Od tłumacza
Odczytałem jeszcze raz Neveu de Rameau. "Cóż za człowiek, ten Diderot!
Cóż za rzeka, jak mówi Mercier! I Wolter jest nieśmiertelny, a Diderot
tylko sławny. Dlaczego? Wolter pogrzebał poemat epiczny, bajkę, epigram,
tragedię. Diderot dał początek nowoczesnej powieści, dramatowi i krytyce
artystycznej. Jeden jest ostatnim umysłem dawnej Francji, drugi
pierwszym geniuszem Francji nowej".
Tak piszą w Dzienniku swoim w 1858 roku niepospolici znawcy epoki,
bracia Goncourt. Nic naturalniejszego jak tego rodzaju rewizje i ewolucje pojęć, a bardziej jeszcze niż gdziekolwiek tutaj, w ocenie
literatury XVIII wieku, w której działalność polityczna i publicystyczna
tak ściśle splata się z tworzeniem artystycznym, a w znacznej części
zgoła je pokrywa. W olbrzymim dziele stawania się nowożytnego
społeczeństwa - stawania się w świecie pojęć, zanim rewolucja
przystąpi do urzeczywistnienia ich w czynie - literatura XVIII wieku
oddaje się cała służbom i potrzebom chwili. Podczas gdy w wieku
siedemnastym, oparta o nietykalne podstawy tronu i religii, za cel swój
miała własną doskonałość, tu wszystkie oczy zwracają się ku niej, nie
aby podziwiać i rozkoszować się, lecz raczej z pytaniem i niepokojem, z gorączką nowych haseł i dążeń. W zapalczywym poszukiwaniu nowych
rozwiązań wielkiego zagadnienia: co jest człowiek? co świat? co
społeczeństwo? literatura przyswaja sobie wszystkie działy budzącej się
z powijaków nowożytnej nauki, rzuca pomiędzy nimi pomosty, krząta się,
pośredniczy, popularyzuje; wchłania w siebie wszystkie krążące idee
wieku, aby, oddając je z powrotem spotężniałe, bardziej uorganizowane i świadome, tym mocniej utrwalić je w umysłach, gdzie majaczyły wprzódy
niewyraźnie. W tym jej siła i w tym słabość; w miejsce umiejętnie
ograniczonej klasycznej doskonałości, mgławica elementów o wartości
bardzo nierównej, pośpiech popularyzacji zarywającej o dyletantyzm ad
usum salonów lub nawet buduarów, katechizm filozoficzny trącący
dziecinną czasem symplifikacją zjawisk - ale równocześnie kipienie
wdzierającego się życia, szalone tempo, swoboda, gorączka myśli żądna
ogarnąć cały świat i wszystkie światy i od czasu do czasu rzucane w tym
pośpiechu błyski genialnych improwizacji. Wielkie umysły tego wieku to
jedna armia krocząca - mimo iż odmiennymi drogami - zwartą kolumną ku
nowemu porządkowi rzeczy; każdy utwór - czy nim będzie ulotny epigram,
czy dzieło o astronomii - to nowa szczerba w murach warowni przesądu i cegiełka przyczyniona do wznoszącego się gmachu przyszłego "królestwa
rozumu". Pisarz XVIII wieku to przede wszystkim filozof, który w działalności swej ma za cel doraźne, niecierpliwe uszczęśliwienie
ludzkości, i co najważniejsze posiada do tego celu mniej lub więcej
niezawodne recepty.
Filozofem przede wszystkim był dla swoich współczesnych Diderot: tym
mianem krótko nazywano go w Paryżu i każdy wiedział, o kim mowa.
Rzutkość jego umysłu, rozległa wiedza ogarniająca niemal wszystkie
działy nauki, olbrzymia pracowitość i osobiste zalety charakteru czyniły
zeń idealnego pół-wodza, pół-impresaria falangi duchów gromadzących się
pod wspólnym sztandarem około Encyklopedii. Popularność jego, nie
tylko we Francji, ale w całej Europie, była olbrzymia. Jak każdy
prawdziwy filozof XVIII wieku miał i Diderot swoje koronowane głowy,
które go obsypywały czułymi słówkami, z którymi korespondował i którym
udzielał rad (niesłuchanych zresztą zazwyczaj) co do sztuki władania
ludźmi. To wszystko byłoby aż nadto, aby ozdobić ulice Paryża i rodzinnego Langres jego pomnikami, ale nie dosyć zapewne, aby dziś, gdy
najśmielsze nowatorstwa XVIII wieku dawno zostały przez życie
przelicytowane, skłonić czytelnika do wzięcia w rękę jednego z kilkudziesięciu tomów dzieł niezmordowanego pracownika. Jednakże na
szczęście wśród swych poważnych zajęć i prac kapitalnych zdarzało się
Diderotowi strzepnąć z pióra jakąś błahostkę, niemal że nieznaną
współczesnym i najbliższej potomności: i oto dziwną igraszką losu tych
kilka książeczek stanowi dziś najtrwalszy jego pomnik w piśmiennictwie
francuskim. "Nie istnieje może - pisze jego biograf - w żadnej historii
literatury bardziej osobliwy fenomen: Diderot napełnił epokę całą
rozgłosem swych walk, a prawie wszystkie jego arcydzieła ukazały się w druku dopiero w długi czas po jego śmierci... Klasyczne habent sua fata
libelii nigdy nie było tak prawdziwe, jak w odniesieniu do dzieł
Diderota. Encyklopedia utonęła w falach Rewolucji; z książek, jakie
wydał za życia, zaledwie da się przeczytać jakąś setkę stronic.
Przeciwnie, rękopisy, którym pozwolił drzemać w szufladach stolika lub
które trwożliwie krążyły po świecie w nielicznych kopiach, często
niezbyt poprawnych, wszystko to, co mniemał, iż rzuca na wiatr lub też,
co grzebał w zakątkach swego gabinetu, obudziło się kolejno nasilonym
życiem i to, co tworzy dziś chwałę filozofa, było nieznane lub prawie że
nieznane jego epoce".
Fakt jeszcze osobliwszy: niektóre z najsławniejszych (dzisiaj) jego
dzieł ukazały się po raz pierwszy w języku francuskim jako przekład z niemieckiego przekładu!... Tak było z utworem Neveu de Rameau, którego
rękopis (jedyny) Goethe, fanatyczny wielbiciel Diderota, otrzymał od
Schillera, przełożył "całą duszą" i opatrzywszy własnymi ciekawymi
notami, wydał w 1805 roku, w 45 lat po stworzeniu tego niepospolitego
dialogu; w kilkanaście lat później dwóch rzezimieszków literackich
wydało po francusku przekład z przekładu niemieckiego jako rzekomy
oryginał Diderota.
Dlaczego Diderot był tak oględny czy nieśmiały w wypuszczaniu na świat
rękopisów? Czyżby z obawy represji osobistych? Ależ represje te -
zwłaszcza wobec słabości rządu i przesiąknięcia najwyższych sfer i osobistości nowymi doktrynami - nie były zbyt srogie i były czymś bardzo
powszechnym w życiu ówczesnego pisarza i "filozofa". Wydawało się
książkę, broszurę czy pamflet bezimiennie, najczęściej za granicą; w razie sądowego dochodzenia zapierało się solennie autorstwa, w ostateczności odsiadywało parę miesięcy w wieży lub uciekało za granicę,
skąd padały niebawem nowe zatrute strzały w "tyranię" i "przesądy".
Wolter przesiedział kilka miesięcy w Bastylii, co jego biograf uważa za
wdzięczny sposób zdobycia rozgłosu lekkim kosztem. Kolejno przebywa w Anglii, w Prusach, w Szwajcarii; zaś na ostatnie dwadzieścia lat życia
rozwiązuje tę kwestię z bajecznym komfortem: buduje wspaniałą rezydencję
- na ziemi francuskiej wprawdzie, ale na samej granicy, o pół godziny od
Genewy; tu, w swoim Ferney, może do syta grywać w domu teatr, który w czasie pobytu w Szwajcarii był kamieniem obrazy dla surowego
protestantyzmu mieszkańców; w razie zaś oznak niezadowolenia z jego pism
i osoby u rządu francuskiego, wystarcza mu zaprząc konie do pojazdu, aby
za chwilę znaleźć się na wolnej ziemi Helwetów. Mniej praktyczny i mniej
szczęśliwy od Woltera Rousseau lata całe spędza na wygnaniu, skąd
brzmieniem swego głosu napełnia Europę. Ale Diderot obciążony był przez
kilkadziesiąt lat swej twórczości balastem, który nie tylko był mu
przeszkodą w dłuższej odmianie miejsca pobytu, ale nadto dawał w rękę
sferom rządzącym najpewniejszy fant "prowadzenia się" filozofa. Była nim
Encyklopedia. Przedsięwzięcie to, zrazu zakreślone przez księgarza w dość skromnych rozmiarach jako przekład angielskiego Słownika i podjęte przez Diderota bez zapału, głównie dla zapewnienia na szereg lat
ubogiego, lecz pewnego bytu rodzinie, niebawem ożywione duchem tego
wielkiego pantofila, jak go nazywał Wolter, chciwego poznania i ogarnięcia wszystkiego, co ludzkie, przekształca się w dzieło jedno z najrozleglejszych, na jakie do owego czasu ważył się duch ludzki, i niemal na całe życie przykuwa swego twórcę do taczki. Otóż niebawem po
rozpoczęciu tego przedsięwzięcia ogłosił Diderot rozprawę pt. Lettre
sur les aveugles; tę (z ubocznych przyczyn, w których draśnięta
próżność przyjaciółki ministra miała odgrywać główną rolę) przypłacił
kilkutygodniowym więzieniem w turmie w Vincennes. Larum, jakie
podnieśli księgarze i wydawcy Encyklopedii, nieskończone trudności z prowadzeniem redakcji dzieła, porozumiewaniem się z współpracownikami,
rewizją plansz etc., nauczyły Diderota cenić wolność osobistą więcej,
niż by to może uczynił wzgląd na własną skórę. Niebawem sfery rządzące,
a bardziej jeszcze jezuici, spostrzegli się, jak potężną bronią w szerzeniu nowej doktryny stała się Encyklopedia, w której pod skorupą
naukowej informacji z każdym słowem wciskały się w społeczeństwo idee
przewrotu. Cudów zręczności, wytrwałości było trzeba ze strony Diderota,
aby przez dziesiątki lat prowadzić dzieło to, niejednokrotnie
zawieszane, dławione, to znów wskrzeszane dzięki umiejętnym zabiegom.
Stało się ono umiłowanym dzieckiem jego życia, jego dumą, przy tym było
olbrzymim przedsiębiorstwem finansowym, angażującym niemal na miliony
wydawców i zapewniającym byt szeregowi pracowników. Każda nieostrożność,
każde zuchwalstwo Diderota groziło Encyklopedii; dlatego to, być może,
więził on w szufladach najlepsze utwory, dlatego godził się
niejednokrotnie, z większym pewnie jeszcze bólem, myśl swą przykrawać,
łagodzić i wypaczać w szczegółach, aby ocalić całość. Dla innej natury
byłoby to może nie do zniesienia: Diderotowi czynił lżejszymi te
przykrości zupełny niemal brak próżności autorskiej i niebywała zaiste
rozrzutność myśli i talentu. Potrzebował wydzielić z siebie nadmiar
kipiącego wrzątku: czy się to stało w rozmowie, której bogactwo sławią
współcześni jednym głosem, czy w pomysłach, które rozdawał na prawo i lewo, ciesząc się, gdy je odnajdywał w pismach przyjaciół, czy w tomach
całych, które oddawał im do rozporządzenia, pozwalając drukować pod ich
nazwiskiem, czy w listach, w których rzucał garściami najświetniejsze
myśli - to było dlań rzeczą podrzędnej wagi. Najtypowszy w tym jako
pisarz XVIII wieku, większą czuł potrzebę swoim słowem działać, niżeli
skupić je w dzieło.
Podczas gdy w Niemczech wpływ Diderota, poczynając od Goethego,
Schillera, a zwłaszcza Lessinga, był w pewnej epoce bardzo żywy, w Polsce śladów jego nie spotykamy niemal zupełnie. Dramat P?re de
famille, przyswojony dla sceny przez Wojciecha Bogusławskiego pt.
Ojciec familii, oto wszystko. We Francji sztuka ta, sama przez się
bardzo słaba, odegrała rolę "programową" jako zwiastowanie nowożytnego
dramatu mieszczańskiego oraz pierwsze dążenie do "realizmu" na scenie. W ostatnich czasach wreszcie ukazał się po polsku w bibliotece
"Symposionu" dialog Neveu de Rameau.
Jacques le fataliste et son maître napisany został w roku 1773
(Diderot liczył wówczas 61. rok życia), podczas pobytu lub zaraz po
powrocie z Rosji i Holandii. Podobnie jak wiele innych utworów pozostał
w tece autora, lecz musiał w odpisach przedostać się za granicę, gdyż w roku 1785 (w rok po śmierci pisarza) Schiller ogłosił po raz pierwszy w dzienniku "Thalie" przekład opowiadania o zemście pani de La Pommeraye,
które znowuż z powrotem przełożono na francuski pt. Exemple singulier
de la vengence d'une femme. Mylius w roku 1792 przetłumaczył całą
książkę. "Jest to - powiada - jedno z najcenniejszych dzieł
niedrukowanej puścizny literackiej Diderota. Ta mała powiastka niełacno
będzie mogła być ogłoszona drukiem w języku ojczystym autora. Istnieje w Niemczech jakie dwadzieścia jej kopii, ale pod ścisłą dyskrecją. Mają
być przechowane poufnie i nigdy nie ujrzeć światła dziennego. Jednej z kopii zechciano użyczyć tłumaczowi pod uroczystym przyrzeczeniem, iż
tekst francuski nie będzie oddany do druku". W języku francuskim ukazał
się Kubuś w roku 1796; w szeregu następnych lat doczekał się licznych
wydań, a w roku 1826 konfiskaty, ogłoszonej w "Monitorze". Dzisiejszemu
czytelnikowi wydać się może niepojęte, w jaki sposób ta niewinna
książeczka mogła się stać tak ciężkim kamieniem obrazy i budzić podobne
obawy i ostrożności. Inaczej przedstawia się rzecz, skoro bodaj trochę
wżyjemy się w atmosferę współczesną jej powstaniu. Wówczas odczujemy, w ilu szczegółach jej lekkiej budowy tkwi krytyka dogorywającej epoki, ile
rysów jej prześwietla swym blaskiem bliska rewolucja. Najpierw - co może
mniejszą stanowiłoby troskę dla świeckich i duchownych rządów -
rewolucja literacka. "Wielką wartością (notuje w roku 1886 Edmund de
Goncourt), wielką oryginalnością Diderota - nikt tego nie zauważył -
jest to, iż wprowadził w poważną i porządną prozę książki żywość, werwę,
błyskotliwość, bezład nieco szalony, zgiełk, gorączkowe życie
rozmowy: rozmowy artystów, z którymi pierwszy spomiędzy pisarzy
francuskich przestawał w poufałej zażyłości".
