Kto zjadł pierwszą ostrygę?. Niezwykli prekursorzy, odkrywcy i pionierzy - Cody Cassidy

-
Proszę czekać

Wstęp

Odważ­nym musiał być ten, który pierw­szy ośmie­lił się zjeść ostrygę.

Jona­than Swift

W 1991 roku, w alpej­skiej doli­nie Ötztal w pół­nocno-wschod­nich Wło­szech (tuż przy gra­nicy z Austrią), na wyso­ko­ści 3200 metrów nad pozio­mem morza zna­le­ziono ofiarę naj­cie­kaw­szego zabój­stwa w dzie­jach świata. Męż­czy­zna, któ­remu nadano przy­do­mek Ötzi, zgi­nął w wyniku strzału z łuku w plecy bli­sko 5,3 tysiąca lat temu, a jego ciało to praw­do­po­dob­nie naj­do­kład­niej prze­ba­dane zwłoki w histo­rii. Jesie­nią 2017 roku posta­no­wi­łem odwie­dzić miej­sce zbrodni. Choć było to moje pierw­sze śledz­two w spra­wie kry­mi­nal­nej, zaczą­łem od tego, od czego zacząłby - moim zda­niem - każdy detek­tyw z praw­dzi­wego zda­rze­nia: odtwo­rze­nia ostat­nich chwil życia ofiary.

Co nie­zwy­kłe, choć do mor­der­stwa doszło nie­mal tysiąc lat przed budową pira­midy Che­opsa, taka rekon­struk­cja zda­rzeń jest wyko­nalna. Dzięki naukow­com, któ­rzy zba­dali war­stwy pyłku w ukła­dzie pokar­mo­wym ofiary i usta­lili ich źró­dła, dys­po­nu­jemy dokładną rela­cją z ostat­nich dwu­na­stu godzin życia Ötziego - znacz­nie pre­cy­zyj­niej­szą, niż można by ocze­ki­wać od naj­lep­szego nawet detek­tywa.

Trasa ostat­niej gór­skiej wycieczki Ötziego prze­bie­gała przez teren, który obec­nie znaj­duje się w pół­noc­nych Wło­szech - po pierw­szej woj­nie świa­to­wej odkro­jono ten mały pla­ste­rek od Austrii, cho­ciaż można odnieść wra­że­nie, że nikt nie powie­dział o tym miesz­kań­com. Archi­tek­tura, kuch­nia, kul­tura, znaki dro­gowe, a nawet powi­ta­nia napo­ty­ka­nych ludzi były stu­pro­cen­towo austriac­kie - musia­łem aż spraw­dzić na mapie, czy przy­pad­kiem nie prze­kro­czy­łem gra­nicy.

Wyru­szy­łem w trasę z samego rana i szybko prze­ko­na­łem się, że Ötzi musiał być przed śmier­cią w nie­złej for­mie. Alpy Ötztalskie nie roz­ście­lają się łagod­nie, jak dobrze mi znane zbo­cza Sierra Nevada. Prze­ciw­nie, wzno­szą się gwał­tow­nie z dolin rzecz­nych tak stromo, że nawet łatwiej­szy szlak, ten wybrany przez Ötziego, wił się ostrymi ser­pen­ty­nami ku zaśnie­żo­nemu, spo­wi­temu mgłą szczy­towi.

Według usta­leń bada­czy Ötzi zmarł nie­długo po zje­dze­niu dru­giego śnia­da­nia na górze, co ozna­cza, że na pogo­dzie znał się znacz­nie lepiej niż ja. Kiedy bowiem dotar­łem na szczyt, zaczął padać śnieg, a mgła jesz­cze się zagę­ściła. Sta­łem tak, kon­tem­plu­jąc nie­ła­twą ścieżkę pro­wa­dzącą do miej­sca ostat­niego spo­czynku Ötziego, i wtedy zauwa­ży­łem kil­koro alpi­ni­stów - pierw­szych tego dnia - któ­rzy wła­śnie przy­pi­nali do butów raki. Nie mówi­li­śmy tym samym języ­kiem, ale wystar­czyło kilka gestów w stronę moich adi­da­sów: zro­zu­mia­łem, że jeśli będę brnął dalej, mogę podzie­lić los Ötziego. Od miej­sca zbrodni dzie­liło mnie zale­d­wie kil­ka­set metrów, od domu - tysiące kilo­me­trów, ale uzna­łem, że w takim wypadku będą mi musiały wystar­czyć wywiady z arche­olo­gami.

Tę przed­wcze­śnie zakoń­czoną wyprawę odby­łem w ramach trzy­let­nich prac nad niniej­szą książką. Na początku pla­no­wa­łem prze­śle­dzić naj­więk­sze inno­wa­cje w dzie­jach ludz­ko­ści, ale szybko posze­rzy­łem pro­jekt o zarys bio­gra­fii osób odpo­wie­dzial­nych za te doko­na­nia. Im wię­cej dowia­dy­wa­łem się o pre­hi­sto­rycz­nych odkry­ciach, tym lepiej chcia­łem poznać samych odkryw­ców. W więk­szo­ści opra­co­wań igno­ruje się jed­nak jed­nostki i opo­wiada raczej o ludach niż ludziach.

Wyru­szy­łem więc na poszu­ki­wa­nia nie­zwy­kłych osób sprzed wielu tysięcy lat. Prze­pro­wa­dzi­łem wywiady z ponad setką eks­per­tów i eks­per­tek, prze­czy­ta­łem dzie­siątki ksią­żek i setki arty­ku­łów nauko­wych. Zamó­wi­łem przez inter­net obsy­dian i pró­bo­wa­łem się nim ogo­lić. Odwie­dzi­łem miej­sce powsta­nia pierw­szego wybit­nego dzieła sztuki. Skrze­sa­łem ogień przy uży­ciu krze­mie­nia i pirytu. Zro­bi­łem kleik i pocze­ka­łem, aż się zepsuje, żeby uwa­rzyć piwo. No i o mały włos nie podzie­li­łem miej­sca spo­czynku z Ötzim.

