I: Laia
Jak to możliwe, że znaleźli nas tak szybko?
Katakumby za mną grzmią echem wściekłych okrzyków oraz zgrzytu metalu. Zerkam ku uśmiechniętym czaszkom i wydaje mi się, że słyszę głosy zmarłych.
"Umykaj szybko, umykaj rączo - wydają się do mnie syczeć. - Chyba że chcesz do nas dołączyć!"
- Prędzej, Laiu - odzywa się mój przewodnik. Jego zbroja błyszczy przede mną, kiedy szybkim krokiem podąża przez korytarze. - Jeśli się pospieszymy, zdołamy ich zgubić. Znam tunel, którym da się uciec z miasta. Jak z niego wyjdziemy, będziemy bezpieczni.
Słyszymy za plecami skrzypnięcie i oto przewodnik ogląda się ponad moim ramieniem. Jego dłoń rozmazuje się w złotobrązową smugę, sięgając błyskawicznie ku rękojeści skimy przewieszonej przez plecy.
Prosty ruch, złowrogi i zwinny, przypomina mi, kim jest. To Elias Veturius, spadkobierca jednego z najznakomitszych rodów w kraju, były Zamaskowany, żołnierz elitarnej formacji Imperium Marsyjskiego. Do tego mój sprzymierzeniec, jedyna osoba, która jest w stanie mi pomóc ocalić Darina, mojego brata, z osławionego marsyjskiego więzienia.
W mgnieniu oka mija mnie, a w następnej chwili osłania od źródła dźwięku, poruszając się z nienaturalną gracją jak na kogoś tak wielkiego. Puls łomocze mi w uszach. Uratowałam Eliasa, przy okazji niemal obracając w ruinę Akademię Czarnego Stoku, teraz jednak cała euforia powoli znika. Siepacze Imperium ruszyli za nami w pogoń; jeśli nas schwytają, umrzemy.
Koszulę mam mokrą od potu, lecz mimo smrodliwego gorąca panującego w tunelach przeszywa mnie dreszcz, a włosy na karku stają mi dęba. Wydaje mi się, że słyszę warczenie przebiegłej, głodnej bestii.
"Szybciej! - wrzeszczy mój instynkt. - Uciekaj stąd!"
- Eliasie... - szepczę, ale on tylko muska palcem moje usta, nakazując mi milczenie, i wyciąga nóż spośród kilku tkwiących za skórzanym pasem na piersi.
Dobywam sztyletu i próbuję usłyszeć coś poza syczeniem tarantul i własnym oddechem. Mrowienie towarzyszące uczuciu, że jestem obserwowana, powoli znika, zastępuje je jednak coś gorszego: woń smoły płonących pochodni oraz coraz bliższe głosy.
Żołnierze Imperium.
Elias dotyka mojego ramienia i wskazuje swoje stopy, a potem moje, wyraźnie dając do zrozumienia: "Stawiaj kroki tam, gdzie ja". Idę w jego ślady, tak ostrożnie, że obawiam się głośniej oddychać; odwraca się i zwinnie rusza przed siebie, byle dalej od gwaru głosów.
Docieramy do rozwidlenia i skręcamy w prawo. Elias wskazuje ruchem głowy głęboki, niski otwór w ścianie. Za nim znajduje się pusta przestrzeń, jeśli nie liczyć leżącego na boku kamiennego sarkofagu.
- Do środka - szepcze. - A potem do końca.
Wślizguję się do krypty, powstrzymując drżenie, kiedy siedząca na ścianie tarantula głośno syczy. Na plecach zwisa mi skima wykuta przez Darina, a jej rękojeść brzęczy głośno o kamień. "Przestań się wiercić, Laiu - przykazuję sobie. - Bez względu na to, co się czai w ciemności".
