Doświadczony parlamentarzysta: - Jarosława interesuje czysta władza.
Jest emocjonalnym psychopatą. Jego osobista sytuacja materialna mało go
zajmuje. On nie myśli o tym, czy będzie miał co jeść, bo on się żywi
polityką. Jednak po ludzku jest w trudnej sytuacji. Nie jest człowiekiem
młodym, jest osobą samotną. Pewnie wierzy, że do końca życia będzie
liderem zwycięskiego obozu. Nie wiem, na ile bierze pod uwagę
scenariusz, że będzie musiał oddać władzę. Bo to, że do śmierci będzie
posłem, jest dla mnie oczywiste.
Senator: - Kluczem do zrozumienia Jarosława Kaczyńskiego jest, moim
zdaniem, słynny wywiad Teresy Torańskiej z 1994 roku. W tym wywiadzie
Jarosław Kaczyński pytany o to, co chciałby w przyszłości robić,
odpowiedział mniej więcej tak: "Chciałbym być emerytowanym zbawcą
narodu. I chciałbym być szefem partii, która będzie rządziła w Polsce,
mocnym przywódcą takiej partii".
Były minister: - Prezes się starzeje. Na ile go znam, myślę, że jest mu
coraz trudniej wyobrazić sobie Polskę pod rządami innymi niż PiS. On się
naprawdę zmienił przez te lata. W 2015 roku uważałem go za eurorealistę.
Dziś po wojnie o wymiar sprawiedliwości jest politykiem głęboko
antyunijnym. Narasta w nim też obsesja antyniemiecka, choć widziałem to
u niego już wcześniej.
Kamil Dziubka: - To dlaczego Kaczyński pozwala Morawieckiemu głosować w Brukseli tak jak unijny mainstream?
Były minister: - Bo Morawiecki go oszukuje. A nawet jak się w tym
zaczyna orientować, to już jest za późno i wie, że pociąg odjechał. Poza
tym osobiście słyszałem, jak prezes kiedyś powiedział, że gdy Polska
zacznie więcej wpłacać do unijnego budżetu, trzeba się będzie zastanowić
nad tym, czy członkostwo w UE nam się w ogóle opłaca.
Bywalec Nowogrodzkiej: - Osobisty los prezesa zależy od tego, jak długo
będziemy rządzić. Zobaczymy, jak będzie wyglądać partia w przypadku
utraty władzy. Nie wiadomo, kto odejdzie, a kto zostanie. Przekonamy
się, kto był z nami tylko dla stołków. Może być tak, że z kilkudziesięciotysięcznej armii zostanie tylko kilka tysięcy członków.
Doświadczony parlamentarzysta: - W polityce nie jest tak jak w starych
zakonach. Tam jest prawdziwa demokracja. Dziś jesteś gwardianem, jutro
przeorem klasztoru, a pojutrze furtianem i otwierasz furtkę
współbraciom. Tam każdy się stara żyć z drugim dobrze, żeby spokojnie
dożyć starych lat. Kiedy przyjdzie nowa władza, zaczną się rozliczenia.
Nie trzeba stawiać Kaczyńskiemu zarzutów prokuratorskich. Wystarczy go
wezwać na świadka w kilkudziesięciu sprawach w różnych prokuraturach.
Mógłby tak spędzić ostatnie lata życia.
Poseł: - Jarosław stracił kontakt ze zwykłymi parlamentarzystami.
Jeszcze w kadencji 2011-2015, kiedy byliśmy w opozycji, odbywały się
jakieś spotkania, opłatki, uroczystości, gdzie każdy mógł podejść do
prezesa, porozmawiać. On dowcipkował, z tym zagadał, z tamtym zagadał.
Ludzie mieli poczucie, że mają dostęp do ucha prezesa i mogą mu się po
prostu wyżalić. Oczywiście teraz się jakieś bardzo rzadkie spotkania
odbywają. Jarosław wchodzi bocznym wejściem, powie swoje i wychodzi. Nie
zostaje, żeby porozmawiać z szarakami. Jego to bardzo męczy. W pewnym
momencie układ wokół prezesa zaczął się zacieśniać.
Członek władz PiS: - Ścisłe kierownictwo spotyka się co tydzień. To jest
nieformalne ciało, czyli prezes wraz z osobami, które postanowił
zaprosić.
Kamil Dziubka: - Ścisłe, czyli prezydium komitetu politycznego?
Członek władz PiS: - Nawet nie. Zresztą wspomniane prezydium, które się
tam niby spotyka, nawet nie jest formalnie ujęte w statucie partii.
Kluczowe są nazwiska: Brudziński, Kamiński, Szydło, Macierewicz,
Terlecki, Sobolewski, Morawiecki i oczywiście Jarosław. Formalne decyzje
podejmuje komitet, a pomiędzy jego posiedzeniami prezes. Potem decyzje
prezesa musi zaakceptować komitet, co czasem się dzieje, a czasem
niekoniecznie, co i tak nie ma większego znaczenia. Najważniejszy jest
prezes i grono jego doradców. Oni mogą sobie mówić, co chcą, a i tak
wszystko zależy od Jarosława. To trochę tak jak w rządzie. Ministrowie
mogą sobie siedzieć, pić kawę, nic nie mówić albo nawijać przez całe
posiedzenie, a i tak decyzje podejmuje premier.
