ŚMIERĆ I DZIEWCZYNA
Cmentarz Staglieno, Genua, Włochy, 1997
Nie wiem, dlaczego Genua znalazła się na
naszej trasie. To było w latach dziewięćdziesiątych, moja matka
zgromadziła pieniądze na pierwszą podróż do Europy i wzięła mnie ze
sobą. Wymogłam na niej kilka przystanków, ale Genui na tej liście nie
było. We Włoszech koniecznie chciałam odwiedzić Bomarzo: nie mogłam
przegapić opisanego w powieści Mujiki Láineza Parku Potworów. I zobaczyłam go, przeszłam przez ogromną paszczę orka i zabrałam kamyk dla
mojego najlepszego przyjaciela. Kolejnym obowiązkowym punktem była
Wenecja, przede wszystkim ze względu na Byrona i jego wersy I stood in
Venice, on the Bridge of Sighs, / A palace and a prison on each hand
("Na moście westchnień, we weneckim grodzie / Stałem, tu pałac mając, tu
więzienie")1 z Wędrówek Childe Harolda; ze względu na
Tadzia i na zarazę, a także na zalane zaułki.
Cmentarza Staglieno nie było wśród przystanków, które tak obsesyjnie
planowałam. Owszem, wiedziałam o jego istnieniu. Wiedziałam, że jego
efektowne grobowce zdobią okładkę płyty Closer i singla Love Will
Tear Us Apart grupy Joy Division. Ale nigdy nie lubiłam Joy Division i choć groby na okładkach były przepiękne, to nie czułam potrzeby, by
zobaczyć je w trakcie podróży.
Kiedy na naszej trasie pojawiła się Genua, Staglieno stało się moją nową
obsesją. Nie miałam o nim zbyt wielu informacji. Wtedy jeszcze nie byłam
koneserką cmentarzy. Przemierzyłam wzdłuż i wszerz usiany piramidami i sfinksami cmentarz w La Placie (pełno tam masonów), całkiem dobrze
poznałam Recoletę, zanim jeszcze stała się atrakcją turystyczną i swego
rodzaju opustoszałym miastem szarych grobowców, zanim turyści
zakorkowali alejkę, przy której znajduje się grób Evy Duarte, i zanim
pojawiły się książki o cmentarnych ciekawostkach, pomnikach i z anegdotami o ludziach pogrzebanych żywcem. Podczas tych spacerów po
Recolecie wybrałam grób dla siebie: jako biedaczka z przedmieść nie mam
szans, by mnie tam pochowano (nie jestem na tyle wysoko urodzona ani aż
tak sławna), ale chciałabym, żeby moi przyjaciele -?jeśli jeszcze jacyś
zostaną przy mnie do śmierci -?rozsypali moje prochy w grobie Mendozy
Paza, założyciela Stowarzyszenia Ochrony Zwierząt. Ma kształt ostro
zakończonej piramidy, bez krzyży i innych chrześcijańskich symboli.
Widnieje na nim napis: "Nic tu nie ma. Tylko kurz i prochy. Nic".
Prowadzą do niego żelazne drzwi z prętami. Rozsypanie prochów nie sprawi
tam trudności. To będzie mój grób, jeśli tylko moi przyjaciele będą na
tyle odważni, by wypełnić moją wolę.
Tamte spacery były przyjemne. Ale to właśnie Staglieno wznieciło moją
miłość do cmentarzy. I cóż to była za niespodzianka. W 1997 roku działał
już internet, ale nie w takiej formie jak dzisiaj: nie można było
googlować obrazów i buszować po wszystkich zakamarkach nekropolii.
Staglieno sprowadzało się do smakowitej nazwy, fotografii w broszurce
turystycznej, słów Marka Twaina, do miejsca pochówku Constance Lloyd,
wdowy po Oscarze Wildzie, do koszmarnej jakości zdjęć na niszowych
portalach dla gotów. Nasz napięty grafik przewidywał, że w Genui
spędzimy dwie noce. Jedno popołudnie musiało być przeznaczone na
Staglieno; padło na to drugie. Włożyłam kliszę do nowego aparatu,
którego nie umiałam jeszcze dobrze obsługiwać.
Pierwszego wieczoru, po całym dniu spędzonym na spacerach, zwiedzaniu
kościołów i pałaców, zjadłyśmy z mamą pizzę i postanowiłyśmy pójść na
kolejny spacer po turystycznej dzielnicy Strade Nuove, w której znajduje
się ponad czterdzieści pałaców, fenomenalnych Palazzi dei Rolli. To
wydarzyło się właśnie tam, choć czasami we wspomnieniach przywołuję tę
scenę przy Galerii Uffizi we Florencji. Nie wiem, czemu tak się dzieje,
bo jestem pewna, że Enzo grał na skrzypcach na świeżym powietrzu, bez
zadaszenia nad głową. Ludzie wrzucali mu monety do futerału wyściełanego
czerwoną podszewką. Nie był egzaltowany, jak to mają w zwyczaju uliczni
artyści, a w szczególności skrzypkowie. Pamiętam dokładnie, że grał z pełną powagą, unosząc jedynie brew i uśmiechając się nabożnie, ale był
powściągliwy i skupiony, bez krzty dramatyzmu czy teatralności.
Pamiętam, że matka powiedziała, że jest całkiem dobry. Grał zwyczajowy
repertuar: Bacha, kaprysy Paganiniego, koncerty Mozarta. W przeciwieństwie do większości swoich rówieśników żyjących w latach
dziewięćdziesiątych, a już szczególnie we Włoszech, nosił krótkie włosy.
Był wysoki, ubrany w czarny garnitur przypominający całun: stary, nieco
przybrudzony. Pod marynarką miał białą koszulę, cienką, niemal
przezroczystą. Poły marynarki były rozchylone.
Moja matka po wysłuchaniu dwóch utworów chciała wrócić do hotelu, była
zmęczona. Powiedziałam jej, że zostanę jeszcze chwilę. Usiadłam wśród
tłumu, który zebrał się wokół skrzypka, i tkwiłam tam tak długo, aż mnie
zauważył, uśmiechnął się i ukłonił; klaskałam po każdym numerze.
Nigdy wcześniej nie spotkałam chłopca stworzonego wprost dla mnie. Kiedy
opowiadałam o nim po powrocie, zawsze podkreślałam -?przede wszystkim
moim koleżankom mówiącym rzeczy dla mnie niepojęte, jak na przykład, że
podobają im się brzydale albo że wolą facetów bez szyi, męskich,
umięśnionych, szerokich -?że Enzo był dla mnie najcudowniejszym
stworzeniem, jakie kiedykolwiek widziałam, zgodnie z moim pojęciem
piękna, nieoczywistym, bladym i elastycznym, mrocznym i sinym, bliskim
śmierci, a jednak wesołym, bardziej podobnym do zmierzchu niż nocy.
Kiedy zakończył występ -?zostały przy nim trzy, może cztery osoby -
podeszłam, by mu pogratulować i wyjawić, że nie mówię po włosku. Spytał,
jakim językiem się posługuję. Angielskim i hiszpańskim, odparłam.
Powiedział, że jego matka jest Angielką, a ojciec Włochem, i że możemy
rozmawiać po angielsku.
Włoski Anglik, pomyślałam, stwór Mary Shelley i Byrona. A jednak Enzo
odwiedził Anglię ledwie kilka razy i nie chciał zdradzić zbyt wiele o swojej rodzinie. Powiedział, że jest głodny. Odparłam, że zapraszam go
na kolację, że mam pieniądze. Zgodził się. Był śmiały i bezwstydny,
chodził bardzo cicho i przewyższał mnie o dwie głowy. Powiedziałam, że
raczej podobają mi się chłopcy z długimi włosami (znak czasów!, teraz
już mi przeszło), ale że dla niego zrobię wyjątek. On na to, że długie
włosy u skrzypka są głupotą, bo zachodzą na oczy i zaplątują się w struny; że żenują go uliczni skrzypkowie, którzy trzepią zapoconymi
strąkami, wyobrażając sobie, że są drugim Paganinim.
Zapamiętałam cienie pod oczami i błękitne źrenice w policyjnym świetle
pizzerii, i że kelner puścił do niego oko. Włoszki są przepiękne, ale ja
miałam wtedy dwadzieścia pięć lat i byłam ubrana w fioletową sukienkę na
srebrnych ramiączkach, którą kupiłam na ulicznym targu. Wyrzuciłam ją
niecały rok temu, gdy pozbyłam się całej masy ubrań, do których miałam
ogromny sentyment. Teraz mogłabym ją używać co najwyżej jako koszulkę, i to dość krótką.
Enzo zaprosił mnie na spacer po porcie. Zdradził, że nie może zabrać
mnie do siebie: mieszkał w casa occupata, squacie, w którym wizyty
były surowo zabronione. Odparłam, że w życiu bym nie pomyślała, że
squattersi są tacy zasadniczy, i bardzo się zdziwił. Są jak żołnierze,
powiedział, bardzo rygorystyczni i zdyscyplinowani. A ty?, spytałam.
Moje dni są tam policzone, odparł; tolerują mnie, bo przynoszę jakieś
pieniądze i zajmuję miejsce po moim bracie, który przeniósł się do
Turynu.
Mieszkał z kilkoma chłopakami grywającymi w zespołach oraz z anarchistycznymi bojówkarzami. O muzykach powiedział tylko, że są
okropni i że jeśli chciałabym zostać na dłużej w Genui, to nawet niech
mi nie przychodzi do głowy się z nimi zapoznawać. Ja na to, że słucham
punka. Odparł, że Włosi nie potrafią grać punka. A Argentyńczycy?,
spytał. Odpowiedziałam, że niektórzy. Po chwili odważyliśmy się sobie
wyznać, że jeśli chodzi o rocka i gatunki pokrewne, to zdecydowanie
wolimy Anglosasów.
