. Tych 50 mężczyzn wrzucono w pośpiechu do jednego głębokiego dołu. Niektórym ścięto głowę, w plecach innych tkwiły groty strzał. Czyżby zdesperowani rodzice i bracia dziewcząt przeznaczonych na ofiarę wzniecili bunt przeciw rządom królów-kapłanów, lecz zostali pokonani i zabici? - zastanawia się Krzysztof Kęciek w artykule Piramidy nad Missisipi.

Za swoiste zaakcentowanie, starego jak świat, rytmu śmierci i ponownych narodzin uważano polowanie na głowy. Rytuał ten nie zawsze służył jedynie zdobywaniu trofeów i zaspokajaniu osobistej pychy. Aczkolwiek nie znaleziono dowodów na to, że prowadzono polowania na głowy, na dziełach sztuki wykonanych z miedzi oraz na płytkach z miki przedstawiono sceny składania ofiar z ludzi. Na jednej z nich kapłan rozbija czaszkę ofiary maczugą w kształcie kolby kukurydzy - wydaje się, że ludzka krew była traktowana jak życiodajny deszcz mający zapewnić dobre zbiory .

Nieznająca pisma kultura Tradycji Missisipi nie mogła pozostawić po sobie przekazów pisanych, ale w stanie Missisipi oraz w sąsiedniej Georgii, Alabamie, części Luizjany i Tennessee żył w momencie pojawienia się tu białych liczny lud kultury kopców świątynnych, mówiący językami należącymi do rodziny muskogiańskiej. W skład tego ludu wchodziły między innymi plemiona Chicksaw, Chotcaw, Creek, Seminole oraz Naczez (łącznie około 50 tysięcy głów) .

Ci ostatni, których liczbę szacuje się na ponad 4500, stali się nieocenionym źródłem informacji. Zajmowali oni dziewięć miast w stanie Missisipi ze stolicą zwaną Wielkim Miastem koło dzisiejszej miejscowości Naczez. Europejczycy byli zaskoczeni poziomem wysokiego rozwoju społecznego, instytucjonalnego i ceremonialnego Indian, reprezentujących kulturę grobów świątynnych. Życie dworskie Naczezów porównywano z ceremoniałem i dostojeństwem panującym w ówczesnym Wersalu.

Jezuita Martin Le Petit, który odwiedził lud Naczez na przełomie XVII i XVIII wieku, wspominał, że społeczeństwo ich dzieliło się na cztery warstwy. Na szczycie tej drabiny społecznej znajdował się wódz, zwany Wielkim Słońcem, który sprawował despotyczną władzę. W jego osobie jednoczyła się władza świecka i duchowna. W rządzeniu pomagali mu jego bracia, między innymi młodszy brat Wytatuowany Wąż - wódz wojenny. Wielkie Słońce noszony był wszędzie w lektyce, a gdy schodził na ziemię, rozścielano przed nim maty, aby jego noga nie stąpała po ziemi .

Według Le Petita, jego wielkie domostwo stało na platformie na szczycie kopca, a w bezpośrednim sąsiedztwie znajdował się kopiec, zwieńczony świątynią. Kopiec Wodza był otoczony palisadą, na której pozatykano czaszki wrogów, przyniesione przez wojowników z pól bitewnych. Sąsiedztwo kopców mieszkalnego i świątynnego miało ułatwiać kontakty władzy ziemskiej z niebiańską. Le Petit zanotował:

(...) każdego ranka wielki wódz czci swą obecnością wschód swego starszego brata, witając go wieloma okrzykami, gdy tylko pojawia się nad horyzontem... po czym, wznosząc swe ręce nad głową i zwracając się ze wschodu na zachód, pokazuje mu kierunek, jaki winien przybrać jego kurs .

Według misjonarzy francuskich, Wielkie Słońce oddawał cześć idolom, a potem powiadamiał swój lud, co przekazali mu bogowie. Tutaj składał też ofiary z pierwszych dorocznych płodów rolnych. W świątyni, gdzie złożone były kości poprzednich władców , płonął wieczny ogień, a strażnikowi, który by dopuścił do jego wygaszenia, groziła śmierć. Ognia tego nie wolno było użyć do żadnych ziemskich celów, gdyż płonął on wyłącznie dla uczczenia Słońca. Piorun był wysłannikiem Słońca; gdy uderzył w świątynię, znamionował gniew boży. Dla uśmierzenia gniewu bóstwa kobiety musiały wrzucać w płomienie swoje małe dzieci .