Były doradca Jarosława Kaczyńskiego: - Prezes uzależnił od siebie osoby,
które są najbliżej niego. Ich żony są gdzieś zatrudnione, zjadają te
frukta władzy, ale jednocześnie na tyle ich ze sobą skleił, że ci ludzie
muszą być mu ślepo posłuszni. Oni nie mają szans w żadnym innym
środowisku politycznym. Gdyby PiS się rozpadł, to to otoczenie nie ma
szans na odnalezienie się w innych konfiguracjach politycznych, więc
jest ślepo związane z wodzem, na dobre i na złe. I ten system, przy
braku dopływu informacji przez to, że Jarosław Kaczyński nie ma takich
normalnych kontaktów, jest oderwany od rzeczywistości, jest w kokonie,
zaczyna być dysfunkcjonalny.
Doświadczony parlamentarzysta: - Pamięta pan, jak prezes niedawno
powiedział, że niemiecki konduktor chciał wyrzucić europosłów PiS z pociągu za mówienie po polsku? Tę historię mu opowiedział jakieś
piętnaście lat temu Michał Kamiński. Kaczyński zapamiętał ją piąte przez
dziesiąte i opowiedział nie tak, jak to było w rzeczywistości. A przecież takich przykładów jest więcej. Podobnie było z opowieścią, z której wynikało, że za Platformy było tak biednie, że ludzie musieli
wygrzebywać zakopane dla dzików ziemniaki. A to ani nie było za
Platformy, ani nie chodziło o ziemniaki. Po prostu prezes pojechał
kiedyś na spotkanie z jakimiś leśnikami, którzy mu różne historie
opowiadali. Ale to było ze dwadzieścia lat temu.
Poseł: - Prezes niestety czerpie wiedzę o ludziach często z tego, co
ktoś mu wmówi. Zdarza mu się nierzadko tych opowieści nie weryfikować.
Weźmy przykład afery meleksowej z udziałem Karola Karskiego. Z drugim
posłem po pijaku rozbił dwa wózki golfowe w hotelu na Cyprze. Jakieś
ciężkie pieniądze to kosztowało. Prezes z pełnym przekonaniem ich
bronił. W ogóle nie wierzył w to, co się stało, choć hotel oficjalne
pisma wysłał i do Sejmu, i do MSZ. Jarosław mówił, że to niemożliwe, by
Karski, "klasyczny warszawski inteligent" coś takiego zrobił. I jeszcze,
że "on przecież nie pije". I dopiero chyba wtedy, jak ich cypryjski sąd
skazał, uwierzył w całą sprawę. Nawet się później śmiał: "Dlaczego oni
im od razu na miejscu nie zapłacili za te zniszczenia? Przecież stać ich
na to".
Członek władz państwowych spółek: - Niestety prezes żyje w bańce, którą
sam sobie stworzył, tylko że już ma coraz mniejszy wpływ na jej kształt.
Jest uzależniony od tego, co powiedzą mu inni ludzie. Po nich przychodzą
następni, którzy mówią mu coś zupełnie odwrotnego. On nie ma
instrumentów, żeby prawidłowo ocenić rzeczywistość. Dlatego nie jest w stanie trwale rozwiązywać konfliktów. On zresztą tego nawet do końca nie
chce. To niestety też sprawia, że nie rozumie, jak działa Unia
Europejska i świat stosunków międzynarodowych. Ma od tego Morawieckiego
i na niego to spycha. Jego światem jest Nowogrodzka. Życie partyjne to
jego pasja. Prymat partii nad instytucjami to jego religia.
Poseł: - Nowogrodzka to jest bardzo wąskie i zamknięte grono. Niewiele
osób naprawdę wie, jak tam wygląda i co się tam dzieje. Zawsze tak było.
Posłowie widują Kaczyńskiego zwykle tylko na głosowaniach. Nawet ludzie
uchodzący często za jego kumpli, którzy siedzą blisko niego w ławach
poselskich, rozmawiają z nim twarzą w twarz raz na kilka tygodni, a nawet miesięcy. To, że Kaczyński uważa kogoś za lojalnego, trzyma go w jakichś ważnych ciałach, żeby podnosił rękę, nie znaczy, że ten ktoś ma
z nim kontakt. Prezes, pracując nad jakimiś sprawami, uprawiając
politykę, niespecjalnie ich słucha.
Menedżer: - Swoją drogą ten jego gabinet na Nowogrodzkiej to jest dość
komiczne miejsce. Jakiś zwykły stolik, sztuczny kwiatek w wazonie. Lata
osiemdziesiąte łamane na dziewięćdziesiąte. Taki klimat.
Bywalec Nowogrodzkiej: - Parę osób funkcjonuje w taki sposób, że dzwoni
do prezesa na telefon do domu czy na komórkę. Niezależnie od tego, czy
mają coś do powiedzenia, czy nie. Dzwonią, żeby zadzwonić. A jak nie
mają nic konkretnego, to wymyślają i donoszą na innych. A on niestety
często podchodzi ze zbyt dużym zaufaniem do ludzi.
Poseł: - Jarosław niby ma dystans do siebie, ale jak mu ktoś coś wkręci,
to niewinny żart potrafi się przerodzić w katastrofę dla żartującego.
Kiedyś profesor Andrzej Zybertowicz, który również wkradł się w łaski
Kaczyńskiego, startował do Parlamentu Europejskiego. Napisał na portalu
Karnowskich żartobliwy tekst o prezesie, w którym wyliczał jego wady. To
miał być element kampanii z przymrużeniem oka. Tymczasem ktoś prezesowi
to przedstawił jako drwiny z niego. Skończyło się tak, że prezes
otwarcie poparł kontrkandydata Zybertowicza z listy, więc profesor
wybory przerżnął. Na pocieszenie wylądował w kancelarii Dudy.
Poseł: - Pewnego razu umówiłem się na spotkanie z prezesem. Przychodzę,
rozmawiamy. Dopinaliśmy wtedy jakiś mały partyjny biznes. W pewnym
momencie, mniej więcej po godzinie, wchodzi Michał Moskal, czyli nowa
pani Basia. Mówi, że za drzwiami już czeka premier. Prezes odparł:
"Dziękuję, dziękuję". Moskal wyszedł, a Kaczyński do mnie: "Czytałem
ostatnio bardzo ciekawy artykuł o PKB południowego Londynu w kontekście
brexitu". I wie pan co? Siedzieliśmy, rozmawiając kolejną godzinę, w trakcie której Morawiecki cały czas czekał za drzwiami. Oczywiście z jednej strony był to akt celowego upokorzenia Mateusza i pokazanie, kto
tu rządzi. Jarosław się tym upaja. Z drugiej strony tu trochę wychodzi,
że Kaczyński jest jednak człowiekiem starej daty. To jest u niego
normalne, że się przychodzi na godzinę, dwie, z czego konkrety zajmują
może kwadrans.
Wiceminister: - Zegarek Jarosława Kaczyńskiego odmierza czas zupełnie
inaczej niż zegarki większości ludzi. To do niego się trzeba
dostosowywać, nie odwrotnie. On ma tego świadomość. Jest dobrym, ale
trudnym rozmówcą. Lubi wrzucać swojego interlokutora na głęboką wodę.
Sprawdza, jakie są jego horyzonty. Ni z gruchy, ni z pietruchy potrafi
uciec z jakiegoś politycznego wątku na temat dotyczący literatury,
sztuki czy biznesu. Bardzo dużą wagę przywiązuje do rytuału konwersacji.
Dla niego rozmowa, której celem ma być dobicie jakiegoś targu, nie może
dotyczyć wyłącznie tego zagadnienia. Musi w tym być coś więcej. W tym
sensie on został zaprogramowany jeszcze w XIX wieku.
Poseł: - Dla prezesa jest oczywiste, że jeśli przychodzi do niego gość,
to musi usiąść, wypić herbatkę, trzeba go poznać. Jak dziecko, które
przychodzi do rzadko odwiedzanej cioci, kiedy potrzebuje kieszonkowego
na wyjazd. No nie może wejść i powiedzieć: "Ciotka, wyjeżdżam nad morze,
dawaj kasę". Trzeba ją najpierw spytać, jak się czuje, co u niej
słychać. Inaczej ciocia się poczuje lekceważona. Albo jak babcia, która
wzywa hydraulika i nie pozwala mu wyjść po skończonej robocie, bo
jeszcze musi go poczęstować ciastem. Jest to element konwenansu, który
jest dla Kaczyńskiego ważny. I on się już nie zmieni, bo jest starszym
człowiekiem.
Osłabienie
Poseł: - Oczywiście nie ma co ukrywać, że Kaczyński bardzo się posunął w ciągu ostatnich lat. Czasem mam okazję obserwować go z bliska. Mocno
wychudł, ma teraz taką bardziej pociągłą twarz. Jak to się kiedyś
mówiło, stał się taki bardziej wysuszony. Co chwilę wraca plotka, że
prezes jest chory na raka trzustki i zostało mu kilka miesięcy życia.
Już kilka razy by zdążył umrzeć w tym czasie.
Wiceminister: - Prezes nie dba specjalnie o higienę życia. Jego
otoczenie pod tym względem nie troszczy się o niego wystarczająco.
Myślę, że niezbyt dobrze się odżywia. Wiem, że bardzo długo preferował
tłustą kuchnię. Jadł najczęściej dania serwowane na wynos, które kurier
przynosił z jadłodajni blisko siedziby partii. Może po drugiej operacji
kolana jest z tym trochę lepiej, ale jak się całe życie funkcjonowało
inaczej, to trudno na stare lata coś wyraźnie zmienić.
Poseł: - Ta jego coraz gorsza forma fizyczna sprawia, że coraz słabiej
funkcjonuje w ogóle jako lider. Jeśli masz permanentną nadwagę, żyjesz z ciągłymi dolegliwościami, zastanawiasz się, czy wejdziesz po schodach i jak długo ci to zajmie, ile wytrzymasz na mównicy w trakcie
przemówienia, to jesteś wiecznie niespokojny. A najgorzej, jak
przychodzi wiosna i drzewa zaczynają pylić. Wtedy Jarosława dopada
alergia i chodzi zły jak osa.
Członek władz PiS: - Jarosław źle zniósł drugą operację kolana. Bardzo
cierpiał. Niestety już w trakcie zabiegu się okazało, że zbyt długo to
odkładał. Przez tych kilka lat kości się mocno osłabiły. No ale nie było
wyjścia. Mieliśmy przecież wybory jedne po drugich. Prezes nie mógł tak
po prostu zniknąć na kilka miesięcy. Zresztą miał się położyć do
szpitala zaraz po wyborach w 2019 roku, ale się okazało, że do Sejmu
dostało się zbyt dużo ziobrystów i gowinowców. Jarosław uznał, że
pozostawienie nas z tym może być niebezpieczne, bo było jasne, jakie
Ziobro ma ambicje i jak wrogo jest nastawiony do Morawieckiego. A już po
operacji prezes miał początek sepsy, co go bardzo osłabiło. Na dodatek
nie mógł brać silniejszych leków przeciwbólowych, bo mu to podnosiło
ciśnienie i przez to szybko się denerwował. Zwłaszcza że znowu musiał
się zacząć pokazywać z kulą. Myślę, że to było dla niego trudne, bo to
widoczna oznaka ludzkiej słabości. Chyba nikt tego chce i nikt tego nie
lubi. On także.
Minister: - Prezes ma najlepszą opiekę lekarską, ale też nigdy
specjalnie zdrowo się nie prowadził. Sportów nie uprawiał, przez
ostatnich kilkadziesiąt lat przemierzał świat samochodem prowadzonym
przez kierowcę. Zbyt dużo nie chodził, z czego się wzięły jego problemy
z kolanem. Pamiętam zresztą, że kiedy był na pierwszym zabiegu na tę
nogę, chyba w 2018 roku, krążyła plotka, że to nie kolano jest przyczyną
problemów, tylko nowotwór. To się wzięło z tego, że prezes musiał dłużej
zostać w szpitalu po operacji. Gronkowiec wywołał stan zapalny.
Niektórzy wtedy zaczynali panikować.
Wiceminister: - Jak się wtedy okazało, że prezes musiał odwołać całą
serię spotkań, to ludzie naprawdę się wystraszyli. Ale on musiał już to
zrobić, boby mu to kolano się rozleciało zupełnie. Przez kilkanaście
miesięcy żył z nieustannym bólem. Bolało go, niezależnie od tego, czy
chodził, stał, czy siedział. W trakcie siedzenia czasem nawet było
gorzej. Maskował to długo. Jeździł na rehabilitację, ale operacja była
konieczna.
Bywalec Nowogrodzkiej: - Jarka wkurza jego kuzyn Janek Tomaszewski, bo
do niego co chwilę tabloidy dzwonią i pytają, jak się prezes czuje. A on
im opowiada, że Jarka dziś klata boli, wczoraj kolano, a przedwczoraj go
w kręgosłupie łupało.
Poseł: - Kiedy zaczęły się poważne problemy prezesa ze zdrowiem, dało
się wyczuć, że coś się bezpowrotnie zmieniło. Niektórzy dopiero wtedy
zauważyli, że Jarosław nie jest już pięćdziesięciokilkulatkiem, który
przemierzał Polskę samochodem na siedzeniu pasażera i mógł odbyć kilka
spotkań dziennie w oddalonych od siebie czasem o kilkaset kilometrów
miejscowościach. To się skończyło. A zaczęło się myślenie o tym, co się
może stać, jeśli prezesa zabraknie.
Niewymienialny
Bywalec Nowogrodzkiej: - Jarosław miał w życiu jednego partnera do
robienia polityki i to był jego brat. Każdego innego traktuje
instrumentalnie. On zresztą kiedyś powiedział, że nie widzi sensu
wskazywania swojego następcy, bo i tak to partia go wybierze. Kokietuje.
To jest jego prywatna partia. Statut PiS, który przecież był pisany pod
Kaczyńskiego, przewiduje dość szerokie uprawnienia dla prezesa
honorowego. Mogę sobie wyobrazić, że on rezygnuje z bieżącego kierowania
partią, ale dopóki będzie w pełni władz umysłowych, ktokolwiek byłby
prezesem, będzie musiał się z nim liczyć. Będzie od Kaczyńskiego
uzależniony emocjonalnie, mentalnie. Będzie się podświadomie bał jego
gniewu. W praktyce wszystkie najważniejsze decyzje będą z nim
konsultowane. Jarosław, jeśli nie jest większy niż cały PiS, to na pewno
jest równie duży. Bóg jeden wie, ile to będzie trwało.
Były minister: - W tej partii nie ma już żadnej znaczącej figury oprócz
Jarosława. Nie jest nią ani Morawiecki, ani Szydło, ani nikt inny. Brat
nie żyje, Ludwik Dorn, Marek Jurek, Kazimierz Michał Ujazdowski zostali
wycięci albo sami odeszli. To były jakieś osobowości, które mogły się z prezesem nie zgadzać, mieć jakąś własną agendę, a nade wszystko nie
zawdzięczały swoich karier wyłącznie Kaczyńskiemu. I nie chcę Jarosława
porównywać do Piłsudskiego, ale obawiam się, że pewien scenariusz może
się powtórzyć. Jak marszałek żył, to nikt mu nigdy nie podskoczył. A jak
go nagle zabrakło, to się wszystko posypało.
Bywalec Nowogrodzkiej: - Tak jak Einstein był geniuszem fizyki, tak
Jarosław jest geniuszem fizyki politycznej. Nikt tego nie rozumie tak
jak on. Być może Tusk jest w stanie myśleć podobnymi kategoriami, ale on
ma swoje ograniczenia w postaci rodziny, dzieci. Jarosław tego nie ma.
On nie musi w ten sposób kalkulować.
Poseł: - Prezes czasami rzuca jakieś luźne sugestie dotyczące
konkretnych osób, z których można wywnioskować, że widzi w nich
potencjalnych następców. Wiem, że się świetnie przy tym bawi, ale to mu
jest potrzebne również do tego, by sprawdzić reakcje zainteresowanych.
Bywalec Nowogrodzkiej: - Jarosław raz wspomniał, że myślał o Januszu
Kurtyce, prezesie IPN, który zginął w Smoleńsku, jako o potencjalnym
następcy. Zresztą to wyznanie miało miejsce już po katastrofie, więc
trudno powiedzieć, czy panowie kiedykolwiek rozmawiali o wejściu Kurtyki
do polityki. Do dziś nie wiem, czy on tak rzeczywiście o nim myślał, czy
po prostu Kurtyka był jakimś ucieleśnieniem jego marzenia. Bo on był
profesorem, człowiekiem kulturalnym, pochodził z Krakowa. Zresztą pomimo
tego, iż miał serce po prawej stronie, był w stosunku do partii trochę
ciałem obcym. A może wyjaśnienie jest zupełnie inne. Być może Jarosław
chciał wbić szpilę Ziobrze, który wtedy nie ukrywał swoich ambicji
przejęcia schedy w PiS po prezesie?
Doświadczony parlamentarzysta: - Moim zdaniem nie będzie nikogo, kto
przejmie rząd dusz nad całą prawicą. Powstaną co najmniej trzy ruchy.
Może dwa. Jeden skupi się wokół Ziobry i będzie to reprezentacja nurtu
eurosceptycznego. Drugi będzie bardziej liberalny. Natomiast szyld PiS i pieniądze, czyli struktura, pozostaną przy Mariuszu Błaszczaku. To
ugrupowanie za kilka lat będzie mieć dziesięć, być może piętnaście
procent poparcia. A będzie to wynikać między innymi z tego, że jeśli
opozycja przejmie władzę, rozpocznie brutalne rozliczanie PiS. W pierwszej kolejności zarzuty usłyszy Morawiecki za wybory kopertowe.
Współtwórca kampanii wyborczych: - Jarosław moim zdaniem nie widzi w Morawieckim swojego następcy. Jeśli kogoś namaści na szefa partii,
będzie nim raczej Mariusz Błaszczak. W Morawieckim widzi być może
kandydata na prezydenta. Może to dziwnie zabrzmi, ale Kaczyński ma
kompleks na punkcie tego, jaką partią jest PiS. Sam Kaczyński
niewątpliwie jest wychowany w takim etosie inteligenckim i bardzo mu
zależało na tym, żeby pozyskiwać do PiS-u ludzi reprezentujących taki
etos, czyli ewidentnych przedstawicieli elit społecznych. Mam tu na
myśli na przykład Piotra Glińskiego. Również Konstanty Radziwiłł na
pewnym etapie był tak postrzegany. Stąd dziwna słabość do profesorów,
ale też do ludzi, którzy w takim ogólnym poczuciu społecznym
reprezentują jakąś wyższą klasę. I taką osobą niewątpliwie jest
Morawiecki.
Bywalec Nowogrodzkiej: - Morawiecki myśli o swojej roli w polityce
długoterminowo. Proszę mnie dobrze zrozumieć... On świadomie daje sobą
pomiatać, bo ma inną perspektywę niż Kaczyński. Przełknie wszystko.
Natomiast on do końca nie wie, jakie plany ma wobec niego Jarosław.
Kaczyński to jest rekin w stadzie gupików. Morawiecki też jest gupikiem.
Prezes ma psychikę drapieżcy. Dla niego partnerstwo w polityce nie
istnieje. Każdy, kto chce być blisko niego, musi zostać przeczołgany.
Mateusz dał się przeczołgać, więc ja nie czuję w nim partnera dla
prezesa.
Były współpracownik Jarosława Kaczyńskiego: - Myślę, że Kaczyński
doskonale zdaje sobie sprawę z błędów, które popełnił w ciągu ostatnich
ośmiu lat. Jeśli chce się rządzić wiele, wiele lat, mieć sterowność, to
trzeba podejmować pewne decyzje. Weźmy kwestię Ziobry. Jarosław ma
pretensje do niego, że on go ciągnie za nogawkę. No ale prezes miał
szansę go przyjąć z powrotem do PiS na swoich zasadach. Ustalić z nim,
że może wejść, ale jasno postawić granice. Bo dziś Ziobro wie, że
Kaczyński nie widzi w nim swojego następcy, więc jest zakładnikiem tej
sytuacji. Mógł znaleźć optymalną formułę współpracy. Mógł zrobić to, co
Orbán na Węgrzech. Mało kto o tym pamięta, ale jego Fidesz startuje w wyborach w ramach koalicji z Chrześcijańsko-Demokratyczną Partią Ludową.
Więc Orbán znalazł odpowiednią formułę niekonfrontacyjnej kooperacji.
Kaczyński miał szansę to zrobić i zabetonować tę stronę sceny
politycznej, kiedy był najsilniejszy. Ziobro to jedno. Ale jest jeszcze
PSL. Gdyby ludowcy dostali dobrą ofertę i ją przyjęli, Jarosław miałby
spokój na kolejne dwie, trzy kadencje. No ale wtedy musiałby PSL-owi
powiedzieć: "Będziecie rządzić z nami we wszystkich sejmikach, nie
będziemy was wsadzać do więzień, dostaniecie wpływ na media państwowe,
przestaniemy was niszczyć, ale podpiszcie z nami umowę na trzydzieści
lat". Jak się jest silnym, można się dzielić. Jarosław przespał ten
moment. Dziś musi ciułać głosy u jakiegoś Mejzy, którego w dawnych
czasach by kazał ubiczować i wygnać z kraju. A wie pan, że jak się
pojawiły pierwsze kompromitujące artykuły o Mejzie, to ten pobiegł na
Nowogrodzką i usłyszał, że Kaczyński wcale nie chce jego dymisji?
Dopiero po kolejnych publikacjach na jego temat już nie było wyjścia,
ale trwało to przecież dobrych kilka tygodni. Jednak ta sytuacja
pokazuje, w jakim położeniu jest Kaczyński. Chciał budować wielką
partię, chciał być emerytowanym zbawcą narodu, a bał się skasować
jakiegoś drobnego cwaniaczka.
Zarządzanie przez konflikt
Wiceminister: - Jak Kaczyński rządzi ludźmi? Dam panu taki przykład.
Kolega minister poszedł na spotkanie do Jarosława. Opowiada mu, co tam
słychać w resorcie. W pewnym momencie prezes go pyta o sytuację w jego
okręgu wyborczym. No to kolega zaczyna wyliczać, ile konferencji
zorganizowali, jakie inicjatywy podjęli. Jarek mu przerwał: "Ale ja nie
o to pytam. Chcę wiedzieć, kto się z kim aktualnie żre".
Senator: - Kaczyński, pomny wszystkich klęsk prawicy, konsekwentnie
budował swoją partię, zarządzając nią na zasadach konfliktu. To znaczy
zawsze w terenie były jakieś dwie grupy czy trzy, które rywalizowały.
Senator: - Jarosław oparł się na bardzo wąskiej grupie, do której miał
zaufanie. To właśnie tym ludziom delegował pewne zadania, ale ściśle to
kontrolował. I stworzył system, który doprowadził do patologii. We
wszystkich okręgach wewnątrz PiS są jakieś konflikty. Nie ma okręgu,
gdzie nie ma absolutnie konfliktów.
Poseł: - Największa wojna u nas jest chyba na Podlasiu. Moim zdaniem to
jest matka wszystkich wojen. Były minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel
walczy z Jarosławem Zielińskim, który był ministrem od policji. To ten,
co mu konfetti zrzucali z policyjnego śmigłowca. Z kolei wiceminister
edukacji Piontkowski, który jest z Łomży, wiecznie wycinał Lecha
Kołakowskiego. Ten się w końcu wkurzył i przy piątce dla zwierząt
powiedział, że opuszcza PiS. Prezes Kaczyński miał już tego dość, ale
straciliśmy większość i w końcu go zaprosił do siebie. Kołakowski
wrócił, ale w ramach zapłaty przez kilka miesięcy był doradcą w Banku
Gospodarstwa Krajowego za czterdzieści tysięcy złotych miesięcznie.
Podobno się nawet wykłócał o samochód z kierowcą. Z Kołakowskim w konflikcie była jeszcze posłanka Bernadetta Krynicka, też z Łomży. Jak
senatorem z Podlasia została Anna Maria Anders, to kiedyś pojechała się
pożalić do prezesa. Mówi do niego: "Jarosław, to jest dom wariatów.
Chciałam zorganizować spotkanie opłatkowe. Zaprosiłam Kołakowskiego i Krynicką. Jak tamci się dowiedzieli, że będą przy jednym stole, to
skończyło się tak, że oboje nie przyszli". A prezes do niej: "Aniu, nie
przejmuj się. To nie jest żaden konflikt. Konflikt to jest dopiero
pomiędzy Jurgielem i Zielińskim". Andersowej wtedy ręce opadły.
Poseł: - Taki klasyczny konflikt był między Leonardem Krasulskim i jego
żoną a Jurkiem Wilkiem i jego żoną. Ekipa z Elbląga. Jarosław miał do
nich słabość, bo ich poznał w 1989 roku, jak startował do Senatu po
Okrągłym Stole. Krasulski należy do komitetu politycznego, więc jest
członkiem najwyższych władz w partii. W Sejmie siedzi zaraz nad
prezesem, więc go zawsze kamery pokazują. Wie pan, on to podstawówkę
chyba tylko skończył. Coś nawet kręcił w sprawie tego wykształcenia
później. Z wojska go za komuny wyrzucili. Potem dostał wyrok za wypadek
po pijanemu. Ale trwa przy prezesie, łupież mu strzepuje chusteczką z marynarki. On się potrafił wielokrotnie powoływać na wolę prezesa w sprawach, o których z nim nawet nie rozmawiał. Zresztą w ogóle on ma
problem z językiem polskim. A Jurek Wilk, były prezydent Elbląga,
dobrotliwy człowiek. Gość, bez którego nie byłoby przekopu Mierzei
Wiślanej. Pilnował tego. Prezes wiedział, że oni się nie cierpią z Krasulskim. Ale lubił ich obu i krzywdy im nie dał zrobić. U nas mówią,
że jak Jurek Wilk umarł, to w Elblągu były tego dnia dwie imprezy. Jedna
to stypa organizowana przez rodzinę zmarłego, a druga u Krasulskich. I ponoć Kaczyński zawitał i tu, i tu.
Poseł: - Jarosław jest mściwy i pamiętliwy. A pamięć ma świetną, wręcz
fotograficzną. Ze szczegółami pamięta wydarzenia sprzed lat. Potrafi
odtworzyć zdania wypowiadane przez kogoś na temat jakichś błahych spraw,
które dziś nie mają żadnego znaczenia, ale które jednocześnie wpływają
na ocenę tej osoby u prezesa.
Bywalec Nowogrodzkiej: - Tak było z Mariuszem Chłopikiem, jednym z głównych bohaterów afery mailowej. Prawa ręka Morawieckiego. To był
gość, który wcześniej pracował w biurze partii. Odpowiadał za
organizację wyjazdów i część medialną. Obsługiwał Kaczyńskiego, jak ten
podróżował po kraju. Czuwał nad nagłośnieniem, salą i temu podobnymi
rzeczami. Dość ciężko pracował i dużo zrobił. Był naprawdę dobrym
organizatorem. To on w kilka godzin zorganizował wyjazd prezesa do
Smoleńska w dniu katastrofy, włącznie z załatwieniem samolotu. Jednak w pewnym momencie Jarosław go skasował. A stało się tak z powodu
absolutnie kuriozalnej sytuacji. Z okazji jakiejś historycznej rocznicy
odbywała się uroczystość. Byliśmy wtedy jeszcze w opozycji, a imprezę
organizowały władze Warszawy, czyli wówczas jeszcze Hanna
Gronkiewicz-Waltz. Kaczyński dostał zaproszenie i Chłopik miał pojechać
tam przed wydarzeniem i zaklepać prezesowi siedzące miejsce w pierwszym
rzędzie. Tyle że pół godziny przed imprezą do Chłopika zadzwonił
kierowca prezesa z informacją, że Kaczyńskiego jednak nie będzie. No to
Mariusz przestał pilnować miejsca dla Jarosława i pojechał do domu.
Niestety okazało się, że prezes jednak przyjechał i znalazł się w idiotycznej sytuacji, bo stał i nie miał gdzie usiąść. Jarosław zrobił
potem awanturę o to, że Chłopik nie szanuje starszych ludzi. Już nawet
nie chodziło mu o to, że nie szanuje szefa partii, tylko że wobec
starszego człowieka rzekomo nie ma szacunku. Kompletnie absurdalna
sytuacja, która moim zdaniem źle świadczy nie o Chłopiku, tylko o prezesie. Nie rozumiem, jak można z powodu takiej sytuacji skreślić
człowieka, który tyle lat rzetelnie pracował.
Poseł: - Kaczyński do tego stopnia go znienawidził, że w 2015 roku
zablokował jego nominację na prezesa spółki, która jest operatorem
Stadionu Narodowego. Jak się dowiedział, że jest taki pomysł, to wręcz
dał rozkaz: "Możecie dać to każdemu, tylko nie jemu".
Współpracownik prezydenta: - To, jak Kaczyński potrafi być zapiekły,
świetnie pokazuje historia Marcina Mastalerka. W kampanii prezydenckiej
w 2015 roku prezes zadzwonił do Mastalerka, który był ważnym macherem u Andrzeja Dudy, bo mu Kurski nagadał, że Andrzejowi słabo idzie. Kazał
Mastalerkowi natychmiast wracać do Warszawy, żeby ustalić zmiany w strategii. Duda był wtedy w trasie, a Mastalerek razem z nim. I ten
powiedział, że nie przyjedzie, bo się zajmuje kampanią tam, gdzie ona
się toczy. I to był jego koniec w partii. Odroczony o kilka miesięcy.
Nie miało znaczenia to, że Duda wygrał po doskonałej kampanii.
Kilkanaście tygodni później Kaczyński na posiedzeniu komitetu
politycznego odczytywał nazwiska tych, którzy znaleźli się na listach
wyborczych do Sejmu. Skończył czytać, a Mastalerek wstał i powiedział:
"Nie usłyszałem swojego nazwiska". Kaczyński odpowiedział, że ma rację,
bo go nie ma. Jarosław dodał: "Sprawę stawiam tak, że albo pan, albo
ja". Ludzie byli w szoku. Byli pewni, że Marcin zacznie na kolanach
błagać o miejsce. A on wstał i powiedział: "Pan jest bardziej potrzebny
partii niż ja. W takim razie dla dobra Polski ja rezygnuję". Kaczyński
wtedy w nerwach spytał: "A ja działam nie dla dobra Polski?". Tak się
skończyła historia Marcina w PiS.
Bywalec Nowogrodzkiej: - Mamy kilka małżeństw działaczy. No niestety ten
model nie zawsze się sprawdza, mówiąc delikatnie. To znaczy... Sprawdza
się, dopóki się mąż z żoną nie zaczną kłócić. Mieliśmy już poważny
rozwód i to taki, że żona zaczęła Jarosławowi nadawać na męża. Wywaliła
cały ich prywatny syf. No bebechy były na wierzchu. Przyznam, że bardzo
skutecznie załatwiła swojego byłego, bo w następnych wyborach miejsca na
liście on raczej nie dostanie.
Poseł: - Prezes ma przedziwny stosunek do kobiet. Mają na niego
wyjątkowy wpływ. Podam przykład. W jednym z okręgów trzeba było usunąć
dwóch działaczy Prawa i Sprawiedliwości z funkcji, które sprawowali w samorządach, ponieważ sprzeniewierzyli się ewidentnie zasadom i linii
programowej. Cała sprawa była omówiona z szefem okręgu. Zostało
uzgodnione, na którym posiedzeniu, kto i jaki wniosek postawi. Okazało
się, że te osoby znalazły dojście do dwóch posłanek, które nawet nie
pochodziły z tego okręgu. Poszły do prezesa. Jedna zaczęła mówić w ten
sposób: "Panie prezesie, ale jeden z tych działaczy jest bardzo uczynny,
naprawiał mi samochód i ogólnie bardzo mi pomagał". Druga też dorzuciła
swoje trzy grosze. I dzwoni telefon w połowie posiedzenia tego gremium,
które miało wyrzucić tych gości. To był telefon z Nowogrodzkiej. Chwilę
później pada wniosek o wstrzymanie procedury wykluczania tych osób.
Radny: - Proszę sobie prześledzić relacje z miesięcznic smoleńskich.
Kobiety z partii bardzo ściśle pilnowały, żeby być najbliżej prezesa.
Potrafiły szpilkę wbić jakiemuś posłowi, który przez przypadek znalazł
się zbyt blisko Jarosława. Otaczały go szczelnym kordonem. Wmówiły mu,
że ocieplają jego wizerunek.