"Jak się spotkali? Przypadkiem, jak wszyscy. Jak się zwali? Na co wam ta
wiadomość? Skąd przybywali? Z najbliższego miejsca. Dokąd dążyli? Alboż
kto wie, dokąd dąży? Co mówili? Pan nic. Kubuś zaś, iż jego kapitan
mawiał, że wszystko, co nas spotyka na świecie dobrego i złego zapisane
jest w górze.
PAN: Oto mi wielkie słowo.
KUBUŚ: Mówił jeszcze, iż każda kula, która wylatuje na świat z rusznicy
ma swój adres.
PAN: I miał słuszność..."
Oto wprowadzenie w materię, a ten kaprys, pod którego znakiem rozpoczyna
się utwór, towarzyszyć mu będzie aż do ostatniej karty. Pan ze swoim
sługą człapią, nie spiesząc się, konno; dla skrócenia nudów drogi sługa,
niezmordowany gawędziarz, opowiada historię "swoich amorów". Historia ta
ciągnie się aż do ostatniej stronicy, przerywana tysiącznymi dygresjami,
anegdotami, wypadkami. Autor niby żongler cyrkowy podrzuca swój temat na
rakiecie, aż ginie gdzieś pod stropem, chwyta go i podbija znów nosem,
głową, nogą: już, zdawałoby się, pada i znowuż wzlatuje w górę wyżej
jeszcze niż wprzódy. Jakżeśmy daleko odbiegli od współczesnych utworów!
Sam Wolter w swoich powiastkach, lekki, kapryśny, ironiczny Wolter,
stanowi w porównaniu z Kubusiem klasyczny wzór ładu i ciągłości.
Diderot jak cały wiek XVIII filozofuje pod wszelką postacią, ale w tej
filozofii ileż jest życia, jak nic jej nie czuć atramentem! W abstrakcyjnej precyzji i symetrii współczesnej psychologii Diderot
przedstawia inwazję niezwykłej świeżości i bogactwa elementów. A w samym
tekście książki ileż rysów mimochodem rzuconej krytyki literackiej:
persyflażu owych modnych romansów epoki, opartych na błahym wikłaniu
nieskończonych spotkań i przygód, drewnianej alegorii, pedantycznych
"portretów", które z taką słusznością niecierpliwią Kubusia, komicznego
baroku mów pochwalnych etc. etc. Trudno wyliczać wszystkie szczegóły,
które dla nas są zużyte, a które dla swej epoki były czymś zupełnie
nowym. Jestem przekonany, iż w stosunku do wielu czytelników Kubuś
fatalista wyda się w fakturze i dziś jeszcze raczej nadto śmiałym.
Ale w Kubusiu Fataliście mieszczą się i elementy innej, prawdziwej
rewolucji, która niebawem miała we Francji zwalić stary porządek rzeczy.
Szeroki powiew demokratyczny tej książeczki, brak poszanowania dla
wszelkiego autorytetu, obok silnej dążności do wartości moralnych,
nieraz przechodzącej aż w czułostkowość, wszystko to na tle wrodzonej
prawości, pogody i dzielności charakteru Kubusia, czyni zeń, może bez
intencji autora, symbol rodzącej się Francji ludowej; symbol
szlachetniejszy może i pełniejszy niż młodszy jego kolega po fachu,
Figaro, który niebawem przez trzy lata będzie kołatać próżno do sceny
francuskiej. Pan Kubusia ziewa, zażywa tabakę, zadaje pytania; Kubuś go
bawi, za niego myśli, administruje jego mieszkiem, za niego nadstawia
karku; czyż to nie rola szlachty i ludu w XVIII wieku we Francji? A czy
może być silniejszy kontrast niż niewinne i uczciwe "amory" Kubusia i Dyzi a brzydka przygoda jego pana, w której ten, mimo iż wcale nie
najostatniejszy okaz z ostatnich petit-maître'ów, przedstawia się po
trosze jako łajdak i głupiec w dodatku? Wystarczy, aby na tę świadomość,
głęboko wnikającą w naród, padła iskra namiętności, a pokolenie Kubusiów
jednym zamachem zmiecie z powierzchni ziemi rasę swoich Panów wraz z ich
zegarkiem, tabakierką i sympatią dla filozofii. Refleksje Kubusia nad
tym, komu pisana jest przepowiednia katowskiego konia, nabierają mimo
woli autora oświetlenia szczególnie macabre wobec bliskich wypadków
przyszłości. "Tak było napinane w górze", powiedział sobie zapewne pan
Kubusia, wstępując na gilotynę, o ile skorzystał z nauk swego dobrego
sługi.
Goethe powiada o tej powiastce, iż jest to "potrawa ze wszech miar
wyborna i podana z cudownym zrozumieniem sztuki kuchmistrza i maître
d'hôtel". Zapewne smak naszych podniebień jest dzisiaj, nie powiem
wykwintniejszy, ale inny; jednakże dobrze jest czasem dla odmiany
skosztować coś z owych przysmaków, które stanowiły delicje naszych
prapradziadów. W tym rozumieniu puszczam w świat niniejszą książeczkę,
mimo iż pora nie jest zbyt pomyślna dla oglądania się w przeszłość i gustów "klasycznych". Praca ta była miłym wytchnieniem wśród innych,
smutnych nieraz, obowiązków, jakie nałożyła mi chwila bieżąca.
Boy
Kraków, czerwiec 1915 r.
Jak się spotkali? Przypadkiem, jak wszyscy. Jak się zwali? Na co wam ta
wiadomość? Skąd przybywali? Z najbliższego miejsca. Dokąd dążyli? Alboż
kto wie, dokąd dąży? Co mówili? Pan nic, Kubuś zaś, iż jego kapitan
mawiał, że wszystko, co nas spotyka na świecie dobrego i złego zapisane
jest w górze.
PAN: Oto mi wielkie słowo!
KUBUŚ: Mówił jeszcze, iż każda kula, która wylatuje na świat z rusznicy,
ma swój adres.
PAN: I miał słuszność...
Po krótkiej pauzie Kubuś zakrzyknął: "Niech diabeł porwie szynkarza i jego gospodę!".
PAN: Dlaczego wysyłać do diabła bliźniego swego? To nie po
chrześcijańsku.
KUBUŚ: Ano bo tak: zalałem pałkę lichym wińskiem, zapomniałem napoić
konie. Ojciec widzi to i wpada w złość. Ja wzruszam ramionami, on bierze
kija i naciera mi nieco przytwardo plecy. Jakiś pułk przechodzi właśnie
przez wieś, śpiesząc pod Fontenoy, ze złości zaciągam się w rekruty.
Przybywamy, zaczyna się bitwa...
PAN: I dostajesz kulę pod swoim adresem.
KUBUŚ: Zgadł pan, postrzał w kolano, Bogu tylko wiadomo, co za dobre i złe przygody sprowadził na mnie ten postrzał. Trzymają się jedna drugiej
ni mniej ni więcej jak ogniwa łańcuszka. Ot, gdyby nie ten postrzał,
sądzę, że nigdy w życiu nie byłbym ani zakochany, ani kulawy.
PAN: Byłeś tedy zakochany?
KUBUŚ: Czy byłem! Dobre pytanie!
PAN: Z powodu postrzału?
KUBUŚ: Z powodu postrzału.
PAN: Nigdyś mi o tym nie rzekł ni słowa.
KUBUŚ: Myślę sobie.
PAN: I dlaczego?
KUBUŚ: Dlatego, iż to słowo nie mogło paść ani wcześniej, ani później.
PAN: I chwila opowiedzenia twoich amorów nadeszła?
KUBUŚ: Kto to wie?
PAN: Na wszelki wypadek, zaczynaj...
Kubuś rozpoczął historię swoich amorów. Było to po obiedzie; czas był
parny; pan zdrzemnął się. Noc zaskoczyła ich w polu, zbłądzili. I oto
pan wpada w straszliwy gniew i nie szczędzi tęgich razów słudze,
nieborak zaś powtarza za każdym ciosem: "I ten musiał być widocznie
zapisany w górze"...
Widzisz, czytelniku, że jestem na ładnej drodze i że ode mnie by tylko
zależało kazać ci czekać rok, dwa, trzy lata na opowieść o amorach
Kubusia, rozłączając go z panem i każąc każdemu z osobna wędrować
poprzez wszystkie przygody, jakie by mi się spodobało wyroić. Cóż by mi
przeszkodziło ożenić pana i przyprawić mu rogi? Wyprawić Kubusia na
dalekie wyspy? Zapędzić tam jego pana? Sprowadzić obu z powrotem do
Francji na jednym statku? Cóż łatwiejszego, jak klecić powieści! Ale tym
razem wykpią się oba ze sprawy jedną niezbyt mile spędzoną nocą, a wy
tym małym opóźnieniem.
Zaczęło świtać, nasi podróżni dosiedli koni i ruszyli swoją drogą. - A dokąd jechali? - Już drugi raz zadajecie to pytanie i drugi raz
odpowiadam: na co wam wiedzieć? Skoro raz tknę się przedmiotu ich
podróży, bywajcie zdrowe, miłostki Kubusia... Wędrowali jakiś czas w milczeniu. Gdy każdy otrząsnął się nieco ze swego zmartwienia, pan
rzekł: "I cóż, Kubusiu, gdzieśmy utknęli w twoich amorach?".
KUBUŚ: Utknęliśmy, o ile mi się zdaje, na porażce nieprzyjacielskiej
armii. Jedni uciekają, drudzy gonią, każdy myśli o sobie. Zostaję na
polu bitwy zagrzebany pod mnogością zabitych i rannych, zaiste
niezliczoną. Nazajutrz rzucono mnie wraz z tuzinem innych na wóz, aby
nas zawieźć do szpitala. Och! Panie, nie sądzę, aby istniało w świecie
coś okrutniejszego niż rana w kolano.
PAN: Żartujesz chyba, Kubusiu.
KUBUŚ: Nie, panie, dalibóg nie żartuję! Jest tam, nie wiem ile kości,
ścięgien i innych rzeczy poprzezywanych sam nie wiem jak...
Jakiś człowiek, który człapał za nimi na koniu, wioząc za sobą oklep
młodą dziewczynę, usłyszał te słowa i rzekł: "Pan ma słuszność"...
Nie wiadomo było, do kogo się odnosi to "pan", ale spotkało się zarówno
u Kubusia, jak i jego pana, z nieszczególnym przyjęciem; Kubuś zaś rzekł
do natręta: "Czego ty nos wściubiasz?".
- Wściubiam nos do mego rzemiosła, jestem chirurg do usług pańskich,
wykażę...
Kobieta, którą wiózł za sobą, rzekła: "Panie doktorze, jedźmy swoją
drogą i zostawmy tych panów, którzy nie lubią, aby im wykazywać...".
- Nie - odparł chirurg - chcę wykazać i wykażę...
I odwracając się, aby wykazać, popycha towarzyszkę, pozbawia ją
równowagi i strąca na ziemię z jedną nogą zaczepioną o poły jego ubrania
i spódnicami zawiniętymi na głowę. Kubuś schodzi z konia, uwalnia nogę
biednej istoty i obciąga spódnice: nie wiem, czy zaczął od uwolnienia
nogi, czy od obciągnięcia spódnic, ale o ile by się sądziło o stanie tej
kobiety z jej krzyków, musiała snadź ulec dotkliwemu zranieniu. Zaś pan
Kubusia rzekł do chirurga: "Oto co znaczy wykazywać".
A chirurg: "Oto co znaczy nie chcieć komuś pozwolić wykazać!"...
A Kubuś do kobiety leżącej, czy też pozbieranej z ziemi: "Pociesz się,
dobra duszo, to ani twoja wina, ani pana doktora, ani moja, ani też mego
pana: było napisane w górze, iż dzisiaj na tym gościńcu, o tej właśnie
godzinie, pan doktór będzie gadułą, że mój pan i ja będziemy parą
mruków, że ty nabijesz sobie sińca na głowie i że ujrzymy u ciebie
odwrotną stronę medalu...".
W cóż by nie urosła ta przygoda w moim ręku, gdyby mi przyszła fantazja
znęcać się nad wami! Uczynił-bym z tej kobiety jakąś ważną osobę,
poruszyłbym kmiotków z całej parafii, wznieciłbym boje i miłości, trzeba
bowiem przyznać, iż ta córa wsi kryła rzadkie uroki pod swoją parcianką.
Kubuś i jego pan zauważyli to, toć nieraz ani tyle nie było potrzeba,
aby rozniecić miłość. Dlaczego Kubuś nie miałby się zakochać po raz
drugi? Dlaczego by po raz drugi nie miał stać się rywalem, ba,
zwycięskim rywalem swego pana? - A czy już zaszło kiedy coś podobnego? -
Ciągle pytania! Nie chcecie tedy, aby Kubuś wiódł dalej historię swoich
amorów? Porozumiejmyż się wreszcie, raz na zawsze: chcecie czy nie?
Jeżeli tak, w takim razie posadźmy wieśniaczkę z powrotem na siodło
przewodnika, pozwólmy im jechać dalej i wróćmy do naszych podróżnych.
Tym razem Kubuś zabrał głos i rzekł:
- Oto sądy ludzkie: pan, który nie byłeś zraniony w swoim życiu i nie
wiesz, co to postrzał z rusznicy w kolano, utrzymujesz w żywe oczy mnie,
który miałem kolano strzaskane i kuleję od dwudziestu lat...
PAN: Może i masz słuszność. Ale ten zatracony chirurg jest przyczyną, iż
jeszcze oto gnieciesz się na wózku z kompanami daleko od szpitala,
daleko od wyleczenia i daleko od zakochania się.
KUBUŚ: Co bądź się panu podoba o tym rozumieć, ból, jakiego doznawałem w kolanie był nie do zniesienia, a potęgował się jeszcze od niewygód
wehikułu, nierówności drogi, tak iż za każdym wstrząśnieniem wydawałem
przeraźliwe krzyki.
PAN: Ponieważ było napisane w górze, iż będziesz krzyczał?
KUBUŚ: Z pewnością! Krew uchodziła ciurkiem i byłbym niechybnie wyzionął
ducha, gdyby nasz wózek, ostatni ze sznura ciągnących wozów, nie
zatrzymał się przed jakąś chałupą. Zacząłem się domagać, aby mnie
zsadzono, ułożono mnie na ziemi. Młoda kobieta stojąca w progu weszła do
chaty i wnet ukazała się ze szklanką i butelką wina. Wypiłem pospiesznie
parę łyków. Wózki jadące przed naszym ruszyły. Już miano mnie rzucić z powrotem między towarzyszy niedoli, kiedy uczepiwszy się mocno sukien
tej kobiety, zakląłem się, że nie wsiądę z powrotem i że jeśli mam
umierać, wolę już skończyć tu, na miejscu, niż o dwie mile dalej.
Domawiając ostatnich słów, omdlałem. Ocknąłem się w łóżku, w niewielkiej
izdebce; koło mnie stał jakiś wieśniak, widocznie gospodarz domu, jego
żona (ta sama, która udzieliła mi pomocy) i kilkoro drobnych dzieci.
Kobieta umaczała róg fartucha w occie i nacierała mi czoło i skronie.
PAN: A, łotrze! A, zdrajco!... Widzę już, hultaju, dokąd zmierzasz.
KUBUŚ: A ja sądzę, że pan nic nie widzi.
