Kto się boi dzikiej bestii - Karin Fossum

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przez ko­rony drzew przedarł się ośle­pia­jący pro­mień słońca.

Otwo­rzył oczy. Nie był przy­go­to­wany na taki wstrząs. Po­de­rwał się z łóżka. Wciąż nie­zu­peł­nie roz­bu­dzony po­woli kro­czył przez po­grą­żone w pół­mroku wnę­trza. Gdy zna­lazł się na scho­dach przed do­mem, prze­szyło go świa­tło.

Słońce ośle­piało. Pod­niósł dło­nie, by za­sło­nić oczy, ale było za późno. Świa­tło prze­ni­kało chrząstki i ko­ści aż do naj­mrocz­niej­szych za­ka­mar­ków. Czaszkę roz­sa­dzała ja­sność. My­śli roz­bite na atomy roz­bie­gały się we wszyst­kich kie­run­kach. Chciał krzy­czeć, ale nie mógł. By­łoby to po­ni­żej jego god­no­ści. Stał bez ru­chu na scho­dach, za­ci­ska­jąc zęby. Z jego głową działo się coś dziw­nego. Skóra po­kry­wa­jąca czaszkę za­częła się na­prę­żać, czuł na­ra­sta­jące mro­wie­nie. Za­drżał i za­krył twarz dłońmi. Po­czuł, jak oczy roz­su­wają mu się na boki, roz­py­chane przez noz­drza, wiel­kie jak dziurki od klu­cza. Jęk­nął, chciał sta­wić opór, ale nie mógł po­wstrzy­mać po­tęż­nej siły. Stop­niowo twarz za­częła zni­kać. Po­zo­stała naga czaszka po­kryta prze­źro­czy­stą białą skórą.

Nie pod­da­wał się jed­nak. Jęk­nął, pró­bu­jąc do­tknąć twa­rzy, by upew­nić się, że jesz­cze tam jest. Nos wy­dał mu się miękki i wstrętny. Cof­nął dłoń, bo uszko­dził resztkę, która mu jesz­cze zo­stała. Czuł, że tra­cąc kształt, nos po­woli ze­śli­zguje się z twa­rzy jak zgniła śliwka.

Nie­spo­dzie­wa­nie przy­szła ulga. Z obawą za­czerp­nął po­wie­trza i po­czuł jak twarz wraca na swoje miej­sce. Mru­gnął, póź­niej kilka razy otwo­rzył i za­mknął usta. Ale gdy chciał zro­bić krok do przodu, po­czuł ostry ból w klatce pier­sio­wej - zna­lazł się w szpo­nach nie­wi­dzial­nego po­twora. Zgiął się wpół, obej­mu­jąc ra­mio­nami, by po­wstrzy­mać siłę, która co­raz bar­dziej na­pi­nała mu skórę na pier­siach. Bro­dawki znik­nęły pod pa­chami, skóra na na­giej klatce pier­sio­wej zro­biła się cień­sza, żyły, które na­brzmiały jak liny po­kryte wę­złami, pul­so­wały czarną krwią. Wie­dział, że dłu­żej nie po­trafi się bro­nić.

Gdy na­gle sta­nął w świe­tle słońca, pękł jak troll, a jego trze­wia za­częły wy­le­wać się na ze­wnątrz. Pró­bo­wał za­trzy­mać je w środku, przy­ci­ska­jąc do sie­bie brzegi rany, ale i tak wy­cie­kały i prze­śli­zgi­wały się przez palce, lą­du­jąc pod sto­pami jak flaki zwie­rzę­cia w rzeźni. Prze­ra­żone serce, schwy­tane w pu­łapkę mię­dzy że­brami, jesz­cze się tłu­kło. Dość długo stał zgięty, bez tchu. Otwo­rzył jedno oko i rzu­cił nie­spo­kojne spoj­rze­nie na brzuch. Był pu­sty. Wy­lew za­trzy­mał się. Jedną dło­nią nie­zręcz­nie za­czął wpy­chać wszystko do środka, pod­czas gdy drugą przy­trzy­my­wał skórę, by za­po­biec po­now­nemu wy­pad­nię­ciu za­war­to­ści na ze­wnątrz. Nic nie było na swoim miej­scu, wszę­dzie miał dziwne wy­brzu­sze­nia, ale gdyby udało mu się za­mknąć ranę, nikt by ich nie za­uwa­żył. Był zbu­do­wany ina­czej niż reszta lu­dzi, cho­ciaż na pierw­szy rzut oka nie było tego wi­dać. Przy­trzy­my­wał skórę lewą ręką, a prawą upy­chał wnętrz­no­ści. W końcu udało mu się wci­snąć do środka więk­szość tego, co wy­pa­dło. Na scho­dach po­zo­stała tylko nie­wielka plama krwi. Ści­snął mocno brzegi rany i po­czuł jak za­czyna się za­skle­piać. Od­dy­chał ostroż­nie, nie chcąc ro­ze­rwać świe­żej bli­zny. Białe, ostre jak mie­cze pro­mie­nie słońca prze­ni­kały ko­rony drzew. Na szczę­ście był już cały i zdrowy. Wszystko stało się zbyt szybko. Nie po­wi­nien był wy­cho­dzić pro­sto z łóżka na słońce. Za­wsze po­ru­szał się w in­nej prze­strzeni. Siłą kon­cen­tra­cji wy­twa­rzał za­słonę, która ła­go­dziła moc świa­tła i dźwię­ków do­cho­dzą­cych z ze­wnątrz. Po­peł­nił błąd. Wy­biegł w nowy dzień bez przy­go­to­wa­nia, zu­peł­nie jak dziecko.

Kara, jaką za to po­niósł, wy­da­wała się zbyt su­rowa. Przy­śniło mu się przed chwilą coś, co spra­wiło, że po­de­rwał się gwał­tow­nie i po­pę­dził przed sie­bie bez za­sta­no­wie­nia. Za­mknął oczy i przy­po­mniał so­bie kilka ob­ra­zów. Przy­glą­dał się matce le­żą­cej u stóp scho­dów. Z jej ust try­skała cie­pła czer­wona krew. Kor­pu­lentna, okrą­gła ko­bieta, ubrana w biały far­tuch w duże kwiaty, przy­po­mi­nała mu prze­wró­cony dzba­nek, z któ­rego wy­le­wał się czer­wony sos do pie­czeni. Pa­mię­tał jej głos, za­wsze przy akom­pa­nia­men­cie ciem­nych, ak­sa­mit­nych to­nów.

Po­tem wró­cił do domu.

*

To jest opo­wieść o Er­r­kim.

A za­częła się tak: o go­dzi­nie trze­ciej nad ra­nem wy­szedł z za­kładu dla obłą­ka­nych.

?- Nie na­zy­wamy go za­kła­dem dla obłą­ka­nych, Er­rki, i na­wet je­śli pry­wat­nie masz prawo mó­wić o nim, jak so­bie chcesz, po­wi­nie­neś uwzględ­nić zda­nie in­nych lu­dzi i na­zy­wać go ina­czej. To sprawa do­brego wy­cho­wa­nia. Albo taktu, je­śli wo­lisz. Czy kie­dy­kol­wiek o czymś ta­kim sły­sza­łeś?

Była tak elo­kwentna. Boże wspo­móż! Słowa wy­cie­kały z niej jak olej. To­wa­rzy­szył im prze­ni­kliwy dźwięk, przy­po­mi­na­jący barwą or­gany elek­tryczne.

?- Na­zywa się Wzgó­rze - po­wie­dział i uśmiech­nął się kwa­śno. - My tu­taj na Wzgó­rzu je­ste­śmy jedną wielką ro­dziną. Te­le­fon dzwoni: "Czy mogę roz­ma­wiać ze Wzgó­rzem? Czy ktoś mógłby ode­brać pocztę na Wzgó­rze?".

?- No wła­śnie. To wszystko kwe­stia przy­zwy­cza­je­nia. Każdy musi oka­zać in­nym tro­chę sza­cunku.

?- Nie ja - od­po­wie­dział po­nu­rym to­nem. - Za­mknięto mnie wbrew mo­jej woli, z pią­tego pa­ra­grafu. Nie­bez­pieczny dla sie­bie i po­ten­cjal­nie groźny dla oto­cze­nia. - Po­chy­lił się do przodu i szep­nął jej do ucha. - Dzięki mnie mo­żesz się obi­jać w dwu­dzie­stej siód­mej gru­pie za­sze­re­go­wa­nia.

Pie­lę­gniarka wzdry­gnęła się. O tej po­rze czuła się naj­bar­dziej bez­bronna. Ten szmat ziemi ni­czy­jej po­mię­dzy nocą a ran­kiem - szara próż­nia, kiedy ptaki prze­sta­wały śpie­wać i nikt nie był pe­wien, czy jesz­cze kie­dyś się ode­zwą - wtedy wszystko mo­gło się zda­rzyć, a ona jesz­cze o tym nie wie­działa. Przy­sia­dła na krze­śle, bo zro­biło jej się słabo. Nie miała siły oglą­dać jego bólu, pa­mię­tać, kim jest, i na do­da­tek opie­ko­wać się nim. Uwa­żała, że jest od­py­cha­jący, po­chło­nięty sobą i w ogóle okropny.

?- Wiem o tym - burk­nęła. - Ale je­steś tu­taj od czte­rech mie­sięcy i wcale nie od­nio­słam wra­że­nia, że ci się u nas nie po­doba.

Gdy wy­po­wia­dała te słowa, jej wargi uło­żyły się jak dziób kury. Za­brzmiał ostry akord na or­ga­nach.

