Kuba - Jacek Ostrowski

Kup ebooka

46.90 zł
37.52 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zima zbli­żała się wiel­kimi kro­kami. Tego dnia już od rana po­goda była pa­skudna, lało jak z ce­bra, wiał prze­szy­wa­jący lo­do­waty wiatr. Uli­cami Płocka prze­my­kali zzięb­nięci prze­chod­nie po­ukry­wani pod cza­szami pa­ra­so­lów. Zuzę ta­kie drobne utrud­nie­nia ni­gdy nie zra­żały. Była twarda jak mało kto, jak ma­wiano, praw­dziwa ko­bieta z ja­jami. W ka­lo­szach i pe­le­ry­nie prze­ciw­desz­czo­wej, brnąc po kostki w wo­dzie, zmie­rzała w stronę kan­ce­la­rii.

- Pani me­ce­nas! Pani me­ce­nas, pro­szę po­cze­kać! - Usły­szała zza ple­ców zna­jomy głos. Kilka kro­ków za nią bie­gła ja­kaś ko­bieta w dłu­gim ciem­nym płasz­czu z kap­tu­rem. To li­sto­noszka. Od razu ją po­znała.

- Mam list po­le­cony! Urzę­dowy!

Zuza wcale się nie zdzi­wiła. Znów pew­nie coś z ma­gi­stratu, po­my­ślała, bo ostat­nio wciąż była nę­kana pi­smami do­ty­czą­cymi ka­mie­nicy, a wszystko przez spa­da­jący tynk. Kiedy cho­dziło o re­monty, wtedy so­bie przy­po­mi­nano, że to jej wła­sność, ale kiedy trzeba było jej do­kwa­te­ro­wać sub­lo­ka­to­rów, w mig o tym za­po­mi­nano. Tak wła­śnie dzia­łała ta prze­klęta ko­muna.

- Tu na desz­czu nie da rady, zejdźmy z ulicy. - Zuza szarp­nęła li­sto­noszkę za man­kiet.

Scho­wały się w bra­mie naj­bliż­szej ka­mie­nicy. Li­sto­noszka się­gnęła do torby i chwilę w niej szu­kała.

- Gdzieś to po­winno być - mam­ro­tała pod no­sem, prze­rzu­ca­jąc ko­re­spon­den­cję.

- O, jest - oznaj­miła z nutką triumfu w gło­sie. - Tym ra­zem to list z mi­li­cji. Wy­dział pasz­por­towy.

Fak­tycz­nie, Zuza zu­peł­nie o tym za­po­mniała, a prze­cież znów zło­żyła wnio­sek o pasz­port. Tak ka­zał jej uczy­nić Edu­ardo, a że nie chciała mu zro­bić przy­kro­ści, to choć nie­chęt­nie, speł­niła jego ży­cze­nie.

- No tak. Pew­nie znów od­mowa. Daj, ko­cha­nieńka, pod­pi­szę i lecę da­lej, bo późno, a jesz­cze za­nim dojdę do kan­ce­la­rii, mu­szę skrę­cić do baru na śnia­da­nie, bo mi kiszki mar­sza grają.

Li­sto­noszka rzu­ciła jej pełne tro­ski spoj­rze­nie, bo sporo złego ostat­nio sły­szała o tym lo­kalu.

- Pani wciąż tam cho­dzi? To się pani dzi­wię. Tam po­noć wie­czo­rami szczury har­cują. Wi­dać je z ulicy przez okna.

Zuza po­czuła na­gle silny ucisk w żo­łądku. Czemu ona jej to mówi? Chyba każdy w Płocku sły­szał o jej przy­go­dzie na barce. Nie­stety nie ukryło się przed ga­wie­dzią, czym się ra­zem z Pio­si­kiem wtedy kar­mili. To wszystko jego wina. Su­kin­syn ma za długi ję­zyk, wy­ga­dał się ko­muś przy wódce i od razu po­szło to da­lej. Tak działa ta cho­lerna poczta pan­to­flowa.

- Wiem, by­łam w tej spra­wie w sa­ne­pi­dzie. Mieli lo­kal od­szczu­rzyć - od­parła su­cho.

Za­ma­szy­stym pod­pi­sem po­twier­dziła od­biór li­stu, od nowa za­rzu­ciła kap­tur na głowę i ru­szyła da­lej przed sie­bie.

Pi­sma nie prze­czy­tała, nie było warto, bo i tak znała jego treść na pa­mięć. Od lat za­wsze było to samo. Nie zno­sisz, babo, Pol­ski Lu­do­wej, to za karę w niej siedź, kiś się w niej ra­zem z ca­łym na­ro­dem. Czę­sto się nad tym za­sta­na­wiała. Nie wie­działa, czemu to miało słu­żyć. Czy my­śleli, że w końcu zmieni zda­nie na te­mat ko­mu­ni­zmu? Je­śli tak, to się wredne su­kin­syny nie do­cze­kają. Nie­stety, tu w spra­wie pasz­portu na­wet ro­dzina Edu­arda jest na nich za cienka. Tu by trzeba chyba in­ter­wen­cji sa­mego Fi­dela Ca­stro, to może wtedy, kto wie?

W ba­rze mlecz­nym, jak zwy­kle o tej po­rze, było sporo klien­tów. Zuza jako stała by­wal­czyni i osoba wzbu­dza­jąca ogólny sza­cu­nek zo­stała ob­słu­żona poza ko­lejką. Ka­kao, kaj­zerka i mar­mo­lada, dziś ta­kie menu so­bie wy­brała. Nie­stety, kiosk wcze­śniej mi­jany po dro­dze dziś był za­mknięty i nie udało jej się ku­pić "Try­buny", więc z braku in­nej li­te­ra­tury się­gnęła po list. Prze­czy­tała je­den raz, na­stęp­nie drugi i znów za­częła. Chyba się po­my­lili, bo jak wół było tam na­pi­sane, że ma się zgło­sić po od­biór pasz­portu. To prze­cież nie­moż­liwe, to na pewno ja­kieś nie­po­ro­zu­mie­nie. Sie­działa tak przy sto­liku wpa­trzona w pi­smo ni­czym sroka w gnat, za­po­mniaw­szy zu­peł­nie o śnia­da­niu.

- Prze­pra­szam, czy tu wolne?

Unio­sła nie­przy­tomne spoj­rze­nie, przy sto­liku stał radca prawny Ka­rol Mil­ler z kub­kiem w jed­nej dłoni i ta­le­rzy­kiem z dy­miącą ja­jecz­nicą w dru­giej. Lu­biła go i jed­no­cze­śnie współ­czuła na­zwi­ska, bo mu wciąż do­ku­czano, że jego oj­ciec, a już na pewno dzia­dek, był Niem­cem i jak nic słu­żył w We­hr­mach­cie. Do­brze cho­ciaż, że nie był rudy.

- Prze­pra­szam, czy tu wolne? - po­wtó­rzył z uśmie­chem.

- Wolne, wolne, pa­nie Ka­rolu. Prze­pra­szam, ale do­sta­łam ważną wia­do­mość i to mnie roz­ko­ja­rzyło. Pierw­szy raz pana tu wi­dzę, co za zmiana? Zre­zy­gno­wał pan z do­mo­wych śnia­da­nek na rzecz tego cze­goś, co tu ser­wują? To chyba był spory błąd.

- Droga pani, tak żyje sło­miany wdo­wiec. Żona wy­je­chała do swo­ich ro­dzi­ców i te­raz przez kilka dni mu­szę sam go­spo­da­rzyć. Co u pani sły­chać? Wiem, że nie­dawno sporo pani prze­szła, współ­czuję. To mu­siało być straszne.

- Nie ma czego. - Za­śmiała się. - Le­wan­dow­scy to twar­dzi lu­dzie. Wła­śnie do­sta­łam pi­smo urzę­dowe z wy­działu pasz­por­to­wego i niech pan so­bie wy­obrazi, że każą mi się zgło­sić po pasz­port. Kil­ka­na­ście lat skła­da­łam i za­wsze po­rażka. Aż nie wie­rzę w treść tego pi­sma.

- No to gra­tu­luję, ja wciąż do­staję od­mowy, bo mój brat na­wiał do Re­pu­bliki Fe­de­ral­nej Nie­miec. Głupcy, my­ślą, że i ja tak uczy­nię, ale co ja bym tam ro­bił? Tu je­stem radcą, a tam bym je­dy­nie w naj­lep­szym wy­padku po­da­wał ce­gły na bu­do­wie. Na pewno za więk­sze pie­nią­dze, ale forsa to nie wszystko. Li­czą się jesz­cze inne rze­czy.

- Cho­lerni ko­mu­ni­ści. Kie­dyś im sko­piemy dupy. To wszystko kwe­stia czasu.

Spoj­rzała na ta­lerz przed sobą, cho­lera, zu­peł­nie za­po­mniała.

- Sty­gnie - mruk­nęła pod no­sem sama do sie­bie i za­częła sma­ro­wać bułkę mar­ga­ryną.

Zuza wpa­dła do kan­ce­la­rii ni­czym bomba, cała roz­en­tu­zja­zmo­wana.

- Mam go! - krzyk­nęła do apli­kantki i we­szła do swo­jego po­koju.

Jolka na­tych­miast po­de­rwała się z krze­sła i po­bie­gła za nią.

- Co się stało? Kogo pani ma? - spy­tała ze stra­chem w oczach, bo nie­czę­sto wi­działa sze­fową w ta­kim sta­nie.

- Za­mknij drzwi i sia­daj! - roz­ka­zała Zuza, wy­cią­ga­jąc z biurka bu­telkę stocka. - Trzeba to opić, i to jak naj­szyb­ciej.

- Ale co opić, sze­fowo, bo do tej pory nie wiem?

- Kurwa mać, ile razy mam ci po­wta­rzać, że­byś tak na mnie nie mó­wiła?

Jolka zro­biła prze­pra­sza­jącą minę.

- Prze­pra­szam, pani me­ce­nas, za­po­mnia­łam się. Już się to nie po­wtó­rzy.

- Do­bra, nie­ważne. - Zuza roz­lała brandy. - Wy­pijmy za mój wy­jazd. Do­sta­łam pasz­port!

- Co pro­szę? - Oczy apli­kantki zro­biły się wiel­kie ni­czym spodki fi­li­ża­nek.

- No co? Ogłu­chłaś? Do­sta­łam we­zwa­nie do od­bioru pasz­portu. Jadę na we­sele Edu­arda, lecę na Kubę! Aż sama nie wie­rzę w to, co mó­wię. Jesz­cze wczo­raj brzmia­łoby to jak ja­kaś czy­sta abs­trak­cja, a dziś to prawda.

Wy­piły. Zuza z szu­flady biurka wy­jęła cy­garo.

- Te­raz nie mu­szę ich oszczę­dzać. Przy­wiozę so­bie cały za­pas, i to naj­lep­szych.

- Pani Zuzo, ale Edu­ardo mó­wił, że u nich ciężko o do­bre cy­gara, bo wszystko idzie na eks­port.

Zuza mach­nęła ręką, jakby prze­ga­niała na­trętną mu­chę.

- Tak jak u nas o mięso i wę­dliny, a wszy­scy je je­dzą. Znasz mnie, dla mnie nie ma rze­czy nie­moż­li­wych. Skoro mó­wię, że je przy­wiozę, to przy­wiozę. Na­leję jesz­cze na drugą nóżkę.

Trza­snęły drzwi wej­ściowe, zja­wił się Ko­wal­ski.

- Co ob­le­wa­cie? Może i ja się do­łą­czę?

- Mój wy­jazd, do­sta­łam pasz­port - po­in­for­mo­wała go Zuza z trium­fu­jącą miną.

Aż usiadł z wra­że­nia, ale na­wet słowa nie po­wie­dział, zero ko­men­ta­rza, pew­nie przez jego cho­ro­bliwą za­zdrość.

- Na­lać ci? To co? Opi­jasz to z nami?

- Na­lej - rzekł z po­nurą miną. - Ale wiesz, że to jest długi lot? Wy­trzy­masz? Jan­tar, ta pio­sen­karka, le­ciała ta­kim sa­mym sa­mo­lo­tem i wiesz, jak to się skoń­czyło. Ja bym się do­brze za­sta­no­wił, za­nim­bym wsiadł do tego ru­skiego szajsu, iła sześć­dzie­siąt dwa. Po­my­śla­łaś o swo­ich zwie­rza­kach? Kto się wtedy nimi zaj­mie?

Zuza słu­chała tego z otwar­tymi ustami, aż w końcu wy­bu­chła nie­po­ha­mo­wa­nym śmie­chem.

- Ty mi na­prawdę za­zdro­ścisz? Po­waż­nie?

- Ja? - Zro­bił głup­ko­watą minę. - Ależ skądże, ja tylko jako do­bry przy­ja­ciel mó­wię o czy­ha­ją­cych na cie­bie za­gro­że­niach i nic wię­cej. Ja ni­gdy ni­komu ni­czego nie za­zdrosz­czę.

- Wiem o nich i wła­śnie to mnie raj­cuje naj­bar­dziej. Ko­cham wy­zwa­nia. Oczyma wy­obraźni wi­dzę roz­ra­do­waną minę Ma­riań­skiego, kiedy ki­jem grze­bie we wraku, szu­ka­jąc mo­ich szcząt­ków, ale jego nie­do­cze­ka­nie. Mu­si­cie po­py­tać zna­jo­mych, co opłaca się tam za­wieźć? No wie­cie, han­del wy­mienny, ja im ka­le­sony, oni mi cy­gara.

- Ka­le­sony na Ku­bie? Chyba za bar­dzo od­le­cia­łaś? - wy­du­kał Ko­wal­ski.

- Oj, ty za­wsze wszystko bie­rzesz na po­waż­nie, to taki może nie­zbyt for­tunny przy­kład. Może po­trze­bują kremu Ni­vea, a może ja­kichś le­karstw, po­py­taj­cie.

- No nie wiem, czy znam ko­goś, kto tam był. Nie każ­dego stać na ta­kie wy­cieczki - rze­kła Jolka. - Ale po­py­tam w Or­bi­sie. Może te ko­bitki będą coś wie­dzieć? Matka ko­le­żanki tam pra­cuje.

- A co zro­bisz ze swoim zwie­rzyń­cem? Chyba ich tak nie zo­sta­wisz? - Ko­wal­ski za wszelką cenę sta­rał się choć tro­chę stu­dzić jej en­tu­zjazm.

Spoj­rzała na niego zdzi­wiona. Co za durne py­ta­nie?

- Jak to co? Zgagą ty się zaj­miesz, Bo­rysa po­wie­rzę Jolce, a Wrzoda dam na prze­cho­wa­nie pro­bosz­czowi. Wiem, że lubi koty.

- C-co pro­szę? - wy­ją­kała apli­kantka, kom­plet­nie za­sko­czona tym po­dzia­łem ról.

Zuza wbiła w nią pio­ru­nu­jące spoj­rze­nie.

- Chyba mi nie od­mó­wisz? Co to za ro­bota? Wy­star­czy wy­pro­wa­dzić go trzy razy dzien­nie. Mogę po­ga­dać z Geńką, to cię tro­chę w tym od­ciąży.

- No a je­dze­nie? Prze­cież musi coś jeść.

- On wszystko zje, ale naj­bar­dziej lubi wo­ło­winę.

- Ale ona jest na kartki. Skąd ją we­zmę? - Jolka była prze­ra­żona per­spek­tywą za­spo­ka­ja­nia po­trzeb ży­cio­wych Bo­rysa kosz­tem jej je­dze­nia, bo na to się za­no­siło.

- Ten tu ko­lega ma zna­jo­mo­ści u rzeź­nika przy Grodz­kiej. Jedna z eks­pe­dien­tek wpa­dła mu w oko, więc wciąż tam cha­dza, li­cząc, że ją prze­leci. - Zuza po­słała Ko­wal­skiemu sze­roki uśmiech. - On ci na pewno po­może.

Spoj­rzała na ze­ga­rek.

- Późno już! Za­raz idę do biura pasz­por­to­wego, a w dro­dze po­wrot­nej zaj­rzę do pro­bosz­cza - oznaj­miła, po czym chwy­ciła to­rebkę i wy­szła z kan­ce­la­rii.

- Te­mat za­ła­twiony, role przy­dzie­lone, cała Zuza - mruk­nął Ko­wal­ski pod no­sem, do­pił stocka i po­szedł do sie­bie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki