Ku ciemności wznieśmy pochodnie - Sabaa Tahir

Kup ebooka

39.90 zł
31.92 zł (31,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

 

 

 

 

 

I: Laia

 

 

 

 

Jak to możliwe, że znaleźli nas tak szybko?

Katakumby za mną grzmią echem wściekłych okrzyków oraz zgrzytu metalu. Zerkam ku uśmiechniętym czaszkom i wydaje mi się, że słyszę głosy zmarłych.

"Umykaj szybko, umykaj rączo - wydają się do mnie syczeć. - Chyba że chcesz do nas dołączyć!"

- Prędzej, Laiu - odzywa się mój przewodnik. Jego zbroja błyszczy przede mną, kiedy szybkim krokiem podąża przez korytarze. - Jeśli się pospieszymy, zdołamy ich zgubić. Znam tunel, którym da się uciec z miasta. Jak z niego wyjdziemy, będziemy bezpieczni.

Słyszymy za plecami skrzypnięcie i oto przewodnik ogląda się ponad moim ramieniem. Jego dłoń rozmazuje się w złotobrązową smugę, sięgając błyskawicznie ku rękojeści skimy przewieszonej przez plecy.

Prosty ruch, złowrogi i zwinny, przypomina mi, kim jest. To Elias Veturius, spadkobierca jednego z najznakomitszych rodów w kraju, były Zamaskowany, żołnierz elitarnej formacji Imperium Marsyjskiego. Do tego mój sprzymierzeniec, jedyna osoba, która jest w stanie mi pomóc ocalić Darina, mojego brata, z osławionego marsyjskiego więzienia.

W mgnieniu oka mija mnie, a w następnej chwili osłania od źródła dźwięku, poruszając się z nienaturalną gracją jak na kogoś tak wielkiego. Puls łomocze mi w uszach. Uratowałam Eliasa, przy okazji niemal obracając w ruinę Akademię Czarnego Stoku, teraz jednak cała euforia powoli znika. Siepacze Imperium ruszyli za nami w pogoń; jeśli nas schwytają, umrzemy.

Koszulę mam mokrą od potu, lecz mimo smrodliwego gorąca panującego w tunelach przeszywa mnie dreszcz, a włosy na karku stają mi dęba. Wydaje mi się, że słyszę warczenie przebiegłej, głodnej bestii.

"Szybciej! - wrzeszczy mój instynkt. - Uciekaj stąd!"

- Eliasie... - szepczę, ale on tylko muska palcem moje usta, nakazując mi milczenie, i wyciąga nóż spośród kilku tkwiących za skórzanym pasem na piersi.

Dobywam sztyletu i próbuję usłyszeć coś poza syczeniem tarantul i własnym oddechem. Mrowienie towarzyszące uczuciu, że jestem obserwowana, powoli znika, zastępuje je jednak coś gorszego: woń smoły płonących pochodni oraz coraz bliższe głosy.

Żołnierze Imperium.

Elias dotyka mojego ramienia i wskazuje swoje stopy, a potem moje, wyraźnie dając do zrozumienia: "Stawiaj kroki tam, gdzie ja". Idę w jego ślady, tak ostrożnie, że obawiam się głośniej oddychać; odwraca się i zwinnie rusza przed siebie, byle dalej od gwaru głosów.

Docieramy do rozwidlenia i skręcamy w prawo. Elias wskazuje ruchem głowy głęboki, niski otwór w ścianie. Za nim znajduje się pusta przestrzeń, jeśli nie liczyć leżącego na boku kamiennego sarkofagu.

- Do środka - szepcze. - A potem do końca.

Wślizguję się do krypty, powstrzymując drżenie, kiedy siedząca na ścianie tarantula głośno syczy. Na plecach zwisa mi skima wykuta przez Darina, a jej rękojeść brzęczy głośno o kamień. "Przestań się wiercić, Laiu - przykazuję sobie. - Bez względu na to, co się czai w ciemności".

Elias przemyka za mną do krypty, pochylając się przy tym mocno. Nasze ramiona ocierają się o siebie w ciasnej przestrzeni. Chłopak wciąga gwałtownie powietrze, a kiedy podnoszę wzrok, widzę, że patrzy w kierunku tunelu.

Mimo przyćmionego światła jego szare oczy i ostra linia szczęki robią odpowiednie wrażenie. Czuję, jak coś mnie kłuje w brzuchu; nie przywykłam do widoku jego twarzy. Zaledwie godzinę temu, kiedy uciekliśmy przed niszczącymi eksplozjami w Czarnym Stoku, jego rysy skrywała srebrna maska.

Przechyla głowę, nasłuchując zbliżających się żołnierzy. Nadchodzą szybko, a ich głosy odbijają się echem od ścian jak urywane krzyki drapieżnych ptaków.

- ...jeżeli chłopak ma choćby resztkę rozumu, poszli na południe.

- Gdyby miał dobrze poukładane w głowie - odzywa się inny - to zaliczyłby Czwartą Próbę i nie zostalibyśmy z tym plebejskim ścierwem na cesarskim tronie.

Wchodzą do naszego korytarza i jeden z nich wsuwa latarnię do krypty naprzeciwko.

- Płonące piekła! - Wzdryga się i odsuwa na widok tego, co się w niej czai.

Teraz nasza krypta. Mój żołądek kurczy się boleśnie, a dłoń na sztylecie dygocze.

Elias tuż obok wysuwa kolejne ostrze z pochwy. Ramiona ma luźne, a ręce obejmują swobodnie rękojeści noży, ale kiedy dostrzegam jego twarz z nastroszonymi brwiami i zaciśniętymi ustami, serce mi staje. Łapie moje spojrzenie i przez chwilę dostrzegam na jego twarzy ból. Nie chce zabijać tych ludzi.

Jeśli jednak nas dostrzegą, zaalarmują pozostałych strażników i za chwilę będziemy mieli tu pełno żołnierzy Imperium. Ściskam przedramię Eliasa, a on naciąga kaptur na głowę i ukrywa twarz pod czarną chustą.

Żołnierz zbliża się, tupiąc ciężko. Czuję już jego zapach: pot, żelazo i brud. Mój towarzysz zaciska dłonie na nożach. Cały się spręża, jak żbik tuż przed atakiem. Zaciskam dłoń na bransolecie, podarunku od matki. Znajomy wzór pod palcami mnie uspokaja.

Pomocniczy jest tuż przed wejściem do krypty. Unosi latarnię...

Nagle z głębi korytarza dociera głośny łomot. Obaj prześladowcy się odwracają, dobywają broni i spieszą w stronę źródła dźwięku. W ciągu kilku sekund światło ich latarni niknie, a tupot słabnie.

Elias wypuszcza wstrzymywany oddech.

- Chodź - mówi. - Jeżeli ten patrol przeczesuje okolicę, za chwilę pojawią się kolejne. Musimy się dostać do tunelu, o którym mówiłem.

Opuszczamy kryptę, a przez korytarze przetacza się niski grzmot, od którego wszystko się trzęsie. Ze sklepienia prószy pył, kości i czaszki lądują z grzechotem na posadzce. Potykam się, lecz Elias chwyta mnie za ramię, przyciska do ściany, a potem sam przywiera do niej obok. Krypta pozostaje nietknięta, ale sufit w korytarzu trzeszczy złowróżbnie.

- Cóż to było, na niebiosa?

- Coś jakby trzęsienie ziemi. - Elias odsuwa się od muru i zerka w górę. - Tyle że w Serze takie się nie zdarzają.

Teraz mkniemy przez katakumby jeszcze szybciej. Z każdym krokiem spodziewam się usłyszeć kolejny patrol lub dostrzec płonące gdzieś daleko pochodnie.

Kiedy Elias się zatrzymuje, robi to tak nagle, że wpadam na niego, odbijając się od szerokich pleców chłopaka. Stoimy na progu okrągłej komory pogrzebowej o niskim sklepieniu. Przed nami odchodzą z niej dwa korytarze: w jednym migoczą na skraju widoczności pochodnie. Ściany komory usiane są wylotami krypt, przy każdej zaś stoi kamienny posąg zbrojnego. Spod hełmów gapią się na nas nagie czaszki. Trzęsę się na ten widok i przysuwam do towarzysza.

On jednak nie patrzy na krypty, czy korytarze, ani odległe pochodnie.

Spogląda na dziecko stojące pośrodku komory.

Dziewczynka ma obszarpany strój i przyciska dłoń do krwawiącej rany w boku. Jej delikatne rysy świadczą o pochodzeniu spośród Uczonych, lecz kiedy próbuję zerknąć jej w oczy, opuszcza głowę, a ciemne włosy opadają na twarz. Biedactwo. Łzy żłobią sobie ścieżki po brudnych policzkach.

- Do dziesięciu piekieł, robi się tu tłoczno - mruczy Elias. Stawia krok ku dziewczynce, tak jakby miał do czynienia z przestraszonym zwierzątkiem. - Nie powinno cię tu być, kochanie - mówi łagodnie. - Jesteś sama?

Spod burzy włosów wydobywa się cichutkie łkanie.

- Pomóż mi - szepcze mała.

- Pokaż mi tę ranę. Mogę ją zabandażować. - Elias przyklęka, by nawiązać lepszy kontakt z dzieckiem. Tak samo robił mój dziadek z najmłodszymi pacjentami. Dziewczynka odsuwa się od mojego towarzysza i patrzy na mnie.

Podchodzę, chociaż instynkt każe mi zachować ostrożność. Mała nas obserwuje.

- Hej, słonko, powiedz mi, jak się nazywasz.

- Pomóż mi - powtarza. Wciąż unika mojego wzroku, a ja znów czuję mrowienie na skórze. Potem jednak przychodzi mi do głowy, że została paskudnie potraktowana, zapewne przez ludzi Imperium, a teraz stoi naprzeciwko uzbrojonego po zęby Marsyjczyka. Musi być przerażona.

Dziecko cofa się nieznacznie, a ja spoglądam w głąb korytarza, na końcu którego widać pochodnie. Ich światło oznacza, że wciąż jesteśmy na terytorium Imperium. To tylko kwestia czasu, kiedy zawędrują tu żołnierze.

- Eliasie... - Kiwam głową w kierunku świateł. - Nie mamy czasu. Żołnierze...

- Nie możemy jej tu tak zostawić. - Widać, że ma wyrzuty sumienia. Ciąży mu utrata przyjaciół podczas Trzeciej Próby i nie chciałby być odpowiedzialny za śmierć kolejnej osoby. A tak by się stało, gdybyśmy zostawili tu dziewczynkę samą, by zmarła od ran. - Masz w mieście rodzinę? - pyta ją Elias. - Czy potrzebujesz...

- Srebra. - Mała przechyla głowę. - Potrzebuję srebra.

Mój towarzysz unosi wysoko brwi. Nie mam mu tego za złe, ja też się nie spodziewałam takiej odpowiedzi.

- Srebra? - odzywam się. - Nie mamy...

- Srebro. - Dziewczynka przesuwa się w bok niczym krab. Wydaje mi się, że widzę zbyt szybki błysk oka pomiędzy opadającymi włosami. To dziwne... - Monety. Broń. Ozdoby.

Zerka na moją szyję, oczy, nadgarstki... i to spojrzenie ją zdradza.

Gapię się na dwie smolistoczarne kule zastępujące jej oczy i moja dłoń wędruje w kierunku sztyletu. Elias jest już jednak przede mną, a skimy migoczą mu w dłoniach.

- Odsuń się! - warczy na dziewczynkę. Znów jest Zamaskowanym.

- Pomóż mi. - Mała pozwala, by włosy z powrotem przysłoniły jej twarz i zakłada dłonie za plecami. Wygląda teraz jak wynaturzona karykatura jęczącego dziecka. - Pomóż...

Na widok mojego niesmaku jej usta rozciągają się w sardonicznym uśmiechu, który wygląda ohydnie na jej słodkiej buzi. Warczy niskim głosem, a ja rozpoznaję gardłowy dźwięk, który słyszałam poprzednio. Wyczułam to coś, kiedy nas obserwowało wcześniej w korytarzach.

- Wiem, że masz srebro - z dziecięcego głosu stworzenia przebija wściekły głód. - Daj mi je. Potrzebuję go.

- Odejdź od nas - ostrzega Elias. - Zanim zdejmę ci głowę z ramion.

Dziewczynka, czymkolwiek jest, ignoruje chłopaka i wpatruje się we mnie.

- Nie potrzebujesz go, człowieczku, a ja mogę ci dać coś w zamian. Coś przepięknego.

- Czym jesteś? - szepczę.

Rozkłada gwałtownie ramiona, a jej dłonie lśnią dziwną, zielonkawą poświatą. Elias mknie ku niej, lecz ona unika go i zaciska palce na moim nadgarstku. Wrzeszczę, a moje ramię błyszczy przez niecałą sekundę, po czym dziewczynka zostaje odrzucona w tył. Wyje i trzyma się za dłoń tak, jakby się sparzyła. Elias pomaga mi wstać z ziemi, na którą padłam, jednocześnie ciskając w małą sztyletem, lecz ona unika ostrza, wciąż wyjąc.

- Oszustka! - Spogląda tylko na mnie i ucieka, kiedy mój towarzysz znów się na nią rzuca. - Chytruska! Pytasz, czym jestem, a czymże jesteś ty sama?

Elias uderza po raz kolejny, celując skimą w jej szyję, ale nie jest wystarczająco szybki.

- Morderca! - Stworzenie obraca się ku niemu. - Zabójca! Śmierć wcielona! Ponury żniwiarz! Dziecko, gdyby twoje grzechy były krwią, utonąłbyś w jej rzece!

Elias zatacza się w tył, widać, że jest wstrząśnięty, a tymczasem w korytarzu miga światło: ku nam zmierzają szybko trzy pochodnie.

- Żołnierze idą. - Stworzenie znów odwraca się do mnie. - Zabiję ich dla ciebie, miodooka. Zostawię z rozszarpanymi gardłami. Odciągnęłam już innych, co za wami szli, tam w korytarzu. Zrobię to znowu... jeśli dasz mi swoje srebro. On go chce. Nagrodzi nas, jeżeli mu je przyniesiemy.

"Kim, na niebiosa, jest ten "on"?" Nie pytam, w odpowiedzi podnoszę tylko sztylet.

- Głupi człowiek! - Dziewczynka zaciska pięści. - On i tak je dostanie. Znajdzie sposób. - Odwraca się ku wylotowi korytarza. - Elias Veturius! - Wzdrygam się. Wrzeszczy tak głośno, że zapewne słyszą ją nawet w Ancjum. - Elias Vetu...

Milknie, kiedy skima młodzieńca przeszywa jej serce.

- Ifryt, ifryt w grocie stoi - deklamuje Elias. Jej ciało ześlizguje się z ostrza i pada na posadzkę z łomotem, jak spory głaz. - Lubi mrok, lecz skim się boi. Stary wierszyk - wyjaśnia i chowa broń. - Jeszcze do niedawna nie wiedziałem, jaki może być przydatny.

Chwyta mnie za rękę i czmychamy w nieoświetlony korytarz. Może żołnierze jakimś cudem nie słyszeli dziewczynki? Może nas nie dostrzegli? Może, może...

Nie mamy szczęścia. Słyszę za nami krzyk i tupot obutych nóg.

 

 

 

 

 

 

II: Elias

 

 

 

 

Trzech żołnierzy z oddziałów pomocniczych i czterech legionistów, piętnaście jardów za nami. Biegnę, co jakiś czas oglądając się za siebie, żeby ocenić, czy się zbliżają. No cóż, teraz jest już sześciu pomocniczych i pięciu legionistów, dwanaście jardów za nami.

Z każdą upływającą sekundą do katakumb wpadają kolejni żołnierze Imperium. Gońcy zanieśli już wiadomość do sąsiednich patroli i bębny alarmują całą Serrę: "Elias Veturius dostrzeżony w tunelach. Wszystkie oddziały na miejsce". Żołnierze nie muszą się upewniać co do mojej tożsamości; najpierw nas dogonią, a potem będą sprawdzać.

Skręcam ostro w lewo, w boczny tunel, wciągając za sobą Laię, a myśli galopują mi przez głowę. "Musisz ich szybko zgubić, dopóki się da, bo inaczej..."

"Nie - syczy moja maska z któregoś zakątka umysłu. - Zatrzymaj się i zabij tropicieli. Jest ich tylko jedenastu. Łatwizna. Potrafiłbyś to zrobić z zamkniętymi oczami".

Powinienem był zabić ifrytkę w komorze pogrzebowej od razu, jak tylko ją rozpoznaliśmy. Helene prychnęłaby szyderczo, gdyby się dowiedziała, że próbowałem pomóc tej istocie.

Helene... Postawiłbym moje skimy, że siedzi właśnie w celi przesłuchań. Marcus, czy też Cesarz Marcus, nakazał jej mnie stracić, a ona zawiodła. Co gorsza, przez czternaście lat była moją najbliższą powiernicą. Oba te grzechy będzie musiała odpokutować, zwłaszcza teraz, kiedy Marcus dzierży władzę absolutną.

Ucierpi z jego ręki, i to przeze mnie. Znów słyszę ifryta: "Ponury żniwiarz!".

Przez głowę przemykają mi wspomnienia z Trzeciej Próby: Tristas umierający od miecza Dexa, padający Demetrius i Leander.

Krzyki przed nami przywołują mnie z powrotem do rzeczywistości. "Pole bitwy jest moją świątynią". Stara mantra dziadka przypomina mi się zawsze wtedy, gdy najbardziej jej potrzebuję. "Czubek miecza jest mym kapłanem. Taniec śmierci to moja modlitwa. Cios zabójczy wolność mi daje".

Laia dyszy, słaniając się na nogach. Spowalnia mnie. "Mógłbyś ją zostawić - szepcze podstępny głosik w mojej głowie. - Bez niej byłbyś szybszy". Uciszam go bezlitośnie. Poza tym, że obiecałem jej pomóc w zamian za uwolnienie mnie, wiem, że zrobiłaby wszystko, by dostać się do więzienia Kauf, do brata. "Wszystko" oznacza również próbę przeniknięcia tam samodzielnie.

Próbę, która musiałaby zakończyć się jej śmiercią.

- Szybciej, Laiu - szepczę. - Są za blisko. - Dziewczyna prze naprzód. Po obu stronach przesuwają się i znikają za nami ściany czaszek, kości, krypty i pajęczyny. Jesteśmy o wiele dalej na południe, niż powinniśmy. Dawno już minęliśmy tunel, w którym ukryłem zapasy na dobre kilka tygodni.

Katakumby trzęsą się i słychać przytłumiony grzmot. Oboje padamy na ziemię. Smród ognia i śmierci wpada przez kratę ściekową nad naszymi głowami, a chwilę później nagła eksplozja rozdziera powietrze. Nie marnuję czasu na zastanawianie się, co to może być, liczy się tylko, że żołnierze za nami zwolnili, podobnie jak my obawiając się niestabilnych korytarzy. Wykorzystuję tę okazję, by zwiększyć dystans o kolejne kilkadziesiąt jardów, a potem skręcam ostro w prawo i wycofuję się w głęboki cień na wpół zrujnowanej niszy.

- Jak myślisz, znajdą nas? - szepcze Laia.

- Mam nadzieję, że nie...

Tymczasem z kierunku, w którym zmierzaliśmy, błyska światło, a potem słyszę rytmiczny tupot ciężkich buciorów. Dwóch żołnierzy skręca w tunel, a ich pochodnie nas oświetlają. Zatrzymują się na sekundę, zapewne zdumieni obecnością Lai i brakiem maski na mojej twarzy. Potem jednak dostrzegają moją zbroję i skimy; jeden z nich gwiżdże ogłuszająco, zapewne alarmując wszystkich ludzi Imperium w pobliżu.

Moje ciało działa instynktownie. Zanim którykolwiek dobędzie broni, ciskam nożami i przebijam ich miękkie gardła. Padają bez słowa, a ich pochodnie gasną na wilgotnej posadzce katakumb.

Laia wynurza się z niszy, przyciskając dłoń do ust.

- E-Eliasie...

Skaczę z powrotem do wgłębienia, wciągając ją za sobą, i poluzowuję skimy w pochwach. Mam jeszcze cztery noże do rzucania. To nie wystarczy.

- Zdejmę tylu, ilu się da - obiecuję. - Tylko trzymaj się z daleka. Bez względu na to, jak źle to będzie wyglądało, nie wtrącaj się ani nie próbuj pomagać.

Ledwie wypowiem ostatnie słowa, żołnierze, którzy nas wcześniej ścigali, pojawiają się w korytarzu po lewej. Jeszcze pięć jardów. Cztery. W moim umyśle noże już fruną do celu, już go odnajdują. Wyskakuję z niszy i rzucam: pierwszych czterech legionistów pada w ciszy, jeden po drugim, tak jakbym kosił zboże, a pod piątym uginają się nogi, kiedy tnę go skimą. Tryska ciepła krew, a ja czuję, jak żółć podchodzi mi do gardła. "Nie myśl. Nie zastanawiaj się. Oczyść drogę".

Sześciu pomocniczych wychodzi zza węgła. Jeden z nich wskakuje mi na plecy, a ja pozbywam się go ciosem łokcia w twarz. Chwilę później naciera na mnie następny, dostaje kolanem w zęby, wyje i łapie się za złamany nos oraz zakrwawione usta. Obrót, kopnięcie, unik, uderzenie.

Laia za mną wrzeszczy, kiedy jeden z pomocniczych wywleka ją z niszy za kark i przykłada nóż do gardła, lecz jego rechot zmienia się w ryk bólu, kiedy dziewczyna wbija mu sztylet w bok. Wyszarpuje go, a żołnierz się odtacza.

Zwracam się ku ostatnim trzem, lecz umykają.

W ciągu kilku sekund zbieram noże. Laia obejmuje wzrokiem scenę rzezi i zaczyna drżeć. Siedem trupów. Trzech rannych, jęczących z bólu, próbuje wstać.

Dziewczyna patrzy na mnie i otwiera szeroko oczy na widok zakrwawionych skim i zbroi. Ogarnia mnie wstyd, tak wielki, że mam ochotę zapaść się pod ziemię. Teraz widzi mnie takiego, jakim jestem naprawdę, do szpiku kości. "Morderca! Śmierć wcielona!"

- Laiu... - zaczynam, ale w korytarzu rozlega się niski jęk, a ziemia zaczyna się trząść. Przez kratę w suficie słyszę krzyki i ogłuszające echo olbrzymiej eksplozji. - Co, do dziesięciu piekieł...

- To ruch oporu Uczonych - Laia próbuje przekrzyczeć zgiełk. - Wszczęli powstanie!

Zanim zdążę zapytać, skąd o tym wie, w korytarzu po naszej lewej błyska ostrzegawczo srebro.

- Niebiosa, Eliasie! - wykrzykuje zdławionym głosem dziewczyna, spoglądając w tę stronę wielkimi, okrągłymi oczami. Jeden z nadchodzących Zamaskowanych jest olbrzymi, starszy ode mnie dobre kilkanaście lat i zupełnie mi nieznany. Druga postać jest drobna, niemal dziecięca. Spokój jej twarzy ukrytej pod maską zaprzecza zimnej wściekłości promieniującej z całej sylwetki.

Moja matka. Komendantka.

Z prawej słychać tupot butów i gwizdy przywołujące jeszcze więcej żołnierzy. Jesteśmy w pułapce.

W korytarzu znów rozbrzmiewa niski jęk.

- Ukryj się za mną! - rzucam ostro do Lai, ale chyba mnie nie słyszy. - Laiu, do cholery, wskakuj... Uff.

Dziewczyna rzuca się na mnie, uderzając prosto w żołądek. Ten rozpaczliwy, niezgrabny skok tak mnie zaskakuje, że wpadam do jednej z krypt w ścianie. Przebijam się przez gęste pajęczyny, zasłaniające wejście, i ląduję na wznak na sarkofagu. Laia leży na wpół na mnie, na wpół zaklinowana pomiędzy trumną i ścianą krypty.

Połączenie pajęczyn, krypty i ciepłego ciała dziewczyny kompletnie mnie zaskakuje, ledwo jestem w stanie wyjąkać:

- Czyś ty oszala...

Potężny łoskot. Sufit korytarza, w którym przed momentem staliśmy, wali się z ogłuszającym hukiem, wzmocnionym przez ryk wybuchów docierający z miasta. Błyskawicznie wciągam Laię pod siebie, osłaniając jej głowę przedramionami, ale tak naprawdę ratuje nas sama konstrukcja krypty. Wokół unosi się chmura pyłu, więc kaszlemy przez dłuższą chwilę. Jestem boleśnie świadom, że gdyby nie refleks mojej towarzyszki, oboje byśmy już nie żyli.

Dudnienie ustaje i przez pył docierają do nas promienie słońca. Z miasta dobiega również echo wrzasków. Ostrożnie podnoszę się z Lai i odwracam ku wejściu do krypty, na wpół zablokowanemu przez odłamki skał. Wyglądam na zewnątrz: z korytarza nie pozostało wiele. Zapadł się całkiem - nie widać ani jednego Zamaskowanego.

Gramolę się z krypty, ciągnąc, a potem niosąc wciąż kaszlącą Laię przez gruz. Jej twarz pokrywają kamienny pył i krew, na szczęście nienależąca do dziewczyny. Sięga po manierkę, a ja przystawiam jej naczynie do ust. Po kilku łykach Uczona wstaje.

- Mogę... mogę iść.

Skały tarasują korytarz po lewej, ale widzę, że zaczyna je powoli odsuwać dłoń w pancernej rękawicy. Szare oczy i blond włosy komendantki błyskają za tumanami pyłu.

- Chodź już. - Stawiam kołnierz, żeby ukryć diamentowy tatuaż Czarnego Stoku na karku. Wdrapujemy się na stos gruzu i wychodzimy z katakumb na hałaśliwe ulice Serry.

Na dziesięć płonących piekieł!

Zdaje się, że nikt nie zauważył zapadnięcia się części ulicy. Wszyscy wpatrują się w kolumnę ognia i dymu bijącego w gorące, błękitne niebo. To posiadłość gubernatora płonie niczym stos pogrzebowy Barbarzyńców. Przed jej poczerniałymi bramami oraz na sąsiednim ogromnym placu dziesiątki marsyjskich żołnierzy walczą z setkami powstańców ubranymi w czerń, bojownikami ruchu oporu.

- Tędy! - Ruszam w kierunku przeciwnym do rezydencji gubernatora, obalając po drodze dwóch bojowników. Chcę skręcić w następną przecznicę, lecz szaleje tam ogień, a ulicę zaściełają trupy. Chwytam dłoń Lai i biegnę ku wylotowi kolejnej alejki, gdzie jednak spotyka nas podobna sytuacja.

Ponad brzękiem broni, wrzaskami i rykiem płomieni słychać gorączkowe bicie bębnów z wież Serry, które wzywają posiłki do Dzielnicy Prześwietnych, Dzielnicy Cudzoziemców i Dzielnicy Zbrojowni. Jedna z wież raportuje moją lokalizację w pobliżu posiadłości gubernatora, rozkazując, by wszystkie dostępne oddziały dołączyły do pogoni.

Niedaleko rezydencji z zawalonego tunelu wyłania się głowa z blond włosami i w masce. Cholera! Stoimy na samym środku placu, obok pokrytej popiołem fontanny z posągiem konia stającego dęba. Wpycham Laię za niego, a sam kucam, rozpaczliwie szukając wzrokiem drogi ucieczki, zanim dojrzy nas komendantka lub którykolwiek z marsyjskich żołnierzy. Wygląda jednak na to, że wszystkie budynki przy placu i odchodzących od niego ulicach stoją w ogniu.

"Rozejrzyj się!" Komendantka w każdej chwili może wkroczyć między ścierającą się na placu ciżbę i wykorzystać swoje przerażające umiejętności, by wyrąbać sobie ścieżkę wśród walczących, by nas dopaść.

Zerkam na nią z ukrycia: strzepuje pył ze zbroi, nieporuszona panującym wokół chaosem. Ten spokój sprawia, że jeżą mi się włosy na karku. Jej szkołę zniszczono, jej syn i największy wróg uciekł, a miasto się rozpada. A mimo to moja matka jest nadzwyczaj spokojna.

- Tam! - Laia chwyta mnie za ramię i wskazuje alejkę, której wylot zasłania przewrócony wózek przekupnia. Schylamy się i biegniemy ku niej; w myślach dziękuję niebiosom za rozgardiasz, który kryje nas przed wzrokiem zarówno Uczonych, jak i Marsyjczyków.

W ciągu kilku minut docieramy do alejki, a kiedy już w nią nurkujemy, ryzykuję spojrzenie za siebie, tylko jedno, by upewnić się, że moja matka nas nie dostrzegła.

Przeszukuję wzrokiem pole walki i widzę grupkę bojowników ruchu oporu atakujących parę legionistów, Zamaskowanego walczącego z dziesięcioma buntownikami naraz, a w końcu zapadlisko i wyjście z zawalonego korytarza, gdzie stoi moja matka. Stary Uczony-niewolnik próbuje uciec przed rzezią, ale popełnia błąd, zapuszczając się zbyt blisko: komendantka ze swobodnym okrucieństwem zatapia ostrze skimy w jego sercu, a kiedy je wyszarpuje, nie patrzy nawet na umierającego. Spogląda na mnie. Tak jakbyśmy byli połączeni, jakby znała każdą moją myśl... Jej wzrok przecina plac.

Uśmiecha się drapieżnie.

 

 

 

 

 

 

III: Laia

 

 

 

 

Uśmiech komendantki wygląda jak nabrzmiały, blady robak. Chociaż widzę ją tylko przez chwilę, zanim Elias pociągnie mnie z dala od krwawej łaźni na placu, zapominam języka w gębie.

Ślizgam się, bo moje buty wciąż są mokre od krwi po rzezi w korytarzach. Cała drżę, przypominając sobie twarz Eliasa po walce i widoczną w jego oczach odrazę wobec samego siebie. Chciałam mu powiedzieć, że zrobił to, co musiał, by nas uratować, ale nie mog­łam wydobyć z siebie głosu. Z całych sił powstrzymywałam się przed wymiotami.

W powietrzu unoszą się pełne cierpienia krzyki, wrzeszczą Marsyjczycy i Uczeni, dorośli i dzieci, a ich głosy mieszają się w jedną potworną wrzawę. Prawie jej nie słyszę, skupiona na omijaniu potłuczonego szkła i unikaniu szczątków płonących budynków, sypiących się na ulicę. Oglądam się przez ramię jeszcze kilkanaście razy, spodziewając się depczącej nam po piętach komendantki. Nagle czuję się jak dziewczyna, którą byłam miesiąc temu: ta, która porzuciła brata uwięzionego przez Imperium, która jęczała i łkała po wybatożeniu. Dziewczyna, której brakło odwagi.

"Kiedy strach przejmie nad tobą władzę, spróbuj go zwalczyć. Sięg­nij po jedyną rzecz potężniejszą od strachu i niezniszczalną: twoją duszę. Twoje serce". Słyszę słowa, które wypowiedział do mnie wczoraj kowal Spiro Teluman, przyjaciel i nauczyciel mojego brata.

Próbuję przekształcić ten strach w paliwo. Komendantka nie jest nieomylna. Być może w ogóle mnie nie widziała, skoro skupiła się na swoim synu. Raz już jej uciekłam, co oznacza, że mogę tego dokonać po raz drugi.

Przepływa przeze mnie fala adrenaliny, ale kiedy chcemy skręcić w następną przecznicę, potykam się o piramidkę gruzu i wykładam jak długa na brudnym od sadzy bruku.

Elias stawia mnie na nogi tak łatwo, jakbym była piórkiem. Spogląda naprzód, w tył, bada wzrokiem pobliskie okna i dachy, tak jakby również spodziewał się, że w każdej chwili pojawi się jego matka.

- Musimy iść dalej. - Szarpię jego rękaw. - Musimy się wydostać z miasta.

- Wiem. - Elias skręca i prowadzi nas do zakurzonego, martwego sadu za murem. - Ale nie uda nam się to, jeżeli wyczerpiemy wszystkie siły. Chwila odpoczynku nam nie zaszkodzi.

Siada, a ja niechętnie przy nim klękam. Powietrze Serry wydaje mi się dziwne, skażone. Woń spalonego drewna miesza się z czymś o wiele mroczniejszym: krwią, przypieczonymi ciałami i nagą stalą.

- Jak się dostaniemy do Kauf, Eliasie? - To pytanie prześladuje mnie od chwili, kiedy wyślizgnęliśmy się z koszar w Czarnym Stoku. Brat pozwolił się aresztować marsyjskim żołnierzom, żebym miała szansę ucieczki. Nie pozwolę, żeby okupił życiem to poświęcenie. W całym cholernym Imperium pozostał mi z rodziny tylko on. Jeśli go nie ocalę, nikt inny tego za mnie nie zrobi. - Czy ukryjemy się na wsi? Jaki masz plan?

Elias patrzy na mnie uparcie, a jego szare oczy wydają się nieprzeniknione.

- Tunel, którym chciałem uciec, wyprowadziłby nas na zachodnią stronę miasta - mówi. - Przeszlibyśmy przełęczami góry na północy, obrabowali plemienną karawanę i pojechali dalej, udając kupców. Marsyjczycy nie szukaliby nas dwojga razem, a już na pewno nie na północy. Ale teraz... - Wzrusza ramionami.

- Co to ma znaczyć? Masz w ogóle jakiś plan?

- Owszem. Wydostajemy się z miasta. Uciekamy komendantce. To jedyne, co się teraz liczy.

- A co potem?

- Jedna rzecz naraz, Laiu. Teraz musimy sobie poradzić z moją matką.

- Nie boję się jej - mówię, żeby nie pomyślał, że jestem tą samą szarą myszką, którą poznał w Czarnym Stoku kilka tygodni temu. - Już nie.

- A powinnaś - komentuje sucho.

Bębny grzmią szybką serią, którą czuje się w kościach. Ich echo rozbrzmiewa w mojej głowie.

Elias przechyla głowę.

- Przekazują nasze rysopisy - stwierdza. - "Elias Veturius: szare oczy, wzrost: sześć stóp, cztery cale, waga: piętnaście kamieni, czarne włosy. Ostatnio widziany w katakumbach na południe od Czarnego Stoku. Uzbrojony i niebezpieczny. Przemieszcza się wraz z Uczoną, kobietą o złotych oczach, wzrost: pięć stóp, sześć cali, czarne włosy..." - Milknie. - Masz rację, Laiu. Ona na nas poluje. Nie uciekniemy z miasta. Strach jest teraz najlepszym doradcą. Pomoże nam pozostać przy życiu.

- Mury miasta...

- Mocno strzeżone w związku z powstaniem Uczonych - przerywa mi. - Teraz niewątpliwie jeszcze bardziej. Komendantka roześle po mieście wici, że jeszcze nie opuściliśmy murów, więc bramy będą podwójnie obsadzone.

- A moglibyśmy... to znaczy, czy ty mógłbyś... przebić się na zewnątrz siłą? Może przez jedną z mniejszych bram?

- Moglibyśmy - mówi powoli. - Ale to by wymagało sporo zabijania.

Rozumiem, dlaczego odwraca wzrok, chociaż jakaś twarda, zimna część mojego umysłu, która narodziła się w Czarnym Stoku, zastanawia się, czy kilku nieżywych Marsyjczyków faktycznie stanowiłoby jakąś różnicę. Zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, ilu już zabił, i zwłaszcza gdy pomyślę, co zrobią Uczonym, kiedy powstanie zostanie stłumione - bo nie mam wątpliwości, że tak się właśnie stanie.

Lepsza część mnie wzdryga się jednak na myśl o tak bezdusznym podejściu.

- W takim razie korytarze? - pytam. - Żołnierze nie będą się tego spodziewać.

- Nie wiemy, które się zapadły, a nie ma sensu schodzić do katakumb, jeśli mielibyśmy trafić w ślepą uliczkę. Może port? Moglibyśmy przepłynąć rzekę...

- Nie umiem pływać.

- Przypomnij mi, żebym temu zaradził, kiedy będziemy mieli parę wolnych dni. - Kręci głową, bo najwyraźniej kończą nam się możliwości. - Moglibyśmy się gdzieś przyczaić i zaczekać, aż powstanie się skończy, a potem przedostać z powrotem do korytarzy, kiedy ustaną eksplozje. Znam bezpieczną kryjówkę.

- Nie - protestuję szybko. - Imperium posłało Darina do Kauf trzy tygodnie temu. A barki więzienne pływają szybko, prawda?

Elias kiwa głową.

- Docierają do Ancjum poniżej dwóch tygodni, a stamtąd do Kauf więźniów czeka jeszcze dziesięciodniowa podróż lądem, jeśli nie trafią na złą pogodę. Mogli już dotrzeć do więzienia.

- A nam ile zajmie taka podróż?

- Musimy podróżować lądem, a do tego uniknąć wykrycia - wyjaśnia Elias. - Trzy miesiące, jeśli się pospieszymy... ale pod warunkiem, że dotrzemy do gór Nevennes przed pierwszymi śniegami. Jeśli nam się to nie uda, przedostaniemy się dalej dopiero wiosną.

- W takim razie nie możemy zwlekać - decyduję. - Ani dnia dłużej, niż to konieczne. - Oglądam się przez ramię, usiłując powściągnąć coraz większe przerażenie. - Nie ścigała nas dalej.

- Niekoniecznie - oznajmia Elias. - Jest cholernie sprytna. - Rozmyśla chwilę, wpatrując się w martwe drzewa wokół nas i obracając w dłoni ostrze. - Blisko rzeki jest taki opuszczony magazyn, który stoi zaraz przy murach miasta - mówi w końcu. - Właścicielem jest Quin Veturius, mój dziad. Pokazał mi go wiele lat temu. Drzwi z tylnego dziedzińca prowadzą poza miasto... Ale ostatni raz byłem tam dość dawno. Może już ich tam nie być.

- Czy komendantka o nich wie?

- Dziad nigdy by jej o tym nie powiedział.

Przypominam sobie niewolnicę Izzi, moja przyjaciółkę z Czarnego Stoku. Ostrzegła mnie przed Keris Veturią pierwszego dnia, kiedy tylko przybyłam do szkoły. "Komendantka wszystko widzi. Wie o rzeczach, o których nie powinna".

Teraz jednak musimy się wydostać z miasta, a ja nie mam lepszego planu.

Ruszamy, przemykając zwinnie przez okolice wolne od walk i przekradając się ostrożnie przez te obszary, gdzie szaleje ogień i trwają zamieszki. Mijają godziny, a popołudnie ustępuje miejsca wieczorowi. Elias prowadzi mnie spokojnie, najwidoczniej nieporuszony widokiem zniszczenia i śmierci.

To dziwne, że miesiąc temu dziadkowie jeszcze żyli, brat był wolny, a ja nie znałam nazwiska Veturius.

Wszystko, co zdarzyło się od tamtej pory, jawi mi się jako koszmar: babcia i dziadek zamordowani, Darin wywleczony przez żołnierzy, wrzeszczący, żebym uciekała.

I ruch oporu Uczonych, który miał mi pomóc ocalić brata, a ostatecznie nas zdradził.

Pamięć podsuwa mi kolejną twarz, ciemnooką, przystojną i ponurą, zawsze ponurą. Tym cenniejszy jest każdy uśmiech, który się na niej pojawia. Keenan, ognistowłosy bojownik, który postąpił wbrew rozkazom ruchu oporu, by potajemnie znaleźć dla mnie drogę ucieczki, na którą ja z kolei skierowałam Izzi.

Mam nadzieję, że się na mnie za to nie będzie gniewał. I że zrozumie, dlaczego nie mogłam przyjąć jego pomocy.

- Już blisko - odzywa się Elias, kiedy docieramy do wschodnich krańców miasta.

Wyłaniamy się z plątaniny serryjskich uliczek w pobliżu składnicy Merkatorów. Samotny komin pieca ceglarskiego rzuca głęboki cień na pobliskie magazyny i place przeładunkowe. W dzień to miejsce musi tętnić życiem; uwijają się tu kupcy z wozami i dokerzy. O tej porze jednak nie ma żywej duszy. Wieczorny chłód podpowiada, że nadchodzi jesień, a z północy wieje stały, mocny wiatr. W zasięgu wzroku nic się nie porusza.

- Tam. - Elias wskazuje budynek stojący tuż przy murach miejskich Serry, podobny do tych po drugiej stronie ulicy, ale z zarośniętym chwastami podwórzem od tyłu. - To miejsce, o którym ci mówiłem. - Obserwuje magazyn przez długie minuty. - Komendantka nie mogłaby tam schować tuzina Zamaskowanych - wyrokuje w końcu. - A wątpię, żeby zjawiła się bez nich. Wolałaby nie ryzykować, że ucieknę.

- Jesteś pewien, że nie przyszłaby sama? - Wiatr dmucha mocniej, więc zakładam ramiona na piersi i trzęsę się z zimna. Komendantka nawet w pojedynkę jest już dość straszna; nie sądzę, by potrzebowała jakichkolwiek żołnierzy do pomocy.

- Nie jestem - przyznaje. - Zaczekaj tu. Upewnię się, że droga wolna.

- Chyba jednak powinnam iść z tobą. - Natychmiast robię się nerwowa. - Jeśli cokolwiek się stanie...

- To przeżyjesz, nawet jeżeli mnie się to nie uda.

- Co? Nie!

- Jeżeli będzie bezpiecznie, zagwiżdżę raz. Jeśli zastanę tam żołnierzy, dwa razy. A jak na miejscu będzie czekała komendantka, trzy szybkie gwizdnięcia, a zaraz potem następne trzy.

- A jeśli rzeczywiście tam będzie? Co wtedy?

- Wtedy siedź cicho. Jeżeli przeżyję, wrócę po ciebie - wyjaśnia Elias. - A jak nie, będziesz się musiała sama stąd wydostać.

- Eliasie, ty idioto, potrzebuję cię, żeby wyciągnąć Darina...

Kładzie mi palec na ustach i patrzy prosto w oczy.

Przed nami stoi cichy, nieruchomy magazyn, a za nami płonie miasto. Przypominam sobie, kiedy ostatnio tak patrzyłam na Eliasa: tuż zanim się pocałowaliśmy. Wymyka mu się nerwowe westchnięcie, sugerujące, że on też to pamięta.

- Póki życia, póty nadziei - stwierdza. - Tak mi kiedyś powiedziała jedna dzielna dziewczyna. Jeżeli coś mi się stanie, nie obawiaj się. Poradzisz sobie.

Zanim znów ogarną mnie wątpliwości, opuszcza dłoń i śmiga w stronę magazynu tak lekko, jak chmura pyłu unosząca się znad pieca ceglarskiego.

Śledzę wzrokiem jego ruchy, boleśnie świadoma słabości tego planu. Wszystko, co się wydarzyło do tej pory, jest wynikiem działania silnej woli albo beznadziejnie głupiego szczęścia. Nie mam pojęcia, jak dotrzeć bezpiecznie na północ, ufam jednak Eliasowi, że mnie tam zaprowadzi. Nie wiem, czego trzeba, by przedostać się do Kauf, mam tylko nadzieję, że mój przewodnik będzie wiedział, co robić. Słyszę w głowie głos mówiący, że muszę ocalić brata, i Eliasa, przysięgającego, że mi w tym pomoże. Reszta to pobożne życzenia i nadzieja, czyli najbardziej kruche rzeczy na świecie.

"Nie wystarczy. To nie wystarczy". Wiatr szarpie moje włosy, chłodniejszy, niż powinien być o tej porze roku. Elias znika na dziedzińcu magazynu. Nerwy mam napięte do granic i chociaż oddycham głęboko, czuję, jakbym nie wciągała do płuc dość powietrza. "No już! No!" Oczekiwanie na jego sygnał mnie wykańcza.

Potem go słyszę: gwiżdże tak szybko, że przez sekundę wydaje mi się, że się pomyliłam. Więcej, mam taką nadzieję. Ale po chwili odzywa się znów.

Trzy szybkie gwizdy, ostre, gwałtowne i ostrzegawcze.

Komendantka nas znalazła.

 

 

 

 

 

 

 

 

Spis treści

 

 

 

 

CZĘŚĆ I - UCIECZKA

I: Laia

II: Elias

III: Laia

IV: Elias

V: Helene

VI: Laia

VII: Elias

VIII: Helene

IX: Laia

X: Elias

XI: Helene

XII: Laia

XIII: Elias

XIV: Helene

XV: Laia

XVI: Elias

XVII: Laia

XVIII: Elias

XIX: Helene

XX: Laia

XXI: Elias

XXII: Laia

XXIII: Elias

XXIV: Helene

 

CZĘŚĆ II - NA PÓŁNOCY

XXV: Elias

XXVI: Helene

XXVII: Laia

XXVIII: Helene

XXIX: Laia

XXX: Elias

XXXI: Helene

XXXII: Laia

 

CZĘŚĆ III - MROCZNE WIĘZIENIE

XXXIII: Elias

XXXIV: Helene

XXXV: Laia

XXXVI: Elias

XXXVII: Laia

XXXVIII: Elias

XXXIX: Helene

XL: Laia

XLI: Elias

XLII: Helene

XLIII: Laia

XLIV: Elias

XLV: Laia

 

CZĘŚĆ IV - ZNISZCZONA

XLVI: Elias

XLVII: Helene

XLVIII: Laia

XLIX: Elias

L: Helene

LI: Laia

LII: Elias

LIII: Helene

LIV: Laia

LV: Elias

LVI: Helene

LVII: Laia

 

Podziękowania