Wy­szedł więc. To wcale nie było trudne. Noc była cie­pła, a okno uchy­lone. Co prawda blo­ko­wał je sta­lowy pręt, ale udało mu się go usu­nąć za po­mocą sprzączki od pa­ska. Bu­dy­nek miał po­nad sto lat i śruby wy­szły gładko z bu­twie­ją­cego drewna. Jego po­kój znaj­do­wał się na pierw­szym pię­trze. Wy­sko­czył przez okno lekko jak ptak i wy­lą­do­wał na traw­niku.

Nie skie­ro­wał się w stronę par­kingu, ale ru­szył przez las ku ma­łemu je­ziorku, które na­zy­wali Sta­wem. Nie miało zna­cze­nia, którą drogę wy­bie­rze. Nie miał ochoty już dłu­żej po­zo­sta­wać na Wzgó­rzu.

Staw był piękny. Nie pu­szył się, tylko le­żał so­bie, spo­kojny i bez zmarsz­czek, na tle otwar­tego, nie­ru­cho­mego kra­jo­brazu. Nie od­py­chał, nie wa­bił ku so­bie. Nie po­ru­szał go. Po pro­stu tam był. Za­kładu dla obłą­ka­nych, choć od­da­lo­nego o rzut ka­mie­niem, nie było wi­dać zza drzew. Ne­stor po­pro­sił, żeby za­trzy­mał się na chwilę, więc się za­trzy­mał. Czarne lu­stro wody przy­wio­dło mu na myśl Tor­moda, któ­rego zna­le­ziono tam pły­wa­ją­cego na brzu­chu i, jak za­wsze, w gu­mo­wych rę­ka­wicz­kach. Jego blond włosy ja­śniały na fa­lach zie­lon­ka­wo­czar­nej wody. Nie wy­glą­dał zbyt do­brze, ale prze­cież ni­gdy do­brze nie wy­glą­dał. Był gruby i nie­mrawy, z bez­barw­nymi oczyma, a na do­da­tek głupi. Obrzy­dliwy gość - jak le­gu­mina - który prze­pra­sza wszyst­kich, oba­wia­jąc się, że ich czymś za­razi albo że im prze­szka­dza, prze­stra­szony, że ktoś za­uważy jego nie­świeży od­dech. Te­raz bie­dak był już u Boga. Może roz­parł się wy­god­nie na chmu­rze, wresz­cie uwol­niony od swo­ich ośli­zgłych rę­ka­wic. Może spo­tkał tam w nie­bie matkę Er­r­kiego, może na­wet uno­siła się na chmu­rze obok niego? Er­rki ko­chał swoją matkę. Myśl o Tor­mo­dzie, który mru­gał po­wie­kami o rzę­sach w ko­lo­rze blond spra­wiła, że ciężko prze­łknął ślinę. Kilka razy z iry­ta­cją wzru­szył chu­dymi ra­mio­nami. Nie za­trzy­my­wał się.

Na tle ja­sno­zie­lo­nych li­ści ciemna syl­wetka od­ci­nała się dość wy­raź­nie, ale nikt go nie za­uwa­żył. Wszy­scy spali. Po sa­mo­bój­stwie Tor­mod zo­stał zre­du­ko­wany do przed­miotu, na które po­ja­wiło się za­po­trze­bo­wa­nie: do pu­stego łóżka. Za­dzi­wia­jąca trans­for­ma­cja. Tor­mod nie był już Tor­mo­dem, był pu­stym łóż­kiem. On też sta­nie się pu­stym łóż­kiem z prze­ście­ra­dłem pod­wi­nię­tym pod ma­te­rac. Przez chwilę na­słu­chi­wał we­wnętrz­nego głosu i ener­gicz­nie ski­nął głową. Po­tem ru­szył da­lej, nie­spiesz­nie za­głę­bia­jąc się w gę­sty las. Za­nim pie­lę­gniarka zaj­rzała do jego po­koju, już od po­nad dwóch go­dzin był w dro­dze. Nie śmiała po­wtó­rzyć ich roz­mowy. "Nie, nie za­uwa­ży­łam ni­czego nie­zwy­kłego, za­cho­wy­wał się tak samo jak zwy­kle". Słońce za­świe­ciło jej w twarz przez okno w po­koju dla per­so­nelu, w któ­rym od­by­wały się po­ranne spo­tka­nia. Słowa pa­liły ją w gar­dło jak kwas.

Mi­nął ośro­dek jazdy kon­nej. Usły­szał, jak duże zwie­rzęta ciem­nej ma­ści nie­spo­koj­nie stu­kały ko­py­tami. Jedno z nich gło­śno prych­nęło na jego wi­dok. Spoj­rzał na nie ką­tem oka i po­czuł głę­bo­kie pra­gnie­nie, by po­zo­stać z nimi, by być jak one. Nikt nie pod­cho­dzi do ko­nia i nie pyta: kim je­steś? Koń musi no­sić wszyst­kie cię­żary, ja­kie się nań na­łoży, a póź­niej wolno mu od­po­czy­wać. Koń, który nie po­trafi nic ro­bić, do­staje kulkę w łeb. Dzień za dniem, po ko­lei. Cho­dzić po pa­doku z dziec­kiem na grzbie­cie. Pić ze sta­rej ba­lii do ką­pieli. Spać na sto­jąco z opa­da­jącą głową. Opę­dzać się od owa­dów. Aż do końca swo­ich dni.

Wy­szedł na drogę. Lu­dzie wkrótce za­czną wy­peł­zać spod prze­ście­ra­deł i koł­der. Wy­gra­molą się z dziur i mro­wisk. Wy­czu­wał tę porę jako wi­bra­cję w po­wie­trzu. Wkrótce za­cznie się ruch na dro­gach. Er­rki przy­spie­szył kroku. Le­piej wró­cić do lasu. Co ja­kiś czas pod­no­sił głowę. Lu­bił sze­lest li­ści na drze­wach, mi­go­ta­nie świa­tła po­mię­dzy nimi i za­pach trawy w noz­drzach. Chrzęst ga­łą­zek i wrzo­sów pod sto­pami. Szare i su­che drzewa stały za­ko­twi­czone w ziemi. Chwy­cił za pa­proć, wy­cią­gnął ją z ko­rze­niami, pod­niósł do oczu i mruk­nął:

?- Ko­rzeń, ło­dyga i liść. Ko­rzeń, ło­dyga i liść.

Po ja­kimś cza­sie za­czął od­czu­wać zmę­cze­nie. W od­dali za­uwa­żył stromą skałę, a po­ni­żej jej cień. Kiedy do niego do­tarł, zwi­nął się w tra­wie, słu­cha­jąc przez cały czas głosu, który do­cho­dził z jego wnę­trza. Bu­czał nie­prze­rwa­nie, jak trans­for­ma­tor w elek­trowni. W kie­szeni miał nie­wielką za­krę­caną fiolkę z le­kar­stwami. "Sen to brat śmierci" - po­my­ślał, za­my­ka­jąc oczy.

Zna­lazł się na skraju po­lany.

Tylko Er­rki cho­dził w ten spo­sób: sta­wiał ciężko kroki, po­włó­cząc no­gami jak wrona z pod­cię­tymi skrzy­dłami. Mimo to po­ru­szał się szybko. Wszystko na nim wi­siało: dłu­gie włosy, roz­pięta kurtka i wor­ko­wate spodnie, któ­rych od dawna nie zdej­mo­wał - stare spodnie z po­lie­stru, obrzy­dli­wie cuch­nące po­tem i mo­czem. Szedł z po­chy­loną głową, jakby z po­wodu skur­czu ścię­gien w szyi. Rzadko spo­glą­dał w górę. Oczy miał zwy­kle utkwione w zie­mię, oglą­dał więc wła­sne, mo­zol­nie prze­miesz­cza­jące się stopy. Po­ru­szały się same. Nie po­trze­bo­wały miej­sca prze­zna­cze­nia, mo­gły su­nąć przed sie­bie ca­łymi go­dzi­nami i nie zmę­czyć się. Ma­sze­ro­wał nie­zmor­do­wa­nie jak na­krę­cana za­bawka z klu­czy­kiem w ple­cach.

Miał dwa­dzie­ścia cztery lata, wą­skie ra­miona, ale za­ska­ku­jąco sze­ro­kie bio­dra. Uro­dził się z wadą sta­wów i mu­siał nimi ko­ły­sać, je­śli chciał zmu­sić nogi do współ­pracy. De­ner­wu­jący ruch, zu­peł­nie jakby no­sił na ple­cach coś od­ra­ża­ją­cego, co chciał z sie­bie strzą­snąć. Dla­tego inni lu­dzie uwa­żali, że cho­dzi jak ko­bieta. Szyję też miał chud­szą i dłuż­szą niż inni męż­czyźni, pra­wie tak cienką, że wy­da­wało się nie­moż­liwe, by mo­gła unieść cię­żar jego głowy. Ta nie była szcze­gól­nie duża, ale jej za­war­tość z pew­no­ścią była cięż­sza niż u więk­szo­ści lu­dzi.

Wa­żył za­le­d­wie sześć­dzie­siąt kilo, bo jadł nie­wiele. Nie po­tra­fił zde­cy­do­wać, co mu bar­dziej sma­kuje. Chleb czy płatki ku­ku­ry­dziane? Kieł­basa czy ham­bur­ger? Jabłko czy ba­nan? Jak inni lu­dzie ra­dzili so­bie z do­ko­ny­wa­niem tych wszyst­kich wy­bo­rów, któ­rych wy­ma­gało ży­cie? I skąd wie­dzieli, czy wy­brali wła­ści­wie?

W kie­szeni miał małą, za­krę­caną fiolkę. Za­wie­rała wszystko, czego po­trze­bo­wał, by do­pro­wa­dzić my­śli do po­rządku, by na­ka­zać no­gom po­słu­szeń­stwo - na ko­ry­ta­rzach szpi­tala, w au­to­bu­sie, w po­ciągu albo pod­czas le­śnej wę­drówki.

Kiedy ni­g­dzie nie cho­dził, le­żał bez ru­chu i od­po­czy­wał. Miał dłu­gie, szorst­kie czarne włosy. Za­sła­niały mu twarz jak brudne frędzle. Skórę po­kry­wał trą­dzik. Kro­sty po­ja­wiły się, gdy skoń­czył trzy­na­ście lat i za­czy­nały przy­po­mi­nać ma­leń­kie wul­kany. Gdy trak­to­wał je wodą z my­dłem, wy­glą­dały znacz­nie go­rzej, więc prze­stał się myć. Nie rzu­cały się tak bar­dzo w oczy, gdy brud i tłuszcz zle­piły się na skó­rze w grubą war­stwę.

Pod sztyw­nymi jak druty wło­sami od czasu do czasu można było doj­rzeć długą, wą­ską twarz z ostro za­ry­so­wa­nymi ko­śćmi po­licz­ko­wymi i cie­niut­kimi czar­nymi brwiami. Miał głę­boko osa­dzone oczy, zwy­kle spusz­czone, by unik­nąć wszel­kiego kon­taktu wzro­ko­wego. Ale gdy skrzy­żo­wał z kimś spoj­rze­nie, oczy roz­iskrzały się bladą po­światą. Z po­wodu dłu­gich wło­sów i ubra­nia, ja­kie no­sił, na­wet la­tem miał białą skórę. Pod­trzy­my­wane skó­rza­nym pa­skiem spodnie zsu­wały mu się z bio­der. Sprzączka była w kształ­cie mo­sięż­nego orła z roz­wi­nię­tymi skrzy­dłami i z za­krzy­wio­nym dzio­bem. Ptak miał drobne ema­lio­wane oczy, które ga­piły się w dół na nie­wi­dzialną zdo­bycz, być może na skromne ge­ni­ta­lia Er­r­kiego ukryte w brud­nych spodniach. Jego pe­nis był mały jak na męż­czy­znę w tym wieku, i ni­gdy nie był we wnę­trzu ko­biety. Nikt o tym nie wie­dział, na­wet Er­rki nie zwra­cał na to uwagi, sku­pia­jąc się na waż­niej­szych spra­wach. Wy­star­czyło, że im­po­nu­jący ptak na pa­sku po­ru­szał się w rytm ko­ły­sa­nia bio­der. Być może dzięki temu lu­dzie po­my­ślą, że na­tura hoj­nie go ob­da­rzyła.

Było spo­koj­nie i go­rąco. Żółte pola po obu stro­nach drogi cią­gnęły się jak okiem się­gnąć. W prze­ciwną stronę szła dziew­czyna, pro­wa­dząc dzie­cinny wó­zek. Zo­ba­czyła w od­dali ciemną, po­ru­sza­jącą się ocię­żale syl­wetkę męż­czy­zny i zdała so­bie sprawę, że bę­dzie mu­siała przejść obok niego. Wy­glą­dał dziw­nie, a w miarę jak się zbli­żał, czuła, że jej ciało się na­pina, a kroki stają się sztyw­niej­sze. Ko­ły­sząc się i wy­gi­na­jąc, po­stać po­dą­żała na­przód. Było w niej jed­no­cze­śnie coś nie­śmia­łego i agre­syw­nego. Przy­szło jej do głowy, że nie po­winna pa­trzeć męż­czyź­nie w oczy, lecz szybko go mi­nąć z obo­jęt­nym i wy­nio­słym wy­ra­zem twa­rzy. Nie może po­ka­zać, że się go oba­wia, bo miała wra­że­nie, że gdyby po­czuł za­pach jej stra­chu, za­ata­ko­wałby jak nie­godny za­ufa­nia pies.

Dziew­czyna była tak ja­sno­włosa i ładna, jak Er­rki ciem­no­włosy i brzydki. Na­wet przez za­słonę zbli­żała się ku niemu jak ostry pro­mień świa­tła. Trzy­mała kur­czowo wó­zek, pcha­jąc go do przodu jak tar­czę, jakby była go­towa po­świę­cić jego za­war­tość dla ura­to­wa­nia wła­snej skóry. Przy­naj­mniej ta­kie wra­że­nie od­niósł Er­rki. Szedł od dłuż­szego czasu, po­grą­żony w my­ślach. Te­raz na obrze­żach swo­jego pola wi­dze­nia za­uwa­żył syl­wetkę, zmie­rza­jącą ku niemu drob­nymi krocz­kami. Wy­glą­dała na szczu­płą, jak ka­wa­łek drżą­cej bia­łej kartki. Nie pod­niósł głowy. Spo­śród wszyst­kich obiek­tów w świe­cie per­cep­cji Er­r­kiego, dziew­czyna z wóz­kiem była naj­bar­dziej ża­ło­sna. Nie mógł zro­zu­mieć, dla­czego uro­dze­nie dziecka na­daje ko­bie­cej twa­rzy ten głup­ko­waty wy­raz roz­ko­szy. Mimo ist­nie­nia mi­liar­dów za­wo­dzą­cych miesz­kań­ców ziemi, uro­dze­nie dziecka zmie­niało cały ko­biecy świa­to­po­gląd. Prze­kra­czało to zdol­ność poj­mo­wa­nia Er­r­kiego. Jed­nak ob­rzu­cił dziew­czynę spoj­rze­niem i za­dał so­bie py­ta­nie: złe za­miary czy ab­so­lut­nie żadne? Ni­gdy nie do­świad­czył do­brych za­mia­rów. Ale ni­gdy nie po­zwa­lał ni­komu dać się na­brać. Nie można było roz­po­znać wroga z ze­wnątrz, wy­łącz­nie po wy­glą­dzie. Pod dzie­cin­nym ko­cem mo­gła ukry­wać nóż. Wy­obra­ził so­bie ha­czy­ko­wato za­koń­czone i wy­szczer­bione ostrze. Ni­gdy nic nie wia­domo.

Mi­nęli się. W tej chwili Er­rki usły­szał ostry brzęk szkła. Dziew­czyna za­ci­snęła dło­nie na rączce wózka. Na krótką chwilę pod­nio­sła wzrok. Ku swo­jemu prze­ra­że­niu do­strze­gła dziwny blask w jego oczach, a mię­dzy po­łami roz­pię­tej kurtki prze­czy­tała na­pis na jego T-shir­cie: ZA­BI­JAJ IN­NYCH.

Ten na­pis wrył się jej w pa­mięć. Tak stała się jedną z wielu osób, które póź­niej ze­znały na po­li­cji, że wi­działy po­szu­ki­wa­nego męż­czy­znę tam­tego dnia do­kład­nie w tam­tym miej­scu.

Inni za­wsze cze­goś od niego chcieli. Nie tylko jego spu­sto­szo­nego, wy­nisz­czo­nego ciała z wszyst­kimi or­ga­nami w bez­ła­dzie albo twar­dego jak ka­mień serca, które trze­po­tało w klatce z ko­ści. Chcieli wkraść się do jego wnę­trza. Do se­kret­nego miej­sca z błysz­czą­cymi lam­pami. Ubie­rali złe za­miary w gład­kie słówka, ro­bili mu na złość, bło­go­sła­wiąc ota­cza­jącą rze­czy­wi­stość i rzu­ca­jąc śmiałe wy­zwa­nia spo­łecz­no­ści. Nie mógł tego znieść.

A je­żeli nie chciał?

My­śli wy­mknęły mu się spod kon­troli, za­bu­rza­jąc po­czu­cie czasu. Chwiej­nym kro­kiem wró­cił do po­koju i ciężko usiadł na brud­nym ma­te­racu. Cie­szył się, że uciekł z dusz­nego za­kładu, za­do­wo­lony, że zna­lazł po­rzu­coną chatę. Po­ło­żył się na boku, zwi­nął się w kłę­bek, zgiął ko­lana, dło­nie ukrył po­mię­dzy no­gami, a po­li­czek przy­ci­snął do cuch­ną­cego stę­chli­zną ma­te­raca. Za­glą­dał w głąb sie­bie, do ciem­nej, za­ku­rzo­nej piw­nicy, gdzie wła­śnie otwo­rzyła się wą­ska dziura w su­fi­cie, wpusz­cza­jąc pro­mień bla­dego świa­tła, roz­le­wa­jący się okrą­głą plamą na ka­mien­nej pod­ło­dze. Sie­dział na niej Ne­stor, a obok - ob­szar­pany Płaszcz. Ten ostatni wy­glą­dał zu­peł­nie nie­win­nie, jak wy­rzu­cony na śmiet­nik łach, lecz Er­rki wie­dział le­piej. Długo le­żał bez ru­chu, cze­ka­jąc, a po­tem znów za­padł w sen. Po­trzeba było czasu, żeby rana się za­bliź­niła. Ona się zra­stała, a on śnił. Po ka­rze za­wsze do­sta­wał coś na po­cie­sze­nie. Taka była umowa. Była go­dzina 6.03 rano, 4 lipca, i z nieba za­czął się już są­czyć żar.

*

Chata po­ja­wiła się nie­spo­dzie­wa­nie, ukryta w gę­stej kę­pie drzew. Była stara, nie­za­miesz­kana od kil­ku­dzie­się­ciu lat, lecz jesz­cze w do­brym sta­nie, cho­ciaż więk­szą część wy­po­sa­że­nia dawno temu znisz­czyli włó­czę­dzy. Przez lata sporo lu­dzi tego po­kroju za­trzy­my­wało się w niej na krótko, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie pu­ste bu­telki i ślady w znisz­czo­nych po­ko­jach.

Stał w za­gaj­niku przez ja­kiś czas i ga­pił się. Drew­niana chata, a przed nią małe po­dwórko z buj­nym traw­ni­kiem. Z wa­ha­niem przy­ło­żył dłoń do drzwi i pchnął, a po­tem za­trzy­mał się na chwilę, wą­cha­jąc uwię­zione we­wnątrz po­wie­trze. W środku zna­lazł kuch­nię, po­kój dzienny i dwie sy­pial­nie. Na jed­nym z łó­żek le­żał stary ma­te­rac w prążki. Prze­cho­dził na pal­cach z po­koju do po­koju, roz­glą­da­jąc się, wdy­cha­jąc woń sta­rego drewna. Tu­taj Er­rki znaj­do­wał się bli­żej swo­ich przod­ków, niż mo­gło mu się wy­da­wać. Tra­fił do sta­rego domku let­ni­sko­wego zbu­do­wa­nego na zmur­sza­łych fun­da­men­tach jed­nej z wielu fiń­skich za­gród z sie­dem­na­stego wieku. Prze­cha­dza­jąc się po wnę­trzu, słu­chał nie­mych ścian. Miał wra­że­nie, że coś tu się wy­da­rzyło. W ścia­nach osa­dziła się wście­kłość. Z głę­bo­kich na­cięć na gru­bych ba­lach ster­czały drza­zgi, zu­peł­nie jakby ktoś po­ha­ra­tał je sie­kierą. Ani jedna szyba nie po­zo­stała nie­tknięta. W po­gru­cho­ta­nych ra­mach doj­rzał tylko kilka ka­wał­ków szkła. Po­my­ślał o trzech albo czte­rech rze­czach na­raz. Nie można było tu do­je­chać sa­mo­cho­dem i chyba nikt go nie wi­dział, kiedy za­czął prze­dzie­rać się przez gę­ste za­ro­śla. Nie miał ze­garka, ale wie­dział, że po zej­ściu z drogi szedł do­kład­nie trzy­dzie­ści mi­nut. Nie przej­mo­wał się tym, że nie ma nic do je­dze­nia ani ubra­nia na zmianę, chciało mu się tylko pić. Za­ci­snął zęby, chcąc ze­brać tro­chę śliny, i za­czął po­ru­szać ję­zy­kiem w ustach.

Wszedł do po­miesz­cze­nia, które kie­dyś było kuch­nią, i za­czął po ko­lei otwie­rać szu­flady. Ga­łek nie było, mu­siał je więc pod­wa­żać dłu­gimi pa­znok­ciami. Zna­lazł wi­de­lec, któ­remu bra­ko­wało zę­bów i pu­dełko świec. Okru­chy i pa­ję­czyny. Kap­sle od bu­te­lek. Pu­dełko po za­pał­kach. Pod roz­bi­tym ku­chen­nym oknem le­żały resztki fi­ranki, ale kiedy ją pod­niósł, ze­tlały ma­te­riał roz­padł mu się w pal­cach. Wró­cił do sa­lonu. Jedno okno wy­cho­dziło na po­dwó­rze przed do­mem, a przez dru­gie, w prze­ciw­le­głej ścia­nie, wi­dać było staw. Pod ścianą zo­ba­czył stary tap­czan obity szorst­kim, zie­lo­nym ma­te­ria­łem. Na­prze­ciw niego stała wielka szafa. Otwo­rzył ją i zaj­rzał do środka. Była pu­sta. Drew­nianą, chro­po­watą pod­łogę po­kry­wały plamy. Przy­siadł na tap­cza­nie. Sprę­żyny jęk­nęły, a z wy­tar­tej tka­niny unio­sła się chmura pyłu. Zmie­nił zda­nie i po­szedł do sy­pialni z łóż­kiem i ma­te­ra­cem. Zdjął kurtkę, T-shirt i po­ło­żył się. Znik­nął na całą wiecz­ność. Kiedy się zbu­dził, nie pa­mię­tał, gdzie jest. Poza tym, coś mu się przy­śniło. Dla­tego po­peł­nił po­ważny błąd, gdy wy­szedł bez za­sta­no­wie­nia na świa­tło sło­neczne. Co za upo­ko­rze­nie, zbie­rać wła­sne flaki ze scho­dów, słu­cha­jąc zło­śli­wego śmie­chu Ne­stora, gdy je­lita prze­śli­zgi­wały się mię­dzy pal­cami, jak małe węże.

Obu­dził się po raz drugi, bar­dzo po­woli usiadł i roz­glą­dał się po po­koju, gła­dząc dło­nią klatkę pier­siową, by upew­nić się, czy jest cała. Zo­stała tylko czer­wona bli­zna o nie­re­gu­lar­nych brze­gach. Bie­gła od środka klatki pier­sio­wej na sam dół, aż do pępka. Wstał z łóżka. Słońce stało te­raz wy­żej. Po­kój był pu­sty, nie było w nim nic oprócz pro­stej szafki noc­nej, która w rze­czy­wi­sto­ści była tylko skrzynką. Nie­spiesz­nie wy­pro­sto­wał się, pod­szedł do sto­lika i wy­su­nął szu­fladę. Wpa­tru­jąc się w nią, z roz­tar­gnie­niem roz­ma­so­wy­wał obo­lałe bio­dro. Le­żał na czymś twar­dym. Wró­cił do łóżka, spoj­rzał na ma­te­rac i za­czął go na­ci­skać pal­cami cen­ty­metr po cen­ty­me­trze. Wy­czuł coś wą­skiego i twar­dego. Z tru­dem pod­niósł go i prze­wró­cił na drugą stronę. W miej­scu, z któ­rego usu­nięto tro­chę pianki, zna­lazł spo­rych roz­mia­rów dziurę w pa­sia­stym obi­ciu. We­tknął dłoń do środka i szu­kał, aż na­tra­fił na coś zim­nego. Wy­cią­gnął przed­miot i ga­pił się w zdu­mie­niu, nie wie­rząc wła­snym oczom. W za­nie­dba­nej, opusz­czo­nej cha­cie, w sple­śnia­łym sta­rym ma­te­racu zna­lazł re­wol­wer. Ujął go ostroż­nie obiema dłońmi i zaj­rzał do lufy. Po­cząt­kowo spra­wiał wra­że­nie ob­cego ciała, ale kiedy chwy­cił go prawą ręką i po­ło­żył palce na spu­ście, po­czuł, że leży jak ulał. Ema­no­wał mocą. Całą po­tęgą nieba i ziemi. Bryzą, wi­chrem i bu­rzą. Wie­dziony cie­ka­wo­ścią prze­su­nął ry­giel i otwo­rzył bę­be­nek. W ko­mo­rze był je­den na­bój. Z prze­ję­ciem wy­cią­gnął go i przyj­rzał mu się uważ­nie. Był długi, błysz­czący, miał dziw­nie za­okrą­glony czu­bek. Wci­snął go z po­wro­tem do ko­mory, za­do­wo­lony, że tak do­brze pa­suje. To ka­zało mu się ro­zej­rzeć do­okoła. Ktoś spę­dził tu­taj noc i zo­sta­wił broń. Dziwne. Może nie miał czasu jej za­brać, bo ktoś go za­sko­czył? A może cze­kał gdzieś w po­bliżu, aż bę­dzie mógł wró­cić i ją od­zy­skać? Mu­siała być bar­dzo droga. Er­rki nie­wiele wie­dział o broni pal­nej, ale miał wra­że­nie, że to wy­so­kiej ja­ko­ści re­wol­wer du­żego ka­li­bru. Od­czy­tał drobne li­tery na kol­bie: Colt.

- Co o tym my­ślisz, Ne­sto­rze? - mruk­nął ci­cho, ob­ra­ca­jąc broń w tę i we w tę. Na­gle prze­rwał i od­rzu­cił ją. Re­wol­wer z trza­skiem upadł na pod­łogę. Wy­biegł do kuchni i stał tam przez chwilę, trzy­ma­jąc się ławy. Po­wi­nien był się do­my­ślić, że Ne­stor wy­pali z ja­kąś obrzy­dliwą pro­po­zy­cją. Sły­szał ich, jak tam na dole, w ciem­nej piw­nicy aż ta­rzali się ze śmie­chu. Wró­cił i dość długo przy­glą­dał się broni. Po pew­nym cza­sie wło­żył ją z po­wro­tem do ma­te­raca. Nie po­trze­bo­wał jej, miał inną. Wę­dro­wał po domu, z kuchni do sa­lonu i z po­wro­tem, nie spusz­cza­jąc wzroku z brud­nych de­sek pod­ło­go­wych. Nie prze­sta­wały skrzy­pieć w zmie­nia­ją­cych się to­na­cjach. Wkrótce z wę­drówki po po­ko­jach stwo­rzył całą me­lo­dię. Jego czarne włosy, kurtka i spodnie drżały z en­tu­zja­zmu. Roz­po­starł sztywno ręce i po­ru­szał pal­cami w ryt­mie skrzy­pią­cych de­sek. Rytm po­chło­nął go bez reszty. Cho­dził i cho­dził, nie mo­gąc się za­trzy­mać, nie chcąc się za­trzy­mać. W po­wta­rzal­no­ści dźwię­ków od­naj­dy­wał spo­kój. Nie miał żad­nego in­nego celu, niż cho­dzić tam i z po­wro­tem, sta­wia­jąc mia­rowe kroki, z roz­cza­pie­rzo­nymi pal­cami. Skrzyp, skrzyp, Er­rki idzie, tam i z po­wro­tem, raz po raz, z po­koju do po­koju, tup, tup.

Nie wie­dział, jak długo tak cho­dził, ale wresz­cie ze­brał się na od­wagę, za­trzy­mał się i sta­nął w drzwiach wej­ścio­wych. Otwo­rzył je z wa­ha­niem. Po­lana ską­pana była w ja­snym świe­tle sło­necz­nym. Opu­ścił głowę, ostroż­nie sta­nął na ka­mien­nych scho­dach, a po­tem za­czął brnąć przez głę­boką trawę. Za­trzy­mał się i wcią­gnął w noz­drza za­pach so­sno­wych szy­szek, pa­proci i or­lic. Ko­rzeń, ło­dyga i liść. Na ko­niec znów ru­szył przed sie­bie, cho­ciaż nie wie­dział, do­kąd idzie ani co bę­dzie ro­bił. Ne­stor kie­ro­wał jego kro­kami w dół, przez za­ro­śla, ku cy­wi­li­za­cji.

Było jesz­cze wcze­śnie. Tylko ranne ptaszki zdą­żyły wstać z łóżka. Roz­su­wali za­słony i po­pa­try­wali na roz­pro­mie­niony dzień. Go­rąco. Ja­sno. Mi­go­cząca zie­leń. Snuli opty­mi­styczne plany na nad­cho­dzący dzień, chcąc jak naj­le­piej wy­ko­rzy­stać krótki czas pięk­nej let­niej po­gody. Jedną z tych osób była Hal­l­dis Horn. Miesz­kała sa­mot­nie w ma­łej za­gro­dzie nie­da­leko sta­rej fiń­skiej chaty. Gdy Er­rki sta­wiał pierw­sze kroki w tra­wie, wła­śnie ścią­gała przez głowę nocną ko­szulę.

Za­równo pierw­sza, jak i druga mło­dość Hal­l­dis dawno już mi­nęła, poza tym ko­bieta wa­żyła o wiele za dużo, lecz kilka bez­stron­nych dusz na­dal uwa­żało ją za bar­dzo uro­dziwą. Była wy­soka i pulchna, miała pełne piersi i siwy war­kocz, który zwi­sał jej na ple­cach jak gruba że­la­zna lina. Twarz okrą­głą, o zdro­wej kar­na­cji, po­liczki jak czer­wone róże, a oczy, mimo wieku, na­dal pro­mie­niały mi­go­tliwą ja­sno­ścią.

Mi­nęła sa­lon i kuch­nię i otwo­rzyła drzwi na po­dwó­rze. Przy­my­ka­jąc po­wieki, pod­nio­sła twarz do słońca. Sta­nęła na jed­nym ze schod­ków ubrana w kra­cia­sty far­tuch i drew­niane cho­daki. Miała na so­bie brą­zowe pod­ko­la­nówki - nie z po­wodu chłodu, ale dla­tego że uwa­żała, iż ko­biety w jej wieku nie po­winny po­ka­zy­wać zbyt wiele go­łego ciała. Nie od­wie­dzał jej nikt, oprócz wła­ści­ciela sklepu spo­żyw­czego raz w ty­go­dniu, ale ist­niał prze­cież Nasz Pan i Jego wiecz­nie obecne spoj­rze­nie. Na do­bre i na złe, mó­wiąc bez ogró­dek, bo cho­ciaż była osobą wie­rzącą, słała Mu cza­sem gniewne my­śli i ni­gdy nie pro­siła o prze­ba­cze­nie. Te­raz pa­trzyła na in­wa­zję dmu­chaw­ców. Całe po­dwó­rze było ich pełne. Wy­da­wały się roz­prze­strze­niać jak wy­sypka, psu­jąc wy­gląd ca­łego ogrodu, który tak sta­ran­nie pie­lę­gno­wała. Każ­dego lata dwu­krot­nie wy­ko­py­wała je z ko­rze­niami, za­da­jąc wście­kłe ciosy mo­tyką. Lu­biła pra­co­wać, jed­nak od czasu do czasu skar­żyła się - po to żeby przy­po­mnieć swo­jemu świę­tej pa­mięci mę­żowi, w ja­kie wpę­dził ją ta­ra­paty, gdy padł mar­twy za kie­row­nicą trak­tora na sku­tek skrzepu wiel­ko­ści ziarnka ryżu, który za­blo­ko­wał ja­kąś tęt­nicę. Nie mo­gła po­jąć, jak coś ta­kiego mo­gło ściąć z nóg jej za­har­to­wa­nego, sil­nego męża, istną górę mię­śni, mimo że le­karz pró­bo­wał jej wszystko wy­ja­śnić. Wy­da­rze­nie to było dla niej tak samo nie­wia­ry­godne jak fakt, że sa­mo­loty la­tają albo że może za­dzwo­nić do swo­jej sio­stry, Helgi, miesz­ka­ją­cej da­leko na pół­nocy w Ham­mer­fest, i tak wy­raź­nie usły­szeć jej płacz­liwy głos.

Le­piej za­cząć, za­nim zrobi się zbyt go­rąco. Od­na­la­zła mo­tykę i za­nio­sła ją do ogródka. Osła­nia­jąc oczy dło­nią, przyj­rzała się traw­ni­kowi, by za­pla­no­wać pracę. Po­sta­no­wiła za­cząć od scho­dów i po­su­wać się za­ko­sami ku studni, i da­lej, aż do sa­mej szopy. W ko­ry­ta­rzu zna­la­zła wia­dro i gra­bie. Za­częła pracę w szyb­kim ryt­mie, wa­ląc mia­rowo po chwa­stach, do­póki się nie zmę­czyła. Za­da­wała każ­dej ro­śli­nie dwa albo trzy ciosy, po­tem zmie­niała rytm, na­peł­niała wia­dro i opróż­niała je na ster­cie kom­po­stu za do­mem. "Z pro­chu po­wsta­łeś i w proch się ob­ró­cisz" - my­ślała, ude­rza­jąc ener­gicz­nie w dno wia­dra. Po­tem wra­cała do ko­pa­nia. Jej sze­ro­kie bio­dra uno­siły się ku niebu i po­ru­szały w rytm ude­rzeń mo­tyki. Czer­wone i zie­lone kratki far­tu­cha trze­po­tały ła­god­nie na wie­trze. Brwi miała wil­gotne od potu, a zwi­sa­jący z ra­mie­nia war­kocz ko­ły­sał się mia­rowo. Zwy­kle upi­nała go na gło­wie, zwi­nięty w kłę­bek jak błysz­czący wąż, ale ro­biła to do­piero po wy­ko­na­niu po­ran­nych obo­wiąz­ków.

Lu­biła od­głosy, które to­wa­rzy­szyły wy­ko­py­wa­niu chwa­stów. Mo­tyka była ostra jak sie­kiera, bo sama nie­dawno ją na­ostrzyła. Od czasu do czasu tra­fiała na ka­mień i krzy­wiła się na myśl o tym, co sta­nie się z błysz­czą­cym, cien­kim jak brzy­twa ostrzem. W miarę jak to­ro­wała so­bie drogę na­przód, chwa­sty pa­dały jak żoł­nie­rze na polu bi­twy. Nie śpie­wała ani nie nu­ciła. I bez tego miała dość pracy, poza tym Stwórca mógłby so­bie po­my­śleć, że wie­dzie się jej zbyt do­brze, a dla Hal­l­dis by­łaby to prze­sada. W my­ślach na­kry­wała do stołu. Chleb do­mo­wego wy­pieku i wła­sny wę­dzony ser zro­biony z ko­ziego mleka.

Wy­pro­sto­wała się. Stado pta­ków roz­wrzesz­czało się wy­soko nad ko­ro­nami drzew. Miała wra­że­nie, że sły­szy świst, a po­tem sze­lest cze­goś spa­da­ją­cego przez li­ście. Po­tem za­le­gła ci­sza. Prze­rwała na chwilę i pa­trzyła, krad­nąc kilka chwil od­po­czynku. Po­zwo­liła spoj­rze­niu prze­śli­znąć się po la­sach, w któ­rych znała każde drzewo z osobna. Wy­dało jej się, że wśród zna­jo­mych kon­tu­rów czar­nych pni do­strzega coś ciem­nego. Coś, czego przed­tem nie było. Ja­kąś nie­pra­wi­dło­wość.

Zmru­żyła oczy i przy­glą­dała się uważ­nie, ale skoro nic się nie ru­szało, po­trak­to­wała to jak złu­dze­nie. Za­trzy­mała wzrok na studni. Trawa do­okoła pompy była wy­soka i za­nie­dbana. Po­winna ją póź­niej sko­sić. Zgięła się znów do pracy, tym ra­zem od­wró­cona ple­cami do drzwi fron­to­wych. Słońce pa­liło co­raz sil­niej, mimo że było dość wcze­śnie. Jej sze­ro­kie bio­dra roz­grzały się w słońcu, a pot szczy­pał, spły­wa­jąc we­wnętrzną stroną ud. Tak wy­glą­dało ży­cie Hal­l­dis Horn. Roz­wią­zy­wa­nie jed­nego pro­blemu, po­tem na­stęp­nego, po ko­lei, bez na­rze­ka­nia. Była osobą, która ni­gdy nie kwe­stio­no­wała po­rządku świata ani sensu ży­cia. Tego się nie ro­biło. Poza tym oba­wiała się od­po­wie­dzi. Na­dal ko­pała za­wzię­cie, aż trzę­sły się jej bio­dra. W gó­rze, na stoku, ukryty za drze­wem, stał Er­rki i pa­trzył.

*

Ko­bieta za­fa­scy­no­wała go. Wy­ra­stała z ziemi jak ogromne świerki. Sły­szał dźwięk, jaki wy­da­wała - sa­motny, ma­je­sta­tyczny pu­zon. Długo stał i po­że­rał ją wzro­kiem: okrą­głe ra­miona, ło­po­cząca spód­nica. Wi­dy­wał tę ko­bietę wcze­śniej. Wie­dział, że mieszka sa­mot­nie. Rzadko się od­zy­wała i słu­chała tylko wia­tru albo skrze­cze­nia srok. Gdy zro­bił parę kro­ków na­przód, pod jego sto­pami trza­snęły ga­łązki. Od­głos mo­tyki był co­raz moc­niej­szy. Utkwił wzrok w jej dło­niach, w gru­bych pal­cach i nad­garst­kach. Ostrze wci­nało się w zie­mię z prze­ra­ża­jącą siłą, w któ­rej nie było nic ko­bie­cego. Gdy znów się po­ru­szył, już bez­sze­lest­nie, stwier­dził, że ko­bieta stop­niowo uświa­da­mia so­bie, iż zbliża się do niej ja­kieś żywe stwo­rze­nie. U miesz­ka­ją­cych sa­mot­nie lu­dzi roz­wija się wy­ostrzona świa­do­mość oto­cze­nia. Rytm jej pracy zmie­nił się - naj­pierw zwol­niła, a po­tem przy­spie­szyła, jakby chciała ode­gnać od sie­bie prze­czu­cie, że za chwilę coś się wy­da­rzy. Wy­pro­sto­wała się. Na­gle spo­strze­gła go i ze­sztyw­niała. Wy­prę­żyła się. Jej klatka pier­siowa fa­lo­wała. W po­wie­trzu mię­dzy nimi po­ja­wił się strach. Za­ci­snęła dło­nie na trzonku mo­tyki. Naj­pierw sze­roko otwo­rzyła oczy, a po­tem je zmru­żyła. Oba­wiała się nie­wielu rze­czy na świe­cie, ale wła­śnie w tej chwili po­czuła się nie­swojo.

Za­trzy­mał się na­gle, pra­gnąc, by kon­ty­nu­owała pracę. Chciał tylko ob­ser­wo­wać, jak wy­ko­puje dmu­chawce, przy­glą­dać się ryt­micz­nym wy­ma­chom i roz­ko­ły­sa­nym bio­drom. Lecz Hal­l­dis za­nie­po­ko­iła się. Er­rki ode­brał wszyst­kie wy­raźne sy­gnały wy­sy­łane przez nią i sta­nął jak wryty z za­ci­śnię­tymi pię­ściami. Spoj­rze­nie Hal­l­dis tra­fiło go jak deszcz strzał.

*

Słońce na­dal wspi­nało się po nie­bie, za­wzię­cie pra­żąc lu­dzi, zwie­rzęta i wy­su­szony na pieprz las. Po­ste­run­kowy Ro­bert Gu­rvin sie­dział sa­mot­nie, po­grą­żony w my­ślach. Roz­piął gu­zik ko­szuli i dmuch­nął na klatkę pier­siową. Strużka potu cie­kła mu po szyi. Pró­bo­wał od­su­nąć ko­smyk wło­sów z czoła, ale ten nie miał ochoty zo­stać na no­wym miej­scu. Po­ste­run­kowy pod­dał się i dla od­miany spró­bo­wał zwol­nić tętno siłą woli. Sły­szał, że sta­rzy In­dia­nie po­tra­fili ro­bić coś ta­kiego, ale z ca­łej tej kon­cen­tra­cji wy­ni­kło tylko tyle, że za­czął się po­cić jesz­cze bar­dziej.

Na ze­wnątrz roz­le­gły się kroki. Drzwi otwo­rzyły się i do środka wszedł zzia­jany, tęgi chło­piec w wieku około dwu­na­stu lat. Bez tchu sta­nął na środku po­koju. W jed­nej dłoni trzy­mał po­pie­laty fu­te­rał, przy­po­mi­na­jący dziw­nie ukształ­to­waną wa­lizkę. Może w środku znaj­do­wał się ja­kiś in­stru­ment mu­zyczny w kształ­cie liry? "Chło­piec nie wy­gląda, jakby umiał grać na li­rze", po­my­ślał Gu­rvin. Przyj­rzał mu się do­kład­nie. Był nie­sa­mo­wi­cie otyły. Ręce i nogi ster­czały mu z tu­ło­wia pod ką­tem, jakby był na­pom­po­wany do pełna he­lem i wła­śnie miał się wznieść w po­wie­trze. Brą­zowe prze­tłusz­czone włosy le­piły mu się do głowy cien­kimi pa­smami. Był boso. No­sił po­prze­cie­rane, ob­cięte dżinsy i brudny pod­ko­szu­lek. Usta miał otwarte z pod­nie­ce­nia.

- Słu­cham.

Po­ste­run­kowy Gu­rvin od­gar­nął na bok pa­piery. Tam­tego dnia nie miał zbyt wiele do ro­boty, poza tym lu­bił, gdy ktoś go od­wie­dzał. Wła­śnie te­raz na­pa­wał się nie­wia­ry­god­nym wi­do­kiem.

- Co się stało, chłop­cze?

Przy­bysz zro­bił krok na­przód. Nie prze­sta­wał dy­szeć. Było wi­dać, że musi szybko zrzu­cić z serca ja­kiś cię­żar. Pew­nie chce zgło­sić kra­dzież ro­weru albo coś w tym ro­dzaju. Oczy mu błysz­czały i trząsł się tak bar­dzo, że Gu­rvi­nowi od razu na­su­nęło się sko­ja­rze­nie z cie­płym su­fle­tem w pie­kar­niku, tuż za­nim się za­pad­nie.

- Hal­l­dis Horn nie żyje!

Jego głos ba­lan­so­wał gdzieś po­mię­dzy dy­sz­kan­tem dziecka a niż­szym tem­brem głosu męż­czy­zny, któ­rym miał się stać. Za­czął ni­sko, ale kiedy do­szedł do słów "nie żyje", mó­wił już fal­se­tem.

Gu­rvin prze­stał się uśmie­chać. Zdu­miony spoj­rzał na sto­jące przed nim stwo­rze­nie, nie­pewny, czy do­brze usły­szał. Mru­gnął i po­ło­żył so­bie dłoń na karku.

- Co po­wie­dzia­łeś?

- Hal­l­dis nie żyje. Leży na scho­dach przed do­mem!

Wy­glą­dał jak bo­ha­ter­ski żoł­nierz, który wró­cił sa­mot­nie do obozu, żeby za­mel­do­wać o tym, że cały jego plu­ton zgi­nął w ak­cji. Po­ru­szony do głębi du­szy, ale mimo to nie­po­zba­wiony god­no­ści. Sta­wał przed do­wódcą i mel­do­wał, że za­koń­czył mi­sję.

- Sia­daj, młody czło­wieku! - po­wie­dział Gu­rvin wład­czo i ski­nął głową w stronę krze­sła. Chło­piec po­zo­stał jed­nak nie­po­ru­szony. - Cho­dzi ci o tę ko­bietę, która ma małe go­spo­dar­stwo w Fin­ne­marce?

- Tak.

- I przy­cho­dzisz pro­sto stam­tąd?

- Sze­dłem obok jej domu. Leży na scho­dach.

- Je­steś pewny, że nie żyje?

- Tak.

Gu­rvin zmarsz­czył brwi. Upał da­wał się wszyst­kim we znaki.

- Spraw­dzi­łeś to?

Chło­piec spoj­rzał na niego z nie­do­wie­rza­niem, jakby na samą myśl o tym miał za­słab­nąć. Po­krę­cił prze­cząco głową, a jego mon­stru­alne ciało za­fa­lo­wało.

- Nie do­ty­ka­łeś jej w ogóle?

- Nie.

- No to skąd wiesz, że nie żyje?

- Je­stem pe­wien - wy­dy­szał chło­piec.

Gu­rvin wy­jął pióro z kie­szeni ko­szuli i coś za­no­to­wał.

- Po­daj mi swoje na­zwi­sko.

- Snel­lin­gen. Kan­nick Snel­lin­gen.

Ofi­cer mru­gnął oczami. Imię i na­zwi­sko były tak samo oso­bliwe jak chło­piec, ale pa­so­wały do niego. Za­pi­sał je w no­te­sie, opa­no­wu­jąc mi­mikę, by nie oka­zać dez­apro­baty dla de­cy­zji ro­dzi­ców o wy­bo­rze imie­nia dla chłopca.

- Tak cię ochrzcili, Kan­nick? To na pewno nie prze­zwi­sko? Albo skrót od Karla Hen­rika?

- Nie, Kan­nick. Pi­sze się przez "c-k".

Gu­rvin za­ma­szy­ście za­no­to­wał dane.

- Nie co­dzien­nie spo­tyka się ta­kie imię - po­wie­dział uprzej­mie. - Ile masz lat?

- Dwa­na­ście.

- I chcesz mi po­wie­dzieć, że Hal­l­dis Horn nie żyje?

Chło­piec ski­nął głową, na­dal ciężko dy­sząc i smut­nie prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę. Na pod­ło­dze bli­sko sie­bie po­sta­wił wa­lizkę. Była po­kryta na­lep­kami. Gu­rvin za­uwa­żył serce, jabłko i parę imion.

- Nie na­bie­rasz mnie przy­pad­kiem, co?

- Nie!

- Tak czy ina­czej, my­ślę, że po­wi­nie­nem do niej za­dzwo­nić. Spraw­dzę, czy od­bie­rze te­le­fon - stwier­dził Gu­rvin.

- Niech pan so­bie dzwoni. I tak nikt nie od­bie­rze!

- Sia­daj wresz­cie - po­wie­dział Gu­rvin. Po raz drugi wska­zał głową krze­sło, ale chło­piec wciąż stał. Gu­rvin po­dej­rze­wał, że gdyby usiadł, pew­nie nie dałby rady się pod­nieść. Nu­mer zna­lazł w książce te­le­fo­nicz­nej pod na­zwi­skiem Tho­rvald Horn. Wy­brał i cze­kał. Hal­l­dis miała swoje lata, ale po­ru­szała się jesz­cze cał­kiem żwawo. Żeby się upew­nić, cze­kał dość długo. Po­goda była wspa­niała. Może ko­bieta wy­szła do ogrodu? Chło­piec wpa­try­wał się w niego, ob­li­zu­jąc usta. Gu­rvin za­uwa­żył, że czoło chłopca jest biel­sze niż po­liczki, bo ocie­niała je gę­sta czu­pryna. T-shirt miał tro­chę za krótki i część ogrom­nego brzu­cha wy­le­wała się znad szor­tów.

- Opo­wie­dzia­łem panu o wszyst­kim - po­wie­dział bez tchu. - Te­raz mogę już iść?

- Nie. Oba­wiam się, że nie - od­parł po­li­cjant, od­kła­da­jąc słu­chawkę. - Nikt nie od­po­wiada. Mu­szę wie­dzieć, kiedy u niej by­łeś. Mu­szę na­pi­sać ra­port, a to może być ważne.

- Ważne? Prze­cież ona nie żyje!

- Mu­szę wie­dzieć, kiedy to się mniej wię­cej stało - prze­mó­wił ła­god­nie Gu­rvin.

- Nie mam ze­garka. I nie wiem, jak długo idzie się tu z jej za­grody.

- Po­wie­dział­byś, że ja­kieś trzy­dzie­ści mi­nut?

- Bie­głem pra­wie przez całą drogę.

- No to po­wiedzmy dwa­dzie­ścia pięć.

Gu­rvin spoj­rzał na ze­ga­rek i zro­bił ko­lejną no­tatkę. Nie są­dził, żeby tak gruby dzie­ciak szybko bie­gał, zwłasz­cza że miał ze sobą ba­gaż. Znów wy­brał nu­mer Hal­l­dis. Od­cze­kał długą chwilę, za­nim odło­żył słu­chawkę. Był za­do­wo­lony. Tra­fiła się długo wy­cze­ki­wana od­miana w ru­ty­nie co­dzien­nych za­jęć. Była mu bar­dzo po­trzebna.

- Czy mogę te­raz pójść do domu?

- Po­daj mi swój nu­mer te­le­fonu.

Chło­piec za­skrze­czał pi­skli­wym gło­sem. Po­dwójny pod­bró­dek za­drżał na pulch­nej twa­rzy, a dolna warga za­drżała. Po­li­cjant za­czął mu współ­czuć. Wy­glą­dało na to, że rze­czy­wi­ście coś się stało.

- Mam za­te­le­fo­no­wać po twoją matkę? - za­py­tał ła­god­nie. - Może przyjść po cie­bie?

Kan­nick po­cią­gnął no­sem.

- Miesz­kam w Gut­te­bak­ken.

Ta in­for­ma­cja ka­zała Gu­rvi­nowi przyj­rzeć się chłopcu z za­in­te­re­so­wa­niem. Kan­nick miał wra­że­nie, że oczy po­li­cjanta za­snuwa błona, i na­tych­miast zro­zu­miał, że do­ro­sły wła­śnie wło­żył go do no­wej teczki z ad­no­ta­cją "nie­wia­ry­godny".

- Na pewno?

Gu­rvin nie spie­szył się, strze­la­jąc knyk­ciami każ­dego palca z osobna.

- Czy mam w ta­kim ra­zie tam za­te­le­fo­no­wać i po­pro­sić, żeby ktoś po cie­bie przy­szedł?

- Bra­kuje im lu­dzi. Na dy­żu­rze zo­stała tylko Mar­gunn.

Chło­piec znów prze­stą­pił z nogi na nogę i nie prze­sta­wał po­cią­gać no­sem.

Po­li­cjant prze­mó­wił ła­god­niej.

- Hal­l­dis Horn była w po­de­szłym wieku - mó­wił. - A tacy lu­dzie umie­rają. Ta­kie jest ży­cie. Ni­gdy wcze­śniej nie wi­dzia­łeś zmar­łego, prawda?

- Wła­śnie że wi­dzia­łem!

Gu­rvin uśmiech­nął się.

- Tacy lu­dzie zwy­kle umie­rają we śnie albo sie­dząc w bu­ja­nym fo­telu. Nie ma się czego bać. Nie mu­sisz w nocy le­żeć, nie spać i roz­my­ślać o tym. Obie­cu­jesz, że nie bę­dziesz so­bie tym za­przą­tał głowy?

- Ktoś tam był - wy­rzu­cił z sie­bie chło­piec.

- W jej za­gro­dzie?

- Er­rki Johrma - chło­pak wy­szep­tał te słowa jak prze­kleń­stwo.

Gu­rvin po­pa­trzał na niego z za­sko­cze­niem.

- Stał za drze­wem, obok szopy, ale wy­raź­nie go wi­dzia­łem. A po­tem po­szedł do lasu.

- Er­rki Johrma? Coś mi tu nie gra. - Gu­rvin po­trzą­snął głową. - Od kilku mie­sięcy jest w za­kła­dzie.

- Pew­nie uciekł.

- Za­raz się o tym prze­ko­namy - stwier­dził po­li­cjant spo­koj­nie, ale przy­gryzł wargę. - Roz­ma­wia­łeś z nim?

- Czy pan zwa­rio­wał?!

- Zajmę się tym. Ale naj­pierw spraw­dzę, co się dzieje z Hal­l­dis.

Po­zwo­lił, by wieść o Er­r­kim do­tarła do jego świa­do­mo­ści. Nie był prze­sądny, ale za­czął ro­zu­mieć, dla­czego inni tak re­ago­wali. Er­rki Johrma cza­jący się w oko­licz­nych la­sach i mar­twa Hal­l­dis. Albo przy­naj­mniej nie­przy­tomna. Miał wra­że­nie, że sły­szał to już wcze­śniej. Hi­sto­ria po­wta­rzała się.

Coś przy­szło mu do głowy.

- Dla­czego wle­czesz ze sobą tę wa­lizę? Nie masz chyba próby or­kie­stry w sa­mym środku lasu, prawda?

- Nie - od­parł chło­piec, sta­wia­jąc stopy po obu stro­nach ba­gażu, jakby oba­wiał się, że zo­sta­nie on skon­fi­sko­wany. - To parę dro­bia­zgów, które za­wsze no­szę ze sobą. Lu­bię cho­dzić po le­sie.

Po­li­cjant ob­rzu­cił go prze­ni­kli­wym wzro­kiem. Chło­piec wy­glą­dał na bez­czel­nego, ale jego głos zdra­dzał, że coś prze­stra­szyło go nie na żarty. Gu­rvin za­te­le­fo­no­wał do Gut­te­bak­ken - domu dla chłop­ców z pro­ble­mami wy­cho­waw­czymi - i po­pro­sił o po­łą­cze­nie z kie­row­niczką. Zwięźle wy­ja­śnił jej sy­tu­ację.

- Hal­l­dis Horn? Nie żyje? Na scho­dach przed do­mem?

Mó­wiła gło­sem peł­nym po­wąt­pie­wa­nia i obawy.

- Trudno po­wie­dzieć, czy kła­mie - od­po­wie­działa ko­bieta. - Wszy­scy kła­mią, kiedy im to pa­suje, ale może się w tym kryć ziarno prawdy. W każ­dym ra­zie mnie już dzi­siaj raz oszu­kał, bo na pewno wziął ze sobą łuk, cho­ciaż do­sko­nale wie, że wolno mu go uży­wać tylko pod nad­zo­rem do­ro­słych.

- Łuk? - Gu­rvin nie zro­zu­miał.

- Czy ma z sobą fu­te­rał?

Po­li­cjant spoj­rzał na chłopca i na to, co le­żało mię­dzy jego no­gami.

- Tak, ma.

Kan­nick zro­zu­miał, o czym mowa, i zsu­nął swoje grube nogi.

- To łuk z włókna szkla­nego i dzie­więć strzał. Włó­czy się po la­sach i strzela do wron.

Z tonu jej głosu Gu­rvin do­my­ślił się, że nie jest zi­ry­to­wana, bar­dziej zmar­twiona. Wy­ko­nał jesz­cze je­den te­le­fon, tym ra­zem do szpi­tala, w któ­rym prze­by­wał Er­rki Johrma. Albo ra­czej po­wi­nien prze­by­wać, bo oka­zało się, że fak­tycz­nie uciekł. Spró­bo­wał umniej­szyć zna­cze­nie tego epi­zodu. Wieść o Er­r­kim była wy­star­cza­jąco nie­po­ko­jąca. O Hal­l­dis nie wspo­mniał ani sło­wem.

Kan­nick sta­wał się co­raz bar­dziej nie­spo­kojny. Spoj­rzał na drzwi. "Co się stało? - za­sta­na­wiał się Gu­rvin. - Na mi­łość bo­ską, chyba nie ustrze­lił jej z tego swo­jego łuku?"

- No cóż, przy­naj­mniej Hal­l­dis umarła pięk­nego dnia - po­wie­dział, rzu­ca­jąc chłopcu za­chę­ca­jące spoj­rze­nie. - Poza tym miała już swoje lata. O ta­kiej śmierci wszy­scy ma­rzymy. Przy­naj­mniej ci z nas, któ­rzy nie uro­dzili się wczo­raj.

Kan­nick Snel­lin­gen nie od­po­wie­dział. Po­krę­cił głową i stał bez ru­chu z fu­te­ra­łem mię­dzy no­gami. Do­ro­słym za­wsze się wy­daje, że wszystko wie­dzą. A Gu­rvin wkrótce się do­wie, jak jest na­prawdę.

Je­chał po­woli pod górę ku za­gro­dzie Hal­l­dis. Od ostat­niej wi­zyty mi­nęło sporo czasu, może na­wet rok. W jego piersi jakby wi­ro­wał sza­leń­czo wy­szczer­biony ka­mień. Te­raz, gdy był sam w sa­mo­cho­dzie, po­czuł, że cały dy­go­cze. Co wła­ści­wie wi­dział ten chło­piec?

Kan­nick upie­rał się, że pój­dzie do Gut­te­bak­ken na pie­chotę. Z po­ste­runku do za­kładu było około dwóch ki­lo­me­trów. Mar­gunn obie­cała, że wyj­dzie po niego. Na tyle, na ile Gu­rvin znał kie­row­niczkę, wie­dział, że bę­dzie cze­kała na chłopca z so­kiem, słod­kimi bu­łecz­kami i opie­przem, a po­tem czule po­gła­dzi go po wło­sach. Mniej­sza o to, co po­wie­dzą inni. Mar­gunn do­brze wie­działa, czego chłopcu po­trzeba. Kan­nick uspo­koił się tro­chę i gdy wy­cho­dził, wy­raz jego twa­rzy zdra­dzał więk­szą pew­ność sie­bie.

Sub­aru po­ko­ny­wało le­si­sty stok z za­ja­dło­ścią te­riera. Wszy­scy w oko­licy mieli sa­mo­chody z na­pę­dem na cztery koła. Przy­da­wały się w zi­mie z po­wodu śniegu i wio­sną z po­wodu błota. Stoki były strome i je­chało się dość trudno na­wet su­chą, wy­bru­ko­waną drogą. My­ślał o Er­r­kim Johr­mie. W szpi­talu po­twier­dzili, że bez pro­blemu uciekł przez otwarte okno, a po­tem skie­ro­wał się tam, gdzie każdy go znał. Do­kąd miał iść? Prze­cież czuł się tu jak w domu. Wy­glą­dało na to, że Kan­nick nie kła­mie. Jak więk­szość lu­dzi, Gu­rvin miał się na bacz­no­ści z po­wodu wszyst­kich plo­tek, tak samo nie­przy­jem­nych, jak sam Er­rki. Nie­szczę­ście po­dą­żało za nim krok w krok. Był jak zły omen, który zo­sta­wiał za sobą lęk i prze­ra­że­nie. Do­piero po przy­mu­so­wym skie­ro­wa­niu na le­cze­nie do za­kładu za­mknię­tego lu­dzie za­częli oka­zy­wać mu tro­chę współ­czu­cia. Prze­cież bie­dak jest chory, mó­wili, le­piej, że mu tam po­mogą. Cho­dziły po­gło­ski, że pró­bo­wał za­gło­dzić się na śmierć, że zna­le­ziono go na od­dziale wy­cień­czo­nego jak je­niec wo­jenny. Le­żał na łóżku, ga­pił się w su­fit i mo­no­ton­nie re­cy­to­wał: "groch, wo­ło­wina, wie­przo­wina, groch, wo­ło­wina, wie­przo­wina". I tak setki razy.

Gu­rvin przy­po­mniał so­bie coś, co zda­rzyło się dawno temu. Wy­glą­dał przez boczne szyby. Miał na­dzieję, że Er­rki się nie po­jawi. Był tak nie­sa­mo­wi­cie dziwny. Po­nury, od­py­cha­jący i za­nie­dbany. Za­miast oczu miał dwie wą­skie szparki i ni­gdy nie otwie­rał ich sze­roko, dla­tego cza­sami za­sta­na­wiano się, czy przy­pad­kiem nie kryje się za nimi tylko bez­denna ot­chłań, przez którą można zaj­rzeć w sam śro­dek jego po­krę­co­nego umy­słu.

Gu­rvi­nowi trudno było uwie­rzyć, że Hal­l­dis nie żyje. Znał ją i Tho­rvalda od dziecka, z tym że to ona za­wsze wy­da­wała się nie­śmier­telna. Nie po­tra­fił so­bie wy­obra­zić tego ma­łego go­spo­dar­stwa w gó­rach bez nich. Ono było tam od za­wsze. Kan­nick na pewno wi­dział coś in­nego, czego nie zro­zu­miał, i to go prze­stra­szyło. Może Er­r­kiego Johrmę groź­nie spo­glą­da­ją­cego zza drzewa? Samo to wy­star­czy­łoby, żeby prze­stra­szyć czło­wieka i zro­bić mu mę­tlik w gło­wie. Zwłasz­cza zner­wi­co­wa­nego chłopca, który i bez tego miał kło­poty. Opu­ścił obie przed­nie szyby auta, lecz mimo to po­cił się ob­fi­cie. Już do­jeż­dżał na miej­sce i wi­dział szopę w go­spo­dar­stwie Hal­l­dis. Nie mie­ściło mu się w gło­wie, że ko­bieta w jej wieku po­trafi wszę­dzie utrzy­mać po­rzą­dek. Chyba ni­gdy nie prze­sta­wała pie­ścić po­dwórka gra­biami i kosą. Po­tem po­ja­wił się ogród - bujny i zie­lony mimo pa­nu­ją­cej su­szy. We wszyst­kich in­nych miej­scach traw­niki dawno po­żół­kły. Tylko Hal­l­dis po­tra­fiła sta­wić czoła si­łom na­tury. Chyba że wbrew za­ka­zowi pod­le­wała trawę. Skrę­cił od razu, by przyj­rzeć się do­mowi. Ni­ski biały bu­dy­nek z czer­wo­nymi wy­koń­cze­niami. Drzwi fron­towe otwarte. Tu przy­szedł pierw­szy wstrząs: na scho­dach przed do­mem za­uwa­żył głowę i rękę. Prze­ra­żony, za­ha­mo­wał i zga­sił sil­nik. Cho­ciaż z tego miej­sca wi­dział nie­wiele wię­cej, od razu wie­dział, że ko­bieta nie żyje. Cho­lera, a jed­nak chło­pak mó­wił prawdę! Nie­chęt­nie otwo­rzył drzwi sa­mo­chodu. To prawda, że wszy­scy zmie­rzali do tego sa­mego celu drogą ży­cia, że Hal­l­dis była starą ko­bietą, lecz na­gle sta­nął sam na sam ze śmier­cią.

Gu­rvin nie po raz pierw­szy znaj­do­wał mar­twe ciało, ale zdą­żył za­po­mnieć, jak dziwne jest to nie­zgłę­bione uczu­cie sa­mot­no­ści - sa­mot­no­ści, która wtedy naj­bar­dziej da­wała się we znaki. Być tym je­dy­nym. Wy­siadł z sa­mo­chodu i zbli­żał się po­woli, jakby chciał odło­żyć tę chwilę na póź­niej, tak długo, jak to moż­liwe. Spoj­rzał przez ra­mię, nie mo­gąc się po­wstrzy­mać. Nie­wiele mógł zro­bić. Tylko po­dejść i schy­lić się, przy­ło­żyć pa­lec do gar­dła i po­twier­dzić, że rze­czy­wi­ście nie żyje. Nie miał żad­nych wąt­pli­wo­ści. Nie po­zwa­lał na nie kąt uło­że­nia głowy w od­nie­sie­niu do po­bla­dłej ręki i roz­cza­pie­rzone palce. Ale wszystko trzeba spraw­dzić. Wtedy bę­dzie mógł usiąść w sa­mo­cho­dzie, we­zwać ka­retkę, zwi­nąć so­bie skręta i cze­kać, słu­cha­jąc ja­kiejś mu­zyki w ra­diu. Nie było sensu spraw­dzać ni­czego w środku. Zgon na­stą­pił z przy­czyn na­tu­ral­nych, dla­tego nie wi­dział żad­nego po­wodu, by ro­bić co­kol­wiek in­nego. Zna­lazł się przy mar­twym ciele i na­gle się za­trzy­mał. Coś sza­rego, przy­po­mi­na­ją­cego kon­sy­sten­cją mleko, pły­nęło po scho­dach. Może coś nio­sła i upu­ściła, kiedy upa­dła? Ostat­nie me­try po­ko­nał z bi­ją­cym ser­cem.

To, co zo­ba­czył, po­dzia­łało na niego jak cios obu­chem w głowę. Stał i ga­pił się bez tchu przez kilka se­kund, za­nim zdo­łał zro­zu­mieć, na co pa­trzy. Le­żała na ple­cach z roz­ło­żo­nymi no­gami. W jej pulch­nej twa­rzy tkwiła mo­tyka, wbita głę­boko w lewy oczo­dół. Wi­dać było nie­wielką część błysz­czą­cego ostrza. Usta miała otwarte, a pro­teza gór­nej szczęki wy­su­nęła się, na­da­jąc nie­przy­jemny gry­mas twa­rzy, którą tak do­brze znał. Za­to­czył się do tyłu i z tru­dem chwy­tał po­wie­trze. Chciał na­tych­miast wy­cią­gnąć ostrze z jej twa­rzy, ale nie mógł. Od­wró­cił się na pię­cie i udało mu się dojść do traw­nika, za­nim za­war­tość jego żo­łądka zna­la­zła się na ze­wnątrz. Wy­mio­tu­jąc, my­ślał o Er­r­kim. Hal­l­dis nie żyje, a Er­rki krąży w po­bliżu. Może był jesz­cze wy­żej, w le­sie, ukry­wał się za drze­wem i ob­ser­wo­wał go? W tej chwili Gu­rvi­nowi za­brzmiały w uszach wła­sne słowa: "O ta­kiej śmierci wszy­scy ma­rzymy. Przy­naj­mniej ci z nas, któ­rzy nie uro­dzili się wczo­raj".