Menedżer: - Powiem panu szczerze. W systemie, w którym Jarosław nie chce
być premierem, nie ma możliwości, żeby pojawiła się jednostka, która
mogłaby się wybić i kreować na nowego, prawdziwego lidera, bo Jarosław
od razu pompuje kolejnego. Na Śląsku, który jest bardzo trudnym regionem
wyborczym, jest utrzymywany stan permanentnego konfliktu i Kaczyński
bardzo dba, żeby nie było tam żadnego oczywistego lidera politycznego.
On to robi z premedytacją. Napuszcza jedną frakcję śląską na drugą,
tworzy trzecią. Tak samo będzie z urzędem premiera. Dopóki prezes żyje,
nie będzie jednostki, która mogłaby stać się samodzielnym ośrodkiem w ramach obozu władzy. To jest po prostu niemożliwe. Jeśli Kaczyński
sugeruje, że ktoś w przyszłości może być liderem partii, to tworzy
iluzję. Nie może być naturalnego następcy w partii o tak skrajnie
odmiennych interesach wewnętrznych. PiS jest wbrew pozorom bardzo
pojemną partią. U nas są ludzie wywodzący się z dawnej Unii Wolności i ci, którzy zaczynali w środowiskach nacjonalistycznych. Są byli
korwiniści i byli ZChN-owcy. Kaczyński wie, że musi napuszczać jednych
na drugich, żeby różne grupy zajmowały się wzajemnym zwalczaniem. I to
paradoksalnie trzyma PiS w ryzach.
Radykał
Minister: - Mówię to z pełną odpowiedzialnością: to Jarosław Kaczyński
dał przyzwolenie Julii Przyłębskiej, żeby w 2020 roku ruszyła sprawę
aborcji. Natomiast on był święcie przekonany, że orzeczenie Trybunału
Konstytucyjnego będzie sformułowane w ten sposób, że za niezgodne z konstytucją zostaną uznane przypadki lekkiego uszkodzenia płodu. Mówiąc
"lekkie", mam na myśli zespół Downa. Tymczasem TK poszedł zdecydowanie
dalej. Pierwszy raz widziałem Kaczyńskiego w stanie autentycznej paniki.
Proszę mi wierzyć. Przy wcześniejszych protestach dotyczących na
przykład ustaw sądowych on nigdy nie obawiał się utraty kontroli nad
wydarzeniami. Natomiast masowe protesty w sprawie aborcji, które wylały
się poza wielkie miasta, sprawiły, że on rzeczywiście był przerażony
wizją utraty władzy. To wtedy nagrał to słynne wystąpienie, w którym
wzywał do obrony kościołów. To pokazywało skalę jego przerażenia. Powiem
więcej. To Kaczyński był autorem pomysłu wyprowadzenia wojsk na ulicę
przeciwko tym protestom. Miał zostać wprowadzony stan wyjątkowy.
Odpowiednia decyzja była już przygotowywana, ale ostro sprzeciwiły się
jej trzy osoby: Mateusz Morawiecki, Jarosław Gowin i Michał Dworczyk.
Ten ostatni uważał, że armia się po tym wizerunkowo nie podniesie.
Zresztą Kaczyński potem przyznał w jakiejś rozmowie, że brał pod uwagę,
że wojsko jeszcze bardziej rozjuszy ludzi i to się skończy dymisją
całego rządu. Ale na pewnym etapie był skłonny podjąć takie ryzyko.
Kamil Dziubka: - Był gotowy na stan wyjątkowy, mimo że wcześniej nie
chciał wprowadzić żadnego ze stanów nadzwyczajnych z powodu pandemii?
Minister: - Wtedy mieliśmy przekonanie, że społeczeństwo odbierze to
bardzo źle. Polakom stany nadzwyczajne kojarzą się ze stanem wojennym.
Poseł: - On nie dostrzegał, że na tych protestach są kobiety, młodsze,
starsze, nastoletnie. Inaczej jest, jak wysyłasz policyjną prewencję na
chuliganów stadionowych, a inaczej jak widzisz, że to jest protest,
gdzie osiemdziesiąt procent stanowią kobiety. Kaczyński niestety nie ma
zbyt rozwiniętej inteligencji emocjonalnej i trudno mu przewidzieć
konsekwencje pewnych decyzji.
Wiceminister: - Na jednej z narad Szymczyk, czyli szef policji, mówił,
że obawia się rebelii wewnątrz formacji. Opowiadał, że część policjantów
jest na granicy niewykonania rozkazów. Przekonywał, że nie wyobraża
sobie wydania polecenia o siłowym rozpędzeniu protestów. Oczywiście
potem zdarzyły się przypadki użycia siły, jakiejś dziewczynie
antyterrorysta z pałką złamał rękę, ale rozkaz, żeby w całym kraju na
masową skalę w ten sposób załatwić sprawę, nie padł.
Poseł: - O wyroku Trybunału Konstytucyjnego przesądził nacisk tak zwanej
frakcji pro-life, której twarzą jest Bartłomiej Wróblewski. On później
kandydował na Rzecznika Praw Obywatelskich. Wróblewski stworzył
Parlamentarny Zespół na rzecz Życia i Rodziny. Ludzie z tej grupy
zatrzymali się gdzieś na 2016 roku. Kaczyński po protestach czarnych
parasolek obiecał im, że sprawa aborcji wróci. Nie zdawali sobie sprawy,
jak zmieniły się nastroje. Myśleli, że społeczeństwo zrozumie, iż
przerywanie ciąży z powodu niepełnosprawności dziecka nie może być
zaakceptowane. A tutaj do głosu doszła zupełnie nowa grupa ludzi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki