01
Nasza opiekunka na obozie letnim East Texas podeszła do nas żwirową ścieżką i zadała nam pytanie, czy chcemy przyjąć do serca Jezusa. Opiekunka podchodziła do każdej z dziewcząt, więc miałam nadzieję, że zdążę wymyślić lepszą odpowiedź niż "nie". Na szczęście siedziałam na samym końcu długiego stołu, przy którym zajęłyśmy miejsca jedna obok drugiej. Opiekunka jednak nie traciła czasu.
Stanęła przed moją przyjaciółką, Jessiką, która przyjechała na obóz razem ze mną i ze sporą grupą piątoklasistek z naszej okolicy. Jessica jako jedna z nielicznych pochodziła z rodziny niebywającej na niedzielnych mszach, więc tym bardziej interesowało mnie, co będzie miała w tej sprawie do powiedzenia. Byłam pewna, że wyjdzie przed szereg i powie tej maniaczce religijnej, żeby się odczepiła.
Opiekunka, do której zwracałyśmy się, używając jej ksywki "Tippy", wzięła głęboki oddech, po czym zwróciła się do Jessiki, kładąc jej dłonie na kolanach, tuż poniżej brzegu kwiecistych szortów.
- Jessika - powiedziała. - Jessika, czy chcesz przyjąć Jezusa Chrystusa i uznać Go za twojego Pana i Zbawiciela?
Wszystkie pozostałe dziewczyny pochyliły się, słuchając uważnie. Jessica spojrzała na nas, a następnie na Tippy. Zaczęła coś mówić, ale zająknęła się tylko. Kiwnęłam głową ze współczuciem. To nie będzie łatwe.
- Ja... ja... Tak! Jestem gotowa! Chcę, by Jezus był Panem mojego życia! - krzyknęła. Pozostałe dziewczęta zaczęły piszczeć i klaskać w dłonie, po czym obskoczyły Jessikę, ściskając ją i poklepując po plecach. Po chwili wszystkie spojrzały na mnie.
- Jenny - odezwała się Tippy. Radosne piski pozostałych dziewcząt ucichły. Najwyraźniej czekały na kolejne zwycięstwo. - Spójrz mi w oczy, Jenny.
Podniosłam głowę. W oczach opiekunki dostrzegłam pełen emocji blask; widziałam, że zadrżał jej podbródek.
- Jenny, czy jesteś stuprocentowo pewna, że po śmierci pójdziesz do nieba?
- Hmm, to poważne pytanie... - próbowałam grać na czas. Wierciłam się nerwowo, czując na sobie spojrzenia pozostałych uczestniczek obozu. Choć w tej chwili nie była to dla mnie specjalna pociecha, przypomniałam sobie reklamę obozu Pine Grove, która głosiła, że nie trzeba być chrześcijaninem, by wziąć w nim udział - właściwie był to jedyny powód, dla którego moi rodzice zgodzili się mnie tu puścić. Na przyciągających wzrok ulotkach rozdawanych w szkole przez moich znajomych, widziałam tylko kolorowe zdjęcia uśmiechniętych młodych ludzi jeżdżących konno lub na nartach wodnych. Broszurka nie wspominała ani słowem o indoktrynacji religijnej.
- Czy Pan przemówił do twojego serca? - dopytywała się Tippy.
Pytanie zabrzmiało tak dziwnie i wieloznacznie, że nie wiedziałam, co mam jej odpowiedzieć. Byłam pewna, że mówiąc o "Panu" ma na myśli Jezusa, czyli gościa, który dawno temu żył na Bliskim Wschodzie, ale z drugiej strony mogła też odnosić się do Boga, który był niewidzialnym bytem i mieszkał w niebie. Niełatwo było się połapać w tajnikach tej ich mitologii. W dodatku nie miałam pojęcia, o co chodzi z tym przemawianiem do serca. Chciałam zasugerować, by na drugi raz Pan zwracał się raczej do moich uszu, ale miałam przeczucie, że to nie jest najlepszy moment na żarty.
- Och, hmmm, w zasadzie to nie jestem pewna... - zaczęłam. Odwróciłam wzrok, spoglądając ponad ramieniem Tippy na wysokie drzewo pekanowe.
- Czy chcesz być zbawiona?
- Widzisz, ja...
Opiekunka stanęła przede mną. - Jeśli nie będziesz zbawiona, nie pójdziesz do nieba. Skończysz w piekle. Na zawsze. Nie chcesz chyba iść do piekła, prawda, Jenny?