PAN: Nie w tej oto kobiecie gotujesz się zakochać?
KUBUŚ: A gdyby i tak było, cóż by można na to powiedzieć? Czy człowiek
ma władzę zakochania się lub niezakochania? A kiedy jest zakochany, czy
może postępować tak, jakby nim nie był? Gdyby tak było zapisane w górze,
byłbym sobie sam powiedział wszystko, co pan masz zamiar mi powiedzieć,
byłbym się wypoliczkował, tłukłbym głową o mur; wydzierał sobie włosy;
wszystko to nie posunęłoby sprawy ani w tył, ani naprzód i mój
dobroczyńca byłby rogalem.
PAN: Ale rozumując na twój sposób, nie ma zbrodni, której by nie można
popełnić bez wyrzutów sumienia.
KUBUŚ: To, co pan mi zarzuca, niejednokrotnie trapiło moją mózgownicę;
mimo wszystko, powracam zawsze do poglądów mego kapitana: wszystko, co
nam się trafia dobrego lub złego na ziemi, jest zapisane w górze. Czy
zna pan jaki sposób, aby wymazać to pismo? Czy mogę nie być sobą? A będąc sobą, czy mogę postępować inaczej od siebie? Czy mogę być sobą i kim innym? I od czasu, jak jestem na świecie, czy była bodaj jedna
chwila, w której by to nie było prawdą? Wyrżnij pan kazań, ile się panu
spodoba, pańskie racje mogą być doskonałe; ale jeśli jest napisane we
mnie albo tam w górze, iż mnie nie trafią do smaku, cóż ja mogę na to
poradzić?
PAN: Dumam nad jedną rzeczą: mianowicie czy ty przyprawiłeś rogi swemu
dobroczyńcy, ponieważ to było napisane w górze, lub też czy to było
napisane w górze, ponieważ miałeś przyprawić rogi swemu dobroczyńcy?
KUBUŚ: I jedno, i drugie było napisane obok siebie. Wszystko było
napisane od razu. To niby wielka wstęga, która rozwija się po
troszeczku...
Rozumiesz, czytelniku, dokąd mógłbym prowadzić tę rozmowę, na której
temat tyle się już nagadano, tyle napisano od dwóch tysięcy lat, nie
posunąwszy rzeczy ani o krok naprzód. Jeśli nie czujesz dla mnie nieco
wdzięczności za to, co mówię, powinieneś jej mieć sporo za to, czego ci
oszczędzam.
Podczas gdy nasi dwaj teologowie dysputowali, nie mogąc dojść do
porozumienia, jak się to czasem zdarza w teologii, zbliżała się noc.
Jechali okolicą niezbyt pewną w każdym czasie, a jeszcze o wiele mniej w owym, gdy zła administracja i nędza pomnożyły bez liku ilość złoczyńców.
Zatrzymali się w bardzo nędznej gospodzie. Ustawiono im dwa składane
łóżka w klitce wpół otwartej na wsze strony. Zażądali wieczerzy.
Przyniesiono wody z kałuży, czarnego chleba i skwaśniałego wina.
Gospodarz, gospodyni, dzieci, służba, wszystko miało wygląd podejrzany.
Słyszeli przez ścianę nieumiarkowane śmiechy i hałaśliwą wesołość kilku
opryszków, którzy przybyli wcześniej i sprzątnęli im sprzed nosa
wszystkie zapasy. Kubuś był dość spokojny; panu wiele brakowało do tego
stanu. Przechadzał się zafrasowany wzdłuż i wszerz, podczas gdy sługa
pochłaniał spore kęsy czarnego chleba i krzywiąc się, łykał jedną i drugą szklankę lichego wina. Gdy się tak zabawiali, usłyszeli pukanie do
drzwi; był to służący. Owi zuchwali i niebezpieczni sąsiedzi zmusili go,
aby zaniósł naszym podróżnym brudny talerz, na którym złożyli kości z drobiu pochłoniętego na wieczerzę. Kubuś oburzony chwyta pistolety.
- Gdzie idziesz?
- Niech mnie pan puści.
- Gdzie idziesz, powiadam.
- Nauczyć rozumu tę kanalię.
- Czy wiesz, że ich jest z jaki tuzin?
- Choćby było stu, liczba nic nie znaczy, jeśli jest napisane w górze,
że nie będzie wystarczająca.
- Niechże cię diabeł porwie z twoim niedorzecznym przysłowiem!...
Kubuś wyrywa się z rąk pana, wchodzi do izby rzezimieszków, trzymając w każdej ręce nabity pistolet. "Prędko, kłaść mi się zaraz - rzecze -
pierwszemu, który się ruszy, palę w łeb"... Mina i ton Kubusia były tak
wymowne, iż hultaje, którzy cenili życie nie gorzej od każdego uczciwego
człowieka, wstali od stołu, nie pisnąwszy słówka, rozebrali się i położyli. Pan Kubusia, niepewny w jaki sposób skończy się przygoda,
czekał nań cały drżący. Kubuś powrócił obładowany odzieniem tych ludzi;
zabrał je z sobą, aby im nie przyszła pokusa wstać z łóżek; zgasił
światło i zamknął drzwi na dwa spusty, trzymając klucz w dłoni wraz z jednym z pistoletów. "A teraz, panie - rzekł do chlebodawcy - wystarczy
zabarykadować się, przysuwając łóżka do drzwi, i możemy spać
spokojnie...". I wraz zabrał się do przesuwania łóżek, opowiadając zwięźle
i sucho szczegóły wyprawy.
PAN: Ej, Kubusiu, co z ciebie za człowiek! Więc ty wierzysz...
KUBUŚ: Nic nie wierzę, ani nie niewierzę.
PAN: A gdyby się wzdragali położyć?
KUBUŚ: Ty było niemożliwe.
PAN: Dlaczego?
KUBUŚ: Ponieważ tego nie uczynili.
PAN: A gdyby wstali?
KUBUŚ: Tym gorzej lub tym lepiej.
PAN: Gdyby... gdyby... gdyby... i...
KUBUŚ: Gdyby... gdyby morze zaczęło wrzeć, siła ryb by się ugotowało, jak
powiadają. Cóż u diaska przed chwilą myślał pan, iż ja narażam się na
wielkie niebezpieczeństwo: wierutny fałsz; teraz wyobrażasz sobie, iż
sam jesteś w wielkim niebezpieczeństwie; być może hipoteza równie
fałszywa. Wszyscy w tym domu boimy się jedni drugich; co dowodzi, że
wszyscy jesteśmy głupcy...
Tak rozprawiając, rozebrał się, ułożył i zasnął. Pan, zajadając z kolei
kawałek czarnego chleba i wychylając łyk kwaśnego wina, nadsłuchiwał
dokoła i patrząc na chrapiącego Kubusia, myślał: "Cóż za człowiek!...". W końcu za przykładem sługi wyciągnął się również na pryczy, ale nie usnął
ani na chwilę. Z pierwszym brzaskiem Kubuś uczuł, że ktoś go trąca; była
to dłoń pana, który wołał po cichu: "Kubuś! Kubuś!".
KUBUŚ: Co takiego?
PAN: Dnieje.
KUBUŚ: Być może.
PAN: Wstawaj.
KUBUŚ: Po co?
PAN: Po to, aby się stąd wynieść jak najprędzej.
KUBUŚ: Po co?
PAN: Bośmy źle trafili.
KUBUŚ: Kto to wie; jak również, czy lepiej trafimy gdzie indziej?
PAN: Kubuś?
KUBUŚ: I cóż, Kubuś, Kubuś! Co z pana za człowiek!
PAN: Co z ciebie za człowiek! Kubuś, mój złoty, proszę cię.
Kubuś przetarł oczy, ziewnął na kilka zawodów, przeciągnął się, wstał,
ubrał się bez pośpiechu, odsunął łóżko, wyszedł z izby, zeszedł na dół,
udał się do stajni, osiodłał konie, założył im uzdę, obudził śpiącego
jeszcze gospodarza, zapłacił należność, zatrzymał klucze od obu pokoi i podróżni ruszyli w drogę.
Pan chciał wypuścić galopa, Kubuś chciał jechać stępo, zawsze w myśl
swej zasady. Gdy już byli o spory kawał drogi od żałosnego noclegu, pan,
słysząc iż coś podzwania w kieszeni Kubusia, zapytał, co to takiego; na
co Kubuś odparł, iż to klucze od pokoi.
PAN: Dlaczegóż ich nie oddałeś?
KUBUŚ: Bo w ten sposób trzeba będzie wyważać dwoje drzwi: naszych
sąsiadów, aby wydobyć ich z uwięzienia, i nasze, aby odzyskać ich
odzież; dzięki temu zyskamy na czasie.
PAN: Wybornie, Kubusiu! Ale dlaczego chcesz zyskać na czasie?
KUBUŚ: Dlaczego? Na honor, sam nie wiem.
PAN: I jeżeli chcesz zyskać na czasie, dlaczego jedziemy tym wolniutkim
truchtem?
KUBUŚ: Dlatego iż, nie wiedząc, co jest napisane tam w górze, człowiek
nie wie, ani czego chce, ani co czyni; idzie za swoim urojeniem, które
nazywa się rozumem, albo za swoim rozumem, który często jest jeno
niebezpiecznym urojeniem obracającym się czasem na dobre, czasem na złe.
PAN: Czy mógłbyś mi powiedzieć, co to wariat, a co człowiek rozumny?
KUBUŚ: Czemu nie?... Wariat... Zaczekaj pan... To człowiek nieszczęśliwy; a za
tym idzie, iż człowiek szczęśliwy jest rozumny.
PAN: A co to jest człowiek szczęśliwy lub nieszczęśliwy?
KUBUŚ: Co to, to bardzo łatwe. Człowiek szczęśliwy to ten, którego
szczęście zapisane jest w górze; tym samym ten, którego nieszczęście
zapisane jest w górze, jest człowiekiem nieszczęśliwym.
PAN: A któż jest ten, kto pisze tam w górze szczęście i nieszczęście?
KUBUŚ: A kto jest ten, kto uczynił ów wielki zwój, gdzie wszystko jest
zapisane? Pewien kapitan, przyjaciel mego kapitana, chętnie byłby dał
bitego talara, aby to wiedzieć; kapitan sam nie dałby ani szeląga, ani
ja też nie; na co by mi się to zdało? Czy uniknąłbym przez to dziury, w której mam kark skręcić?
PAN: Myślę, że tak.
KUBUŚ: Ja myślę że nie; musiałaby bowiem być jakaś kreska fałszywa w wielkim zwoju, który zawiera prawdę, samą prawdę i całą prawdę. Byłożby
napisane na wielkim zwoju: "Kubuś skręci kark tego a tego dnia" i Kubuś
nie skręciłby karku? Czy wyobraża pan sobie, że to możliwe bez względu
na to, komu przypiszemy autorstwo wielkiego zwoju?
PAN: Wiele by rzeczy można powiedzieć w tej kwestii...
KUBUŚ: Mój kapitan mniemał, iż roztropność jest to przypuszczenie, w którym doświadczenie upoważnia nas do patrzenia na dane okoliczności
jako na przyczyny pewnych skutków, jakich możemy się spodziewać lub
obawiać na przyszłość.
PAN: I ty co z tego rozumiesz?
KUBUŚ: Zapewne; stopniowo włożyłem się do jego języka. Ale, powiadał,
kto może się chlubić, iż ma dosyć doświadczenia? Ten, który sobie
pochlebiał, iż najlepiej jest w nie zaopatrzony, czy nigdy się nie
oszukał? A potem, czy istnieje człowiek zdolny trafnie ocenić
okoliczności, w jakich się znajduje? Rachunek, jaki czynimy w naszych
głowach, a ten, który zapisany jest w rejestrach tam w górze, to dwie
rzeczy bardzo różne. Zali to my kierujemy losem albo też los kieruje
nami? Ileż zamysłów roztropnie wykonanych chybiło i jeszcze chybi! Ile
niedorzecznych zamysłów powiodło się i ile się powiedzie! Oto co mi
powtarzał kapitan po wzięciu Berg-op-Zoom i Port Mahon; dodawał, że
przezorność nie daje pewności dobrego wyniku, ale daje pociechę i usprawiedliwienie w złym: dlatego też w wilię bitwy spał w namiocie tak
spokojnie, jak u siebie w alkierzu i szedł w ogień jak do tańca. O nim
to dopiero byłbyś pan wykrzyknął: "Cóż to za człowiek!"...
W tym punkcie rozmowy usłyszeli w niejakim oddaleniu za sobą hałas i krzyki; odwrócili głowy i ujrzeli zgraję ludzi uzbrojonych w drągi i widły, którzy zbliżali się pośpiesznym krokiem. Gotowiście myśleć, iż to
będą mieszkańcy oberży, służba i opryszki, o których była mowa.
Gotowiście myśleć, że rankiem w braku kluczy wywalono drzwi, zaczem
bandyci wyobrazili sobie, że dwaj podróżni znikli, unosząc z sobą ich
odzież. Tak myślał Kubuś i mruczał między zębami: "Przeklęte niech będą
klucze i urojenie czy racja, która mi je kazała zabierać! Przeklęta
przezorność!" etc., etc. Gotowiście myśleć, iż mały hufczyk wpadnie na
Kubusia i jego pana, że wywiąże się krwawa bitwa, razy i wystrzały;
jakoż zależałoby tylko ode mnie, aby to wszystko w istocie miało
miejsce; ale wówczas bywaj, zdrowa prawdo, bywajcie, zdrowe amory
Kubusia. Faktem jest, iż podróżnych nikt nie ścigał i że nie wiem, co
zaszło w gospodzie po ich wyjeździe. Jechali dalej swoją drogą, ciągle
nie wiedząc, dokąd jadą, mimo iż wiedzieli mniej więcej, dokąd by
chcieli jechać; jechali, oszukując nudę i zmęczenie milczeniem i gawędą,
jak to jest zwyczajem ludzi odbywających podróż, a niekiedy także i siedzących na miejscu.
Jest bardzo oczywistym, że nie piszę tutaj powieści, skoro gardzę
wszystkim, czym powieściopisarz nie omieszkałby się posłużyć. Ten, kto
by wziął to, co piszę, za prawdę, byłby może w mniejszym błędzie niż
ktoś, kto by to wziął za bajkę.
Tym razem pan przemówił pierwszy, przy czym rozpoczął od zwyczajnej
przyśpiewki: "No i cóż, Kubusiu, historia twoich amorów?".
KUBUŚ: Nie wiem, na czym stanąłem. Tak często musiałem przerywać, iż na
jedno by wyszło zacząć od początku.
PAN: Nie, nie. Ocknąwszy się z omdlenia na progu chaty, znalazłeś się w łóżku, otoczony przez jej mieszkańców.
KUBUŚ: Doskonale! Otóż najpilniejszą rzeczą było sprowadzić chirurga,
nie było zaś takowego na milę wokoło. Poczciwiec kazał wsiąść na koń
jednemu z synów i wysłał go do najbliższego miasteczka. Tymczasem dobra
kobieta zagrzała garnek cienkiego wina, podarła starą koszulę i oto wnet
obmyto, obłożono i zawinięto w płótno moje biedne kolano. Paroma
kawałkami cukru niedojedzonego przez muchy osłodzili zacni ludzie
resztkę wina, które służyło do opatrunku, i dali mi się napić: po czym
zachęcili mnie, abym miał cierpliwość. Było późno; mieszkańcy chaty
zasiedli do stołu, aby wieczerzać. Wieczerza się skończyła: chłopca i chirurga ani śladu. Ojciec zaczął się złościć. Był to człowiek z natury
zgryźliwy; gderał wciąż na żonę i nic mu nie było do smaku. Przepędził
surowo dzieci spać. Żona usiadła na ławce i wzięła kądziel. On chodził
tam i z powrotem, szukając raz po razu zwady ze swą połowicą. "Gdybyś
była poszła do młyna, jak ci mówiłem..." - mruczał i kończył zdanie
wymownym potrząśnieniem głowy w moją stronę.
- Pójdę jutro.
- Właśnie dziś trzeba było iść, jak mówiłem... A cóż z resztkami słomy,
które są w stodole? Na cóż czekasz, aby je zebrać?
- Zbierze się jutro.
- Tylko patrzeć, jak braknie; byłoby lepiej, gdybyś zebrała dziś, jak ci
mówiłem... A kupa jęczmienia, która pleśnieje na strychu; założyłbym się,
nie pomyślałaś o tym, aby ją przetrząsnąć.
- Chłopcy to już zrobili.
- Trzeba było zrobić samej. Gdybyś siedziała na strychu, nie byłabyś
wystawała w drzwiach...
Tymczasem zjawił się chirurg, potem drugi, potem trzeci wraz z synkiem
gospodarza.
PAN: Otoś bogaty w chirurgów jak święty Roch w kapelusze.
KUBUŚ: Pierwszego nie było w domu, gdy chłopaczek przybył go szukać;
żona jego dała znać drugiemu, trzeci zaś pospieszył wraz z chłopcem.
"Dobry wieczór panom kolegom; i wyście tutaj?" - rzekł pierwszy...
Śpieszyli się, ile mogli, zgrzali się, pić im się chciało. Zasiedli
dokoła stołu, z którego nie zdjęto jeszcze obrusa. Kobieta schodzi do
piwnicy i wraca z butelką. Mąż mruczy między zębami: "Diabli ją wynieśli
na ten próg przeklęty!". Popijają, rozmowa toczy się o chorobach w okolicy; zaczynają wyliczać pacjentów. Skarżę się na ból, powiadają: "W tej chwili jesteśmy do usług". Po tej buteleczce zażądali drugiej na
rachunek kuracji; potem trzeciej, czwartej, ciągle na rachunek kuracji;
za każdą zaś butelką, mąż ponawia swój wykrzyknik: "Diabli ją wynieśli
na ten próg przeklęty!".
Czegóż by nie wydobył kto inny z owych trzech chirurgów, z ich rozmowy
przy czwartej butelce, z obfitości ich cudownych kuracji, z niecierpliwości Kubusia, złego humoru gospodarza, z rozpraw naszych
wioskowych eskulapów dokoła uszkodzonego kolana, z rozbieżności ich
zdań: jeden utrzymywałby uparcie, że pacjent jest stracony, jeśli mu się
co rychlej nie odejmie nogi; drugi zaś, iż trzeba wyjąć kulę i część
ubrania, jaka się z nią dostała do kolana i darować nieborakowi jego
odnóże. Wśród tego można by pokazać Kubusia, jak siedzi na łóżku,
patrząc litościwie na swą nogę i przesyłając jej ostatnie pożegnania.
Trzeci chirurg baraszkowałby sobie, póki by się nie wszczęła kłótnia, w której od słów przeszliby do gestów.
Daruję wam te wszystkie szczegóły, których pełno znajdziecie w powieściach, w dawnej komedii i w życiu. Skoro usłyszałem gospodarza,
jak wykrzyknął po raz dziesiąty: "Diabli ją wynieśli na ten próg
przeklęty!", przypomniałem sobie Molierowskiego Harpagona, gdy powiada o synu: Po kiegóż diabła łaził na ten statek? I pojąłem, że nie tylko
chodzi o to, aby być prawdziwym, ale że trzeba też być zabawnym; i to
jest przyczyna, dla której po wiek wieków powtarzać będą: Po kiegóż
diabła łaził na ten statek?, odezwanie zaś mego wieśniaka: Diabli ją
wynieśli na ten próg przeklęty! - nie przejdzie nigdy w przysłowie.
Kubuś nie zachował wobec pana względów, jakich ja przestrzegam wobec
ciebie, czytelniku: nie opuścił najmniejszego szczegółu, narażając go
zgoła na niebezpieczeństwo powtórnego zaśnięcia. Skończyło się na tym,
iż jeżeli nie najzręczniejszy, to w każdym razie najsilniejszy z chirurgów utrzymał się przy pacjencie.
Czy może (powiecie) masz zamiar rozkładać w naszych oczach lancety,
wrzynać je w ciało, wypuszczać krew i kazać nam oglądać operację? Czy
może, pańskim zdaniem, byłoby to dziełem arcydobrego smaku?... Dobrze
więc, daruję wam ostatecznie operację, ale pozwólcie przynajmniej
Kubusiowi powiedzieć swemu panu: "Ach, panie, to są straszliwe rzeczy
naprawianie strzaskanego kolana!"... Panu zaś odpowiedzieć jak wprzódy:
"Ech, Kubusiu, żartujesz chyba"... Czego zaś za wszystkie skarby świata
nie zgodziłbym się zataić, to tego, iż zaledwie pan Kubusia rzucił tę
niedbałą odpowiedź, nagle własny jego koń potyka się i pada, kolano pana
wchodzi w bliską styczność ze spiczastym kamieniem, jego zaś właściciel
krzyczy wniebogłosy: "Jezus Maria! Moje kolano!"...
Kubuś, najlepszy w świecie chłopak, jakiego sobie można wyobrazić,
tkliwie przywiązany był do pana; mimo to chciałbym wiedzieć, co się
działo w głębi jego duszy (jeżeli nie w pierwszej chwili, to
przynajmniej skoro się upewnił dostatecznie, iż upadek ten nie będzie
miał przykrych następstw) i czy mógł sobie odmówić lekkiego drgnienia
tajemnej radości z powodu przygody, która miała pouczyć tegoż pana, jak
smakuje zranienie w kolano. Druga rzecz, czytelniku, co do której rad
bym, abyś mnie objaśnił, to, czy jego pan nie byłby wolał zranić się,
bodaj nieco ciężej, gdzie indziej niż w kolano, i czy nie bardziej
dopiekało mu zawstydzenie od bólu.
Skoro pan ocknął się nieco z upadku i przerażenia, wdrapał się na siodło
i dał parę ostróg koniowi, który pomknął jak błyskawica; toż samo
uczyniła kobyła Kubusiowa, pomiędzy bowiem dwojgiem bydlątek panowała ta
sama poufałość, co między ich panami: były to dwie pary przyjaciół.
Gdy wreszcie konie, zdyszane, wróciły do zwyczajnego kroku, Kubuś rzekł:
"No i cóż, co pan o tym sądzi?".
PAN: O czym?
KUBUŚ: O ranie w kolano.
PAN: Jestem twego zdania; to jedna z najokrutniejszych.
KUBUŚ: W pańskie kolano?
PAN: Nie, nie, w twoje, w moje, we wszystkie kolana w świecie.
KUBUŚ: Panie, panie, nie zastanowił się pan dobrze; wierz mi pan,
żałujemy zawsze jeno siebie.
PAN: Cóż za szaleństwo!
KUBUŚ: Ach, gdybym umiał mówić tak, jak umiem myśleć! Ale było napisane
w górze, iż będę miał różne rzeczy w głowie, a nie będę umiał znaleźć
wyrazów.
Tutaj Kubuś zapuścił się w metafizykę bardzo subtelną i może bardzo
prawdziwą. Starał się wytłumaczyć panu, iż słowo ból jest samo w sobie
bez treści i zaczyna coś znaczyć dopiero wówczas, gdy przywodzi na
pamięć wrażenie, któregośmy sami doznali. Pan zapytał, czy zdarzyło mu
się kiedy rodzić.
- Nie - odparł Kubuś.
- A czy myślisz, że to wielki ból?
- Oczywiście!
- Litujesz się nad kobietą w boleściach rodzenia?
- Bardzo.
- Zdarza ci się tedy litować nad kim innym niż sobą.
- Litość budzi we mnie istota, która załamuje ręce, wyrywa sobie włosy,
wydaje krzyki, ponieważ wiem z doświadczenia, iż nie czyni się tego bez
bólu, ale co się tyczy cierpień właściwych kobiecie rodzącej, nie lituję
się ich: nie wiem, co to jest, Bogu dzięki! Ale, aby wrócić do niedoli,
którą znamy obaj, do historii mego kolana, które stało się pańskim
wskutek pańskiego upadku...
PAN: Nie, Kubusiu, do historii twojej miłości, która stała się moją
wskutek moich minionych utrapień...
KUBUŚ: Oto więc leżę w łóżku, czując po opatrunku odrobinę ulgi; chirurg
odjechał, gospodarze ułożyli się do spoczynku. Izba ich oddzielona była
od mojej jeno rzadkim przepierzeniem z desek oklejonych szarym papierem
z kolorowymi obrazkami. Leżałem, nie mogąc usnąć; wśród tego słyszałem
głos żony mówiącej do męża: "Daj mi pokój, nie mam ochoty do figlów.
Biedny nieszczęśnik, który omal nie skonał pod naszym progiem!"...
- Kobieto, opowiesz mi to później.
- Nie, nie chcę. Jeśli mnie nie zostawisz, wstaję z łóżka. Chcesz, abym
miała głowę do tego, po takim zmartwieniu!
- Jeśli się będziesz tak drożyć, możesz się załapać.
- To nie dlatego, żeby się drożyć, ale naprawdę ty bywasz niekiedy tak
uparty!... tak uparty!... bo to... bo to...
Po dosyć krótkiej pauzie mąż podjął rozmowę i rzekł:
- No, kobieto, przyznajże teraz, iż niewczesnym współczuciem wpakowałaś
nas w kłopot, z którego diabli wiedzą, jak się wyplątać. Rok jest lichy;
zaledwie będziemy mogli nastarczyć potrzebom naszym i dzieci. Zboże
wprost na wagę złota! Wina na lekarstwo! Gdyby jeszcze znaleźć jakąś
pracę, ale bogaci się kurczą, biedacy nie mają zarobku; na jeden dzień
zatrudniony, cztery traci się darmo. Nikt nie płaci tego, co winien;
wierzyciele ścigają z nieubłaganą zajadłością; i ty właśnie wybierasz tę
chwilę, aby ściągnąć tu jakiegoś przybłędę, obcego człowieka, który
będzie siedział nam na karku, póki się spodoba Bogu i chirurgowi
niekwapiącemu się go uleczyć; wiadomo bowiem, iż każdy chirurg stara się
przeciągać chorobę, ile tylko może; przybłędę, powiadam, który nie
śmierdzi ani szelągiem i który w dwój- i w trójnasób pomnoży nam
wydatki. Kobieto, kobieto, jakże ty się pozbędziesz teraz tego człeka?
Mówże co, żono, dajże jakąś rację.
- Czyż z tobą można mówić?
- Powiadasz, że jestem wściekły, że gderam; ciekawym, kto by nie był
wściekły? Kto by nie gderał? Było jeszcze w piwnicy trochę wina:
zobaczysz, czy długo się uchowa! Panowie chirurdzy wypili wczoraj przez
wieczór więcej niż my i dzieci przez cały tydzień. A chirurg też nie
będzie przychodził darmo, możesz sobie wyobrazić: któż go zapłaci?
- Tak, bardzo rozumnie mówisz i dlatego że taka bieda, czynisz co
możesz, aby postarać się o nowe dziecko, jak gdyby ich nie było dość.
- Ale nie!
- Ale tak; jestem pewna, że zastąpię.
- Za każdym razem to powtarzasz.
- I nigdy nie chybiło, zwłaszcza kiedy ucho mnie swędziało, a czuję
swędzenie jak nigdy.
- Et, ucho...
- Nie dotykaj! Zostaw moje ucho! Zostawże, człowieku, czyś oszalał?
Pożałujesz!
- Aha! Toć poszczę już od wilii św. Jana.
- Póty będziesz wojował, aż... a potem za miesiąc będziesz się wykrzywiał,
jakby to było z mojej winy.
- Nie, nie.
- A za dziewięć miesięcy jeszcze gorzej.
- Nie, nie.
- Zatem sam chcesz?
- Tak, tak.
- Będziesz pamiętał? Nie powiesz jak za każdym razem?
- Tak, tak...
I oto pomału z nie, nie do tak, tak ów człowiek wściekły na żonę, iż
dała się zmiękczyć uczuciu ludzkości...
PAN: Właśnie sobie czyniłem tę uwagę.
KUBUŚ: To pewna, iż ów mąż nie był zbyt konsekwentny; ale był młody, a żona ładna. Nigdy nie robi się tyle dzieci co w czasach nędzy.
PAN: Nic się tak nie mnoży jak biedacy.
KUBUŚ: Jedno dziecko więcej, to nic dla takich ludzi; miłosierdzie
boskie je wyżywi. A potem, to jedyna przyjemność, która nic nie
kosztuje; człowiek pociesza się tanim kosztem w nocy po utrapieniach
dnia... Z tym wszystkim uwagi gospodarza nie były bez słuszności. Podczas
gdy sam to sobie mówiłem, uczułem gwałtowny ból w kolanie i wykrzyknąłem: "Au! kolano!". A mąż na to: "Och! żono!"... A żona: "Och!
mężu! ależ... ależ... ten człowiek tam jest!".
- No więc cóż ten człowiek?
- Może słyszał.
- A niechby słyszał.
- Nie będę mu śmiała jutro w oczy spojrzeć.
- A to czemu? Czy nie jesteś moją żoną, czy nie jestem twoim mężem? Czy
mąż ma żonę, a żona męża na darmo?
- Och, och!
- Cóż takiego?
- Ucho!...
- Cóż, ucho?
- Gorzej niż kiedy.
- Śpij, to przejdzie.
- Nie potrafię. Och, ucho! ucho!
- Ucho, ucho, łatwo to mówić...
Nie umiem wam powiedzieć, co zaszło, ale kobieta powtórzywszy kilka razy
ucho, ucho głosem cichym i przyspieszonym, zaczęła wreszcie bełkotać
przerywanymi głoskami u... cho... u... c h o..., a potem w następstwie tego
u... cha... sam nie wiem, co jeszcze; wszystko razem w połączeniu z milczeniem, jakie zaległo potem, pozwoliło wnosić, iż swędzenie ucha
uśmierzyło się w ten lub ów sposób, mniejsza o to, jak: co mi zrobiło
szczerą przyjemność. No, a dopiero jej!
PAN: Kubusiu, połóż rękę na sumieniu i przysięgnij, że nie w tej
kobiecie się zakochałeś.
KUBUŚ: Przysięgam.
PAN: Tym gorzej dla ciebie.
KUBUŚ: Gorzej lub lepiej. Myśli pan zapewne, iż kobiety, które są takiej
przyrody co ona, chętnie użyczają ucha?
PAN: Myślę, iż tak jest napisane w górze.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki