PROLOG: WNUK CZYNGISA
W roku 1215 świat nie był zjednoczony. Ludzie i zwierzęta wędrowali powoli. Podróż do najbliższego miasta zajmowała całe dnie, przebycie kraju - tygodnie. Rozległe przestrzenie kontynentów były izolowanymi kosmosami nieświadomymi nawzajem swego istnienia. Nikt nie dotarł z Azji do Australii poza nielicznymi mieszkańcami indonezyjskiej wyspy Sanana (Sulawesi), którzy przepłynęli morze Timor, by łowić trepangi, strzykwy stanowiące wtedy i teraz specjał wielce ceniony w Chinach. Nikt z Eurazji nie odwiedził Ameryk poza nielicznymi Inuitami, przeprawiającymi się w łodziach przez Cieśninę Beringa. Na Grenlandii społeczności Norwegów rozkwitały dzięki długiemu ociepleniu i choć morze nie zamarzało przez kilka kluczowych miesięcy, ci twardzi wędrowcy nigdy nie odczuwali pokusy powtórzenia wyczynu swych przodków, którzy dwa wieki wcześniej na krótko skolonizowali ląd amerykański. Statki trzymały się wybrzeży; jedynym wyjątkiem były polinezyjskie czółna, przemierzające Pacyfik od wyspy do wyspy, chociaż niewiele z nich stawiało czoło otwartemu oceanowi.
Pojawiały się jednak oznaki jeśli nie globalizacji, to przynajmniej regionalizacji. Europa i Azja wystartowały łeb w łeb; były przecież dwoma kontynentami w jednym. Więzi między nimi wydały niegdyś wielkie imperia i cywilizacje: Rzymu, Persji, Chin. Teraz więzi tworzyła religia.
W Europie chrześcijańscy uczeni z Irlandii (a nawet Islandii) gawędzili po łacinie ze swymi kolegami z Rzymu, a architekci od Asyżu po York rywalizowali o sławę swymi strzelistymi przyporami i maswerkami. W Reims od pięciu lat wznosili jedną z najwspanialszych gotyckich katedr Francji. Kościół nabrał nowej siły, zrujnowawszy większą część południowej Francji podczas zaciekłej krucjaty przeciwko heretyckim albigensom. W tym roku papież napiętnował ich na IV soborze laterańskim (na którym ekskomunikował przy okazji angielskich baronów za to, że zmusili króla Jana do wyrzeczenia się części jego boskich praw przez podpisanie Magna Charta).
Europa sięgała też dalej: Albert z Buxtehude w północnych Niemczech, szerząc chrześcijaństwo nad Bałtykiem, założył właśnie Rygę, gdzie wystawił sztukę opartą na motywach biblijnych, aby nawrócić miejscowych. Było to pierwsze przedstawienie, jakie zobaczyli Łotysze. Kiedy na scenie Gideon zaatakował Filistynów, widzowie uznali, że dzieje się to naprawdę, i uciekli, by ratować życie. Ten sam sobór, który napiętnował albigensów, patrzył też na południowy wschód, poza granice europejskiego chrześcijaństwa, gdzie leżał nieustanny kamień obrazy dla chrześcijańskich sumień: opanowana przez wyznawców islamu Ziemia Święta. Kolejna krucjata była nieunikniona.
Krzyżowcy przez ponad stulecie wykuwali nieprzyjazne więzi między chrześcijańską Europą a muzułmańskim Bliskim Wschodem, budując chrześcijańskie enklawy w dzisiejszej Syrii, Libanie i Izraelu. Wrogość kierowała się nie tylko przeciwko "poganom". Dziewięć lat wcześniej wojownicy czwartej krucjaty, prawdopodobnie w drodze do Egiptu, okazali się szczególnie cyniczni, wydzierając Konstantynopol jego prawosławnym władcom. W 1215 roku nadal go posiadali, nieustannie podkopując wszelkie nadzieje na zjednoczenie chrześcijaństwa.
Islam był już wówczas nie tylko godnym przeciwnikiem chrześcijaństwa. Uczeni i kupcy wędrowali z Hiszpanii przez Afrykę Północną i Bliski Wschód do Azji Środkowej, znajdując wspólne korzenie w 500-letniej religijnej wspólnocie, w "boskim języku" (arabskim), w Koranie i w handlu - niewolnikami i złotem, płynącymi z Afryki Subsaharyjskiej. Muzułmański kupiec mógł podróżować od Timbuktu do Delhi i mieć pewność, że spotka tam podobnie myślącego kontrahenta; a jeśli pojechałby przez Bagdad - serce islamu - spotkałby żydów, zoroastrian, manichejczyków i chrześcijan wszelkich sekt: nestorianów, monofizytów, gnostyków i prawosławnych. Arabskim kapitanom opłacało się opływać wybrzeża przez rok czy dwa w drodze do południowych Chin, by zabrać stamtąd ładunek jedwabiu i porcelany.
Połączenia lądowe między zachodem a wschodem były niegdyś mocniejsze dzięki drogom handlowym znanym jako Jedwabny Szlak. Teraz w sześciomiesięczną podróż między światem islamu a Chinami ruszało mniej wielbłądów. Niedawno Mongołowie pod wodzą Czyngis-chana zaatakowali kluczowe buddyjskie państwo, Si Sia, na północ od Tybetu, w dzisiejszym Sinciang (Xinjiang), i mało kto wierzył, że karawany wielbłądów przejdą nietknięte.
Wszystkie więzi były bardzo słabe. Jednak te miejsca i kultury, tak odległe od siebie w czasie i przestrzeni, miały wkrótce przeżyć wstrząs z powodu dwóch wydarzeń, do których doszło w owym roku.
Pierwszym był szturm na wielkie miasto w północnych Chinach, dzisiejszy Pekin. Oblegali je Mongołowie pod wodzą Czyngis-chana. Czyngis pojawił się znikąd - był tylko nędznym uciekinierem - by stworzyć naród, a teraz zamierzał wypełnić swe przeznaczenie. Wielokrotnie uniknąwszy w młodości licznych niebezpieczeństw, odkrył, ku swemu zdziwieniu, że został wybrany przez Niebo, by rządzić. Ale rządzić kim i czym? Na pewno swoimi Mongołami. Lecz potem, gdy podbój gonił podbój, ujrzał, że państwo powierzone mu przez boski zew jest większe. Jak wielkie? Północne Chiny? Zapewne. Całe Chiny, chociaż żadnemu koczownikowi nigdy się to nie udało? Być może.
Północne Chiny, źródło bogactwa i potęgi, zawsze przyciągały wojowniczych nomadów zza pustyni Gobi i zawsze robiły wszystko, co mogły, aby się obronić - murami, armiami, łapówkami, dyplomacją i małżeństwami. Północne Chiny były tradycyjnym przeciwnikiem, kluczem do większego imperium, a Pekin, stolica miejscowych władców z dynastii Kin, był kluczem do północnych Chin. Powinien upaść rok wcześniej, po serii długich kampanii, podczas których Czyngis zneutralizował tanguckie imperium Si Sia, najechał kraj na północ od Żółtej Rzeki i oblegał Pekin, dopóki cesarz Kin nie skapitulował. W 1214 roku Czyngis porzucił Pekin niezdobyty i niezłupiony, uznając, że ma nowego wasala - by odkryć, że kiedy armie mongolskie wycofały się na stepy, cesarz Kin uciekł z 3000 wielbłądów i 30 000 wozów z dobytkiem do starożytnej chińskiej stolicy w Kaifengu, daleko na południe za Żółtą Rzeką.
Czyngis wpadł w szał. "Cesarz Kin nie zaufał mojemu słowu! - krzyczał. - Wykorzystał pokój, żeby mnie oszukać!"
Teraz Mongołowie wrócili, a tym razem mieli nie popuścić, dopóki Pekin nie upadł, a całe cesarstwo Kin nie stało się mongolskie. Przez całą zimę 1214-1215 roku mongolska armia blokowała miasto. Nie planowano bezpośredniego szturmu; miasto było zbyt silne, z 15-kilometrowymi murami, 900 wieżami strażniczymi, katapultami, które mogły miotać kamienie i bomby zapalające, oraz ogromnymi łukami oblężniczymi, zdolnymi wystrzeliwać strzały wielkości słupów telegraficznych. Nie: Pekin należało zmusić do kapitulacji głodem.
