ROZDZIAŁ 2
*
Allie Garvey
Allie pędziła pod górkę w lesie, oddychała spazmatycznie, piekły ją uda. Mieszkała niedaleko i żałowała, że nie może się zakraść do domu, a zarazem wcale nie miała na to ochoty. Jej siostra Jill zmarła latem i od tamtej pory dom zdawał się pusty i milczący.
Biegła, wymachując rękami. Gdy skończyła dziewięć lat, matka w końcu objaśniła jej chorobę siostry, która cierpiała na mukowiscydozę. Allie nie miała wówczas pojęcia, że choroba jest śmiertelna, nie znała statystyk ani średniej długości życia, ale gdy stan Jill na to pozwalał, Garveyowie jeździli do Disneylandu i na Hawaje w ramach robienia sobie prezentów. "Tworzymy wspomnienia", mawiała matka, lecz Allie nie wiedziała, jak żyć w teraźniejszości i przyszłości jednocześnie. Garveyowie uśmiechali się ile sił w chwilach radosnych, a ponieważ smutek ich nie odstępował, słodycz nierozerwalnie łączyła się z goryczą, a dobre ze złym.
Dzieciństwo Allie upływało przy wtórze kaszlu Jill, która nocą starała się go tłumić, żeby nie budzić domowników. Co rano łykała antybiotyk i wdychała beta-mimetyki. Ilekroć coś jadła, musiała brać suplementy enzymów trzustkowych, i dwa razy dziennie znosiła oklepywanie. Nigdy nie narzekała i wszyscy mówili, że jest "zuchem", "aniołem", a nawet "świętą", lecz Allie znała prawdziwą Jill, zabawną, skłonną do wygłupów i niegrzeczną. Prawdziwa Jill uwielbiała grube książki z mapami i żartowała, że będzie palić, kiedy dorośnie. Prawdziwa Jill nie była świętą, ale kimś znacznie lepszym. Starszą siostrą.
Gdy Jill umierała na zewnątrz, Allie umierała w środku. Kiedy Jill cierpiała, Allie nie mogła powstrzymać się od płaczu i szlochała w poduszkę za dwie. Najgorzej było, jak pomagała przy oklepywaniu: grzmociła siostrę w żebra, by poluzować śluz, w wyniku czego doszczętnie opadały z sił w zamian za parę łyków czegoś tak błahego jak powietrze. Powietrze. Nie widać go, a nie można bez niego żyć. Nic nie waży, a przypisujemy mu największą wagę. Jak w kiepskiej zagadce. Ba, nawet nic nie kosztuje. Wystarczy oddychać. "Weź głęboki oddech", jak to łatwo powiedzieć, ale Jill nie zaznała go w swoim życiu, które zakończyło się po siedemnastu latach, w domu.
Allie była przy tym, uczepiła się siostry jak kociak wbity pazurkami w sweter. Myśl o życiu bez Jill budziła trwogę, nie mieściła się w głowie. Bez Jill nie wiedziała, kim jest. Była nie-Jill w świecie należącym do Jill, w rodzinie, której życie toczyło się wokół choroby, terapii, potrzeb.
Nie wiedziała, jak zapełnią lukę pozostawioną przez siostrę: luka była w istocie całością, więc nie mogła zostać wypełniona. Jill zniknęła, a wraz z nią szpitalne łóżko, fotel sanitarny, nebulizatory, maski tlenowe i flakoniki z lekarstwami. A zarazem Jill była wszędzie, wisiała w powietrzu. Jej nieobecność była obecnością, dziewczyna, która nie mogła zaczerpnąć tchu, stała się powietrzem. Rodzina Garveyów oddychała Jill bez przerwy.
Na samą myśl Allie poczuła ucisk w żołądku i pot wystąpił jej na czoło. Zbliżały się eliminacje do drużyny biegowej, musiała załapać się na dodatkowe zajęcia, w przeciwnym razie nie miała szans dostać się na dobrą uczelnię. Nie śpiewała w chórze, nie grała na żadnym instrumencie, a nieśmiałość nie pozwalała jej dołączyć do kółka teatralnego. Szkolny doradca zaproponował, żeby napisała o Jill w wypracowaniu na swój temat, lecz Allie nie miała zamiaru pisać nic w stylu "moja siostra umarła, przyjmijcie mnie do Penn".
Biegła przed siebie, ciężko dysząc, na obolałych nogach. Przytyła prawie siedem kilo, została w tyle i chyba nie dogoni już pozostałych. Ostatnio tak się właśnie czuła. W tyle. Po pogrzebie miała wrócić do szkoły jak gdyby nigdy nic, ale to było niemożliwe. Inne dziewczyny miały przyjaciółki, lecz przyjaciółką Allie była Jill. Nie należała do żadnej paczki, ani do księżniczek, ani sportsmenek, palaczek, gotek, ćpunek, kujonek czy hipisek z kółka ekologicznego. Chłopcy nazywali ją Allie Smęciara; nie nadążała za nikim, wieczna młodsza siostra całego świata.
Naraz na szczycie pagórka wyrosła postać. Była to Sasha Barrow, kapitanka miejscowego klubu biegowego i jedna z najpopularniejszych dziewcząt w szkole. Wysoka, smukła i absolutnie doskonała, o wielkich, niebieskich oczach, zgrabnym nosie i bez jednego pryszcza. Miała na sobie modny podkoszulek Nike i obcisłe szorty, jak zawodowa biegaczka, w przeciwieństwie do Allie w bawełnianym T-shircie i starych spodenkach. Biegała w miejscowym klubie, aby szlifować formę do szkolnych zawodów w przełajach.
- Szybciej! - krzyknęła, opierając ręce na wąskich biodrach.
Allie przyspieszyła, ale wykręciła nogę i klapnęła na pośladki. Poczerwieniała jak burak i próbowała wstać, ale kostka bolała, więc dała za wygraną i usiadła. Na otartym kolanie pojawiły się kropelki wielkości łebków od szpilek.
- Co ty wyprawiasz?
- Przewróciłam się!
- Widzę!
To po co pytasz, wrzasnęłaby Jill. Lecz Allie się nie odezwała.
- No chodźże wreszcie!
- Biegnij beze mnie! Dam sobie radę!
- Jak ty się nazywasz? - Sasha zeszła po skarpie z rozkołysanym kucykiem. Na głowie miała szeroką, czarną opaskę; Allie nie nosiła takich, bo jej spadały.
- Allie Garvey.
- Jesteś w mojej klasie? - Sasha stanęła nad Allie.
- Tak, w drugiej grupie. I też mieszkam w Brandywine Hunt, na Percheron. - Uświadomiła sobie, że mówi rzeczy, o które jej nie pytano. Nie miała pojęcia, jak zachowywać się w obecności Sashy Barrow, która miała rzęsy pomalowane na niebiesko. Allie nie wiedziała nawet, że tusze występują w kolorach innych niż czarny.
- Ja mieszkam na Pinto.
- Wiem - odpowiedziała Allie i zaraz tego pożałowała. Wytarła czoło. Sasha się nie pociła i pachniała wanilią. Allie pociła się jak świnia i śmierdziała cellulitem.
- No jazda, wstawaj, Allie.
- Leć do pozostałych. Ja sobie poradzę.
- Spróbuj! - Na zaciśniętych wargach Sashy zalśnił różowy błyszczyk.
- I tak nie wejdę do drużyny.
- No ba.
Allie zaschło w ustach. Obecność Sashy ją tremowała. Główkowała, co powiedziałaby Jill. Jill umiała się postawić.
- Allie. Serio nie możesz wstać?
I nagle zrobiła to. Wezwała na pomoc ducha Jill i powiedziała dokładnie to, co powiedziałaby siostra.
- Gdybym mogła, tobym chyba nie siedziała na tyłku, żeby mnie mrówki żarły.
Sasha wybuchnęła śmiechem i Allie zrozumiała, że jej popularność nie wynika tylko z urody. Miała w sobie iskrę, wrodzoną pewność siebie.
- Spróbuję. - Allie zmieniła pozycję.
Nagle Sasha wskazała na coś palcem.
- Zobacz - szepnęła. - A tym co się stało?
Allie odwróciła głowę i ujrzała dwóch chłopców w białych koszulkach tenisowych, kopiących pod drzewem o wygiętym pniu, u stóp wzgórza. Liście zasłaniały widok, ale od razu rozpoznała Davida Hybrinskiego. Był obłędny, miał cudny uśmiech, mimo że nigdy nie nosił aparatu. Gęste włosy układały się w rudobrązowe kędziory, a wzrost i atletyczna budowa sprawiały, że wyglądał na starszego. Widywała go na kortach, gdy Jill chodziła na pływanie, które miało zwiększyć pojemność płuc. Gdy piłka wylatywała za płot, wołał do dzieci: "pomóżcie, proszę", a one przynosiły ją jak pieski.
- Co to za chłopak z Davidem? - zapytała szeptem Allie.
- Julian Browne. Mieszka naprzeciwko mnie, ale chodzi do luteranów. - Oczy jej rozbłysły. - Zróbmy im kawał.
- Co? - zdziwiła się Allie, lecz Sasha już przyłożyła ręce do ust.
- Hej, wy tam! Ręce do góry, policja! Jesteście aresztowani!
Zaskoczeni chłopcy zadarli głowy, po czym z ulgą wybuchnęli śmiechem, który poniósł się po cichym lesie. Sasha objęła Allie i pomogła jej wstać. Ruszyły w dół i Allie ukradkiem poprawiła włosy, choć na spotkanie z Davidem Hybrinskim wybrałaby zgoła inne okoliczności. Podkład spłynął jej z twarzy, a długie, brązowe loki się napuszyły. Dobrze chociaż, że nie nosiła już aparatu i miała ładne oczy, ale chłopcy nie interesują się oczami. Obciągnęła wilgotną koszulkę, żeby David nie widział sadła, które nadawało pępkowi kształt litery O, jakby krzyczał: "patrzcie, jaka jestem gruba!".
- Co robicie?! - krzyknęła Sasha, kiedy podeszły bliżej.
- Nic! - Julian był niższy od Davida i przystojny na wymuskaną modłę, miał piwne oczy, zgrabny nos i małe usta o wąskich wargach, a włosy proste, brązowe i lśniące. Biała koszulka z napisem OBÓZ SPORTOWY CRT podkreślała jego szczupłą sylwetkę. Zasłonił to, co wykopali, po czym wyprostował się w chwili, gdy dziewczęta dotarły na dół.
- Co jest grane? - Sasha puściła Allie, a chłopcy stanęli obok siebie. Ich rowery i plecaki leżały nieopodal na ziemi.
- Już ci mówiłem, że nic - odparł Julian z chytrym uśmieszkiem.
- Wykopujemy skarby - dorzucił David. - Złote dukaty.
- No weź. - Sasha zrobiła krok w ich stronę. - Gadajcie.
David zauważył Allie i się uśmiechnął.
- Znam cię. Jesteś w drugiej grupie.
- Tak, i też mieszkam na osiedlu. - Allie nie mogła uwierzyć, że David Hybrinski ją kojarzy. Poczuła się wyróżniona, w dodatku był taki grzeczny, zachowywał się jak prawdziwy dżentelmen. Z bliska jego oczy miały odcień czekolady.
Sasha machnęła ręką na drugiego chłopca.
- Julian, gdzie twoje maniery? Przedstaw się Allie Garvey.
- Julian Browne. - Chłopak błysnął szerokim uśmiechem i Allie zadała sobie w duchu pytanie, czy wszyscy członkowie szkolnej elity to szerokie uśmiechy zawieszone w powietrzu, jak Kot z Alicji w Krainie Czarów, którą Jill czytała jej w dzieciństwie.
Julian wciąż się szczerzył.
- Nie wiem, czy umiesz dochować tajemnicy, Sasha.
- No przecież. - Sasha prychnęła. - A jeśli mi nie powiesz, o co chodzi, sama pójdę i to wykopię.
David zwrócił się do Allie:
- Potrafisz dochować tajemnicy?
- Tak. - Allie starała się ukryć ekscytację, że David z nią rozmawia.
- No dobra. Chodźcie zobaczyć. - Julian przesunął plecak, kucnął i rękami zaczął rozgarniać ziemię. - Robiłem projekt na fakultet ekologiczny. Rozpoznawanie kwiatów polnych. Szukałem dzwonków.
- Dzwonków? - powtórzyła Sasha.
- Takie niebieskie kwiatki. - Julian nie przerywał kopania. - Coś jak chabry albo niezapominajki.
- Musicie to robić latem? Nie wiedziałam, że w szkole prywatnej są takie zwyczaje. - Sasha się skrzywiła, lecz Allie nie widziała nic złego w szkołach prywatnych. Rodzice chcieli posłać Jill do jednej z nich, ale skończyło się na prywatnych nauczycielach, dzięki czemu Allie liznęła trochę francuskiego. Pękały ze śmiechu, powtarzając sobie niektóre zdania.
Julian kopał dalej.
- Mama mówiła, żebym poszukał dzwonków w lesie. Oczywiście to nie jest prawdziwy las. Musieliśmy zostawić trochę drzew, inaczej miasto nie dałoby zgody na budowę.
- Tata Juliana zbudował to osiedle - powiedziała Sasha do Allie.
- Jego firma zbudowała - uściślił Julian. - Browne Land Management.
Allie była pod wrażeniem. Jej ojciec był ortodontą w Exton, wszyscy znali go po prostu jako doktora Garveya. Nie dawało mu spokoju, że skończył tylko stomatologię. Kiedy w ich hotelu w Orlando wezwano go do jednego z gości, musiał przyznać, że nie jest lekarzem medycyny.
- Zauważyłem dzwonki pod tym drzewem. Zacząłem robić zdjęcia i zobaczyłem papier wystający z ziemi. - Julian skończył kopać i chłopcy odsunęli się od jamy w ziemi, ukazując gazetę, w którą coś było zawinięte. Odwinęli to jak prezent i zawartość okazała się pistoletem.
Allie z wrażenia aż zabrakło powietrza, zakryła dłonią usta.
- Rany! - krzyknęła Sasha. - Mogę?
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI