PROLOG
Oto nasza księżniczka, zawsze wystrojona
jak na bal - powiedziała z czułością pielęgniarka do babci mojego męża,
gdy szłyśmy korytarzem żydowskiego domu opieki Montefiore.
Mindla Horowitz. Księżniczka Montefiore. Włosy zawsze perfekcyjnie ułożone. Usta zawsze umalowane na czerwono z taką precyzją, że
sama Elizabeth Arden nie zrobiłaby tego lepiej. Ulubiony kolor Victory
Red.
Poszłyśmy do jadalni, gdzie czekał na nas mój mąż.
- Jesteś coraz grubszy - powiedziała żartobliwie Mindla, wskazując
wymanikiurowanym palcem na jego brzuch. - A spójrz na mnie. Nadal jestem
ślicznościowa!
Spinki ze strasu połyskiwały w jej włosach, gdy kręciła głową, byśmy
mogli ją podziwiać.
Mój mąż i ja często żartowaliśmy, że babunia może stracić wzrok lub
słuch, ale nigdy nie zrezygnuje z próżności - będzie jej ona
towarzyszyła do końca życia.
Ale tak naprawdę wcale nie chodziło o próżność, lecz o dumę; o najczystszą esencję człowieczeństwa, którego trzymała się całą swoją
istotą. To był jej sposób, by powiedzieć światu: "Zabraliście mi
wszystko, ale nigdy nie odbierzecie mi dumy".
Po wielu latach życia z rodziną Horowitzów zaczęłam poznawać historię
życia Mindli. Mój mąż, Ralph, naśladował babunię i z zapałem przeklinał
po żydowsku - tak jak robiła to ku naszemu rozbawieniu jej papuga - albo
opowiadał kawały, które zasłyszał od nieżyjącego już dziadka, gdy
jeszcze był dzieckiem.
- Opowiem ci o ich życiu, dobrze? - zaproponował pewnego dnia.
Niedobrze.
Przedstawił mi okrojoną historię, jaką dziadek mógł opowiadać do snu
swojemu ukochanemu wnukowi. Historię o wspaniałym cyrku i kolorowych
klaunach. I o tym, jak naziści próbowali ich wszystkich zabić.
Opowiedział, jak uratował przepiękną pannę młodą uwięzioną w rosyjskim
więzieniu i jak przemierzył pół świata, by potem żyć z nią długo i szczęśliwie. Ale to nie była bajka.
Moja natura dziennikarki nasuwała mi tysiące pytań. Rozpaczliwie
chciałam poznać całą historię, ale dziadek niestety od dawna już nie
żył, a "babunia nigdy o tym nie mówi, więc nie pytamy, żeby jej nie
denerwować". W porządku. Z pewnością nie chciałam, żeby odżyły w niej te
wszystkie koszmarne historie, o których słyszałam.
Im bardziej Mindla się starzała i stawało się jasne, nasz wspólny czas
dobiega końca, tym bardziej rosła moja desperacja. Wiedziałam, że to
bardzo ważne dla naszej rodziny - dla mojego męża i naszych dzieci - by
dowiedzieć się, kim byli nasi dziadkowie i pradziadkowie, skąd
pochodzili i co przeżyli, i jak, u licha, zdołali się uwolnić spod
niemieckiej okupacji i wyjechać do Australii.
A więc zaryzykowałam, że zdenerwuję babunię, i postanowiłam, że muszę z nią porozmawiać.
Wybierając się do domu opieki, wiedzieliśmy, że nie możemy przynosić
żadnych słodyczy, bo babunia "dba o figurę". Ale kochała wszelkie
kosmetyki, zwłaszcza najjaskrawsze z najbardziej jaskrawych odcieni
lakierów do paznokci. I uwielbiała rozmawiać w trakcie malowania.
A więc pewnego chłodnego jesiennego poranka uzbroiłam się w najbardziej
wyszukany i nowy odcień lakieru, jaki tylko mogłam znaleźć, oraz w notatnik, dyktafon i pożółkłe czarno-białe zdjęcia, które Mindla
podarowała swojej synowej Meg (mojej teściowej). Zainspirowana książką
Mitcha Alboma Wtorki z Morriem, zainicjowałam swoje poniedziałki z Mindlą.
Po kolei oglądałyśmy sfatygowane, zniszczone zdjęcia.
- Babuniu, kto to jest? Gdzie zrobiono to zdjęcie? - Zawsze starałam się
odzywać łagodnie, żeby jej nie zdenerwować.
- A po co chcesz to wiedzieć? - pytała z wyraźnym polskim akcentem,
przyglądając się uważnie swoim purpurowym paznokciom.
Najpierw babunia była bardziej zainteresowana tym, jak jej ukochany klub
Colligvood radzi sobie w australijskiej lidze AFL, potem co porabiają
jej prawnuki, aż w końcu powoli powróciłyśmy do tematu jej życia i zaczęłyśmy odkrywać je warstwa po warstwie.
I tak to trwało - tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu. Każda
rozmowa odbywała się według tego samego schematu.
Gdy zrobiłyśmy manikiur, szłyśmy do jadalni na lunch, zgrabnie wymigując
się od tańczenia kongi w szeregu pensjonariuszy z balkonikami.
Przy stole babuni zawsze towarzyszyło nam kilka starszych kobiet -
Mindla uwielbiała widownię - ale gdy wyciągałam notatnik,
przechodziłyśmy do spraw naszej rodziny.
- No i po co chcesz to wiedzieć? - pytała nieustannie. - Moja historia
to naprawdę nic nadzwyczajnego. A co z nimi? - indagowała, wskazując
połyskującym lakierem paznokciem na poszarzałe i pomarszczone twarze
kobiet siedzących przede mną. - Wszystkie jesteśmy takie same.
A potem coś zaskoczyło. Chociaż przeszłość była dla Mindli niewątpliwie
bardzo bolesna, nie odnosiłam wrażenia, że opowiadając o swoich
przeżyciach, przeżywa ponowną traumę; po prostu nie sądziła, że jej
doświadczenia są czymś nadzwyczajnym, ponieważ wiele osób z jej
otoczenia miało za sobą równie przerażające przejścia związane z ucieczką przed hitlerowcami. Z utratą swoich bliskich, których już nigdy
więcej nie spotkały. Z cierpieniami, jakie musiały znosić ich zawszone
ciała. Z głodem, ze smrodem wojny i śmierci. Tyle śmierci. Tyle
cierpienia.
Wiele tych wspaniałych osób - mężczyzn i kobiet - z którymi babunia
dzieliła swoje ostatnie lata, cudem przetrwało horror wojny, wygrywając
z Hitlerem w tej nikczemnej, diabelskiej grze.
Pomimo zaawansowanego wieku i podupadającego zdrowia fizycznego umysł
Mindli do samego końca był ostry jak brzytwa. W ciągu wielu, naprawdę
wielu godzin, które razem spędziłyśmy, specjalnie dla mnie przywołała z pamięci swoje życie i opowiedziała mi o nim ze szczegółami, czasem
bardzo zaskakującymi. Ale gdy umarła w 2015 roku w wieku
dziewięćdziesięciu sześciu lat, zostało jeszcze wiele niewypowiedzianych
słów i wiele pytań bez odpowiedzi. A więc rozpoczęłam długoletnie
poszukiwania, by złożyć w całość historię życia babuni i dziadka
Horowitzów.
Wiele dokumentów i nagrań najcenniejszych momentów ich życia - narodzin,
śmierci i małżeństw - zginęło w mrokach niepamięci w pożodze wojennej,
wśród bomb i pożarów. Dlatego jestem niezmiernie wdzięczna genealogom,
historykom, naukowcom i wolontariuszom, którzy nie szczędzili czasu,
wysiłków i wiedzy, by pomóc mi w prześledzeniu losów mojej rodziny, a zwłaszcza Krystynie Duszniak - jej niezrównana wiedza i rozległe
kontakty umożliwiły mi odkrycie materiałów, które nie tylko potwierdziły
wspomnienia Mindli, ale też pomogły nam odnaleźć utraconą rodzinę.
A ponieważ nie miałam przywileju porozmawiać z dziadkiem, który zmarł w 1986 roku, opierałam się na wywiadach przeprowadzonych z Mindlą oraz
innymi członkami naszej rodziny, zwłaszcza z wnukami, które uwielbiał, i na tej podstawie odtworzyłam jego historię. Pomogły mi w tym również
zdjęcia i wywiady z jego kolegami z programu telewizyjnego The Tarax
Show emitowanego przez australijską stację GTV-9. Jestem szczególnie
wdzięczna niezrównanemu Ronowi Blaskettowi, który przed swoją śmiercią w 2018 roku podzielił się ze mną wieloma wspomnieniami związanymi z dziadkiem. Żegnaj, Ron.
Niektóre dialogi opierają się na wspomnieniach innych osób.
Dziadek Horowitz, oficjalnie Mojżesz Baruch Horowitz, w zależności od
etapu swojego życia, był znany pod różnymi imionami - Mojżesz, klaun
Kubuś, Kubuś Armondo, klaun Sloppo, Zejde i Kubuś. Dla ułatwienia będę
go nazywać w tej książce Kubusiem, tak jak zwracała się do niego
babunia.
Mam nadzieję, że odbierzesz tę książkę w duchu zgodnym z moimi
intencjami. Nie jest to materiał historyczny i nie rości pretensji do
naukowego dokumentu na temat Holokaustu; to po prostu historia pewnej
kobiety i jej rodziny opowiedziana z jej punktu widzenia. Dodam tylko,
że dokonałam wszelkich starań, by zweryfikować tę historię.
Hitler zrobił wszystko, co tylko było w jego mocy, by zniszczyć
egzystencję, historię i ducha całego narodu. W czasie drugiej wojny
światowej hitlerowcy zamordowali sześć milionów Żydów - mężczyzn, kobiet
i dzieci. To nie do pojęcia.
Ale w końcu przegrał. Dlaczego? Dlatego że nigdy nie zapomnimy o tych
ludziach. Kawałek po kawałku, skrawek po skrawku, opowieść po opowieści,
rok po roku śmierć ofiar Holokaustu i życie tych, którzy go przetrwali,
oraz ich miejsce w naszych społecznościach są przez cały czas troskliwie
upamiętniane i odtwarzane w pamięci. Materia losów ofiar Holokaustu
wplata się w nasze życie - jest poznawana, zrozumiana, żywa.
Te wszystkie dusze być może zostały utracone, ale nadal są kochane,
nadal drogie i nadal żyją w naszych rozmowach. Będziemy czcić i szanować
ich przeszłość, a ich historie będą wzbogacać naszą przyszłość.
Nigdy nie zapomnimy.
ROZDZIAŁ 1
Warszawa, zima 1936
Mindla idzie ulicą Stawki, zdejmuje
rękawiczkę i szuka czegoś w torebce.
Palce ma pokaleczone i zdrętwiałe, bo codziennie spędza wiele godzin
przy maszynie do szycia, więc teraz niezdarnie gmera w torebce, próbując
znaleźć klucze.
Skręca za róg w kierunku domu, jest rozkojarzona i nie zauważa luźnej
krawędzi kostki brukowej. Obcas wpada w dziurę, Mindla traci równowagę i upada ciężko na lodowatą ulicę. Jest drobna, więc składa się jak
laleczka, a potem siedzi oszołomiona przez kilka chwil i usiłuje się
uspokoić. Po jej twarzy płyną łzy, ale lodowaty wiatr wiejący od Wisły
skutecznie je wykrada, zanim Mindla zdąży obetrzeć twarz.
- Cholera - mówi, dotykając dziury w znoszonych wełnianych pończochach,
naprawianych tak wiele razy, że są właściwie jedną wielką cerą.
Kostka pulsuje bólem.
Mindla widzi swój dom po drugiej stronie placu. Tam mieszka, na
Muranowskiej 17. Jej gospodarz, pan Landau, zapewne teraz siedzi sobie w swoim ciepłym i przytulnym mieszkanku na parterze. Myśląc o tym, Mindla
tęskni za domem i ciepłem matczynej kuchni. Wyobraża sobie, jak mama
posypuje stół mąką i wałkuje ciasto na chałkę, a po kuchni roznosi się
zapach palącego się w piecu węgla, który musi osiągnąć właściwą
temperaturę, by chleb mógł wyrosnąć.
Pogrążona w myślach nie zauważa, jak pojawia się przed nią nieznajomy.
- Co pani tu robi? Tu nie jest bezpiecznie. - Mindla słyszy głos, który
przywraca ją do rzeczywistości. - Wszystko w porządku?
Dziewczyna musi przechylić głowę w prawo, żeby spojrzeć w twarz
wysokiego mężczyzny, który się nad nią pochyla z wyciągniętą ręką.
Mindla chwyta jego dłoń, a on pomaga jej wstać z zimnego bruku.
- Proszę pozwolić, że odprowadzę panią do domu - nalega nieznajomy.
Zdejmuje szal i oferuje go dziewczynie.
Ona z ochotą owija szyję miękką, ciepłą wełną, a potem rozmawiają o zimie i niebezpieczeństwach czyhających na zamarzniętych torowiskach
tramwajowych. Mężczyzna pyta ją, gdzie pracuje. Mindla początkowo się
waha, a potem odpowiada:
- W garbarni.
Nie wspomina, że musi tam pracować, bo jest za stara, by dalej się
uczyć, więc w wieku czternastu lat była zmuszona zrezygnować ze szkoły.
Nie mówi też, jak ciężka i trudna jest jej praca, ile godzin musi
spędzać w smrodzie, susząc i rozciągając zwierzęce skóry, a potem je
barwiąc. Garbarnia jest głównym dostawcą wyrobów skórzanych dla polskiej
armii. A interes kwitnie ze względu na widmo wojny.
Ból kostki powoli mija i dziewczyna z każdym krokiem odzyskuje siły.
Łagodne światło z mieszkania pana Landaua oświetla twarz nieznajomego.
Jest zadziwiająco młody jak na kogoś tak elegancko ubranego,
prawdopodobnie ma dwadzieścia kilka lat. Z kieszonki jego marynarki
wystaje czerwona jedwabna chusteczka. Ubranie nadaje mu wygląd poważnego
i dużo starszego biznesmena, ale wielkie błękitne oczy błyszczą jak u psotnego chłopaka.
- Nazywam się Kubuś Horowitz - mówi nieznajomy, gdy docierają do jej
domu. - A ty?
- Mindla. Mindla Lewin - odpowiada, skłaniając głowę.
- A zatem, panno Lewin, dotarłaś bezpiecznie do domu.
- Dziękuję, Kubusiu. Jesteś bardzo miły.
Mindla oddaje szalik, a on unosi lekko kapelusz i odchodzi. Znika tak
szybko, jak się pojawił.
- Spóźniłaś się, Mindlo - mówi Chana, unosząc brwi. - Pospiesz się i siadaj.
- Przepraszam, mamo - odpowiada Mindla, zakrywając sukienką dziurę w pończosze.
Wszystkie oczy są na nią zwrócone, gdy niezgrabnie siada przy stole
pomiędzy siostrami, Jadzią i Sonią. Mindla siedzi z opuszczoną głową, by
uniknąć spojrzeń ojca, a jej poplamione palce zakreślają niewidoczne
koła wokół ciemnych sęków w drewnie przebijających przez cienki biały
obrus.
Siedzi przy stole na długiej drewnianej ławie i niemal słyszy jęk
starych sosnowych desek uginających się pod ciężarem wszystkich
stołowników. Od kiedy wprowadził się do nich Lalosz, mąż jej siostry
Ewy, przy kuchennym stole Chany Lewin tłoczy się jedenaście osób.
Mindla śledzi wzrokiem matkę, która trzyma na biodrze niemowlę, a potem
podaje je Ewie.
Matka upięła przedwcześnie posiwiałe włosy w schludny kok, światło świec
oświetla jej twarz. Nie pierwszy raz Mindla zauważa niezdrowe cienie pod
jej oczami i przysięga sobie w duchu, że już nigdy nie spóźni się na
kolację.
ROZDZIAŁ 2
Ciemność ściga Mindlę, gdy idzie wyłożoną
brukiem ulicą Muranowską. Znowu spieszy się z fabryki do domu, tym razem
uważając na każdy krok, żeby się nie potknąć.
- Jest do ciebie list, Mindlo - mówi pan Landau, gdy dziewczyna pojawia
się w drzwiach. Pan Landau zatrudnia w swojej garbarni wielu lokatorów i jest przemiłym człowiekiem, który wybacza im opóźnienia w płaceniu
czynszu, gdy nie mają pieniędzy. - Doręczony osobiście - mówi,
uśmiechając się szeroko.
Mindla przypuszcza, że to list do ojca, ponieważ ona nigdy nie dostała
żadnej przesyłki. Ale na kopercie jest jej imię wypisane najpiękniejszym
charakterem pisma, od którego nie może oderwać wzroku i które ją wprost
hipnotyzuje. Poplamionymi brązową farbą palcami po całym dniu pracy w garbarni pospiesznie otwiera kremową, aksamitną kopertę.
Droga Panno Lewin,
mam nadzieję, że kostka już wyleczona. Czy przyjmiesz moje zaproszenie i jutro wieczorem pójdziesz ze mną na przedstawienie Cyrku Staniewskich?
Jeśli tak, spotkajmy się o dziewiętnastej. Jeśli nie zjawisz się w miejscu, w którym się poznaliśmy, uznam, że nie masz ochoty się do mnie
przyłączyć.
Z poważaniem
Kubuś Horowitz
Ten przystojny nieznajomy.
Mindla z namaszczeniem wkłada list do koperty i przyciska ją do bijącego
gwałtownie serca, a potem biegnie na górę po skrzypiących drewnianych
schodach.
- Dziękuję, panie Laudau - wykrzykuje, przeskakując co drugi stopień.
- Mindla, znowu? - mówi niecierpliwie Chana.
Dwie świece oświetlają ucztę, którą mama przygotowywała przez cały
dzień. W domu roznosi się apetyczny zapach chałki dochodzący prosto z pieca; Mindla ma poczucie winy, bo znowu się spóźniła. Gdy siada przy
stole, wyczuwa też zapach świeżego rozmarynu. Chana wyciąga ręce i splata je nad świecami. Potem zakrywa oczy i słodkim głosem szepcze
słowa kiduszu:
- Wajehi erew wejehi woker jom hasziszi.
Rozpoczął się szabat.
Szmul i Chana Lewinowie nie są szczególnie religijni, ale przecież
chodzi o tradycję. I pomimo topniejących zasobów Chana zawsze znajduje
sposób, by zapełnić szabatowy stół. Chana jest gospodynią domową i Mindla zawsze widzi ją w ciąży albo z niemowlęciem przyklejonym do
piersi. Pierwsza była Ewa, która urodziła się w 1916 roku, po krótkim
czasie przyszła na świat Jadzia, a potem - mniej więcej po dwunastu
miesiącach, w 1919 roku - Mindla. W 1921 roku urodziła się Sonia - wtedy
Chana miała już cztery córki, które nie miały jeszcze pięciu lat, a Szmul koniecznie chciał mieć syna. Jego marzenie spełniło się w 1922
roku, gdy urodził się Jakub, a potem los obdarował ich jeszcze
Menachemem i Minją. A na końcu urodziła się mała Sara, której wszyscy
wyczekiwali z wielką nadzieją.
Mindla czuje się winna, że ani przez chwilę nie przejmuje obowiązków
matki, nie wyręcza jej w gotowaniu, sprzątaniu, praniu i dbaniu o rodzeństwo, że nie stawia garnka na piecu, nie moczy pieluch w żelaznym
wiaderku stojącym pod zlewem. Uwielbia jednak obserwować, jak matka się
krząta; jest mistrzynią w kuchni i w dyrygowaniu niesforną, ale też
wzruszającą domową orkiestrą. Kiedy Chana się rozpędza, sprawia, że w każdym kącie kuchni rozbrzmiewa muzyka. Trzaska ogień w opalanym węglem
piecu, na kuchence bulgoczą garnki, rozlega się rytmiczny łoskot, gdy
wałkuje ciasto na ławie, a potem je ugniata, nadając mu odpowiedni
kształt; a raz w tygodniu komponuje to wszystko w spójne i pyszne
crescendo szabatu.
Mindla najbardziej kocha żydowski Nowy Rok. Wtedy Chana zaprasza
wszystkie córki do kuchni, by pomagały jej w pieczeniu słodkich
ciasteczek, które natychmiast rozpuszczają się w ustach, gdy tylko
zwinne paluszki dziewczynek zdołają podkraść je z pieca.
Kuchenny stół Chany nie służy jedynie jedzeniu; to również sosnowa
"ambona", z której wygłasza życiowe kazania, dzieli się swoją mądrością
i tradycjami, opowiada pouczające historie rodzinne, a to wszystko jest
okraszone jej wspaniałymi zupami i chałką.
Dzisiejszego wieczoru stół Chany jest miejscem czci. Mindla spogląda na
ojca, który patrzy z zachwytem na żonę recytującą błogosławieństwa.
Szmul jest szewcem i ciężko pracuje, by związać koniec z końcem. Dzięki
odrobinie śliny i pasty oraz skrawkom skóry z fabryki pana Landaua
potrafi sprawić, by stare buty znowu wyglądały jak nowe. Sąsiedzi
nazywają tatę "artystą", bo jest mistrzem w swoim fachu. Przynoszą mu
zniszczone buty, które czasy świetności mają dawno za sobą, a Szmul
odprawia nad nimi swoje czary, daje im nowe życie, a potem zwraca
wdzięcznym właścicielom. Reperowanie starych butów nie zapewnia jednak
wielkich dochodów, a z pewnością nie na tyle dużych, by wystarczało na
wygodne życie dla rosnących pociech, które muszą wykarmić Lewinowie.
Poza tym klienci również są bardzo biedni, więc Szmul często nie bierze
od nich pieniędzy, bo wie, że to jedyne buty zdesperowanego człowieka,
który chodzi w nich do pracy i na targ po jedzenie dla swojej rodziny.
Jak mógłby żądać zapłaty od kogoś takiego? Czasem dostaje w zamian
bochenek chleba, czasem jajko albo dwa, a jeśli ma bardzo dobry dzień -
trochę masła lub kurczaka. Mindla jest dumna ze swojego ojca i nigdy się
nie skarży, że jej zarobki często trafiają z powrotem do pana Landaua,
bo właśnie w ten sposób pomaga rodzicom w opłaceniu czynszu.
Gdy matka odsłania oczy i patrzy na świece, by dokończyć rytuał, Mindla
zastanawia się, ile innych rodzin w ich kamienicy robi w tej chwili
dokładnie to samo. Przy ulicy Muranowskiej 17, położonej w północnej
części dzielnicy żydowskiej, mieszka sto dziesięć rodzin. Cztero- lub
pięciokondygnacyjne budynki wznoszą się naprzeciwko siebie wokół placu,
który jest miejscem spotkań, handlu i rozrywki. Po placu krążą tramwaje
i riksze. Wielu lokatorów to wielodzietne rodziny, podobnie jak
Lewinowie, więc Mindla zgaduje, że razem z nimi przy Muranowskiej 17
mieszka siedemset, a może nawet osiemset osób.
Ponieważ dzień ślubu Jadzi zbliża się wielkimi krokami, przy ich
szabatowym stole zasiądzie wkrótce jeszcze jedna osoba. Ale w przeciwieństwie do Ewy i Lalosza, którzy mieszkają z nimi na
Muranowskiej, Jadzia planuje przeprowadzić się po ślubie do swojego
przyszłego męża, Abrahama Książenicera. Dzięki Bogu.
Gdy dziewczęta szykują się wieczorem do snu, Mindla zwierza się Jadzi i Ewie. Opowiada im o tajemniczym nieznajomym, który ją uratował, i o jego
zaproszeniu. Siostry patrzą szeroko otwartymi oczami na list, który
Mindla wyciąga spod poduszki.
- Nigdy nie widziałam tak pięknego papieru - mówi Jadzia, przesuwając
kciukiem po grubej, eleganckiej karcie.
Podobnie jak w przypadku wszystkich dziewcząt z rodziny Lewinów
małżeństwo Mindli zostanie zaaranżowane w odpowiednim czasie przez ojca
i zawarte z wybranym przez niego kawalerem. Myśl, by córka spotykała się
z nieznajomym, a co dopiero umawiała się z nim na randkę w cyrku, jest
nie do przyjęcia.
- Musisz iść, Mindlo! - szepcze Jadzia i podekscytowana ściska jej rękę.
- Tylko pomyśl. Cyrk! Co za radość! Pomożemy ci.
Mindla tej nocy nie może zmrużyć oka, a następnego ranka przy śniadaniu
razem z siostrami wymyśla plan.
- Mamo, byłoby cudownie, gdyby Mindla poszła wieczorem na kolację z Laloszem i ze mną - mówi od niechcenia Ewa, gdy mama krząta się po
kuchni. - Ojciec Lalosza ma dzisiaj urodziny i na uroczystości będzie
też rabin.
- Dobrze jej zrobi kontakt z bardziej dorosłym towarzystwem - dodaje
Jadzia, kiwając głową w stronę umorusanych, małych twarzyczek trojga
młodszego rodzeństwa, które posłusznie siedzi przy stole, czekając na
swoją porcję owsianki.
Chana z nieprzeniknionym wyrazem twarzy stawia na stole miseczki. W końcu potakuje:
- Ale nie przyprowadzajcie jej zbyt późno - ostrzega.
W sobotni wieczór, gdy znikają ostatnie promienie światła, rodzina znowu
gromadzi się przy stole, a Szmul odprawia hawdalę, by zaznaczyć koniec
szabatu. Unosi kieliszek wina i udziela błogosławieństwa wszystkim
zgromadzonym. Potem wyciąga dłonie w kierunku płomienia świecy
rozświetlającego jego skórę. To znak, by pozostali poszli w jego ślady.
W dzieciństwie Mindla bardzo lubiła tę ceremonię, ale teraz - gdy trzyma
ręce nad roztaczającą pomarańczowy blask świecą - jest zakłopotana.
Jednym okiem spogląda na zegarek, drugim na papę. Bardzo chce już wyjść
i martwi się, że jeśli nie pojawi się na czas w umówionym miejscu, Kubuś
może na nią nie zaczekać.
Ewa i Jadzia są tak samo podekscytowane jak Mindla. Ewa zmusiła siostrę,
by włożyła jej piękną granatową jedwabną sukienkę, którą Chana uszyła
dla niej na zaręczyny, a Jadzia odgarnęła z jej twarzy długie kasztanowe
włosy i upięła starannie, by loki delikatnie muskały jej ramiona. Na
koniec Mindla idealnie umalowała usta szminką w kolorze soczystej
karminowej czerwieni.
Teraz drży z podniecenia, a każda minuta ciągnie się jak wieczność.
Szmul pociąga ostatni łyk błogosławionego wina i ogłasza koniec szabatu.
Dziewczęta mogą już wyjść. Zachowują ostrożność, żeby nie wzbudzać
podejrzeń. Spokojnie żegnają się ze wszystkimi, a ledwo minutę później
są już za drzwiami.
Ewa bierze Mindlę pod ramię i idą od niechcenia ulicą, mijając kamienicę
i trzymając się z dala od wścibskich spojrzeń, by spotkać się z Kubusiem, który czeka za rogiem.
Kubuś Horowitz jest jeszcze przystojniejszy, niż Mindla zapamiętała.
Lazurowa chusteczka w kropki wystająca z kieszonki garnituru podkreśla
błękit jego oczu. Wełnianym szalikiem, którym otulił ją dwa dni temu,
owinął teraz swoją szyję.
- Ewo, to jest Kubuś - mówi Mindla, przedstawiając ich sobie.
Ewa się uśmiecha i ściska dłoń mężczyzny. Kubuś kłania się, uchylając
kapelusza.
- Spotkamy się o dwudziestej drugiej przed kawiarnią - instruuje Ewa
młodszą siostrę. - Nie spóźnij się ani minuty, Mindlo, bo będziesz
musiała radzić sobie sama.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki