_
4. Słodki przyjaciel
_
Śnieg padał całą noc i otulił białym kożuchem wszystko dokoła. Kudłata wstała dość wcześnie i wyszła na przechadzkę. Wędrowała, zostawiając za sobą ślady łap. Śnieg łaskotał ją tak, że nie mogła stąpać równo. Chichocząc, przechadzała się po ośnieżonym warzywniku.
Na nagiej persymonie znów zaskrzeczała sroka. Być może z powodu zimna jej głos był donośny i krystaliczny. Nagle z trzepotem sfrunęła i usiadła przed psią budą. Z wielką starannością zaczęła dziobać w pustej misce. Ale ponieważ nie było tam ani krzty jedzenia, rozejrzała się po okolicy i z powrotem odleciała na drzewo. Ostatnio trudno było o pożywienie, więc sroka, dbając o pełen brzuch, ochoczo korzystała z dobrodziejstw psiej miski.
Okno otworzyło się ze stukotem i ukazały się w nim twarze dziadka i dziecka, pomarszczona i gładka. Chłopiec był wnukiem Krzykacza. Przyjechał późną nocą.
- Ale super! Śnieg! - Dongi zaklaskał w dłonie.
- Tak, napadało, że ho, ho! - wykrzyknął dziadek i radośnie zaklaskał za wnukiem.
Nie minęła chwila i Dongi już znalazł się na zewnątrz. Przecisnął się obok Złocistej, która wyjęła mały but wsunięty pod drzwi i gryząc go, zaczęła się nim bawić.
- Co? Mój but? - Dongi skrzywił się.
But był już mocno pogryziony i miał zniszczony wierzch. Na słowa chłopca Złocista cofnęła się, ale nie wypuściła swojej zdobyczy z pyska.
- Mój but... - powtórzył ze łzami w oczach Dongi i wskazał na Złocistą.
Sunia zamerdała ogonem i zbliżyła się do chłopca, żeby go polizać w rękę. Twarz Dongiego zrobiła się czerwona, zesztywniał i wybuchnął płaczem. Złocista zaczęła biegać w kółko, aż w końcu rozbawiona wskoczyła przednimi łapami na klatkę piersiową chłopca.
- Hej, no co ty?! - krzyknął Dongi, zacisnął pięści i gwałtownie szturchnął sunię.
Ta zaskomlała i rozpłaszczyła się na ziemi. Kudłata i Łatka zatrzymały się.
- Wiedziałam, że tak się stanie! Dobrze ci tak! - zawołała tryumfalnie Łatka, śmiejąc się.
Po raz pierwszy widziała, żeby Złocista została zbesztana. Złocista łypnęła gniewnie, więc Łatka wróciła do gryzienia drucianej siatki.
Kudłata, widząc, że Złocista się martwi, ukradkiem zbliżyła się do niej. Zranienia powinno się przecież wylizywać. Przypomniała sobie historię z Małym. Często rozmyślała o tym, czy jej brat by nie umarł, gdyby wtedy za nim poszła, pomogła w porę i wylizała go.
- Oddawaj, oddawaj... - wołał z płaczem Dongi, koślawo drepcząc.
Nagle wszyscy znaleźli się na zewnątrz. Jako pierwszy pojawił się dziadek, a za nim mama Dongiego. Babcia wyszła prosto z kuchni z kadzią w rękach. Na końcu tata chłopca, który wyglądał, jakby przerwano mu drzemkę. Dziadek znalazł poszarpany but.
- A to szelmy!
Krzykacz rzucił piorunujące spojrzenie w kierunku psów i popędził na podwórze. Trzymał miotłę. Złocista podkuliła ogon i zaczęła się wycofywać.
- Uciekaj! - zaszczekała Łatka, przykucając na tylnych łapach i tupiąc przednimi.
Złocista uciekała szybko, tocząc się jak kulka po podwórzu, a dziadek ganiał ją z miotłą. Pobiegła w stronę glinianych garnków, potem do ogrodu warzywnego, aż w końcu wślizgnęła się pod bramę i uciekła na zewnątrz. Rozzłoszczony Krzykacz wrócił zdyszany do domu. Puszczając z ust kłęby białej pary, zamachnął się na Kudłatą.
- Jak mogłyście tak pogryźć nowe buty!
Miotła bezlitośnie uderzyła Kudłatą w grzbiet.
- Ale to nie ja! - Kudłata odskoczyła zdumiona.
To było niesprawiedliwe i oburzające. Czarna sunia uciekła, ale co chwilę oglądała się za siebie. Dziadek wciąż wymachiwał miotłą.
- Dziadku, to Złocista... - powiedział Dongi, pociągając nosem.
Krzykacz usłyszał, ale nie przeprosił Kudłatej. Zamiast tego zaczął zamiatać śnieg, mamrocząc do siebie:
- Jak to ścierwo nauczyło się rozgryzać buty?
Kudłata z rozpalonym, obolałym grzbietem wróciła ze spuszczoną głową do budy. Nie mogła tego pojąć. Czasami dziadek był dla niej bardzo miły, a czasami traktował ją jak wyrzutka, podobnie jak jej psia rodzina.
Kapryśny z niego człowiek. Kiedy wpada w furię i się wydziera, nie wolno za blisko podchodzić...
Dziadek zjadł śniadanie i wyszedł z domu. Chciał kupić Dongiemu nowe buty. Ponieważ jednak sklepy były pozamykane z okazji Nowego Roku, wrócił do domu z pustymi rękami.
- Jeszcze jesz, chociaż pożarłaś nowe buty Dongiego? - wymamrotał dziadek, patrząc, jak Złocista wcina świąteczną zupę z kluskami ryżowymi.
Suczka, jakby przyklejona do miski, nic sobie nie robiła z jego uwag. Słynęła z tego, że póki było jedzenie, póty jej głowa tkwiła w misce.
- Takie są młode, no cóż... Zanim się czegoś nauczą, popełniają błędy. Muszą ostrzyć zęby. Robią tak od pokoleń - mruczała pod nosem psia matka, ogryzając dawno niejedzoną kość.
Kudłata najadła się i położyła na słońcu. Łatka próbowała wciągnąć ją do zabawy, ale ta udawała, że nie słyszy. Przyszedł Dongi. Na nogach miał wielkie, ocieplane futrem buty dziadka. Kudłata troszkę się spięła, ale nie ruszyła się z miejsca.
- Wygląda jak lew - powiedział Dongi, patrząc na nią.
Kudłata przyglądała się chłopcu. Mrugała co chwilę, bo długa sierść wchodziła jej w oczy. Dongi był chłopcem o błyszczącym spojrzeniu i rumianych policzkach.
- Ale ma długą sierść! Strasznie długą!
Dongi przykucnął obok Kudłatej i zaczął tarmosić ją po głowie. Zwichrzył jej futro na karku, dotknął łap i odgarnął grzywę, żeby spojrzeć w oczy. Pachniał tak słodko... Pogrzebał w kieszeni i wyjął z niej zawiniątko.
- Jedz. To czekolada - powiedział.
Kudłata powąchała ostrożnie mały, okrągły smakołyk, a zaraz potem zjadła go łapczywie do ostatniego okruszka. Nigdy wcześniej nie próbowała czegoś podobnego. Smakowało wybornie, było jednak zbyt małe. Sunia wylizała raz i drugi pachnącą czekoladą dłoń Dongiego.
- Ojoj, łaskocze. Łaskoczesz mnie, mówiłem!
Kudłatej podobał się radosny śmiech chłopca. Jego delikatny głos - tak inny niż głos dziadka - bardzo przypadł jej do gustu. Urzekły ją także małe, słodkie dłonie chłopca. Dongi, człapiąc w wielkich buciorach, poszedł po grzebień, żeby uczesać futro Kudłatej. Odgarnął na bok sierść, która przykrywała jej oczy, i spiął ją spinaczem do bielizny.
To łaskocze. Ale jest takie odświeżające. I takie przyjemne!
Kudłata przymknęła powieki. Leżała i było jej dobrze.
- Ja też tak chcę!
- Ja też, ja też! Jestem ładniejsza. Ona jest brudna!
- Zgadza się, ona jest wyrzutkiem!
Łatka i Złocista uwijały się dokoła nich, przekrzykiwały nawzajem i skakały. Dotykanie długiej sierści Kudłatej jednak tak podobało się Dongiemu, że nawet nie zerknął w stronę innych szczeniąt.
- Dongi, pora do domu! - Tata chłopca podniósł go z ziemi. Pewnie dlatego, że malec nie miał swoich butów.
Przed dom wyszła jego mama, z dwiema wielkimi torbami w rękach. Dziadek zauważył ją i pomyślał, że gdy przyjechała, to miała tylko jedną torbę. Spochmurniał i powiedział:
- Przyjechaliście tylko po to, żeby stracić nowe buty? Gdzie wam tak spieszno? Pojedziecie, jak kupimy trzewiki dla dziecka.
Czyżby go nie usłyszeli? Żadne z nich nie zareagowało. W milczeniu skierowali się do furtki. Babcia niosła za nimi dodatkowe pakunki. Nie mając wyboru, dziadek w końcu podążył za nimi. Przed bramą jednak zatrzymał się.
- Do widzenia, ojcze - powiedziała mama Dongiego, odwracając się. - Wrócimy wkrótce.
Tata chłopca wyszedł bez pożegnania. Dongi zamachał z jego objęć i zawołał:
- Cześć, Kudłata!
- Nie odchodź! Pobawmy się jeszcze! - zaszczekała sunia i pobiegła za nimi z żalem, że towarzysz zabaw został uwięziony w ramionach ojca.
Po wyjściu za bramę krążyła między dziadkiem a tatą Dongiego, aż w końcu zatrzymała się i jęknęła ze smutkiem. Kroki taty oddalały się zbyt szybko.
- Na starość wiele rzeczy nie idzie tak, jak byśmy sobie tego życzyli. Cóż robić... Gdyby sprawy Chanu szły po jego myśli, prawdopodobnie by nie ignorował ojca i matki. Pewnego dnia i tak zaproponuje nam wspólne mieszkanie. Ech, nie ma co zaprzątać sobie głowy. W końcu, jeśli tylko oczekujemy, nie mogąc dać nic w zamian, to czysta chciwość.
Kudłata zauważyła, jak dziadek głośno wzdycha. Ramiona mu opadły i zgarbił się jakoś bardziej niż zwykle.
- Dom jest dziwnie pusty. Nie bywają tu zbyt często. Chciałbym częściej widywać małego...
Dziadek Krzykacz ponownie wziął miotłę. Zaczął zamiatać podwórze. Bez potrzeby, bo cały śnieżny puch uprzątnął już przed chwilą. Wciąż jednak zamiatał... I zamiatał...
Nagle zaszczekała Żółta. Była wyraźnie zdenerwowana. Po chwili w furtce pojawiła się sąsiadka. Często zaglądała, kiedy tylko babcia była w domu.
- Hej, sąsiedzie! Po co tak pucujesz czyste podwórko? Będzie lśniło jak lustro! - zawołała ze śmiechem.
Zmieszany dziadek oparł miotłę o persymonę. Kudłata podeszła do sąsiadki i obwąchała jej nogę. Spodnie mocno pachniały naturalnymi lekami tradycyjnej medycyny chińskiej.
- Sprzedaj mi, proszę, tego złocistego szczeniaka. Dobrze zapłacę - zaproponowała sąsiadka, patrząc na Złocistą.
Sunia zastrzygła uszami i zaszczekała. Łatka jej zawtórowała. Ich matka zaczęła ujadać jeszcze głośniej. Wygląda na to, że także Złocistą chcą sprzedać. Sprzedaż oznacza, że opuści ten dom i nie wróci tu nigdy.
- Nie, Złocistej nie - dziadek potrząsnął głową.
Kudłata spojrzała ukradkiem na dziadka. Myślała, że nie lubi Złocistej, skoro awanturował się z jej powodu, ale wyglądało na to, że jednak jest inaczej. A zatem kogo uznają za psa na sprzedaż? Sierść stanęła Kudłatej dęba.
- Trzymasz ją na matkę kolejnych szczeniąt?
- Oczywiście. Jest najsilniejsza ze wszystkich.
- Mnie też przypadła do gustu - drążyła sąsiadka.
- Tak, wiem, ale nie mogę. Matka jest już stara - powiedział dziadek, zerkając to na Kudłatą, to na Łatkę.
Czarna sunia skurczyła się w sobie. Ogarnął ją smutek. Skulona powlokła się w stronę drucianego kojca.