Opowiedziałam mu, że jego gra spodobała się mojej matce, i pamiętam
wyraźnie, że na jego twarzy odmalowało się rozgoryczenie. Mam talent,
przyznał, ale już dawno temu musiałem rzucić szkołę muzyczną. Nie
zdradził dlaczego; zrozumiałam, że nie mogę go o to pytać. W porcie
przyparł mnie do ściany i pocałował. Powietrze pachniało czystym morzem;
przynajmniej tak to pamiętam, czyste morze bez rujnujących wszelkie
doznania na molo domieszek paliwa, ryb i brudu. Jego ciało pod cienką
koszulą było chłodne. Chłodne i blade. Był jak wampir, jak posąg. Jak
najcudowniejszy chłopiec na świecie.
O świcie zaprowadził mnie do hotelu. Byłam w nim zakochana. Na dodatek
był zabawny; tego się nie spodziewałam po najcudowniejszym chłopcu na
świecie. Spytał, co będę robić następnego dnia; tak naprawdę to za kilka
godzin. Nie pamiętam, co mu powiedziałam o planach na poranek. Po
południu idę na Staglieno. Na cmentarz? Tak, boisz się? Nie, odparł, po
prostu nigdy tam nie byłem; rodzina mojego ojca nie pochodzi z Genui i nikt z bliskich nie jest tam pochowany.
-?Chcesz zobaczyć groby z Joy Division?
-?Nie lubię Joy Division.
-?To świetnie. Ja też nie.
-?Ale są bardzo ładne, chciałabym je zobaczyć.
-?Wielu turystów przyjeżdża tu, żeby zobaczyć groby z Joy Division.
-?Tak myślałam. Pójdziesz ze mną?
Oczywiście, odpowiedział. Of course. Prosto z cmentarza miał pójść na
uliczne występy. Cmentarz zamykano o zachodzie słońca, gdy zaczynał się
dzień roboczy Enza. Obiecał, że przyjdzie po mnie tuż po południu i dotrzymał słowa. Pamiętam niejasno, że matka nie chciała się zgodzić, a jej argumenty wydawały mi się absurdalne. Pojechaliśmy na cmentarz
autobusem; tym razem to on płacił. Znów ubrał się w strój romantycznego
skrzypka, w czarny garnitur i białą koszulę (inną niż poprzednio,
grubszą, jeszcze bardziej zużytą), ale na nogach miał czerwone trampki.
Nie rozumiem, dlaczego nikt się za nim nie oglądał, dlaczego nikt nie
podszedł, by zaproponować mu pracę modela, by zrobić mu zdjęcie, by go
przelecieć.
On też nie uważał się za specjalną piękność. Albo tylko trochę.
Wiedział, że na niektóre, niezbyt liczne, dziewczyny działa jak wonna
trucizna; wiedział też, że gdy już uda mu się jakąś uwieść swoimi
chudymi biodrami dwunastolatka i długimi palcami kosmity, to będzie mógł
zrobić z nią, co tylko zechce.
Cimitero Monumentale di Staglieno zapiera dech w piersiach. Brama,
klasyczna imitacja Partenonu, jest dość sztampowa. Jednak po przejściu
pierwszej linii drzew -?na tym powstałym w 1851 roku cmentarzu jest
pełno roślinności; przypomina usiany rzeźbami las, trochę w stylu
paryskiego cmentarza P?re Lachaise -?naszym oczom ukazały się rzędy
pomników. Pamiętam, że Enzo powiedział po angielsku: What the fuck. Aż
się wzdrygnęłam od tego strachu, piękna i śmiechu.
Staglieno ma dwa rozległe korytarze. Nie znajdują się przy nich nisze,
tylko grobowce udekorowane pomnikami tak niezwykłymi, że pewnie nie
sposób znaleźć podobnych na żadnym innym cmentarzu. Bogate genueńskie
rodziny prowadziły między sobą prawdziwą rywalizację o to, kto będzie
miał najbardziej zachwycający, poruszający, cudowny czy zmysłowy grób.
Nie wiem, czy zobaczyłam ten grób jako pierwszy, ale z całą pewnością
zapamiętałam go najlepiej. Wtedy jeszcze nic o nim nie wiedziałam. Z czasem udało mi się znaleźć jakieś informacje. Należał do rodziny
Delmas, a autorem pomnika jest Luigi Orengo, jeden z najważniejszych
rzeźbiarzy epoki. To on wykonał na zamówienie znajdującą się na
Recolecie rzeźbę stróża Alleno, który zgromadził pieniądze, by jego
nagrobek wykonał najlepszy z najlepszych. Chciał spocząć w spokoju na
luksusowym cmentarzu, którego pilnował przez całe życie.
Na nagrobku z 1909 roku znajduje się inskrypcja po francusku: Et rose,
elle a vécu ce que vivent les roses, l'espace d'un matin ("Będąc
różą, przeżyła tyle, co kwiat róży: poranka krótkie
mgnienie")2. Nieboszczką była dwudziestopięcioletnia Maria
Francesca Delmas. Na pomniku jest naga, z odkrytymi przepięknymi i młodziutkimi piersiami, ma zamknięte oczy; mężczyzna lekko ją unosi, jak
gdyby spała lub straciła przytomność. On jest młody, całuje jej włosy,
jedną ręką ujmuje pod kolanami, jakby chciał ją podnieść. To ich ostatni
pocałunek. Tak zresztą nazywa się ten pomnik. Mężczyzna był jej
kochankiem. Albo może to śmierć była zakochana.
Ileż tam było co najmniej dwuznacznych rzeźb, a ile nekrofilii. Jak
choćby na grobie Raffaelego Pienoviego, "zamożnego kupca, wzoru cnót
wszelakich". Zmarły leży w łóżku przykryty całunem; wdowa pochyla się
nad łożem śmierci, unosi całun, aby spojrzeć mu w niewidoczną dla nas,
obserwatorów, twarz. Kobieta uchyla rąbka tajemnicy śmierci, ale mamy
wrażenie, że robi to ukradkiem, aby nie nakryli jej zaproszeni na
czuwanie goście. Że to sekretna schadzka z mężem, że chce go jeszcze raz
pocałować, złożyć kolejny ostatni pocałunek, a my widzimy ją na chwilę
przed nim. Ta wielka marmurowa rzeźba autorstwa Giovanniego Battisty
Villi jest tak realistyczna, że obecność śmierci staje się wręcz
namacalna. Robiłam zdjęcia wszystkim napotykanym grobowcom. Enzo spytał,
czy mam wystarczająco dużo filmów -?było to dość istotne w epoce sprzed
aparatów cyfrowych -?a ja odpowiedziałam, że tak.
Kiedy dotarliśmy do grobu rodziny Oneto, Enzo mnie pocałował. Tuż obok
Anioła Zmartwychwstania stworzonego dla prezesa Banca Generale. Tak
właściwie to anielicy z długimi lokami, trzymającej w ręce trąbkę, o nieco kapryśnym spojrzeniu i apetycznym ciele owiniętym w przezroczystą
tunikę. Sama nie wiem dlaczego, ale byłam pewna, że ten anioł jest
mężczyzną. Czy to przez podobieństwo do Enza? Teraz, po latach,
podobieństwo zniknęło. To kobieta, bo ma krągłości, choć przecież anioły
nie mają płci. I ten -?jak wszystkie pozostałe -?również jest
androginiczny. Wyraźnie zmysłowy i pewny siebie, choć okrywa się z fałszywą skromnością.
Wiele lat później dowiedziałam się, że bijący od niego erotyzm (rzeźba
powstała w 1917 roku) siał zgorszenie wśród jemu współczesnych, ale
zarazem był tak fascynujący, że jego repliki znajdują się obecnie na
wielu cmentarzach. Znalazłam je w Limie i we Frankfurcie, a zawsze, gdy
go widzę, przypominam sobie palce Enza wplątane w ramiączka mojej
czarnej sukienki. Wybrałam ją, bo choć była bardzo krótka i koszmarnie
obcisła, kolorem najbardziej pasowała mi do okazji; założyłam do niej
buty All Star, też czarne. Kiedy dotarliśmy do Anioła Monteverdego, Enzo
nie miał już na sobie marynarki: schował ją do plecaka, w którym nosił
skrzypce.
Ruszyliśmy dalej. Oglądaliśmy kolejne przejawy cierpienia, tak samo
niestosowne, choć już mniej zmysłowe. Zakonnica z umierającym dzieckiem
na rękach, wznosząca błagania o ukrócenie jego mąk. Dwóch niewysokich
mężczyzn w za dużych marynarkach i bez kapeluszy wymaganych przez
żałobną kindersztubę, stojących przy wejściu do grobu i podtrzymujących
się nawzajem w cierpieniu. Naturalnej wielkości. Nie rozumiem, dlaczego
nie miałem o tym pojęcia, powiedział Enzo. Spytałam: Nikt nie mówi o tym
cmentarzu? Jasne, że mówią, odparł, ale nigdy nie zwracałem na to uwagi.
-?Nie wychowałem się w Genui.
-?Ach, nie? To gdzie?
-?W Bolonii. Mój ojciec jest profesorem na uniwersytecie. Rodzice
mieszkają w Bolonii. Ja podróżuję.
To wszystko, co chciał mi powiedzieć. Pewnie powiedziałby więcej, ale
przecież spędziliśmy ze sobą mniej niż dziesięć godzin, a on nie był
szczególnie rozmowny. Albo to ja byłam zbyt gadatliwa.
Kolejna naga kobieta, w stylu art nouveau, z włosami ułożonymi jak w latach dwudziestych, skulona, obejmująca się za ramiona, z wzrokiem
wbitym w położoną na krzyżu czaszkę. Kucająca kobieta o ogromnym biuście
i błyszczących oczach, z liściem laurowym we włosach. Stojąca na grobie
baba z piekła rodem. Grób rodziny Canale z prześliczną śpiącą dziewczyną
o długich rozrzuconych na poduszce włosach i anielicą śmierci, znów
kobietą -?z opaską na głowie -?która w pośpiechu chce ją zabrać; w jej
pełnym litości spojrzeniu kryje się lesbijska ciekawość. A na grobie
rodziny Fassio przepiękne, szczupłe i smukłe zwłoki owinięte w całun.
Nie pamiętam kolejności grobów. Mogłabym ją odtworzyć, bo łatwo zdobyć
przewodniki po Staglieno. Pragnę jednak zachować w pamięci ten chaos. La
Nocciolina (sprzedawczyni orzechów) była kobietą z ludu, biedną i pracowitą, która handlując kasztanami i słodyczami, oszczędzała grosz do
grosza, by postawiono jej pomnik wśród bogaczy. Teraz Caterina
Campodonico stoi tam na piedestale, z koszykiem w dłoni, dumna. Na
płycie nagrobnej wyryto modlitwę w jej dialekcie. Enzo odczytał mi ją, a gdy doszedł do fragmentu, w którym sprzedawczyni prosiła o pacierz za
jej duszę, nagle zamilkł. Obróciłam się i ujrzałam, że ma wilgotne oczy;
nie starał się tego ukryć. Caterina mówi o sobie następująco:
"Sprzedając drobiazgi przy kościołach Acquasanta, Garbo i San Cipriano,
stawiając czoło nieprzyjaznej pogodzie, zdobyłam środki, by zabezpieczyć
się na starość oraz zyskać nieśmiertelność dzięki temu pomnikowi, który
ja, Caterina Campodonico (zwana la Paesana) postawiłam sobie jeszcze za
życia". Czym sprzedawczyni kasztanów tak bardzo go poruszyła? Podał mi
rękę i ruszyliśmy wzdłuż galerii, aż natrafiliśmy na rzeźbę, której nie
mogło zabraknąć, Danse Macabre, przedstawiającą Śmierć splecioną w tańcu z młodą kobietą; średniowieczny motyw, który do dziś roztacza
romantyczną wizję obecności śmierci wśród żywych. Powiedziałam: Enzo,
powinieneś coś zagrać. Nie, pokręcił głową, przyjdą strażnicy. Ale można
by to było zrobić. W nocy.
Pewnie myślał portfelem, ale pewnie też wyobrażał sobie, jak daje krótki
koncert przed tą wysoką dorodną dziewczyną, tańczącą ze szkieletem -
okrytym całunem, co czyniło go jeszcze bardziej przerażającym -
trzymającym ją kościstą dłonią za rękę. Nigdy nie zapomnę tego tańca ze
Śmiercią odzianą w czarną maskę. To także dzieło Monteverdego, tego od
Anioła.
Przeszliśmy też koło pomnika rodziny Rimbaud, tego, który pojawia się na
okładce Closer; kolejna kobieta leżąca na grobie, zakrywająca twarz
dłonią w geście ekstatycznego bólu i orgazmu. Enzo chciał odwiedzić
zalesioną część cmentarza. Wśród roślin, drzew oraz gotyckich i klasycystycznych kapliczek odkrywaliśmy pomniki schowane w alejkach
porośniętych mchem.
Zobaczyliśmy bladą nagą kobietę, leżącą nieruchomo na czymś w rodzaju
noszy. Ilu musiało się koło niej położyć, pomyślałam; ilu szaleńców
przychodzi tu i spełnia fantazje w zupełnej ciszy. Pogładziłam
nieruchomą kobietę po dłoni. Niedaleko znajdowała się inna kobieta,
rzucona na wielki głaz; jej powyginane ciało układało się pod
najbardziej erotycznym kątem z możliwych, na boku, z jedną z niewielkich
piersi skierowaną ku niebu, a drugą przy kwiatach róży, z wyrazem
rozkoszy, a może jednak śmierci, Erosa i Tanatosa. Cóż to za
szaleństwo?, spytałam Enza, a on pokręcił głową. Pod oczami miał wielkie
sińce z niewyspania. To twoja wina, powiedział, śmiejąc się: wiedźmy,
która nie pozwala mi spać i zmusza do chodzenia po seksownych
cmentarzach. Jakiś anioł lub demon porzucił ją po miłosnych
uniesieniach, dodał. Okrążył kilka razy tę powykrzywianą kobietę z nagim
brzuchem i podwiniętą nogą, desperacko pragnącą pieszczot: kobietę z grobu rodziny Burrano.
Zobaczyliśmy kilku nestorów rodu w otoczeniu rodzin, żon, dzieci i wnuków: niektóre rzeźby były większe od innych. Zobaczyliśmy matkę
tulącą do siebie ubranie zmarłego syna. Szukałam grobu Constance Lloyd,
ale nie udało mi się go znaleźć. Weszliśmy po kamiennych, otoczonych
drzewami schodach na ukrytą w lesie ścieżkę i trafiliśmy na grobowiec
Italina Iacomellego.
Krzyknęłam, a Enzo zaklął głośno po włosku. Mały Italino bawi się
obręczą. Ma ledwie pięć lat. Zmarł 16 sierpnia 1925 roku. Tak głosi jego
nagrobek. Szaleniec zaatakował go, gdy bawił się na ulicy. Za figurą
chłopca znajdują się niewidoczne dla niego dłonie, wychodzące z ziemi,
czy też ściślej z platformy, na której ustawiony jest pomnik. Dwie
wielkie pozbawione ciała dłonie, które za chwilę go schwytają. I choć -
obecny na przykład w filmach -?motyw przebijających się przez cmentarną
ziemię rąk zawsze mnie przerażał, zbliżyłam się do zrobionego z brązu
grobu, w którym chłopiec został pochowany razem z rodzicami.
Chodźmy, powiedział Enzo. Jestem głodny. Boję się.
Zeszliśmy po schodach. Natrafiliśmy na dziewczynę tak piękną, że Enzo
znów przystanął. Leżała na kamieniu, a jej bardzo długie włosy spływały
między piersiami i zakrywały waginę. Gładziła się po włosach ze zgiętym
nad głową łokciem, całkowicie samotna.
Enzo zaprowadził mnie na drugą stronę, na gładką część grobu i uniósł
tak, bym mogła go objąć w pasie nogami. Odłożył plecak na ziemię i zaczął mnie pieścić długimi palcami. Pamiętam, że się wstydziłam, bo
majtki miałam wilgotne od potu, pamiętam te wszystkie nagie pomniki
splecione w tańcu ze Śmiercią i niebieskie oczy Enza.
Nigdy nie spytałam go o wiek. Pewnie miał nieco ponad dwadzieścia lat,
jak ja. Wszedł we mnie delikatnie, a potem stał się brutalny; moje plecy
ocierały się o kamień, a nieopodal na łożu leżała martwa naga dziewczyna
(czy kobiety po śmierci były rozbierane?), z zamkniętymi oczami; na
szczęście, bo nie widziała, jak pieprzyliśmy się cicho w poobiednim
upale, pod błękitnym niebem. Ona była tak zimna; my byliśmy tacy młodzi.
Wyszliśmy ze Staglieno, obejmując się w pasie, jak zakochani w sobie od
lat. Odprowadziłam go na miejsce, w którym miał grać koncert,
naprzeciwko pałacu. W autobusie pieścił językiem moje zadrapania na
plecach; tym razem inni pasażerowie na nas patrzyli. Z przyganą. Z zazdrością.
Kiedy skończył występ, powiedziałam mu, że muszę poinformować matkę, że
żyję (było to w czasach sprzed telefonów komórkowych) i spytałam, gdzie
spotkamy się później. Następnego dnia jechałam pociągiem do Mediolanu.
Potem, zaledwie dzień później, miałam lot do Londynu. Nie mogłam zostać
dłużej we Włoszech. Enzo nie chciał zjeść ze mną kolacji. Powiedział, że
jest zmęczony, że zarwał poprzednią noc. Ale ja wyjeżdżam!, krzyknęłam.
Pamiętam, że wrzasnęłam bardzo głośno, płacząc na słabo oświetlonej
ulicy. Jeśli chcesz, pójdę cię pożegnać na dworzec, powiedział. Kazałam
mu spierdalać i uciekłam w nadziei, że za mną pobiegnie. Nie zrobił
tego.
Dotarłam do hotelu. Moja matka właśnie wychodziła na kolację. Była zła,
że zniknęłam na tak długo. Kiedy zobaczyła, że płaczę, przestraszyła
się. Opowiedziałam jej o wszystkim, powiedziałam, żeby sobie poszła,
rzuciłam się na łóżko i płakałam, głodna jak wilk. Chciałam, żeby Enzo
wrócił skruszony, z kawałkiem zimnej pizzy. Wyobrażałam sobie, jak
zjawia się w hotelowym lobby, wysoki i blady jak rzeźby zmarłych, z kartonowym pudełkiem w jednej, a piwem w drugiej ręce, z uśmiechem na
ustach; ze skrzypcami w plecaku. Nie wrócił. Nie wrócił już nigdy. Matka
przyniosła mi połówkę zimnej pizzy, którą łapczywie pożarłam, po czym
zasnęłam, oglądając w telewizji powtórkę mającego średniowieczne
korzenie wyścigu konnego w Sienie.
-?Ten chłopak wygląda jak narkoman -?powiedziała matka, a ja znowu się
rozpłakałam.
Następnego dnia pokłóciłyśmy się na dworcu kolejowym. Nie mogłyśmy
podnieść jej walizki, ciężkiej i wypełnionej książkami, które kupiłyśmy
we Florencji, Rzymie i Wenecji. Zarzuciłam jej konsumpcjonizm.
Krzyknęłam: Jak niby mamy ją nieść za dziesięć dni, skoro już dzisiaj
się nie da? Akurat co do tego miałam rację, ale byłam niesprawiedliwa i okrutna.
Enzo, rzecz jasna, nie przyszedł na dworzec, żeby mnie pożegnać.
Przepłakałam całą drogę do Mediolanu. Moja matka do dziś myśli, że to
przez naszą kłótnię i moje odwieczne humory.
I tak właśnie zakochałam się w cmentarzach.
MALACARA
Cmentarz w Trevelin, Chubut, Argentyna, 2009
W połowie XIX wieku grupa Walijczyków
postanowiła porzucić rodzinne ziemie i osiąść w Patagonii; ściślej, w prowincji Chubut. Walia od wieków była dyskryminowana i wykorzystywana
przez Zjednoczone Królestwo; wielu jej mieszkańców uważało, że z czasem
stracą swój język, religię i tożsamość. W 1865 roku, na statku "Mimosa"
przybyła pierwsza grupa imigrantów, stu pięćdziesięciu trzech
Walijczyków: mężczyzn, kobiet i dzieci. Mimo wielu niedogodności,
począwszy od problemów z argentyńskim Kongresem, który odmówił uznania
niezależnej walijskiej kolonii, aż po wieści, że ziemie położone na
południe od Río Negro wcale nie są żyzne, zjawili się 28 lipca tegoż
roku. Na miejscu czekało ich, eufemistycznie rzecz ujmując,
rozczarowanie. Jeden z kolonizatorów napisał w liście do żony, która
pozostała w Walii: "Być może uznasz, że tutaj nie da się zaznać
szczęścia".
Przybyli zimą. Ziemia była twarda i zimna. Plaża piekielnie nieprzyjazna
(dotarli na półwysep Valdés). Żadnych domów, ludzi czy dróg. Trochę
zwierząt, głównie krów, ale nie potrafili ich doić. Nie byli rolnikami,
nie umieli zbierać pszenicy czy polować na gwanako. Ci, którzy
zaprojektowali kolonię i przybyli tam nieco wcześniej, nie wykonali
dobrej roboty. A jednak nowi osadnicy przeżyli dzięki pomocy rdzennego
ludu Patagonii, Tehuelczów, którym zrobiło się ich żal. Podarowali im
mięso i nauczyli podstaw łowiectwa i rybactwa.
Miejsce zejścia na ląd Walijczycy nazwali Puerto Madryn, a 15 września
założyli miasto -?Rawson -?i z biegiem lat zbudowali systemy nawadniania
i nauczyli się zbierać plony, przez co przybyło tam więcej osadników.
Następnie założyli Gaiman, najważniejszą kolonię walijską w argentyńskiej Patagonii.
To właśnie tam, w Gaiman, w 1885 roku odbyło się kluczowe spotkanie.
Walijczycy wysłali list do gubernatora Chubut, Luisa Fontany, prosząc go
o pomoc w znalezieniu bardziej żyznych ziem u podnóża Andów, na których
wznieśliby nową osadę. Potrzebowali wsparcia finansowego dla ekspedycji
poprowadzonej przez doświadczonego przewodnika, Johna Daniela Evansa.
Rok wcześniej Evans stał się bohaterem spektakularnej ucieczki. Podczas
jednej z wypraw wraz z trójką przyjaciół został zaatakowany przez
rdzennych mieszkańców. Towarzysze zginęli, zamordowani: Evans przeżył,
ponieważ jego koń Malacara widowiskowo przeskoczył kanion, oddalając go
od agresorów. Miejsce tej masakry nosi nazwę Doliny Męczenników.
Ostatecznie grupa Evansa wyruszyła 16 października 1885 roku. Gdy
dotarli do bardziej przyjaznych ziem przypominających im Walię, założyli
Colonia 16 de Octubre, czyli kolonię 16 października. A nieco później
także Trevelin. Ziemie te wydawały tak świetne plony, że w czasach, gdy
nie ustalono jeszcze wszystkich granic, upomniało się o nie Chile. W 1902 roku zorganizowano plebiscyt, w którym osadnicy jednogłośnie
opowiedzieli się za pozostaniem w Argentynie. Szkoła nr 18, w której
odbył się plebiscyt -?oddalona o dziewięć kilometrów od Trevelin,
walijskiej kolonii w Andach -?stoi do dziś w świetnym stanie.
Trevelin znajduje się w pobliżu parku narodowego Los Alerces. Jest
niewielkim miastem nad rzeką Percy, o niezwykłej urodzie, w którym roi
się od róż, tulipanów i walijskich flag (zielono-czerwono-białych, z fantastycznym smokiem). Znajdują się tam dwie herbaciarnie, jedna
bardziej popularna od drugiej; w szczególności warta jest uwagi Nain
Maggie. Do niej ustawiają się długie kolejki i tam obowiązkowo trzeba
zobaczyć zdjęcia babci, której to miejsce zawdzięcza nazwę, oraz jej
białe rękawiczki z długimi jak u widma palcami, wyeksponowane w witrynce
powieszonej na ścianie, nad domowymi ciastami i słodkościami.
Cmentarz w Trevelin znajduje się na obrzeżach miasta i jest oddalony od
centrum około trzech kilometrów. W ładny dzień można tam pójść piechotą;
na wiodącej do niego drodze nie ma drzew, za to widać góry i rozciągające się nad horyzontem błękitne niebo. Jest stale otwarty.
Rosną tam sosny i krzewy różane, a -?czego nie widziałam wcześniej na
żadnym innym cmentarzu -?w wielu niszach i na terenach wyznaczonych pod
groby znajdują się kartki z napisem "Zarezerwowane". Są tam też
fenomenalne nagrobki w kształcie postawionych na ziemi
prostopadłościennych cementowych bloków, bez informacji o tym, kto jest
pod nimi pochowany; ewidentnie tam ktoś leży, bo u szczytu tych bloków,
czasem pokrytych mozaikami, stoją kwiaty.
Ilość Jonesów, Thomasów i Evansów przytłacza. To tutaj znajduje się grób
urodzonego w 1862 roku Johna Daniela Evansa (był bardzo młody w chwili
starcia z ludnością rdzenną w Dolinie Męczenników; swoją drogą, to
jedyna odnotowana utarczka pomiędzy Walijczykami a rdzennymi
mieszkańcami Patagonii). W swoich dziennikach Evans odnotował, że w roku
1888, podczas jednej z wypraw przez pustynię, trafił do obozu pracy w Valchecie, gdzie spotkał jednego ze swych rdzennych przyjaciół. Pisze:
Próbowali się porozumieć, mówiąc trochę po hiszpańsku, a trochę po
walijsku: Poco bara, chi?or, poco bara, chi?or ("Chleba, panie")
[...]. Początkowo go nie rozpoznałem, ale gdy zobaczyłem, jak biegnie
wzdłuż drutów, krzycząc BARA, BARA, zatrzymałem się przy nim. To był mój
przyjaciel z dzieciństwa, mój pustynny brat, z którym nieraz dzieliłem
się chlebem. Wydarzenie to napełniło me serce cierpieniem i smutkiem,
czułem się bezużyteczny, czułem, że nie mogę nic poradzić na jego głód,
niewolę, na wieczne wygnanie po tym, jak niegdyś był panem i władcą
patagońskich ziem, a teraz zamknięto go na tak niewielkim terenie [...].
Po jakimś czasie wróciłem po niego, z odpowiednią ilością pieniędzy, by
uwolnić go za wszelką cenę i zawieźć do domu, ale on na mnie nie czekał,
umarł z żalu krótko po mojej wizycie w Valchecie.
Grób zmarłego w 1943 roku Evansa jest wykonany z surowego czarnego
marmuru i widnieje na nim kilka tabliczek upamiętniających go w następujący sposób: "Nowatorski, przedsiębiorczy, pracowity.
Podporządkował życie sprawie postępu w regionie". Towarzystwo rozwoju
Trevelin nazywa go "Juan Evans"; to samo imię widnieje na tabliczce
rodzinnej. Tylko na pierwszej, z epitafium napisanym po walijsku -?z listu do Rzymian, z cytatem o wierze, Bogu i prośbie o zjednoczenie w rodzinie -?jest wspomniany pod angielskim imieniem.
Na grobie leży tylko kilka zasuszonych kwiatów i nie wydaje się, by ktoś
o niego przesadnie dbał, jeśli nie liczyć sznurów podtrzymujących
odklejający się marmur. Obok został pochowany jego syn Milton Evans, a nieopodal znajduje się grób jego drugiej żony, zmarłej w 1950 roku Annie
Hughes, z epitafium napisanym po walijsku.
Epitafia na większości starych grobów są długie i napisane w tym języku.
To irytujące: choć zapisuję je w notatniku, walijski wygląda i brzmi
strasznie dziwnie, przez co nie wiem później, czy "d" to "o" albo
jeszcze coś innego; zajmuje mi to dużo czasu. Jedyną osobą w mieście,
którą odważyłam się prosić o pomoc w rozszyfrowaniu znaczenia słów, jest
starszy mężczyzna o bardzo jasnych włosach. Powiedział mi, że nie znosi
języka swoich rodziców i że posługiwał się nim w dzieciństwie, ale na
szczęście już go zapomniał. Jest lato, więc dwujęzyczna szkoła stoi
zamknięta. Nie drążę tematu; na pewno znajdę kogoś, kto pomoże mi je
odczytać.
Jeszcze tego samego dnia jasnowłosy mężczyzna, chyba z litości, próbuje
rozszyfrować moje notatki i mówi: "Mowa tu o zmarłych w tej pięknej
dolinie, a może to dedykacja dla zmarłego w tej pięknej dolinie w wieku
czterdziestu lat, ale niewiele więcej rozumiem". W Trevelin sporo osób
włada walijskim, ale myślę, że wolę zachować treść epitafiów w tajemnicy, strzec sekretu ukrytego w literach pozornie połączonych na
chybił trafił, układających się w język podobny do szyfru. Nie pytam o nic więcej.
Nain Maggie, założycielka superpopularnej herbaciarni, leży w skromnym
grobie z prostą inskrypcją: "Twoje nauki, twój przykład, twoje urocze
anegdoty pozostaną z nami na zawsze. Wnuki i prawnuki". Jej pełne imię
brzmiało Margaret Freeman de Jones. Kolejna z Jonesów. Zupełnie jak
pochowany nieopodal Thomas D., zmarły w 1912 roku. Albo jak leżąca tuż
obok Elizabeth, która -?z tego, co udało mi się odczytać z napisanego po
walijsku nagrobka z przetartymi już literami -?zmarła w 1911 roku i urodziła się w... Kansas! Albo jak Llewellyn, przechrzczony ku wygodzie
wszystkich na Leonarda.
Jest tu też pochowany Australijczyk, niejaki Robert Alexander Day,
zmarły w 1966 roku w wieku siedemdziesięciu jeden lat. Na grobie
znajduje się logo Australian Imperial Force (sił założonych w celu walki
poza granicami kraju w trakcie wojen światowych; druga Imperial Force
przestała istnieć w 1947 roku) i cytat: Lest we forget, powszechnie
używany w Australii dla upamiętnienia żołnierzy poległych w wielkich
wojnach. I choć Robert zmarł tutaj, był starszym sierżantem 15.
batalionu: oznacza to, że służył podczas pierwszej wojny światowej i walczył w bitwie o Gallipoli (w Turcji). Ta zakończona brutalną i krwawą
porażką bitwa rozpoczęła się 25 kwietnia 1915 roku. Tego dnia w Australii obchodzi się ANZAC Day, upamiętniający weteranów wszystkich
wojen, ale to nie wszystko: to najbardziej uroczysty dzień w roku, dzień
jedności narodowej, w którym o świcie odbywają się specjalne
uroczystości.
Dziwne, że na nagrobku Roberta Daya nie ma wzmianki o bitwie o Gallipoli, być może wyciągnęłam zbyt daleko idące wnioski, ale jego
batalion na pewno walczył w Turcji. Być może dołączył do niego później:
ci, którzy przeżyli Gallipoli, zostali wysłani do francuskich okopów.
Jednak najsłynniejszy i najliczniej odwiedzany grób w Trevelin położony
jest poza cmentarzem i nie leży w nim żaden człowiek. Znajduje się w muzeum Cartref Taid (Dom Dziadka), kierowanym przez Clery Evans, wnuczkę
Johna. To grób konia Malacary. Można go znaleźć na patio muzeum,
będącego jednocześnie domem Clery. Wejście jest cokolwiek niepokojące.
Na bramie wiszą rozmieszczone z artystycznym zacięciem czaszki zwierząt,
koni i owiec. Są tam też drewniane domki dla ptaków, umocowane na
szerokich pniach pośród bujnych koron drzew. Wygląda to jak wejście do
domu czarownicy z dziecięcych baśni. Podejrzewam, że takie mogło być
zamierzenie. Na przykład na jednym z drzew wisi drewniana tabliczka z napisem: "Pomyśl tu życzenie i zawiąż żółtą wstążkę na starym dębie". I faktycznie, jacyś zwiedzający okręcili wokół pnia kilka żółtych wstążek.
Ogród jest bardzo duży, z przystrzyżonym trawnikiem, żółtymi i czerwonymi różami, sosnami i starą studnią. W głębi, pod wierzbami,
znajduje się grób Malacary. Zmarł w 1909 roku, przeżywszy trzydzieści
jeden lat, a jego właściciel zaplanował to miejsce pochówku już
wcześniej. W roku 1927, na prośbę Evansa, hiszpański fryzjer Artemio
López, tuż po przeprowadzce do Trevelin, wyrył w kamieniu tablicę
nagrobną Malacary. Napis na niej głosi: "Tu leżą szczątki mojego konia
Malacary, który 3 kwietnia 1884 roku, gdy wracałem z Kordyliery,
uratował mi życie podczas ataku Indian w Dolinie Męczenników. RIP, John
D. Evans". Obecna tabliczka została ufundowana przez władze prowincji
Chubut.
Clery, wnuczka i dyrektorka tego eklektycznego muzeum, zarzeka się, że
koń został pochowany właśnie tam. Jego grób można zobaczyć o każdej
porze, nawet gdy muzeum jest zamknięte (otwiera się wyłącznie w sezonie), ale lepiej zwiedzić go w towarzystwie Clery, która w 2008 roku
opublikowała dzienniki swojego dziadka. Jest kobietą twardą i, jak mówi,
tak samo upartą jak dziadek. Uważa, że gdyby nie jej rodzina i przeprowadzony w mieście plebiscyt, cała Patagonia należałaby do Chile.
Pozuje obok grobu konia, który -?ratując życie Johnowi Evansowi -?pomógł
sprawie argentyńskiej Patagonii.
RANIĄ WSZYSTKIE, OSTATNIA ZABIJA
Cmentarze de los Ingleses, Igueldo i Polloe, San Sebastián, Kraj Basków,
2019
Przedmiot jest bardzo mały, wykonany z przezroczystego plastiku i porządnie owinięty taśmą. A jednak dobrze
widać, co jest w środku. Ziemia. Garstka ziemi. Bego uśmiecha się.
-?To z zamku Drakuli w Rumunii -?mówi. -?Dla ciebie.
Bego jest motocyklistką -?w Hiszpanii mówi się na nie motera, a ponieważ ja jestem z Argentyny, to dla mnie motoquera -?ale to nie ona
zabrała tę ziemię i przywiozła tej nocy tutaj, do hotelu w San
Sebastián: dostała ją od towarzyszy podróży, bo nie mogła z nimi
pojechać. Jakiś czas temu miała wypadek i do dziś boryka się z jego
następstwami. Nie są na tyle poważne, by spacyfikować jej ducha i ciało,
które hartuje szermierką i różnego rodzaju szaleństwami, jak
zapowiadanie filmów w masce przeciwgazowej z czasów drugiej wojny
światowej podczas Festiwalu Kina Fantastycznego i Kina Grozy w San
Sebastián. Wyjaśnia mi: "W kinie Victoria Eugenia pokazują wybrane filmy
z napisami w euskera, co popieram z całego serca, bo trzeba dbać o język. Daje mi to dużo radości: przychodzi mnóstwo ludzi".
Dziękuję jej szczerze za rumuńską ziemię, którą ostrożnie wkładam do
torebki, dołączając ją do mojej kolekcji świętych relikwii. W tym czasie
Bego opowiada mi o szczegółach podróży do fortecy Vlada Draculi, na
którą się nie załapała. Lobo, fotograf, pokazuje mi wspaniałe zdjęcia
miejsc, do których się udamy. To będzie noc tanatofilów: zwiedzimy i obfotografujemy trzy cmentarze w San Sebastián. Mamy latarki, takie ze
sklepu z narzędziami i te w komórkach, i parasole, bo to przepiękne
miasto położone nad Morzem Kantabryjskim słynie z ulewnych deszczy. Mamy
również -?a raczej oni mają, z racji tego, że pracują w gazecie -?klucze
do cmentarzy, żeby nie złapała nas Straż Miejska. Na inne spotkania nie
możemy się przygotować.
Nasz pierwszy przystanek to Cementerio de los Ingleses, cmentarz
Anglików, położony na Monte Urgull, jednym z trzech wzgórz w San
Sebastián. Pozostałe dwa to Igueldo, na zachodzie, oraz oddalone od
centrum Ulía. Wejście na Urgull jest dość męczące, choć samo wzgórze nie
jest ani bardzo wysokie, ani zbyt strome: panuje jednak całkowita
ciemność -?na ścieżce nie ma żadnych lamp czy reflektorów -?roślinność
jest wilgotna i gęsta, a szum morza to jedyny punkt odniesienia.
Rozmawiamy: moi towarzysze opowiadają mi, dlaczego angielscy żołnierze
zostali pochowani na tym wzgórzu i wyjaśniają zawiłości historii Europy,
przez które w tym lesie wyrosły groby. Było mniej więcej tak: oficerowie
pochowani na Urgull urodzili się na początku XIX wieku na Guernsey,
będącej wówczas dependencją Korony brytyjskiej, niewielkiej wyspie
położonej naprzeciwko wybrzeży francuskiej Normandii. Należeli do
tradycyjnych rodzin: Tupperów, De Lanceyów i Le Marchantów -?ich syn,
także żołnierz, nie zmarł w San Sebastián, ale towarzyszył pozostałym -
klanów, w których wszyscy byli złączeni więzami krwi lub węzłem
małżeńskim. Trzech młodych chłopców z owych rodzin, William Tupper,
Oliver De Lancey i John Gaspard Le Marchant, wstąpiło w 1835 roku do
British Auxiliary Legion, utworzonego w tym samym roku i znanego w Hiszpanii jako Legión Auxiliar, czyli legion pomocniczy. Dla młodych
żołnierzy i oficerów była to wspaniała okazja do awansu i zdobycia
doświadczenia, choć sam legion składał się w większości nie z ambitnych
wojskowych, lecz z poszukiwaczy przygód i młodych biedaków, którym
służba zapewniała żołd (w tym konkretnym przypadku opłacany przez rząd
Hiszpanii, przynajmniej teoretycznie). Legion dotarł do Kraju Basków i do San Sebastián, gdzie został uwikłany w wojnę domową pomiędzy
karlistami a izabelistami. Karlizm był tradycjonalistycznym hiszpańskim
ruchem politycznym opartym na duchu legitymizmu, występującym przeciwko
liberalizmowi, parlamentaryzmowi i sekularyzmowi, a także dążącym do
powołania na hiszpański tron alternatywnej linii Burbonów oraz do
stworzenia tak zwanego społecznego królestwa Jezusa Chrystusa. Pierwsza
wojna karlistowska pochłonęła w latach 1833-1840 niemal dwieście tysięcy
ofiar. Zamieszki w geście poparcia Carlosa Maríi de Isidra, ogłoszonego
przez swoich zwolenników królem Karolem V, rozpoczęły się kilka dni po
śmierci Ferdynanda VII, ale zostały skutecznie zduszone niemal w całym
państwie, za wyjątkiem Kraju Basków, Nawarry, Aragonii, Katalonii i Regionu Walencji. I choć była to wojna domowa, pociągnęła za sobą
międzynarodowe konsekwencje: kraje absolutystyczne -?takie jak Cesarstwo
Austrii, Cesarstwo Rosyjskie czy Prusy -?oraz Stolica Apostolska
popierały karlistów, podczas gdy Zjednoczone Królestwo, Francja i Portugalia wspierały królową Izabelę II Hiszpańską.
Zaangażowanie Zjednoczonego Królestwa w ten konflikt nie spotkało się z masowym poparciem polityków, a co dopiero społeczeństwa, ale nęciło
młodych oficerów jak Tupper i De Lancey, którzy w lipcu 1835 roku
zostali wcieleni w Londynie do legionu w stopniu podpułkownika: ten
natychmiastowy awans był jedną z obietnic składanych żołnierzom na
służbie.
San Sebastián było zablokowane; legion dotarł do Bilbao we wrześniu 1835
roku. Świeżo upieczonemu pułkownikowi Tupperowi powierzono 6. pułk
szkockich grenadierów, w którym walczyli zaciągnięci przez niego Szkoci.
Brytyjczyków przyjęto ciepło, choć miasto, do którego przybyli, zostało
złupione, podpalone i zniszczone w 1813 roku przez ich krajan podczas
wojny z Napoleonem. Jednak po dwóch latach blokady spowodowanej
poparciem Izabeli II w jej pretensjach do tronu potrzebna była pomoc. W roku 1836, po kilku akcjach na terenie całego Kraju Basków, Tupper wziął
udział w bitwie mającej na celu rozbicie blokady San Sebastián i zmarł
od strzału w głowę po ośmiu dniach agonii w klasztorze San Telmo (w którym obecnie znajduje się muzeum). Towarzyszył mu jego szwagier, John
Gaspard Le Marchant. Miał trzydzieści dwa lata. Tuppera pochowano
najpierw w Ayete, blisko miejsca zgonu, a rok później jego szczątki
przeniesiono na wzgórze Urgull. Jego kuzyn, Oliver De Lancey, poległ rok
później podczas bitwy pod Oriamendi, również od strzału w głowę, i również skonał w San Sebastián. Litery na grobie Tuppera nadal są
czytelne. Jest tam napisane: "Pamięci Guillerma I.M. Tuppera, pułkownika
6. pułku szkockiego B.A.L., a wcześniej 25. pułku S.M.B., który otrzymał
śmiertelny postrzał w głowę podczas szturmu na Ayete dnia 5 maja 1836
roku, gdy miał trzydzieści dwa lata". Inskrypcja na grobie De Lanceya
się zatarła, nie ma tam również krzyża widocznego na zdjęciach z epoki.
Ale oryginalny napis brzmiał: "Pamięci pułkownika Olivera De Lanceya,
kawalera Orderu Świętego Ferdynanda, który poległ w godzinie zwycięstwa
pod Hernani dnia 15 marca 1837 roku".
Oczywiście, nie widzę tego wszystkiego w nocy, tylko jakiś czas później,
gdy wracam tam za dnia. Ze szlaku dostrzegam majaczące w oddali, stojące
między drzewami groby. W blasku flesza Loba i świetle latarek widać, że
są porośnięte mchem, zabezpieczone kratą przed intruzami, i że szary
kamień pokrywają zielone plamy i grzyby. Po raz pierwszy udaje mi się
zrozumieć właściwe znaczenie przymiotnika "smętny". Właśnie taki jest
ten sosnowy las o upojnym zapachu i słonym posmaku, pogrążony w wilgotnej ciemności, pełen nietoperzy -?słyszalnych w locie cieni -?a na
ziemi i pniach drzew jest pełno ślimaków, ogromnych ślimaków, które
wloką się niemiłosiernie.
Chcemy dojść do grobów, by zrobić zdjęcia, ale ze szlaku wydają się
bardzo odległe. Nie tyle z braku wydeptanych ścieżek -?choć żadna z nich
nie jest zbyt wyraźna, bo groby są położone na swego rodzaju punkcie
widokowym na zatokę -?lecz dlatego, że toną w błocie. Co prawda tej nocy
jeszcze nie padało, ale wczoraj owszem, a wcale nie potrzeba dużo, by
Urgull zaczęło wydzielać swoisty, zimny i rześki pot.
Nie poddajemy się.
-?Nie jest za ciemno? -?pyta Lobo, który chce nam poświecić, ale nie ma
takiej potrzeby.
Moje tenisówki z całkowicie gładkimi podeszwami nie nadają się do
chodzenia po tym błocie ani po stromym zboczu. Bego, choć jest ode mnie
starsza i boryka się z kontuzjami, zdaje się dużo lepiej znosić tę
krótką wspinaczkę. To pewnie dlatego że uprawia szermierkę, myślę.
Jednak po dwóch nielichych poślizgnięciach -?tam na górze Tupper i De
Lancey czekają nieśmiertelni i niewzruszeni -?Bego prosi:
-?Może byś nam trochę pomógł, Lobo? Nie świeć, tylko nas stąd wyciągnij.
Utknęłyśmy na dobre. Żadna z nas nie może się ruszyć ani w górę, ani w dół. W takiej ciemności i przy takiej ilości kamieni nurkowanie w błocie
może być niebezpieczne. Poza tym nie mamy się czego chwycić: mech też
jest śliski.
Lobo odkłada swój sprzęt fotograficzny i podchodzi do nas. Jest wysoki,
postawny, wyrasta przed nami w ciemności. "Najpierw pomogę tobie",
zwraca się do mnie. "Podtrzymam cię i ruszymy dalej".
-?A Bego?
-?Potem po nią wrócę. Ziemia jej niestraszna. Będzie się czołgać, jeśli
zajdzie taka potrzeba.
Docieramy na miejsce. Groby są ważnymi zabytkami, otoczonymi dość
wysokim czarnym ogrodzeniem. Szczególnie jeden z nich jest czerwonawy,
jak gdyby spod kamienia wyzierały cegły. Ale to tylko porosty -?albo
jakieś grzyby -?pokrywające szary nagrobek.
Opieram się o ogrodzenie, a Lobo robi zdjęcia. W nocy to trudne, bo
wymaga długiej ekspozycji, co oznacza, że muszę zastygnąć w bezruchu.
Ponadto jest w tych grobach coś bardzo dziwnego, gdy patrzysz na nie w agresywnym świetle lampy błyskowej lub w częściowym oświetleniu latarek.
Księżyc świeci, ale nie na tyle mocno, by można było dostrzec detale lub
przyjrzeć się otoczeniu.
Muszę tu wrócić, myślę. Za dnia. Wiem, że to będzie zupełnie inne
doświadczenie.
Podczas gdy nadal trzymam się ogrodzenia i czuję, jak błoto na moich
tenisówkach zasycha, Bego?a opowiada mi, że Brytyjska Brygada
Pomocnicza, "która przybyła nam na ratunek", została rozwiązana kilka
lat temu.
-?Wiesz, jacy są Brytyjczycy. Musieli odwiedzić wszystkie miejsca
pochówku żołnierzy Brygady, aby zaanonsować rozwiązanie ich legionu. Mam
w zwyczaju przychodzić tu z przyjaciółmi i wspominać moją matkę na
pobliskiej skale, pijąc i rozlewając na ziemię nieco porto. I kiedy
pewnego razu spotkaliśmy się tutaj w tym celu, usłyszeliśmy, jak ktoś
śpiewa psalm po angielsku. Chryste, pomyśleliśmy, umarli powstali z grobów. Ale nie, to byli dwaj krzepcy żołnierze w cywilu, którzy
przybyli zakomunikować poległym, że ich batalion przestał istnieć.
Miałam ciarki.
-?A skąd wiedzieliście, że to było pożegnanie?
-?Spytaliśmy ich i nam wszystko opowiedzieli.
Później, już w hotelu, gdy szukam informacji o historii tego legionu,
dowiaduję się, że rozwiązano go w 1837 roku. Wiem, że Bego?a mnie nie
okłamała, ufam jej. Może tamtej nocy ona i jej przyjaciele widzieli
duchy? A może to jacyś Anglicy wymyślili cały ten rytuał w trakcie
nocnej wyprawy na wzgórze, z myślą o zapomnianych krajanach? Albo
istniał jakiś korpus wojskowy, któremu ów legion podlegał, a który
faktycznie przestał istnieć dopiero sześć lat temu?
To wzgórze jest najbardziej tajemnicze, mówi Bego?a. Nie tylko dlatego,
że mieszczą się na nim cmentarz i niewielkie, wykorzystywane w trakcie
innych bitew lochy, ale również dlatego, że mech i sosny nadają mu
wygląd portalu do innych światów. Ulía jest bardziej zdziczałe, ale nie
tak ciekawe, twierdzi. I dodaje, że musimy obejrzeć pomniki. Bo po tych
pierwszych pochówkach dwóch brytyjskich oficerów ta część wzgórza stała
się czymś w rodzaju protestanckiego cmentarza. Przeniesiono tu szczątki
brytyjskich żołnierzy poległych w innych bitwach, można też znaleźć
bezimienne groby, przekrzywione przez napierające na nie korzenie, oraz
tabliczkę ku czci "bohaterów, których zna jedynie Bóg", upamiętniającą
poległych pomiędzy 1808 a 1850 rokiem.
Pomnik znajduje się bardzo blisko grobów, ale po raz kolejny dostanie
się tam graniczy z cudem; zbocze jest strome, boję się upadku, pełno tu
błota, po którym się ślizgam. Został tu przeniesiony z pobliskich
ogrodów Alderdi Eder, położonych naprzeciwko urzędu miasta, z okazji
setnej rocznicy bitwy. Przedstawia grupę żołnierzy, z kołem i przewróconą flagą. Pokonał ich też czas, mówi rozemocjonowana Bego?a.
Porośli mchem, a niektórym brakuje głowy. Można podejść całkiem blisko,
bo akurat tutaj, w tym zakątku są schody i kamień, który -?choć wilgotny
-?nie jest śliski, być może dlatego, że w wielu miejscach pokrywa go
sosna. Za pomnikiem widać herb i niewielką wieżyczkę: tam też można
podejść, ale to nie czas, by igrać z losem, a przynajmniej takie mamy
wrażenie. Gdy rozprawiamy o tym, czy powinniśmy wejść na wieżyczkę, by
popatrzeć z góry na ten miniaturowy cmentarz ukryty w tak pięknym, a tak
smutnym miejscu, ze spowitej ciemnością góry dobiega nas jakiś głos.
Początkowo nie słyszymy, o co chodzi, ale udaje się nam zrozumieć jedno
zdanie. Ktoś pyta, czy mamy pozwolenie na przebywanie nocą na wzgórzu,
bo jeśli nie, to zadzwoni po policję.
-?Jasne, że mamy pozwolenie, facet, może to ty go nie masz? -?odkrzykuje
Lobo.
Głos waha się przez chwilę, po czym mówi, że nocne spacery po Urgull są
zakazane i że mogą nas za to zatrzymać. Trochę wcześniej minęliśmy
patrol miejski, a policjanci posłali nam obojętne spojrzenia, być może
wiedzieli o naszej wizycie albo nie bardzo ich obchodziło, że ktoś
zdołał przedostać się na teren Urgull i złożyć wizytę Anglikom. Wiele
osób szuka tutaj schronienia. W barze powiedziano mi, że lata temu
ukrywali się tu etarras, członkowie organizacji zbrojnej ETA. Jeden z nich zmarł tu nawet w trakcie przygotowywania bomby, w 1983 roku. Ludzie
przychodzą tu z różnych powodów: chcą opowiadać historie z dreszczykiem,
uprawiać seks, przeczekać noc, gdy nie mają dachu nad głową. San
Sebastián to zamożne miasto, ale i tak wszędzie można spotkać
bezdomnych. A Urgull to bardzo ciche i ciemne miejsce.
Mężczyzna nie przestaje straszyć nas pozwoleniami i Bego?a mówi mu coś
zdecydowanym i głośnym tonem -?choć jeszcze nie krzykiem -?w języku
euskera. Nie tłumaczy mi tego -?Lobo ją rozumie -?ale cokolwiek to
było, raz na zawsze ucisza ten płynący z ciemności głos.
-?Euskera budzi postrach -?wyjaśnia mi Lobo.
Cmentarz Igueldo jest oddalony od Urgull o dziesięć minut jazdy
samochodem. Aby tam dotrzeć, trzeba jechać wzdłuż Conchy, wizytówki San
Sebastián, najsłynniejszej plaży w mieście; jej nazwa oznacza muszlę,
symbol nagród rozdawanych na słynnym festiwalu filmowym. Nekropolia
znajduje się w dzielnicy marynarzy i rozciąga się z niej widok na morze.
Jednak nocą obecności morza można się jedynie domyślać: z jakiegoś
powodu nawet go nie słychać. W dzielnicy Igueldo mieszkało, i wciąż
mieszka, kilka sław, takich jak malarz i reżyser filmowy Julian Schnabel
czy krawiec Cristóbal Balenciaga; znajduje się tu też restauracja z trzema gwiazdkami Michelina, Akelarre. Ale cmentarz wygląda na
zapomniany i wyjęty wprost z jakiejś małej wioski. Rolę kapliczki pełni
domek z dwuspadowym dachem, bez kopuły czy witraży. Groby nie są ciasno
poupychane na kwadratowym trawniku: miejsca jest aż nadto.
-?Ranią wszystkie, ostatnia zabija -?mówi Bego?a. Tłumaczy mi inskrypcję
na kapliczce, którą od zwykłego domu odróżnia jedynie umieszczony na
dachu krzyż.
Groby są wykonane z szarego marmuru, a cmentarz otoczony jest kamiennym
płotem. Większość napisów sporządzono w języku euskera; jest tam też
klęczący aniołek, zwrócony twarzą ku niebu, mocno podniszczony przez
morską bryzę, z ledwo rozpoznawalnymi kształtami. To jedna z tych figur,
które mają w zamyśle dodawać otuchy, a które czas i zapomnienie
przemieniają w upiorne artefakty. Niektóre groby, jak ten, w którym
spoczywa María Olaizola Onanue, mają swoich opiekunów: stoją na nim
doniczki z kwiatami: czerwonymi azaliami i innymi, których nie potrafię
nazwać; pełnymi życia, świeżo podlanymi. María zmarła w 1971 roku, w wieku dwudziestu dwóch lat. Młodym zmarłym nigdy nie brak towarzystwa,
myślę. Zawsze będzie o nich pamiętać jakiś rodzic, który zadba o ich
rabatkę nawet po ponad czterdziestu latach.
Dotarcie do Polloe, naszego ostatniego przystanku tej nocy, nie zajmuje
nam zbyt wiele czasu. Jeszcze nie zaczęło padać, co nas cieszy. Historia
Polloe nie różni się znacząco od historii innych dużych cmentarzy
miejskich. Po zarazie w 1781 roku uznano, że dobiegający z kościoła
parafialnego fetor mógł przyczynić się do rozprzestrzenienia choroby, w związku z czym Karol III w roku 1787 wydał zakaz grzebania zmarłych na
terenach przykościelnych. Nie było łatwo wprowadzić go w życie, bo
Hiszpania jest krajem bardzo religijnym: San Sebastián ugięło się
dopiero po oblężeniu w 1813 roku, gdy miasto zostało niemal doszczętnie
zniszczone. To właśnie wtedy w położonej na przedmieściach dzielnicy San
Martín założono pierwszy cmentarz miejski. W połowie XIX wieku miasto
doczekało się drugiego cmentarza na wzgórzu San Bartolomé. W roku 1864
postanowiono przenieść obie nekropolie, ponieważ po wyburzeniu murów
uniemożliwiały rozwój miasta. Polloe powstał w 1875 roku i zaplanowano
go w zgodzie ze współczesnymi wytycznymi: w oddaleniu, by nie
przeszkadzać w rozbudowie miasta, na terenie wystarczająco rozległym, by
można go było powiększyć, przewiewnym, w otoczeniu drzew. Groby
postawiono w wyznaczonych kwartałach, wzdłuż prostych uliczek
pozwalających na przemieszczanie się i podziwianie pomników. W 1878 roku
poświęcono ziemię i rozpoczęto przenosiny. W latach czterdziestych
zaprojektowano nisze, a dużo później katakumby. Dziś rosną na nim
cyprysy; na początku były to platany. Na łuku nad bramą wejściową
widnieje zatrważający napis: "Wkrótce i o was będą mówić to, co teraz
mówią o nas: umarli!!!".
Przy wejściu mocujemy się z kluczem. To normalne: chcemy otworzyć
ogromną żelazną bramę. Ktoś przechodzi obok i pyta, co robimy.
-?Dostaliśmy klucz, żeby wejść na cmentarz -?wyjaśnia Lobo.
Ciekawski człowiek odpowiada, że on swój klucz zgubił. Chce wiedzieć,
czy może go gdzieś widzieliśmy. Odpowiadamy, że nie.
-?Istna noc narwańców -?kwituje Lobo.
Ciemność na Polloe jest dużo głębsza niż na Urgull, być może dlatego że
chmury zakryły księżyc, kto wie, ale latarki naprawdę się przydają. Nie
boję się, ale coś wyczuwam: w mroku zgaduję kształty grobów, widzę
mauzolea, kaplice i krzyże, i robię im zdjęcia z lampą błyskową,
rozświetlając je, co pozwala mi na kilka sekund dostrzec detale. Potem
przeglądam je w aparacie, a uchwycone kadry albo zaskakują mnie swoim
pięknem, albo są rozczarowujące. Za każdym razem jednak myślę: zaraz na
zdjęciu pojawi się ktoś przyczajony za nagrobkiem. Albo: zaraz zobaczę,
jak ktoś biegnie po alejce w moją stronę. Ktoś bezszelestny. Ktoś bez
twarzy.
Nie mówię tego moim towarzyszom, ale powstrzymuję swój fotograficzny
szał. Nagle z oddali dobiega jakiś dziwny odgłos, a Bego i Lobo mówią,
że to śmieciarka. Mieszkają w San Sebastián, więc nie mam powodu, by im
nie wierzyć, ale dźwięk jest bardzo osobliwy, brzmi jak nasilony jęk lub
szloch. Czy to pierwszy raz, kiedy na cmentarzu czuję strach? Nie jestem
przerażona, nie chcę stąd iść. Ale tak, możliwe, że po raz pierwszy
czuję tak wyraźny niepokój, po raz pierwszy wyobrażam sobie mroczne
postaci kryjące się wśród zmarłych.
Maszerujemy szybko w stronę miejsca, które koniecznie chcą mi pokazać:
kaplicy Luzuriagi. Zbudowano ją w 1879 roku w stylu neoromańskim, a spoczywa w niej Claudio Antón de Luzuriaga, słynny dyplomata, polityk i prawnik. Kaplica wyróżnia się tym, że na fasadzie po obu stronach drzwi
znajdują się tłuściutkie brzuchate nietoperze z rozpostartymi
skrzydłami. Wydaje się, jakby leciały, choć równie dobrze mogłyby być
przybite do ściany. Na gzymsie czają się dwa niewielkie gargulce. Można
też dostrzec ananasy, symbol raju. Claudio Antón został przeniesiony na
Polloe z cmentarza San Bartolomé. Kapliczka powstała z inicjatywy jego
syna Norberta. Jest przepiękna, a dodatkowo Norberto zostawił władzom
pieniądze na jej utrzymanie.
-?W tradycji masońskiej nietoperze są kompanami pomagającymi w przejściu
na tamten świat -?wyjaśnia Bego?a. -?Zawsze myślałam, że towarzyszą
głównie wampirom, ale jak widać, mają też bardziej przyjazne oblicze. -
W jej głosie słychać rozczarowanie.
Prowadzi mnie na groby protestantów, aby opowiedzieć mi, jak bardzo
przerażały ją, gdy odwiedzała cmentarz jako mała dziewczynka. To zwykłe,
niespecjalnie zwracające uwagę, sporych rozmiarów nagrobki. Dlaczego się
ich bała?
-?Bo to była katolicka Hiszpania lat sześćdziesiątych -?odpowiada. -?Ty
jesteś z Argentyny, a tutaj, na przykład, można znaleźć groby żydowskie;
w tamtych czasach w naszym mieście mieszkało dosłownie dwóch Żydów.
Tobie może się to wydawać całkowicie normalne, bo Buenos Aires zawsze
było kosmopolityczne, ale nas to naprawdę dziwiło.
Potem wskazuje na jakiś grób, którego nie udaje mi się dostrzec, i mówi,
że grzebali tam małe zwierzęta domowe, jak chomiki czy żółwie. "Nic
wielkiego".
Czytam imiona zmarłych: rodzina Pielhoff. Ethel Dangers.
-?Ten podobał się nam szczególnie -?rzuca Bego?a. -?Ciekawe, kim była ta
Ethel, urodzona w Londynie i zmarła w San Sebastián. W tamtych czasach
wydawało się to naprawdę niezwykłe.
Idziemy w ciszy. Podziwiamy okazałe groby Cyganów, ozdobione kwiatami i ogromnymi zdjęciami, z inskrypcjami zapisanymi złotą czcionką. Wśród
bardziej konwencjonalnych grobów napotykamy Grotę z Kafarnaum, dziwaczny
grób otwierający się ku dołowi. Lobo mówi, że czasami za dnia wystawiają
tu leżaki dla wdów. Sporadycznie naciskam spust migawki: na wpół gotycka
kapliczka rodziny Romero-Sein, gargulce wyczekujące czegoś na mauzoleum
architekta Ramóna Cortázara, epitafium poety Indalecia Bizcarronda,
pseudonim "Bilintx" ("My, którzy mogliśmy posłuchać twoich wersów w ukochanym San Sebastián, wierzymy, że odkąd odszedłeś, by śpiewać o miłosierdziu Bożym, w niebie zrobiło się weselej"), figura lamentującej
kobiety na grobie Echeverríi, Jezus odsłaniający Najświętsze Serce,
wiele poczerniałych mogił. Zbliżamy się w okolice starego krematorium,
gdzie znajdują się groby dzieci. Są niezwykle osobliwe, i to w wielu
aspektach. Po pierwsze, bardzo szczegółowo podają liczbę dni spędzonych
przez dziecko na tym padole (11 dni, 38 dni, 7 dni) i na wszystkich
pojawia się wyrażenie "uleciał(-a) do nieba". Ale są wyjątkowo skromne:
na całym świecie, od Peru aż po Niemcy, na grobach dzieci zwykło się
zostawiać zabawki, balony, cukierki, lalki, autka, pamiątki, czasem
nawet stroje, jak buciki czy spodenki. Tutaj nic podobnego. A groby nie
są stare: u dzieci zmarłych w latach dziewięćdziesiątych widać świeże
kwiaty, ale nic poza tym. Nic, co mogłoby je odróżniać od innych, ani
śladu podszytej tęsknotą radości, charakteryzującej sektory dziecięce. U sześcioletniego Carlosa leżą białe róże: zmarł w 1994 roku. U Magdaleny
Rosy, która zmarła w roku 1993, niemal tuż po urodzeniu, nie ma prawie
nic, ledwie dwa puste blaszane wazoniki; trzeba jednak przyznać, że
marmurowy nagrobek był drogi. Dziwi mnie ten umiar, ta wstrzemięźliwość.
W oddali, pośród ciemności, migocze czerwone światełko: to sztuczny
znicz, który będzie płonął aż do wyczerpania baterii.
Pytam Bego?ę, czy z tym cmentarzem wiążą się jakieś nadprzyrodzone
historie. Znajduje się tutaj pomnik poświęcony ofiarom pożaru przy ulicy
Urbieta, który miał miejsce w XIX wieku; było to dość upiorne zdarzenie,
obnażające złe warunki, w jakich pracowali zmarli robotnicy. Tego
rodzaju nieszczęścia i krzywdy często dają początek opowieściom z dreszczykiem. Odpowiada, że nie.
-?No, może oprócz historii o kobiecie, która przychodzi na cmentarz, ale
go nie opuszcza. Widać, jak wchodzi, ale nikt jeszcze nie widział, by z niego wychodziła.
To jest naprawdę przerażające, myślę.
Już na zewnątrz, gdy Lobo znowu walczy z kluczem i żelazną bramą, czytam
kolorowe zaproszenie do zwiedzania Polloe, na którym grafik umieścił
trzy polne kwiaty i napis: "Cmentarze pełne życia". Pokazuję go Bego i wybuchamy śmiechem (Czego to nie wymyślą, żeby nie pisać o śmierci,
mówi), i wtedy widzimy zbliżające się do nas, zmotoryzowany i pieszy,
patrole Policji Miejskiej. Policjantów jest dużo: dziesięciu, może
ośmiu, w każdym razie wystarczająco, by czuć się nieswojo.
-?Macie pozwolenie? -?pyta dowódca, który dodatkowo jest nieziemsko
przystojny (zdążyłam już zauważyć, że Baskowie są bardzo atrakcyjni).
-?Tak, z urzędu miasta -?odpowiada Lobo.
-?Macie je przy sobie?
-?Nie. Myśleliśmy, że was uprzedzą.
-?Nikt nas o niczym nie uprzedzał. Macie dokumenty?
-?Tak, chwileczkę. Pomożecie mi zamknąć?
Milczymy. Nie ze strachu, bardziej z szacunku, bo jest ich dużo i zapewniają nas, że nikt nie wspominał im, aby ktoś dostał pozwolenie na
robienie zdjęć na cmentarzu, i że powinniśmy byli zadzwonić do centrali.
Są grzeczni, ale stanowczy. Aż w końcu jeden z nich, który przychodzi
nieco później, rozpoznaje Bego?ę. Rzucają się sobie w objęcia! Okazuje
się, że wspólnie chodzą oglądać zawody kickboxingu, kiedy tylko nadarza
się okazja. Ona wyjaśnia mu sytuację, a on mówi:
-?Cholera, musimy wiedzieć takie rzeczy. Wiadomo, że nie macie złych
zamiarów, inaczej na nasz widok wzięlibyście nogi za pas. Zobaczyliśmy
was na monitoringu.
Żaden z sąsiadów nie zaalarmował policji: niczego nie widzieli albo
mieli to w nosie. To sami policjanci zauważyli dziwne ruchy.
Puszczają nas, gdy podajemy im numer identyfikacyjny, adres i nazwisko
osoby z urzędu miasta, która udzieliła nam pozwolenia. Ale to tylko
dzięki Bego?ii, dzięki temu, że jej znajomy z policji wie, że pracuje
dla gazety i że od czasu do czasu wyrusza na cokolwiek nietypowe misje.
Wracamy do auta niemal biegiem: jest zimno, a szansa, że któryś z nich
się zreflektuje i postanowi wsadzić nas na noc do paki, choć
nieprawdopodobna, nie jest równa zeru.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki