Ku słońcu - Inga Iwasiów

Reflow text when sidebars are open.
- Dobrze, że jesteś, dziecko - zdążyła powiedzieć Ula, co brzmi w pustej sali jeszcze wówczas, gdy jej tam nie ma, gdy ją wiozą na salę operacyjną, nie poprawiając od razu opuszczonego łóżka, w tym celu przyjdą po chwili salowe, wyposażone w arsenał kubłów, mopów, chemicznych środków, więc Magda machinalnie coś wygładza, napotyka wzrok kobiety spod okna, badawczy, nieżyczliwy, myśli, potem zmienia zdanie. Salowe, dwie zmęczone kobiety w nieokreślonym wieku, wtaczają wózek ze sztukami szarawego płótna na górze i niebieską folią na dole, drugi ze środkami czystości, zabierają się najpierw do posłania naprzeciwko. Chora spod okna prosi zbolałym głosem, słowa ledwie przeciekają przez spieczone usta, o podanie zmoczonego ręcznika. Magda podchodzi do umywalki, patrzy na swoje odbicie w lustrze, i w tym lustrze widzi, że wzrok kobiety jest nieobecny, niezdolny do ocen, niezainteresowany. Najwyżej rejestruje zmianę w pokoju, kogoś wywieźli, ktoś wszedł, ktoś wyjdzie, coś wniosą, każą połknąć, odłączą, podłączą, wetkną, obudzą, zapytają o samopoczucie, jakby nie widzieli sami, nie mieli stosów analiz, wydruków ze środka skatowanych ciał, podglądu wnętrzności. Poza tym nieodgadnione przepływy bólu, skurcze nieoczekiwanych przypomnień, obojętność. Rozgląda się i mówi: "Do widzenia", jeszcze stając w progu; chora nie odpowiada, może drzemie, martwa cisza, w tle metaliczne stukania, zapach gotowanych ziemniaków, kapusty, środka dezynfekcyjnego i moczu, albo czegoś tam, nie wiadomo czego, gdy się pozostaje na zewnątrz, trzeba by tu zostać na dłużej, po paru dniach rozpoznałaby rytm, smak i zapach. Zaglądając tylko na chwilę, przechodzi obok i zaledwie odbiera natężenie obcości, cofa się w sobie przed naporem nieznanych bodźców. W środku hałasu enklawa martwej ciszy, szczelina zamierającego czasu, prawie nikt nie ma do tego kwalifikacji, może kiedyś, na końcu łańcuszka, ktoś odwiedzający kogoś z kolejnego pokolenia odchodzących, nawykowo, z rutyną właściwą mędrcom. Salowe są już w następnej sali chorych, puste łóżka przykrywają folią - jak produkty wystawione na handel, jak w jakimś magazynie słynącym z higieny - myśli Magda, patrząc jeszcze na przeszkloną dyżurkę pielęgniarek, przestronną i jasną, z pomalowanymi na seledynowo ścianami. Ciekawe, jaki tam panuje zapach. Kobiet? Czekolady? Kawy? Zupy mlecznej? Krwi? Zmęczenia?
Idzie przez pusty korytarz, powinna może pod blok operacyjny, na parterze, właściwie poniżej poziomu parteru, gdzie mieści się również sala pooperacyjna, wolałaby tam nie wchodzić, pamięta jeszcze odwiedziny u wujka Romana - przyjechała specjalnie, jak teraz, niepotrzebnie, bo Tomek nie oczekiwał wsparcia - kobiety i mężczyźni z odsłoniętymi klatkami piersiowymi, aparatura, światło przez całą dobę, sponiewierani ludzie, po obu stronach łóżek obojętny, uciekający wzrokiem personel. To się powinno było zmienić, ale wie, że jest tak samo, w tym samym miejscu, korytarz odnowiony, farba przykrywa stare warstwy cierpień, za drzwiami z dzwonkiem pacjenci pod specjalnym nadzorem, żeby życie nie mogło z nich po prostu uciec, obserwacja funkcji życiowych, za wszelką cenę, nawet gdyby kogoś trzeba było dobić, świecąc mu przez całą dobę w oczy światłem i śmiercią sąsiadów, w końcu ludzie umierają w szpitalu, nie powinniśmy za wiele wymagać. Śmierci nic nie zmoże. Jeśli Ulę tam położą... jej szczelne zasłony, zmieniane co dwadzieścia lat na bardziej szczelne, zawsze miała światłowstręt. Nie założyła rolet, lubiła wzorzyste materiały. W wysokie szpitalne okna słońce zaczyna świecić za wcześnie, nawet o tej porze roku, w lecie byłoby gorzej, strasznie. Pacjentka z lewej strony mówiła coś o magnesie u sióstr w dyżurce, że siostry mają magnes do żaluzji, bo ludzie wszystko kradną. Jaki magnes? O co może chodzić? I czy wątłe żaluzje, załóżmy, że zamagnesowane, zasłonią ból atakujący oczy? Po co kradną? Co robią z odkręconymi uchwytami do papieru toaletowego? Teraz kolorowe liście trzymające się drzew tworzą rodzaj filtra, słońce nisko, wyblakłe, zaledwie przez parę godzin dziennie zaglądające w te wielkie okna. Żadnej osłony; kogo wewnętrzne przesłony zapowiadające ostateczne oddalenie nie odgradzają od światła, może najwyżej odwrócić się do ściany, jeśli nie przeszkadza w tym kroplówka. Ale może w środku jest inaczej, pociesza się Magda, może tylko ja się tak boję. Patrząc z boku na to, czego oni tu nie widzą. Może są w środku, w miękkiej osłonie z samych siebie, ze swoich znieczulonych farmakologicznie tkanek. Oby tak było. Oby tak było. Ula i ciotka Anna lubiły powtarzać życzenia, zaklinały los, kręcąc w takt słów głowami: "Oby ci się, dziecko, powiodło", kwitowały każde posunięcie, nową pracę, przeprowadzkę, związek. Potem Ula sama, bez towarzystwa, bez przyjaciółek. Przez telefon powtarzała też te zdania od "oby" i na pewno kręciła głową.
Może wróci po prostu na salę, trzeba się dowiedzieć, czekać. Pielęgniarka mówi do niej nadspodziewanie serdecznie, jakby znała ją od dawna: "Babcia jeszcze jest operowana, niech pani wróci potem, po południu, nie ma na co czekać". Myśli, że w filmach jest inaczej, zawsze ktoś wychodzi do rodziny, rzeczowa rozmowa, poklepanie po plecach, dobrze, że chociaż pielęgniarka ma do niej cierpliwość, brzmi to osobiście, właśnie prawie jak na filmach, trzeba docenić, przy tych zarobkach nikt nie powinien mieć wygórowanych oczekiwań, i ile razy w życiu można tak ściszać głos do ciepłego altu, uspokajając zagubione zdrajczynie? Nieodwiedzające na co dzień matek córki, mieszkających o tysiące kilometrów stąd braci, nieprzygotowane koleżanki z pracy, łatwo przechodzące na drugą stronę, tam gdzie śmierć brzmi pusto, wścibskie sąsiadki szukające tematu do plotek. Po ilu miesiącach, latach ma się ochotę powiedzieć im coś prawdziwego? Udawać, że facet z misiem koala przywiezionym matce z lotniska jest w porządku, fajny i godny współczucia? Korytarz w tej części też świeżo odnowiony, na szczęście, nie uruchamia tych dziwnych skojarzeń z więzieniem, z wojną, skojarzeń czytelniczki Foucaulta, oczywiście. Beżowa ściana skręca do pomieszczenia ze stolikami i ekspresem do kawy, ludzie w szlafrokach i dresach siedzą tam z ubranymi wyjściowo. Czemu do szpitala idzie się jak do kościoła? W koszuli, w białej bluzce? Dla kogo ta odświętność, ta delikatność, ta maskarada? Widocznie ważna, Magda myśli o swojej małej walizce. Dokupić odświętne bluzki? Widziała w drodze sklepy na miejscach starych sklepów. Ciekawe, czy wiedziałaby, gdzie kupić białą bluzkę. Ostatnią, maturalną, szyła jej sąsiadka pod dyktando Uli.
Niech pani powiększy dekolt, matura sama w sobie jest ponura, nie będziemy tego pogłębiać zakonnym strojem.
Niebezpiecznie zbliżała zapalonego papierosa do udrapowanej na Magdzie etaminy. Bluzka musiała zrekompensować brak balowej sukienki - studniówka i bal maturalny zostały odwołane z powodu stanu wojennego. Szkoda, Ula miała dla Magdy przechowane specjalnie na tę okazję atłasowe buciki.
Wychodzi przez wahadłowe drzwi, schodami w dół i na dziedziniec. Zawsze tu wieje, przypomina sobie, nawiewa ludzi z powrotem do budynków - kto nie ma dość sił, wraca - podobno z góry jeszcze widać plan swastyki, mimo dobudowanego skrzydła. Swastyka z przybudówką, tak projektowali i trudno byłoby rozwalić miejsca cudem niezbombardowane. Oczywiście, lepiej z nich korzystać. Prawie wszystkie szczecińskie szpitale mieszczą się w tych przedwojennych budynkach. Wiele myśli nieskoordynowanych i pozornie bez związku przelatuje przez głowę, również świadomość, że tu umierała mama Uli, chyba, takie wspomnienie musi ją teraz dręczyć. Niewiele rozmawiały na te tematy, Magda była po prostu za młoda, a po śmierci Marysi unikała poważnych wglądów w przeszłość. Inni ją w tym wspierali - należało zainwestować w przyszłość, za wszelką cenę. Podobno Ula chciała, żeby ją zawieźli tutaj, w innych szpitalach, w każdym szpitalu, umierał ktoś, kogo odwiedzała, nazbierało się tego przez lata. Lubiła chodzić do znajomych, odkąd przeszła na emeryturę, nosiło ją po nieszczęściach, odprowadzała bliskich i dalszych znajomych do reperacji i na cmentarze, większość wciąż na ten największy, przy ulicy Ku Słońcu. Nie pasowało do Uli, do jej zrównoważonej, smutnawej chęci życia, a jednak... Wybrała ten szpital, chociaż matka powinna być wspomnieniem najsilniejszym, śmierć matki powinna stanowić memento. Memento lub prostszą drogę, wyznaczoną czymś niedostępnym dla postronnych ludzi. Albo nie, kto wie, czy jeszcze mogą dręczyć ją widma przeszłości, raczej teraźniejszość, pusty dom, bolące ciało, Magda daleko, starość, choroba. Ja bym myślała o tym, dokłada sobie, z naciskiem na "Magda", dochodząc do przystanku. Nie wsiada do autobusu, mija wiatę, idzie dalej, nie wie dokąd, potrzebuje powietrza. Ma ochotę wyjąć telefon, wystukać ten numer, który pamięta, niezapisany w książce telefonicznej. Wysiłek pamiętania, na początku uzasadniony, przeszedł w nawyk. Nie robi tego, nie. Musiałaby mówić w obcym dla przechodniów języku, o obcych dla kogoś po tamtej stronie sprawach, Nie, nie teraz, z domu, wieczorem. Idzie. Czuje wyciskanie numeru na metalowej klawiaturze, słyszy własny głos, przepowiada sobie wieczorną rozmowę. Rozgrzewa się tym planem rozmowy, tym mówieniem dobrych rzeczy w słuchawkę, do siebie. Od pewnego momentu jest tak: rozmowa biegnie miękką falą zwrotną, nieważne, kto ją inicjuje. Od pewnego momentu, może do następnej granicy, gdy nie ma się ochoty mówić tak miękko, gdy powraca pragnienie przygody, walki z czymś nieznanym, znów o coś. Magda zaczyna się bać miękkości. Jeszcze nie formułuje stanowczych pytań, ale czasem rezygnuje ze słodyczy porozumienia.
- Dobrze, że jesteś.
Na szczęście zdążyła. Na szczęście w domu była ostatnia ze "starych" sąsiadek, pani Róża, równie dobrze mogło być inaczej, mogła być sama, przewrócić się w drodze do drzwi, umrzeć w niesprzątanym od tygodni, nawet od miesięcy, mieszkaniu, Magda musi spojrzeć prawdzie w twarz. Nie, mówi się "w oczy", przecież nie zapomniała. Automatyzm języka zawiódł, zawodzi teraz, Magda myśli o zamkniętych oczach pacjentek i o ich niedostępnych twarzach. Ula mogłaby już nie żyć, a tych parę dni darowanych jest przez przypadek, raczej Magdzie, żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia. Ciocia mnie chroni, myśli przez chwilę. Zawsze chroniła, irracjonalna myśl, że i teraz, odraczając własne odejście, aranżując jego przebieg, wydaje się prawdopodobna. Przyjechała, owszem, dobrze, że jest, ale za późno. Wystarczająco jak na pożegnanie, niewystarczająco na spłacenie długu. Wystarczająco, żeby raz jeszcze się przekonać, że ciocia Ula o niej pamięta, kupi w drodze do domu loda, wyjmie dobre ciasteczka, pościeli łóżko i wreszcie załatwi bilet, wypchnie ją w świat. Tylko na dworzec nikogo, od dawna, nie odprowadza. Ma prawo czegoś nie lubić, nie znosić. Powiedzieć w oczy, że ma prawo. Teraz przymknięte, gałki pod zamkniętymi powiekami wpadają raz na kwadrans w ruch.
Wsiada do autobusu na następnym przystanku, zajmuje miejsce obok starego mężczyzny. Ula narzekała na ruch w mieście, a jej wydaje się puste. W niedzielne popołudnie, kiedy przyjechała, niemal spustynniałe centrum. Z siedzenia nie widzi mijanych miejsc, szyby zasłania reklama. Nie bardzo wie, kiedy powinna wysiąść, czuje zdenerwowanie: na którym przystanku, liczy w pamięci, odtwarza topografię tej części miasta. Na nic, nie jeździła nigdy w tę stronę autobusem. Miasto zachodzi na miasto, wiele miejsc, przystanków, takich chwil niepewności - wysiąść teraz czy na następnym? Jak i kogo zapytać? Stary typ wozu, bez wyświetlacza sygnalizującego ulice. Na szczęście jest luźno, staje blisko wyjścia, mijają duże skrzyżowanie, tak, to już tutaj. Trzeba się cofnąć, wrócić do starej kamienicy, mija po drodze wypożyczalnię DVD, nawet nie zwalnia, chociaż coś w niej się lekko kurczy. Sentymenty, myśli, ale chętnie uchwyciłaby się czegoś. Może na przykład dawnej trasy dom - szkoła - ciotka, może postałaby w bramie, w której znikała, kiedy odprowadzał ją Tomek, nagła zamiana ról - był taki moment, raczej on ją odprowadzał. Patrzył z troską, niepewny, czy między piętrami nie skręci na przykład w stronę otwartego okna. Otwartego, bo ślady gazów łzawiących trzymały się chropowatych ścian bez końca, od manifestacji do manifestacji. No tak, kiedy śmierdziało, już było wiadomo, że z powrotem przyfastrygowało ją do życia. Zapach przedostał się do płuc i do samego środka, obudził ją wówczas, pomieszany z zapachem trutki i stęchlizny piwnicznej, nowy, drażniący, usprawiedliwiający napady płaczu i euforii. Wybrała życie, kiedy zacisnęli pętlę, zdławili radość, odebrali nadzieję na dobry koniec, projektując sobie jednocześnie, nieświadomie, ostateczny upadek. Podobno teraz twierdzą, niedobitki dawnych władców, że świadomie, i że nie mieli innego wyjścia. Magda przegląda w internecie polską prasę.
Jednak wchodzi bez zatrzymywania się po zdewastowanych schodach, nie patrząc na odrapane ściany, odsłaniające wszystkie warstwy, od przedwojennej farby GmbH Hempel Farben po lamperię z roku 1977. A jednak staje przy oknie, patrzy. Na pierwszym piętrze dobrze utrzymane okna, plastiki, firanki do połowy, światło w pierwszym pokoju. Ma ochotę tam być, usiąść przy biurku, za jakimś stołem, mężczyzna podszedłby do niej z kubkiem herbaty, może ktoś jeszcze, dziecko. Może rozmawialiby o przeczytanej książce, o rachunkach za prąd rosnących od lat regularnie, o planach. Zwykłość, przekreślana codziennie zwykłość. Dziecko mówiłoby "mamo", tego się bała, użycia słowa sprawiającego ból, teraz myśli, że niesłusznie. Inaczej brzmiałoby tutaj, inaczej tam, gdzie żyje, ale i tak nie chciała. Próbuje sobie wyobrazić, kto tam teraz mieszka, kto chodzi po pokojach, czy zmodernizował staroświecką łazienkę, wstawił nową wannę, wywalił tę na lwich nogach, czy może dobudował do niej stylowe schodki. Czy kłócą się wieczorami, jak za ich czasów, kiedy głos niósł daleko, odbity od podwórka, leciał z nocnym powietrzem aż do stacji Turzyn, skąd z rzadka odchodziły towarowe pociągi, dołączał do pijackiego śpiewu ludzi wychodzących z restauracji "Ryska", kołował, ulegał rozproszeniu, dzieci chowały głowy pod poduszki, aż robiło się cicho, a rano zwyczajnie, wczesne wyjścia do pracy, nikt nie był pewien, czy ta kolejna awantura po prostu nie śniła się kamienicy. Teraz głos więźnie w pokojach osłoniętych szczelnymi oknami, resztki dźwięków toną w odgłosach ulicy. Pod fast foody podjeżdżają dobre samochody starych roczników, trzeba chronić nie tylko uszy, także węch. Śmierdzą frytki i spaliny. Dziewczynka widziana w oknie czyta coś na ekranie komputera, w sąsiednim pokoju ktoś ogląda telewizję. Wchodzi wyżej, nie widzi stąd balkonu kuchni Uli, wie, że odpadają od niego kawałki tynku, ciocia o tym balkonie mówiła przy każdej okazji, temat pozwalający unikać innych. Odwraca się, zanim wyjmie z torebki klucze, podwórko zastawione samochodami, zniknęły gdzieś drzewa, oficyna kamienicy zamykającej tak niegdyś znany czworokąt - plac broni, plac zabaw, poletko dorastania - prawie zupełnie ciemna, na drugim piętrze przez deski w oknach prześwituje światło, chyba ktoś tam na dziko zamieszkał. Śmietniki wyglądają na nigdy nieopróżniane, czuje drganie ścian, przez wewnętrzną bramę przejechał cięższy samochód. Prawie nic dzisiaj nie jadła, ma dreszcze, nie była przygotowana na ten widok z klatki schodowej, na tę nędzę śródmieścia. W jej dawnym mieszkaniu na Kreuzbergu balkon wychodził na podwórko ze starymi drzewami, piaskownicą, trawnikiem i myślała zawsze, że to całkiem jak w domu, jak w Szczecinie. Siadywała na niewielkim balkonie, wdychając zapach lip, zapach bzów, zapach maciejki, zapach piwonii, zapach kawy. Brakowało krzyków z okien, wołania dzieci, wołania sąsiadek na kawę marki "Kawa", mieloną w topornych ruskich młynkach, zalewaną wrzątkiem w pękających często szklankach. Kto wie, czego jeszcze brakowało, nigdzie tego nie było tyle, tylko w opowieściach o przeszłości. Kreuzberg pachniał jak cała przeszłość wszystkich ludzi zamknięta w jednym podwórku, w jednym flakonie, udoskonalonym przez skrupulatnych rzemieślników dla wygody i dobrego samopoczucia, a jednak jakiejś nuty nie mogła poczuć, nawet robiąc kawę zalewajkę i zapraszając gości z Polski. Pojechała dalej, jednak znów dalej i dalej, autostrada nie zbliżała do Polski, nie było na to rady. Chyba że nie znalazłaby swojego miejsca, nie miała dobrego zawodu, pracy, znajomych, kochanków, wreszcie domu pod Amsterdamem. Udawanie bycia właściwie w domu, wówczas, było zbyt trudne. Sto sześćdziesiąt kilometrów niemożliwego. Trzysta kilometrów niemożliwego, tysiąc kilometrów, dziesięć tysięcy. Odległości nie mierzy czasem dojazdu, raczej zanikaniem drobnych spraw, przypadkowych węzełków, niezbędnych czynności. Kupowanie chleba i picie wina odbywa się ostatecznie tam, poza Szczecinem. Tu wpada rzadko, szuka połączeń, sklepów, słów. Teraz ma dreszcze, więc wyciąga klucze, przez chwilę się waha, delikatnie umieszcza metal w metalu, przekręca. Nie, zła kolejność. Najpierw patentowe zamki. Działa. Popycha drzwi i od razu uderza ją zapach niewynoszonych śmieci, nieświeżego chleba, perfum, odświeżacza powietrza, czegoś nieokreślonego i już nieznanego, wcale nie taki zapach, jaki mogłaby chcieć pamiętać. Tego nie utrwalił i nie przetworzył nikt nigdy dla nikogo. Pamięć zapachów zniekształcają sentymenty. Nikt nie tęskni do smrodu, rozpadu, gnicia.
W mieszkaniu niewiele się zmieniło, zauważa, nie ciesząc się z tego. Powinny były nastąpić zmiany, zużyte meble powinny ustąpić nowym, sama nie wie, czego się spodziewa. Przynajmniej znany, ten sam niezapomniany rozkład. Otwiera okno w większym pokoju, tym Uli, natychmiast robi się nie do zniesienia głośno. Faktycznie, od lat każdą rozmowę zaczynała tak samo: "Poczekaj, dziecko, domknę okno", tak, teraz rozumie. Plac Kościuszki zamieniony w piekło, nie da się tu żyć, zostali starzy albo tacy na trochę, nikt przy zdrowych zmysłach nic tu od dawna nie kupuje. Już nie myśli, że jest pusto. Mieszkanie w epicentrum miasta. W epicentrum opuszczonego miasta, myśli Magda, skąd taki hałas, podobno nikogo tu już nie ma, a hałas pozostał, przez centrum przejeżdżają tiry. Siada w fotelu i zamyka oczy. Odsuwa myśl, co by było, gdyby nie uległa namowom Uli, gdyby w dzieciństwie nie uczyła się w tym pokoju niemieckiego, gdyby, gdyby. Gdyby tu, w tym mieszkaniu, napisała pracę magisterską i odkryła pewną rzecz na własny temat, niepokojącą tam, gdzie była, trudną do wyobrażenia dwadzieścia lat wcześniej w Szczecinie.
Z półsnu wyrywa ją dźwięk telefonu, czerwony aparat z dużymi cyframi umieszczonymi na guzikach zanosi się od ostrego dzwonka, Ula wszystko ma podkręcone na ful, myślała, że na starość nogi jej nie dopiszą, a tu słuch i wzrok wysiadły, chodzić może, gdyby miała dokąd. Pewnie w snach przebiega aleję Piastów, spaceruje do parku Kasprowicza, zawsze przodem, popędzając każdego, kogo zabiera z sobą, zawsze z planem na resztę dnia.
- Jesteś - słyszy i nie od razu poznaje - jesteś tam, Magda? Tu Tomek. Wróciłaś? - Przez chwilę myśli, że pyta ją jak przed laty, kiedy kłócili się o ten powrót do Szczecina. Zawsze rzucała słuchawką, coraz mniej rozumiał. Mówił jakimś szyfrem o możliwościach, a kiedy proponowała mu odwiedziny, ucinał: "Przy okazji, na pewno. Teraz nie mam czasu na wakacje". Telefonowała ona, wściekła, że za jej pieniądze prawi kazania, marudzi. Przestali regularnie rozmawiać, chociaż teraz można by nawiązywać kontakt tak bezproblemowo, nie dołączyła go do listy codziennych czatów, kilka razy w roku odbywali rytualną, nie wiadomo dlaczego jednak telefoniczną rozmowę i dlaczego takie nazywa się "rytualne". Od ostatniego spotkania chyba nie rozmawiali wcale. Nie mieścił mu się w głowie jej styl życia, tak nazwał ich dom: ten twój styl życia. Ale rozpoznaje go od razu i widzi chłopca, chociaż wie, że rozmawia z mężczyzną. Nie odpowiada, nie na to pytanie. Zaczyna płakać, niespodziewanie dla siebie samej. I on wie, co zrobić. Nic więcej nie mówi poza: - Będę tam zaraz, Magdusiu. - Niby nie wypadało zdrabniać, ale używał tej formy od dzieciństwa, kiedy był doskonałym imitatorem głosów mamy i cioć. Mówił do Magdy tak jak jej mama, nawet przy ludziach, przy koleżankach i kolegach. W liceum to "Magdusia" funkcjonowało jako ksywa, chociaż niektórzy mówili do niej Meg, wchodziła moda na zagranicę. Jakie oglądali seriale?
Odkąd przekroczył czterdziestkę i nikt go nie kontroluje, nie wygłasza tyrad, odkąd sam, w zastępstwie, nie powtarza sobie życiowych kazań, jeszcze bardziej dba o każdy szczegół. Dorasta do niewypowiadanych wymagań. Poprawia włosy, sprawdza garderobę, ogląda buty. Nawet spiesząc się, teraz, musi być z siebie zadowolony, żeby inni byli zadowoleni, zwłaszcza żeby ona, Sylwia, dostała potwierdzenie własnej wartości. Miewał od najmłodszych lat pokusę unieważnienia głosu matki dochodzącego zza kadru każdej sytuacji, jej "nie garbimy się przy stole", dołączenia do abnegackiego konserwatyzmu ojca, noszącego latami te same koszule, te same spodnie garniturowe, te same kapcie. Odrzucał tę pokusę, wychodził poza krąg rodzicielskich głosów, był na swojej drodze.
Schodzi do garażu, wsiada do nieco zbyt wypasionego audi, parę gadżetów i parę koni ma za dużo, co zrobić, za to komfort, a za komfort trzeba zapłacić, choćby niemiłą mu ostentacją. Z przyjemnością, sprawnie wyjeżdża, zamknąwszy za sobą bramę pilotem, nie zapomina zapiąć pasów, włączyć radia, pomachać kioskarce, sprawnie włącza się do ruchu, wyprzedza, chociaż nie ma takiej potrzeby, a wszystko to, gdy do gardła podchodzi mu niechęć i rozpacz. Tak, jedzie jej pomóc, jak zawsze. Tak jak kiedyś pomagali sobie nawzajem. Chociaż teraz ona ma jakieś nieznane mu życie, oddzielone czymś więcej niż płynne w końcu granice państw i języków. Inne życie Magdy, ostatni przyczółek przeszłości, wyciekający wraz z życiem ciotki Uli. Wspomnienia podwieczorków przy starym stole w pokoju pachnącym kobietami, wrażenia z wizyty w miasteczku pod Amsterdamem. Wolałby nie żegnać Uli, wolałby nie mieć przyjaciółki, której życie nie przypomina niczego znanego. Wolałby nie czuć, że musi, że powinien, że nie zrezygnuje, że chce wbrew temu, co by wolał. Więc jedzie słuchać, co ma mu do powiedzenia o zamieraniu i stratach.
W nocy ma straszny sen o matce. Tak straszny, że próbuje się wybudzić, siada na tapczanie, sięga do stolika nocnego po szklankę z wodą. Woda jest zimna, powinna studzić nocną marę, zamiast tego sprawia ból w przełyku. Usypia i znów tamto wraca, więc ponownie, tym razem zapala światło, chce się uchwycić realnego. Kaloryfery buzują mimo wczesnej pory roku - nie ma czegoś nazywanego sezonem grzewczym? - przez otwarte okno wdziera się nieznośny hałas. Próbuje przekręcić gałkę, zauważa, w półśnie, że grzejniki są nowe, zniknęły te fantazyjne, poniemieckie, z dzieciństwa. Kiedy był remont? Nie rozmawiały o tym? Prawie niemożliwe, Ula zdawała regularny raport z życia codziennego, z planów kamienicznej wspólnoty, dodając na wszelki wypadek, że nie chodzi o pieniądze. Nie lubiła "datków" Magdusi, wolała czasy, gdy "dziecko" potrzebowało wsparcia. Czyli nie pamięta lub nie słuchała. Usypia od razu i ona też od razu wraca, chyba po prostu na nią w środku snu czekała. Więc siedzą w dużym pokoju przy stole z kolorową serwetą, bardzo kolorową, z cyklu ogrody świata, chyba kwiaty i owoce. Czekają na kogoś, ona, ciotka Anna, Tomek, jacyś ludzie. I najpierw wchodzi nieżyjący przecież od dawna dziadek, nie wywołując niczyjego zdziwienia. Ma na sobie koszulę z krótkimi rękawami, mówił "rubaszka", włożoną na podkoszulek z długimi - pamięta, zdarzało mu się tak paradować po wsi. Myśli: no tak, nie widziałam go w trumnie. Żadnych czarnych garniturów, gromnic, modlitwy. Logika możliwa tylko po wódce, tabletkach albo we śnie. Więc się dość spokojnie wita, czuje, że najważniejsze nastąpi. Faktycznie: dzwonek u drzwi i wchodzi matka w towarzystwie ojca. Ojciec uradowany, ale i zakłopotany, mówi do niej na boku: "Nie wiem, co robić, ma całą czaszkę w strupach, wyrwane włosy, połamane zęby, jak mam z nią żyć?". Magda mu nie odpowiada, nawet trochę współczuje, bo sama nie wie, co robić, przytula matkę, myśląc, że jest trupem, lepiej byłoby, gdyby była, bo jeśli spędziła tyle czasu na melinach i teraz wraca, co może zrobić dla niej córka, ile tego wybaczania? Udawania niewiedzy? Odganiania obrazów? Czuje coś znajomego w ramionach, dotyk matki z czasów, gdy była atrakcyjną trzydziestolatką przyciągającą na ulicy spojrzenia, niezapomniana słodycz. I wtedy pierwszy raz pije wodę, zmienia pozycję. A ona cierpliwie tam czeka, opowiada o trudnościach z powrotem do świata, o tym, że właściwie już należy się jej renta, ale urzędniczka w ZUS-ie rozkłada ręce, każe czekać. Więc wszystko spadnie na ojca, myśli Magda, posmak satysfakcji. Jednak dostanie za swoje. Za znikanie w najważniejszych momentach. Noszenie skórzanej teczki. Przynoszenie zakazanych informacji. Handlowanie wiedzą o losie. Chociaż nie jest na niego zła. Ojciec w garniturze, z teczką, chyba zaraz pójdzie do biura, nawet w taki odświętny dzień jak dzisiaj ma swoje zadania, parszywe życie ważnych ludzi, na wszystkich fotografiach wygląda tak - ważny od momentu przyjęcia pierwszej miejskiej posady. Potem Magda rozmawia z jakimś dzieckiem, siedzącym w drugim pokoju. We śnie przypomina sobie, że pokoje miały tu swoje numery: mówiło się "w pierwszym pokoju", "w drugim pokoju", chyba dlatego, że niektóre były przejściowe, a potem ten zwrot wszedł w nawyk. Nie było innych nazw na pokoje. Dość długo rozwija wątek lingwistyczny, żeby utrzymać matkę na dystans. Wyjmuje skądś książki i zeszyty, odrabia łatwe zadania domowe, ignoruje matkę. Ta zwraca się tylko do niej: "Idź, zobacz, co z dzieckiem", więc idzie. Dziecko nieokreślone, małe, karłowate i nieładne, mówi do niej: "Guten Tag". "O, dobrze, kiedy mamusia z tatusiem przyjdą, przywitasz się, bo po polsku nie mówią". Dziecko wybiega z pokoju na dźwięk dzwonka, krzyczy do kogoś: "Guten Tag, Guten Tag", akcji nie widać. Magda przedostaje się - znów szklanka z wodą - przez półpłynną masę do pokoju ze stołem, teraz wie, że pierwszego, gdzie wszyscy siedzą, jak ich zostawiła, i gawędzą o problemach powrotu z zaświatów. Matka pokazuje im jakieś zaświadczenia, nieczytelne wpisy w tabelkach, narzeka. Tabelki stamtąd czy stąd? Dalej ciągną wątek urzędów, ojciec akurat w tej sprawie milczy, za to ona narzeka bardzo, zawsze miała kłopoty z załatwieniem najprostszej urzędowej sprawy. Wyolbrzymiała w relacjach kolejkę, arogancję pań w okienku, liczbę wypełnianych kwitów, stracone godziny.
Magda czuje, że powinna zaoferować pomoc. Bo że też ojciec milczy, wystarczyłby jeden telefon, w razie czego zawsze interweniował, wyciągał ludzi, załatwiał, ostrzegał. Coś takiego mówiła pani Róża: "Tatuś jaki był, taki był, swoim pomagał". Magda rozgląda się za Ulą, powinna gdzieś w tym mieszkaniu być ciotka Ula. Otwiera okno, strasznie duszno. Matka cały czas mówi, i już rozumie, że wróciła do ich życia, będą znów jej pilnować na zmianę z ojcem, chować żyletki, zabierać na spacery, puszczać ulubione płyty na adapterze, prosić, żeby włożyła nową, kupioną okazyjnie bluzkę. Czas wypełniony matką, strachem o nią i wstydem. W zamian nie będą musieli za wiele myśleć o sobie, skreślą z planu dnia parę zbędnych pozycji i może ojciec wróci do domu, zaniecha bezsensownych poszukiwań szczęścia i wróci.
A rano na odwrót, nie chce wyjść z tego snu, bez sensu: chowa głowę pod kołdrę, żeby się dośniło. Próbuje nie wypuszczać matki z pokoju, przytrzymać ją w tym stanie podleczenia, chociaż cały czas myśli o tej ohydzie, w której musiała być, zanim do nich przyszła, wywołuje to lekkie obrzydzenie, ciężar, oddycha ciężko. I nieoczekiwaną, pokrętną radość, prawie szczęście. Kiedy nie może dłużej udawać snu, kładzie się na plecach, patrzy w sufit, nadal czuje jej obecność. Może w drugim pokoju? Gdyby tam wejść jeszcze we śnie, ciągnąć ten sen za uszy, przymierzać do kolejnych wnętrz, przedmiotów, zdań, strzępków pamięci. Znaleźć coś, czego się zawsze szuka. No tak, Marysia tu mieszkała. Czas nie zatarł jej obecności, w domu jest dużo kurzu, Ula nie ma siły sprzątać, nigdy nie była pedantką. W tym kurzu mieszka przeszłość, a właściwie kurz wywołuje duszność, sprowadzającą męczące sny, myśli Magda, racjonalizuje tę dosłowność śnienia, wrażenie, że widziała Marysię i Janka w kinie, skazanych na siebie, wiernych małżeńskiej obietnicy. Dochodzi do siebie dopiero po kawie i prysznicu, chociaż nie chce wcale wypłukiwać osadu nocy. Wolałaby nawet tam zostać niż jechać do szpitala. I posprzątać, kupi po drodze środki czystości i rękawice, postanawia, Ula na pewno ma jakieś, niektóre kupowane w "Biedronce", tanie i reklamowane, mogą uczulać. Lepiej pójść po nowe. Tak, jakaś myśl przewodnia na dzisiaj. Zakupy, szpital, sprzątanie, Tomek.
Wczoraj był u niej, przyjechał prawie natychmiast. Zapomniała już, że to małe miasto, kiedyś mawiała jak inni mieszkańcy: jedno z najbardziej rozległych w Polsce. Jednak od telefonu do dzwonka u drzwi mija pół godziny, a po drodze można kupić kwiaty albo butelkę wina. Nie do pomyślenia w tych innych miastach, gdzie mieszkała przez ostatnie lata, zanim wybrała do życia małe miasteczko, zachowując w pewnym sensie skalę metropolii - jechała do pracy prawie godzinę. Otworzyła mu, chociaż mógł to być ktoś inny, na przykład sąsiadka, w tej kamienicy niegdyś bezustannie ktoś zachodził do kogoś, zwłaszcza gdy było o co pytać, o chorobę na przykład. Choroby stanowią cenną podporę konwersacji, pomagają utrzymywać rodzinne i sąsiedzkie stosunki. Musiałby mieć kto przyjść, zaraz trzeba będzie zajść do pani Róży, bo tylko ona została z całego tego towarzystwa zajmującego parter, trzy piętra, a potem nawet przebudowane strychy, z tych rozgałęzionych rodzin, pierwotnie zakwaterowanych we wspólnych mieszkaniach. Nie ma nikogo. Pani Róża została sama obok pani Urszuli, właściwie nad nią. Nasłuchują nawzajem swoich ruchów, dźwięków codziennego życia w sąsiedzkich mieszkaniach. Wnuk Róży wybudował się na Mierzynie, powiedziała z dumą, ale ona tam nie zamieszka, za daleko do przychodni i zawsze zimno, nie to co u nas. "Wnuk?", dziwi się Magda. Najpierw przekonana, że mówią o synu. Nie, wnuk, syn z synową od dawna na Bukowym, tam im dobrze, wnuk był meldowany u pani Róży, tak się robi. W każdym z tych mieszkań, w tych ciupkach na Pomorzanach, w slumsach Prawobrzeża, w Śródmieściu wrzało w latach dziewięćdziesiątych utajone życie, utajona krew w organizmie miasta. Każdy meldował potomków, choćby marnotrawnych, żeby - "jak by co" - nie płacić podatku, a jeśli mieszkanie komunalne, żeby nie przepadło. Magda próbuje zrozumieć, pamięta z lat osiemdziesiątych jakieś takie sprawy, ale przecież, o ile nie straciła orientacji, prawo spadkowe w Polsce wygląda teraz tak, że meldunek nie ma żadnego znaczenia. Kto wie? Pani Róża jest przekonana o znaczeniu zapisu urzędowego, każdy emeryt w Polsce lepiej się czuje, mając wrażenie dawania czegoś. Co czasem bywa niebezpieczne, czyta się o strasznych przypadkach w tych darmowych gazetach rozdawanych przez młodych ludzi i kobiety w średnim wieku także tu, na rogu, na placu, na skrzyżowaniu. Uwierzyć młodym to narazić na ryzyko. Każdy ma dobre wnuki, a jednak zdarzają się potwory. Meldowane potwory, rzekomo śpiące na wybrzuszonych kanapotapczanach, zwykle są przy rodzicach, którzy dzięki meldunkowi u babć nie płacą za windę i wodę. Bilans jakoś się zgadza, ogólne zużycie wszystkiego w mieście, liczba mieszkańców (dopóki nie zaczną siedzieć na bezrobociu, pracując za granicą na czarno), bilans miłości rodzinnej, powinności, zapisów. Ludzie sami dokonują redystrybucji tych wszystkich wartości, łatając biedę niepłaconymi drobnymi kwotami i robiąc zakupy w jakiejś miejscowej odmianie "Biedronki" lub "Tesco". No, potem na wszystko zakładają liczniki, chociaż u Uli poza licznikiem prądu innych nie widać, nielegalny mieszkaniec mógłby do woli lać wodę i wypalać gaz w kuchni. Magda miałaby ochotę opowiedzieć: "A u nas jest inaczej", bo zna jakieś inne historie, na pozór bardziej cywilizowane, tylko że przecież co znaczy "u nas"? Domy spokojnej starości, odwiedziny w weekendy, skandale wybuchające, gdy dziadek żeni się z pielęgniarką, historie jak z brazylijskich seriali, więc "u nas" oznacza na przykład popołudnie przed telewizorem. W lepszej wersji - domy emeryckich stadeł na Majorce i powroty do siebie tylko na dwa - trzy cieplejsze miesiące. Póki żyją oboje. Nigdzie nie jest dobrze, starość wynalazł ktoś, kto nie kochał ludzi.
Wnuk. Już są młodsi, następne pokolenie, część pokolenia, wychowują swoje dzieci w nowych, prawie luksusowych osiedlach. Pani Róża na pewno przyjdzie, Magda wolałaby ją ubiec, zajrzeć do niej. Zawsze łatwiej wyjść z cudzego mieszkania niż zakończyć rozmowę we własnym. Nie mam siły, pomyślała wczoraj, przekręcając zamek. W drzwiach stał Tomek.
Uderza ją jego wzrost, bo przecież nie powinien być o tyle od niej wyższy. Zawsze ją uderza. Wzrost, elegancja, siwizna na skroniach, teraz także męski zapach. Kiedy zdejmuje płaszcz, gatunek koszuli, gatunek każdej rzeczy z osobna nie pozostaje obojętny, tworzy warstewkę obcości. Takich mężczyzn mija na ulicach setki, pracuje z takimi, odbywa konferencje i lunche, nie znając prawie żadnego. Z takimi mężczyznami dzieli świat, bez przekraczania bariery oficjalnego kontaktu. Jeśli jej Tomek tu wygląda jak obcy tam... Kim jest ona sama? Przytula ją, niezręcznie, stracili stare dopasowanie. I patrzy na nią z troską, przełamując potrzebę oceny.
Na pierwszy rzut oka Magda wygląda jak zawsze, ma ten sznyt samodzielnych kobiet, uniezależnionych od taksujących spojrzeń. Nabyła tego mimowolnie, nawet nie nazywając stylem. Młoda sylwetka, szczupła twarz, od lat taka sama fryzura, naturalny kolor włosów, nie, jednak farba, ale naturalna, wygodne ubranie. Wokół oczu zmarszczki, coś w twarzy przechyla się na drugą stronę, momentami pokazuje stan, ku któremu dąży, Tomek zna takie opisy z literatury, tak piszą o kobietach mężczyźni. Jest starsza niż ciotka Marysia w chwili śmierci, trudno więc powiedzieć, czy ten stan to podobieństwo rodzinne, ale może tak. Jakaś domieszka surowej urody z rzeźbą wyraźnych zmarszczek, od razu głębokich, nieudawanych, poważnych. Bez ostrzeżenia, młodość odchodzi, nie ostrzegając. Z bliska to widać, z odległości paru kroków Magda jest bliźniaczką dawnej Magdy. I kiedy niweluje odległość, kiedy bierze ją w ramiona, jest także krucha i silna, ma wyczuwalne pod ubraniem mięśnie, które można łatwo zredukować do miękkości. Jakby pod mięśniami nie miała kości; zamiast tego grube warstwy gładkiej skóry. O wiele więcej miękkości, niż miewają inni ludzie. Czuje bicie jej serca, jej serce.
- Trzymasz się, kochanie? - pyta.
Więc ona się natychmiast znów spina, siada w fotelu Uli, zostawiwszy mu miejsce naprzeciwko, na kanapie. Niewygodne, oparcie odchylone do tyłu, dlatego stara się nie opierać, pozostaje w wyczekującej pozie jak petent uzależniony od czyjejś decyzji. Ha, tak, jak petent. Pozostawione pod jej opieką dziecko udające dorosłego i przynoszące ostrożnie szklankę herbaty.
- Jest nieprzytomna, nie wiadomo, czy się obudzi. Chciałabym...
- Co byś chciała? - Usiłuje jej pomóc. Za szybko, za skwapliwie, za usłużnie. Dopowiada od razu, bierze za rękę, udaje niepamiętliwego, dawnego Tomka. Wiernego Tomasza. Brata w nieszczęściu, rozumnego nastolatka, psa Szarika, ministranta, pierwszego kochanka, kumpla.
- Mogę zostać, jak długo będzie trzeba. - Magda mówi to nadspodziewanie twardo. - Zająć się wszystkim. Jej rodzina zdaje się niezainteresowana. Przynajmniej do czasu.
Przypomina sobie spotkanie w Berlinie z jej stryjecznym wnukiem, bo tak to się chyba nazywa. Wyluzowany właściciel niewielkiego antykwariatu, sympatyczny, pasujący do miasta, elokwentny, ubrany na czarno, dałaby głowę, że zwolennik Zielonych.
- Posyłamy cioci drobną kwotę co miesiąc - powiedział. - Mama lubiła robić paczki, ale odkąd nie żyje, ja przecież wiem, że u nich produkty nie są problemem, od dawna nie są problemem. Mama w Kolonii mogła tego dokładnie nie wiedzieć, ja czasem bywam w Polsce. Myślę, że lepsze sto euro niż jakieś zupki czy kawa.
Zamówił kawę bezkofeinową. Rozsądne. Rozmawiali potem o sztuce, był na bieżąco w sprawie wszystkich berlińskich i europejskich, no, z tej starej Europy, wystaw. W mieszkaniu Uli pełno wszędzie przeterminowanych produktów z paczek, muszą mieć co najmniej osiem lat, bodaj od tylu szwagierka nie żyje. Chyba powodziło im się dobrze, tej odnodze rodziny, a po paczkach tego nie widać. Liczyli się z pieniędzmi, tak mawiała Ula. Była w tym aprobata, z pieniędzmi inni ludzie powinni się liczyć, ona sama wydawała za to wszystko co do grosza, w tym była skrupulatna. Żadnego odkładania na potem, na starość. Starość? Niewielu krewnym udawało się osiągnąć poważny wiek, być może to kwestia genów wzmocnionych historią. Ula miała tendencję do takich filozoficznych uwag, nauczyła się tego od Stefana. Cytowała go bezwiednie.
- Ale ciocia nie chciała tu przyjechać - poinformował ją rzeczowo ten berliński niby-kuzyn. - Tak, Magda wie, gdyby chciała, ona dawno by jej to zorganizowała. Była pierwsza w tej kolejce, chociaż niespokrewniona, ale kuzynka dla berlińczyka, nic nie szkodzi nazwać kogoś "cousin", sympatycznie i niezobowiązująco. - Dobrze mówisz po niemiecku - skłamał, wiedziała, że lekcje z dzieciństwa jakoś nie pomogły, akurat niemiecki znała tak sobie i nie nauczyła się lepiej, mieszkając na Kreuzbergu, nigdy przedtem ani nigdy potem, schroniwszy się w bezpieczniejszej angielszczyźnie. Trudno wyobrazić sobie pokrewieństwo Uli z tym niemieckim Europejczykiem sprzedającym używane książki. Uczciwie będzie powiedzieć, że rodzina nie z tych, po których należy się spodziewać zainteresowania w razie podziału spadku. Po prostu nie czuli więzi z dziwaczną krewną mieszkającą w polskim niemieckim mieście, chociaż jej przysposobioną lokatorkę nazywali kuzynką, piękną kuzynką ze Szcz... Szcz... Stettina, poprawność polityczna nakazywała spróbować. I bardzo rozsądnie zasilali ją, prócz wysyłki sentymentalnych kartek, niewielką kwotą na leki. Może ten stryjeczny-ktoś-tam nawet by i tu przyjechał, na wyraźne wezwanie, jest teraz najbliższym dostępnym krewnym. Magda wie, że powinna go zawiadomić, ale czy miałby zatrzymać się tutaj i może razem z nią czekać? W hotelu? Przychodzić do szpitala? Robić zakupy? Odwiedzić notariusza? Wybrać ubranie z szafy pachnącej Ulą? Zabrać pamiątki? Odpowiedzieć na parę dodatkowych pytań? Jakich? Czyich? Po co?
Sama siebie gani za tę uwagę o rodzinie. Koniec końców to porządni ludzie, kiedyś jej pomogli. Są jednak odlegli jak echo, właśnie. Dzieci z drugiego małżeństwa ojca, tego odnalezionego nagle żołnierza Wehrmachtu, czyli właściwie młodsze przyrodnie rodzeństwo, też gdzieś żyją. Nie, z nimi nie miały kontaktów, sporadycznie, kiedy odwiedzała Berlin dawno temu, w końcu to jakieś życie po życiu ojca, w pewnym sensie nieprzyzwoite w nadspodziewanej żywotności. Ojciec w łóżku z obcą kobietą, ojciec walczący o własne życie tym nowym, witalnym związkiem, wymazujący z pamięci pierwszą żonę, pierwsze dzieci. Nieudane, bo zakażone ciemnością. Inni, potomkowie brata, też zagubionego, daleko, jeszcze przed upadkiem muru w komplecie wyemigrowali, przekroczyli żelazną kurtynę, chociaż wydawali się bardzo, bardzo enerdowscy. Został ten boczny pęd, ci stryjeczni-coś-tam, Ula dokładnie nie mówiła, kto był kim, niemożliwe, że nie wiedziała, bo adresy na małych karteczkach wypisała Magdzie bezbłędnie, planując dla niej to tournee po lepszym świecie, którego początkowo tak się bała. Adresy adresami, trudno odtwarzać związki rodzinne bez fotografii, opowiadań, imieninowych wizyt. W każdym razie w pierwszych latach po wyjeździe nadspodziewanie wiele drzwi w Berlinie i potem w innych miejscach, w Londynie i Amsterdamie, a nawet podczas tego dziwnego, zamazanego roku w Nowym Jorku, otwarto przed Magdą na hasło "ciotka Ula" i na karteczkę z odręcznym pismem Ulrike. Trudno powiedzieć, może ktoś poza berlińskim antykwariuszem miałby ochotę być tu dzisiaj?
- No to się zawiadomi - mówi głośno, bezwiednie powtarzając po własnych myślach. Tomek kiwa głową i zajmuje stołek obok fotela, żeby trzymać ją za rękę. Łapie się na tym, że to, co czuje, jest strasznie silne, pierwszy raz od lat ogarniają go emocje niebędące wściekłością po czymś nieudanym ani podnieceniem seksualnym, kiedy sobie na nie zezwala, emocje niestłumione samokontrolą. Czymś porównywalnym tylko z chwilami, gdy bierze za rękę własnego syna lub gdy pozwala sobie zobaczyć Sylwię bez przykrywającej ją zazwyczaj warstewki dystansu.
Potem wychodzi na chwilę, żeby przynieść jej coś ze sklepu, na kolację i śniadanie. Jedzą razem bułkę z wędzonym łososiem, rozmawiając o rzeczach obojętnych, chcą odroczyć wiszącą nad nimi konieczność tak zwanej poważnej rozmowy. Dawniej zjedliby świeży chleb z żółtym serem i pomidorami; pokroiłaby ona, chłopcu zostawiając obowiązek zaniesienia talerza do pokoju. Nasypałaby mu do szklanki herbaty z fusami trzy czubate łyżeczki cukru, a on by po kolacji odniósł naczynia do zlewu. Wszystko to, każda czynność, byłoby oczywiste.
Pokłócili się w Bussum po dniu pełnym atrakcji spędzonym w Amsterdamie. Znał miasto, niczego nie musiała mu pokazywać. Mogłoby być odwrotnie - sama nie miała czasu na muzea, była chwilowo stąd, zawsze mogła poświęcić poranek na kontemplowanie jakiegoś wybranego obrazu w którejś dobrze zorganizowanej instytucji dla turystów. Pomagała mu robić zakupy, a po południu trafili na zaimprowizowany na kanale koncert orkiestry kameralnej. Banalny, grali Mahlera i Vivaldiego, ale głos niósł się miło, łagodnie nad wodą, siedzieli, patrząc przed siebie, pili kawę, coś zjedli, spacerowali, brali do ręki stare przedmioty wystawione przed niewielkimi sklepikami, pomieszane rupiecie i cymelia. Opowiadał o żonie, niedawno poślubionej, pracującej na tym samym uniwersytecie, na którym Magda, wówczas jeszcze było to WSP, niedługo postudiowała, o swojej pracy, o powodach odrzucenia kariery naukowej, wejściu w biznes i politykę, a potem już tylko w biznes, kiedy uznał, że nie pasuje do żadnej konfiguracji i nie wie, ku czemu się zwrócić. Rozumiała go, w polityce był zawsze, jeszcze w salce katechetycznej, poza tym bycie politykiem to dobry zawód, jeśli wyuczony na studiach. Ich, jego droga, zakładała duży komponent bezinteresownego idealizmu, prawdziwej służby - nieważne, że opartej na poszukiwaniu indywidualnej drogi, w pewnym sensie służby z egoizmu. Nie dla pieniędzy, nie dla władzy. Miewali, on miewał, poczucie spełnienia, kiedy w kółku przyjaciół rozmawiali o Polsce. Kalkulacje, spekulacje i układy go nudziły, szczerze mówiąc. Odszedł, nie kandydował mimo namów do samorządu, nie działał w kolejnej partii po liftingu, przekonany, że gdzie indziej lepiej spełni powinność.
- Tak się buduje Polskę - mówił bardzo serio. Nie napomknęła nawet, że świat przestaje wierzyć w liberalne abecadło. Znała go, potrzebował jasnych wytycznych i ideałów.
Cieszyła się, że założył rodzinę, rodzice nie żyli od dawna, matka zmarła zupełnie niespodziewanie, trafiła z zapaleniem płuc do szpitala i dosłownie zgasła w oczach. Płuca słabe, dużo wcześniej przebytych chorób, słaba konstrukcja. Przed nią ojciec, rak trzustki, też szybko i dość niespodziewanie. Wyssany od środka zobojętnieniem, smutkiem, nieopowiedzianą nikomu przeszłością. Tomek przeszedł przez te śmierci sam, nie szukał wsparcia. Magda stała z nim na korytarzu szpitalnym, nad grobami, czuła swoją zbędność. Kobieta na zdjęciu była bardzo ładna, niepokojąco zimną urodą, co niekoniecznie zawsze odpowiada prawdziwemu charakterowi. Pasowała do dobrych gatunkowo ubrań Tomka, pomyślała Magda, odganiając szybko tę złośliwość. Więc po takim miłym, może więcej niż miłym dniu (powstrzymywała się od mówienia o sobie) on zareagował jak diabeł na święconą wodę, zobaczywszy jej życie. Nie, jak świętoszek przyprowadzony do dzielnicy czerwonych latarni pod eskortą parafialnego księdza.
W pokoju Uli trzymał ją za rękę, żeby wymazać dezercję spod Amsterdamu. A poza tym tylko zdawkowe życzenia urodzinowe, świeckie - świąteczne można czytać niczym religijną aluzję. Postanowił nie wydobywać jej z grzechu, może uznał, że grzeszenie nie jest śmiertelne: był przez pewien czas prowincjonalnym politykiem. Niejedno widział i wiedział, że nie zabija. Poza tym był chłopcem, którego odprowadzała na zajęcia pozaszkolne, i chłopakiem, który opowiedział jej, że miasto ożywa w tamtej epoce depresji, kiedy Marysia odebrała sobie życie. Uratował ją, uratowali ją razem z miastem. On, miasto i Ula byli odpowiedzialni za podjęty wówczas wysiłek życia. Miasto płaczące w maju gazami łzawiącymi, ledwo zakwitły kasztany. Miasto mające w sobie euforyczną radość, biegnące zygzakiem przez most Długi pod jedną stocznię, zakosami Nadodrza pod drugą i jeszcze po Jasnych Błoniach, wędrówki między sklepami, żeby kupić jakieś mięso na kotlety dla strajkujących. Z uratowanych, nie licząc dezerterów, zostało ich troje: Tomek, Magda, umierająca Urszula. Czy ktoś jeszcze, nie wiedzieli. Wielu zdradziło, inni przywłaszczyli sobie sztandary. Dawni wrogowie byli niejednoznaczni. Przyjaciele, przeszedłszy przez spółki joint venture, rady nadzorcze, emigrację, uczelnie i media, dobrnęli gdzieś tam, gdzie ich już nie było. Każdy pędził po swoim torze w tym niegdyś wyczekiwanym, a tak w końcu nudnym wyścigu.
Drugi sen w mieszkaniu Uli należał do często męczącej Magdę serii szpitalnej, chociaż z nowymi elementami. Chciała koniecznie coś zrobić kobiecie, która flirtowała z Arkiem. Kobieta czyniła mu awanse, zbliżała się niebezpiecznie, a on, typowe dla tego gatunku mężczyzn, ulegał. Wszystko w scenerii początkowo niedookreślonej, w wielkim gmaszysku, zabałaganionym i pełnym ludzi, jakby w muzeum lub na przykład operze podczas jakiejś klęski żywiołowej albo wojny. Ludzie chodzili bez celu, przysiadali, skupiali się wokół grupek foteli. Część była ubrana odświętnie, wieczorowo. W drugiej części snu to wyglądało bardziej jak wielkie sanatorium, jedno z tych zbudowanych w międzywojniu, może nawet wcześniej, w jakimś Zakopanem, Krynicy Górskiej, Pieszczanach... O właśnie, coś austro-węgierskiego w monumentalizmie i eklektycznym stylu. Kobieta, której się żaliła na wiarołomstwo Arka (jakaś przyjaciółka? niewyraźne rysy, przesłona), podpowiedziała jej, co powinna zrobić. "Idź do niej, poskarż się na serce. Będzie cię musiała położyć". No tak, serce ją boli, na pewno badania wykażą co najmniej arytmię, migotanie przedsionków. Dużo skojarzeń, seriale medyczne lubiła zawsze, próbowała nawet polskiego Na dobre i na złe, ale tego to już się nie dawało. Ostry dyżur najbardziej i House'a, Chirurgów niechętnie. Miewała napady telemanii, paradoksalnie na wiosnę, kiedy ludzie zaczynali uprawiać sporty na świeżym powietrzu, zaszywała się po pracy w sypialni, polegiwała z pilotem w dłoni. "To nic - mówiła. - Nie martw się, wszystko pyli, potrzebuję spokoju". Pamiętała, żeby nie brać łatwo wypisywanych antydepresantów; łatwo w Londynie, holenderscy lekarze preferowali zimny wychów, ich zdaniem człowiek z natury jest zdrowy, chyba że symuluje. Sama trzymała się z daleka od uzależnień, o ile mogła.
Więc idzie do tej, okazuje się, pani doktor, teraz w fartuchu. Ta bada ją, dotykając gorącymi dłońmi i zimnym stetoskopem. Mówi, że leków i tak nie ma, ale może ją umieścić w części dla chorych, gdzie rano na pewno coś dostanie z rozdzielnika. Jest na nią bardzo wyraźnie wściekła, chyba trochę pijana, zrujnowała jej piękną noc swoim chorowaniem. Magda szuka więc swojego łóżka numer 182, z pościelą pod pachą, dość ciężki ten tobół. Mija pierwszą salę, na szczęście z innymi numerami, bo bałaby się w niej zostać, nieprzyjemny zapach wydzielany przez ludzi, muszą być bardzo chorzy. Druga sala jest na kilkanaście łóżek, większość zajęta. Trzecia z właściwym numerem okazuje się męska. Szkoda, piękne pomieszczenie pomalowane na intensywną czerwień, ze stiukami na suficie i przeszkloną werandą. "Widzisz, nie masz się gdzie położyć, zaniedbała obowiązki, bo jest pijana albo gzi się z Arkiem. Wiesz, co robić?". Arek patrzy na nią z wyrzutem, kiedy puka do drzwi komendanta. Natychmiastowy skutek. Podobno degradacja, odesłali ją gdzieś w głąb kraju, a może nawet na wyspę na Pacyfiku, w straszne warunki, wie to od razu, po dotknięciu knykciami powierzchni drzwi, ta narracja nakłada się na wędrówkę po salach niczym ścieżka dźwiękowa na obraz na stole montażowym. Co prawda Arek już się nie pojawia, ale Magda z tą kobietą, która jej podpowiedziała strategię, idzie jakąś szeroką, dziwnie szeroką jak na górzysty teren drogą, obie mają na sobie piękne futra, są w niezłej komitywie, dywersantki i kto wie, co jeszcze. Magdy futro popielate, tamtej czarne do czarnych włosów i czerwonych warg. Tamta bardzo piękna, śmieją się i rozmawiają o ostatnich wydarzeniach i o awansie. Chyba są teraz jakimiś naczelniczkami czy głównymi lekarkami, same wypisują recepty i dyspozycje magazynowe. Tylko Arka nie widać.
Po przebudzeniu myśli, że w podziemiu właśnie coś takiego z Arkiem naprawdę się zdarzyło. I miało podobny finał, chociaż dla niego jednak gorszy, bo w pewnym sensie - nie samo flirtowanie i zdarzenia wokół - zatracenie proporcji, brak kręgosłupa doprowadziły go do śmierci. Strasznie dużo tych powtórek ze śmierci, myśli znowu, nic dziwnego. Przyjechała asystować w odchodzeniu. Może powinna dopytać Tomka o rodziców? Nie rozmawiali o tym nigdy dłużej, była w tym asymetria: jej sprawy, jej deficyty, jej utraty omawiali szczegółowo, on ze swoimi pozostawał w cieniu, odkąd uznali, że przestał być chłopczykiem.
Zanim wstanie, przypomina sobie szczegóły wydarzeń z Arkiem, odgrzebuje ich zatartą intensywność i kolejność. Był z tych licznych w tamtym czasie przystojniaków w niedopranych swetrach, zawsze mocno pachniał tytoniem, popularnymi, i lekko potem z nutą dezodorantu "Brutal". Lubiła ten zapach, nikt nie uważał wówczas, że jest w nim coś niefajnego, wszystko spowijał dym z tanich papierosów, opary wrzątku ze szklanek uzupełnianych dziesiątki razy na dobę, wypełnionych do połowy herbacianymi fusami o aromacie sardynek, czasem wybijał się na pierwszy plan zapach świeżego chleba smarowanego pasztetową albo puszkowy aromat paprykarza szczecińskiego, siarka wypuszczona z butelek wina, fermentujące w butlach z zacierem drożdże. Dziewczyny, bywało, raczej od święta, pachniały wodą toaletową "Zielone Jabłuszko". Zastanawiające, w tych wspomnieniach zapachy są silne, zawsze wywołuje je na początku, czasem dochodzi do nich jakiś nowy: opary grzanego wina, bita śmietana na cieście "Orfeusz", mydło "Lux", nowy sweter z szetlandzkiej wełny, ciemne piwo, mleko z folii, koty mieszkające w piwnicy. Zapachy lepsze, znane z domu Tomka, ale i z prywatek, peweksowskie, modopolskie. I gorsze, z mieszkań kolegów z podstawówki, mydliny i zupa na gigantycznych wołowych kościach. Własne, ojciec i matka, ona sama, kuchnie sąsiadek, wypieki i przetwory, toaletka z rzędem buteleczek "Zaczarowana Dorożka", "Pani Walewska", porzucona przez ojca seria "Wars". Czasem, zrobiwszy zakupy w domu towarowym, wącha po kolei butelki starszych perfum w poszukiwaniu tamtej nuty. Nie znajduje, chociaż to zapewne było coś, jak mawiają, casual, żadnych ekstrawagancji, kosztowało parę dolarów. O "Chanel" wówczas słyszała, owszem, trudno sądzić, że "Chanel" używały uczennice liceum numer jeden albo studentki Wyższej Szkoły Pedagogicznej w tamtym, ostatnim dla niej w Szczecinie roku. Miała jeden flakonik, prezent urodzinowy od Tomka, oczywiście. Jeździł z nią po świecie, nieużywany, fetysz będący znakiem marzeń, głupie uczucie, uważała tę butelkę także za znak zdolności do poświęcenia, jakby zawierał krew chłopaka. Któraś z aktorek nosiła na szyi ampułkę z krwią któregoś aktora. Flakon z "Peweksu" był cenniejszy, co tam krew - tę mieli za darmo. Flakon bezcenny, nie dlatego że drogo kosztował, ojciec zasilał Tomka gotówką w tajemnicy przez matką, więc łatwiej było mu kupić coś dla przyjaciółki niż dorabiać do własnego stanu posiadania kolejne legendy o dorywczym zarobku; matka popierała dorywcze zarobki, miały wzmacniać. Nie cena, sama ekstrawagancja zakupu, zawierająca nadzieję na jej uśmiech. I chciał ją wąchać, miał pretekst, bezterminowe pozwolenie na wkładanie nosa za jej ucho, na wciąganie jej w siebie, duże, zachłanne hausty fundatora. Chciałaby tak zapachnieć, w chwilach słabości myśli o tym, o czasach, gdy wystarczała buteleczka pachnących różności, zabijacz potu, młody mężczyzna nieznający niemal niczego poza programem szkolnym, kanonem lektur, pragnieniem, tani alkohol znieczulający po najdotkliwszych stratach, sen matki, ustępliwej tym razem bardziej niż zwykle. Tomek, niewystający poza własne niedoskonałe ciało i jej, Magdy, sponiewieraną duszę.
Arek stanowił centrum grupy, do której weszła po tym, gdy miała dosyć sortowania darów. Bo najpierw Tomek wyciągnął ją z domu, pokonał raczej bezwolność niż opór. Minęło parę miesięcy od pogrzebu mamy, ciotka Ula kazała mówić na siebie Ula, gotowała w domu, próbowała opowiadać zabawne historie - przy jej wrodzonym, zatopionym w barkach i łopatkach smutku (pogodnym smutku), skłonności do ironii i stoicyzmu brzmiały dziwnie wiarygodnie - jednak widok z okna na kawałek muru sąsiedniej kamienicy przyciągał Magdę najbardziej.
- Musi się otrząsnąć - mówiły ciotki.
Nie znały pojęcia depresja. Otrząśnięciu sprzyjało dobre jedzenie, spacery, cel na najbliższe miesiące. Wtedy Tomek powiedział jej, że w kościele przy Pocztowej sortują ubrania z darów i paczki, mogłaby się przydać.
- Absurd - odparła Magda. - Ja nie chodzę do kościoła. - Jedyne miejsce, do którego mu nie towarzyszyła.
- Sortowanie? Czymś takim zajmowała się moja mama podczas wojny. Nie w kościele, był specjalny magazyn przy alei Wojska, to znaczy tam, gdzie Wojska dzisiaj. - Ula próbowała znaleźć coś interesującego w przekładaniu ciuchów. - Pomagałam jej liczyć sztuki. Na papierze. Na liczydłach.