Kulisy PIS - Kamil Dziubka

Kup ebooka

36.90 zł
31.37 zł (30,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Doświad­czony par­la­men­ta­rzy­sta: - Jaro­sława inte­re­suje czy­sta wła­dza. Jest emo­cjo­nal­nym psy­cho­patą. Jego oso­bi­sta sytu­acja mate­rialna mało go zaj­muje. On nie myśli o tym, czy będzie miał co jeść, bo on się żywi poli­tyką. Jed­nak po ludzku jest w trud­nej sytu­acji. Nie jest czło­wie­kiem mło­dym, jest osobą samotną. Pew­nie wie­rzy, że do końca życia będzie lide­rem zwy­cię­skiego obozu. Nie wiem, na ile bie­rze pod uwagę sce­na­riusz, że będzie musiał oddać wła­dzę. Bo to, że do śmierci będzie posłem, jest dla mnie oczy­wi­ste.

Sena­tor: - Klu­czem do zro­zu­mie­nia Jaro­sława Kaczyń­skiego jest, moim zda­niem, słynny wywiad Teresy Torań­skiej z 1994 roku. W tym wywia­dzie Jaro­sław Kaczyń­ski pytany o to, co chciałby w przy­szło­ści robić, odpo­wie­dział mniej wię­cej tak: "Chciał­bym być eme­ry­to­wa­nym zbawcą narodu. I chciał­bym być sze­fem par­tii, która będzie rzą­dziła w Pol­sce, moc­nym przy­wódcą takiej par­tii".

Były mini­ster: - Pre­zes się sta­rzeje. Na ile go znam, myślę, że jest mu coraz trud­niej wyobra­zić sobie Pol­skę pod rzą­dami innymi niż PiS. On się naprawdę zmie­nił przez te lata. W 2015 roku uwa­ża­łem go za euro­re­ali­stę. Dziś po woj­nie o wymiar spra­wie­dli­wo­ści jest poli­ty­kiem głę­boko anty­unij­nym. Nara­sta w nim też obse­sja anty­nie­miecka, choć widzia­łem to u niego już wcze­śniej.

Kamil Dziubka: - To dla­czego Kaczyń­ski pozwala Mora­wiec­kiemu gło­so­wać w Bruk­seli tak jak unijny main­stream?

Były mini­ster: - Bo Mora­wiecki go oszu­kuje. A nawet jak się w tym zaczyna orien­to­wać, to już jest za późno i wie, że pociąg odje­chał. Poza tym oso­bi­ście sły­sza­łem, jak pre­zes kie­dyś powie­dział, że gdy Pol­ska zacznie wię­cej wpła­cać do unij­nego budżetu, trzeba się będzie zasta­no­wić nad tym, czy człon­ko­stwo w UE nam się w ogóle opłaca.

Bywa­lec Nowo­grodz­kiej: - Oso­bi­sty los pre­zesa zależy od tego, jak długo będziemy rzą­dzić. Zoba­czymy, jak będzie wyglą­dać par­tia w przy­padku utraty wła­dzy. Nie wia­domo, kto odej­dzie, a kto zosta­nie. Prze­ko­namy się, kto był z nami tylko dla stoł­ków. Może być tak, że z kil­ku­dzie­się­cio­ty­sięcz­nej armii zosta­nie tylko kilka tysięcy człon­ków.

Doświad­czony par­la­men­ta­rzy­sta: - W poli­tyce nie jest tak jak w sta­rych zako­nach. Tam jest praw­dziwa demo­kra­cja. Dziś jesteś gwar­dia­nem, jutro prze­orem klasz­toru, a poju­trze fur­tia­nem i otwie­rasz furtkę współ­bra­ciom. Tam każdy się stara żyć z dru­gim dobrze, żeby spo­koj­nie dożyć sta­rych lat. Kiedy przyj­dzie nowa wła­dza, zaczną się roz­li­cze­nia. Nie trzeba sta­wiać Kaczyń­skiemu zarzu­tów pro­ku­ra­tor­skich. Wystar­czy go wezwać na świadka w kil­ku­dzie­się­ciu spra­wach w róż­nych pro­ku­ra­tu­rach. Mógłby tak spę­dzić ostat­nie lata życia.

Poseł: - Jaro­sław stra­cił kon­takt ze zwy­kłymi par­la­men­ta­rzy­stami. Jesz­cze w kaden­cji 2011-2015, kiedy byli­śmy w opo­zy­cji, odby­wały się jakieś spo­tka­nia, opłatki, uro­czy­sto­ści, gdzie każdy mógł podejść do pre­zesa, poroz­ma­wiać. On dow­cip­ko­wał, z tym zaga­dał, z tam­tym zaga­dał. Ludzie mieli poczu­cie, że mają dostęp do ucha pre­zesa i mogą mu się po pro­stu wyża­lić. Oczy­wi­ście teraz się jakieś bar­dzo rzad­kie spo­tka­nia odby­wają. Jaro­sław wcho­dzi bocz­nym wej­ściem, powie swoje i wycho­dzi. Nie zostaje, żeby poroz­ma­wiać z sza­ra­kami. Jego to bar­dzo męczy. W pew­nym momen­cie układ wokół pre­zesa zaczął się zacie­śniać.

Czło­nek władz PiS: - Ści­słe kie­row­nic­two spo­tyka się co tydzień. To jest nie­for­malne ciało, czyli pre­zes wraz z oso­bami, które posta­no­wił zapro­sić.

Kamil Dziubka: - Ści­słe, czyli pre­zy­dium komi­tetu poli­tycz­nego?

Czło­nek władz PiS: - Nawet nie. Zresztą wspo­mniane pre­zy­dium, które się tam niby spo­tyka, nawet nie jest for­mal­nie ujęte w sta­tu­cie par­tii. Klu­czowe są nazwi­ska: Bru­dziń­ski, Kamiń­ski, Szy­dło, Macie­re­wicz, Ter­lecki, Sobo­lew­ski, Mora­wiecki i oczy­wi­ście Jaro­sław. For­malne decy­zje podej­muje komi­tet, a pomię­dzy jego posie­dze­niami pre­zes. Potem decy­zje pre­zesa musi zaak­cep­to­wać komi­tet, co cza­sem się dzieje, a cza­sem nie­ko­niecz­nie, co i tak nie ma więk­szego zna­cze­nia. Naj­waż­niej­szy jest pre­zes i grono jego dorad­ców. Oni mogą sobie mówić, co chcą, a i tak wszystko zależy od Jaro­sława. To tro­chę tak jak w rzą­dzie. Mini­stro­wie mogą sobie sie­dzieć, pić kawę, nic nie mówić albo nawi­jać przez całe posie­dze­nie, a i tak decy­zje podej­muje pre­mier.

Były doradca Jaro­sława Kaczyń­skiego: - Pre­zes uza­leż­nił od sie­bie osoby, które są naj­bli­żej niego. Ich żony są gdzieś zatrud­nione, zja­dają te frukta wła­dzy, ale jed­no­cze­śnie na tyle ich ze sobą skleił, że ci ludzie muszą być mu ślepo posłuszni. Oni nie mają szans w żad­nym innym śro­do­wi­sku poli­tycz­nym. Gdyby PiS się roz­padł, to to oto­cze­nie nie ma szans na odna­le­zie­nie się w innych kon­fi­gu­ra­cjach poli­tycz­nych, więc jest ślepo zwią­zane z wodzem, na dobre i na złe. I ten sys­tem, przy braku dopływu infor­ma­cji przez to, że Jaro­sław Kaczyń­ski nie ma takich nor­mal­nych kon­tak­tów, jest ode­rwany od rze­czy­wi­sto­ści, jest w koko­nie, zaczyna być dys­funk­cjo­nalny.

Doświad­czony par­la­men­ta­rzy­sta: - Pamięta pan, jak pre­zes nie­dawno powie­dział, że nie­miecki kon­duk­tor chciał wyrzu­cić euro­po­słów PiS z pociągu za mówie­nie po pol­sku? Tę histo­rię mu opowie­dział jakieś pięt­na­ście lat temu Michał Kamiń­ski. Kaczyń­ski zapa­mię­tał ją piąte przez dzie­siąte i opowie­dział nie tak, jak to było w rze­czy­wi­sto­ści. A prze­cież takich przy­kła­dów jest wię­cej. Podob­nie było z opo­wie­ścią, z któ­rej wyni­kało, że za Plat­formy było tak bied­nie, że ludzie musieli wygrze­by­wać zako­pane dla dzi­ków ziem­niaki. A to ani nie było za Plat­formy, ani nie cho­dziło o ziem­niaki. Po pro­stu pre­zes poje­chał kie­dyś na spo­tka­nie z jaki­miś leśni­kami, któ­rzy mu różne histo­rie opo­wia­dali. Ale to było ze dwa­dzie­ścia lat temu.

Poseł: - Pre­zes nie­stety czer­pie wie­dzę o ludziach czę­sto z tego, co ktoś mu wmówi. Zda­rza mu się nie­rzadko tych opo­wie­ści nie wery­fi­ko­wać. Weźmy przy­kład afery melek­so­wej z udzia­łem Karola Kar­skiego. Z dru­gim posłem po pijaku roz­bił dwa wózki gol­fowe w hotelu na Cyprze. Jakieś cięż­kie pie­nią­dze to kosz­to­wało. Pre­zes z peł­nym prze­ko­na­niem ich bro­nił. W ogóle nie wie­rzył w to, co się stało, choć hotel ofi­cjalne pisma wysłał i do Sejmu, i do MSZ. Jaro­sław mówił, że to nie­moż­liwe, by Kar­ski, "kla­syczny war­szaw­ski inte­li­gent" coś takiego zro­bił. I jesz­cze, że "on prze­cież nie pije". I dopiero chyba wtedy, jak ich cypryj­ski sąd ska­zał, uwie­rzył w całą sprawę. Nawet się póź­niej śmiał: "Dla­czego oni im od razu na miej­scu nie zapła­cili za te znisz­cze­nia? Prze­cież stać ich na to".

Czło­nek władz pań­stwo­wych spółek: - Nie­stety pre­zes żyje w bańce, którą sam sobie stwo­rzył, tylko że już ma coraz mniej­szy wpływ na jej kształt. Jest uza­leż­niony od tego, co powie­dzą mu inni ludzie. Po nich przy­cho­dzą następni, któ­rzy mówią mu coś zupeł­nie odwrot­nego. On nie ma instru­men­tów, żeby pra­wi­dłowo oce­nić rze­czy­wi­stość. Dla­tego nie jest w sta­nie trwale roz­wią­zy­wać kon­flik­tów. On zresztą tego nawet do końca nie chce. To nie­stety też spra­wia, że nie rozu­mie, jak działa Unia Euro­pej­ska i świat sto­sun­ków mię­dzy­na­ro­do­wych. Ma od tego Mora­wiec­kiego i na niego to spy­cha. Jego świa­tem jest Nowo­grodzka. Życie par­tyjne to jego pasja. Pry­mat par­tii nad insty­tu­cjami to jego reli­gia.

Poseł: - Nowo­grodzka to jest bar­dzo wąskie i zamknięte grono. Nie­wiele osób naprawdę wie, jak tam wygląda i co się tam dzieje. Zawsze tak było. Posło­wie widują Kaczyń­skiego zwy­kle tylko na gło­so­wa­niach. Nawet ludzie ucho­dzący czę­sto za jego kum­pli, któ­rzy sie­dzą bli­sko niego w ławach posel­skich, roz­ma­wiają z nim twa­rzą w twarz raz na kilka tygo­dni, a nawet mie­sięcy. To, że Kaczyń­ski uważa kogoś za lojal­nego, trzyma go w jakichś waż­nych cia­łach, żeby pod­no­sił rękę, nie zna­czy, że ten ktoś ma z nim kon­takt. Pre­zes, pra­cu­jąc nad jaki­miś spra­wami, upra­wia­jąc poli­tykę, nie­spe­cjal­nie ich słu­cha.

Mene­dżer: - Swoją drogą ten jego gabi­net na Nowo­grodz­kiej to jest dość komiczne miej­sce. Jakiś zwy­kły sto­lik, sztuczny kwia­tek w wazo­nie. Lata osiem­dzie­siąte łamane na dzie­więć­dzie­siąte. Taki kli­mat.

Bywa­lec Nowo­grodz­kiej: - Parę osób funk­cjo­nuje w taki spo­sób, że dzwoni do pre­zesa na tele­fon do domu czy na komórkę. Nie­za­leż­nie od tego, czy mają coś do powie­dze­nia, czy nie. Dzwo­nią, żeby zadzwo­nić. A jak nie mają nic kon­kret­nego, to wymy­ślają i dono­szą na innych. A on nie­stety czę­sto pod­cho­dzi ze zbyt dużym zaufa­niem do ludzi.

Poseł: - Jaro­sław niby ma dystans do sie­bie, ale jak mu ktoś coś wkręci, to nie­winny żart potrafi się prze­ro­dzić w kata­strofę dla żar­tu­ją­cego. Kie­dyś pro­fe­sor Andrzej Zyber­to­wicz, który rów­nież wkradł się w łaski Kaczyń­skiego, star­to­wał do Par­la­mentu Euro­pej­skiego. Napi­sał na por­talu Kar­now­skich żar­to­bliwy tekst o pre­ze­sie, w któ­rym wyli­czał jego wady. To miał być ele­ment kam­pa­nii z przy­mru­że­niem oka. Tym­cza­sem ktoś pre­ze­sowi to przed­sta­wił jako drwiny z niego. Skoń­czyło się tak, że pre­zes otwar­cie poparł kontr­kan­dy­data Zyber­to­wicza z listy, więc pro­fe­sor wybory prze­rżnął. Na pocie­sze­nie wylą­do­wał w kan­ce­la­rii Dudy.

Poseł: - Pew­nego razu umó­wi­łem się na spo­tka­nie z pre­ze­sem. Przy­cho­dzę, roz­ma­wiamy. Dopi­na­li­śmy wtedy jakiś mały par­tyjny biz­nes. W pew­nym momen­cie, mniej wię­cej po godzi­nie, wcho­dzi Michał Moskal, czyli nowa pani Basia. Mówi, że za drzwiami już czeka pre­mier. Pre­zes odparł: "Dzię­kuję, dzię­kuję". Moskal wyszedł, a Kaczyń­ski do mnie: "Czy­ta­łem ostat­nio bar­dzo cie­kawy arty­kuł o PKB połu­dnio­wego Lon­dynu w kon­tek­ście bre­xitu". I wie pan co? Sie­dzie­li­śmy, roz­ma­wia­jąc kolejną godzinę, w trak­cie któ­rej Mora­wiecki cały czas cze­kał za drzwiami. Oczy­wi­ście z jed­nej strony był to akt celo­wego upo­ko­rze­nia Mate­usza i poka­za­nie, kto tu rzą­dzi. Jaro­sław się tym upaja. Z dru­giej strony tu tro­chę wycho­dzi, że Kaczyń­ski jest jed­nak czło­wie­kiem sta­rej daty. To jest u niego nor­malne, że się przy­cho­dzi na godzinę, dwie, z czego kon­krety zaj­mują może kwa­drans.

Wice­mi­ni­ster: - Zega­rek Jaro­sława Kaczyń­skiego odmie­rza czas zupeł­nie ina­czej niż zegarki więk­szo­ści ludzi. To do niego się trzeba dosto­so­wy­wać, nie odwrot­nie. On ma tego świa­do­mość. Jest dobrym, ale trud­nym roz­mówcą. Lubi wrzu­cać swo­jego inter­lo­ku­tora na głę­boką wodę. Spraw­dza, jakie są jego hory­zonty. Ni z gru­chy, ni z pie­tru­chy potrafi uciec z jakie­goś poli­tycz­nego wątku na temat doty­czący lite­ra­tury, sztuki czy biz­nesu. Bar­dzo dużą wagę przy­wią­zuje do rytu­ału kon­wer­sa­cji. Dla niego roz­mowa, któ­rej celem ma być dobi­cie jakie­goś targu, nie może doty­czyć wyłącz­nie tego zagad­nie­nia. Musi w tym być coś wię­cej. W tym sen­sie on został zapro­gra­mo­wany jesz­cze w XIX wieku.

Poseł: - Dla pre­zesa jest oczy­wi­ste, że jeśli przy­cho­dzi do niego gość, to musi usiąść, wypić her­batkę, trzeba go poznać. Jak dziecko, które przy­cho­dzi do rzadko odwie­dza­nej cioci, kiedy potrze­buje kie­szon­ko­wego na wyjazd. No nie może wejść i powie­dzieć: "Ciotka, wyjeż­dżam nad morze, dawaj kasę". Trzeba ją naj­pierw spy­tać, jak się czuje, co u niej sły­chać. Ina­czej cio­cia się poczuje lek­ce­wa­żona. Albo jak bab­cia, która wzywa hydrau­lika i nie pozwala mu wyjść po skoń­czo­nej robo­cie, bo jesz­cze musi go poczę­sto­wać cia­stem. Jest to ele­ment kon­we­nansu, który jest dla Kaczyń­skiego ważny. I on się już nie zmieni, bo jest star­szym czło­wie­kiem.

Osłabienie

Poseł: - Oczy­wi­ście nie ma co ukry­wać, że Kaczyń­ski bar­dzo się posu­nął w ciągu ostat­nich lat. Cza­sem mam oka­zję obser­wo­wać go z bli­ska. Mocno wychudł, ma teraz taką bar­dziej pocią­głą twarz. Jak to się kie­dyś mówiło, stał się taki bar­dziej wysu­szony. Co chwilę wraca plotka, że pre­zes jest chory na raka trzustki i zostało mu kilka mie­sięcy życia. Już kilka razy by zdą­żył umrzeć w tym cza­sie.

Wice­mi­ni­ster: - Pre­zes nie dba spe­cjal­nie o higienę życia. Jego oto­cze­nie pod tym wzglę­dem nie trosz­czy się o niego wystar­cza­jąco. Myślę, że nie­zbyt dobrze się odży­wia. Wiem, że bar­dzo długo pre­fe­ro­wał tłu­stą kuch­nię. Jadł naj­czę­ściej dania ser­wo­wane na wynos, które kurier przy­no­sił z jadło­dajni bli­sko sie­dziby par­tii. Może po dru­giej ope­ra­cji kolana jest z tym tro­chę lepiej, ale jak się całe życie funk­cjo­no­wało ina­czej, to trudno na stare lata coś wyraź­nie zmie­nić.

Poseł: - Ta jego coraz gor­sza forma fizyczna spra­wia, że coraz sła­biej funk­cjo­nuje w ogóle jako lider. Jeśli masz per­ma­nentną nad­wagę, żyjesz z cią­głymi dole­gli­wo­ściami, zasta­na­wiasz się, czy wej­dziesz po scho­dach i jak długo ci to zaj­mie, ile wytrzy­masz na mów­nicy w trak­cie prze­mó­wie­nia, to jesteś wiecz­nie nie­spo­kojny. A naj­go­rzej, jak przy­cho­dzi wio­sna i drzewa zaczy­nają pylić. Wtedy Jaro­sława dopada aler­gia i cho­dzi zły jak osa.

Czło­nek władz PiS: - Jaro­sław źle zniósł drugą ope­ra­cję kolana. Bar­dzo cier­piał. Nie­stety już w trak­cie zabiegu się oka­zało, że zbyt długo to odkła­dał. Przez tych kilka lat kości się mocno osła­biły. No ale nie było wyj­ścia. Mie­li­śmy prze­cież wybory jedne po dru­gich. Pre­zes nie mógł tak po pro­stu znik­nąć na kilka mie­sięcy. Zresztą miał się poło­żyć do szpi­tala zaraz po wybo­rach w 2019 roku, ale się oka­zało, że do Sejmu dostało się zbyt dużo zio­bry­stów i gowi­now­ców. Jaro­sław uznał, że pozo­sta­wie­nie nas z tym może być nie­bez­pieczne, bo było jasne, jakie Zio­bro ma ambi­cje i jak wrogo jest nasta­wiony do Mora­wiec­kiego. A już po ope­ra­cji pre­zes miał począ­tek sepsy, co go bar­dzo osła­biło. Na doda­tek nie mógł brać sil­niej­szych leków prze­ciw­bó­lo­wych, bo mu to pod­no­siło ciśnie­nie i przez to szybko się dener­wo­wał. Zwłasz­cza że znowu musiał się zacząć poka­zy­wać z kulą. Myślę, że to było dla niego trudne, bo to widoczna oznaka ludz­kiej sła­bo­ści. Chyba nikt tego chce i nikt tego nie lubi. On także.

Mini­ster: - Pre­zes ma naj­lep­szą opiekę lekar­ską, ale też ni­gdy spe­cjal­nie zdrowo się nie pro­wa­dził. Spor­tów nie upra­wiał, przez ostat­nich kil­ka­dzie­siąt lat prze­mie­rzał świat samo­cho­dem pro­wa­dzo­nym przez kie­rowcę. Zbyt dużo nie cho­dził, z czego się wzięły jego pro­blemy z kola­nem. Pamię­tam zresztą, że kiedy był na pierw­szym zabiegu na tę nogę, chyba w 2018 roku, krą­żyła plotka, że to nie kolano jest przy­czyną pro­ble­mów, tylko nowo­twór. To się wzięło z tego, że pre­zes musiał dłu­żej zostać w szpi­talu po ope­ra­cji. Gron­ko­wiec wywo­łał stan zapalny. Nie­któ­rzy wtedy zaczy­nali pani­ko­wać.

Wice­mi­ni­ster: - Jak się wtedy oka­zało, że pre­zes musiał odwo­łać całą serię spo­tkań, to ludzie naprawdę się wystra­szyli. Ale on musiał już to zro­bić, boby mu to kolano się roz­le­ciało zupeł­nie. Przez kil­ka­na­ście mie­sięcy żył z nie­ustan­nym bólem. Bolało go, nie­za­leż­nie od tego, czy cho­dził, stał, czy sie­dział. W trak­cie sie­dze­nia cza­sem nawet było gorzej. Masko­wał to długo. Jeź­dził na reha­bi­li­ta­cję, ale ope­ra­cja była konieczna.

Bywa­lec Nowo­grodz­kiej: - Jarka wku­rza jego kuzyn Janek Toma­szew­ski, bo do niego co chwilę tablo­idy dzwo­nią i pytają, jak się pre­zes czuje. A on im opo­wiada, że Jarka dziś klata boli, wczo­raj kolano, a przedwczo­raj go w krę­go­słu­pie łupało.

Poseł: - Kiedy zaczęły się poważne pro­blemy pre­zesa ze zdro­wiem, dało się wyczuć, że coś się bez­pow­rot­nie zmie­niło. Nie­któ­rzy dopiero wtedy zauwa­żyli, że Jaro­sław nie jest już pięć­dzie­się­cio­kil­ku­lat­kiem, który prze­mie­rzał Pol­skę samo­cho­dem na sie­dze­niu pasa­żera i mógł odbyć kilka spo­tkań dzien­nie w odda­lo­nych od sie­bie cza­sem o kil­ka­set kilo­me­trów miej­sco­wo­ściach. To się skoń­czyło. A zaczęło się myśle­nie o tym, co się może stać, jeśli pre­zesa zabrak­nie.

Niewymienialny

Bywa­lec Nowo­grodz­kiej: - Jaro­sław miał w życiu jed­nego part­nera do robie­nia poli­tyki i to był jego brat. Każ­dego innego trak­tuje instru­men­tal­nie. On zresztą kie­dyś powie­dział, że nie widzi sensu wska­zy­wa­nia swo­jego następcy, bo i tak to par­tia go wybie­rze. Kokie­tuje. To jest jego pry­watna par­tia. Sta­tut PiS, który prze­cież był pisany pod Kaczyń­skiego, prze­wi­duje dość sze­ro­kie upraw­nie­nia dla pre­zesa hono­ro­wego. Mogę sobie wyobra­zić, że on rezy­gnuje z bie­żą­cego kie­ro­wa­nia par­tią, ale dopóki będzie w pełni władz umy­sło­wych, kto­kol­wiek byłby pre­ze­sem, będzie musiał się z nim liczyć. Będzie od Kaczyń­skiego uza­leż­niony emo­cjo­nal­nie, men­tal­nie. Będzie się pod­świa­do­mie bał jego gniewu. W prak­tyce wszyst­kie naj­waż­niej­sze decy­zje będą z nim kon­sul­to­wane. Jaro­sław, jeśli nie jest więk­szy niż cały PiS, to na pewno jest rów­nie duży. Bóg jeden wie, ile to będzie trwało.

Były mini­ster: - W tej par­tii nie ma już żad­nej zna­czą­cej figury oprócz Jaro­sława. Nie jest nią ani Mora­wiecki, ani Szy­dło, ani nikt inny. Brat nie żyje, Ludwik Dorn, Marek Jurek, Kazi­mierz Michał Ujaz­dow­ski zostali wycięci albo sami ode­szli. To były jakieś oso­bo­wo­ści, które mogły się z pre­ze­sem nie zga­dzać, mieć jakąś wła­sną agendę, a nade wszystko nie zawdzię­czały swo­ich karier wyłącz­nie Kaczyń­skiemu. I nie chcę Jaro­sława porów­ny­wać do Pił­sud­skiego, ale oba­wiam się, że pewien sce­na­riusz może się powtó­rzyć. Jak mar­sza­łek żył, to nikt mu ni­gdy nie pod­sko­czył. A jak go nagle zabra­kło, to się wszystko posy­pało.

Bywa­lec Nowo­grodz­kiej: - Tak jak Ein­stein był geniu­szem fizyki, tak Jaro­sław jest geniu­szem fizyki poli­tycz­nej. Nikt tego nie rozu­mie tak jak on. Być może Tusk jest w sta­nie myśleć podob­nymi kate­go­riami, ale on ma swoje ogra­ni­cze­nia w postaci rodziny, dzieci. Jaro­sław tego nie ma. On nie musi w ten spo­sób kal­ku­lo­wać.

Poseł: - Pre­zes cza­sami rzuca jakieś luźne suge­stie doty­czące kon­kret­nych osób, z któ­rych można wywnio­sko­wać, że widzi w nich poten­cjal­nych następ­ców. Wiem, że się świet­nie przy tym bawi, ale to mu jest potrzebne rów­nież do tego, by spraw­dzić reak­cje zain­te­re­so­wa­nych.

Bywa­lec Nowo­grodz­kiej: - Jaro­sław raz wspo­mniał, że myślał o Janu­szu Kur­tyce, pre­ze­sie IPN, który zgi­nął w Smo­leń­sku, jako o poten­cjal­nym następcy. Zresztą to wyzna­nie miało miej­sce już po kata­stro­fie, więc trudno powie­dzieć, czy pano­wie kie­dy­kol­wiek roz­ma­wiali o wej­ściu Kur­tyki do poli­tyki. Do dziś nie wiem, czy on tak rze­czy­wi­ście o nim myślał, czy po pro­stu Kur­tyka był jakimś ucie­le­śnie­niem jego marze­nia. Bo on był pro­fe­so­rem, czło­wie­kiem kul­tu­ral­nym, pocho­dził z Kra­kowa. Zresztą pomimo tego, iż miał serce po pra­wej stro­nie, był w sto­sunku do par­tii tro­chę cia­łem obcym. A może wyja­śnie­nie jest zupeł­nie inne. Być może Jaro­sław chciał wbić szpilę Zio­brze, który wtedy nie ukry­wał swo­ich ambi­cji prze­ję­cia schedy w PiS po pre­ze­sie?

Doświad­czony par­la­men­ta­rzy­sta: - Moim zda­niem nie będzie nikogo, kto przej­mie rząd dusz nad całą pra­wicą. Powstaną co naj­mniej trzy ruchy. Może dwa. Jeden skupi się wokół Zio­bry i będzie to repre­zen­ta­cja nurtu euro­scep­tycz­nego. Drugi będzie bar­dziej libe­ralny. Nato­miast szyld PiS i pie­nią­dze, czyli struk­tura, pozo­staną przy Mariu­szu Błasz­czaku. To ugru­po­wa­nie za kilka lat będzie mieć dzie­sięć, być może pięt­na­ście pro­cent popar­cia. A będzie to wyni­kać mię­dzy innymi z tego, że jeśli opo­zy­cja przej­mie wła­dzę, roz­pocz­nie bru­talne roz­li­cza­nie PiS. W pierw­szej kolej­no­ści zarzuty usły­szy Mora­wiecki za wybory koper­towe.

Współ­twórca kam­pa­nii wybor­czych: - Jaro­sław moim zda­niem nie widzi w Mora­wiec­kim swo­jego następcy. Jeśli kogoś nama­ści na szefa par­tii, będzie nim raczej Mariusz Błasz­czak. W Mora­wiec­kim widzi być może kan­dy­data na pre­zy­denta. Może to dziw­nie zabrzmi, ale Kaczyń­ski ma kom­pleks na punk­cie tego, jaką par­tią jest PiS. Sam Kaczyń­ski nie­wąt­pli­wie jest wycho­wany w takim eto­sie inte­li­genc­kim i bar­dzo mu zale­żało na tym, żeby pozy­ski­wać do PiS-u ludzi repre­zen­tu­ją­cych taki etos, czyli ewi­dent­nych przed­sta­wi­cieli elit spo­łecz­nych. Mam tu na myśli na przy­kład Pio­tra Gliń­skiego. Rów­nież Kon­stanty Radzi­wiłł na pew­nym eta­pie był tak postrze­gany. Stąd dziwna sła­bość do pro­fe­so­rów, ale też do ludzi, któ­rzy w takim ogól­nym poczu­ciu spo­łecz­nym repre­zen­tują jakąś wyż­szą klasę. I taką osobą nie­wąt­pli­wie jest Mora­wiecki.

Bywa­lec Nowo­grodz­kiej: - Mora­wiecki myśli o swo­jej roli w poli­tyce dłu­go­ter­mi­nowo. Pro­szę mnie dobrze zro­zu­mieć... On świa­do­mie daje sobą pomia­tać, bo ma inną per­spek­tywę niż Kaczyń­ski. Prze­łknie wszystko. Nato­miast on do końca nie wie, jakie plany ma wobec niego Jaro­sław. Kaczyń­ski to jest rekin w sta­dzie gupi­ków. Mora­wiecki też jest gupi­kiem. Pre­zes ma psy­chikę dra­pieżcy. Dla niego part­ner­stwo w poli­tyce nie ist­nieje. Każdy, kto chce być bli­sko niego, musi zostać prze­czoł­gany. Mate­usz dał się prze­czoł­gać, więc ja nie czuję w nim part­nera dla pre­zesa.

Były współ­pra­cow­nik Jaro­sława Kaczyń­skiego: - Myślę, że Kaczyń­ski dosko­nale zdaje sobie sprawę z błę­dów, które popeł­nił w ciągu ostat­nich ośmiu lat. Jeśli chce się rzą­dzić wiele, wiele lat, mieć ste­row­ność, to trzeba podej­mo­wać pewne decy­zje. Weźmy kwe­stię Zio­bry. Jaro­sław ma pre­ten­sje do niego, że on go cią­gnie za nogawkę. No ale pre­zes miał szansę go przy­jąć z powro­tem do PiS na swo­ich zasa­dach. Usta­lić z nim, że może wejść, ale jasno posta­wić gra­nice. Bo dziś Zio­bro wie, że Kaczyń­ski nie widzi w nim swo­jego następcy, więc jest zakład­ni­kiem tej sytu­acji. Mógł zna­leźć opty­malną for­mułę współ­pracy. Mógł zro­bić to, co Orbán na Węgrzech. Mało kto o tym pamięta, ale jego Fidesz star­tuje w wybo­rach w ramach koali­cji z Chrze­ści­jań­sko-Demo­kra­tyczną Par­tią Ludową. Więc Orbán zna­lazł odpo­wied­nią for­mułę nie­kon­fron­ta­cyj­nej koope­ra­cji. Kaczyń­ski miał szansę to zro­bić i zabe­to­no­wać tę stronę sceny poli­tycz­nej, kiedy był naj­sil­niej­szy. Zio­bro to jedno. Ale jest jesz­cze PSL. Gdyby ludo­wcy dostali dobrą ofertę i ją przy­jęli, Jaro­sław miałby spo­kój na kolejne dwie, trzy kaden­cje. No ale wtedy musiałby PSL-owi powie­dzieć: "Będzie­cie rzą­dzić z nami we wszyst­kich sej­mi­kach, nie będziemy was wsa­dzać do wię­zień, dosta­nie­cie wpływ na media pań­stwowe, prze­sta­niemy was nisz­czyć, ale pod­pisz­cie z nami umowę na trzy­dzie­ści lat". Jak się jest sil­nym, można się dzie­lić. Jaro­sław prze­spał ten moment. Dziś musi ciu­łać głosy u jakie­goś Mejzy, któ­rego w daw­nych cza­sach by kazał ubi­czo­wać i wygnać z kraju. A wie pan, że jak się poja­wiły pierw­sze kom­pro­mi­tu­jące arty­kuły o Mej­zie, to ten pobiegł na Nowo­grodzką i usły­szał, że Kaczyń­ski wcale nie chce jego dymi­sji? Dopiero po kolej­nych publi­ka­cjach na jego temat już nie było wyj­ścia, ale trwało to prze­cież dobrych kilka tygo­dni. Jed­nak ta sytu­acja poka­zuje, w jakim poło­że­niu jest Kaczyń­ski. Chciał budo­wać wielką par­tię, chciał być eme­ry­to­wa­nym zbawcą narodu, a bał się ska­so­wać jakie­goś drob­nego cwa­niaczka.

Zarządzanie przez konflikt

Wice­mi­ni­ster: - Jak Kaczyń­ski rzą­dzi ludźmi? Dam panu taki przy­kład. Kolega mini­ster poszedł na spo­tka­nie do Jaro­sława. Opo­wiada mu, co tam sły­chać w resor­cie. W pew­nym momen­cie pre­zes go pyta o sytu­ację w jego okręgu wybor­czym. No to kolega zaczyna wyli­czać, ile kon­fe­ren­cji zor­ga­ni­zo­wali, jakie ini­cja­tywy pod­jęli. Jarek mu prze­rwał: "Ale ja nie o to pytam. Chcę wie­dzieć, kto się z kim aktu­al­nie żre".

Sena­tor: - Kaczyń­ski, pomny wszyst­kich klęsk pra­wicy, kon­se­kwent­nie budo­wał swoją par­tię, zarzą­dza­jąc nią na zasa­dach kon­fliktu. To zna­czy zawsze w tere­nie były jakieś dwie grupy czy trzy, które rywa­li­zo­wały.

Sena­tor: - Jaro­sław oparł się na bar­dzo wąskiej gru­pie, do któ­rej miał zaufa­nie. To wła­śnie tym ludziom dele­go­wał pewne zada­nia, ale ści­śle to kon­tro­lo­wał. I stwo­rzył sys­tem, który dopro­wa­dził do pato­lo­gii. We wszyst­kich okrę­gach wewnątrz PiS są jakieś kon­flikty. Nie ma okręgu, gdzie nie ma abso­lut­nie kon­flik­tów.

Poseł: - Naj­więk­sza wojna u nas jest chyba na Pod­la­siu. Moim zda­niem to jest matka wszyst­kich wojen. Były mini­ster rol­nic­twa Krzysz­tof Jur­giel wal­czy z Jaro­sła­wem Zie­liń­skim, który był mini­strem od poli­cji. To ten, co mu kon­fetti zrzu­cali z poli­cyj­nego śmi­głowca. Z kolei wicemini­ster edu­ka­cji Piont­kow­ski, który jest z Łomży, wiecz­nie wyci­nał Lecha Koła­kow­skiego. Ten się w końcu wku­rzył i przy piątce dla zwie­rząt powie­dział, że opusz­cza PiS. Pre­zes Kaczyń­ski miał już tego dość, ale stra­ci­li­śmy więk­szość i w końcu go zapro­sił do sie­bie. Koła­kow­ski wró­cił, ale w ramach zapłaty przez kilka mie­sięcy był doradcą w Banku Gospo­dar­stwa Kra­jo­wego za czter­dzie­ści tysięcy zło­tych mie­sięcz­nie. Podobno się nawet wykłó­cał o samo­chód z kie­rowcą. Z Koła­kow­skim w kon­flik­cie była jesz­cze posłanka Ber­na­detta Kry­nicka, też z Łomży. Jak sena­to­rem z Pod­la­sia została Anna Maria Anders, to kie­dyś poje­chała się poża­lić do pre­zesa. Mówi do niego: "Jaro­sław, to jest dom waria­tów. Chcia­łam zor­ga­ni­zo­wać spo­tka­nie opłat­kowe. Zapro­si­łam Koła­kow­skiego i Kry­nicką. Jak tamci się dowie­dzieli, że będą przy jed­nym stole, to skoń­czyło się tak, że oboje nie przy­szli". A pre­zes do niej: "Aniu, nie przej­muj się. To nie jest żaden kon­flikt. Kon­flikt to jest dopiero pomię­dzy Jur­gielem i Zie­liń­skim". Ander­so­wej wtedy ręce opa­dły.

Poseł: - Taki kla­syczny kon­flikt był mię­dzy Leonar­dem Kra­sul­skim i jego żoną a Jur­kiem Wil­kiem i jego żoną. Ekipa z Elbląga. Jaro­sław miał do nich sła­bość, bo ich poznał w 1989 roku, jak star­to­wał do Senatu po Okrą­głym Stole. Kra­sul­ski należy do komi­tetu poli­tycz­nego, więc jest człon­kiem naj­wyż­szych władz w par­tii. W Sej­mie sie­dzi zaraz nad pre­ze­sem, więc go zawsze kamery poka­zują. Wie pan, on to pod­sta­wówkę chyba tylko skoń­czył. Coś nawet krę­cił w spra­wie tego wykształ­ce­nia póź­niej. Z woj­ska go za komuny wyrzu­cili. Potem dostał wyrok za wypa­dek po pija­nemu. Ale trwa przy pre­ze­sie, łupież mu strze­puje chu­s­teczką z mary­narki. On się potra­fił wie­lo­krot­nie powo­ły­wać na wolę pre­zesa w spra­wach, o któ­rych z nim nawet nie roz­ma­wiał. Zresztą w ogóle on ma pro­blem z języ­kiem pol­skim. A Jurek Wilk, były pre­zy­dent Elbląga, dobro­tliwy czło­wiek. Gość, bez któ­rego nie byłoby prze­kopu Mie­rzei Wiśla­nej. Pil­no­wał tego. Pre­zes wie­dział, że oni się nie cier­pią z Kra­sul­skim. Ale lubił ich obu i krzywdy im nie dał zro­bić. U nas mówią, że jak Jurek Wilk umarł, to w Elblągu były tego dnia dwie imprezy. Jedna to stypa orga­ni­zo­wana przez rodzinę zmar­łego, a druga u Kra­sul­skich. I ponoć Kaczyń­ski zawi­tał i tu, i tu.

Poseł: - Jaro­sław jest mściwy i pamię­tliwy. A pamięć ma świetną, wręcz foto­gra­ficzną. Ze szcze­gó­łami pamięta wyda­rze­nia sprzed lat. Potrafi odtwo­rzyć zda­nia wypo­wia­dane przez kogoś na temat jakichś bła­hych spraw, które dziś nie mają żad­nego zna­cze­nia, ale które jed­no­cze­śnie wpły­wają na ocenę tej osoby u pre­zesa.

Bywa­lec Nowo­grodz­kiej: - Tak było z Mariu­szem Chło­pi­kiem, jed­nym z głów­nych boha­te­rów afery mailo­wej. Prawa ręka Mora­wiec­kiego. To był gość, który wcze­śniej pra­co­wał w biu­rze par­tii. Odpo­wia­dał za orga­ni­za­cję wyjaz­dów i część medialną. Obsłu­gi­wał Kaczyń­skiego, jak ten podró­żo­wał po kraju. Czu­wał nad nagło­śnie­niem, salą i temu podob­nymi rze­czami. Dość ciężko pra­co­wał i dużo zro­bił. Był naprawdę dobrym orga­ni­za­to­rem. To on w kilka godzin zor­ga­ni­zo­wał wyjazd pre­zesa do Smo­leń­ska w dniu kata­strofy, włącz­nie z zała­twie­niem samo­lotu. Jed­nak w pew­nym momen­cie Jaro­sław go ska­so­wał. A stało się tak z powodu abso­lut­nie kurio­zal­nej sytu­acji. Z oka­zji jakiejś histo­rycz­nej rocz­nicy odby­wała się uro­czy­stość. Byli­śmy wtedy jesz­cze w opo­zy­cji, a imprezę orga­ni­zo­wały wła­dze War­szawy, czyli wów­czas jesz­cze Hanna Gron­kie­wicz-Waltz. Kaczyń­ski dostał zapro­sze­nie i Chło­pik miał poje­chać tam przed wyda­rze­niem i zakle­pać pre­ze­sowi sie­dzące miej­sce w pierw­szym rzę­dzie. Tyle że pół godziny przed imprezą do Chło­pika zadzwo­nił kie­rowca pre­zesa z infor­ma­cją, że Kaczyń­skiego jed­nak nie będzie. No to Mariusz prze­stał pil­no­wać miej­sca dla Jaro­sława i poje­chał do domu. Nie­stety oka­zało się, że pre­zes jed­nak przy­je­chał i zna­lazł się w idio­tycz­nej sytu­acji, bo stał i nie miał gdzie usiąść. Jaro­sław zro­bił potem awan­turę o to, że Chło­pik nie sza­nuje star­szych ludzi. Już nawet nie cho­dziło mu o to, że nie sza­nuje szefa par­tii, tylko że wobec star­szego czło­wieka rze­komo nie ma sza­cunku. Kom­plet­nie absur­dalna sytu­acja, która moim zda­niem źle świad­czy nie o Chło­piku, tylko o pre­zesie. Nie rozu­miem, jak można z powodu takiej sytu­acji skre­ślić czło­wieka, który tyle lat rze­tel­nie pra­co­wał.

Poseł: - Kaczyń­ski do tego stop­nia go znie­na­wi­dził, że w 2015 roku zablo­ko­wał jego nomi­na­cję na pre­zesa spółki, która jest ope­ra­to­rem Sta­dionu Naro­do­wego. Jak się dowie­dział, że jest taki pomysł, to wręcz dał roz­kaz: "Może­cie dać to każ­demu, tylko nie jemu".

Współ­pra­cow­nik pre­zy­denta: - To, jak Kaczyń­ski potrafi być zapie­kły, świet­nie poka­zuje histo­ria Mar­cina Masta­lerka. W kam­pa­nii pre­zy­denc­kiej w 2015 roku pre­zes zadzwo­nił do Masta­lerka, który był waż­nym mache­rem u Andrzeja Dudy, bo mu Kur­ski naga­dał, że Andrze­jowi słabo idzie. Kazał Masta­ler­kowi natych­miast wra­cać do War­szawy, żeby usta­lić zmiany w stra­te­gii. Duda był wtedy w tra­sie, a Masta­le­rek razem z nim. I ten powie­dział, że nie przy­je­dzie, bo się zaj­muje kam­pa­nią tam, gdzie ona się toczy. I to był jego koniec w par­tii. Odro­czony o kilka mie­sięcy. Nie miało zna­cze­nia to, że Duda wygrał po dosko­na­łej kam­pa­nii. Kil­ka­na­ście tygo­dni póź­niej Kaczyń­ski na posie­dze­niu komi­tetu poli­tycz­nego odczy­ty­wał nazwi­ska tych, któ­rzy zna­leźli się na listach wybor­czych do Sejmu. Skoń­czył czy­tać, a Masta­le­rek wstał i powie­dział: "Nie usły­sza­łem swo­jego nazwi­ska". Kaczyń­ski odpowie­dział, że ma rację, bo go nie ma. Jaro­sław dodał: "Sprawę sta­wiam tak, że albo pan, albo ja". Ludzie byli w szoku. Byli pewni, że Mar­cin zacznie na kola­nach bła­gać o miej­sce. A on wstał i powie­dział: "Pan jest bar­dziej potrzebny par­tii niż ja. W takim razie dla dobra Pol­ski ja rezy­gnuję". Kaczyń­ski wtedy w ner­wach spy­tał: "A ja dzia­łam nie dla dobra Pol­ski?". Tak się skoń­czyła histo­ria Mar­cina w PiS.

Bywa­lec Nowo­grodz­kiej: - Mamy kilka mał­żeństw dzia­ła­czy. No nie­stety ten model nie zawsze się spraw­dza, mówiąc deli­kat­nie. To zna­czy... Spraw­dza się, dopóki się mąż z żoną nie zaczną kłó­cić. Mie­li­śmy już poważny roz­wód i to taki, że żona zaczęła Jaro­sła­wowi nada­wać na męża. Wywa­liła cały ich pry­watny syf. No bebe­chy były na wierz­chu. Przy­znam, że bar­dzo sku­tecz­nie zała­twiła swo­jego byłego, bo w następ­nych wybo­rach miej­sca na liście on raczej nie dosta­nie.

Poseł: - Pre­zes ma prze­dziwny sto­su­nek do kobiet. Mają na niego wyjąt­kowy wpływ. Podam przy­kład. W jed­nym z okrę­gów trzeba było usu­nąć dwóch dzia­ła­czy Prawa i Spra­wie­dli­wo­ści z funk­cji, które spra­wo­wali w samo­rzą­dach, ponie­waż sprze­nie­wie­rzyli się ewi­dent­nie zasa­dom i linii pro­gra­mo­wej. Cała sprawa była omó­wiona z sze­fem okręgu. Zostało uzgod­nione, na któ­rym posie­dze­niu, kto i jaki wnio­sek postawi. Oka­zało się, że te osoby zna­la­zły doj­ście do dwóch posła­nek, które nawet nie pocho­dziły z tego okręgu. Poszły do pre­zesa. Jedna zaczęła mówić w ten spo­sób: "Panie pre­ze­sie, ale jeden z tych dzia­ła­czy jest bar­dzo uczynny, napra­wiał mi samo­chód i ogól­nie bar­dzo mi poma­gał". Druga też dorzu­ciła swoje trzy gro­sze. I dzwoni tele­fon w poło­wie posie­dze­nia tego gre­mium, które miało wyrzu­cić tych gości. To był tele­fon z Nowo­grodz­kiej. Chwilę póź­niej pada wnio­sek o wstrzy­ma­nie pro­ce­dury wyklu­cza­nia tych osób.

Radny: - Pro­szę sobie prze­śle­dzić rela­cje z mie­sięcz­nic smo­leń­skich. Kobiety z par­tii bar­dzo ści­śle pil­no­wały, żeby być naj­bli­żej pre­zesa. Potra­fiły szpilkę wbić jakie­muś posłowi, który przez przy­pa­dek zna­lazł się zbyt bli­sko Jaro­sława. Ota­czały go szczel­nym kor­do­nem. Wmó­wiły mu, że ocie­plają jego wize­ru­nek.

Mene­dżer: - Powiem panu szcze­rze. W sys­te­mie, w któ­rym Jaro­sław nie chce być pre­mie­rem, nie ma moż­li­wo­ści, żeby poja­wiła się jed­nostka, która mogłaby się wybić i kre­ować na nowego, praw­dzi­wego lidera, bo Jaro­sław od razu pom­puje kolej­nego. Na Ślą­sku, który jest bar­dzo trud­nym regio­nem wybor­czym, jest utrzy­my­wany stan per­ma­nent­nego kon­fliktu i Kaczyń­ski bar­dzo dba, żeby nie było tam żad­nego oczy­wi­stego lidera poli­tycz­nego. On to robi z pre­me­dy­ta­cją. Napusz­cza jedną frak­cję ślą­ską na drugą, two­rzy trze­cią. Tak samo będzie z urzę­dem pre­miera. Dopóki pre­zes żyje, nie będzie jed­nostki, która mogłaby stać się samo­dziel­nym ośrod­kiem w ramach obozu wła­dzy. To jest po pro­stu nie­moż­liwe. Jeśli Kaczyń­ski suge­ruje, że ktoś w przy­szło­ści może być lide­rem par­tii, to two­rzy ilu­zję. Nie może być natu­ral­nego następcy w par­tii o tak skraj­nie odmien­nych inte­re­sach wewnętrz­nych. PiS jest wbrew pozo­rom bar­dzo pojemną par­tią. U nas są ludzie wywo­dzący się z daw­nej Unii Wol­no­ści i ci, któ­rzy zaczy­nali w śro­do­wi­skach nacjo­na­li­stycz­nych. Są byli kor­wi­ni­ści i byli ZChN-owcy. Kaczyń­ski wie, że musi napusz­czać jed­nych na dru­gich, żeby różne grupy zaj­mo­wały się wza­jem­nym zwal­cza­niem. I to para­dok­sal­nie trzyma PiS w ryzach.

Radykał

Mini­ster: - Mówię to z pełną odpo­wie­dzial­no­ścią: to Jaro­sław Kaczyń­ski dał przy­zwo­le­nie Julii Przy­łęb­skiej, żeby w 2020 roku ruszyła sprawę abor­cji. Nato­miast on był świę­cie prze­ko­nany, że orze­cze­nie Try­bu­nału Kon­sty­tu­cyj­nego będzie sfor­mu­ło­wane w ten spo­sób, że za nie­zgodne z kon­sty­tu­cją zostaną uznane przy­padki lek­kiego uszko­dze­nia płodu. Mówiąc "lek­kie", mam na myśli zespół Downa. Tym­cza­sem TK poszedł zde­cy­do­wa­nie dalej. Pierw­szy raz widzia­łem Kaczyń­skiego w sta­nie auten­tycz­nej paniki. Pro­szę mi wie­rzyć. Przy wcze­śniej­szych pro­te­stach doty­czą­cych na przy­kład ustaw sądo­wych on ni­gdy nie oba­wiał się utraty kon­troli nad wyda­rze­niami. Nato­miast masowe pro­te­sty w spra­wie abor­cji, które wylały się poza wiel­kie mia­sta, spra­wiły, że on rze­czy­wi­ście był prze­ra­żony wizją utraty wła­dzy. To wtedy nagrał to słynne wystą­pie­nie, w któ­rym wzy­wał do obrony kościo­łów. To poka­zy­wało skalę jego prze­ra­że­nia. Powiem wię­cej. To Kaczyń­ski był auto­rem pomy­słu wypro­wa­dze­nia wojsk na ulicę prze­ciwko tym pro­te­stom. Miał zostać wpro­wa­dzony stan wyjąt­kowy. Odpo­wied­nia decy­zja była już przy­go­to­wy­wana, ale ostro sprze­ci­wiły się jej trzy osoby: Mate­usz Mora­wiecki, Jaro­sław Gowin i Michał Dwor­czyk. Ten ostatni uwa­żał, że armia się po tym wize­run­kowo nie pod­nie­sie. Zresztą Kaczyń­ski potem przy­znał w jakiejś roz­mo­wie, że brał pod uwagę, że woj­sko jesz­cze bar­dziej roz­ju­szy ludzi i to się skoń­czy dymi­sją całego rządu. Ale na pew­nym eta­pie był skłonny pod­jąć takie ryzyko.

Kamil Dziubka: - Był gotowy na stan wyjąt­kowy, mimo że wcze­śniej nie chciał wpro­wa­dzić żad­nego ze sta­nów nad­zwy­czaj­nych z powodu pan­de­mii?

Mini­ster: - Wtedy mie­li­śmy prze­ko­na­nie, że spo­łe­czeń­stwo odbie­rze to bar­dzo źle. Pola­kom stany nad­zwy­czajne koja­rzą się ze sta­nem wojen­nym.

Poseł: - On nie dostrze­gał, że na tych pro­te­stach są kobiety, młod­sze, star­sze, nasto­let­nie. Ina­czej jest, jak wysy­łasz poli­cyjną pre­wen­cję na chu­li­ga­nów sta­dio­no­wych, a ina­czej jak widzisz, że to jest pro­test, gdzie osiem­dzie­siąt pro­cent sta­no­wią kobiety. Kaczyń­ski nie­stety nie ma zbyt roz­wi­nię­tej inte­li­gen­cji emo­cjo­nal­nej i trudno mu prze­wi­dzieć kon­se­kwen­cje pew­nych decy­zji.

Wice­mi­ni­ster: - Na jed­nej z narad Szym­czyk, czyli szef poli­cji, mówił, że oba­wia się rebe­lii wewnątrz for­ma­cji. Opo­wia­dał, że część poli­cjan­tów jest na gra­nicy nie­wy­ko­na­nia roz­ka­zów. Prze­ko­ny­wał, że nie wyobraża sobie wyda­nia pole­ce­nia o siło­wym roz­pę­dze­niu pro­te­stów. Oczy­wi­ście potem zda­rzyły się przy­padki uży­cia siły, jakiejś dziew­czy­nie anty­ter­ro­ry­sta z pałką zła­mał rękę, ale roz­kaz, żeby w całym kraju na masową skalę w ten spo­sób zała­twić sprawę, nie padł.

Poseł: - O wyroku Try­bu­nału Kon­sty­tu­cyj­nego prze­są­dził nacisk tak zwa­nej frak­cji pro-life, któ­rej twa­rzą jest Bar­tło­miej Wró­blew­ski. On póź­niej kan­dy­do­wał na Rzecz­nika Praw Oby­wa­tel­skich. Wró­blew­ski stwo­rzył Par­la­men­tarny Zespół na rzecz Życia i Rodziny. Ludzie z tej grupy zatrzy­mali się gdzieś na 2016 roku. Kaczyń­ski po pro­te­stach czar­nych para­so­lek obie­cał im, że sprawa abor­cji wróci. Nie zda­wali sobie sprawy, jak zmie­niły się nastroje. Myśleli, że spo­łe­czeń­stwo zro­zu­mie, iż prze­ry­wa­nie ciąży z powodu nie­peł­no­spraw­no­ści dziecka nie może być zaak­cep­to­wane. A tutaj do głosu doszła zupeł­nie nowa grupa ludzi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki