Kudłata - Katarzyna Gańko

Kup ebooka

35.00 zł
28.00 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

_

1. Zapach druciarza

_

Żółta zawarczała i lekko uniosła głowę. Tylko tyle. Rozciągnięta na ziemi nie przestawała karmić szczeniąt. Nawet nie odsłoniła zębów.

- Myślałam, że przyjdzie, dopiero jak pomrzemy z głodu. - To była jedyna uwaga, na którą się zdo­była.

Zimny wiatr jako pierwszy wepchnął się przez osłoniętą kocami drucianą furtkę kojca. Żółta zady­gotała, ale spojrzała w kierunku wejścia. Kątem oka dostrzegła czerwonawo wybarwioną persymonę i ruch. Już po krokach poznała, kto przyszedł. Starzec. Gdyby to był ktoś inny, nie byłaby taka spokojna. Minęło dopiero czternaście dni od chwili, kiedy urodziła szczeniaki.

Starzec zamknął bramę, postawił na ziemi garnek, z którego obficie wydobywała się para, i wypuścił z ust chmurę papierosowego dymu. Zasępił się.

- Hmm, sierść mają mięciutką... - Wyciągał małe, ślepe jeszcze, które posilały się wtulone w matczyne ciało. - O, potwory! Zassiecie ją na śmierć!

- Tak, te mają niesamowity apetyt - jęknęła w odpowiedzi Żółta i delikatnie się uniosła.

Miała nabrzmiałe, zaczerwienione sutki i luźno zwisające, długie kołtuny sierści. Wyglądała na wycieńczoną. Zaczęła łapczywie jeść śniadanie. Starzec przykucnął i zapalił kolejnego papierosa. Suka dygotała. Łopatki sterczały z jej wychudzonego ciała. Obserwował, jak je. Szczeniaki zgubiły sutki, więc zaczęły węszyć dokoła, szukając matki. Żółta nawet nie zerknęła w ich kierunku. Podobnie kiedy zaczęły skomleć i próbowały przyciągnąć jej uwagę psotami. Była pochłonięta wyłącznie jedzeniem. Stary druciarz wyłączył grzejnik olejowy, który pracował całą noc w rogu budy.

- Ho, ho, cała paleta kolorów! - zauważył.

Szczeniaki miały rzeczywiście różnorodne umaszczenie: były tam dwa z żółto-brązową sierścią, jeden brązowy, jeden biały, dwa w białe i dwa w ciemne łaty oraz jeden cały czarny.

- Już niedługo - powiedział i poklepał Żółtą po karku. - Wkrótce znajdziemy im nowe domy.

Suka z pyskiem schowanym w garnku nawet nie zareagowała. Mimo że pochłonęła całą porcję, nie czuła się najedzona. Wylizała resztki, które upadły na ziemię, i z żalem spojrzała na starca. Mężczyzna podniósł białego szczeniaka leżącego nieco z boku po­słania.

- Ech, pierworodny... w końcu... - cmoknął z nie­zadowoleniem. Spojrzał na szczeniaka ze smutkiem. Mały był sztywny. - Od samego początku był cherlawy - dodał.

- Urodził się taki słaby... Nie dał rady nawet ssać... Tych pierwszych zawsze najbardziej mi szkoda... - zawyła Żółta, a potem rozciągnęła się ponownie na ziemi.

Szczenięta po omacku się w nią wtuliły. Za każdym razem, kiedy uderzały głowami czy łapkami o jej brzuch, on kołysał się delikatnie. Maluchy walczyły o sutki. Dwa żółtawe, najsilniejsze, odepchnęły starszych braci i zajęły centralne miejsce. Czarna kulka potoczyła się w tył. Próbowała ponownie znaleźć szczelinę i wepchnąć się w środek, ale tylne łapy rodzeństwa po raz kolejny skutecznie ją odepchnęły. Zaskomlała i znowu się podniosła. Zbliżyła się raz jeszcze, ale nikt się nie przesunął, żeby ją wpuścić.

- Nie jesteś jakaś wybrakowana, dlaczego cię odpychają...?

Starzec podniósł czarną sunię i położył na dłoni. Była taka maleńka i leciutka.

- Jak to się stało, że Żółta urodziła szczenię tak bardzo inne od pozostałych? Twoja sierść wygląda, jakby już urosła... Spowija cię najczarniejsza z czerni, wiesz?

- Żadne z moich dzieci nigdy tak nie wyglądało. Nie jest też podobna do ojca... - westchnęła Żółta zrezygnowanym tonem. Brzmiało to tak, jakby nie była zadowolona z tych niecodziennych narodzin.

Sunia powąchała rękę starego człowieka. Pachniała metalem, ostro, wyraziście - drucianą siatką, o którą uderzyła, wypchnięta przez rodzeństwo z legowiska. Zmarszczyła się, mrużąc ślepka. Zapach przyprawił ją o znajomy ból głowy. Niespodziewanie powoli rozchyliła powieki. Zobaczyła pomarszczoną twarz staruszka, usianą bliznami i czarnymi strupami - pamiątką po spawaniu, które było jego codziennością.

- Ho, ho, nie do wiary! Pierwsza z nich wszystkich otworzyłaś oczy!

Starzec chwycił żółto-brązowego szczeniaka, który leżał pośrodku legowiska, i odłożył w jego miejsce czarną sunię.

_

2. Kiedy poczujesz dziwny zapach...

_

- Natychmiast go odłóż! - Dziadek Krzykacz zamachnął się miotłą.

Żółta trzymała w pysku cętkowane szczenię - jak zwykle, za kark. Wystraszona krzykiem w jednej chwili puściła małego. Szczeniak jęknął żałośnie. Suka z jazgotem uciekła do warzywnika, co jeszcze bardziej rozzłościło dziadka. A jeśli przez nieuwagę podepcze kapustę pekińską, która właśnie dojrzała do kiszenia?!

- Niedobry pies! Wychodź stamtąd natychmiast! - krzyczał głośno dziadek i wymachiwał miotłą.

Dziadek Krzykacz to nikt inny jak stary druciarz. Szczenięta nazywają go Krzykaczem, ponieważ stale wrzeszczy i pohukuje jak szalony. W jego sytuacji trudno jednak zachowywać się inaczej. Pies­ki z natury są niesforne i często sprawiają kłopoty. Wędrują i działają w grupie. Ich ulubioną zabawą jest gryzienie butów. Poza tym zjadają wiklinowe tace babci, czyszcząc je z suszonych ryb, memłają plastry suszonych cukinii, a kiedy się znudzą - zostawiają po sobie pamiątkę w postaci kupy. W wolnych chwilach zabawiają się praniem, które wiatr zwiał ze sznura. Zdarza się także, że wyciągają z szopy sznurek i bawią się nim, okręcając go sobie dokoła szyi i podduszając się.

- Nie widzę najstarszego! - zawołała Żółta z ogrodu warzywnego. - Hej, do ciebie mówię! - ponownie zaszczekała w kierunku dziadka. - Nie ma żółto-brązowego!

Dziadek Krzykacz nie mógł jednak rozumieć psiej mowy. Nie wiedząc, o co chodzi, wykrzyknął:

- No, teraz to już naprawdę przesadziłaś!

Złapał za miotłę i pobiegł do warzywnika.

Żółta zaczęła uciekać. Wbiegła w popłochu za spiżarnię z glinianymi garnkami, potem ruszyła w kierunku podwórza i znowu między warzywami, a na koniec w stronę szopy. Cały czas wykrzykiwała:

- Nie ma mojego najstarszego! Dlaczego udajesz, że nie słyszysz, co mówię?!

Długowłosa czarna sunia przykucnęła pod oknem i tępo patrzyła za biegającymi to tu, to tam sylwetkami dziadka i mamy. Mama jest zła. Muszę uważać, żeby mnie nie ugryzła jak Łatki.

Kilka dni temu do domu przyszedł obcy mężczyzna. Wszedł na posłanie, rozsiewając mocny, charakterystyczny zapach. Zabrał jedno z cętkowanych szczeniąt. Żółta wtedy okropnie się zdenerwowała. Tym razem było podobnie. Czarna sunia wszystko widziała. Gość, który dziś rano odwiedził dziadka, zabrał najstarsze, żółto-brązowe szczenię. Wykorzystał chwilę, gdy Żółta poszła za babcią do kurnika. Zapach mężczyzny nie podobał się czarnej suni. Nieznajomy nosił poprzepalane, stare buciory. Ich swąd wgryzał się w nozdrza i przyprawiał ją o rozsadzający ból głowy. Kiedy zbliżał się, szczerząc zęby w uśmiechu, sunia markotniała, ale jednocześnie czuła narastającą złość. Kuliła się w sobie i czujna jak ważka obserwowała każdy jego ruch, gotowa ugryźć, jeśli tylko wysunie do niej rękę. Na szczęście mężczyzna nawet nie zerknął w jej w stronę.

- Ha, ha, niezły widok! Patrzcie tylko!

Ze szczytu płotu dobiegł szyderczy śmiech. Chrapliwe brzmienie było bardzo nieprzyjemne dla ucha. Sunia uniosła głowę i spojrzała na ogrodzenie. Na płocie sąsiadów siedziała Stara kotka i obserwowała ich podwórze.

Niedobrze. Nawet jak nic nie mówi, to i tak z daleka nas szpieguje. Co za niewychowana kocica!

Sunia zaczęła ujadać na kotkę. Ta w odwecie wyszczerzyła się w dziwacznym niby-uśmiechu. Zalśniły kły, a jej oczy zamieniły się w szparki. Sunia poczuła, jak włosy na grzbiecie stają jej dęba. Szczerze nie cierpiała ani śmiechu kotki, ani tego, że zawsze dostawała oczopląsu na widok pasiastego futra przesuwającego się wzdłuż płotu.

Ten, kto zabrał żółto-brązowego szczeniaka, też miał taki chrapliwy głos.

Sunia zaszczekała hałaśliwie. Stara kotka zamachnęła się łapą, jakby z zamiarem drapnięcia, po czym zniknęła po drugiej stronie ogrodzenia.

- Dajcie już spokój! Jesteście tacy sami. Czy to pies, czy to człowiek, ciągle ta sama historia - mamrotała do siebie babcia, wychodząc z kuchni.

- Coś ty powiedziała? Czy to człowiek, czy to pies?!

Dziadek wyraźnie się zdenerwował. Babcia jednak, udając, że nie słyszy, zapakowała do sporej, drewnianej miski fartuch oraz słomianą podkładkę do noszenia naczyń na głowie. Najwyraźniej szykowała się do wyjścia na rynek. Wychodziła rano i wracała, kiedy robiło się ciemno. Za każdym razem przynosiła okrawki z ryb, z których gotowała posiłek dla psów. Te machały radośnie ogonami już na sam odgłos jej kroków.

- Powinieneś wpłacić pieniądze za szczeniaki na lokatę do banku. Dongi niedługo pójdzie do przedszkola, powinniśmy ich jakoś wesprzeć. W końcu jesteśmy jego dziadkami - powiedziała babcia, po czym postawiła na czubku głowy drewnianą miskę i wyszła.

Dziadek uśmiechnął się pod wąsem.

- Wpłacić pieniądze? Bo wnuczek idzie do przedszkola? Niby dlaczego mielibyśmy to robić? Mamy zaległy czynsz za wynajem warsztatu i trzeba zapłacić za części do roweru...

Dziadek oparł miotłę o persymonę i poszedł w stronę kranu. Napełnił drewnianą miskę i zaniósł ją do psiej budy. Szczenięta podbiegły za nim truchcikiem i wsadziły pyski do wody. Psia mama razem z nimi. Czarna sunia stała i obserwowała wszyst­ko z daleka, nie bardzo wiedząc, co począć. Przeczuwała, że jeśli zrobi podobnie, matka ją odepchnie. Walczyła z rodzeństwem, kiedy ją przeganiało, ale kiedy to była matka, wolała trzymać się z daleka. Smuciła się, bo myślała, że mama jej nie lubi.

- Nie wyglądasz na zadbaną. Wygląd psa jest szalenie ważny - mawiała matka. Za każdym razem, kiedy cmokała rozczarowana, sunia bezwiednie spuszczała głowę.

Wszystko przez te kołtuny... Do tego była czarniusieńka od stóp do głów, więc także kolorem sierści całkowicie różniła się od rodzeństwa. Futro rosło i rosło razem z nią, aż w końcu przykryło jej nawet oczy. Idąc za przykładem matki, pozostałe pieski często bezmyślnie dokuczały suni. Nie pozwalały jej podchodzić zbyt blisko i jeść razem z nimi. To dlatego posilała się szybciej niż inne szczeniaki. Wkrótce pojawił się u niej nawyk łapczywego połykania.

- Hej, nie ociągaj się tam! - Dziadek zagwizdał na sunię.

Mała poczuła, jak sztywnieje. Dopiero po chwili wolno podeszła i wsadziła pysk do miski. Zaczęła chłeptać wodę. W końcu dziadek Krzykacz jest w pobliżu, więc matka nie powinna jej dokuczać. Jeżeli szczenięta w zabawie znowu wywrócą miskę do góry nogami, to mogła być jedyna okazja zwilżenia gardła. Babcia i dziadek wracali, dopiero kiedy robiło się ciemno.

- Jesteś inna niż wszyscy i dobrze. Ciekawe, do kogo trafisz... - Dziadek zamyślił się, tarmosząc czarne futro.

Sunia skuliła się w sobie, ale nie zrobiła uniku. Dłoń, choć szorstka, była przyjemnie ciepła.

Kiedy dziadek ją wołał, zawsze krzyczał głośno: "Hej, Kudłaczu!", a ona dobrze wiedziała, że to do niej. Nazywał ją tak z powodu niesfornej, długiej sierści. Czarne futro lśniło przepięknie, a z czasem długie kosmyki zaczęły się zwijać w pukle, wyraźnie wyróżniając ją spośród rodzeństwa.

I choć to niesforna sierść przyniosła jej takie przezwisko, to Kudłata była jedynym szczeniakiem, któremu dziadek nadał prawdziwe imię.

_

3. Złodziej na murze

_

Zeszłej nocy było zimno, biały mróz pobielił okolicę. Mur, gałęzie drzew, powiązana w pęczki kapusta pekińska w warzywnym ogrodzie, bele słomy ryżowej przed domem - wszystko pokryło się szronem. Promienie słońca delikatnie topiły powierzchnię smukłych igiełek, co dawało im jeszcze piękniejszy blask.