Niższą warstwę stanowili Szlachetni, potem plasowali się Czcigodni i na końcu stinkardzi, czyli tak zwani Śmierdziele, choć w ten sposób mówiono o nich tylko za ich plecami. W relacjach dawnych pisarzy nie ma wzmianki o tym, by w jakikolwiek sposób troszczono się o zmarłych należących do tej najniższej kasty. Wódz stanowił ważny symbol integrujący całość plemienia Naczez, rozbitego stratyfikacją stanową. Gdy umierał, oczekiwano, że to samo zrobią jego żony, straż przyboczna i inni najbliżsi spośród notabli.

Jezuita Jacques Gravier zostawił wstrząsające opisy pogrzebów, kiedy to wielu niewinnych ludzi musiało złożyć w ofierze własne życie dla uczczenia pamięci zmarłego Wielkiego Słońca. Umrzeć musieli nie tylko kucharze i słudzy nieboszczyka, którzy mieli spełniać swoje obowiązki również na tamtym świecie; zabijano nawet małe dzieci przeznaczane na śmierć przez własnych rodziców .

Cztery dni po śmierci jego ciało przenoszono podczas uroczystej ceremonii do świątyni. Ci, którzy zdecydowali się towarzyszyć mu w zaświaty, wypijali wywar z tytoniu, który pozbawiał ich świadomości, a następnie byli duszeni przez swoich najbliższych. Wówczas podpalano domostwo Wodza i wygaszano ogniska w całym mieście. Kilka miesięcy po pochowaniu zwłoki Wodza były ekshumowane, pozbawiane resztek zachowanego ciała, a szczątki kostne składano do kosza w świątyni. Przy okazji pozbawiano życia strażników świątyni .

Kiedy w 1704 roku umarła kobieta-Słońce, jej mąż wywodzący się z kasty stinkardów został natychmiast uduszony, by mógł towarzyszyć zmarłej w drodze do "wielkiej wsi". Ciała małżonków złożono w ich domu na wspaniale udekorowanym katafalku. Na placu targowym zbudowano czternaście pomostów, a przed każdym z nich stał odświętnie ubrany człowiek - moriturus, który jeszcze za życia zmarłej złożył ślubowanie, że odda jej swoje życie w ofierze. Każdy z tych czternastu ludzi sam splatał powróz, którym go potem duszono. Twarze ich były pomalowane na czerwonocytrynowy kolor i wszyscy mieli na swoje rozkazy po pięciu niewolników.

Według relacji spisanej przez współczesnego dziejopisa: "Cztery dni po śmierci Wielkiego Słońca rozpoczęła się ceremonia zwana marszem trupów". Ojcowie i matki własnymi rękami udusili dla uczczenia zmarłej dwanaścioro swoich dzieci w wieku poniżej trzech lat i "ozdobili" katafalk małymi ciałkami. Po uformowaniu się konduktu pogrzebowego, na jego czele kroczyli ojcowie, niosąc na rękach martwe dzieci. Na zakończenie uroczystości pogrzebowych rodzina zmarłej po zaintonowaniu pieśni zadusiła owych czternastu przystrojonych mężczyzn .

Okrucieństwo innych jest zawsze gorsze od naszego, stąd relacje białych obserwatorów pełne są nie tylko opisów krwawych tortur, ale i jednoznacznych ocen moralnych poczynań tubylczych "barbarzyńców". Wielu badaczy uważa, że organizowanie okrutnych widowisk stanowiło wyraz potrzeb społeczności plemiennych, pozostających w słabych więzach wewnętrznych między sobą, przy jednoczesnej konieczności poddawania się ciągłej presji surowych nakazów i zakazów. Szaleństwo tortur pozwalało odreagować psychicznie balast gorsetu tych codziennych nakazów, a jednocześnie jednoczyć plemię od wewnątrz. Ukazywanie bowiem pokonanych, upokorzonych i zadręczonych nieprzyjaciół nadawało odniesionemu zwycięstwu szczególnie słodki posmak.

Indianie preriowi nie walczyli po to, by podbić nowe terytoria lub zniewolić inne ludy. Na czoło wysuwała się potrzeba zdobycia koni, ale najważniejszą jednak przyczyną była wojna jako metoda na uzyskanie lub wzmocnienie swojego statusu społecznego . Jeńcy przyprowadzeni do serca kraju wroga, bez żadnej nadziei na ratunek, oczekiwali albo na łaskę swoich oprawców i nadanie im praw obywateli, albo na odruch szalonej wściekłości skazujący ich na tortury.

Trzeba wszak wiedzieć, że gdy Indianin wyruszał na wojenną ścieżkę, przygotowywał się na to, iż w wypadku pojmania będzie musiał pokazać wrogowi, że jego odwaga jest większa od każdej próby, większa nawet od samej śmierci. Utrzymanie tych cech uznawano za równoznaczne z obroną charakteru narodu, a od sposobu, w jaki się umierało, zależała chwała ich rasy .

Celem wojen było więc nie samo uzależnienie przeciwników, lecz również zdobycie jeńców. Wśród nich starcy i kobiety, zmuszani do ciężkiej pracy, stawali się w praktyce niewolnikami, dzieci, zwłaszcza chłopcy, byli przeważnie przyjmowani do plemienia, natomiast los wojowników zależał od decyzji kobiet. Zwyczaj nakazywał mordować jednego z jeńców za każdego własnego wojownika zabitego w czasie wojny. Nie miało to charakteru zemsty, było raczej religijnym obrzędem, ofiarą złożoną najwyższemu bóstwu jako zadośćuczynienie za śmierć jego wyznawcy .

Indianie Dakota i Odżibwa żyli dla słońca lub dla wojny, z głęboką wolą ofiarowania gwieździe krwi ludzkiej, zanim ofiarują jej samych siebie . Jeden z wojowników Seneków w XVIII wieku "w bitwach wziął wielu jeńców indiańskich, których zabijał, przywiązując do drzewa i wzywając chłopców indiańskich, by strzelali do nich z łuków, dopóki śmierć nie przerwała ich cierpień. Ten proces trwał niejednokrotnie aż dwa dni!". Czas odgrywał istotną rolę w torturach: chodziło o to, by więźniowi zadać maksimum bólu przy jednoczesnym minimalnym szkodzeniu funkcjom życiowym tak, aby cierpienie jeńców trwało jak najdłużej .

Zwyczaj torturowania jeńca rozciągniętego na szafocie niezwykle zbliża do siebie Naczezów i Paunisów Skidi, chociaż wyrywanie ofierze serca z piersi przypomina jako żywo ceremoniał Indian z Meksyku, lecz bezpośrednie związki historyczne wskazują raczej na Naczezów . Mimo to warto zapoznać się z fragmentem relacji biskupa Diego de Landy, który w XVI wieku przebywał wśród Majów. W swoim dziele pozostawił przerażający opis składania ofiary z ludzi:

Gdy nadchodzi właściwy dzień, gromadzą się na dziedzińcu świątyni. Jeśli niewolnik ma być poświęcony za pomocą strzał z łuków, rozbierają go do naga i malują mu ciało na niebiesko. Zakładają mu kaptur na głowę. Następnie, po wygnaniu demona, lud wraz z niewolnikiem tańczy uroczysty taniec wokół pala, wszyscy uzbrojeni są w łuki i strzały. Podczas tańca na oczach wszystkich przywiązują ofiarę do tego pala. Podnosi się kapłan odpowiednio ubrany i strzałą rani go - czy to mężczyznę, czy kobietę - w widocznym miejscu, zbiera krew, schodzi i maluje nią twarze demonów, i daje pewien znak tańczącym, oni zaś wciąż tańcząc, podchodzą szybko i po kolei zaczynają strzelać do niego, celując w serce, które ma oznaczone białym znakiem. Czynią tak, póki cały nie jest najeżony strzałami .

Hiszpanie, jeśli pominąć słynną wyprawę starzejącego się Juana Ponce de León, który w odkrytej przez siebie krainie, czyli na Florydzie szukał źródła wiecznej młodości, po raz pierwszy pojawiają się w Ameryce Północnej bodajże w roku 1524. Potem, w roku 1539, dotarł tu Hernando de Soto, odkrywając największą rzekę Ameryki Północnej - Missisipi. Najsłynniejszą hiszpańską wyprawą do Ameryki Północnej była jednak ekspedycja Francisca Vásqueza de Coronada, mającego za przewodnika Paunisa, zwanego Turkiem.

Tsustarus, czyli "owłosione nosy", jak Paunisi nazywali Hiszpanów, szukali obfitujących w złoto prowincji Quivira i Harahey. Gdy nie znaleźli złota, nieszczęsny "Turek" przypłacił to życiem w lipcu 1541 roku. Coronado zarzucił mu oszustwo i zdradę, kazał go stracić i jak niepyszny powrócił do Nowego Meksyku . Jeśli chodzi o Paunisów, pochodzenie nazwy plemienia pozostanie już chyba na zawsze zagadką. W XVII wieku Paunisami nazywali ich jedynie ich sąsiedzi z północy i ze wschodu. We wczesnych czasach historycznych stanowili konfederację utworzoną przez cztery plemiona: Chaui lub Grand Pawnee, Kitkehahki lub Republican Pawnee, Pitahauerat lub Tapage Pawnee oraz Skidi lub Skiri Pawnee .