I tak się stało. Trzydziestego pierwszego maja Pekin otworzył swe bramy. W rzezi, jaka nastąpiła, zginęły tysiące; pożary szalały przez miesiąc. Rok później dokoła wciąż leżały ciała i srożyła się zaraza. Muzułmański poseł donosił, że ziemia była śliska od ludzkiego tłuszczu.
Upadek Pekinu w 1215 roku zapoczątkował serię wydarzeń, które zmieniły bieg euroazjatyckiej historii. Nie skończono jeszcze z północnymi Chinami; Czyngisa odciągnęły od ataku wydarzenia dalej na zachodzie. Cztery lata później zostało wymordowane poselstwo handlowe do nowego islamskiego państwa - Chorezmu. Po zneutralizowaniu północnych Chin Czyngis mógł swobodnie ruszyć na swych zachodnich sąsiadów, rozpoczynając zniszczenie na bezprecedensową skalę i zrównując z ziemią stare miasta na Jedwabnym Szlaku: Bucharę, Samarkandę, Merw i Urgencz. Potem usankcjonował nadzwyczajną kampanię zwiadowczą przez Gruzję i Ukrainę, otwierając epokę 200-letnich rządów mongolskich na południu Rusi. Dopiero kiedy jego ludzie wrócili z tej wielkiej wyprawy, Czyngis ponownie skierował się na ziemie za Gobi. Latem 1227 roku, prowadząc operację w górach na południe od Żółtej Rzeki, zmarł.
Jego wielka misja pozostała niezrealizowana. Większość islamskiego świata, włącznie z samym Bagdadem, wciąż nie była podbita, podobnie jak stepy rosyjskie, enklawy w północnych Chinach i całe południe tego kraju - oddzielne państwo pod rządami dynastii Sung - a jeszcze dalej ludy, które musiały nieuchronnie uznać zwierzchność Czyngisa: te ze wschodniego skraju imperium mongolskiego (Korea i Japonia) i te z południa (dzisiejsza Kambodża, Wietnam i Birma), a wreszcie i te wszystkie za bogatymi wyspami Indonezji. Na zachodzie natomiast węgierska puszta stanowiła drogę do chrześcijańskiej Europy.
To było wskazane przez Niebo przeznaczenie Mongołów. Czemu tak miało być, nie wnikał w to ani Czyngis, ani jego dziedzice; po prostu akceptowali ten fakt.
Tak więc wiele spraw pozostało niedokończonych: ale już w chwili śmierci Czyngis zmienił swój świat. Nigdy wcześniej Wschód i Zachód nie były tak ściśle związane. Mongolscy wodzowie doskonale wiedzieli o rywalizacji ruskich książąt; wiedzieli też, jak ich dodatkowo skłócić, gdy nadejdzie czas. Szybcy jeźdźcy, pokonujący po 150 kilometrów dziennie, wielokrotnie zmieniając konie, mogli dostarczyć wiadomość z Pekinu do Afganistanu - odległych o 4000 kilometrów - w sześć tygodni, a było to możliwe dzięki temu, że Mongołowie władali tymi rozległymi ziemiami.
Czegóż więc nie można było osiągnąć, biorąc pod uwagę rozmiary imperium? Kupcy przywozili bogactwa Wschodu i Zachodu, artyści garnęli się, by służyć Zdobywcy Świata, duchowni wszelkich wyznań prezentowali swe religie, uczeni zbierali i tłumaczyli księgi z największych bibliotek, ambasadorzy przybywali od władców Wschodu i Zachodu, oferując posłuszeństwo. Świat miał być jednością pod Niebem i żyć w pokoju. Taka wizja wypełniała umysły dziedziców Czyngisa.
Było to, rzecz jasna, nierealne marzenie, jak miał pokazać czas. Jak wszystkie imperia, i to miało sięgnąć swych granic, podzielić się i rozpaść.
Jednak 23 września 1215 roku, niemal cztery miesiące po upadku Pekinu, gdzieś w mongolskiej ojczyźnie urodziło się królewskie dziecko. Chłopiec ten po latach, jako chan chanów, Wielki Chan, miał podjąć wizję Czyngisa i uczynić więcej niż jakikolwiek inny przywódca, by ją urzeczywistnić. Z władzą, jaką osiągnął - chociaż chwiejną - od Pacyfiku do południowej Rusi, miał się stać najpotężniejszym człowiekiem, jaki kiedykolwiek żył - aż do powstania współczesnych supermocarstw. Nominalnie rządził jedną piątą zamieszkanych lądów, być może połową ludzkości. Jego imię miało wykroczyć poza podbite przez niego ziemie, do Europy, Japonii, Wietnamu, Indonezji - zbieracze trepangów, gromadzący ów specjał u wybrzeży północnej Australii, mogli słyszeć o jego próbie najazdu na Jawę w 1292 roku. To legenda o jego bogactwie dwa wieki później zainspirowała Kolumba do popłynięcia na zachód w rejs, który skończył się nie odkryciem nowego szlaku do starożytnego kraju, ale szansą ponownego odkrycia ziemi dawno zapomnianej. Gdyby nie istniał, gdyby nie mongolskie imperium w Chinach, kto - zadaję sobie pytanie - odkryłby ponownie Amerykę?
Dziedzictwem Wielkiego Chana były powiększone i zjednoczone Chiny, w ich dzisiejszych granicach, nie licząc niewielkich obszarów pogranicznych. Ironia losu sprawiła, że jednym z tych obszarów jest sama Mongolia, ojczyzna Wielkiego Chana. W Chinach niechętnie się przyznaje, że owa azjatycka współczesna superpotęga zawdzięcza swą geograficzną całość - jałową północ, bujne południe, wielkie zachodnie pustynie, wysokie szczyty Tybetu - mongolskiemu chłopcu urodzonemu w roku zniszczenia Pekinu.
Tym chłopcem był wnuk Czyngisa, Kubilaj.
1.LWICA I JEJ MŁODE
W Mongolii jedna rzecz rzuca się w oczy: kobiety domagają się, by je respektowano. Na wsi dufne we własne siły staruchy o orzechowych twarzach śmiało świdrują cię wzrokiem; krzepkie, rumiane dziewczęta jeżdżą konno niczym wytrawni dżokeje. W stolicy, Ułan Bator, nie można przejść przez główny plac do jedynego domu towarowego, by nie spotkać piękności świadomej swej elegancji i dumnej z tego. Postawa tych kobiet, ich pewność siebie są bardziej nowojorskie niż pekińskie. Nie wszystkich, rzecz jasna, ponieważ i w Mongolii panuje bieda. Jednak przez wieki koczownicze, pasterskie tradycje sprawiły, że kobiety dorównały mężczyznom w samodzielności. Nawet dziś wieśniaczki nie tylko gotują, piorą, wychowują dzieci - ale także polują i pasą stada, jeśli muszą. Jeden z dekretów Czyngis-chana odzwierciedlał codzienną rzeczywistość: "Kobiety towarzyszące wojskom przejmują prace i obowiązki mężczyzn, kiedy ci idą na wojnę". Również walczą. W 1220 roku córka Czyngisa poprowadziła ostateczny szturm na perskie miasto Niszapur, gdzie wymordowano "wszystkich niedobitków poza 400 osobami, które wybrano z powodu ich rzemiosła"1. Zarówno w życiu rodzinnym, jak i w polityce kobiety zawsze stanowiły siłę. Dziedziczono w linii męskiej, ale wdowy - wdowy z klas wyższych, rzecz jasna - mogły przejmować majątki zmarłych mężów, dzięki czemu część z nich bogaciła się, zyskiwała władzę i niezależność. To dziwne, że w największym lądowym imperium świata obraz męskiej dominacji istniał dzięki niezwykłym kobietom.
