2
Tehuantepec, sierpień 1939 roku
Jak co rano na kilka sekund przed otwarciem oczu, gdzieś pomiędzy snem a jawą, Nayeli wyciągnęła rękę i opuszkami palców badała skraj swojego łóżka. Nie potrafiła sobie wyobrazić rozpoczęcia dnia bez położenia dłoni na ciepłym policzku starszej siostry.
Chociaż dzieliły je trzy lata różnicy, wielu uważało, że są bliźniaczkami: miały takie same smukłe nogi z zaokrąglonymi udami, szerokie biodra, mięsiste usta z uniesionymi kącikami, które sprawiały, że wyglądały, jakby zawsze się uśmiechały, chociaż nie robiły tego zbyt często, i burze czarnych, prostych, lśniących włosów, które przykrywały ich smukłe talie niczym jedwabna zasłona. Oczy jednak miały zupełnie inne. Oczy Rosy były skośne i miały kolor rzecznego brązu rzeki Tehuantepec, oczy Nayeli były okrągłe i zielone jak dwa liście opuncji rosnącej na wzgórzu. "My, Tehuanki, mamy w żyłach krew wszystkich ras świata" - odpowiadała Ana, jej matka, za każdym razem, gdy ktoś marszczył brwi na widok tamtejszej kobiety z jasnymi oczami.
Rosa miała dar ruchu: jej ciało zawsze zdawało się tańczyć do muzyki, która grała tylko w jej wyobraźni. Ludzie, czasami dyskretnie, innymi razy otwarcie, przechodzili obok jej straganu na targu tylko po to, by popatrzeć, jak długimi i delikatnymi palcami układa owoce, jakby ta zwyczajna czynność była przedstawieniem. Najpierw kładła banany, mango, figi i wiśnie na swojej spódnicy wyszywanej w kwiaty, następnie bawełnianą szmatką z delikatnością matki myjącej swoje dziecko ścierała z nich pyłek i kłaczki. Na koniec, przed włożeniem owoców do koszów, żegnała każdy z nich ledwie zauważalnym pocałunkiem.
Od najmłodszych lat siostry dzieliły największy i najbardziej przestronny pokój w domu z cegły zbudowanym i naprawianym na ziemi rodziny Cruz. Decyzję dotyczącą tego, że mają sypiać razem, podjął Miguel, głowa rodziny, po tym jak silna gorączka prawie odebrała życie małej Nayeli. Zawsze był energiczny, ale dyskretny, nigdy nie musiał podnosić głosu, aby jego słowo zostało uszanowane: był człowiekiem wymownego milczenia. I nikt nie śmiał się z nim spierać.
Próbowali wszystkiego, by ją uratować. Ani trzy kury złożone w ofierze bogini Leraa Queche, ani świece palące się dzień i noc dla Nonachi, ani nawet pośrednictwo pełnomocnika i przedstawiciela przed pozaziemskimi bogami nie zdołały doprowadzić do uleczenia dziewczynki. Jej ciało stało się małą, rozgrzaną do czerwoności bryłą, kłębkiem ciała i krwi, który miotał się w rozpaczliwej walce o oddech. To Rosa, wtedy zaledwie sześcioletnia, wymyśliła sposób na uzdrowienie Nayeli.
- Jakaś białowłosa kobieta dała mi to dla mojej siostrzyczki - powiedziała drżącym głosem, wyciągając ręce, w których trzymała koszyczek upleciony z roślinnego włókna.
Ana i Miguel, matka i ojciec, wyjęli z koszyka lepką mieszaninę żywicy kopalowej. Patrzyli na swoją starszą córkę, niczego nie rozumiejąc i nie wiedząc nawet, o co zapytać. Dziewczynka kontynuowała opowieść:
- Powiedziała mi, żebyśmy zapalili kopal i przysunęli Nayeli do białego dymu.
Pewność, z jaką dziewczynka udzielała wskazówek, nie pozostawiała miejsca na wątpliwości. Rodzicom tak bardzo zależało na ratowaniu życia dziecka, że nawet nie zauważyli, że Rosa mówiła bełkotliwie i jednym tchem. Nie dostrzegli też, że miała na sobie wyjściowy strój: spódnicę i koszulę w kwiaty wyhaftowane czerwoną i złotą nicią, a jej wiecznie bose stopy odziane były w skórzane sandały.
Matka chrzestna - Juana, pobiegła do swojego domu i przyniosła kamienną miskę, której zwykle używała do mielenia nasion. Rozsmarowali trochę żywicy po wewnętrznej stronie miski, a na środku ulepili z reszty zdeformowaną kulę. Miguel zapalił węgielek i zanurzył go w zaimprowizowanym kominku. Nie wiedzieli, skąd Rosa miała siłę, żeby wziąć dziecko w ramiona, ale nie śmieli kwestionować jej zamysłu: to ona posiadała wiedzę i moc.
Białawy dym rozsnuł się po pomieszczeniu, intensywny zapach kopalu wypełnił płuca wszystkich. Rosa położyła Nayeli na podłodze, na bawełnianym kocu zadrukowanym w niebiesko-żółte wzory. W jednej chwili kłęby dymu ułożyły się w zwartą chmurę, która spowiła dziecko niczym spadająca z nieba peleryna. Nikt się nie poruszył w obawie przed złamaniem czaru; nawet Rosa, jedyna osoba w rodzinie, która wiedziała, co robić w nieszczęściu, stała z nogami niby przytwierdzonymi do podłogi.
Przeszywający krzyk Nayeli sprawił, że podskoczyli. Chmura zniknęła nagle i bez śladu. Matka i matka chrzestna jednocześnie ocierały oczy, jedna skrawkiem koszuli, druga spódnicą. Żadna z nich nie odważyła się sprawdzić, co się stało z dzieckiem. Miguel, który patrzył przez okno na wielki stalowy most przecinający piaszczyste plaże rzeki Tehuantepec, pozostawał w tej samej pozycji, jak gdyby intensywność jego spojrzenia mogła powalić konstrukcję.
- Patrzcie, oto moja młodsza siostra, już nie jest rozpalona! - wykrzyknęła Rosa, trzymając Nayeli. - I uśmiecha się. Patrzcie, patrzcie. Dziecko się uśmiecha.
Kiedy matka, matka chrzestna i ojciec doskoczyli do nich, Nayeli już się nie uśmiechała, ale gorączka zniknęła, a klatka piersiowa dziewczynki nie unosiła się już spazmatycznie jak u zranionego zwierzęcia.
- Uratowałaś swoją siostrę, Rosa - powiedział Miguel. - Od dziś będziesz jej opiekunką, jej obrończynią. Będziecie spały razem w dużym pokoju, abyś mogła bronić Nayeli przed demonami i jaguarami przychodzącymi tutaj w niektóre noce.
Starsza siostra wykonywała polecenie co do joty. Z biegiem lat stała się talizmanem: Nayeli jako ostatnią musiała dotknąć siostrę przed pójściem spać i jako pierwszą po przebudzeniu. Ale tego ranka jej palce nie napotkały ciepłoty ciała Rosy. Nayeli wyciągnęła rękę nieco dalej i nic. Otworzyła oczy, by sprawdzić to, co już podejrzewała: siostry nie było w łóżku. Jej miejsce zajął kokos owinięty w białą tkaninę w niebieskie i czerwone paski.
- Mamusiu, mamusiu! - krzyknęła, biegnąc przez długi korytarz łączący pokoje z domem. Była bosa, ubrana tylko w białą bawełnianą koszulę nocną, a kokos i szmatkę trzymała przy piersi. - Dlaczego Rosa zostawiła mi ten prezent, skoro dziś nie mam imienin?
Ana ledwie podniosła wzrok, kiedy do pokoju wpadła najmłodsza córka. Nie poruszyła się, siedząc w wiklinowym bujanym fotelu z zaciśniętymi ustami i rękami skrzyżowanymi na brzuchu. Wyglądała jak zauroczone dziecko, któremu właśnie odebrano cukierka. Nayeli nie pamiętała, kiedy ostatnio widziała matkę siedzącą, kiedy jej ręce nie gotowały, nie haftowały własnych lub cudzych koszul albo nie wyplatały koszyków w nieskończonych kształtach i rozmiarach. Poruszyła się dopiero na dźwięk, jaki wydał kokos, gdy roztrzaskał się na podłodze. Nayeli czuła, jak galaretowaty miąższ owocu przesiąka między jej palcami stóp.