XIX-wieczny misjonarz John B. Dunbar wywodzi ją ze słowa Paunisów pariki, oznaczającego "róg"; taki róg z usztywnionych tłuszczem i najczęściej czerwoną farbą włosów wieńczył ich grzebień, biegnący przez środek ogolonej głowy wojownika. Innym jej źródłem może być pauniskie słowo parisu, co znaczy "łowca". Pomiędzy sobą Paunisi zaczęli używać tej nazwy dopiero wówczas, gdy przyjęła się na dobre wśród sąsiednich plemion i białych.

Obrzędy religijne Paunisów wiązały się z kultem ciał niebieskich i wykazywały wpływ kultur budowniczych świątyń-kopców z południowego wschodu oraz z Ameryki Środkowej (przede wszystkim Azteków). Szamani Paunisów tworzyli odrębny, wpływowy stan kapłański. Organizowali ważne ceremonie oraz strzegli zawiniątek ze świętymi przedmiotami nieziemskiego pochodzenia, które zostały podarowane Paunisom przez gwiazdy .

Mogły one też symbolizować psychologiczne lub podstawowe cechy bóstwa, któremu były poświęcone. Samo zawiniątko mogło być wykonane z kawałka skóry, na której namalowano gwiazdy, otaczające na przykład kaczany kukurydzy, co było odwołaniem do corocznego odradzania się ziemi. Święte zawiniątko Paunisów Skidi zawierało pierwotnie coś, co uważano za czaszkę Pierwszego Człowieka. Później, gdy relikwia uległa zniszczeniu, przechowywano w nim czaszkę jakiegoś ważnego wodza .

Religia Paunisów związana była z siłami kosmicznymi i ciałami niebieskimi. Można się w niej doszukać wpływów czcicieli słońca - Naczezów i Tuensów z Luizjany, ich dawnych sąsiadów. Za stwórcę i pana wszechświata uważali Tirawę - Istotę Doskonałą, zamieszkującego w niebie i rządzącego za pośrednictwem pomniejszych bóstw. Żoną jego była Atira, co znaczy Zrodzona z Kukurydzy. Wszystkie bóstwa zajmowały wyznaczone przez niego miejsce, zaś swoją wolę objawiał im przez Gwiazdę Wieczorną - Matkę Wszystkich Rzeczy. On nakazał Gwieździe Wieczornej wyjść za Gwiazdę Poranną zaś Słońcu za Księżyc. Pierwsze małżeństwo wydało na świat córkę, zaś drugie syna; zostali oni wysłani na ziemię, gdzie się pobrali.

Inne bóstwa również płodziły ludzi. Ci otrzymali od nich podstawy indiańskiej kultury oraz dar w postaci tajemniczych zawiniątek i związanych z nimi rytuałów. Najsłynniejszym z nich było złożenie w ofierze Gwieździe Porannej dorastającej dziewczyny lub chłopca z wrogiego plemienia, co zdaniem Skidich miało zapewnić obfite zbiory i tym samym podtrzymać życie .

Badania wykazały, że od południowych obszarów USA poprzez Mezoamerykę do Andów środkowych występował następujący kompleks ofiarny: ofiara strzały, ofiara serca, całkowite lub częściowe obdarcie ze skóry, tortury, realne lub symboliczne picie krwi, kanibalizm rytualny i obrzędowe znaczenie uda. Ciekawy rodzaj ofiary miał miejsce w związku z kultem boga Xipé i być może zapoczątkował on "ofiarę strzały", spełnianą przez szczep Paunisów ze wschodnich prerii Ameryki Północnej, dla uczczenia gwiazdy porannej. W obrzędzie meksykańskim ofiarę przywiązywano do rusztowania, a kapłani zadawali jej śmierć strzałami z łuków lub atl-atl.

Ofiara Tlacacaliliztli (zestrzelenie strzałami z łuków) polegała na tym, że do sześciu pali przywiązywano sześciu jeńców wojennych, a wokół gromadziło się dwa tysiące wojowników, którzy strzelali do nich tak, by ich nie zabić. Potem łamali im kości maczugami i wreszcie zabijano ich w ofierze serca. W ten sposób ginęło do sześćdziesięciu jeńców, a święto miało się odbywać co cztery lata.

Nawet zakończenie obrzędów polegało na strzelaniu do naczynia z octli (napojem alkoholowym), co jakby stanowiło finalną, substytucyjną "ofiarę strzały". Ten aspekt magii agrarnej uzewnętrznia rytuał prognozowania plonów z obfitości krwi i osocza ze zdartych z Xipeme (jeńców poświęconych azteckiemu bogowi Xipé) skór zawieszonych w świątyniach. W kronice Tovar dodana jest też wzmianka, że wówczas panowie gromadzili swoich ludzi i nakazywali im natychmiast przystępować do prac rolnych .

Pauniskie święto nie odbywało się corocznie, lecz tylko wtedy, gdy komuś przyśniło się, że Gwiazda Poranna przyszła do niego i nakazała mu odprawić ceremoniał. W związku z tym udawał się do kapłana Porannej Gwiazdy, który potrafił interpretować wygląd nieba. Obaj ustalali, czy bóstwo chce zwyczajowej, symbolicznej uroczystości, czy żąda, aby rytuał został odprawiony z udziałem ofiary ludzkiej. Działo się tak w przypadku, gdy kapłani dostrzegli pojawienie się odpowiedniego układu ciał niebieskich.

Wszystkie kultury indiańskie przywiązywały wielkie znaczenie do rozmaitych wizji, czy to doznawanych podczas snów, czy też podczas seansów transowych, ale Paunisi okazali się jedynymi, którzy widzieli w swoich wizjach gwiazdy i inne ciała niebieskie. Trzeba jednak dodać, że byli też jedynymi spośród Indian preriowych, którzy zdołali stworzyć zorganizowany system religijny z wiarą w Istotę Najwyższą .

Planety odpowiadające Gwieździe Porannej identyfikowano w rozmaity sposób - najczęściej jako Wenus lub Mars, niekiedy jako Jowisz bądź jeszcze inne planety. Najwcześniejsze zapiski mówią o Wenus, ale większość etnografów wskazuje jednak na Marsa. Obie identyfikacje zdają się być zarazem prawdziwe, jak i fałszywe; oba założenia bazują na logicznych, lecz nieudowodnionych domysłach. Najstarszą wzmiankę pisaną zawdzięczamy Alphonso Wetmore'owi, który w 1827 roku donosił, że "pewien Francuz, który był świadkiem jednej czy dwóch [ofiar]", określał świętą brankę jako "własność Wielkiej Gwiazdy, to jest planety Wenus" .

Człowiek, któremu przyśniła się Poranna Gwiazda, szedł do posiadacza tak zwanego zawiniątka Porannej Gwiazdy, od którego otrzymywał ubiór wojownika. Następnie w towarzystwie ochotników udawał się na wyprawę, aby napaść na nieprzyjacielskie sioło. Gdy atak się powiódł i uprowadzono dziewczynę w odpowiednim wieku, oddział wracał do rodzinnej wioski. Branka do czasu ceremonii znajdowała się pod opieką tego, który ją pojmał, po czym przekazywano ją kapłanowi. Traktowano ją z szacunkiem, ale trzymano w izolacji od reszty obozowiska.

Gdy nadchodziła wiosna, dziewczyna była rytualnie oczyszczana, po czym rozpoczynała się trwająca pięć dni ceremonia. Kapłani intonowali pieśni, gdy tymczasem dziewczyna symbolicznie przeistaczała się z ludzkiej postaci w ciało niebieskie. Stawała się ona ceremonialnym wyobrażeniem Gwiazdy Wieczornej - nie wcielała się jednak w bóstwo, była jego ziemskim uosobieniem. Ostatniego dnia procesja, w której uczestniczyli mężczyźni, chłopcy, a nawet niemowlęta płci męskiej, towarzyszyła dziewczynie do miejsca usytuowanego poza obrębem wioski, gdzie wzniesiono szafot, który reprezentował ogród Gwiazdy Wieczornej na zachodzie - ojczyzny wszystkich zwierząt i roślin .

Do jego konstrukcji Paunisi używali świętego drewna i skór. Było to raczej rusztowanie zbudowane z dwóch słupów wbitych prostopadle w ziemię w niewielkiej odległości od siebie, połączonych poziomo czterema poprzecznymi palami dolnymi i dwoma w górze. Dwa centralne, pionowe słupy miały symbolizować dzień i noc, natomiast cztery dolne - cztery strony świata, a dwa górne - niebo .

Po śmierci ludzie udawali się na spotkanie z tymi wszystkimi bóstwami. Dusze jednych wędrowały do nieba, aby zmienić się w gwiazdy. Tchórze i ludzie, którzy zmarli w łóżku, łączyli się z duchami przebywającymi po południowej stronie Mlecznej Drogi. Wodzowie i kapłani podążali specjalną drogą do osobnego miejsca zamieszkania, podobnie jak czarownicy, którzy również mieli własną wioskę dusz. Paunisi wierzyli, że dusze ludzi zmarłych własną śmiercią, albowiem ujrzała ich Gwiazda Chorób, odchodzą do domu Gwiazdy Wieczornej, natomiast o losie wszystkich innych postanawia Gwiazda Poranna .

Gdy wschodziła Poranna Gwiazda, ze wschodu zbliżało się dwóch mężczyzn z płonącymi pochodniami, którymi lekko dotykali pachy i pachwiny. Czterech innych mężczyzn dotykało ją wojennymi maczugami . Następnie z tłumu występowali młodzi mężczyźni oraz chłopcy. Oni pierwsi mieli rozpocząć torturę. Ich strzały mogły jedynie lekko zagłębiać się w ciało ofiary, nie zagrażając życiu. W myśl obrzędów śmiertelny strzał prosto w serce należał do porywacza branki.

Moc łuków i strzał, podobnie jak ich wytwarzanie, miały w sobie coś świętego. Zręczność indiańskich ludów w posługiwaniu się tą bronią zachwycała już konkwistadorów. Siła i umiejętności łuczników zadziwiły pod koniec XVI wieku franciszkanina Antonio de Ciudad Real, który pisał w Tratado curioso y docto de las grandezas de la Nueva Espana:

Są tak sprawni w strzelaniu, że zanim pierwsza strzała dociera do celu, wypuszczają drugą, potem trzecią i czwartą. Są zaś tak zręczni i celni, że gdy celują w oko, a strzała trafi w powiekę, mówią, że strzał jest chybiony .

Kapłan przewodniczący ceremonii Porannej Gwiazdy rozcinał zabitej dziewczynie klatkę piersiową za pomocą krzemiennego noża i rozsmarowywał jej krew na własnej twarzy, podczas gdy ten, który zdobył brankę, chwytał kapiącą krew na wysuszone mięso. Na zakończenie ceremonii wszyscy okrążali miejsce kaźni cztery razy i rozchodzili się do namiotów. Ciało ofiary twarzą do dołu wynoszono na prerię, aby jej krew wsączyła się w ziemię i tym samym ją użyźniła. Według innej wersji, wyjmowano jej serce z piersi, a ciało pokrojone na kawałki zanoszono w koszykach na świeżo zasiane pola kukurydzy, co miało zapewniać obfite plony.

Paunisi, jako jedyni spośród szczepów polujących na bizony, za najcenniejszy fetysz wśród swoich świętości szczepowych uważali kamienny kaczan kukurydzy, będący przypomnieniem ich dawnego trybu życia związanego z uprawą ziemi. Ich Rytuał Porannej Gwiazdy przypominał święto na cześć azteckiej bogini Xilonén, które odbywało się na początku lipca i kończyło uroczystym ofiarowaniem bogini młodego dziewczęcia .

Należy zwrócić uwagę na nacisk, jaki zarówno rytuał Mexików, jak ich mowa, kładł na podobieństwo przebiegu cykli życiowych ludzi i kukurydzy, co objawiało się w nazywaniu płaczących niemowląt kwieciem kukurydzy, młodych dziewcząt delikatnym zielonym kłosem, a wojowników Panem Kaczanem Kukurydzianym. Można by rzec, że to tylko związek metaforyczny, ale mamy tu do czynienia z tak częstym przypadkiem, że to, co się wydaje metaforą, wcale nią nie jest .

Cykl życiowy człowieka i kukurydzy łączy się z cyklem dnia i nocy oraz pór roku. Narodziny dziecka podobne są do świtu i zasiewu kukurydzy w marcu. Człowiek i kukurydza mają jednakową naturę i dzielą ten sam los. Mają umrzeć i znów się odrodzić. Nie giną bezpowrotnie, będą żyć w postaci nowych kolb kukurydzy i następnych pokoleń ludzi. W tym znaczeniu są wieczni, ale zależni od siebie nawzajem. Tylko przy takiej zależności spełnia się obietnica odrodzenia .

Do odzyskania utraconej siły i przywrócenia równowagi w przyrodzie ludzie muszą sami poświęcić swoją moc. Badacze często posługują się porównaniem z podtrzymującą istnienie kosmosu ofiarą krwi u Paunisów z wierzeniami Azteków czy Buszmenów. Według starodawnego przesądu skropienie ziemi pod nowy budynek krwią ofiary miało zapewnić bezpieczeństwo i spokój - obrządek istniał w większości wczesnych społeczeństw indoeuropejskich.. Zwyczaj ten panował w kulturze indyjskiej, wśród starożytnych Greków, Słowian i Skandynawów, a także Celtów. Grecki geograf Strabon pisał, że druidowie składali ofiary z ludzi, zabijając ich z łuku. Co ciekawe, człowiek przeszyty strzałami leży pochowany przy głównym wejściu do Stonehenge .

Podczas wielkiego święta wrześniowego, poprzedzonego siedmiodniowym postem, składano w ofierze młodą 12-13-letnią niewolnicę, najładniejszą ze wszystkich dziewcząt. Nakładano na nią ozdoby bogini, na głowie miała jej mitrę, a na szyi i w rękach kukurydzę, zaś na czubku głowy umieszczano zielone pióro naśladujące włosy kukurydzy. Miało to świadczyć o tym, że kukurydza jest już prawie dojrzała w czasie święta, ponieważ jednak była jeszcze delikatna, wybierano młodą dziewczynkę do odegrania roli bogini kukurydzy .

Najważniejsze uroczystości związane z właściwymi zbiorami miały dopiero nadejść. Oddawano wówczas cześć bogini Chicomecoatl, patronce urodzaju i dojrzałej kukurydzy, której reprezentantkę dekapitowano, a jej krwią spryskiwano wizerunek bogini i złożone w ofierze pierwsze plony. Wierzono, że uosabiająca siły wzrostu i duchowe esencje kukurydzy Chicomecoatl pojawiała się cyklicznie na ziemi, a po skończonych zbiorach odchodziła z powrotem do domu boga deszczu, wielkiego zaświatowego spichlerza .

Skazana na śmierć kobieta była cały czas dręczona i zaczepiana, jeżeli zaś by się rozpłakała, uważano by to za wróżbę zapowiadającą wiele martwych porodów i śmierci wielkich wojowników w najbliższej przyszłości. Traktowana tak bezlitośnie ofiara musiała zapewne być bliska załamania nerwowego, w miarę jak narastało jej wyczerpanie i podniecenie. Na ostatnie godziny życia zabierano ją z powrotem do "jej" świątyni, gdzie była strojona i upiększana, po czym w środku nocy, w ciszy i po ciemku, przeprowadzano ją pospiesznie do piramidy Pana Kukurydzy i rozciągano na plecach kapłana.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Wstęp

Czy istnieje w dziejach ludzkości jakakolwiek cywilizacja, której obcy byłby czyn złożenia ofiary z człowieka? Odpowiedź brzmi: rzadko które społeczeństwo zarówno starożytne, jak i współcześnie żyjące rezygnuje ze śmierci rytualnie zadanej człowiekowi lub zwierzęciu w imię dobra ogółu. Zdaniem etologa, Konrada Lorenza, już w świecie zwierzęcym demonstrowanie agresji wzmacnia więzy solidarności; temu również wśród ludzi służą agresywne akty, takie jak polowanie i składanie ofiary. Zwłaszcza ofiara krwawa dobrze nadaje się do tłumienia lęku: osoba, która boi się, a więc potencjalna ofiara, "zyskuje ocalenie, sama stając się zabójcą" i w ten sposób działa podwójnie: "obłaskawia i jednocześnie przeraża domniemanego napastnika" .

Nie bez kozery Artur Schopenhauer twierdził, że człowiek w swoim bezlitosnym okrucieństwie przewyższa tygrysa i hienę. Ba, Zygmunt Freud, uważając sadyzm i masochizm za cechy wrodzone, opracował wiele teorii o impulsach czyniących z ludzi "dzikie bestie, którym myśl oszczędzania innych jest obca". Wilhelm Stekel stwierdzał - podobnie jak Freud - że "okrucieństwo spoczywa w duszy ludzkiej jak bestia skuta łańcuchami, lecz gotowa do skoku" .

John Mackinnon Robertson w Pogańskich Mesjaszach zgromadził materiał dowodowy wykazujący, że ewolucja idei i praktyk religijnych przebiega według bardzo podobnego wzorca na całym świecie. Eurypides, jeden z najwybitniejszych greckich tragików, już w V wieku p.n.e. konstatował w Ifigenii w kraju Taurów:

Wiele jest w sprawach boskich pomieszania,

Jak też i w ludzkich. Jedno tylko smutne,

Że człek rozsądny, słuchając słów wieszczów,

Zginął, bo zginął dla świadomych sprawy!

Jak pisze Jean-Paul Roux, Europejczyk dokonuje fundamentalnego rozróżnienia między życiem ludzkim a zwierzęcym; owo rozróżnienie - znane również w islamie - jest obce mentalności wschodniej, na przykład hinduskiej. Zabójstwo zostaje wpisane w rzeczywistość życia. Można się zastanawiać, czy mord popełniony na jednej osobie jest mniej skandaliczny niż ludobójstwo? W Koranie, który wyraża przekonanie o odpowiedzialności zbiorowej, można przeczytać:

Ten, kto zabił człowieka (...)

Czyni tak, jakby zabił wszystkich ludzi.

Ewangelista Marek powiada, że Syn Człowieczy przyszedł, aby "dać swoje życie na okup za wielu". Hebrajczycy, podobnie jak Fenicjanie, uważali, że krew jest najlepszym sposobem przebłagania Najwyższej Istoty. Autor Listu do Hebrajczyków, zapewne jeden z uczniów świętego Pawła, wyraził ten pogląd jeszcze dobitniej: "I prawie wszystko oczyszcza się krwią według Prawa, a bez rozlania krwi nie ma odpuszczenia (grzechów)" .

Stary Testament odnotowuje czterech samobójców: Samsona, Saula, Abimelecha oraz Achitofela; żaden z nich nie spotkał się z potępieniem. W pierwszych latach istnienia Kościoła samobójstwo było sprawą tak neutralną, że jeden z najżarliwszych ojców, Tertulian, uznał nawet śmierć Jezusa za coś w rodzaju samobójstwa. Wskazał on, a zgodził się z nim Orygenes, że Jezus oddał ducha świadomie, gdyż byłoby nie do pomyślenia, żeby Bóg miał być zdany na łaskę ciała .

Ofiara bywała również posiłkiem wiązanym z bogami, przy czym ów fakt, którego oczywistość wykazał już dawno temu Robertson Smith, nie stanowi pierwszego warunku, gdyż ofiara jest najpierw i przede wszystkim zabójstwem. Komunijny charakter posiłku ludzi i bogów, czy też posiłek ludzi, którzy zapraszają nań bogów, posiłek z mięsa i z krwi, jest rzeczywistością, której niepodobna zaprzeczyć. Znaczenie jego jest decydujące, gdyż nie dzieli się własnej strawy z byle kim: zebranie się na wspólny posiłek jest czynem świętym.

Musimy pamiętać o tym, że jeszcze przed spełnieniem ofiary należało wejść w kontakt z sacrum, ponieważ zwierzę czy człowiek składany w ofierze nie są byle kim. Istota składana w ofierze - chyba że chodzi o bóstwo - nie posiada cech świętych, a zatem powinna je uzyskać przez odpowiednie obrzędy. Zdaniem francuskiego socjologa i antropologa Jeana Cazeneuve: "To właśnie obrzęd zakłada istnienie świętej zasady i uświęca ofiarę, oddzielając ją od stada czy społeczności lub też ofiarowując jako należną temu, co przewyższa kondycję ludzką" .

Dzisiaj w przypadkach kataklizmu, głodu lub epidemii, pierwotne odruchy wracają - trzeba udobruchać bogów, zwykłe dary i modlitwy już nie wystarczają. Szuka się winnego, znajduje kozła ofiarnego. Na takiej zasadzie po wielkim trzęsieniu ziemi, które w 1923 roku spustoszyło Tokio i Yokohamę, tłum zmasakrował koreańskich imigrantów - i niepoprawnych wolnomyślicieli .

Często wydaje się nam, że starożytne kultury i plemiona barbarzyńskie nie znające pisma były dużo bardziej okrutne i pozbawione zasad niż cywilizowane narody. Wystarczy jednak sięgnąć do przykładów z historii najnowszej, żeby diametralnie zmienić ten pogląd. Karnawał okrucieństwa, które ma swoją niechlubną tradycję w przeszłości, trwa w najlepsze i w dzisiejszym świecie .

Powtórzę to, co napisałem we wstępie do poprzedniej części Ofiar z ludzi, że w tej książce nie chodzi o naszkicowanie abstrakcyjnego schematu ofiary, na tyle pełnego, aby objąć wszystkie znane przypadki - fakty są zbyt różnorodne. Mogłem tylko podjąć próbę prześledzenia określonych przypadków zabijania ludzi, dostatecznie złożonych, aby objąć wszystkie ważne momenty dramatu, a zarazem wystarczająco szczegółowo rozpoznanych, aby na ich podstawie nakreślić krótkie charakterystyki przodujących w tym procederze ludów.

Nie mając zobowiązań wobec konkretnej dyscypliny naukowej, starałem się zapoznać nie tylko z wątkami z literatury fachowej, delektując się rozległą perspektywą tych nielicznych, którzy ośmielili się je zarysować. W ten sposób powstała kompilacja popularnonaukowa stworzona, podobnie jak poprzednia część, zgodnie z myślą Michela de Montaigne'a: "Zebrałem tylko bukiet kwiatów, dodając jedynie wstążkę, którą są przewiązane". Na koniec chciałbym podziękować Ewie Krawczyk i Katarzynie Rokickiej za pomoc w przekładzie materiałów - odpowiednio - z języka hiszpańskiego i angielskiego.

Świnoujście 2012