Jako dziecko Czyngis był nędzarzem, wychowywanym przez matkę, Höelün, którą odrzucił własny klan i która musiała na górskich stokach szukać owoców jałowca, by nie umrzeć z głodu. To Höelün pokazała mu, jak przeżyć, jak odbudować więzi rodzinne, powołując się na tradycyjną przyjaźń, tworzyć nowe więzi, zawierać sojusze i nagradzać lojalność, nigdy nie szukać osobistych zdobyczy i zawsze dbać o zwykłych ludzi i ich rodziny. Gdy pobłądził, ona go gromiła, aż zrozumiał błędy swego postępowania. Kiedy jako nastolatek zabił swego przyrodniego brata, tym samym zapewniając sobie, że będzie jedyną głową rodziny, urządziła mu piekło. Epos założycielski Mongołów, Tajna historia Mongołów, utrwalił jej słowa. Zaczęła krzyczeć i porównywać syna do zwierząt popełniających czyny okrutne i głupie. Jak mógł zrobić coś takiego, gdy nie mają nic prócz rodzinnej jedności, gdy:
Nie mamy innego przyjaciela prócz własnego cienia, ani innego bata prócz końskiego ogona!2
Czyngis przyjął nauczkę i starał się, by inni również ją przyjęli, ponieważ to on, bez wątpienia, w wieku dojrzałym zachęcał bardów, by przemienili tę opowieść w pieśń. Jako władca Czyngis czcił matkę przez jej całe długie życie - a niektórzy powiadają, że i bał się jej.
Żona, którą Czyngis dał swemu synowi Tołujowi, była ulepiona z tej samej gliny. Nazywała się Sorkaktani, i to o niej jest ten rozdział, ponieważ w 1215 roku, chociaż nie zdawała sobie z tego sprawy, w swoich rękach trzymała przyszłość świata - i to nie tylko z powodu nowo narodzonego Kubilaja. Z jej pięciorga dzieci dwoje zostało imperatorami, a trzecie rządziło Persją. Gdyby nie jej ambicja, dalekowzroczność, rozsądek i kilka interwencji w kluczowych momentach, imperium Czyngisa mogłoby się rozsypać w wyniku rodzinnych sporów w ciągu 20 lat po utworzeniu, a Kubilaj nigdy nie objąłby swego dziedzictwa.
Sorkaktani nawet nie była Mongołką. Była Kereitką, a wychowanie w tej tureckojęzycznej grupie, która zdominowała środkową Mongolię w czasach, gdy urodził się Czyngis, dawało dobry trening w polityce Azji Wewnętrznej. Kereicki król, Toghrul - po turecku "sokół" - był wujem Sorkaktani. Stał na czele wielu wodzów klanowych, którzy wypasali swe stada na stepach za Wielkim Murem, i ceniono go na zachodzie i południu. Lud Toghrula został nawrócony na jedną z form chrześcijaństwa przez nestoriańskich misjonarzy, zwolenników heretyka Nestoriusza, który głosił, że Chrystus był równocześnie Bogiem i człowiekiem, dwiema osobami w jednej, a nie pojedynczym, niepodzielnym Słowem-Które-Stało-Się-Ciałem głównego nurtu chrześcijaństwa. Jednak Toghrul miał też kontakty z północnymi Chinami, gdzie nagrodzono go tytułem księcia (wang) - późniejsi historycy znali go jako Wang Chana, księcia króla. Odegrał kluczową rolę w dziejach ojca Czyngisa, który był jego "bratem miecza". Za czasów Czyngisa stosunki między Toghrulem a Czyngisem początkowo układały się dobrze, ale zaczęły się psuć i skończyły się wojną, z której Czyngis wyszedł zwycięsko.
Toghrul miał młodszego brata, Jachę, którego dzieje odzwierciedlają złożoność i niebezpieczeństwa zmiany sojuszy wśród stepowych plemion Azji Wewnętrznej. Jacha wzrastał wśród ludu Tangutów z Si Sia, buddyjskiego państwa w dzisiejszym Sinciangu, i zdobył u nich rangę dowódcy - gambu po tangucku; tytuł stał się częścią jego imienia: Jacha Gambu. Jako wódz ze swą małą armią wrócił do Mongolii, przyłączył się do Czyngisa w czasie, kiedy Mongołowie i Kereici wciąż byli przyjaciółmi, i - w przeciwieństwie do Toghrula - zachował lojalność wobec niego, kiedy pogorszyły się stosunki między Mongołami a Kereitami. W trwającej 10 lat międzyplemiennej wojnie o narodową jedność Kereici walczyli po obu stronach. Kiedy około 1200 roku główny trzon Kereitów został pokonany, Czyngis zespolił plemiona małżeństwami. Jacha miał dwie córki. Starszą, Ibakę, Czyngis pojął jako jedną ze swych żon - spory zaszczyt dla jej dumnego i lojalnego ojca - chociaż później oddał ją jednemu ze swych wodzów. Młodszą, Sorkaktani, przeznaczył swemu młodszemu synowi Tołujowi, właśnie zaczynającemu wyróżniającą się karierę wojskową. W następnych latach, choć w małżeństwie następowały okresy długich nieobecności męża, zajętego kampaniami w Chinach i krajach muzułmańskich, Sorkaktani powiła czterech synów, zyskując tym samym i motyw, i środki do pozyskiwania sobie przyjaciół i wpływów.
Jej czterej chłopcy mieli na 50 lat zdominować większą część Azji i zmienić bieg historii. Długo jednak musiała czekać na to, aż koło fortuny obróci się na jej korzyść.
Dla Sorkaktani pierwszą szczęśliwą okolicznością, jeśli można to tak nazwać, była śmierć Czyngisa w 1227 roku. Czyngis zarządził, że jego następcą będzie trzeci syn, Ugedej, a wszyscy czterej synowie będą sprawować władzę nad własnymi terytoriami. Dżoczi, najstarszy, otrzymał część dzisiejszej Rosji, od połowy Syberii do Morza Czarnego; zmarł jednak niedługo po Czyngisie i ziemie odziedziczyli jego synowie Orda i Batu. Azja Środkowa od Morza Aralskiego do Tybetu przeszła w ręce Czagataja. Osobistym władztwem Ugedeja zostało Si Sia (większość zachodnich Chin) i północne Chiny. Tołuj, najmłodszy, jak wymagała tradycja, odziedziczył ziemie "ogniska" swego ojca - co w tym przypadku oznaczało całą Mongolię. To ona właśnie miała się stać dla Sorkaktani podstawą potęgi.
Podział był oparty na pobożnych życzeniach, ponieważ granice były raczej płynne i wciąż kwestionowane przez miejscowych. Północne Chiny podbito tylko w połowie; Chorezm nadal wymagał spacyfikowania; ruscy książęta, chociaż pobici, podnosili głowy. Najsilniejszą pozycję miał Tołuj, ponieważ władał rdzeniem państwa z gotowym korpusem urzędniczym. Na dodatek - ponieważ pasterze byli też wojownikami - mógł w teorii sprawować kontrolę nad armią. Tej jednak możliwości nie wykorzystał, będąc poddanym Ugedeja, i to zadowolonym: obaj bracia bardzo się lubili. Tołuj nie rzucił wyzwania bratu, toteż Sorkaktani nie miała jeszcze powodu, by marzyć o królewskiej chwale dla swych synów.
Ugedej zaczął panowanie od ożywionej aktywności wojskowej w pogoni za wizją swego ojca - zorganizował cztery wielkie i niezależne kampanie. Jedna przywróciła rządy mongolskie w Iranie, odbierając go Seldżukom. Inwazja na Koreę stanowiła początek podboju, który zakończył się dopiero w 1260 roku. A w 1231 roku nastąpił powrót do północnych Chin, stanowiących bezpośredni cel Czyngisa w chwili jego śmierci. Siły mongolskie nacierały na trzech kierunkach, dowodzonych przez najwybitniejszych dowódców Czyngisa: jednookiego Subedeja, samego Ugedeja i Tołuja, który podczas pierwszej inwazji 20 lat wcześniej podbił kilkanaście miast.
Kolejnym darem losu dla Sorkaktani stała się śmierć męża na początku kampanii w północnych Chinach. Tajna historia opowiada o tym dramatycznym epizodzie z zamiarem podkreślenia lojalności młodszego brata wobec starszego, wodza wobec imperatora. Wkrótce po rozpoczęciu kampanii w 1231 roku Ugedej zachorował. Rozszalały się w nim duchy ziemi i powietrza - było to zapewne delirium tremens w wyniku nadużywania alkoholu przez całe życie. Szamani zebrali się, by wywróżyć przyczynę niedomagania. Po zbadaniu wnętrzności zwierząt ofiarnych ogłosili, że potrzebne jest złożenie ofiary. Jednak gdy szamani zgromadzili jeńców, złoto, srebro, bydło i żywność na ofiarę, stan Ugedeja się pogorszył. Co teraz? Powstało pytanie: czy członek rodziny chana może przejąć na siebie jego chorobę? Tołuj był obecny i zgłosił się dobrowolnie. Ale w jaki sposób choroba ma przejść na niego? Kolejne zebranie szamanów, kolejna rada. Tołuj musi wypić alkoholowy napój, który przyciągnie do niego chorobę Ugedeja. Tołuj się zgodził: "Szamani, odmawiajcie modły i zaklęcia!" Nie wiedział jednak, że cierpienia Ugedeja to nie choroba, ale agonia. Takie brzemię wziął na siebie nieświadomie. Tołuj wypił. Napój działał szybko. Tołuj zdążył tylko polecić swą rodzinę opiece Ugedeja. "Upiłem się", wybełkotał. Stracił przytomność i już jej nie odzyskał. Mówiąc skąpymi słowami Tajnej historii: "Takie były prawdziwe okoliczności jego śmierci". Cóż, mogło tak być; a może po prostu zmarł z powodu wypicia nadmiernej ilości alkocholu. Ugedej, zrozpaczony po śmierci brata, nigdy nie odzyskał zdrowia. Żal stał się pretekstem do dalszego picia, ale Ugedej żył jeszcze 10 lat.
Śmierć Tołuja otworzyła nowy rozdział w życiu Sorkaktani, jako wdowy po nim, w sercu rozrastającego się imperium. Zgodnie z tradycją w mongolskim społeczeństwie wdowa po bogaczu zarządzała dobrami męża, dopóki najstarszy syn nie dorósł, by się tym zająć. Jej najstarszy syn, Mongke, miał 21 lat, ale mimo to Ugedej dał Sorkaktani prawo administrowania majątkiem Tołuja - rodziną, armią, kancelarią i miejscową ludnością: "Wszystko ma być pod kontrolą jej rozkazu i zakazu, jej rozwiązywania i związywania i nie powinni odwracać głów od jej poleceń". Krótko mówiąc, Sorkaktani została królową Mongolii, chociaż poddaną chanowi.
Los zapewnił jej niezależność, a ona, kobieta po czterdziestce, była na tyle przebiegła i ambitna, by tę niezależność utrzymać. Kiedy Ugedej zaproponował, by poślubiła jego syna (i zarazem jej bratanka) Gujuka - sojusz taki połączyłby dwie główne linie rodziny - uprzejmie odmówiła, mówiąc, że przede wszystkim musi dbać o synów. Nigdy nie wyszła ponownie za mąż. Rządziła dobrze przez następne 15 lat, zyskując sobie powszechnie opinię mądrej i stanowczej. Cudzoziemcy byli zgodni w swych doniesieniach. "Ta pani wśród wszystkich Tatarów najbardziej jest sławiona, z wyjątkiem matki cesarza"3, napisał jeden z wysłanników papieskich, Jan di Piano Carpini4. "Niezwykle inteligentna i zdolna", twierdził Raszid ad-Din, dalej wychwalając jej "wielkie talenty, doskonałą mądrość, przebiegłość i rozważanie konsekwencji wszelkich spraw". "Wszyscy książęta podziwiali sprawność jej zarządzania", pisał hebrajski lekarz Bar Hebraeus i dodawał: "Gdybym w rodzaju kobiecym ujrzał drugą taką jak ona, powiedziałbym, że rodzaj kobiecy daleko bardziej przewyższa męski".
Jej zdrowy rozsądek uwidaczniał się w sposobie, w jaki wychowywała czterech synów. Zapewniła im tradycyjną mongolską edukację i dokładną znajomość kodeksu prawnego Czyngis-chana. Jednak imperium było rozległe i żyli w nim ludzie wielu wyznań. Wiedziała z własnego doświadczenia - jako Kereitka i chrześcijanka poślubiona Mongołowi, wyznawcy szamanizmu - jak ważne jest nie zrażać sobie sojuszników i poddanych. Sprowadziła więc nauczycieli buddyzmu, nestorianizmu i konfucjanizmu, a później wybrała synom żony podobne do niej - asertywne, energiczne, inteligentne, nieulegające dogmatom i niezwykle niezależne; wykazywała tolerancję, będącą jedną z najbardziej zaskakujących cech Czyngisa. Mongke, najstarszy syn, pozostał przy szamanizmie, ale ożenił się z nestorianką; Hulagu, później władca islamskiej Persji, również pojął za żonę nestoriankę. Kubilaj żenił się wiele razy, ale jego długoletnią towarzyszką była Czabi, sławna piękność i gorliwa buddystka.
Tymczasem imperium rozrastało się, zewsząd napływało bogactwo. Kaifeng, stolica Kinów, upadł w maju 1233 roku, co zmusiło cesarza Kin do ucieczki (został otoczony nad granicą państwa Sungów i popełnił samobójstwo). Dwadzieścia lat po pierwszym najeździe Czyngisa całe północne Chiny znalazły się w mongolskich rękach. Między 1236 a 1242 rokiem kampanie na zachodzie rozszerzyły panowanie Mongołów na ruskie stepy aż do Polski i Węgier. W ojczyźnie Ugedej kontynuował proces zainicjowany przez Czyngisa, budując solidną bazę dla administracji imperium, z pisanymi prawami, spisami ludności i napływem podatków.
Ugedej wiedział teraz to samo, co Czyngis: że imperium tak złożonym nie można rządzić z obozowiska. Potrzebował stolicy, zastępującej starą mongolską bazę w Awradze nad rzeką Kerulen. To miejsce, które wciąż czeka na dokładne zbadanie przez archeologów, rozciąga się na południowym skraju ojczyzny Mongołów, gdzie góry Chentej przechodzą w stepy. Na północy wznoszą się bezpieczne góry i lasy; na południu pastwiska, Gobi i Chiny, źródło handlu i łupów. Była to doskonała kwatera główna dla klanu, ale nie dla imperium. Czyngis znał najlepsze miejsce, z którego można rządzić niedawno ukształtowanym państwem. Leżało dalej na zachód, w dolinie rzeki Orchon, gdzie niegdyś władali Turcy. Turcy nazwali je Karakorum, "Czarny Kamień". Czyngis wybrał je na nową stolicę w 1220 roku, ale nic więcej nie zdziałał. Ugedej zaczął panowanie w 1228 roku od wielkiego zgromadzenia w Awradze, gdzie najprawdopodobniej nadzorował zbieranie opowieści i informacji, które weszły do Tajnej historii Mongołów, ale z pewnością miał bardziej dalekosiężne plany. To on, po raz kolejny, miał zrealizować marzenie ojca, rozpoczynając w 1235 roku przekształcanie Karakorum w stałą siedzibę, tuż po podboju północnych Chin, a niedługo przed następnym uderzeniem na zachód.
Ziemne wały z czterema bramami otaczały małe miasto z pałacem o drewnianych podłogach, drewnianych kolumnach, pokrytym dachówką dachu i piwnicami na skarby (dzięki niedawno przeprowadzonym wykopaliskom odkryto kilka posągów i terakotowe głowy Buddy). Przylegały doń prywatne apartamenty, od frontu zaś stał wielki kamienny żółw wspierający rzeźbioną kolumnę - taki jak żółwie zwykle pilnujące chińskich świątyń - ten sam zapewne, który wciąż samotnie czuwa obok klasztoru Erdzene Dzu, wzniesionego na miejscu dawnej stolicy. Wewnątrz centralne przejście prowadziło do schodów, na których szczycie stał tron Ugedeja. Oczywiście Mongołowie nigdy nie mieli miast - i nadal nie mają. Każdy odwiedzający Ułan Bator potwierdzi, że radość życia w tym miejscu tworzą ludzie, a nie budynki. Tak samo musiało być w Karakorum. Wkrótce jedną trzecią miasta zajęły wydziały administracyjne kontrolujące składanie ofiar, szamanów, kupców, system stacji pocztowych, skarbce i arsenały. Ale nawet kiedy muzułmańscy kupcy i chińscy rękodzielnicy zaczęli wypełniać przestrzeń w obrębie wałów, nie przypominało to miasta. Brat Wilhelm z Rubryk widział je w 1253-1254 roku i nie był zachwycony: "Powinieneś wiedzieć, że pomijając pałac chana, nie jest tak piękne jak miasto St Denis, a klasztor St Denis jest 10 razy więcej wart niż ten pałac".
Nieważne: było to centrum tam, gdzie wcześniej nie było żadnego centrum; i tu setkami skupiały się filcowe namioty (ger, jak nazywają je Mongołowie), tysiącami wozy i dziesiątkami tysięcy zwierzęta. Bogaci Mongołowie - a były ich już setki - mieli nawet po 200 ciągniętych przez woły wozów, które łączono w kolumny po 20-30, wlokące się przez otwarty step, a prowadzone przez jedną kobietę w pierwszym wozie. Być może gość ujrzałby wielką platformę o średnicy 10 metrów, z osiami niczym maszty, ciągniętą przez 22 woły, na której stał namiot chana. Niektórzy wątpią, że taki pojazd istniał, ale dziś w Ułan Bator znajdują się co najmniej trzy jego repliki, a jedna z nich co roku w lipcu, w święto narodowe, objeżdża stadion podczas uroczystości. W latach 30. XIII wieku, poskrzypując, takie monstrum mogło toczyć się między starą Awragą a nowym Karakorum.
Tak wyglądała siedziba nowo utworzonej administracji Ugedeja5. Na jej czele stał chiński doradca Czyngisa, niezwykle wysoki (około 2 metrów) Kitan z arystokratycznej rodziny Jelu, imieniem Czu-tsaj (Chuzai w pinyin). Kitanowie niegdyś rządzili północnymi Chinami, aż do podboju przez Kinów w 1125 roku. Ojciec Czu-tsaja wybrał służbę dla nowego reżimu, a w jego ślady poszedł syn, który osiągnął stanowisko wiceprefekta Pekinu. Chociaż dopiero przekroczył 20. rok życia, już zyskał sławę, był znany z błyskotliwości, wzrostu, donośnego głosu i sięgającej pasa brody. Przeżył splądrowanie miasta w 1215 roku, na trzy lata wycofał się do klasztoru, by odzyskać spokój ducha, a następnie - dzięki doskonałej reputacji - wezwano go na spotkanie z Czyngis-chanem w Mongolii. Czyngis zaoferował mu stanowisko szefa nowo utworzonej kancelarii, odpowiedzialnego za skrybów, którzy spisywali prawa i podatki. Była to oferta nie do odrzucenia, gdyż, jak powiedział Czyngis, Kitanowie i Kinowie byli wrogami, a "ja cię pomściłem". Czu-tsaj śmiało zauważył, że on i jego ojciec lojalnie służyli Kinom. Czy Czyngis naprawdę spodziewa się, że on będzie uważał swego ojca i swych dawnych chlebodawców za wrogów? Czyngis wiedział, co ma na myśli Czu-tsaj, ale podtrzymywał propozycję i od tej pory żywił wielki szacunek dla Długobrodego, jak go nazywał. Czu-tsaj powędrował z Czyngisem do krain muzułmańskich w 1219 roku i na ostatnią kampanię swego pana w Chinach w latach 1226-1227. W 1229 roku Ugedej uczynił go tymczasowym szefem nowej kancelarii - a w rezultacie gubernatorem - dla tych części północnych Chin, które już podbito, pierwszym cywilnym urzędnikiem, który otrzymał tak szerokie kompetencje. W tym samym roku Ugedej mianował równie sławnego cudzoziemca gubernatorem swych ziem muzułmańskich. Nazywał się Mahmud, znany jako Jalawacz (po turecku "poseł", ponieważ takie było jego pierwsze stanowisko za Czyngisa).
To właśnie Czu-tsaj ze wszystkich sił starał się odwieść Kubilaja od picia i polowań, a skierował w stronę fiskalnej roztropności. Była to na równi walka polityczna i osobista, ponieważ tradycjonaliści na dworze uważali za prawdziwe bogactwo jedynie konie i bydło, pogardzali uprawiającymi ziemię Chińczykami i sugerowali, że najlepiej byłoby wysiedlić wszystkie wsie w północnych Chinach i przekształcić ziemię orną w pastwiska. Kogo obchodzi los milionów chłopów? I tak byli bezwartościowi. Czu-tsaj wskazywał, że taka bezduszność jest zgubna dla wszystkich. Lepiej karmić chłopów i nałożyć na nich podatki za pośrednictwem urzędników, którzy będą pobierać jedwab, zboże i srebro. W 1230 roku Czu-tsaj udowodnił, że system działa: dostarczył 10 000 sztab srebra. Rok później został zatwierdzony na swym stanowisku.
Naturalnie jego mongolscy towarzysze zawrzeli gniewem. Uznali propozycje Czu-tsaja za spisek w celu pozbawienia ich słusznych nagród i skierowania pieniędzy, zamiast do ich własnych kieszeni, do skrzyń władcy. Ugedej nie reagował, ponieważ w odpowiedzi na ten nagły przypływ gotówki stał się podwójnie rozrzutny: zażądał pieniędzy na kampanie wojskowe i na inwestycje muzułmańskich przedsiębiorców, którzy obiecywali wysokie zyski. Reforma Czu-tsaja utknęła w ślepej uliczce, gdy Ugedej przekazał pobór podatków muzułmańskiemu dzierżawcy Abd ar-Rahmanowi. Jego znajomi mogli kupować prawo poboru podatku wraz ze swobodą nakładania dowolnych odsetek - nawet do 100 procent rocznie (Ugedej na szczęście zakazał wyższego oprocentowania). Stali się oni rekinami ?nansowymi i zainicjowali szereg oszustw. Muzułmańscy przedsiębiorcy pożyczali pieniądze Ugedeja na zawrotny procent chłopom, którzy potrzebowali kredytów, żeby zrekompensować to, co stracili wskutek podatków. Rezultat był łatwy do przewidzenia: ludzie uciekali z domów, by uniknąć poborców i ich uzbrojonych band. Według pewnych szacunków 50 procent ludności nie miało stałego miejsca zamieszkania albo tkwiło w niewoli u mongolskich urzędników. Czu-tsaja skutecznie zepchnięto na margines. Zmarł - załamany i zrozpaczony - trzy lata po Ugedeju.
Sorkaktani, już rządząca w mongolskiej ojczyźnie, skorzystała z tych wstrząsów i wyciągnęła z nich wnioski. W 1236 roku, dwa lata po tym, jak Ugedej zakończył podbój północnych Chin, poprosiła o część prowincji Hopej jako swoje uposażenie, osobistą własność. Ugedej wahał się, ale niezbyt długo. Jak zanotował Raszid ad-Din, "przywykł konsultować z nią wszystkie sprawy państwa i nigdy nie lekceważył jej rady". Zawstydziła go, wskazując, że ziemia i tak należała do niej, ponieważ podbił ją jej mąż.
Podczas podróży do nowego władztwa Sorkaktani i jej rodzina - włącznie z 21-letnim Kubilajem - widzieli straszliwe zniszczenia wywołane przez mongolską machinę wojenną: opuszczone gospodarstwa, zachwaszczone pola, puste wioski, uchodźców. W ostatnich trzech wiekach doszło do dwóch innych barbarzyńskich najazdów, ale z tym nic nie mogło się równać. W 1234 roku populacja północy, licząca na początku XIII wieku około 40 000 000 ludzi, zmniejszyła się o trzy czwarte - z 7 600 000 gospodarstw do 1 700 000. Liczba ta jest tak zadziwiająca, że dla wielu uczonych po prostu niewiarygodna. W sposobie zbierania danych musiał tkwić błąd, ale nikt nie wie, jaki. Może domostwa zostały zniszczone. Może miliony ludzi uciekło na południe. W każdym razie, nawet gdyby liczba gospodarstw spadła "zaledwie" o połowę lub o dwie trzecie, społeczne konsekwencje okazały się katastrofalne.
Czen-ting, około 200 kilometrów na południowy zachód od dzisiejszego Pekinu, ucierpiał mniej niż większość zaludnionych regionów, gdyż jego zarządca wojskowy poddał się Czyngisowi. Zarządca ów zorganizował samoobronę z chłopów, dzięki czemu okolica stała się enklawą pokoju i stabilności, a jego syn, Szi Tiantse, zyskał doświadczenie administracyjne. Mimo to większość Mongołów nie zawracała sobie głowy tym miejscem. Słynęło ono z buddyjskich świątyń, pagód i posągów; nadal zresztą słynie. Część istniejących obecnie obiektów widziała Sorkaktani, na przykład ogromny, 22-metrowy brązowy posąg wielookiej i wielorękiej buddyjskiej bogini Awalokiteśwary, która kieruje swe 42 ręce ku turystom w głównym kompleksie świątynnym. Region jest położony na zachodniej krawędzi wielkiej równiny północnochińskiej, gdzie żyzna ziemia przechodzi w niewysokie wzgórza między rzecznymi dolinami. Osiemdziesiąt tysięcy gospodarstw liczących zapewne ponad pół miliona ludzi zupełnie nie interesowało bardziej tradycyjnie nastawionych Mongołów, którzy uznawali rolników za śmiecie, a pola uprawne - za potencjalne pastwiska. Ale nie Sorkaktani. Mając w pamięci przezorność Czyngisa i przykład Czu-tsaja, dostrzegała szansę zdobycia osobistego bogactwa daleko od miast zrujnowanych przez mongolskie najazdy. Dbała o swe włości i ich chłopskich mieszkańców, zyskała względy miejscowych, wynajmując chińskich nauczycieli dla swych dzieci i protegując buddyzm i taoizm (lokalna plotka głosiła, że porzuciła nestorianizm) - bogactwo zaś napływało do niej i jej rodziny w postaci podatków.
W tymże roku dołączyła kolejne ogniwo do swego planu. Kubilaj otrzymał własny majątek 100 kilometrów na południe od posiadłości matki - około 10 000 gospodarstw. Zbyt młody, by interesować się administracją, początkowo dał lokalnym urzędnikom wolną rękę, co przyniosło łatwe do przewidzenia skutki: bardziej uciążliwe opodatkowanie, korupcję, niewysłuchiwane protesty, ucieczkę sprawnych i zdrowych tam, gdzie mogliby zbudować drugi dom, oraz dramatyczny spadek zarówno podstawy opodatkowania, jak i dochodów. Zszokowany takim obrotem wydarzeń - a może reakcją matki - Kubilaj nakazał reformy. Ściągnięto nowych urzędników (wśród nich Szi Tiantse z dóbr matki), zrewidowano prawo podatkowe. Dziesięć lat później ludzie wrócili do swych dawnych domów. Kubilaj dostał ważną lekcję zarządzania.
Od połowy lat 30. XIII wieku Ugedej zapijał się na umór. Jego ulubionym trunkiem było wino, a nie tradycyjny mongolski airag z kobylego mleka. Mianowano specjalnego urzędnika, który liczył wychylane przez Ugedeja czary, daremnie próbującego kontrolować ilość wypijanego alkoholu. Ich liczba spadała, ale tylko dlatego, że władca używał większej czary.
Mając władcę pijaka, książęta kłócili się. Jeden spór toczyli najstarszy syn Ugedeja, Gujuk, i jego kuzyn Batu, chan Złotej Ordy, stepowego regionu w dzisiejszej Rosji od Kaukazu do Uralu. W latach 1236-1241, podczas inwazji na Ruś, Polskę i Węgry, odbywała się uroczystość, na której pojawili się obaj mężczyźni. Tajna historia podaje wersję wydarzeń według Batu, który posłał informację galopem przez Azję. Powszechnie uznawany za starszego, Batu rzecz jasna napił się pierwszy. Gujuk i dwaj inni książęta poczuli się obrażeni i odjechali wzburzeni, miotając obelgi. Wszyscy są równi! Batu nie powinien rościć pretensji do starszeństwa! "On jest równy starym babom z brodą! (...) Rąbn?my go, tę babę noszącą kołczan, kawałkiem drewna w pierś! (...) Przywiążmy mu drewniany ogon!" W ojczyźnie Ugedej wsparł Batu i obwiniał swego syna: "A to podlec! (...) Niech zaśmierdnie jak samotne jajko! Jego wrogość jest skierowana przeciw starszemu bratu!" Co sobie myśli Gujuk, postępując tak hardo, jak gdyby samodzielnie pokonał muzułmanów? Rozgniewany Ugedej wydziedziczył Gujuka i wyznaczył na swego następcę wnuka Sziremuna.
W grudniu 1241 roku cesarz wziął udział w dorocznym zimowym polowaniu, wielkim wydarzeniu, z którego okazji zbudowano zagrodę długości dwóch dni jazdy, by zgromadzić tam dzikie zwierzęta, głównie białoogoniaste jelenie i wilki. Potem rozpoczął całonocną pijatykę w towarzystwie ulubionego dzierżawcy podatków, muzułmanina Abd ar-Rahmana. Zmarł o świcie 11 grudnia, w wieku 55 lat. Autor Tajnej historii podsumowuje panowanie Ugedeja, wkładając mu w usta samooskarżenie: "Popełniałem ten błąd, że dałem się opanować skłonności do wina. To jest właśnie jeden z moich błędów". Był to haniebny koniec i być może dlatego Ugedej nie został pochowany ze swym ojcem na mongolskiej świętej górze Burkan Kałdun w północnej Mongolii; złożono go do grobu w jego posiadłości w Dżungarii na dalekim zachodzie Mongolii.
Wdowa po nim, Töregene, przejęła imperium, zignorowała wolę zmarłego męża i dążyła do przekazania tronu swemu najstarszemu synowi, Gujukowi, wówczas 35-letniemu. On sam nie mógł przejąć władzy, gdyż był chorowitym człowiekiem lubiącym wypić jak jego ojciec. Töregene była twardą kobietą, jedyną, która według Jana di Piano Carpiniego przewyższała rangą Sorkaktani. Nie była, powiada Raszid, "wielką pięknością, ale miała bardzo władczą naturę" i dokonała wielu niegodnych czynów, jak mówią zapisy (chociaż zapisy te powstały już po tym, jak trafiła na śmietnik historii, być może nie była więc tak zła, jak ją malują). Zjednała sobie większość rodziny argumentami i darami, ale Batu nie zdołała przekonać. Odmówił przybycia na kurułtaj - wielkie zgromadzenie możnych, które miało wybrać nowego chana - ogłaszając, że cierpi na dnę. Zwłoka trwała pięć lat, a przez cały ten czas Töregene nieustannie intrygami i przekupstwem zdobywała poparcie dla syna.
Zdając sobie sprawę, że Töregene zajmuje niepodważalną pozycję, Sorkaktani postanowiła przeczekać, cicho wspierając rodzinę Ugedeja podczas burzliwego czteroletniego bezkrólewia. Spór niemal rozbił imperium, każdy książę wydawał własne prawa dla własnych poddanych, zmieniając pisane prawa Czyngisa. Najmłodszy brat Czyngis-chana, Temüge, teraz już po siedemdziesiątce, ośmielił się nawet zasugerować, że to on, jako najstarszy polityk, powinien zostać ogłoszony chanem bez zwoływania zgromadzenia. Miał zapłacić za to żądanie. Groził chaos. Zapobiegła mu Sorkaktani - skrupulatnie wystrzegająca się wydawania własnych edyktów - która wsparła Gujuka, zapewniając Töregene niewielką, ale znaczącą większość wśród książąt. Töregene wreszcie zwołała zgromadzenie, które zebrało się wiosną 1246 roku.
Ten kurułtaj był największą z dotychczasowych uroczystością w imperium, opisaną przez Dżuwajniego w typowym dla niego kwiecistym stylu. Gdy śnieg stopniał, pastwiska się zazieleniły, grzywacze zalecały się do turkawek, a słowiki wyśpiewywały swe trele, Karakorum stało się widownią oglądającą pokaz nowo nabytej potęgi i bogactwa. Możnowładcy setkami zjeżdżali się z każdego zakątka imperium: wszyscy rozproszeni potomkowie Czyngisa, synowie i wnukowie, kuzyni i bratankowie, złączyli się na kilka tygodni z podporządkowanymi im władcami z północnych Chin, Korei, Rosji, Węgier, Turkiestanu, Azerbejdżanu, Turcji, Gruzji, Syrii, a nawet Bagdadu, chociaż ten jeszcze nie został podbity. Przybyli utworzyli miasto liczące 2000 namiotów. Sceny "takiej żaden człek nigdy nie widział ani o niczym podobnym nie czytał w kronikach historii". Słowa Dżuwajniego potwierdził włoski mnich Jan di Piano Carpini, który właśnie przybył i pilnie zbierał informacje od Rosjan i Węgrów, długoletnich rezydentów, którzy mówili po łacinie i francusku.
Ucztowanie i picie trwało tydzień. Książęta niechętnie zaoferowali tron Gujukowi, a ten, po trzech zwyczajowych odmowach, przyjął propozycję. Jego koronacja odbyła się w sierpniu w drugim mieście namiotów, w dolinie rzecznej leżącej kilka kilometrów od Karakorum. Tutaj przywieziono trybut - 500 wozów wypełnionych jedwabiem, aksamitem, brokatem, złotem, srebrem i futrami; dobra te rozłożono w koronacyjnym ordo Gujuka, wielkim namiocie-pałacu z żółtego wojłoku wspieranym przez złocone kolumny, i wokół niego. Podczas ceremonii - opóźnionej o kilka dni z powodu gwałtownego gradobicia - Gujuk został ukoronowany na tronie z kości słoniowej wykładanym złotem, a wykonanym przez ruskiego złotnika. To Sorkaktani nadzorowała gigantyczną daninę, trybut rozdzielany między wszystkich, od mrukliwych towarzyszy samego Czyngisa, przez dowódców 10-tysięcznych batalionów, do szefów plutonów złożonych z 10 ludzi, od sułtanów do skromnych urzędników, jak również ich służbę.
Gujuk i Töregene razem wymusili na zgromadzonych książętach przysięgę, że tron pozostanie w rodzinie Ugedeja. To z kolei stało w sprzeczności z wolą Czyngisa, który określił, co ma nastąpić, gdyby bezpośredni potomkowie Ugedeja byli niezdolni do rządzenia. Tajna historia tak o tym mówi: Jeżeli zaś przyjdą na świat tacy potomkowie Ugedeja,
że gdy się ich zawinie w soczystą trawę,
to krowa tego nie tknie,
i gdy się ich zawinie nawet w sadło,
to pies tego nie ruszy,
to czy wśród [innych] moich potomków nie urodzi się [przynajmniej] jeden godny?
Tak więc książęta nie mieli nic przeciwko szukaniu chana w innych gałęziach rodziny - na przykład w linii Tołuja. Może by tak Sorkaktani wypchnęła Mongkego? Miał już 36 lat. Ale ona nie była jeszcze gotowa, żeby podjąć walkę. To tylko dodatkowo zagroziłoby jedności imperium i prawdopodobnie podkopało jej własną pozycję. Zachowała więc spokój i stanęła po stronie tych książąt, których przymuszono do zobowiązania, że sukcesja pozostanie w linii Ugedeja. Przysięgła Gujukowi, że będzie ona zachowana, "póki z twojego rodu nie pozostanie taki kawałek mięsa, którego ani krowa, ani pies nie tkną, nawet jeśli owinięty zostanie w trawę lub w sadło". Było to zobowiązanie świadomie odwracające słowa przypisywane ich panu i władcy, Czyngisowi - co więcej, zobowiązanie z natychmiastowym i szokującym skutkiem: wiekowy brat Czyngisa, Temüge, który rościł sobie prawa do tronu, został skazany na śmierć. Brat Czyngisa! Stracony! Wśród książąt musiało zapanować przygnębienie.
Najnieszczęśliwszy ze wszystkich był Batu. Jechał, z niechęcią, na zgromadzenie, ale spóźnił się: Töregene zdołała zatwierdzić sukcesję przed jego przybyciem, kiedy Batu ze swoją armią znajdował się ponad 1000 kilometrów od Karakorum.
Pomruki niezadowolenia nie ustawały. Gujuk nie był dobrym kandydatem. Miał słabe zdrowie, nadszarpnięte przez pijaństwo. Był kapryśny, podejrzliwy, ponury. Matka narzuciła go niechętnym krewnym i poddanym, a prezenty, za które kupiła ich przyzwolenie, nie na długo miały je utrzymać; w dodatku Töregene nadal zrażała do siebie rodzinę i możnych, zwłaszcza wyborem powiernicy.
Ta okrutna historia zaczęła się jakiś czas przed koronacją. Töregene zatrudniła muzułmankę, Fatimę, która trafiła jako branka do Karakorum, gdzie kupczyła miejscowymi prostytutkami. W jakiś sposób kobieta ta zdołała dostać się do domu Töregene i została bliską przyjaciółką królowej oraz jej doradczynią - kimś w rodzaju żeńskiego Rasputina. Znajomość najtajniejszych poglądów władczyni i intryg dworskich zapewniła Fatimie rozległe wpływy. Żaden minister nic nie mógł zrobić bez jej pozwolenia. Zaczęła nawet wydawać własne dekrety. Najważniejsi ludzie płaszczyli się przed nią, chcąc zdobyć jej przychylność. I jak to zwykle bywa, darzyli ją niechęcią i modlili się, żeby powinęła jej się noga. Doczekali się tego wkrótce po objęciu władzy przez Gujuka, gdy jego brat zachorował. Niektórzy sugerowali, że Fatima musiała rzucić na niego czary. Gujuk próbował, tak jak potrafił, naprawić szkody. Wyrwał ją spod opiekuńczych skrzydeł matki, oskarżył i torturował, dopóki się nie przyznała do winy, a następnie skazał na straszliwą śmierć, łaskawie oznajmiwszy jej, że umierać bez przelewu krwi jest zaszczytem klasy wyższej. "Zaszyto jej górne i dolne otwory, zawinięto w wojłok i wrzucono do rzeki". Bez wątpienia większość możnych odetchnęła z ulgą, ale taki konflikt między synem i matką nie mógł być podstawą silnej władzy.
A co tymczasem działo się z Batu? Wciąż, nie spiesząc się, nadjeżdżał. Gujuk zaczął podejrzewać bunt. Zgromadził armię i podążył na zachód, rzekomo w celu skontrolowania sytuacji w posiadłościach przy granicy kazachsko-mongolskiej. Tam przystąpił do organizowania przeciwuderzenia. Wszystko to trwało miesiące i stworzyło okazję do jednej z najbardziej decydujących interwencji Sorkaktani. Była to decyzja trudna i niebezpieczna. Gdyby sprawa wyszła na jaw, wszystko by przepadło - lata oczekiwań, staranne dobieranie sojuszników, nadzieje dla synów. Zostałaby uznana za zdrajczynię i stracona wraz z całą rodziną. Oto, co zrobiła. Powołując się na więzy braterskie łączące jej zmarłego męża z ojcem Batu, wysłała do Batu wiadomość. Ostrzegła go, mówiąc słowami Raszida ad-Dina, że marsz Gujuka "nie jest wolny od zdrady". Dzięki temu Batu mógł przygotować się do akcji. Niepotrzebnie, gdyż - jak się okazało - kiedy w kwietniu 1248 roku dwie armie niemal starły się na brzegach jeziora Bałchasz, Gujuk, wiecznie chory, a teraz jeszcze wyczerpany podróżą, zmarł: być może otruty, być może w walce, ale najprawdopodobniej z powodu choroby.
Batu, którego zadowalało własne imperium na południu Rusi, nie był zainteresowany wyniesieniem siebie na tron chana. Miał też dług wdzięczności wobec Sorkaktani. Natychmiast zwołał więc zgromadzenie książąt i zaproponował kandydaturę najstarszego syna Sorkaktani, Mongkego.
Tymczasem synowie Gujuka, oczywiście pod egidą matki, wyrazili sprzeciw i założyli własne dwory, podobnie jak faworyzowany wnuk Ugedeja, Sziremun. I znów imperium znalazło się w rozsypce. Lokalni władcy dbali wyłącznie o siebie, wyciskając ile się dało z poddanych. Książęta wykorzystywali system stacji pocztowych, utworzony w celu przyśpieszenia komunikacji w imperium, do prywatnych celów, podobnie jak urzędnicy upadającej dyktatury używają ministerialnych limuzyn do załatwiania własnych interesów. Nikt nie wiedział, kto obejmie władzę, wszyscy walczyli o wpływy; wielu przysłało wiadomość, że nie zamierzają przybyć na zgromadzenie mające wybrać nowego chana.
Wdowa po Gujuku, Oguł Kajmysz, zgodnie z tradycją powinna objąć funkcję regentki do czasu, aż najstarszy syn osiągnie właściwy wiek. Ale jej synowie - wnuki Ugedeja - byli za młodzi. Poza tym, przytłoczona przez konkurencję, otaczała się szamanami, próbując osiągnąć swe cele za pomocą czarów. Ludzie przypominali słowa Czyngisa: jeśli potomkowie Ugedeja okażą się nieodpowiedni, nowy chan powinien zostać wybrany z innych linii, a więc spośród potomków pozostałych trzech synów Czyngisa. Dwaj z nich (Dżoczi i Czagataj) mieli ziemie tak daleko, że ich spadkobiercy nie wchodzili w rachubę. Zostały tylko dzieci Sorkaktani, potomkowie najmłodszego syna Czyngisa, Tołuja, dziedzica środkowej Mongolii.
Teraz Sorkaktani mogła wreszcie stanąć do boju na własny rachunek. Dobiegała sześćdziesiątki i była to jej ostatnia szansa. Wiele przemawiało na jej korzyść: miała własne władztwo, pieniądze, szacunek, wpływy. Dwór podzielił się w związku ze sprawą Fatimy. A przede wszystkim potomkowie Gujuka byli prawnukami Czyngisa, podczas gdy jej dzieci - wnukami, o pokolenie bliżej spokrewnieni z wielkim chanem. Niemal 40-letni Mongke był dobrym kandydatem i miał odpowiednie kwalifikacje. W latach 1238-1241 on również poprowadził armię na zachód, do Europy, spalił Kijów i rozbił Węgrów w bitwie na równinie Mohi. Ponadto miał dwóch młodszych braci, również doświadczonych dowódców, którzy mogli odegrać kluczową rolę, kiedy imperium podjęłoby nakazane przez Niebiosa zadanie rozciągnięcia władzy Mongołów na cały świat.
Spór został niemal rozwiązany w 1250 roku, gdy rywale zebrali się w obozie Batu i ponownie usłyszeli żądanie Batu, że należy wybrać Mongkego. Jednak zgromadzenie to nie odbywało się w sercu Mongolii i nie miało większego znaczenia. W następnym roku kolejny kurułtaj, tym razem w tradycyjnym miejscu koło Awragi, zatwierdził wybór. Mongke wspaniałomyślnie potraktował byłych przeciwników oraz ich rodziny i okazywał im życzliwość. Sprawy toczyły się ku szczęśliwemu końcowi; prawie szczęśliwemu, gdyż Sziremun wciąż miał inne plany.
Dżuwajni opisuje tę historię.
Sceną jest zgromadzenie książąt w Awradze. Wyobraźmy sobie kilka kamiennych budynków i otaczającą je masę namiotów, wozów i stad bydła. Wszyscy są szczęśliwi, że następca został wybrany. Sokolnikowi o imieniu Keszik (keszig oznacza "strażnik", ale pozwólmy Dżuwajniemu kontynuować opowieść) zginęła ulubiona wielbłądzica, wyrusza więc na jej poszukiwanie i przez trzy dni jeździ to tu, to tam. Natyka się na armię. Kim oni są, do licha? Och, słyszy odpowiedź, jedziemy złożyć Mongkemu gratulacje i hołd. Uspokojony Keszik wraca do poszukiwań. Widzi zepsuty wóz naprawiany przez młodego człowieka, więc zatrzymuje się i proponuje pomoc. Nagle zauważa, że wóz wypełniają paki z bronią.
- Co to za broń? - dziwi się.
- Taka sama jak we wszystkich innych wozach - pada wyjaśnienie.
W końcu Keszik zaczyna się zastanawiać. Zagaduje innych ludzi. Krok po kroku gromadzi kolejne fakty. Ci ludzie "zamyślają zdradę, fałsz i niezgodę". Chcą zaatakować Mongkego, gdy rozpocznie się uczta. Sokolnik znajduje swą wielbłądzicę i drogę zajmującą zwykle trzy dni jazdy pokonuje w dobę, pada przed nowym władcą i mówi mu wszystko. Ludzie są zdumieni. Nie wierzą mu. Kilka razy powtarza swą opowieść. Mongke wciąż nie traktuje poważnie zagrożenia. Oficerowie protestują. Wreszcie zapada decyzja, że Mengeser, główny sędzia i dowódca straży chana, weźmie 3000 ludzi i pojedzie na zwiad. Znajdują armię, dowiadują się, że to siły Sziremuna, i stają przed nim. Sziremun i jego oficerowie osłupieli: "Język wymówek stał się niemy, a noga marszu i odwrotu kulawa, nie widzą nadziei na odejście ani perspektyw na pozostanie w tyle". Pod strażą dowódcy kroczą przed oblicze Mongkego w grupach po dziewięciu. Po trzech dniach przesłuchań Mongke dochodzi do konkluzji. To niemożliwe, nie do pomyślenia, ucho rozumu nie chce tego słyszeć, a duch mądrości nie może zaakceptować, ale taka jest prawda: to zdrajcy. Następują aresztowania, wyznania i - tu Mongke musiał przezwyciężyć wrodzoną wielkoduszność i chęć wybaczania - egzekucje. Ten został ścięty, tamten zadeptany na śmierć, inni zmuszeni do samobójstwa przez wbicie miecza w brzuch.
Czystki sięgnęły aż Afganistanu i Iraku. Wśród ofiar znalazła się wdowa po Gujuku, Oguł Kajmysz, potępiona przez Mongkego jako nikczemniejsza od psa, najpodlejsza czarownica; matka Sziremuna; a we właściwym czasie i sam Sziremun. Była to przerażająca masakra. Sam Mengeser twierdził, że skazał i stracił 77 przywódców opozycji. Setki innych także musiało umrzeć. Ten ponury epizod oznaczał początek reżimu opartego na wizji Czyngisa, nowej ideologii wspieranej przez oficjalny kult Czyngis-chana (kult ten trwa do dziś).
I tak Mongke objął władzę absolutną i, dzięki Sorkaktani i odrobinie szczęścia, linia Tołuja zajęła miejsce linii Ugedeja - a to oznaczało, że jeśli cokolwiek stanie się Mongkemu, wielka szansa na sukcesję stanie przed Kubilajem.