Jestem rocznik 1961. Urodziłem się 16 lat po wojnie, kiedy nadeszła nasza mała stabilizacja. Arrasy wróciły z Kanady do Polski. Telewizja nadawała już przez cały dzień. Właśnie tego roku pierwszego czerwca, w Dzień Dziecka, w Europie wprowadzono do sprzedaży pigułkę antykoncepcyjną. Dla mnie jednak było już za późno. Ja już miałem 14 centymetrów, a na moich palcach pojawiały się linie papilarne. Pewnie jestem skutkiem całkowitego zaćmienia Słońca w lutym.
W lipcu 1961 przychodzi na świat 30-milionowy obywatel PRL i to nie byłem ja. Ani żaden z nich: Wynton Marsalis, Hanna Kulenty, Robert Janowski, Maciej Maleńczuk, Marcin Świetlicki, Maciej Sikała, Eddie Murphy, Barack Obama, Boy George, Brylewski, Żak, Czyżykiewicz, Clooney, Dusza, Baron, Gowin. Nie da się wymienić wszystkich narodzonych, więc tylko pozdrowię w całości mój rocznik: roczniku mój - ja ciebie pozdrawiam.
Wiosna 1962, kryzys kubański.
Swój wpływ na powszechne nastroje miał pierwszy lot człowieka w kosmos, jak też inwazja w Zatoce Świń, nomen omen w kraju o nazwie Cuba. Wojna jądrowa wisiała na włosku, nic dziwnego, że jestem taki neurotyczny. Tym bardziej że Sowieci zdetonowali wtedy gdzieś na poligonie najsilniejszą bombę świata. Ukończono właśnie mur berliński i to on był w centrum uwagi, bo ten w bratnich Chinach oddano do użytku nieco wcześniej. Zresztą przyjaźń między naszym obozem a Chinami coraz bardziej słabła. Odbył się pierwszy sopocki festiwal piosenki oraz rozpoczął się program Apollo, dlatego zapewne my, rocznik '61, jesteśmy tacy piękni, natomiast piosenki prześladują mnie do dziś.
Saska Kępa 1962, ul. Francuska 22.
Warto wspomnieć, że kiedy się rodziłem, Bob Dylan nagrywał swoją pierwszą płytę. Sami widzicie, takie jest życie - ja się rodziłem, a on nagrywał płytę. Niech żyje nasz rocznik, sto lat - na zdrowie. Wszyscy tak samo mogą pisać o sobie. Polecam tę metodę - po prostu kalendarium.
Urodziłem się w Warszawie. Moi rodzice zamieszkali na Saskiej Kępie, przy ul. Francuskiej. Ale zanim skończyłem trzy lata, rozstali się i każdy poszedł w swoją stronę. Ojciec wyjechał do Anglii, matka zajęła się pracą w szpitalu psychiatrycznym w Tworkach, a mnie odwieziono do babci do Gdańska, a konkretnie do Oliwy. Do połowy szkoły podstawowej wychowywałem się u babci, a potem wróciłem do matki, która świetnie radziła sobie z chorymi psychicznie pacjentami, ale za nic nie umiała poradzić sobie z własnym życiem. Ze mną też nie, bo jestem trudny, ale nie wariat. Trudno więc było oczekiwać, że ja sam sobie poradzę ze swoim życiem. Jesteśmy rodziną, w której tradycja nieradzenia sobie z życiem osobistym ma zasięg wielopokoleniowy i nikogo nie dziwi. Was też nie będzie dziwić, kiedy przyjrzycie się jej dziejom.
Rodzina od strony mojej mamy przed wojną żyła na Kielecczyźnie, w wiosce Młynki koło Pińczowa. Babcia Anna była pół-Żydówką z nieformalnego związku. Dziadek Bronisław Czerwiński był profesorem matematyki. Z ramienia rządu londyńskiego organizował na Kielecczyźnie tajne nauczanie. Babcia nie pracowała, zajmowała się domem. Ale była dobrze wykształcona i znała języki. Dorabiała więc, ucząc francuskiego.
Dziadek Bronisław Czerwiński ze swoją żeńską klasą, Rynek Starego Miasta w Warszawie, czerwiec 1939.
Młynki to była wieś zelektryfikowana, dziadkowie mieli w domu prąd. Ale to było przed wojną. Kiedy ja jeździłem do Młynek na wakacje w latach 60. i 70., prądu nie było. Doprowadzili go tam dopiero na początku lat 80. Dziadkowie mieli więc żarówki, ale świeciliśmy lampami naftowymi. Normalna kolej rzeczy. Przed wojną przecież wszystko było lepsze. A fenomen zniknięcia prądu w Młynkach znajduje wyjaśnienie w dziejach Polski i Europy Środkowo-Wschodniej. Bo jak do Młynek przyszedł komunizm, chłopski aktyw ściął słupy wysokiego napięcia, uznając je za symbol Polski pańskiej. A Młynki były już przecież robotniczo-chłopskie. Dlatego słupy zostały przeznaczone na opał, a pod strzechy wstawiono demokratyczne, ludowe lampy naftowe.
Przed wojną w Młynkach był też młyn - wodny. Po wojnie też, ale spalinowy. Bracia mojej babci pracowali w młynie i dlatego wyglądali dość charakterystycznie, bo co jakiś czas tracili w nim różne części ciała. Jeden brat był bez ręki, a drugi bez dłoni. Ten brat bez dłoni przeniósł się po wojnie na Wybrzeże, zamieszkał przy ujściu Wisły w wiosce Przegalina. Tym, którzy ją znają, kojarzy się ze śluzą między Martwą Wisłą a Przekopem Wisły i mostem zwodzonym. Mnie kojarzy się z wakacjami. Jeździłem często do wuja i spędziłem wiele czasu, zaznając surowego wiejskiego życia, co mi się zresztą później bardzo przydało, wiele się tam nauczyłem. Jak zrobić łuk z leszczyny, strzelbę na gwoździe, stracha na wróble, jak postawić snopek, jak przenocować w stogu siana, że nie należy pić mleka prosto od krowy tuż przed snem i wiele innych.
Cztery lata przed wojną moja babcia urodziła syna, Sławka. A tuż po rozpoczęciu wojny, w listopadzie 1939 roku - moją mamę, Marię. Kiedy więc babcia czekała na dziecko, dookoła ludzie pakowali dobytek i ruszali przed siebie, uciekali w popłochu albo zostawali, kopali kryjówki, chowali majątek, ratowali życie. Moja mama rodziła się na zatłoczonych drogach, wśród wędrujących ludzi, którzy próbowali wracać do swoich domów.
Z ojcem Ryszardem Sienkiewiczem, zima 1963, przede mną mama.
W lasach wokół Młynek partyzanci z ruchu oporu ostrzeliwali Niemców i kryli się pod gałęziami. Moja babcia, dziadek, ich dwoje dzieci i sąsiedzi, czyli cała wioska, stali na drodze, czekając na rozstrzelanie. A Niemcy, którzy trzymali wycelowane w nich karabiny, czekali, aż psy wywąchają ukrytą przez partyzantów broń. Gdyby wywąchały, to już nie byłoby babci, dziadka, wujka i mamy. Mnie też by więc nie było. Ale partyzanci schowali broń pod krawędzią brzegu rzeki. Wykopali w nim komorę typu syfon. Trzeba było owinąć broń w szmaty, zanurzyć się pod wodę i wynurzyć w tej komorze. Dzięki temu psy nic nie znalazły, a Niemcy opuścili lufy. Jednak stres, który wtedy przeżyli moi dziadkowie i ich dzieci, nie odszedł bez śladu. Zostawił po sobie koleinę, a potem dochodziły następne. Życie w nieustannym zagrożeniu przez całą wojnę i jeszcze 10 lat po niej, bo przecież nadal trwał głód, choroby i zagrożenie śmierci - takie dzieciństwo nie rokuje dobrze na przyszłe życie. Nic dziwnego, że moja matka nie wpasowała się w kostium uśmiechniętej strażniczki domowego ogniska.
Ojciec z kolei dzieciństwo spędził w sierocińcu. Moi rodzice to dzieci wojny. Lubię to sobie powtarzać, kiedy i mnie nie wychodzi pilnowanie ognia. Tak mnie wychowano, że gasną mi ogniska. Już nie dbam o żadne. Czasem spotykam któreś ze swoich dzieci i się dziwię, jak szybko się zmieniają. Stanowczo lepiej radzę sobie z magnetofonem niż z własnym życiem. To taka rodzinna specyfika - wszystko, tylko nie życie, ono nas przerasta.
Domu w Młynkach już nie ma. Zniknął z powierzchni ziemi rozebrany przez okoliczną ludność, jak te słupy energetyczne. Najpierw zniknął z niego prąd, a potem cała reszta, aż nie został kamień na kamieniu. Wszyscy jego mieszkańcy rozjechali się po Polsce, a on stał i stał, pusty i nieodwiedzany, aż w końcu komuś się przydał jako cegła po cegle i deska po desce.
Mój ojciec, Ryszard, jest z rocznika 1933, jego siostra Krystyna z rocznika 1935. Krystyna Sienkiewicz to oryginał, mówiąc delikatnie. Może wydawać się dziwna, jednak każdy byłby dziwny na jej miejscu.
Moja babcia i dziadek, rodzice ojca i Krystyny, umarli w czasie wojny. Babcia, Anna Sienkiewicz, na ostry dur brzuszny w pociągu podczas podróży, w czasie jednej z wielkich, ciągłych wędrówek ludności. Ojciec zginął w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie, jednak nie z rąk Niemców. Zabili go alianci, kiedy wyzwalali obóz i bombardowali go.
Dziadek prof. Bronisław Czerwiński, Politechnika Gdańska, około roku 1955.
Dzieci wojnę i jeszcze kilka lat po niej spędziły w sierocińcu. Bardzo się z sobą wtedy związały już na zawsze, także jako dorośli mieli komitywę.
Po wojnie pokończyli szkoły i każde poszło w swoją stronę. Ojciec na Politechnikę Gdańską, gdzie skończył matematykę. Został informatykiem w czasach, gdy komputery zajmowały całe piętra. Dzięki temu mógł w latach sześćdziesiątych wyjechać do Anglii i znaleźć tam ciekawą pracę. Krystyna poszła na Akademię Sztuk Pięknych. Poznała towarzystwo ze Studenckiego Teatru Satyrycznego i tak zaczęła się jej kariera, też ciekawa. Obydwoje świetnie poradzili sobie zawodowo. Osobiście byli jednak zupełnie niepozbierani.
Po wojnie rodzina mojej matki musiała uciekać z Młynków. Wprawdzie Niemcy przestali ich nachodzić, ale za to zaczęli ubecy. Nie podobało im się, że dziadek współpracował w czasie wojny z rządem w Londynie i z partyzantami z AK. Po raz kolejny z powodu tego samego ruchu oporu rodzina musiała się bać. Tym razem uciekali przed stalinowskim więzieniem, które wywoływało podobne emocje jak niemieckie karabiny.
Wyjechali do Trójmiasta i dziadkowi udało się uniknąć aresztowania. Panowie z SB zgłosili się do niego ponownie w roku 1948, no ale wtedy już dziadek pokazał im swoje zdjęcie. Przedwojenne, ze szkoły. Było to zdjęcie jego szkolnej klasy z gimnazjum w Pińczowie, a na nim dziadek i sam premier Józef Cyrankiewicz, tylko młodsi. I tak Cyrankiewicz, nawet o tym nie wiedząc, uratował dziadka. Dziadek został profesorem na Politechnice Gdańskiej, gdzie nauczał studentów matematyki. Był surowy, ale lubiany i szanowany jako wybitny autorytet. Umarł w 1957 roku. Dzień przed śmiercią poprosił sąsiada - Greka Tino, żeby z nim poszedł na cmentarz, i tam dziadek wskazał mu miejsce na swój grób.
Nie przyjechali do Trójmiasta wszyscy razem. Mama, która miała wtedy sześć lat, pojechała osobno z karteczką na szyi, na której napisano, jak się nazywa i dokąd zmierza. Jak w Awanturze o Basię. Zapakowano ją do pociągu na odkrytą platformę i wysłano w trzydniową podróż. Jednak moja sześcioletnia mama nie jechała zupełnie sama, bo w podróż dostała kozę. W czasach głodu koza była bardzo ważna, bo zapewniała przeżycie. Kiedy pociąg stawał, mama wyprowadzała ją na trawę, żeby mogła sobie poskubać, a potem ona zamieniała zielone na białe, które oddawała mamie. I w ten sposób obie całe i zdrowe dojechały nad morze.
Babcia i dziadek - Anna i Bronisław Czerwińscy w Oliwie przy ul. Podhalańskiej 15a, na werandzie.
Zima 1962/63, Oliwa, Podhalańska 15a.
W Jelitkowie z siostrą Danusią, rok 1965.
Z ulubioną hulajnogą, Oliwa 1965.
Moje piąte urodziny, rok 1966 w Oliwie, przy ul. Podhalańskiej 15a, w dużym pokoju.
Zamieszkali w Oliwie przy ul. Podhalańskiej, w domkach fińskich sprowadzanych w 1944 roku dla oficerów niemieckich. Swoją drogą, dziwna sprawa z tymi domkami. Jak Niemcy wyobrażali sobie w '44 roku dalszy przebieg wojny, skoro budowali dla swoich wojskowych nowiutkie osiedle, nie mówiąc już o innych inwestycjach, takich jak autostrady i fabryki. W każdym razie Niemcy nie pomieszkali sobie tam długo i szybko zwolnili domki. Zostawili natomiast na strychu i w piwnicy sporo pocisków karabinowych w bardzo dobrym stanie, którymi ja bawiłem się w wojnę. Najwyraźniej nikt przede mną dokładnie nie przeszukał tego domu, bo znajdywałem jeszcze sporo innych ciekawych rzeczy: albumy, zdjęcia, klasery ze znaczkami, klasery z herbami miast i jakieś dziwne przedmioty, które widziałem pierwszy raz w życiu.
W Oliwie, przed katedrą, rok 1966.
W lasach oliwskich zalegały z kolei niewybuchy, którymi bawiło się całe powojenne pokolenie dzieci i młodzieży. Moja mama też. Pewnego razu poszła z kolegami do lasu bawić się pociskami armatnimi. Koledzy przypalali pocisk soczewką, bo chcieli sprawdzić, co się wydarzy. Mama też była ciekawa, ale to trwało i trwało, i nic się nie działo. Znudziło jej się czekanie i poszła narwać zieleniny dla królików. W tym czasie soczewka wywołała płomień, pocisk odpalił i rozerwał kolegów. Moją mamę uratowała niecierpliwość.
W sąsiednim domku obok mieszkania mojej babci kwaterowano studentów trójmiejskich uczelni. Przewijały się tam tłumy studentów, a między nimi mój ojciec, student Politechniki Gdańskiej. I właśnie tak poznał się z moją mamą, studentką medycyny na Akademii Medycznej w Gdańsku. Zabrał ją do Warszawy. Pobrali się, mama kończyła studia, urodziła mnie, a potem małżeństwo się rozpadło. I tak pojechałem do Oliwy pod opiekę babci. Na szczęście mnie już nie wysyłali z kartką na szyi i z kozą. Jechałem w przedziale, siedziałem obok mamy, a na drogę wzięliśmy kanapki i jajka na twardo.
Z mamą przed hotelem Kasprowy w Zakopanem około 1974 roku.
Babcia była surowa. Uczyła mnie francuskiego i dbała o to, żebym był dobrze zorganizowany, uporządkowany, żebym się nie spóźniał, żebym pilnie się uczył. Ukształtowała mi kręgosłup. Wpoiła mi też przekonanie, że muszę pójść na porządne studia, które zaowocują pracą naukową. Mama do tego dodawała swoje marzenie, że jako ten naukowiec odniosę sukces za granicą (najlepiej zachodnią) i ją tam sprowadzę na resztę życia. Dawniej uważałem, że te wzorce były niepotrzebne i gdybym był tylko pieśniarzem, byłbym zapewne szczęśliwszy. Dziś jestem im wdzięczny za te standardy. Dobra organizacja jest potrzebna w każdym życiu.