Kto to widział - Miłosz Waligórski

Kup ebooka

22.50 zł
18.00 zł (16,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ŻYCIEPOZAGROBOWE

"Nodobrze - przerwałem mu - ale powiedz mi,

jaktam jest?

Jakietam - wzruszył ramionami -

przecieżjesteśmy tutaj".

R.Krynicki

Aliściistnieje życie pozagrobowe, nagroda od szefa. A już myślałem, żetylko brał mnie pod włos, mówiąc:"Staraj się, naprawdę warto. Wszystko masz tu, podnogami. Zapracujesz, to zobaczysz". Tak mnie motywował. Czasem,już bardziej zagadkowo, jak spec od reklamy dodawał:"Raju trzeba się dorobić, do nieba musisz się dokopać".Nie do końca go rozumiałem, wątpiłem w jego słowa, zawsze jednakbyłem mu lojalny. Jak Pascal zakładałem, że tak będzie lepiej. Iopłaciło się, wiara uczyniła cud. Za dowód niech posłuży poniższahistoria. Wydarzyła się w Nowym Sadzie, głównie w poniedziałek,trochę też we wtorek. Była jeszcze czarna noc, kiedy obudził mniegruźliczy atak lodówki. Dziwne. Zawsze, łagodnie kołysząc mój sen,mruczała do białego rana jak zadowolona kotka, wtedy zaś nagle cośzaburczało jej w brzuchu i głęboko zabulgotało. Na chwilę zamilkła,jakby straciła oddech i ważyły się jej losy, po czym przeraźliwiezakaszlała raz i drugi, złapała powietrze i wróciła do pracy, leczjuż nie przy wtórze murmuranda, a rozpaczliwego rzężenia, które niepozwoliło mi z powrotem zasnąć. Nie chciało mi się wstawać,zresztą nie miałem po co, zmianę w hotelu zaczynałem dopiero o wpółdo dziewiątej. Leżałem więc z otwartymi oczami, wzrok wcielając wciemność pod sufitem. Charkot lodówki przestawał mi przeszkadzać.Przypomniała mi się babcia, jak mówi, że przedmioty wcale nie są ażtak martwe, na jakie wyglądają. W dzieciństwie straszyła mnie, żejeśli będę chował się przed nią w szafie, porwą mnie wieszaki, apalta, jesionki i pelisy przerobią na łaty i już nigdy stamtąd niewyjdę, a już na pewno nie wjednym kawałku. Brr! Strząsnąłem z siebie kołdrę i skoczyłem na równenogi. Podszedłem do lodówki i zły uderzyłem ją kilka razy w plecy.Poskutkowało. Zajrzałem do środka - czysto. Na śniadaniemusiało mi wystarczyć wczorajsze pieczywo. Przeżuwając czerstwychleb, z oddalenia patrzyłem w okno, tak, że przed oczami miałemtylko rumień nieba wolno przechodzący w świeżą niebieskość. Bladłemrazem z nim, aż do całkowitego uspokojenia.Nie wiem, jak długo to trwało, ale wystarczyło, żebym straciłpoczucie czasu. Kiedy spojrzałem na zegarek, było wpół doósmej i należało więcej niż się spieszyć. W przedpokoju poddałemtwarz szybkiej kremacji, wskoczyłem w scarpy, zarzuciłem ulubionąkurtkę i wypadłem z domu. Na schodach zapiąłem się inaciągnąłem kaptur. Wyszedłem na śnieg. Była zima, minus dziesięćstopni, i w mieście ogłoszono stan klęski żywiołowej. Przez kilkatygodni nie jeździły autobusy, toteż do hotelu przedzierałem siępiechotą. Nieprzyzwyczajony do chodzenia, prawie każdego dniadocierałem do pracy na ostatnią chwilę. Wtedy tak samo. Biegłemulicami, minąłem Park Dunajski, w którym miejscowy duraczek, panEkdal, w T-shircie z napisem "teraz cię mam" jak co ranorobił zdjęcia dzikim kaczkom: sprawdzał baterie, zmieniał klisze, coraz naciskał spust migawki. Od lat próbował uchwycić je w locie,unieruchomić w kadrze. Nie udawało mu się, ponieważ -zrozumiałem to dopiero niedawno- sam nie potrafił się zatrzymać. Zresztą ja też tego nieumiałem, ale zamiast suszyć sobie tym głowę, mokry od potu irozsznurowany gnałem, gnałem dalej, aż zatrzymał mnie głos:"Buty! Zawiąż se pan buty, bo pan upadniesz i się niepozbierasz!". Stanąłem, kucnąłem, wykonałem polecenie. Wszystkobez zastanowienia, po przecinku, jak automat. Z gęby rytmiczniebuchała mi para. Kiedy podniosłem głowę, zobaczyłem, że jestem narogu