Udało mi się ziden­ty­fi­ko­wać sie­dem­na­ście osób żyją­cych w cza­sach przed wyna­le­zie­niem pisma lub w spo­łecz­no­ściach, gdzie nie było ono znane. Bada­cze potwier­dzają ist­nie­nie tych ludzi, a ich brze­mienne w skutki doko­na­nia poło­żyły pod­wa­liny pod współ­cze­sny świat. Potem zaczą­łem wypy­ty­wać spe­cja­li­stów - od arche­olo­gów, przez inży­nie­rów, gene­ty­ków, praw­ni­ków i astro­lo­gów, po piwo­wa­rów: kim mogły być te ano­ni­mowe postaci, co myślały, gdzie się uro­dziły, jak mówiły (jeśli mówiły!), w co się ubie­rały, w co wie­rzyły, gdzie miesz­kały, jak zmarły, jak doko­nały swo­jego odkry­cia, a przede wszyst­kim - dla­czego było ono tak ważne.

* * *

Z per­spek­tywy tysięcy lat postęp kul­tu­ralny, tech­no­lo­giczny i ewo­lu­cyjny zdaje się prze­bie­ga­ją­cym gładko pro­ce­sem. Narzę­dzia z kamie­nia stop­niowo ustę­pują meta­lo­wym; futra i skóry zostają wyparte przez tka­niny; uprawa roli powoli zastę­puje zbie­rac­two. Skoro więc wydaje się, że wszystko postę­po­wało liniowo, chcia­łoby się zało­żyć, że żadna jed­nostka nie mogła ode­grać zna­czą­cej roli w tej z pozoru nie­unik­nio­nej tra­jek­to­rii ludz­ko­ści - ewo­lu­cji posu­wa­ją­cej się w tem­pie lodowca.

To jed­nak tylko ilu­zja, któ­rej przy­czyną jest dystans w cza­sie. Nasza per­spek­tywa lek­ce­waży fakt, że postęp tech­no­lo­giczny, a nawet ewo­lu­cja zawsze prze­bie­gały zupeł­nie ina­czej: gwał­tow­nie, zry­wami, śla­dem wybit­nych jed­no­stek. Tocze­nie kłód nie pro­wa­dzi bez­po­śred­nio do budowy wozu. Ktoś musiał naj­pierw wymy­ślić koło, przez wielu naukow­ców uwa­żane za naj­do­nio­ślej­szy wyna­la­zek wszech cza­sów. Podob­nie ktoś inny po raz pierw­szy wystrze­lił strzałę z łuku - praw­do­po­dob­nie naj­bar­dziej uda­nego typu broni w dzie­jach. Histo­ria pisana ma ogra­ni­czony zasięg cza­sowy, dla­tego imiona tych wiel­kich postaci prze­pa­dły, ale to prze­cież tylko szcze­gół; współ­cze­sna nauka dostar­cza nam znacz­nie bar­dziej fascy­nu­ją­cych infor­ma­cji o tych geniu­szach pre­hi­sto­rii.

* * *

Słowa "geniusz" i "pre­hi­sto­ria" rzadko poja­wiają się obok sie­bie. Winić za to można ste­reo­typy, wcze­sne kary­ka­tury oraz ten­den­cję do nie­słusz­nego utoż­sa­mia­nia inte­li­gen­cji z roz­wo­jem tech­no­lo­gicz­nym. Choć okre­śle­nie "pre­hi­sto­ryczny" powinno ozna­czać "z cza­sów przed poja­wie­niem się pisma", słow­niki podają syno­nim "pry­mi­tywny", co ma jasne impli­ka­cje: ludzie, któ­rzy żyli "przed zara­niem dzie­jów", byli nie­pi­śmien­nymi dzi­ku­sami. Te pro­staki miesz­kały w ciem­nych jaski­niach i wyda­wały nie­ar­ty­ku­ło­wane dźwięki mię­dzy kolej­nymi kęsami bur­gera z mamuta.

Jed­nak tak jak więk­szość ste­reo­ty­pów, i ten nie zdaje nawet naj­bar­dziej powierz­chow­nego spraw­dzianu. Tak zwani jaski­niowcy - więk­szość z nich wcale nie miesz­kała w jaski­niach! - musieli dys­po­no­wać bazą wie­dzy znacz­nie zasob­niej­szą niż my, żyjący w cza­sach prze­my­sło­wej pro­duk­cji żyw­no­ści i powszech­nej pro­fe­sjo­na­li­za­cji. Żeby prze­żyć, musieli znać śro­do­wi­sko od pod­szewki. Musieli szu­kać, zbie­rać, polo­wać, zabi­jać i ręcz­nie obra­biać surowce, żeby uzy­skać poży­wie­nie, dach nad głową czy narzę­dzia. Musieli wie­dzieć, które rośliny są tru­jące, a które mają wła­ści­wo­ści lecz­ni­cze, które rosną gdzie i w jakich porach roku. Musieli znać szlaki migra­cyjne zwie­rzyny łow­nej. Jak dowie­dzia­łem się z roz­mów z licz­nymi naukow­cami, nie ma żad­nych dowo­dów, że w pre­hi­sto­rii geniu­sze rodzili się rza­dziej niż obec­nie; prze­ciw­nie, ist­nieją pod­stawy, żeby przy­pusz­czać, że było ich wtedy wię­cej.

Można odnieść wra­że­nie, że to śmiała, a nawet kon­tro­wer­syjna teza: w cza­sach pre­hi­sto­rycz­nych żyli geniu­sze. Wra­że­nie to jest jed­nak mylne.

Tak jak wśród naszych pra­przod­ków nie bra­ko­wało przy­głu­pów, bufo­nów, tuma­nów, zdraj­ców, tchó­rzów, łaj­da­ków i pod­łych, mści­wych psy­cho­pa­tów - o nie­któ­rych zresztą może­cie prze­czy­tać w tej książce - tak byli wśród nich rów­nież i tacy, któ­rzy mogliby się rów­nać z da Vin­cim czy New­to­nem. To wcale nie spe­ku­la­cja, a spraw­dzony i nie­pod­wa­żalny fakt. Dowody można zna­leźć na ścia­nach jaskiń we Fran­cji, na gli­nia­nych tablicz­kach na Bli­skim Wscho­dzie, na wyspach połu­dnio­wego Pacy­fiku i w odkry­tych na tere­nie dzi­siej­szej Rosji gro­bach z naj­star­szymi zna­nymi rydwa­nami. Skoro wiel­bimy New­tona za zaini­cjo­wa­nie roz­woju ana­lizy mate­ma­tycz­nej, to jak powin­ni­śmy trak­to­wać osobę, która wyna­la­zła mate­ma­tykę? Zachwy­camy się Kolum­bem, że tra­fił na Ame­rykę, a co z osobą, która naprawdę odkryła te zie­mie szes­na­ście tysięcy lat wcze­śniej? A czło­wiek, który wyru­szył na poszu­ki­wa­nia naj­bar­dziej odizo­lo­wa­nego archi­pe­lagu na świe­cie i zna­lazł go pięć­set lat przed tym, jak Kolumb (przy­pad­kiem) zna­lazł kon­ty­nent?

Nazy­wamy te postaci "pre­hi­sto­rycz­nymi", ale ozna­cza to tylko tyle, że ich imiona i histo­rie nie zostały spi­sane. Życie tych osób nie było wcale mniej nie­zwy­kłe niż tych, któ­rzy przy­szli póź­niej, a w przy­naj­mniej kilku przy­pad­kach mowa tu o naprawdę wyjąt­ko­wych jed­nost­kach.

Na zdrowy rozum powin­ni­śmy dojść do tego wnio­sku już dawno, ale wresz­cie dys­po­nu­jemy dowo­dami nauko­wymi na jego popar­cie.

Do nie­dawna nie­wiele pisano o tych pra­daw­nych geniu­szach, głów­nie dla­tego, że mało o nich wie­dziano. Pierwsi arche­olo­go­wie znaj­do­wali kości i naczy­nia, ale to nie wystar­czało, żeby poznać bli­żej oso­bo­wo­ści, cha­rak­tery czy moty­wa­cje kon­kret­nych jed­no­stek.

Jed­nak w ciągu ostat­nich kil­ku­dzie­się­ciu lat nauka roz­ja­śniła mroki pre­hi­sto­rii w nie­wy­obra­żal­nym wcze­śniej stop­niu. Dzięki opra­co­wa­niu tech­nik odzy­ski­wa­nia i ana­lizy DNA stare kości opo­wia­dają nam zaska­ku­jące histo­rie: o tych, któ­rzy żyli na gra­nicy świata nada­ją­cego się do zamiesz­ka­nia, o przy­czy­nach plag, a nawet o wyna­le­zie­niu odzieży. Pale­olin­gwi­ści zre­kon­stru­owali pra­dawne języki, co pozwo­liło prze­śle­dzić prze­miesz­cza­nie się popu­la­cji, dowie­dzieć się wię­cej o ich try­bie życia, usta­lić miej­sca powsta­nia nie­któ­rych wyna­laz­ków - w tym być może nawet samego koła.

Przez ostat­nie dwa­dzie­ścia lat tra­dy­cyjna arche­olo­gia prze­szła praw­dziwą rewo­lu­cję. Kolej­nych odkryć doko­nuje się w zawrot­nym tem­pie, więc naukowcy stan­dar­dowo już zastrze­gają, że w okre­sie mię­dzy napi­sa­niem pracy nauko­wej a jej publi­ka­cją nie­wąt­pli­wie poja­wią się nowe infor­ma­cje (co i ja niniej­szym czy­nię). Pisa­nie o pre­hi­sto­rii zaczyna przy­po­mi­nać wyścig, nie tylko z powodu następ­nych odkryć, lecz także z uwagi na coraz bar­dziej zaawan­so­wane narzę­dzia, które można zasto­so­wać do bada­nia zna­nych już obiek­tów.

Z ostat­nich badań arche­olo­gicz­nych możemy dowie­dzieć się nawet co nieco o men­tal­no­ści naszych pra­przod­ków. Na przy­kład zespół Donalda Browna z Uni­wer­sy­tetu Kali­for­nij­skiego w Santa Bar­bara wyka­zał zaska­ku­jące podo­bień­stwa mię­dzy set­kami z pozoru kom­plet­nie odmien­nych kul­tur, jak ple­miona żyjące w górach Papui-Nowej Gwi­nei i ban­kie­rzy z Wall Street. Bada­cze stwo­rzyli całą listę "uni­wer­sa­liów ludz­kich" - odkryw­czy i nie­zwy­kle szcze­gó­łowy zestaw cech wystę­pu­ją­cych w każ­dej kul­turze bez wyjątku.

Kiedy w XIII wieku Marco Polo powró­cił ze swo­jej wiel­kiej wyprawy, zadzi­wił Euro­pej­czy­ków opo­wie­ściami o wydłu­ża­niu szyi, prak­tyce roz­po­wszech­nio­nej wśród ludu Kayan zamiesz­ku­ją­cego tereny dzi­siej­szej Taj­lan­dii i Mjanmy. O ile meta­lowe obrę­cze noszone przez tam­tej­sze kobiety zdają się mieć nie­wiele wspól­nego z naszymi kra­wa­tami, to prze­cież jedne i dru­gie mają źró­dło w uni­wer­sal­nej chęci indy­wi­du­ali­za­cji i zdo­bie­nia ciała. Znacz­nie dziw­niej­szym odkry­ciem byłaby kul­tura, w któ­rej nikt nie używa deko­ra­cji - jed­nak jesz­cze żaden antro­po­log takiej nie zna­lazł. Zdo­bie­nie ciała to jedno z setek powszech­nych zja­wisk wyróż­nio­nych przez Browna i innych antro­po­logów - wielu eks­per­tów uważa, że to wła­śnie one pozwa­lają nam uzy­skać naj­peł­niej­szy wgląd w pra­dawne kul­tury, po któ­rych nie zostały szczątki arche­olo­giczne. Uni­wer­sa­lia te nie opi­sują kon­kret­nych osób, ale poma­gają zro­zu­mieć, co to zna­czy być czło­wie­kiem.

Choć dys­po­nu­jemy obec­nie całym arse­na­łem narzę­dzi umoż­li­wia­ją­cych zgłę­bia­nie prze­szło­ści, wciąż nie pozna­li­śmy odpo­wie­dzi na wiele fun­da­men­tal­nych pytań. Kiedy zapy­ta­łem dwoje czo­ło­wych arche­olo­gów, kiedy Homo sapiens zaczął w pełni posłu­gi­wać się języ­kiem i myśleć jak współ­cze­śni ludzie, podali mi daty odle­głe od sie­bie o ponad 100 tysięcy lat. Prze­szłość nie pozwala nam tak łatwo w sie­bie wej­rzeć.

Jed­nak nawet jeśli naukowcy czę­sto mogą tylko spe­ku­lo­wać na temat naj­waż­niej­szych postaci, wyda­rzeń i odkryć w histo­rii, dzięki nowo­cze­snym narzę­dziom domy­sły te są pod­parte solidną wie­dzą.

* * *

Już od dawna zasta­na­wia­łem się nad roz­ma­itymi "pierw­szymi razami" ludz­ko­ści - jak pew­nie wielu z nas, kiedy pró­bu­jemy cze­goś nowego i wyjąt­kowo oso­bli­wego - ale na poważ­nie zaczą­łem roz­wa­żać tę kwe­stię dopiero, kiedy tra­fi­łem na zapi­ski sta­ro­egip­skiego leka­rza, który opi­sy­wał guz w piersi pacjentki. Zda­niem histo­ry­ków to pierw­szy udo­ku­men­to­wany przy­pa­dek raka. Długą i szcze­gó­łową cha­rak­te­ry­stykę roz­prze­strze­nia­ją­cego się nowo­tworu lekarz pod­su­mo­wał krót­kim stwier­dze­niem: "Nie ma lekar­stwa".

Poru­szył mnie przy­pa­dek tej kon­kret­nej kobiety cier­pią­cej na, jak się oka­zało, pra­dawną cho­robę. W tra­dy­cyj­nych prze­ka­zach o sta­ro­żyt­nych ludach bra­ko­wało mi wła­śnie takiego indy­wi­du­al­nego podej­ścia. Posta­no­wi­łem więc dowie­dzieć się jak naj­wię­cej nie tylko o pierw­szych razach w pre­hi­sto­rii, lecz także o oso­bach, które miały w nich udział.

To książka o tych ludziach: o tym, kim byli, czego doko­nali i dla­czego było to takie ważne.

Pro­blem z dużymi licz­bami - kilka uwag

Nawet naj­wy­bit­niejsi naukowcy nie potra­fią tak naprawdę ogar­nąć umy­słem dłu­gich odcin­ków czasu. Dla nas, laików, wła­ści­wie nie ist­nieje róż­nica mię­dzy 20, 30 a 300 tysią­cami lat temu - to po pro­stu "dawno temu". Taka infor­ma­cja jest dla nas zbyt abs­trak­cyjna, nie­prak­tyczna i wła­ści­wie do niczego nie­po­trzebna. Z tym samym pro­ble­mem mie­rzą się astro­no­mo­wie, kiedy dys­ku­sja scho­dzi na ogrom prze­strzeni kosmicz­nej czy wagę bia­łego karła. Nasze umy­sły nie potra­fią pora­dzić sobie z takim pozio­mem abs­trak­cji, więc wobec nie­wy­obra­żal­nie wiel­kich liczb ucie­kamy się zwy­kle do okre­śleń w rodzaju "bar­dzo duże", "bar­dzo daleko", "bar­dzo dawno temu" i szybko prze­cho­dzimy dalej.

Pro­blem jed­nak w tym, że choć wrzu­camy te wiel­kie liczby do jed­nego worka, to prze­cież wcale nie są takie same, kiedy zaś mowa o histo­rii ludz­ko­ści, róż­nice te mają kolo­salne zna­cze­nie. Dla przy­kładu: według naj­now­szych usta­leń arche­olo­gów H. sapiens i nean­der­tal­czycy żyli na tym samym tery­to­rium przez ponad 5 tysięcy lat. To dokład­nie tyle, ile trwa cała spi­sana histo­ria. Poprawna ocena roz­ziewu mię­dzy tysią­cem a pię­cioma tysią­cami lat mocno kom­pli­kuje powszechny pogląd, jakoby inte­li­gentny H. sapiens niczym walec zgła­dził nean­der­tal­czy­ków, co z kolei każe nam zwe­ry­fi­ko­wać pogar­dliwą opi­nię o zdol­no­ściach inte­lek­tu­al­nych naszych pra­ku­zy­nów.

Jeśli chcemy zro­zu­mieć rela­cje mię­dzy roz­ma­itymi gatun­kami i kul­tu­rami, a także cha­rak­ter ewo­lu­cji, musimy wyczu­wać róż­nice mię­dzy tymi ogrom­nymi licz­bami. Wymy­śli­łem więc kilka spo­so­bów, żeby nam to uła­twić. Z początku roz­wa­ża­łem umiesz­cza­nie przy licz­bach sym­bolu dolara, żeby abs­trak­cyjny tysiąc zmie­nić w bar­dziej nama­calne 1000$. W końcu jed­nak zde­cy­do­wa­łem się na meta­forę zegara (z wyjąt­kiem dwóch pierw­szych roz­dzia­łów, bo opi­sy­wane w nich zda­rze­nia miały miej­sce, na długo zanim wyewo­lu­ował czło­wiek). Gdyby 300 tysięcy lat od momentu poja­wie­nia się czło­wieka ana­to­micz­nie współ­cze­snego przed­sta­wić jako jedną dobę, histo­ria pisana zaczy­na­łaby się pół godziny przed pół­nocą. To ozna­cza 23,5 godziny "pre­hi­sto­rii", w któ­rej żyło - według sza­cun­ków - około 1,5 miliarda osób.

Z uwagi na powyż­sze uni­kam odwo­ły­wa­nia się do kon­kret­nych liczb, o ile nie jest to abso­lut­nie nie­zbędne - wolę zaj­mo­wać się kon­tek­stem, w jakim żyli ówcze­śni ludzie. Cza­sem jed­nak nie można uciec od pro­blemu dłu­gich odcin­ków czasu. W takich przy­pad­kach może nam pomóc zamiana lat na dolary albo godziny czy też wizu­ali­za­cja osi czasu.

1

Kto wyna­lazł wyna­lazki?

Kiedy? 3 miliony lat temu, zanim wyewo­lu­ował czło­wiek

3 miliony lat temu

Wyna­le­zie­nie wyna­laz­ków

W paź­dzier­niku 1960 roku 26-let­nia Jane Goodall zaob­ser­wo­wała, jak szym­pans, któ­remu nadała przy­do­mek David Grey­be­ard, osku­buje długą gałązkę z list­ków, dźga nią kopiec ter­mi­tów i obli­zuje wydo­byte w ten spo­sób insekty. Dla zwie­rzę­cia to była po pro­stu prze­ką­ska, ale w śro­do­wi­sku nauko­wym - wów­czas defi­niu­ją­cym Homo sapiens przez pry­zmat zasto­so­wa­nia narzę­dzi - wywo­łało to praw­dziwą burzę. Goodall natych­miast wysłała tele­gram do pale­oan­tro­po­loga Louisa Leakeya, który miał odpo­wie­dzieć legen­dar­nymi już sło­wami: "W takim razie musimy zmie­nić defi­ni­cję narzę­dzia, zmie­nić defi­ni­cję czło­wieka lub uznać szym­pansy za ludzi".

Po burz­li­wych dys­ku­sjach naukowcy zre­de­fi­nio­wali nasz gatu­nek jako jedyny, który potrafi wyko­rzy­sty­wać narzę­dzia do wytwa­rza­nia innych narzę­dzi. David Grey­be­ard może sobie obry­wać gałązki do jedze­nia ter­mi­tów, ile dusza zapra­gnie, ale tylko homi­nini (ter­min okre­śla­jący zarówno H. sapiens, jak i wszyst­kich naszych wymar­łych przod­ków po oddzie­le­niu się ludzi od małp) potra­fi­liby stwo­rzyć spe­cjalny przy­rząd do obie­ra­nia gałązki z liści. Wielu arche­olo­gów, z któ­rymi roz­ma­wia­łem, uważa, że umie­jęt­ność pla­no­wa­nia i roz­wią­za­nia pro­blemu przy uży­ciu zło­żo­nego urzą­dze­nia nie tylko defi­niuje nasz gatu­nek, ale też w kilku przy­pad­kach uczy­niła go tym, czym jest. Zgod­nie z tym poglą­dem wyna­lazki nie są skut­kiem ewo­lu­cji, a raczej tłu­ma­czą, dla­czego prze­bie­gła taką, a nie inną drogą. Przy­naj­mniej kil­koro z pierw­szych wyna­laz­ców nie tylko zmie­niło spo­sób życia czy przy­czy­niło się do powsta­nia nowych moż­li­wo­ści gospo­dar­czych, jak współ­cze­śnie postrze­gamy wyna­lazki, lecz wręcz umoż­li­wiło ewo­lu­cję.

Naj­lep­szą ilu­stra­cją tej tezy jest pierw­szy wyna­la­zek wszech cza­sów, wymy­ślony przez jedną z naszych przod­kiń na długo przed powsta­niem H. sapiens.

Kim była pierw­sza wyna­laz­czyni?

Nazwijmy ją Mamą, bo była to młoda matka, która - jak wszy­scy wyna­lazcy - miała pewien pro­blem.

Mama uro­dziła się około 3 milio­nów lat temu i nale­żała do pra­daw­nego rodzaju Austra­lo­pi­the­cus. Pocho­dziła z Afryki, być może wschod­niej, gdzie arche­olo­dzy odkryli liczne ska­mie­nia­ło­ści austra­lo­pi­te­ków, w tym słynną Lucy zna­le­zioną w roku 1974. Trzy miliony lat temu wypa­dają mniej wię­cej w poło­wie mię­dzy chwilą oddzie­le­nia się naszych przod­ków od linii szym­pan­sów i bonobo a teraź­niej­szo­ścią, nic więc dziw­nego, że pod wzglę­dem wyglądu i zacho­wa­nia nasza Mama przy­po­mina w poło­wie H. sapiens, a w poło­wie szym­pansa.

Miała bli­sko 120 cen­ty­me­trów wzro­stu, ważyła led­wie 30 kilo­gra­mów, a poza twa­rzą całe ciało miała pokryte ciem­nym, gęstym futrem. Jadła wię­cej mięsa niż obec­nie szym­pansy, ale żywiła się padliną, raczej nie polo­wała. Jej dietę dopeł­niały korzonki, bulwy, orze­chy i owoce. Pod wie­loma wzglę­dami można by ją wziąć za szym­pansa o świet­nym zmy­śle rów­no­wagi, gdyby nie bar­dzo sprawne i kre­atywne wyko­rzy­sty­wa­nie kamieni - ostrzyła je, żeby dosta­wać się do szpiku kości, dzięki czemu zdo­by­wała kąski, do któ­rych inni padli­no­żercy nie mieli dostępu.

Nasza Mama była inte­li­gentną małpą, ale potężne afry­kań­skie koty i tak mogły ją zjeść na obiad. Za dnia prze­miesz­czała się na dwóch nogach, szu­ka­jąc poży­wie­nia, ale nocą wra­cała do gniazda na drze­wie, żeby schro­nić się przed zagro­że­niem. Arche­olo­dzy odkryli w jaski­niach kości udowe i ramie­niowe austra­lo­pi­te­ków tuż obok zacho­wa­nych w cało­ści szkie­le­tów dra­pież­ni­ków, co jasno, acz dość ponuro una­ocz­nia nam, kto zja­dał kogo.

Mamą inte­re­so­wały się roz­ma­ite groźne zwie­rzęta. Jako że austra­lo­pi­teki nie ujarz­miły ognia, były szcze­gól­nie nara­żone na ataki przodka współ­cze­snej pan­tery, ale zaj­mo­wały tak niską pozy­cję w łań­cu­chu pokar­mo­wym, że cza­sem padały nawet ofiarą orłów.

Brak umie­jęt­no­ści pano­wa­nia nad ogniem miał też znacz­nie poważ­niej­szą kon­se­kwen­cję: Mama musiała jeść wyłącz­nie surowy pokarm.

Układ tra­wienny przy­swaja z niego mniej kalo­rii niż z jedze­nia pod­da­nego obróbce ter­micz­nej, znacz­nie trud­niej też się go żuje, Mama musiała więc poświę­cać wię­cej czasu na zbie­ra­nie poży­wie­nia i kon­sump­cję niż współ­cze­sny H. sapiens. Nawet wypo­sa­żone w silne szczęki i duże zęby szym­pansy spę­dzają do sze­ściu godzin dzien­nie na prze­żu­wa­niu suro­wych posił­ków, pod­czas gdy goto­wa­nie umoż­li­wia prze­cięt­nemu czło­wie­kowi przy­ję­cie dzien­nej por­cji w zale­d­wie 45 minut. Nasza Mama poświę­cała więc nie­mal cały dzień na zdo­by­wa­nie pokarmu i jedze­nie, a musiała przy tym uni­kać dra­pież­nych pta­ków i pan­ter, wspi­nać się na drzewa i prze­mie­rzać duże odle­gło­ści w poszu­ki­wa­niu owo­ców i padłych zwie­rząt.

To wszystko oka­zało się znacz­nie trud­niej­sze, kiedy jako nasto­latka Mama uro­dziła roz­wrzesz­czane, bez­bronne i nie­zdolne do samo­dziel­nego poru­sza­nia się dziecko.

Nie­mow­lęta H. sapiens to praw­dziwa oso­bli­wość ewo­lu­cji. Więk­szość ssa­ków od razu po uro­dze­niu potrafi cho­dzić, truch­tać albo przy­naj­mniej trzy­mać się mamy. Przy­czyna jest jasna jak słońce: każdy dzień, kiedy dziecko nie może nadą­żyć za doro­słym, to zagro­że­nie dla nich obojga. Młode kapu­cynki prak­tycz­nie od pierw­szej chwili potra­fią chwy­cić się futra rodzi­cielki, a wypo­sa­żone w więk­sze mózgi szym­pan­sice muszą nosić nowo­rodka, ale zale­d­wie przez dwa mie­siące. Tym­cza­sem mali ludzie przez ponad rok są nie­mal cał­ko­wi­cie bez­radni: nie potra­fią cho­dzić, peł­zać ani nawet utrzy­mać cię­żaru wła­snego ciała. Choć mogłoby się to wyda­wać kom­pletną porażką ewo­lu­cji, to tylko cena, jaką musimy zapła­cić za nasz praw­do­po­dob­nie naj­więk­szy atut: prze­ro­śnięty mózg. Tak długi okres nie­sa­mo­dziel­no­ści można czę­ściowo wytłu­ma­czyć potrzebą roz­wi­nię­cia bilio­nów połą­czeń mię­dzy neu­ro­nami. Kom­pro­mis mię­dzy roz­mia­rem mózgu a śmier­tel­no­ścią nie­mow­ląt doty­czy wszyst­kich naczel­nych, a każdy gatu­nek osią­gnął inny sto­su­nek tych war­to­ści. Arche­olo­dzy od dawna zasta­na­wiali się jed­nak, jak doszło do tego, że u ludzi pro­por­cje te są tak nie­na­tu­ralne.

Przy­pusz­cza się, że wkrótce po oddzie­le­niu się homi­ni­nów od szym­pan­sów nowo­rodki potra­fiły jesz­cze dość szybko chwy­tać się matek, jed­nak po jakimś cza­sie to się zmie­niło. Zapy­ta­łem Carę Wall-Schef­fler, bio­lożkę z Uni­wer­sy­tetu Seat­tle Paci­fic, kiedy matki mogły po raz pierw­szy poczuć się śmier­tel­nie zmę­czone bez­rad­no­ścią nie­mow­ląt. Według niej to przej­ście na dwu­noż­ność, przed bli­sko trzema milio­nami lat, nara­ziło nowo naro­dzone dzieci i ich doro­słe opie­kunki na nie­bez­pie­czeń­stwo.

To logiczne: dziecku znacz­nie trud­niej było przy­lgnąć do matki cho­dzą­cej w pozy­cji wypro­sto­wa­nej. Co wię­cej, cho­dze­nie na dwóch nogach wymaga wąskich bio­der, co wiąże się ze zwę­że­niem kanału rod­nego, a więc, wyda­wa­łoby się, powinno wpły­nąć na zmniej­sze­nie głów nowo­rod­ków, pozwa­la­jące im szyb­ciej się usa­mo­dziel­nić. Stało się jed­nak zupeł­nie na odwrót: roz­miar czaszki się zwięk­szył, a dzieci stały się jesz­cze słab­sze. Współ­cze­śnie u H. sapiens wystę­puje jeden z naj­wyż­szych sto­sun­ków wiel­ko­ści głowy do reszty ciała, mimo że cho­dzimy na dwóch nogach. Ten wybryk natury można nazwać para­dok­sem inte­li­gent­nej istoty dwu­noż­nej.

Jakie jest ewo­lu­cyjne wytłu­ma­cze­nie tego feno­menu? Otóż homi­ninki, jak na przy­kład nasza Mama, rodziły dzieci na wcze­śniej­szym eta­pie ciąży. Poród nastę­po­wał dwa-trzy mie­siące szyb­ciej, zanim główka prze­ra­stała ujście kanału rod­nego. Od tam­tych cza­sów dys­pro­por­cje jesz­cze się pogłę­biły. Gdyby H. sapiens rodzili się na tym samym eta­pie roz­woju co małe szym­pansy, ciąża musia­łaby trwać 20 mie­sięcy. Nie dość, że tak duże dziecko nie zmie­ści­łoby się w kanale rod­nym, to jesz­cze matka musia­łaby zno­sić ogromne obcią­że­nie. Dla­tego wła­śnie przez pierw­sze sie­dem mie­sięcy czło­wiek żyje tak, jakby na­dal tkwił w macicy - jest bez­bronny i cał­ko­wi­cie zależny od doro­słych - pod­czas gdy w mózgu two­rzy się ponad miliard synaps na minutę.

Dla naszej Mamy opieka nad dziec­kiem byłaby naj­trud­niej­sza w trak­cie zbie­ra­nia poży­wie­nia. U żad­nego ze współ­cze­snych gatun­ków naczel­nych, z wyjąt­kiem naszego, nie wystę­puje zja­wi­sko podziału obo­wiąz­ków rodzi­ciel­skich, więc i Mama raczej nie mogła liczyć na pomoc ojca. Tym bar­dziej nie zosta­wi­łaby nie­mow­lę­cia samego na dłu­żej niż kilka chwil, bo w natu­ral­nym śro­do­wi­sku naczelne ni­gdy tego nie robią. To zbyt nie­bez­pieczne. Gdyby Mama odło­żyła nowo­rodka i poszła po jedze­nie, maluch gło­śno dałby wyraz swemu nie­za­do­wo­le­niu, więc po powro­cie już by go pew­nie nie zastała.

Na pod­sta­wie licz­nych badań możemy osza­co­wać, że nasza Mama musia­łaby nosić dziecko przy­naj­mniej przez pierw­sze pół roku, wciąż więk­szość dnia poświę­ca­jąc na poszu­ki­wa­nie poży­wie­nia. Sam dodat­kowy wyda­tek ener­ge­tyczny mógłby zagro­zić jej życiu. Wall-Schef­fler przyj­rzała się pro­ble­mowi nosze­nia austra­lo­pi­tec­kiego potomka pod kątem ergo­no­mii i doszła do wnio­sku, że matka zuży­wa­łaby ponad 25 pro­cent ener­gii wię­cej niż zwy­kle - prze­wyż­sza to nawet nie­mały koszt zwią­zany z kar­mie­niem pier­sią. Według jej sza­cun­ków trans­port dziecka jest tak wyczer­pu­jący, że istoty dwu­nożne prę­dzej czy póź­niej musiały wpaść na jakiś pomysł.

Jak powie­działa mi Wall-Schef­fler, rewo­lu­cyj­ność roz­wią­za­nia Mamy nie pole­gała po pro­stu na stwo­rze­niu nowej rze­czy, ale na skon­stru­owa­niu praw­do­po­dob­nie naj­do­nio­ślej­szego narzę­dzia wszech cza­sów.

Wyna­la­zła nosi­dło.

Zbu­do­wała je zapewne z bar­dzo pro­stych mate­ria­łów. Może wystar­czyła jej pętla z pną­cza - cho­ciaż wią­za­nie węzłów może wyda­wać się umie­jęt­no­ścią zbyt zaawan­so­waną jak na austra­lo­pi­teka, jest ona powszechna wśród małp naczel­nych. Jak mówi Wall-Schef­fler, "nie jest nie­moż­liwe, że austra­lo­pitka potra­fiła zro­bić pro­stą pętlę".

Wyna­le­zie­nie nosi­dła nie sta­no­wiło więc wyzwa­nia pod wzglę­dem tech­nicz­nym, ale w kon­tek­ście poznaw­czym było praw­dzi­wym prze­ło­mem. Uży­cie jed­nego narzę­dzia do stwo­rze­nia dru­giego wymaga tak zwa­nej pamięci robo­czej - w psy­cho­lo­gii okre­śla się tym ter­mi­nem zdol­ność prze­cho­wy­wa­nia infor­ma­cji w umy­śle, prze­twa­rza­nia ich i wyko­rzy­sty­wa­nia.

Posłu­gu­jemy się pamię­cią robo­czą nie­ustan­nie: na przy­kład pod­czas zaku­pów w skle­pie wyobra­żamy sobie pla­no­wane danie, żeby kupić nie­zbędne skład­niki. Kiedy ukła­damy puz­zle, wizu­ali­zu­jemy sobie gotowy obra­zek, żeby wie­dzieć, gdzie umie­ścić poszcze­gólne ele­menty. Im wię­cej kro­ków wymaga dane zada­nie, tym wię­cej potrzeba pamięci robo­czej. Budowa kom­po­nentu rakiety, który wcho­dzi w skom­pli­ko­wane zależ­no­ści z tysią­cami innych czę­ści, wymaga wię­cej mocy mózgu niż robie­nie zaku­pów na obiad, ale zasada jest taka sama. Mama nie potra­fi­łaby zbu­do­wać rakiety, ale kiedy dziecko zaczęło jej cią­żyć i wyobra­ziła sobie poten­cjalne roz­wią­za­nie, wyka­zała pierw­sze oznaki zaawan­so­wa­nych ope­ra­cji psy­chicz­nych.

O ile nosi­dło w nie­znacz­nym tylko stop­niu uła­twiło życie naszej Mamie, o tyle trudno prze­ce­nić kon­se­kwen­cje tego wyna­lazku dla ewo­lu­cji czło­wieka. Dzięki pro­stej prze­pa­sce nie­mow­lęta homi­ni­nów mogły pozo­sta­wać nie­sa­mo­dzielne przez prak­tycz­nie nie­ogra­ni­czony czas, co zda­niem arche­ologa Timo­thy'ego Tay­lora, autora książki The Arti­fi­cial Ape [Sztuczna małpa], nie tylko miało wpływ na para­doks inte­li­gent­nej istoty dwu­noż­nej, ale też cał­ko­wi­cie go unie­waż­niło. Para­doks ten nie miał racji bytu, jeśli wypo­sa­żone w nosi­dła matki mogły rodzić dzieci na długo przed osią­gnię­ciem przez nie peł­nego roz­woju. Nowe narzę­dzie nie tylko ulżyło Mamie, lecz przede wszyst­kim znio­sło narzu­cony przez ewo­lu­cję limit roz­miaru, jaki może osią­gnąć ludzki mózg. Tym samym nosi­dło dla dziecka zmie­niło bieg ewo­lu­cji czło­wieka.

Brzmi to jak hiper­bola, ale wcale nie prze­sa­dzam. Gdyby nie ten wyna­la­zek, zmę­czone matki odkła­da­łyby bez­bronne nie­mow­lęta, które pada­łyby ofiarą pan­ter. Jak zaob­ser­wo­wała Goodall, nie­do­świad­czone szym­pan­sice tracą połowę mło­dych w cza­sie, kiedy te nie potra­fią się jesz­cze trzy­mać sier­ści - a to prze­cież zale­d­wie dwa mie­siące. Istoty dwu­nożne o dużych gło­wach powinny oka­zać się śle­pym zauł­kiem ewo­lu­cji, a nie stało się tak dzięki nosi­dełku dla dzieci. I dzięki naszej Mamie.

Oczy­wi­ście gdyby Mama jako jedyna uży­wała swo­jego wyna­lazku, a inne austra­lo­pi­teki tylko spoj­rza­łyby na nią scep­tycz­nie, nie mia­łoby to żad­nych kon­se­kwen­cji dla ewo­lu­cji. Uła­twi­łaby sobie tro­chę życie i tyle.

Tak się jed­nak nie stało.

Wyna­la­zek się roz­po­wszech­nił. Według usta­leń Tay­lora wkrótce potem u naszych pra­przod­ków nastą­piło bły­ska­wiczne powięk­sze­nie roz­mia­rów mózgu. Matki zaczęły rodzić dzieci na coraz wcze­śniej­szych eta­pach roz­woju, co byłoby nie­moż­liwe bez nosi­dła. A skoro pomysł Mamy się roz­prze­strze­nił, możemy się domy­ślać, że już austra­lo­pi­teki dys­po­no­wały być może naj­wspa­nial­szą umie­jęt­no­ścią H. sapiens: nasz gatu­nek potrafi świet­nie kopio­wać.

W antro­po­lo­gii nazywa się to "spo­łecz­nym ucze­niem się". Z badań porów­naw­czych nad nowo­rod­kami H. sapiens i szym­pan­sów, któ­rym posta­wiono roz­ma­ite wyzwa­nia inte­lek­tu­alne, wiemy, że ta zdol­ność jest znacz­nie bar­dziej roz­wi­nięta u ludzi. Jak twier­dzi Joseph Hen­rich, wykła­dowca bio­lo­gii ewo­lu­cyj­nej czło­wieka na Uni­wer­sy­te­cie Harvarda, H. sapiens są z natury naśla­dow­cami. Przy­glą­damy się sobie nawza­jem, uczymy i kopiu­jemy. Sło­wem, jeste­śmy gatun­kiem bez­wstyd­nych pla­gia­to­rów wła­sno­ści inte­lek­tu­al­nej. By­naj­mniej nie jest to jed­nak zarzut!

Nikt z nas nie jest tak genialny ani pomy­słowy, jak nam się wydaje, zwłasz­cza kiedy cho­dzi o prze­trwa­nie. Jak możemy prze­czy­tać w The Secret of Our Suc­cess [Tajem­nica naszego suk­cesu] Hen­ri­cha, grupy roz­bit­ków czy eks­plo­ra­to­rów pozo­sta­wio­nych na pastwę losu - czy to na austra­lij­skiej pustyni, czy w lodo­wa­tej tun­drze Gren­lan­dii - ni­gdy nie radziły sobie naj­le­piej. W nie­mal każ­dym przy­padku podróż­nicy zagu­bieni w nowym, nie­zna­nym śro­do­wi­sku albo przyj­mują pomoc miej­sco­wych, albo umie­rają z głodu.

Hen­rich wyciąga z tego nastę­pu­jący wnio­sek: nie­zwy­kłe zdol­no­ści przy­sto­so­wa­nia się ludz­kość zawdzię­cza umie­jęt­no­ści ucze­nia się, naśla­do­wa­nia i łącze­nia pro­stych inno­wa­cji. Gdy­by­śmy tak jak małpy człe­ko­kształtne igno­ro­wali olśnie­nia swo­ich bliź­nich, być może na­dal tkwi­li­by­śmy w tej samej niszy eko­lo­gicz­nej - wydo­sta­li­śmy się z niej wła­śnie dzięki talen­towi do kopio­wa­nia. Każde naj­drob­niej­sze udo­sko­na­le­nie wymy­ślone przez jed­nostkę jest pod­chwy­ty­wane przez całą grupę. Jako jedyny gatu­nek w kró­le­stwie zwie­rząt dzia­łamy jak pre­cy­zyjny mecha­nizm zębat­kowo-zapad­kowy - doko­nu­jemy postępu przez mikro­in­no­wa­cje i zbio­rowe pla­gia­tor­stwo.

W chwili gdy Mama stwo­rzyła swój wie­ko­pomny wyna­la­zek, zdol­ność naśla­do­wa­nia musiała być już roz­wi­nięta wśród homi­ni­nów, któ­rzy nie zigno­ro­wali ani nie wyśmiali dzi­wacz­nego ustroj­stwa, ale zro­bili to, co robimy naj­le­piej: sko­pio­wali je.

Roz­po­wszech­nie­nie nosi­dła nie tylko sztucz­nie wydłu­żyło okres ciąży i znio­sło górną gra­nicę roz­miaru ludz­kiego mózgu, lecz także wzmoc­niło więź mię­dzy matką i dziec­kiem. Nowe urzą­dze­nie spra­wiło, że mogli dużo na sie­bie patrzeć. O ile zaś Mama nie posłu­gi­wała się języ­kiem, nie­mal na pewno potra­fiła się na jakimś pozio­mie komu­ni­ko­wać - tak jak szym­pansy.

Goodall zare­je­stro­wała komu­ni­ka­cję mię­dzy szym­pan­simi mat­kami i ich mło­dymi: poro­zu­mie­wają się głów­nie za pomocą pohu­ki­wa­nia, kiedy maluch chce się prze­je­chać albo kiedy mama chce, żeby wsiadł na pokład. Trudno oczy­wi­ście porów­ny­wać to z nie­ustan­nym traj­ko­ta­niem matki H. sapiens do nowo­rodka, ale częst­sze pohu­ki­wane, mru­cze­nie czy gawo­rze­nie naszej Mamy mogło zapo­wia­dać bar­dziej wyra­fi­no­waną formę komu­ni­ka­cji. "Mowa mat­czyna" - melo­dyjny spo­sób prze­ma­wia­nia matki do nie­mow­lę­cia, np. "A kto tutaj leży?" - to uni­wer­salne zja­wi­sko kul­tu­rowe. We wszyst­kich języ­kach świata doro­słe kobiety zwra­cają się do dzieci z tą samą into­na­cją: wysoko - nisko - wysoko, co suge­ruje, że taki wzo­rzec komu­ni­ka­cji ma korze­nie daleko w naszej prze­szło­ści. Nie­któ­rzy języ­ko­znawcy uwa­żają wręcz, że mowa mat­czyna odzwier­cie­dla pier­wotny spo­sób prze­ka­zy­wa­nia infor­ma­cji, któ­rym posłu­gi­wano się na długo przed roz­wo­jem języka. Kiedy nasza Mama zało­żyła pierw­sze nosi­dło i całymi dniami patrzyła w oczy swo­jego nie­mow­lę­cia, być może nie­świa­do­mie na zawsze wzmoc­niła fun­da­men­talną więź mię­dzy matką i dziec­kiem.

Z więzi tej mógł się naro­dzić język, sil­niej­sza socja­li­za­cja, więk­sza inte­li­gen­cja i znacz­nie bar­dziej zaawan­so­wane wyna­lazki, lecz wszystko to zajęło wiele tysięcy lat. Ow­szem, Mama może i tro­chę sobie ulżyła oraz zwięk­szyła praw­do­po­do­bień­stwo prze­ży­cia swo­jego dziecka, nie ma jed­nak żad­nych dowo­dów, że u austra­lo­pi­te­ków wykształ­ciły się bar­dziej zło­żone rela­cje spo­łeczne. Nic nie wska­zuje też na to, żeby czcili czy choćby pamię­tali swo­ich zmar­łych, nawet gdy odcho­dziła ich wła­sna matka. Gdy więc umarła Mama, nikt nie wygło­sił mowy ani nawet nie pocho­wał pierw­szej wyna­laz­czyni na świe­cie. Być może jej dziecko po pro­stu prze­nio­sło gdzieś ciało.