Wyślizgnął jej się z rąk, gdy tylko zauważyła, że matka ubrana jest w wyjściowe ubranie, jedyne, jakie miała, które wkładała na święto swojej patronki, na czuwanie czy specjalne msze i na pożegnanie zmarłych: muślinową koszulę z krótkim stanem, haftowaną w motywy kwiatowe i liście, fioletowymi, czerwonymi i intensywnymi karmazynowymi nićmi, pasującą do niej aksamitną spódnicę i gładką, wykrochmaloną koronkową falbanę. Z szyi kobiety zwisał dublon ze złotych monet, a dla zwieńczenia majestatycznego wizerunku założyła na głowę hupil, którego liczne fałdy okalały jej twarz, nadając wygląd wojownika.
- Mamo - nalegała Nayeli, tym razem bez krzyku. Cienki głos ledwo wydostawał się z jej gardła. - Gdzie jest Rosa? Dlaczego jesteś tak ubrana?
- Pedro ją porwał, moja córeczko - szepnęła Ana.
Miguel podszedł do najmłodszej córki i czule pogłaskał czarne włosy opadające na jej plecy.
- To tradycja, Nayeli - wyjaśnił. - Twoja siostra jest wystarczająco dorosła, by założyć rodzinę. Matka chrzestna, Juana, twoje kuzynki i ciotki są w domu Pedra Galvána, zaświadczając, że Rosa przyniosła cześć temu domowi i tej rodzinie.
Nayeli mogłaby wykrzyczeć, że jej siostra nie jest zakochana w Pedrze, że rodzina musi zapobiec temu ślubowi, że Rosa jest jeszcze za młoda, by myśleć o własnym domu i dzieciach; wolała jednak podeptać bosymi stopami kawałki orzecha kokosowego rozrzuconego na podłodze, trzasnąć drzwiami i pokonać odległość oddzielającą jej dom od domu rodzinnego Pedra.
Skracając sobie drogę, biegła wzdłuż brzegu rzeki na oczach zdumionych półnagich kobiet, które kąpały się w rzece i prały swoje ubrania. Młodziutka zielonooka kobieta w koszuli nocnej pędząca po piaszczystych brzegach, jakby gonił ją sam diabeł, zaskoczyła je.
Dom rodziny Galvánów był przestronny, miał odsłonięte ceglane ściany i dach w połowie kryty cegłą i strzechą, a w połowie blachą. Galvánowie przenieśli się na przesmyk Tehuantepec w 1931 roku, kilka dni po tym, jak trzęsienie ziemi w Oaxaca sprawiło, że ich dom obrócił się w pył. Okrutne ruchy ziemi zabrały nie tylko miasto, lecz także status społeczny, jaki posiadali Galvánowie: z dnia na dzień z bogatych stali się skromnymi handlarzami owoców i warzyw na targu. Nigdy nie zapomnieli o tragedii, a dokładniej momentu, w którym zawaliła się część sufitu, a ściany popękały, jakby były zrobione z papieru. Nie zapomnieli krzyków sąsiadów, pomieszanych z chrzęstem ziemi i łoskotem spadającego dzwonu z wieży kościoła Świętego Franciszka. Ojciec, matka i dzieci uklęknęli na ulicy, do której udało im się dotrzeć, i obiecali Najwyższemu, że jeśli przeżyją, już nigdy nie będą na nic narzekać. Członkowie rodziny Galvánów przeżyli i słowa dotrzymali. Wszyscy poza Pedrem, który nie pamiętał, żeby komukolwiek cokolwiek obiecywał.
Nayeli nie musiała się zakradać ani szukać wymówek, żeby słyszeć i widzieć, co dzieje się wewnątrz domu. Wszystkie okna i drzwi, okolone zielonymi ramami, były otwarte. Wystarczyło zbliżyć się do największego okna. Jej siostra leżała na małym łóżku w śnieżnobiałej pościeli; jej ciało okryte było bawełnianym kocem, również białym.
Matka chrzestna Juana prowadziła ceremonię. Zasłużyła na swoje miejsce dzięki grzebaniu najbiedniejszych. Nikt tak jak ona nie był tak świadomy autochtonicznych tradycji związanych ze śmiercią, ale też nikt nie był tak wprawny, jeśli chodzi o nadzorowanie zapoteckiego porwania. Stojące za krzepkim ciałem Juany siostry, Josefa i Leticia, obsypywały płatkami czerwonych kwiatów i konfetti Rosę, która patrzyła na nie ze smutnym uśmiechem. Ktoś założył jej na głowę jaskrawoczerwoną chustę.
- Czy jesteś tutaj z własnej woli, córko? - spytała Juana.
Rosa usiadła na łóżku, oparta plecami o ścianę i z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Po drugiej stronie okna Nayeli próbowała rozszyfrować, dlaczego jej starsza siostra zwleka z odpowiedzią na pytanie.
- Tak, matko chrzestna - powiedziała w końcu Rosa stanowczym głosem.
Jej ciemne policzki poczerwieniały, a brązowe oczy wypełniły łzy, które przylgnęły do rzęs, jak gdyby te stanowiły zaporę. Nagie ramiona zadrżały i przez sekundę blask włosów zdał się przygasać. Rosa kłamała, a Nayeli od razu to poznała.
Wkrótce kobiety zgromadzone wokół łóżka zaczęły udzielać porad małżeńskich, które odbijały się echem od ścian pokoju: "To nie w porządku, że uciekłaś ze swoim chłopakiem, ale rozumiemy, że to tradycja", "Od teraz będziesz miała nową rodzinę, którą będziesz szanowała i kochała", "Nie możesz nie szanować swojego męża ani swoich nowych rodziców", "Musisz kształcić swoje dzieci do pracy i wychowywać je w pracowitości", "Nie wolno ci zwlekać z wydaniem dzieci na świat, to jest dar, który mamy my, kobiety".
Słowa i słówka, które nie chciały dotrzeć do Rosy.
Nayeli wiedziała, że musi uratować siostrę, uratować jej życie. Była jej to winna. Odeszła od okna i na palcach okrążyła dom. Omijała kosze, które każdego dnia były pełne owoców i warzyw z ogrodu, przeznaczonych do sprzedaży na targu, ominęła też konstrukcję z liści bananowca na bambusowych tyczkach, która mieściła w sobie dwa razy więcej towaru niż kosze. Zatrzymała się na kilka sekund przed małymi drzwiami prowadzącymi do kuchni Galvánów; aromat świeżo upieczonego chleba i tamales[1] sprawił, że zaczęło burczeć jej w brzuchu. Spiesząc się, by ratować Rosę, zapomniała zjeść śniadanie.
Kiedy dotarła do drzwi wejściowych, tych z zielonymi framugami, weszła z taką pewnością siebie, że żadna z kobiet siedzących na krzesłach w pokoju nie zwróciła na nią uwagi. Niektóre były zajęte obieraniem owoców, inne splatały wieńce pełne czerwonych róż. Nayeli przeszła przez ciemny korytarz. Światło słoneczne, które oświetlało każde pomieszczenie w domu, nie docierało do tego miejsca z wilgotnymi, ceglanymi ścianami. Rozpoznała pokój, który widziała przez okno, wślizgnęła się powoli i usadowiła w kącie.
Przyszła dokładnie w tej chwili, w której jej siostra podała swojej matce chrzestnej Juanie białą chusteczkę w czerwone kropki. Chrzestna, ciocie i kuzynki wydawały okrzyki, jednocześnie klaszcząc w podnieceniu. Opuszczenie pokoju w procesji z Juaną na czele nie zajęło im dwóch minut; w ramionach matka chrzestna niosła chusteczkę z dziewiczą krwią Rosy, jakby to było nowo narodzone dziecko.
- Co tu robisz, dziecko? - zapytała starsza siostra, gdy zostały same.
- Co ty tu robisz? Ubierz się i natychmiast wracajmy do domu! - rozkazała młodsza siostra. Podniosła spódnicę i koszulę Rosy, które leżały skotłowane na podłodze, i rzuciła je na łóżko. - Ubierz się!
- Podejdź tu, siostrzyczko - powiedziała starsza matczynym tonem.
W tym momencie Nayeli zrozumiała, że właśnie straciła siostrę. Posłuchała jednak i usiadła obok niej, zachowując się jak ktoś, kto wybiera się w odwiedziny do chorego. Rosa złapała obie jej dłonie, pocałowała je i ostrzegła:
- Musisz iść.
Nayeli otworzyła usta, żeby jej przerwać, ale Rosa położyła na nich palec wskazujący i mówiła dalej:
- Jestem teraz żoną Pedra Galvána, oddałam mu swoje ciało w zamian za twoje. Ale nie jesteś bezpieczna, wkrótce jego brat Daniel przyjdzie po ciebie.
- O czym ty mówisz? Nie rozumiem.
- Jesteś zielonooką Tehuanką, dziecinko. To wiele znaczy dla rodziny Galvánów. Upierają się, że to przywróci im status, który stracili po trzęsieniu ziemi.
- Nasza rodzina na to nie pozwoli. Wynośmy się stąd.
- Zostaję - powiedziała Rosa z przekonaniem. - Będę miała własne dzieci i rodzinę z Pedrem.
- Przecież ty go nie kochasz - powiedziała Nayeli, będąca już na granicy płaczu.
Rosa podniosła się z łóżka. Była całkowicie naga. Siniaki na jej udach wskazywały na to, że noc z Pedrem nie była łatwa. Powoli przeszła do kąta, gdzie na podłodze leżały jej tehuańskie ubrania. Mimo dyskomfortu i rezygnacji jej ruchy były miękkie, taneczne, jakby jej ciało pieściło powietrze.
W milczeniu wciągnęła na siebie długą spódnicę i koszulę. Bez patrzenia w lustro podzieliła włosy na dwie części i zaplotła. Kiedy owijała warkocze fioletową wstążką, zauważyła, że jej młodsza siostra, jej chroniony skarb, patrzy na nią z taką samą fascynacją jak zawsze. Nie mogła powstrzymać uśmiechu. Odetchnęła z ulgą, wiedząc, że utrata dziewictwa nie zmniejszyła ani trochę jej magnetyzmu. Wytarła spocone ręce o spódnicę i uklęknęła przed siostrą, która wciąż siedziała na krawędzi łóżka.
- Masz rację, moja mała dziewczynko. Nie kocham Pedra, ale czy ty wiesz, czym jest miłość? - spytała.
Nayeli potrząsnęła głową, zagryzając dolną wargę, by się nie rozpłakać.
- Miłość to tragedia. Niektórzy nakładają na siebie jej ciężar z własnej woli, a innym się ją narzuca. Ale ona nigdy nie jest szczęśliwa. Szczęśliwa miłość nie ma historii, a ja chcę, żebyś ty była szczęśliwa i miała swoją historię. Uciekaj, siostrzyczko mojej duszy, daleko, bardzo daleko.
- Jak daleko, Rosa? - Pytania wypływały z ust Nayeli jak wodospad. Wiedziała, że jej siostra nigdy się nie myliła, i nie ufała nikomu więcej poza nią. - I co mam powiedzieć naszym rodzicom? Skąd wezmę pieniądze na ucieczkę? Wzgórze to najdalsze miejsce, do którego zaniosły mnie nogi.
Rosa ścisnęła mocno dłonie siostry i wpatrywała się uważnie w jej oczy. Ostrożnie zdjęła naszyjnik ze swojej szyi, a gdy przekładała go przez głowę dziewczyny, rzekła:
- Ten amulet zawsze będzie nad tobą czuwał. Jesteś córką chwili, Nayeli. I nie pozwolę ci się zgubić.
I tak było.