ulic Nikoli Pašicia i Jovana Zmaja. Naprzeciwko Pałacu Władyki oiście bizantyjskim sznycie, jakieśdziesięć metrów ode mnie, na kartonie po telewizorze owinięty w siwyfilc siedział kudłaty bezdomny. To on do mnie krzyczał. Spodsztywnego materiału, który nijak nie przylegał do jego ciała,przeświecał nagi owłosiony tors. Rozejrzałem się, a potem dokładnieprzypatrzyłem jurodiwemu. Błędne ogniki oczu i wyrzucone nazmarznięte błoto ogarki drewnianychnóg w krótkich parciankach rozpalał widok krzyża pod soborem ŚwiętegoJerzego, krzyża z marmuru różowego jak żywe mięso, w obliczuktórego protezy leżały bardziej niż martwe, a zaczerwienione polikitoczyła nieukojona gorączka, jakby tęsknota za niewidzialnym. Oczymiał dzikie, obłędne. Mimo że patrzył przeze mnie i het, het pozamnie, speszony unikałem jego spojrzenia i słów. Załamując głos,głośno powtarzał: "Mówięci, nie daj się ustraszyć tym, co zabijają ciało. Mówię ci, daj miswoją kurtkę, bo zamarznę!". I tak w kółko, aż nie zostałdaleko za mną. Bo uciekłem. Choć najpierw ledwie go ominąłem.Niejasne zdania zamroczyły mniei ściągnęły ku sobie tak, że omal nie wpadłem na mur, pod którymsiedział. Puk, puk, w ostatniej chwili oprzytomniałem, przeskoczyłemnad wymierzonymi we mnie kikutami sumienia i dopiero wtedy hyc, hyc,przez niskie zaspy podyrdałem dalej. Kurtka. Mój bergsonik z membranąSupra-Tex, kolor: zgniła zieleń. Nie było mowy, żebym mu ją dał.Byłem do niej bardzo przywiązany. Poza tym jak to, bez kurtki? Jak wtaki mróz chodziłbym do pracy? Nie, nie mogłem jej oddać. Jeszcze bymsię rozłożył i co? Gdybym, niedaj Boże, poszedł na chorobowe, szef straciłby do mnie zaufanie. Takmyślałem. Intuicyjnie jednak - a skąd brała się taintuicja, wiem dopiero teraz - czułem, że wszystko potoczy sięinaczej, że mu ją w końcu dam. A jednak nie zatrzymałem się, tylkopędziłem, ba, leciałem do hotelu na skrzydłach zobowiązania. W pewnejchwili zaczął padać obfity śnieg i ten śnieg mnie zamurował.Obezwładniony posuwałem się naprzód razem z białą ścianą, w którejsię znalazłem. Była tak gęsta, że choć wbij w nią zęby, nie umiałemrozgryźć, dokąd idę. Zostałem bez wyjścia. Chcąc nie chcąc musiałempoddać się jej zatwardziałej woli. Niosła mnie, niosła w niewiadomejak historia pajaca na postronkach. Mimo kurtki trząsłemsię z zimna i niepewności. Wszędzie ciemniała biel, monotonia stawałasię dokuczliwa. Niedokarmione zmysły zaczynały żądać pożywienia,uśpione z zewnątrz same jęły produkować obrazy i dźwięki, i tuż, tużzarysowała się przede mną twarz babci, już jak z głębokiej jaźnisłyszałem jej głos, kiedy nagle zderzyłem się z rzeczywistością,jedyną i prawdziwą, pozagrobową. Główką puknąłem o murcmentarza. Wejście było obok. Za bramą przywidzenia ustąpiły, adreszcze rozeszły się po kościach. Mrówki strachu, które jeszczeprzed chwilą roiły się na moim grzbiecie, pierzchły w mogiły. Żebyzłapać oddech, stanąłem pod drzewem i jedną dłonią wsparłem korę, adrugą własne żebra. Pogłaskałem je. Pochylony patrzyłem w dół i kątemoka widziałem ścieżynkę, która uciekała w bok, między groby. "Jaktam spokojnie sobie śpią", pomyślałem i zrobiło mi się cieplej.Śnieg ustawał, a mnie było coraz przyjemniej, jakby cała zła energiawsiąkała w ziemię. W co się zamieniała? Nie wiem. Wyprostowałem się irozpiąłem kurtkę. Odetchnąłem z ulgą, ale puszczona ustami chmura niemiała ani kształtu, ani koloru i niczym nie różniła się od powietrzawokół. Letnia i przezroczystaaura tego miejsca wchłonęła ją w siebie. Moje tętno, które wcześniejwaliło jak oszalałe, snuło się teraz miękko i nitkowato. Znikałem,rozpływałem się w jakiejś bliżej nieokreślonej idei. Dzisiaj wiem, żeta idea zabija indywidualność. W ciszy kamieniało Uspensko groblje,cmentarz pod wezwaniem Wniebowstąpienia Bogarodzicy, gdzie ani żywegoducha, ani pary z ust. Bezosobowość. Chcąc przeciwstawić jej imię,podszedłem do najbliższegonagrobka z krzyżem, którego dwie poprzeczne belki wisiały poziomo,jakby się wahały, trzecia zaś, dolna, skosem pokazywałakierunki: niebo i ziemię. Tam trafią dobrzy, a tu źli. Tak to sobiewyobrażali. Oni, prawosławni. Na płycie był napis rosyjską grażdanką:"Gieorgij Mihajłowicz Kadarewski, ochotnik Armii Rosyjskiej, w23 roku żywota zamordowany z premedytacją strzałem z rewolweru"i niżej epitafium: "Miłujcie nieprzyjaciół waszych".Przyspieszył mi puls. To przesłanie przekraczało - i wciążprzekracza - moje pojęcie. Było i zostało niewykonalne.Przecież trudno być przyzwoitym, a co dopiero kochać wrogów. Zresztąuczciwość wobec jednych może irytować drugich. Komu więc być wiernym?Bo przecież nie sobie. Tego nauczyła mnie babcia: miłośćwłasna to sytuacja, kiedy rzeczy przestają służyć do komunikacji istają się celem samym w sobie. "Ajeśli będą dla ciebie ważniejsze odludzi - tłumaczyła - jeśli zaprzedasz im duszę, stanieszsię jedną z nich. Gorzej, bo z czasem cię porzucą. Rzeczompotrzebny jest człowiek, a nie inna rzecz. Dlaczego? Ponieważ przyludziach rzeczy nie umierają. Spójrz choćby na Romów". Tak, aleto był stary świat i od tamtego czasu sporo się zmieniło. Cyganówpowoli wypierali Chińczycy, przedmioty zamiast życie po życiu corazczęściej czekała eutanazja. Na starocie nie było miejsca już nawet naśmietniku. Wysypiska rosłyjednorazowymi nówkami. Tak sobie dumałem i czułem, że coś we mniepęka, a bergson na grzbiecie zaczyna uwierać. Na dodatek, kiedywyszedłem z cmentarza, omal nie wpadłem na ślepego z laską. Ledwiezdążyłem uskoczyć. Zatoczyłem się i jedną nogą stanąłem na ruchliwejjezdni. Jadący z naprzeciwka samochód wyminął mnie w ostatniejchwili, nieprzerwanie trąbiąc. Ten dźwięk słyszę do dziś. Przezmgnienie w oczach miałem śmierć. Była równo ósma osiem. Mówią, że podrugiej stronie czas jest w negatywie. Nawet jeśli to prawda, wogólnym rozrachunku i tak - jak widać - wychodzi najedno. Do hotelu doczłapałem się bez głowy, ale za to w porę. Szef odrazu przydzielił mnie do nowej roboty. "Dużo tego?",zapytałem. "Zaświat! Ale opłaci ci się", odpowiedział.Miałem przygotować pokój na przyjazd prezydenta. "Dopiero couciekłem grabarzowi spod łopaty, a już po piętach depcze minastępny", zażartowałem sobie w myślach. Bez słowa jednakwziąłem się do pracy, ponieważ życzenia szefa zawsze traktowałem itraktuję jak rozkazy. W tej kwestii nic się nie zmieniło. A Nikolić,skromniacha, zarezerwował dla siebie apartament Tity. Oporządzałem goprawie tydzień, dzień po dniu, w godzinach i po godzinach, nieszczędząc łez, potu i krwi. A później rozchorowałem się i nawetpłakałem z bólu, ale mimo to pracowałem. Nie miałem serca, nie miałemwyboru, musiałem. No bo jak to tak, żeby bumelować, kiedy szef prosiłinaczej. Wcześniej, bo już następnego dnia, we wtorek, podarowałemtemu bezdomnemu swoją kurtkę, mojego zgniłozielonego bergsonika.Wiedziałem, że mogę przeziębić się na śmierć, a jednak mu ją dałem."Szefowi świeczkę, diabłu ogarek - pomyślałem, patrząc najego nogi - a rzeczom ducha", dodałem górnolotnie. Kurtkapasowała mu lepiej niż mnie. Leżała jak ulał, a kolor ożywił się nanim i nabrał soczystości. Po kilku dniach zapadłem na gruźlicę.Kaszlałem jak lodówka bez człowieka. Zima zamiast ustępować, srożyłasię, obowiązki w hotelu - w końcu chędożyłem dla samegoprezydenta! - nie pozwalały mi na przerwę, codziennie ziajałempo mieście niemalże w negliżu, nie dziwota więc, że szybkowyciągnąłem nogi. Tak, raz, a dobrze. Oddałem bergsona i umarłem.

wserii kwadrat ukazały się

"2008","2011", "2014" - antologiewspółczesnych polskich opowiadań

MarcinBałczewski "Eva Morales de Nacho Lima","Malone"

WaldemarBawołek "To co obok"

KostiaBerezin (Paweł Laufer) "Buty Mesjasza"

DariuszBitner "Książka"

RomanCiepliński "Diabelski młyn"

TomaszDalasiński "Nieopowiadania"

KrzysztofGedroyć "Przygody K"

AndrzejGrodecki "Iluzje"

BrygidaHelbig "Anioły i świnie. W Berlinie!!","Enerdowce i inne ludzie"

LechM. Jakób "Ciemna materia"

BogusławKierc "Bazgroły dla składacza modeli latających"

WojciechKlęczar "Wielopole"

BogusławaLatawiec "Ciemnia"

RyszardLenc "Chimera"

ArturDaniel Liskowacki "Capcarap", "Einekleine", "Mariasz", "Skerco"

MiłkaO. Malzahn "Fronasz", "Kosmos w Ritzu"

AgnieszkaMasłowiecka "Pyszne ciało", "Splątanie"

JarosławMaślanek "Ferma ciał"

DariuszMuszer "Homepage Boga", "Niebieski","Wolność pachnie wanilią"

KrzysztofNiewrzęda "Czas przeprowadzki", "Poszukiwaniecałości", "Second life", "Wariant dosprawdzenia", "Zamęt"

EwaElżbieta Nowakowska "Apero na moście"

CezaryNowakowski, JakubNowakowski "Błogosławieni"

PawełOrzeł "Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic anic", "Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"

PawełPrzywara "Zgrzewka Pandory"

KrystynaSakowicz "Księga ocalonych snów", "Praobrazy"

AlanSasinowski "Pełna kontrola", "Rupieć","Szczery facet"

GrzegorzStrumyk "Kra", "Nierozpoznani"

ŁukaszSuskiewicz "Egri bikaver", "Mikroelementy","Zależności"

LeszekSzaruga "Dane elementarne", "Podróż megożycia", "Zdjęcie"

IzabelaSzolc "Śmierć w hotelu Haffner"

ŁukaszSzopa "Kawa w samo południe"

AndrzejTurczyński "Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię","Koncert muzyki dawnej", "Zgorszenie","Żywioły"

AnatolUlman "Cigi de Montbazon i Robalium Platona"

EmiliaWalczak "Hey, Jude!"

MiłoszWaligórski "Kto to widział"

MaciejWasilewski "Jednodniowy spacer po dwudziestukilku głowach", "Rozmowy młodej Polski w latach dwatysiące coś tam dwa tysiące coś"

BartoszWójcik "Christiania. Historie z tamtej strony dobra"

GrzegorzWróblewski "Nowa Kolonia"

MaciejWróblewski "Historie Jakuba Blottona z widokiem naToruń"

TadeuszZubiński "Rzymska wojna"