Na persymonę przyleciała sroka, która miała chrapkę na owoc z czubka drzewa. Zamiast zająć się smakołykiem, ptak jednak głośno zaskrzeczał, obracając się w kierunku ogrodzenia. Po murze przechadzała się dostojnie Stara kotka.

- Sprzedałeś rower, który składałeś? - zapytała babcia, stawiając na czubku głowy drewnianą mis­kę. Nosiła maseczkę ochronną na twarz, miała katar i mówiła przez nos.

- Ledwie naprawiłem dętki. Gdyby za każdym razem udawało się sprzedać to, co poskładam, byłbym już bogaczem - odpowiedział dziadek, strzepując ręcznikiem szron z siodełka. - Jeśli znajdzie się kupiec, chętnie oddam mu rower za dobrą cenę.

- Nie sprzedawaj zbyt tanio. Składałeś go kilka dni w pocie czoła. Martwię się, że jesteś zbyt uległy wobec tych, którzy mają gadane i mamią cię okrągłymi słówkami.

- Zbyt uległy? Ja? - Dziadek podniósł głos.

Babcia zamilkła i szybko odeszła, zabierając miskę.

- Rozrzucają truciznę na szczury po okolicy dla ochrony plonów przed gryzoniami. Przed wyjściem upewnij się, czy psy są bezpieczne! - rzuciła jeszcze, oddalając się.

- A czy ja wyglądam jak psi tata? Czy to mój obowiązek dbać o ich bezpieczeństwo? - biadolił dziadek Krzykacz, wymachując ręcznikiem w kierunku bramy.

Babci już tam jednak nie było. Popatrzył na budę. Wystawały z niej tylko psie łebki. Kiedy spojrzenie szczeniaków napotkało wzrok dziadka, straciły odwagę i schowały się z powrotem w swojej bezpiecznej kryjówce.

- Rozłożyli trutkę na szczury? - Przez chwilę pomyślał, że to faktycznie może być niebezpieczne.

Dziadek wyciągnął dwie deski stojące obok budy.

- Ochronię je. W końcu to moje skarby. Całkiem niezła sumka! - krzyknął dziadek jakby do babci i zerknął na bramę. - Do licha, całą noc słabuje, a rano musi wstać i iść handlować rybami. Ani syna. Ani córki. Los nie jest dla niej łaskawy, biedna kobieta...

Dziadek umieścił deski na bagażniku roweru. Szczeniaki ponownie wysunęły głowy. Ich matka rozciągnęła się leniwie, w połowie wystając ze swojej budy, która stała poza kojcem.

- Hej, Żółta, bądź czujna i pilnuj domu! - krzyknął dziadek.

Suka podskoczyła wystraszona i podniosła się. Szczeniaki podkuliły ogony i wcisnęły się w kąt.

Dziadek Krzykacz przywiązał sukę. Przywykła do tego, bo robił to za każdym razem, kiedy wychodził z domu.

- Babcia, chociaż chora, poszła do pracy. Przynajmniej wy strzeżcie dobrze domu! Rozumiecie? - krzyknął gorzko, jakby to z winy psów babcia nie mogła odpocząć i zadbać o siebie.

Żółta w odpowiedzi hardo zaszczekała:

- Zaraz ogłuchnę!

Żółto-brązowy szczeniak powtórzył za nią:

- Zaraz ogłuchnę!

- Hej, ty! Gdzie twoje maniery?!- zganiła go matka.

Szczeniak zaskomlał i zamilkł. Pozostałe młode zwiesiły ogony i obserwowały sytuację. Ten widok rozbawił dziadka. Powiedział do siebie:

- Nie warto za bardzo ganić maluchów. To bez sensu. Też taki byłem. I co mam z tego dzisiaj...? Dzieci... Wydaje im się, że same wyrosły... Nie chcą z tobą mieszkać. Nie zadzwonią nawet, kiedy matka choruje...

Żółta popatrzyła, jak dziadek bierze rower i oddala się w kierunku bramy. Delikatnie zamerdała ogonem na pożegnanie. W podobny sposób pomachały mu także szczenięta.

Dziadek wsunął jedną z desek w szparę pod bramą. Ponieważ skrzydło było wahadłowe, zablokował je od wewnątrz kamieniem, a potem wyszedł na zewnątrz i wkładając dłoń od dołu, zaryglował je również z drugiej strony. Kiedy ostrożnie blokował wejście od zewnątrz, Kudłata asystowała mu, stojąc po drugiej stronie - od środka. Gdy odjechał, strzygła uszami do momentu, póki nie ucichł chrzęst opon na drodze. Dumała, dokąd się wybrał. Miała ochotę mu towarzyszyć.

Poszła pod persymonę. Polizała owoc, który zerwała sroka. Był lekko zmrożony, przyjemnie orzeźwiający.

- Też jestem głodna.

Ze szczytu ogrodzenia dał się słyszeć niemiły głos. Kudłata obejrzała się. Po murze przechadzała się leniwie Stara kotka. Wydzielała mocny, drażniący zapach.

Żółta spała rozciągnięta, wystając połową ciała na zewnątrz budy. Może to z powodu wieku, ale ostatnio za każdym razem, kiedy się najadła, zapadała w drzemkę. Jej dzieci biegały po warzywniku i bawiły się w chowanego.

- Wszędzie na polach rozkładają te trutki. Co roku po żniwach to samo, głupcy! Przez parę dobrych dni nie dam rady zjeść nawet małego szczura. Hej, ty, młoda! Nie żal ci starej kocicy? - zawołała kotka i wykrzywiła się w uśmiechu, po czym ułożyła się na murku ogrodzenia.

Kudłata wzdrygnęła się przestraszona, że kocica zeskoczy na podwórze.

- Starsi państwo wyszli. Pewnie się nudzicie? Pobawić się z wami?

Kudłata zaszczekała donośnie, żeby usłyszała ją matka. Żółta zawarczała groźnie z oddali. Bawiące się w ogrodzie warzywnym szczenięta także zaczęły ujadać.

- No dobra, jak wam się nie podoba, to bez łaski.

Stara kotka dała susa za płot i już jej nie było. Czując pozostawiony przez nią zapach, Kudłata nie przestawała szczekać.

- Cisza! Bez sensu przerywasz mi drzemkę! - zganiła ją matka.

Kudłata zamilkła, ale zapach od strony ogrodzenia ciągle ją drażnił. Ponownie poszła pogrzebać pod persymonę, gdy nagle od strony warzywnika dobieg­ły ją odgłosy walki. Szczenięta pastwiły się nad Małym - najmłodszym z rodzeństwa - szczeniakiem z czarną łatką, który był mniejszy od innych, miał gorszy apetyt, przez co był także słabszy niż reszta. Kudłata podbiegła w stronę glinianych garnków i zaszczekała:

- Hej, wy! Przestańcie!

- Nie wtrącaj się! - warknęła Złocista, największa spośród rodzeństwa suczka w żółto-brązowym kolorze. - Wyrzutek! - dodała.

Nie wiadomo, czy rodzeństwo mu w tym nie pomogło, ale Mały przewrócił się i skomląc, lizał łapę. Wyglądało na to, że krwawi.

- Spróbuj raz jeszcze mi się sprzeciwić, a ugryzę cię także w drugą łapę! - warknęła ostrzegawczo Złocista i wyszła z warzywnika.

Reszta rodzeństwa podążyła za nią. Mały został sam w ogrodzie. To nie był pierwszy raz, kiedy Złocista wykorzystała swoje gabaryty i zachowała się w taki sposób.

Kudłata postanowiła zająć się czymś innym. Zaczęła gryźć drewniane pudełko, które leżało pod persymoną, by dać ulgę swędzącym dziąsłom. Rodzeństwo też podgryzało różne rzeczy w związku z dokuczającymi w tym wieku dziąsłami i rosnącymi zębami. Łaciate szczenięta często gryzły siatkę. Jednak Złocista - inaczej niż reszta - kochała miętosić buty dziadka, czym co jakiś czas narażała się na jego gniew.

Czarna sunia wgryzła się już w pudełko całkiem porządnie, gdy usłyszała muzykę dobiegającą z oddali. Matka tłumaczyła jej, że ten dźwięk dochodzi z kościoła. Mówiła też, że kiedy poszła za nim, poznała ojca szczeniąt.

- Też bym chciała pójść za tym dźwiękiem i go spotkać - wyszeptała Kudłata, zerkając w stronę, z której dobiegał głos.

Złocista zaczęła gryźć pranie zwiane przez wiatr, a młode łaciate lizały się nawzajem po pyszczkach. Ich matka spała zmęczona. Ciepłe promienie słońca wypełniały całe podwórze. To był spokojny dzień.

Wtem nagle wszyscy usłyszeli przeraźliwy krzyk. Psy zerwały się i spojrzały w stronę warzywnika. Dokładnie w tej chwili Stara kotka wynurzyła się spośród główek kapusty pekińskiej i wskoczyła na mur.

- Co się dzieje? - zaszczekała wybudzona ze snu matka szczeniąt. Chciała pobiec na pomoc. Bezskutecznie szarpnęła łańcuch, na którym była uwiązana, chcąc się uwolnić.

Kudłata dotarła na grządki najszybciej. Mały leżał w bruździe i piszczał przeraźliwie. Wkrótce dobiegła do niego także reszta rodzeństwa.

- Spróbuj wstać... - Kudłata zbliżyła się do brata i polizała go po pyszczku.

Mały z trudem otworzył oczy i spojrzał na nią. Kudłata skrzywiła się. Poczuła zapach Starej kotki. Z szyi Małego tryskała krew, rana musiała być głęboka.

- Mamo, mamo!

- Mały jest ranny! To sprawka kotki! - wołały szczenięta jedno przez drugie, nie mogąc powstrzymać płaczu.

Matka szarpała się na łańcuchu i głośno ujadała. Uwiązana nie mogła jednak zrobić za wiele. Biegała bez sensu dokoła budy.

- Poliżcie go! Przynieście go do mnie! - krzyczała, szarpiąc się na łańcuchu, jakby chciała, żeby w końcu pękł. Żadne ze szczeniąt nie potrafiło zrobić tego, o co prosiła. Bezradnie kręciły się w kółko.

- Mały nie może wstać!

- Musisz tu sama przyjść, mamo!

- Kochanie, mówiłam, chodź tutaj... - dyszała z wywieszonym językiem Żółta, z całej siły szarpiąc łańcuch. Za każdym razem, kiedy wyskakiwała w górę, żelazny łańcuch brzęczał, a buda się bujała. Metalowe mocowania trzymały jednak budę na miejscu.

Mały ciężko dyszał, najwyraźniej cierpiał. Skomlał, a z jego oczu toczyły się łzy. Popiskiwał tak przez chwilę w samotności i bezsilności, aż w końcu zamknął oczy i przestał się ruszać.

Matka zawyła z przeraźliwym smutkiem w głosie, patrząc w niebo. Uwięziona, z łańcuchem na szyi.

Kudłata spojrzała na płot, w jej oczach stanęły łzy. Stara kotka nonszalancko wylegiwała się na brzuchu. Myła się swoim długim językiem.

- Jesteś okropna! - zaszczekała z płaczem Ku­dłata.

- Dlaczego twierdzisz, że to moja wina? - miauknęła kotka. - Ten zapach...? To był wypadek... To nie moja sprawka. Zranił się.

Kotka wstała i zaczęła się przechadzać po ogrodzeniu. Zdawało się, że nie chce odejść i ma jeszcze jakieś plany wobec Małego. Jej futro w paski przyprawiło Kudłatą o zawroty głowy.

Żółta raz jeszcze żałośnie zawyła, patrząc w niebo. Z pobliskiego kościoła dobiegła kojąca muzyka. To był smutny wieczór. Tuż po tym, jak mały szczeniak z czarną łatką został pochowany pod persymoną, na podwórze zawitała sąsiadka. Wychodząc, zabrała ze sobą innego łaciatego szczeniaka.

_

4. Słodki przyjaciel

_

Śnieg padał całą noc i otulił białym kożuchem wszystko dokoła. Kudłata wstała dość wcześnie i wyszła na przechadzkę. Wędrowała, zostawiając za sobą ślady łap. Śnieg łaskotał ją tak, że nie mogła stąpać równo. Chichocząc, przechadzała się po ośnieżonym warzywniku.

Na nagiej persymonie znów zaskrzeczała sroka. Być może z powodu zimna jej głos był donośny i krystaliczny. Nagle z trzepotem sfrunęła i usiadła przed psią budą. Z wielką starannością zaczęła dziobać w pustej misce. Ale ponieważ nie było tam ani krzty jedzenia, rozejrzała się po okolicy i z powrotem odleciała na drzewo. Ostatnio trudno było o pożywienie, więc sroka, dbając o pełen brzuch, ochoczo korzystała z dobrodziejstw psiej miski.

Okno otworzyło się ze stukotem i ukazały się w nim twarze dziadka i dziecka, pomarszczona i gład­ka. Chłopiec był wnukiem Krzykacza. Przyjechał późną nocą.

- Ale super! Śnieg! - Dongi zaklaskał w dłonie.

- Tak, napadało, że ho, ho! - wykrzyknął dziadek i radośnie zaklaskał za wnukiem.

Nie minęła chwila i Dongi już znalazł się na zewnątrz. Przecisnął się obok Złocistej, która wy­jęła mały but wsunięty pod drzwi i gryząc go, zaczęła się nim bawić.

- Co? Mój but? - Dongi skrzywił się.

But był już mocno pogryziony i miał zniszczony wierzch. Na słowa chłopca Złocista cofnęła się, ale nie wypuściła swojej zdobyczy z pyska.

- Mój but... - powtórzył ze łzami w oczach Dongi i wskazał na Złocistą.

Sunia zamerdała ogonem i zbliżyła się do chłopca, żeby go polizać w rękę. Twarz Dongiego zrobiła się czerwona, zesztywniał i wybuchnął płaczem. Złocista zaczęła biegać w kółko, aż w końcu rozbawiona wskoczyła przednimi łapami na klatkę piersiową chłopca.

- Hej, no co ty?! - krzyknął Dongi, zacisnął pięści i gwałtownie szturchnął sunię.

Ta zaskomlała i rozpłaszczyła się na ziemi. Kudłata i Łatka zatrzymały się.

- Wiedziałam, że tak się stanie! Dobrze ci tak! - zawołała tryumfalnie Łatka, śmiejąc się.

Po raz pierwszy widziała, żeby Złocista została zbesztana. Złocista łypnęła gniewnie, więc Łatka wróciła do gryzienia drucianej siatki.

Kudłata, widząc, że Złocista się martwi, ukradkiem zbliżyła się do niej. Zranienia powinno się przecież wylizywać. Przypomniała sobie historię z Małym. Często rozmyślała o tym, czy jej brat by nie umarł, gdyby wtedy za nim poszła, pomogła w porę i wylizała go.

- Oddawaj, oddawaj... - wołał z płaczem Dongi, koślawo drepcząc.

Nagle wszyscy znaleźli się na zewnątrz. Jako pierwszy pojawił się dziadek, a za nim mama Dongiego. Babcia wyszła prosto z kuchni z kadzią w rękach. Na końcu tata chłopca, który wyglądał, jakby przerwano mu drzemkę. Dziadek znalazł poszarpany but.

- A to szelmy!

Krzykacz rzucił piorunujące spojrzenie w kierunku psów i popędził na podwórze. Trzymał miot­łę. Złocista podkuliła ogon i zaczęła się wycofywać.

- Uciekaj! - zaszczekała Łatka, przykucając na tylnych łapach i tupiąc przednimi.

Złocista uciekała szybko, tocząc się jak kulka po podwórzu, a dziadek ganiał ją z miotłą. Pobiegła w stronę glinianych garnków, potem do ogrodu warzywnego, aż w końcu wślizgnęła się pod bramę i uciekła na zewnątrz. Rozzłoszczony Krzykacz wrócił zdyszany do domu. Puszczając z ust kłęby białej pary, zamachnął się na Kudłatą.

- Jak mogłyście tak pogryźć nowe buty!

Miotła bezlitośnie uderzyła Kudłatą w grzbiet.

- Ale to nie ja! - Kudłata odskoczyła zdumiona.

To było niesprawiedliwe i oburzające. Czarna sunia uciekła, ale co chwilę oglądała się za siebie. Dziadek wciąż wymachiwał miotłą.

- Dziadku, to Złocista... - powiedział Dongi, pociągając nosem.

Krzykacz usłyszał, ale nie przeprosił Kudłatej. Zamiast tego zaczął zamiatać śnieg, mamrocząc do siebie:

- Jak to ścierwo nauczyło się rozgryzać buty?

Kudłata z rozpalonym, obolałym grzbietem wróciła ze spuszczoną głową do budy. Nie mogła tego pojąć. Czasami dziadek był dla niej bardzo miły, a czasami traktował ją jak wyrzutka, podobnie jak jej psia rodzina.

Kapryśny z niego człowiek. Kiedy wpada w furię i się wydziera, nie wolno za blisko podchodzić...

Dziadek zjadł śniadanie i wyszedł z domu. Chciał kupić Dongiemu nowe buty. Ponieważ jednak sklepy były pozamykane z okazji Nowego Roku, wrócił do domu z pustymi rękami.

- Jeszcze jesz, chociaż pożarłaś nowe buty Dong­iego? - wymamrotał dziadek, patrząc, jak Złocista wcina świąteczną zupę z kluskami ryżowymi.

Suczka, jakby przyklejona do miski, nic sobie nie robiła z jego uwag. Słynęła z tego, że póki było jedzenie, póty jej głowa tkwiła w misce.

- Takie są młode, no cóż... Zanim się czegoś nauczą, popełniają błędy. Muszą ostrzyć zęby. Robią tak od pokoleń - mruczała pod nosem psia matka, ogryzając dawno niejedzoną kość.

Kudłata najadła się i położyła na słońcu. Łatka próbowała wciągnąć ją do zabawy, ale ta udawała, że nie słyszy. Przyszedł Dongi. Na nogach miał wielkie, ocieplane futrem buty dziadka. Kudłata troszkę się spięła, ale nie ruszyła się z miejsca.

- Wygląda jak lew - powiedział Dongi, patrząc na nią.

Kudłata przyglądała się chłopcu. Mrugała co chwilę, bo długa sierść wchodziła jej w oczy. Dongi był chłopcem o błyszczącym spojrzeniu i rumianych policzkach.

- Ale ma długą sierść! Strasznie długą!

Dongi przykucnął obok Kudłatej i zaczął tarmosić ją po głowie. Zwichrzył jej futro na karku, dotknął łap i odgarnął grzywę, żeby spojrzeć w oczy. Pachniał tak słodko... Pogrzebał w kieszeni i wyjął z niej zawiniątko.

- Jedz. To czekolada - powiedział.

Kudłata powąchała ostrożnie mały, okrągły smakołyk, a zaraz potem zjadła go łapczywie do ostatniego okruszka. Nigdy wcześniej nie próbowała czegoś podobnego. Smakowało wybornie, było jednak zbyt małe. Sunia wylizała raz i drugi pachnącą czekoladą dłoń Dongiego.

- Ojoj, łaskocze. Łaskoczesz mnie, mówiłem!

Kudłatej podobał się radosny śmiech chłopca. Jego delikatny głos - tak inny niż głos dziadka - bardzo przypadł jej do gustu. Urzekły ją także małe, słodkie dłonie chłopca. Dongi, człapiąc w wielkich buciorach, poszedł po grzebień, żeby uczesać futro Kudłatej. Odgarnął na bok sierść, która przykrywała jej oczy, i spiął ją spinaczem do bielizny.

To łaskocze. Ale jest takie odświeżające. I takie przyjemne!

Kudłata przymknęła powieki. Leżała i było jej dobrze.

- Ja też tak chcę!

- Ja też, ja też! Jestem ładniejsza. Ona jest brudna!

- Zgadza się, ona jest wyrzutkiem!

Łatka i Złocista uwijały się dokoła nich, przekrzykiwały nawzajem i skakały. Dotykanie długiej sierści Kudłatej jednak tak podobało się Dongiemu, że nawet nie zerknął w stronę innych szczeniąt.

- Dongi, pora do domu! - Tata chłopca podniósł go z ziemi. Pewnie dlatego, że malec nie miał swoich butów.

Przed dom wyszła jego mama, z dwiema wielkimi torbami w rękach. Dziadek zauważył ją i pomyślał, że gdy przyjechała, to miała tylko jedną torbę. Spochmurniał i powiedział:

- Przyjechaliście tylko po to, żeby stracić nowe buty? Gdzie wam tak spieszno? Pojedziecie, jak kupimy trzewiki dla dziecka.

Czyżby go nie usłyszeli? Żadne z nich nie zareagowało. W milczeniu skierowali się do furtki. Babcia niosła za nimi dodatkowe pakunki. Nie mając wyboru, dziadek w końcu podążył za nimi. Przed bramą jednak zatrzymał się.

- Do widzenia, ojcze - powiedziała mama Dong­iego, odwracając się. - Wrócimy wkrótce.

Tata chłopca wyszedł bez pożegnania. Dongi zamachał z jego objęć i zawołał:

- Cześć, Kudłata!

- Nie odchodź! Pobawmy się jeszcze! - zaszczekała sunia i pobiegła za nimi z żalem, że towarzysz zabaw został uwięziony w ramionach ojca.

Po wyjściu za bramę krążyła między dziadkiem a tatą Dongiego, aż w końcu zatrzymała się i jęknęła ze smutkiem. Kroki taty oddalały się zbyt szybko.

- Na starość wiele rzeczy nie idzie tak, jak byśmy sobie tego życzyli. Cóż robić... Gdyby sprawy Chanu szły po jego myśli, prawdopodobnie by nie ignorował ojca i matki. Pewnego dnia i tak zaproponuje nam wspólne mieszkanie. Ech, nie ma co zaprzątać sobie głowy. W końcu, jeśli tylko oczekujemy, nie mogąc dać nic w zamian, to czysta chciwość.

Kudłata zauważyła, jak dziadek głośno wzdycha. Ramiona mu opadły i zgarbił się jakoś bardziej niż zwykle.

- Dom jest dziwnie pusty. Nie bywają tu zbyt często. Chciałbym częściej widywać małego...

Dziadek Krzykacz ponownie wziął miotłę. Zaczął zamiatać podwórze. Bez potrzeby, bo cały śnieżny puch uprzątnął już przed chwilą. Wciąż jednak zamiatał... I zamiatał...

Nagle zaszczekała Żółta. Była wyraźnie zdenerwowana. Po chwili w furtce pojawiła się sąsiadka. Często zaglądała, kiedy tylko babcia była w domu.

- Hej, sąsiedzie! Po co tak pucujesz czyste podwórko? Będzie lśniło jak lustro! - zawołała ze śmiechem.

Zmieszany dziadek oparł miotłę o persymonę. Kudłata podeszła do sąsiadki i obwąchała jej nogę. Spodnie mocno pachniały naturalnymi lekami tradycyjnej medycyny chińskiej.

- Sprzedaj mi, proszę, tego złocistego szczeniaka. Dobrze zapłacę - zaproponowała sąsiadka, patrząc na Złocistą.

Sunia zastrzygła uszami i zaszczekała. Łatka jej zawtórowała. Ich matka zaczęła ujadać jeszcze głośniej. Wygląda na to, że także Złocistą chcą sprzedać. Sprzedaż oznacza, że opuści ten dom i nie wróci tu nig­dy.

- Nie, Złocistej nie - dziadek potrząsnął głową.

Kudłata spojrzała ukradkiem na dziadka. Myślała, że nie lubi Złocistej, skoro awanturował się z jej powodu, ale wyglądało na to, że jednak jest inaczej. A zatem kogo uznają za psa na sprzedaż? Sierść stanęła Kudłatej dęba.

- Trzymasz ją na matkę kolejnych szczeniąt?

- Oczywiście. Jest najsilniejsza ze wszystkich.

- Mnie też przypadła do gustu - drążyła sąsiadka.

- Tak, wiem, ale nie mogę. Matka jest już stara - powiedział dziadek, zerkając to na Kudłatą, to na Łatkę.

Czarna sunia skurczyła się w sobie. Ogarnął ją smutek. Skulona powlokła się w stronę drucianego kojca.