Elias przemyka za mną do krypty, pochylając się przy tym mocno. Nasze ramiona ocierają się o siebie w ciasnej przestrzeni. Chłopak wciąga gwałtownie powietrze, a kiedy podnoszę wzrok, widzę, że patrzy w kierunku tunelu.
Mimo przyćmionego światła jego szare oczy i ostra linia szczęki robią odpowiednie wrażenie. Czuję, jak coś mnie kłuje w brzuchu; nie przywykłam do widoku jego twarzy. Zaledwie godzinę temu, kiedy uciekliśmy przed niszczącymi eksplozjami w Czarnym Stoku, jego rysy skrywała srebrna maska.
Przechyla głowę, nasłuchując zbliżających się żołnierzy. Nadchodzą szybko, a ich głosy odbijają się echem od ścian jak urywane krzyki drapieżnych ptaków.
- ...jeżeli chłopak ma choćby resztkę rozumu, poszli na południe.
- Gdyby miał dobrze poukładane w głowie - odzywa się inny - to zaliczyłby Czwartą Próbę i nie zostalibyśmy z tym plebejskim ścierwem na cesarskim tronie.
Wchodzą do naszego korytarza i jeden z nich wsuwa latarnię do krypty naprzeciwko.
- Płonące piekła! - Wzdryga się i odsuwa na widok tego, co się w niej czai.
Teraz nasza krypta. Mój żołądek kurczy się boleśnie, a dłoń na sztylecie dygocze.
Elias tuż obok wysuwa kolejne ostrze z pochwy. Ramiona ma luźne, a ręce obejmują swobodnie rękojeści noży, ale kiedy dostrzegam jego twarz z nastroszonymi brwiami i zaciśniętymi ustami, serce mi staje. Łapie moje spojrzenie i przez chwilę dostrzegam na jego twarzy ból. Nie chce zabijać tych ludzi.
Jeśli jednak nas dostrzegą, zaalarmują pozostałych strażników i za chwilę będziemy mieli tu pełno żołnierzy Imperium. Ściskam przedramię Eliasa, a on naciąga kaptur na głowę i ukrywa twarz pod czarną chustą.
Żołnierz zbliża się, tupiąc ciężko. Czuję już jego zapach: pot, żelazo i brud. Mój towarzysz zaciska dłonie na nożach. Cały się spręża, jak żbik tuż przed atakiem. Zaciskam dłoń na bransolecie, podarunku od matki. Znajomy wzór pod palcami mnie uspokaja.
Pomocniczy jest tuż przed wejściem do krypty. Unosi latarnię...
Nagle z głębi korytarza dociera głośny łomot. Obaj prześladowcy się odwracają, dobywają broni i spieszą w stronę źródła dźwięku. W ciągu kilku sekund światło ich latarni niknie, a tupot słabnie.
Elias wypuszcza wstrzymywany oddech.
- Chodź - mówi. - Jeżeli ten patrol przeczesuje okolicę, za chwilę pojawią się kolejne. Musimy się dostać do tunelu, o którym mówiłem.
Opuszczamy kryptę, a przez korytarze przetacza się niski grzmot, od którego wszystko się trzęsie. Ze sklepienia prószy pył, kości i czaszki lądują z grzechotem na posadzce. Potykam się, lecz Elias chwyta mnie za ramię, przyciska do ściany, a potem sam przywiera do niej obok. Krypta pozostaje nietknięta, ale sufit w korytarzu trzeszczy złowróżbnie.
- Cóż to było, na niebiosa?
- Coś jakby trzęsienie ziemi. - Elias odsuwa się od muru i zerka w górę. - Tyle że w Serze takie się nie zdarzają.
Teraz mkniemy przez katakumby jeszcze szybciej. Z każdym krokiem spodziewam się usłyszeć kolejny patrol lub dostrzec płonące gdzieś daleko pochodnie.
Kiedy Elias się zatrzymuje, robi to tak nagle, że wpadam na niego, odbijając się od szerokich pleców chłopaka. Stoimy na progu okrągłej komory pogrzebowej o niskim sklepieniu. Przed nami odchodzą z niej dwa korytarze: w jednym migoczą na skraju widoczności pochodnie. Ściany komory usiane są wylotami krypt, przy każdej zaś stoi kamienny posąg zbrojnego. Spod hełmów gapią się na nas nagie czaszki. Trzęsę się na ten widok i przysuwam do towarzysza.
On jednak nie patrzy na krypty, czy korytarze, ani odległe pochodnie.
Spogląda na dziecko stojące pośrodku komory.
Dziewczynka ma obszarpany strój i przyciska dłoń do krwawiącej rany w boku. Jej delikatne rysy świadczą o pochodzeniu spośród Uczonych, lecz kiedy próbuję zerknąć jej w oczy, opuszcza głowę, a ciemne włosy opadają na twarz. Biedactwo. Łzy żłobią sobie ścieżki po brudnych policzkach.
- Do dziesięciu piekieł, robi się tu tłoczno - mruczy Elias. Stawia krok ku dziewczynce, tak jakby miał do czynienia z przestraszonym zwierzątkiem. - Nie powinno cię tu być, kochanie - mówi łagodnie. - Jesteś sama?
Spod burzy włosów wydobywa się cichutkie łkanie.
- Pomóż mi - szepcze mała.
- Pokaż mi tę ranę. Mogę ją zabandażować. - Elias przyklęka, by nawiązać lepszy kontakt z dzieckiem. Tak samo robił mój dziadek z najmłodszymi pacjentami. Dziewczynka odsuwa się od mojego towarzysza i patrzy na mnie.
Podchodzę, chociaż instynkt każe mi zachować ostrożność. Mała nas obserwuje.
- Hej, słonko, powiedz mi, jak się nazywasz.
- Pomóż mi - powtarza. Wciąż unika mojego wzroku, a ja znów czuję mrowienie na skórze. Potem jednak przychodzi mi do głowy, że została paskudnie potraktowana, zapewne przez ludzi Imperium, a teraz stoi naprzeciwko uzbrojonego po zęby Marsyjczyka. Musi być przerażona.
Dziecko cofa się nieznacznie, a ja spoglądam w głąb korytarza, na końcu którego widać pochodnie. Ich światło oznacza, że wciąż jesteśmy na terytorium Imperium. To tylko kwestia czasu, kiedy zawędrują tu żołnierze.
- Eliasie... - Kiwam głową w kierunku świateł. - Nie mamy czasu. Żołnierze...
- Nie możemy jej tu tak zostawić. - Widać, że ma wyrzuty sumienia. Ciąży mu utrata przyjaciół podczas Trzeciej Próby i nie chciałby być odpowiedzialny za śmierć kolejnej osoby. A tak by się stało, gdybyśmy zostawili tu dziewczynkę samą, by zmarła od ran. - Masz w mieście rodzinę? - pyta ją Elias. - Czy potrzebujesz...
- Srebra. - Mała przechyla głowę. - Potrzebuję srebra.
Mój towarzysz unosi wysoko brwi. Nie mam mu tego za złe, ja też się nie spodziewałam takiej odpowiedzi.
- Srebra? - odzywam się. - Nie mamy...
- Srebro. - Dziewczynka przesuwa się w bok niczym krab. Wydaje mi się, że widzę zbyt szybki błysk oka pomiędzy opadającymi włosami. To dziwne... - Monety. Broń. Ozdoby.
Zerka na moją szyję, oczy, nadgarstki... i to spojrzenie ją zdradza.
Gapię się na dwie smolistoczarne kule zastępujące jej oczy i moja dłoń wędruje w kierunku sztyletu. Elias jest już jednak przede mną, a skimy migoczą mu w dłoniach.
- Odsuń się! - warczy na dziewczynkę. Znów jest Zamaskowanym.
- Pomóż mi. - Mała pozwala, by włosy z powrotem przysłoniły jej twarz i zakłada dłonie za plecami. Wygląda teraz jak wynaturzona karykatura jęczącego dziecka. - Pomóż...
Na widok mojego niesmaku jej usta rozciągają się w sardonicznym uśmiechu, który wygląda ohydnie na jej słodkiej buzi. Warczy niskim głosem, a ja rozpoznaję gardłowy dźwięk, który słyszałam poprzednio. Wyczułam to coś, kiedy nas obserwowało wcześniej w korytarzach.
- Wiem, że masz srebro - z dziecięcego głosu stworzenia przebija wściekły głód. - Daj mi je. Potrzebuję go.
- Odejdź od nas - ostrzega Elias. - Zanim zdejmę ci głowę z ramion.
Dziewczynka, czymkolwiek jest, ignoruje chłopaka i wpatruje się we mnie.
- Nie potrzebujesz go, człowieczku, a ja mogę ci dać coś w zamian. Coś przepięknego.
- Czym jesteś? - szepczę.
Rozkłada gwałtownie ramiona, a jej dłonie lśnią dziwną, zielonkawą poświatą. Elias mknie ku niej, lecz ona unika go i zaciska palce na moim nadgarstku. Wrzeszczę, a moje ramię błyszczy przez niecałą sekundę, po czym dziewczynka zostaje odrzucona w tył. Wyje i trzyma się za dłoń tak, jakby się sparzyła. Elias pomaga mi wstać z ziemi, na którą padłam, jednocześnie ciskając w małą sztyletem, lecz ona unika ostrza, wciąż wyjąc.
- Oszustka! - Spogląda tylko na mnie i ucieka, kiedy mój towarzysz znów się na nią rzuca. - Chytruska! Pytasz, czym jestem, a czymże jesteś ty sama?
Elias uderza po raz kolejny, celując skimą w jej szyję, ale nie jest wystarczająco szybki.
- Morderca! - Stworzenie obraca się ku niemu. - Zabójca! Śmierć wcielona! Ponury żniwiarz! Dziecko, gdyby twoje grzechy były krwią, utonąłbyś w jej rzece!
Elias zatacza się w tył, widać, że jest wstrząśnięty, a tymczasem w korytarzu miga światło: ku nam zmierzają szybko trzy pochodnie.
- Żołnierze idą. - Stworzenie znów odwraca się do mnie. - Zabiję ich dla ciebie, miodooka. Zostawię z rozszarpanymi gardłami. Odciągnęłam już innych, co za wami szli, tam w korytarzu. Zrobię to znowu... jeśli dasz mi swoje srebro. On go chce. Nagrodzi nas, jeżeli mu je przyniesiemy.
"Kim, na niebiosa, jest ten "on"?" Nie pytam, w odpowiedzi podnoszę tylko sztylet.
- Głupi człowiek! - Dziewczynka zaciska pięści. - On i tak je dostanie. Znajdzie sposób. - Odwraca się ku wylotowi korytarza. - Elias Veturius! - Wzdrygam się. Wrzeszczy tak głośno, że zapewne słyszą ją nawet w Ancjum. - Elias Vetu...
Milknie, kiedy skima młodzieńca przeszywa jej serce.
- Ifryt, ifryt w grocie stoi - deklamuje Elias. Jej ciało ześlizguje się z ostrza i pada na posadzkę z łomotem, jak spory głaz. - Lubi mrok, lecz skim się boi. Stary wierszyk - wyjaśnia i chowa broń. - Jeszcze do niedawna nie wiedziałem, jaki może być przydatny.
Chwyta mnie za rękę i czmychamy w nieoświetlony korytarz. Może żołnierze jakimś cudem nie słyszeli dziewczynki? Może nas nie dostrzegli? Może, może...
Nie mamy szczęścia. Słyszę za nami krzyk i tupot obutych nóg.