Kolejne trudne pytanie. Potrzebowałam więcej informacji o tym miejscu, żeby podjąć świadomą decyzję. Nie wierzyłam w niebo ani w piekło, ale nawet gdybym miała udawać, że wierzę, nie byłam przekonana, czy piekło na pewno jest takie złe. Kilka wierzących osób zapewniało mnie, że ja i moja rodzina z pewnością tam pójdziemy. Wszyscy zgodnie twierdzili, że to okropne miejsce, ale na razie wiedziałam tylko, że w piekle nie spotkam takich ludzi jak tamci. A to akurat by mi się podobało.
Zerknęłam na Jessikę, która oparła się o dziewczynę siedzącą obok niej. Widziałam, że jeszcze nie otrząsnęła się z emocji wzbudzonych chwilę wcześniej. Zdrajczyni.
- No, Jenny, czekamy na odpowiedź - powtórzyła Tippy. - Przyjmiesz Jezusa Chrystusa jako twego Pana i Zbawiciela?
Z chęcią bym skłamała i udzieliła takiej odpowiedzi, która zapewniłaby mi popularność, ale wiedziałam, że taka strategia może się obrócić przeciwko mnie. Obawiałam się, że Tippy zacznie mnie wypytywać o szczegóły mojego porozumienia z Jezusem, a wtedy na pewno coś poplączę. Miałam wrażenie, że koleżanki puszczają wodze wyobraźni, opowiadając o tym, jak Jezus udziela im szczegółowych wskazówek na temat życia codziennego, ale nie miałam pojęcia, czy tego typu fantazje mają jakieś granice. Czy mogę powiedzieć, że Jezus zostawił mi notatkę? Albo nagrał wiadomość na automatycznej sekretarce? Nie wiedziałam. Lepiej jednak byłoby się z tego jakoś wykręcić.
- A mogę się jeszcze zastanowić? - zapytałam niepewnie.
Jedna z dziewcząt głośno zaczerpnęła oddechu, zdumiona. Inna pokręciła głową i odwróciła głowę. Tippy nie spuszczała ze mnie wzroku. - Nigdy jeszcze nie miałam w grupie dziewczynki, która odrzuciłaby zbawienie.
Jeszcze raz próbowała mnie przekonać, zapewniając, że leży jej na sercu los mojej duszy, która miała się po wieczne czasy smażyć w ogniu piekielnym. Czułam, że na twarzy wystąpiły mi rumieńce. Było mi wstyd, ale jednocześnie czułam też coś innego: gniew. Złościłam się, bo byłam przekonana, że to opiekunka powinna się wstydzić swojego systemu wartości. Byłam dobrym człowiekiem. Tak z grubsza przynajmniej. Jasne, zdarzyło mi się kiedyś na przerwie ukradkiem wejść do klasy i wylać klej na biurko koleżanki, a później nie odezwałam się ani słowem, kiedy inny dzieciak zebrał za to burę. Ogólnie rzecz biorąc, byłam przynajmniej tak samo miła jak wszystkie inne dziewczyny siedzące przy drewnianym stole. Choć miałam zaledwie jedenaście lat, zdawałam sobie sprawę, że wiara w niewidzialne bóstwo, które wysyła miłych ludzi do piekła, nie może być powodem do dumy.
Tippy w końcu uznała, że nie mam szans na zbawienie, i oznajmiła, że czas wracać do zajęć. Na drugi dzień miała nastąpić wielka chwila Jessiki. Razem z Tippy miały zająć się tym, co konieczne do "zbawienia", a kiedy wróciły, wszyscy wyszli na zewnątrz, by uczcić świeżo upieczoną chrześcijankę. Ja nie ruszyłam się z łóżka.
Pościel była już zdjęta, bo nadszedł ostatni dzień obozu, więc leżałam na gołym gumowym materacu. Skrzypienie starego klimatyzatora zawieszonego nad oknem nie zagłuszało radosnych pisków i chichotów dobiegających sprzed domku.
Do tej pory nigdy nie określałam się sama przez pryzmat własnych poglądów na temat religii. Dorastałam w przekonaniu, że fizyczny świat dookoła nas to jedyne, co istnieje, i nigdy nie przyszło mi do głowy, że takie normalne widzenie świata potrzebuje jakiejś specjalnej nazwy. Kiedy jednak słuchałam chichotów i krzyków dziewcząt dobiegających zza zamkniętych drzwi, dotarło do mnie, że moje przekonania tak bardzo różnią się od tego, w co wierzą inni ludzie, że różnicę tę odczuję w każdym aspekcie i obszarze mojego życia. Po raz pierwszy zaszufladkowałam się, określając się jednym słowem: ateistka. To pojęcie wydawało się doskonale do mnie pasować. Poczułam, że wszystkie kawałki układanki znalazły się na swoim miejscu i po raz pierwszy od kilku dni szeroko się uśmiechnęłam.