Wstęp
Przekonanie, że warto rozmawiać, nie jest już tak powszechne jak kiedyś. Także dlatego, że pewne tematy wyłączane są z publicznej debaty jako stanowiące zagrożenie. Na zachodnich uniwersytetach tworzy się "bezpieczne przestrzenie", w których studenci i pracownicy naukowi mają gwarancję, że nie będą musieli konfrontować się z poglądami, opiniami czy diagnozami odbiegającymi od powszechnie akceptowanych dogmatów. W naszej polskiej bezpiecznej przestrzeni nie jest dobrze widziane rozmawianie o kryzysie, w jakim pogrążyła się Europa, bo nie wiadomo, do czego nas może taka rozmowa doprowadzić. Mimo że cały świat drży w posadach, nasza europejska wieś ma być spokojna, bo my, Europejczycy, po doświadczeniach dwóch wojen światowych, które tu się rozpoczęły, oraz dwóch totalitaryzmów, które stąd wyszły, odrobiliśmy lekcję i stworzyliśmy wspólnotę liczącą obecnie dwadzieścia siedem państw. Zagrożenie nie jest wewnątrz Unii, ale poza nią, chyba że mamy na myśli kogoś, kto dziś kwestionuje porządek brukselski.
To już ostatni dzwonek, by wyjść z tej bezpiecznej przestrzeni, strefy intelektualnego komfortu, by nie rzec: lenistwa. Bo świat jest dziś zupełnie inny niż dwadzieścia lat temu, gdy Polska wstępowała do Unii, nie mówiąc już o 1992 roku, gdy podpisywano traktat w Maastricht. Zmieniły się współrzędne, kompas zwariował, wojna znów jest w Europie. Akceptowany globalnie liberalny porządek oparty na regułach, do którego przywykliśmy, de facto przestał działać. "Coraz częściej się podkreśla, że nie jest on ani specjalnie wolnościowy, to znaczy liberalny, ani zupełnie oparty na uniwersalnych normach, ani także szczególnie uporządkowany. Nie jest też nadzwyczajnie globalny. Tak więc każdy z przymiotników określających charakter ładu międzynarodowego, w którym Polska funkcjonowała przez ostatnie trzy dekady, dziś jest kwestionowany" - mówi Sławomir Dębski.
Nie ma co ukrywać: wszystkich rozmówców w tej książce łączy krytyczny stosunek do Unii Europejskiej - takiej, jaką ona dziś jest. Czytelnik nie znajdzie tu argumentów broniących polityki przekształcania traktatowej wspólnoty państw w jedno superpaństwo, bo jest to po prostu projekt nie do obrony. W dodatku realizowany wbrew traktatom, metodą faktów dokonanych, poprzez dyrektywy i wyroki trybunałów. Nikt ze zwolenników trwania bez względu na okoliczności przy przewodniczącej Komisji Europejskiej niczym przy najjaśniejszym panu, nie przyzna otwarcie, co tam się wyrabia. Można liczyć co najwyżej na "obrońcę z urzędu", który opowie o wspólnocie wolnych narodów z marzeń Alcide De Gasperiego i Roberta Schumana albo o Unii trzech swobód, do której wstępowaliśmy 1 maja 2004 roku. Ale o tym także będzie mowa w tej książce. W czasie przeszłym.
Jest zresztą coś zadziwiająco infantylnego w dominującym myśleniu o Unii Europejskiej. Chodzi o "założenie, że w odróżnieniu od polskiej sceny politycznej, gdzie rolę odgrywają interesy, także materialne, a nawet korupcyjne, ideologiczne zacietrzewienie czy małość aktorów tej sceny politycznej, na Zachodzie mieszka jedynie wyższa mądrość i wyższa szlachetność. A już szczególnie w Brukseli, gdzie ludzie nie podlegają tym wszystkim normalnym regułom gry politycznej. Tam nikt o żadne interesy nie dba, tylko o nasze dobro" (Przemysław Żurawski vel Grajewski). Mniej infantylne, za to o wiele groźniejsze, jeśli chodzi o konsekwencje, jest przeniesienie owej "wyższej mądrości" z Brukseli do Luksemburga, gdzie mieści się siedziba Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Groźniejsze, bo mające oparcie w realnej, szczególnej pozycji sędziów TSUE, którzy zyskali dziś status porównywalny ze starotestamentowymi sędziami rządzącymi Izraelem lub członkami greckiego areopagu. Nie są oni bowiem już arbitrami w sporach między Komisją Europejską a państwami członkowskimi, lecz autonomicznym źródłem prawa, a ich władza wydaje się niczym nieograniczona. Gdy traktaty stały się martwe i nic nie wskazuje na to, by była szansa je odnowić, wyroki TSUE podejmowane na podstawie niewidzialnej konstytucji, praktycznie już w każdej sprawie, stanowią narzędzie budowy jednolitego, scentralizowanego państwa. "Pełzające zawłaszczanie kompetencji" to już nie jest termin publicystyczny - pojawia się on w poważnych publikacjach, i to bynajmniej nie jako patologia, ale jedyny sposób na okiełznanie żywiołu europejskich państw. W efekcie owego zawłaszczania, przy milczącej zgodzie liberalnych rządów, coraz więcej przestrzeni i tych sfer życia, które nas osobiście dotyczą, jak edukacja, polityka klimatyczna, granice, energetyka, a także wolność słowa, zostaje uznanych za prerogatywy Komisji Europejskiej. Choć wcale nie wynika to z traktatów, owa prawna samowola jest niejako sukcesywnie legitymizowana przez kolejne wyroki TSUE.
Czy uda się tą drogą zmienić ustrój europejskiej wspólnoty i przekształcić dwadzieścia siedem państw w jeden centralnie zarządzany organizm? To kluczowe dziś pytanie. Odpowiedź zależy od politycznych wyborów w najważniejszych krajach Unii, bo bez akceptacji Paryża, Berlina, Madrytu, a także Warszawy domknięcie systemu konsekwentnie budowanego od kilkunastu lat nie będzie możliwe. Są jednak głosy - w tej książce także - że niezależnie od woli politycznej elit Europa nie stanie się jednym państwem, bo "nie jest kalifatem, nie jest Bizancjum i nie jest Chinami" (Marek Cichocki), a historia kontynentu uczy, że wszystkie zawierane tu unie rozpadały się "z nadmiaru centralizacji" (Przemysław Żurawski vel Grajewski) - i nie ma żadnych podstaw, by sądzić, że tym razem będzie inaczej.
Hasło: "więcej Europy" jako panaceum na wszystkie problemy już nie działa. Bruksela zresztą dawno zarzuciła perswazję i edukację na rzecz przemocy. Jak zauważa Jacek Saryusz-Wolski, tylko do pewnego momentu była to cooperative union, unia współpracy i konsensusu - potem stała się unią karzącą, punitywną. Od tego momentu w zasadzie cały czas jest to unia, która stosuje wobec swoich członków przemoc polityczną, prawną, gospodarczą i instytucjonalną. A to na dłuższą metę nie wróży sukcesu, choć trzeba przyznać, że jak dotąd mechanizm jest skuteczny, przynajmniej w odniesieniu do krajów już mocno uzależnionych od Brukseli i Berlina. Pouczający może być tu przykład Włoch, które nawet pod rządami prawicy nie są już w stanie prowadzić samodzielnej polityki.
Kim są ludzie, którzy "ukradli nam" Europę? Politycy, urzędnicy, sędziowie... Szukając dla nich symbolicznego wspólnego mianownika, Tomasz Wróblewski przywołuje określenie "przemytnicy i baptyści", które puścił w obieg amerykański ekonomista Bruce Yandle, by wyjaśnić fenomen społecznej akceptacji dla wprowadzenia prohibicji. Zaiste przedziwny to splot interesów, który połączył idealistów autentycznie wierzących w konieczność złożenia w ofierze państw narodowych dla realizacji zielonej utopii oraz twardo stąpających po ziemi ludzi interesu. Całość jest napędzana mieszanką szczerej wiary i potężnych interesów ekonomicznych. To nie spisek, lecz przewidywalny mechanizm polityczno-gospodarczy. A równie intrygujące jak sam pełzający proces centralizacji Unii jest to, jak udało się dla niego pozyskać zgodę większości obywateli UE. Topniejącej w oczach, ale wciąż większości. Społeczeństwa europejskie są dziś jak karpie domagające się przyspieszenia Bożego Narodzenia - w owej większości nie są zainteresowane tym, ażeby powstrzymać trend rosnącej władzy politycznej i kastowego zamknięcia systemów sądowniczych. Instrumentarium, które zastosowano, by doprowadzić Europę do tego miejsca, jest bogate, czerpie pełnymi garściami z dorobku i metod systemów totalitarnych. Mówi o tym profesor Ryszard Legutko, filozof i eurodeputowany trzech kadencji, zaczynając od języka, a kończąc na pragmatyce funkcjonowania instytucji europejskich. "Gdyby Schuman pojawił się dziś w Parlamencie Europejskim, to po pierwsze zostałby wygwizdany, po drugie wyrzucony, po trzecie nie powierzono by mu żadnej funkcji, chociaż jego portret wszędzie wisi" - zauważa z przekąsem Jacek Saryusz-Wolski, który przeprowadzał Polskę przez cały proces akcesyjny, a potem był świadkiem całkowitej przemiany Unii Europejskiej, aż po votum separatum w trakcie prac nad jej nową konstytucją.
Rafał Ziemkiewicz przyrównuje sytuację, w jakiej dziś się znajdujemy, do końca lat osiemdziesiątych. Porządek światowy drży w posadach, ale nikt nie chce rozmawiać o tym, co się może w związku z tym wydarzyć. Tak było z upadkiem systemu komunistycznego. Transformacja zaskoczyła wszystkich - jednych bardziej, drugich mniej - bo nie przygotowano się na możliwe scenariusze. Nie chodzi o to, że Europa powinna wymyślić się na nowo; takie właśnie technokratyczne, a zarazem utopijne myślenie dominuje dziś wśród brukselskich elit - jego spektakularnym, socjotechnicznym wykwitem była Konferencja w sprawie przyszłości Europy zorganizowana w latach 2021-2022. Chodzi raczej o myślenie, któremu przyświeca świadomość, że mówimy o żywym organizmie, który sam się broni i przekształca, walczy o siebie i się zmienia. Bo przecież Europa, choć ukradziona, nie jest jeszcze stracona. "Siła europejskiej cywilizacji tkwi zawsze w sile i wolności społecznych wspólnot autonomicznych wobec władzy politycznej, a więc prowadzących swoje własne autentyczne życie. Do tych dwóch spraw trzeba dzisiaj wrócić, od nich się odbić" - apeluje Marek Cichocki.
Pierwszy krok to właśnie uświadomienie sobie, że Unia Europejska nie jest czymś raz nam danym, niczym byt przyrodniczy, a co więcej - że Unia znajduje się w głębokim kryzysie wymagającym od nas odpowiedzialności. Nie sprowadza się ona z pewnością do polowania na wrogów Brukseli i używania hasła polexitu jako politycznego zaklęcia. "Powinniśmy zacząć dyskutować o tym, co jest dla nas w Unii dobre, co jest dla nas złe, czego potrzebujemy i ile jesteśmy w stanie za to zapłacić, a czego nie potrzebujemy. Nie było takiej dyskusji ani po stronie tych, co mówią, że musimy być w Europie za wszelką cenę, ani po stronie tych, którzy zbijają kapitał polityczny na gołosłownym protestowaniu przeciwko Unii Europejskiej, bo przecież nie mamy żadnego projektu wyjścia z niej" (Rafał Ziemkiewicz).
Ta książka jest odpowiedzią na zapotrzebowanie społeczne, elementem publicznej debaty, początkiem pracy, którą pilnie należy wykonać. A poza tym - sparafrazuję klasyka - tylko prawda o Europie jest ciekawa. Zapraszam do jej poszukiwania w towarzystwie dziesięciu osób zawodowo oraz intelektualnie przygotowanych do zmierzenia się z prawdą. Wyjdźmy z "bezpiecznej strefy" - to będą mocne Polaków rozmowy o Unii, której grozi katastrofa.
W którym punkcie na osi czasu możemy zacząć naszą opowieść o Europie jako wspólnym projekcie politycznym? Może wraz z Imperium Romanum?
Wydaje mi się, że w starożytnym Rzymie nikt nie używał pojęcia "Europa" w znaczeniu, jakie my przypisujemy temu słowu, bo Europa geograficznie oznaczała wtedy... mały kawałek ziemi na pograniczu Bułgarii i Grecji. To była cała Europa konkretnie umiejscowiona. Oczywiście już od czasów Herodota, czyli greckich, konstruowano takie wyobrażone byty jak Europa, Azja i Afryka, porównywane między sobą wzajemnie, ale głębszej treści pojęciu "Europa" nie przypisywano. Na przykład starcia na granicy między światem greckim a światem skonstruowanym wokół perskiego imperium nie były identyfikowane jako starcie Europy z Azją. Grecy postrzegali siebie wyłącznie jako część wspólnoty helleńskiej i widzieli tę wspólnotę może jeszcze gdzieś dalej, na zachodnich obrzeżach Morza Śródziemnego, ale pomysł, że mają coś wspólnego z jakąś Galią - że nie wspomnę o Germanii - w ogóle nie mieścił się w ich wyobraźni. W tym sensie nie należy z punktu widzenia historycznego przenosić pojęcia "Europa" na czasy starożytne.
A od kiedy możemy to robić?
Z większą odpowiedzialnością dopiero od XVII wieku. Wtedy uczciwie można mówić o tym, że pojęcie "Europa" funkcjonuje w obiegu historycznym dla oznaczenia de facto raczej pewnej wspólnoty kulturowej elit niż wspólnoty politycznej w głębszym tego słowa znaczeniu.
Dlaczego zatem tak często i chętnie przywołuje się Karola Wielkiego jako patrona Europy zintegrowanej, tworzącej właśnie pewną wspólnotę polityczną?
Sądzę, że jest jeden punkt na tej osi czasu, który można w związku z historią starożytną odnotować, bo on buduje na przyszłość właśnie koncepcję karolińską Europy. Choć nie tak był postrzegany w momencie, kiedy wydarzenie, o którym teraz mówię, miało miejsce. Chodzi oczywiście o podział na zachodnie i wschodnie Cesarstwo Rzymskie, wynikający z logistycznych trudności utrzymania tego olbrzymiego obszaru pod jednym berłem i nadmiaru kłopotów, które się pojawiły w związku z przenikaniem ludów, nazywanych barbarzyńskimi, przez granice Rzymu. To jest IV wiek, kiedy się ten podział zaznacza i potem pogłębia. W tym sensie zachodnie Cesarstwo Rzymskie poprzez swoją odrębną od wschodniej części tożsamość językowo-kulturową może być traktowane jako pewna zapowiedź przyszłej Europy. Bo po jednej stronie jest łacina, a po drugiej stronie grecki język, wciąż uważany w pewnym sensie za dojrzalszy, za bardziej kulturalny, bardziej zaawansowany. Łacina zaś to przede wszystkim język prawa rzymskiego. I to jest ciąg skojarzeń, które warto zapamiętać, żeby rozumieć korzenie pojęcia "Europa", czyli łacińskość, prawo, dziedzictwo zachodniego Rzymu. I do tej właśnie spuścizny, połączonej oczywiście z chrześcijaństwem, które zgodnie z opowieścią zawartą w Dziejach Apostolskich znalazło w Rzymie stolicę Świętego Piotra i jego następców, będą nawiązywać kolejni władcy na kontynencie. Rzym od momentu uznania chrześcijaństwa za legalną religię w 313 roku, a jeszcze bardziej od momentu uznania go za religię państwową w końcu tego samego stulecia odgrywa olbrzymią rolę w formowaniu nowej tożsamości duchowej, kulturowej, a także prawnej, już jako centrum chrześcijaństwa. Na przykład wyzwolenie kobiet wiąże się z chrześcijaństwem, bo przecież w tradycji prawa rzymskiego kobiety były po prostu własnością swoich ojców. Chrześcijaństwo to zmienia, a wiemy, jak duże znaczenie ma emancypacja kobiet dla współczesnego rozumienia Europy. W momencie, kiedy zachodnie imperium się rozpada, zostaje rozszarpane przez plemiona skandynawskie i germańskie, to właśnie Rzym, już w innej niż kiedyś roli, pozostaje ostatnim ośrodkiem scalającym tę zachodnią część dawnego cesarstwa.
I dopiero teraz możemy wrócić do Karola Wielkiego, który ani nie wymyśla pojęcia "Europa", ani go w ogóle nie używa, tylko wraca do idei zachodniego Cesarstwa Rzymskiego. Chce, by znów zaistniało obok przeżywającego wciąż lata rozkwitu Cesarstwa Bizantyjskiego, które zresztą uważało się za jedyne imperium rzymskie. Karol, nazwany nie bez racji wielkim, władca Franków, połączy nie tylko wszystkie krainy składające się razem na trzon jego imperium, ale także północną część Hiszpanii. Rozpocznie też ekspansję na ziemię Sasów. W tym znaczeniu można powiedzieć, że jego imperium na przełomie VIII i IX wieku po Chrystusie zjednoczyło niemałą część dawnego zachodniego cesarstwa, przesuwając jednakże jego ośrodek na północ. To już nie jest Rzym, tylko Akwizgran. I to jest przesunięcie na tereny franko-germańskie. Karol nie zagarnia w całości południa, bo południe, czyli większość Hiszpanii, opanowane zostało w VII wieku przez ekspansję wojowniczego islamu. I to przesunięcie na północ w połączeniu z ideą renowacji zachodniego imperium wywołuje reakcję Bizancjum, które Karola Wielkiego uważa za barbarzyńcę przypisującego sobie tytuł cesarza. Spór polityczny nakłada się oczywiście na różnice kulturowe między światem greckim i rzymskim, a także na rywalizację między patriarchatem konstantynopolitańskim a Rzymem, który odtąd ma w pewnym sensie patrona - świeckiego czy świecko-duchownego, bo jednak rola cesarza nie była tylko świecka.
Czy ten kulturowy i polityczny podział na wschód i zachód od początku nie skazuje narodów leżących w centrum Europy na jakąś peryferyjność?
Określenia "wschód" i "zachód" brzmią niepokojąco z naszego, polskiego punktu widzenia i z punktu widzenia kilku innych krajów w naszym regionie. Utożsamienie Europy z Zachodem to jest właśnie dziedzictwo Karola Wielkiego, bo Rzym starożytny obejmował głównie obszar basenu Morza Śródziemnego, w tym nawet Afryki ze Świętym Augustynem jako biskupem Hippony. Natomiast imperium Karola Wielkiego i jego kontynuacja przesuwa ten ciężar na północny zachód, co ma swoje konsekwencje także w sposobie interpretowania Europy już w czasach nam bliższych, właśnie jako Zachodu. I to właśnie wiąże się z dziedzictwem Karola Wielkiego: releguje niejako kraje niezachodnie do roli peryferii centrum Europy. Oczywiście poza zasięgiem imperium rzymskiego było wiele dzisiejszych krajów, między innymi Polska. Jak wiadomo, legiony rzymskie najdalej na północ swoje obozy ustanowiły na terenie dzisiejszej Słowacji. Budapeszt nie był stolicą imperium rzymskiego, tylko małym, prowincjonalnym teatrem dla peryferyjnego garnizonu. Można powiedzieć, że należeliśmy do dzikiej Północy, nieznajdującej się w obrębie cesarstwa, natomiast od czasów Karola Wielkiego to jest dziki Wschód, który staje się terenem ekspansji imperialnej i zarazem ekspansji prowadzonej pod znakiem krzyża. Nawracanie przy pomocy miecza, na razie Sasów, a za chwilę Słowian, którzy mieszkają na terenach nad Łabą, wprowadza pewne nowe wątki do historii pojęcia "Europa", tak jak ono będzie rozumiane później. Mam na myśli zbliżenie go z pojęciem "Zachód", osadzenie w rywalizacji na nowo ze Wschodem bizantyjskim i postrzeganiem tej północnej części Wschodu, nieogarniętej nigdy przez imperium rzymskie, jako strefy barbarii, gorszej Europy, tak jak to dzisiaj odczytujemy. To wszystko wiąże się z dziedzictwem Karola Wielkiego i jest bardzo złym układem odniesienia dla myślenia o Europie w XXI wieku.
Czy lepszym punktem odniesienia byłoby dla nas Święte Cesarstwo Rzymskie jako próba budowania związku osobnych państw osadzonych już w centrum Europy? Zjazd Gnieźnieński, Otton III nakładający swój diadem na głowę Chrobrego to także elementy europejskiej mitologii.
Ta historia, jak każda historia, najciekawsza jest w szczegółach, w które nie będziemy się zagłębiać, choć spróbuję pokazać pewne wątki, o których warto pamiętać, a już każdy z czytelników może próbować je rozwinąć na własną rękę za pomocą rozmaitych lektur. Przypomnijmy, że w 843 roku, czyli w niecałe trzydzieści lat po śmierci Karola Wielkiego, jego imperium dzieli się na trzy części: pierwszą - frankońską (nazwijmy ją z dzisiejszej perspektywy francuską); drugą - od dzisiejszej Belgii po Szwajcarię i północną Italię; trzecią - zachodnioniemiecką, NRF-owską, jak moglibyśmy to ująć, bo de facto chodziło o obszar Republiki Federalnej Niemiec w kształcie sprzed zjednoczenia z NRD. Otóż ten podział nie zniszczył całkowicie wspomnienia o wielkości eksperymentu Karola Wielkiego i stąd też w 962 roku, czyli znów po stu kilkudziesięciu latach, wraca idea cesarstwa, którą podnosi królestwo niemieckie. Tu mamy akurat ciekawą zbieżność z nazwą "Polonia", która pierwszy raz się pojawia w 1000 roku w Żywocie Świętego Wojciecha, czyli w tym samym czasie, gdy pierwszy raz źródła odnotowują termin "królestwo niemieckie". I to właśnie z tego kręgu wywodzi się idea odnowienia cesarstwa na podstawie już nie tej części zachodniej, frankońskiej, bo w centrum teraz jest całość germańska, od Frankonii po Saksonię.
Ten konglomerat wyrasta na nową, wielką siłę ze względu na liczebność demograficzną i położenie w centrum geograficznym Europy, jak to dzisiaj ujmujemy, a w każdym razie na styku ze światem słowiańskim. Królestwo niemieckie zaś zgłasza ambicje do przewodzenia całemu cesarstwu odnowionemu raz jeszcze pod panowaniem Ottona, króla niemieckiego. Tak oto stopniowo tworzy się tradycja, która przetrwa formalnie dziewięćset lat, do roku 1806, kiedy Napoleon zlikwiduje cesarstwo, ale faktycznie, jako realna siła, przetrwa ono do XVII wieku. Z tym że dopiero od wieku XV przyjmie nazwę Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego, natomiast od początku, czyli od X wieku, od Ottona I, istniała idea z bardzo jasno zarysowanym królestwem niemieckim jako rdzeniem tej wspólnoty, która ma objąć wszystkich obecnych i przyszłych chrześcijan. To jest bardzo ważne założenie - chrześcijańska misyjność, która znajduje oparcie polityczne w idei cesarstwa z jego centrum germańskim. To właśnie misyjność sprawia, że cesarstwo z jednej strony ma granice określone w zakresie ambicji politycznych królów niemieckich, do ewentualnego poszerzenia na wschód kosztem ziem słowiańskich, a z drugiej strony chce sięgać po północ Włoch, z otwarciem drogi do Rzymu. Cały mit cesarski jednak z Rzymem się wiąże, stąd ciążenie do północnych Włoch. Oczywiście na zachód od tak rozumianego cesarstwa znajdują się inne królestwa, które do Rzeszy nie wchodzą, bo mają silną własną tożsamość. To królestwo francuskie, dziedzictwo tego podziału z 843 roku, Anglia za kanałem zwanym dziś La Manche czy państwa skandynawskie. Więc to jest węższe jądro, ale idea odnowienia całej wspólnoty oznacza, że potencjalnie władza tego cesarstwa może objąć jakąś formą zwierzchności, choćby symbolicznej, wszystkie kraje chrześcijańskie, które już są na mapie, jak i te, których na mapie politycznej jeszcze nie ma, wszystko, co jest na wschód i na północ od tego cesarstwa. I to powoduje różne napięcia.
Coś na ten temat wiemy, choćby z piętnastoletniej wojny Bolesława Chrobrego z cesarzem niemieckim Henrykiem.
Zwracam uwagę na napięcia występujące również po zachodniej stronie owej wspólnoty, którą buduje cesarstwo oparte na królestwie niemieckim. Jan z Salisbury, najwybitniejszy myśliciel polityczny średniowiecza przed Świętym Tomaszem, sekretarz biskupa Tomasza Becketa, tego, który zostanie wkrótce zamordowany i stanie się drugim Świętym Stanisławem, pisze w 1160 roku list do swojego korespondenta, też Anglika, z retorycznym pytaniem: "Kto dał Niemcom prawo do występowania w roli sędziów innych narodów?". Jan z Salisbury używa tych właśnie określeń: "Niemcy" i "sędziowie narodów" (Quis Teutonicos constituit iudices nationum?). To znaczy, że dla angielskiego intelektualisty idea cesarstwa skupionego wokół Niemiec jest nie do przyjęcia. Jan pisze to w momencie, gdy cesarstwo osiąga apogeum "niemieckości" i ambicji imperialnych pod panowaniem Fryderyka I Barbarossy. I to się nie podoba, nie tylko w Polsce. W państwie piastowskim książęta zostali po prostu zmuszeni przez najazd zbrojny Fryderyka do zaakceptowania zwierzchności cesarstwa, nie z własnego, wolnego wyboru.
Przypomnijmy: 30 sierpnia 1157 roku w Krzyszkowie hołd cesarzowi Fryderykowi I Barbarossie złożył książę senioralny Bolesław IV Kędzierzawy wraz ze swoim bratem Mieszkiem III Starym.
Tymczasem po stronie zachodniej król francuski nigdy nie uzna zwierzchności cesarstwa, a jak widać, intelektualista angielski zadaje wprost pytanie, które pozostaje zawsze aktualne, kiedy jakiś naród próbuje sobie przypisać prawo do dysponowania ideą europejską, jak ją dzisiaj nazywamy, a wtedy do christianitas, bo chodziło oczywiście o wspólnotę chrześcijan.
Czy nie jest paradoksem to, że średniowieczna Europa, będąca w nieustającym konflikcie pomiędzy państwami narodowymi, była jednocześnie bardziej niż dziś spójna kulturowo i językowo poprzez łacinę i wyznawaną religię? Mimo braku wspólnych instytucji i wspólnych ram traktatowych.
Wspólnota kulturowa oparta była wtedy na łacinie jako języku, w którym porozumiewali się przedstawiciele wszystkich elit niezależnie od tego, czy żyli w Szwecji, czy w Irlandii, w Italii, czy w państwie piastowskim, więc ta łacińskość jest tutaj bardzo ważnym elementem. A jeszcze ważniejszym jest oczywiście chrześcijaństwo z jego zasadami. Wojny są toczone bez przerwy, ale między chrześcijańskimi władcami to nie są wojny na wyniszczenie, to znaczy na likwidację przeciwnika. Walczymy, żeby przesunąć trochę miedzę albo żeby wykazać, kto jest ważniejszy: ja czy mój sąsiad. Ale nie ma mowy o tym, żeby nie uznać prawa do istnienia jednego z władców chrześcijańskich - każdy z nich ma prawo do swojego państwa. Problem pojawia się na linii zewnętrznej granicy świata chrześcijańskiego: Czy cesarstwo ma prawo podbijać, unicestwiać kraje pogańskie w imię misji chrześcijańskiej? To jest wątek, który podejmie, jak wiadomo, polska myśl prawnicza już na początku XV wieku w związku z doświadczeniami z zakonem krzyżackim, który prowadzi akcję eksterminacyjną w stosunku do Prusów i Jaćwingów, co zresztą podoba się piastowskim książętom, bo Krzyżacy usuwają w ten sposób poważny problem ciągłych najazdów tych plemion na ziemie piastowskie, więc nie mówimy tu o jakiejś o wyższości moralnej wcześniejszych Piastów. Przecież Konrad Mazowiecki i Henryk Brodaty właśnie w tym celu sprowadzili Krzyżaków. Ale zmieniają zdanie, kiedy zakon krzyżacki nie tylko rozwija swoje ambicje kosztem silnego i broniącego się wytrwale pogańskiego księstwa litewskiego, ale także zaczyna zagrażać już najbardziej żywotnym interesom integralności dziedzictwa piastowskiego. Pomorze jako ważna część wspólnoty politycznej to nie jest wymysł propagandy dwudziestowiecznej, Romana Dmowskiego czy PRL. Piastowie postrzegają je po prostu jako swoją dzielnicę i stąd też zabór Pomorza przez Krzyżaków w 1309 roku jest w umysłach rycerstwa służącego Piastom, zwłaszcza w Wielkopolsce i na Mazowszu, stale ropiejącą raną. I otwiera się pytanie, czy zakon krzyżacki, realizując w ten sposób misję poszerzania christianitas, nie postępuje zbyt daleko w interpretacji swoich praw. Bo po pierwsze prowadzi do eksterminacji całych narodów czy plemion, a po drugie pod tym hasłem zaczyna zwalczać też chrześcijańskie państwa, jak państwo polskie. I to uświadamia prawnikom z Uniwersytetu Krakowskiego, że my, Polacy, i oni, Litwini, "jedziemy na jednym wózku". Chociaż oni są poganami, a my zdecydowanie już nie jesteśmy poganami, to w imię tej misji poszerzania mieczem cesarstwa i chrześcijaństwa i my, i Litwini jesteśmy pozbawiani naszych elementarnych praw - i trzeba te prawa ująć, co też zrobiono.
Przeskoczyłem już do wieku XV ze względu na doktrynę przedstawioną na soborze w Konstancji (1414-1418) przez polską delegację na czele oczywiście z Pawłem Włodkowicem (uczniem Stanisława ze Skarbimierza) jako współautorem tej doktryny i zarazem rektorem Uniwersytetu Krakowskiego. Mamy tu clou problemu, o którym rozmawiamy: Jak pogodzić ideę cesarstwa z ideą odrębnych państw wewnątrz szerszej wspólnoty, której najważniejszym spoiwem powinno być chrześcijaństwo, a spoiwem wspomagającym przyjęcie kultury łacińskiej? Jak to się wiąże z władzą, która łączy się z jednym centrum politycznym - niemieckim - i z pewnym odcieniem kulturowej jedności? Może "jedność" to za duże słowo - chodzi raczej o jakąś zdolność porozumienia między różnymi odłamami świata niemieckiego.
Który to świat, dodajmy, jest obecny na naszych ziemiach za sprawą nie tylko miecza, ale także prawa, na jakim zakładane są miasta.
Świat niemiecki nie stanowi wówczas jednego narodu, a jednak jest coś takiego jak poczucie pewnej bliskości pana czy chłopa z Frankonii, który przybywa jak najbardziej pokojowo na ziemie polskie, żeby na prawie magdeburskim zakładać nowe miasta, z tym rycerzem z Saksonii, który chce po prostu powiększyć swoje władztwo kosztem słowiańskiego sąsiada. Tak widzę tę wspólnotę kulturową niemiecką, która nie jest jeszcze oczywiście wspólnotą z czasów ani Goethego, ani tym bardziej Bismarcka, nie mówiąc już o czasach Adolfa Hitlera. Ale jakaś bliskość jest i ona wyznacza także granice między tak rozumianą bliskością a światem zewnętrznym, który ma być jakoś podporządkowany, bo nie należy do tego "jądra niemieckiego". To zagadnienie występuje od samego początku naszych, czyli środkowo-wschodnioeuropejskich relacji z Rzeszą, która powstaje w 962 roku. I od razu pojawia się w różnych kronikach, w różnych językach ta przyrodzona germańska pycha okazywana wschodnim sąsiadom, to poczucie wyższości: my jesteśmy w centrum, wy jesteście na peryferiach. Na niezliczonych przykładach źródłowych można opisać takie napięcia w relacjach z naszym zachodnim sąsiadem, którego przedstawiciele uzurpują sobie prawo do reprezentowania całej wspólnoty i do narzucania swoich wzorów i swojej woli peryferiom traktowanym jako gorsza część Europy. Używam pojęcia "Europa" oczywiście w sensie dzisiejszym. I po naszej stronie jest to oczywiście większy kompleks niż po zachodniej, choć ogólny problem relacji między polityczną władzą skupioną w królestwie niemieckim jako rdzeniu cesarstwa uniwersalnego a tymi zewnętrznymi państwami pozostaje także po stronie francuskiej i angielskiej.
Czy możemy mówić dalej o christianitas w momencie, kiedy pojawia się reformacja? Co prawda w ogóle mówienie o historycznej jedności Europy zawsze jest jakimś nadużyciem, czego dowodzi twój wywód, ale w momencie, kiedy zaczyna się reformacja, to już chyba możemy mówić o trwałym pęknięciu przebiegającym przez Europę.
Źródło tego podziału jest samo w sobie bardzo ciekawe, ponieważ jak wielu historyków zwraca uwagę, powodem buntu Marcina Lutra i jego poparcia przez większość książąt niemieckich jest ich wspólny kompleks wobec Rzymu przede wszystkim jako alternatywnego centrum dla cesarstwa, bo Rzym papieski już w XI wieku staje się drugim ośrodkiem symbolizującym całą wspólnotę christianitas, w rosnącym napięciu relacji papieskiego ośrodka z cesarstwem. Wybicie się papiestwa na samodzielność jest bardzo ważną częścią przygody europejskiej, ponieważ ono daje przyszłej Europie to, co jest jej cechą konstytutywną, to znaczy wolność. Gdyby władza duchowna i władza świecka były połączone, nie byłoby żadnej przestrzeni wolności, a tak pojawiły się dwa bieguny siły od czasu papieża Grzegorza VII.
Ten podział na zwolenników cesarza i zwolenników papieża ma się świetnie - niektórzy chyba swoją stronę wybierają do dzisiaj.
W tym podziale wciąż się odnajdujemy. Umberto Eco napisał Imię Róży w ten sposób, że w całości podziela punkt widzenia zwolenników cesarstwa Gibelinów przeciwko złemu papiestwu. Franciszkanie wspierający Gibelinów są dobrzy, dominikanie wspierający papieża są w tym skrajnie tendencyjnym ujęciu włoskiego pisarza bardzo źli - a więc można i tak wybierać. Istotą tego, co stanowi Europę, jest to, że żaden z dwóch ośrodków nie mógł przez długie wieki przeważyć. Bo gdyby wygrało tylko papiestwo, nie byłoby przestrzeni wolności politycznej w strukturze z późniejszej Europy. Gdyby wygrało cesarstwo, tym bardziej nie byłoby tej przestrzeni wolności. Byłoby jak w Bizancjum albo gorzej jeszcze - jak w Chinach; po prostu brak "pluralizmu". Przepraszam za wytarte słowo, ale ono tutaj jest chyba na miejscu.
Wracam do genezy protestantyzmu. W Rzymie nikt nie traktuje Niemców jako wyższych kulturowo. Przeciwnie, na południe za Alpami Niemcy są zawsze traktowani z pogardą, jako barbarzyńcy albo półbarbarzyńcy. Mieszkańcy miast włoskich dają im to odczuć, nawet jeżeli nie potrafią się obronić przed siłą militarną tych germańskich barbarzyńców. Nie lubią ich i podkreślają, że to oni są wyżsi kulturowo - i widać tę wyższość: wystarczy pojechać do Włoch. Chociaż ja polecam także bardzo turystycznie Niemcy i ich wspaniałe średniowieczne zabytki, ale mimo wszystko jak się porówna niemieckie pomniki historii z zabytkami włoskimi, widzimy różnicę. I to jest ten kompleks, na który nakłada się kryzys instytucji papiestwa w XV wieku. Reakcją na ten kryzys jest bunt skrajnego szowinisty niemieckiego, ponieważ Luter był skrajnym szowinistą niemieckim - nikim innym. Oczywiście podbudował to i dał szansę na rozwój kulturze niemieckiej, bo przetłumaczył Biblię, co okazało się wielkim krokiem w stronę budowy narodu niemieckiego. Dzięki temu przekładowi pojawił się wzór językowy, który umożliwił zbliżenie wszystkich niemieckich plemion, ale ośrodkiem tego zjednoczenia jest przede wszystkim bunt przeciwko Italii, bunt przeciwko papiestwu, bunt przeciwko temu, że "ktoś się uważa za lepszego od nas, Niemców". I chyba tak można to powiedzieć w odniesieniu do Lutra, który pisze listy do narodu niemieckiego, tak właśnie je tytułując. Zatem poczucie wspólnoty niemieckiej jest dla niego bardzo ważne i ono także toruje drogę błyskawicznemu sukcesowi protestantyzmu, bo następuje on w ciągu dosłownie pięciu lat od wystąpienia Lutra w Wittenberdze. Wszyscy mieszczanie gdańscy, na przykład, byli katolikami mniej więcej do 1520 roku i nagle, trzy lata po wystąpieniu Lutra, wszyscy stali się protestantami. To nie jest tak, że nagle jakiś protestancki Duch Święty na nich zstąpił - oni po prostu odnaleźli i zidentyfikowali swoją wspólnotę języka niemieckiego otoczonego w tym przypadku przez większość słowiańską. Pojawiło się wtedy poczucie wyższości, dowartościowane właśnie tym, że oto teraz mamy swoją własną religię w języku niemieckim, swoją własną wersję chrześcijaństwa, która jest dużo lepsza od tej italskiej, współdzielonej dotąd z tymi prymitywami dookoła nas, Polakami. Myślę, że luterański protestantyzm to jest chyba najważniejszy krok w stronę nacjonalizmu niemieckiego.
Trzeba przy tym pamiętać oczywiście, że protestantyzm był także dźwignią rozwoju w wielu dziedzinach nie tylko dla wspólnoty języka niemieckiego.
Nie krytykuję w ogóle protestantyzmu, bo on był potężnym bodźcem rozwoju kultur narodowych. Język polski ma także bardzo dużo do zawdzięczenia protestantyzmowi. Nie przedstawiam tego w takim kluczu, że wcześniej było idealnie, a potem przyszedł zły Luter i wszystko zrujnował. To jest bardziej skomplikowane. Chodziło mi jedynie o pokazanie związku między protestancką rewolucją Lutra i jego kontynuatorów a poczuciem wspólnoty niemieckiej jako centralnej dla Europy - wspólnoty, która buntuje się przeciwko pojęciu christianitas. Niemcy nie mogą wypełnić w całości tego uniwersalnego pojęcia, bo jest w nim drugi konkurencyjny ośrodek autorytetu, nieniemiecki, czyli papież, dlatego protestantyzm przekreśla je za jednym zamachem. I to, co jest niewątpliwie źródłem kryzysu christianitas, staje się także pierwszym sygnałem przyszłego sukcesu idei Europy. Bo skoro podzieliliśmy się wyznaniowo - są protestanci: najpierw luteranie, czyli wyznanie ewangelicko-augsburskie, potem kalwini, czyli ewangelicy reformowani, i są katolicy - to my, ludzie dawniej łaciny, zaczynamy teraz też wydawać książki we własnym języku. Druk - niemiecki wynalazek - okazuje się fundamentalnie ważny dla kultury wielu narodów i wielu języków. I ta zmiana powoduje potrzebę odnalezienia jakiejś nowej formy jedności. Skoro podzieliliśmy się religijnie, i to na śmierć i życie, bo wojny wyznaniowe zaczynają przetaczać się przez Europę właśnie od czasów Lutra, to gdzie teraz znajdziemy jedność?
Symbolem tego poszukiwania staje się Erazm z Rotterdamu. Nowym rodzajem wspólnoty ma być jego respublika litteraria, czyli rzeczpospolita ludzi wykształconych, którzy mówią do siebie ponad tymi podziałami wyznaniowymi. Jest ona pierwszą zapowiedzią wspólnoty europejskiej, bo jest ponadwyznaniowa, odrywa się od christianitas, a jednocześnie funkcjonuje w jej ramach terytorialnych, bo do owej republiki literackiej nie należy nikt ze świata prawosławnego, a tym bardziej nikt ze świata islamu.
Jeśli nie ma jednego Kościoła, a cesarstwo jest w stanie domowej wojny religijnej, jakie instytucje mogą przejąć ich role wspólnego mianownika Europy?
Idea owej republiki ponadnarodowej, ponadpaństwowej opiera się na instytucji zbudowanej jeszcze przez wspólną chrześcijańską Europę w wiekach średnich. Instytucji, bez której nie można wyobrazić sobie Europy i jej znaczenia w świecie. Chodzi o uniwersytet. Nie ma uniwersytetu w wieku XVI poza Europą. I teraz są to uniwersytety protestanckie albo katolickie, ale nie ma uniwersytetu prawosławnego, nie ma uniwersytetu islamskiego (można mówić o szkole religijnej w Kairze, ale to jest coś kompletnie innego). Ów wspólny wzór uniwersytecki, mający swoje odgałęzienia w całej Europie, tworzy jakby nowy układ odniesienia dla możliwej wspólnoty. Uniwersytety to porozumienie uczonych ludzi, którzy sine ira et studio, czyli bez gniewu i uprzedzenia, bez gniewu wyznaniowego, mogą porozmawiać o nowej wersji jedności. Choć owszem, uniwersyteccy studenci dzielą się na nationes, to spotykają się razem i dyskutują we wspólnym języku: po łacinie. Republika uczonych to jest oczywiście bardzo elitarna wizja, bo dziewięćdziesiąt dziewięć procent ludzi w niej się nie mieści, ale ten jeden procent czy choćby promil zaczyna myśleć o jakimś rodzaju wspólnoty niezwiązanej już z religią.
A teraz pro domo sua, by pozostać w konwencji. I w tej samej epoce. Czy Rzeczpospolita Obojga Narodów opisana kolejnymi uniami nie jest przełożeniem sposobu myślenia, o którym właśnie teraz mówisz, na organizację życia publicznego, na budowanie wspólnoty ponad jednym narodem i wyznaniem? Mamy oto jakiś model, którego wcześniej nie było. Nie jest to model, w którym jeden naród próbuje zapanować nad innymi, tylko traktatowa forma współistnienia różnych narodów i różnych religii.
Tak, sądzę, że to jest oczywiście kapitalnie ważny przykład, słabo rozpoznany właśnie w tej zachodniej części Europy, która odwołuje się wyłącznie do tradycji karolińskiej, budując na niej swoje wyobrażenia o jedności Europy. Odmienność polskiego przypadku czy przypadku Rzeczpospolitej jest zasadnicza, ponieważ unia zawarta przez umowę małżeńską Jagiełły i Jadwigi, czy też Jagiełły z panami małopolskimi, którzy oddali mu rękę Jadwigi w 1385 roku w Krewie, pogłębiana przez kolejne unie, aż po tę lubelską (1569), obejmuje wspólnotę ponadwyznaniową. Nie tyle chodziło o różne narody, bo trudno mówić o narodach już w pełni uformowanych w dzisiejszym sensie tego słowa. Najważniejszą częścią tożsamości ówczesnych ludzi, najgłębiej przeżywaną, była kwestia tożsamości religijnej i wyjątkowe dla owej wspólnoty politycznej było właśnie to, że połączyła ona dziedzictwo wschodniego i zachodniego chrześcijaństwa. Nie było tego w krajach niemieckich, nie było rzecz jasna we Francji, nie było w innych krajach północnej Europy. Ponad połowa ludności w kraju zjednoczonym pod berłem Władysława Jagiełły i jego następców to ludzie przeżywający swoją tożsamość religijną w rycie wschodnim. Nie bizantyjskim, ale rusko-bizantyjskim, bo nie greka, ale ruski język (a właściwie staro-cerkiewno-słowiański) był dla nich językiem świętym. Z drugiej strony unii był świat łaciński reprezentowany przez polskość. I to buduje oczywiście napięcia od początku: Kto kogo zwycięży - leninowskie pytanie - czy ta trochę liczniejsza grupa prawosławnych, czy ta nieco mniejsza, ale silniejsza kulturowo i politycznie grupa katolicka? Wiadomo, że najważniejsze w ówczesnych realiach było to, jakie wyznanie wybiera władca. Skoro Jagiełło jako pogański książę Litwy przyjmuje chrzest katolicki na Wawelu w lutym 1386 roku, to oczywiście oznacza, że preferowany będzie katolicyzm. Litwini stają się katolikami, ale świat ruski, który stanowi olbrzymią większość Wielkiego Księstwa Litewskiego, czyli dzisiejsza Białoruś i Ukraina, pozostaje w większości przy swojej ruskiej, prawosławnej tożsamości. Z tego wynikają napięcia, które jednak otrzymują dość szybko niezwykłe rozwiązania. Jagiełło nadaje prawosławnym, ruskim panom te same prawa, które mieli katoliccy panowie. I to jest niezwykle ważne, że nie ma tutaj dyskryminacji, że dwa wyznania, dość głęboko podzielone historycznie i w niemałym stopniu kulturowo, mogą koegzystować obok siebie. Żadnych wielkich wojen religijnych na tym tle nie ma, aż do wieku XVII, jeżeli na powstanie Chmielnickiego spojrzeć jako na wojnę po części motywowaną religijnie (choć to jest osobne, skomplikowane zagadnienie). Ważne, że nie ma wojen wyznaniowych, chociaż są dwa, bardzo odrębne i skonfliktowane między sobą wyznania w jednym państwie. Wielki książę moskiewski wszczyna wojnę przeciwko Litwie w końcu wieku XV, twierdząc, że prześladuje się tam prawosławnych, podczas gdy w Wilnie jest wtedy więcej cerkwi prawosławnych niż kościołów katolickich, a prawosławni nie mają żadnego problemu z dostępem do urzędów, nawet tych najwyższych, z wyjątkiem królewskiego, bo królem mógł być tylko katolik. Takie były prawa tej polsko-litewskiej wspólnoty.
A więc jednak polska unia jako model referencyjny dla ówczesnej Europy! Zwłaszcza że nie był on jakimś kaprysem jednego władcy, ale trwałym procesem obudowanym całym szeregiem gwarancji i przywilejów.
W tej wspólnocie już od końca XIV wieku rozwija się doświadczenie współżycia i budowania ram prawnych dla tego współżycia, polegających właśnie na szeregu przywilejów, które najpierw Władysław, a potem Kazimierz Jagiellończyk nadaje swoim prawosławnym poddanym, zrównując ich w prawach z katolikami. Wspomnę tutaj o znaczeniu unii w Horodle, bardzo ważnej, nie tylko przez przepiękną preambułę. Zawsze zachęcam, żeby do tej arengi, czyli wstępu, do aktu unii w Horodle (z 1413 roku) wracać i porównywać ją ze współczesnymi aktami. Jest tam odwołanie się do miłości jako tajemnicy każdego szczęśliwego związku. Jeżeli nie ma tej miłości, to żadna unia nie przetrwa. To jest tajemnica sukcesu, co dzisiaj już nikomu nie przyjdzie do głowy, ale ten piękny wstęp warto przytaczać jako potwierdzenie znaczenia tego czynnika. Wiadomo, że kłóciliśmy się z Litwinami, oni nam nie dowierzali i tak dalej. To nie było idealne małżeństwo, ale z wpisanym do akt elementem miłości, który jak widać, pozwolił przetrwać tej unii czterysta dziesięć lat. No i teraz wyobraźmy sobie, że Unia Europejska przetrwa czterysta dziesięć lat. Jest to możliwe? Zadajmy sobie to pytanie - retoryczne...
Ale czy w ciągu tych czterech wieków zdarzały się chwile, że w innych częściach zachodniej Europy patrzono na polski przykład jako referencyjny, który warto rozszerzyć?
Zaraz na to pytanie odpowiem, tylko dokończę jeszcze wątek unii. Jest piękny wstęp, ale jak go wcielić w życie? Otóż blisko pięćdziesiąt rodzin litewskich zostało w Horodle przyjętych do polskich rodzin herbowych. To nie znaczy, że od razu się pokochali jak bracia i siostry, ale na przykład litewscy Radziwiłłowie otrzymali polski herb Trąby od prymasa Mikołaja Kiełbasy. Przyjęci zostali do polskiego rodu. I na tej zasadzie słynny później herb Radziwiłłowski okazuje się darem nuworysza polskiego, bo Kiełbasowie to nie stara szlachta - niezwykle zasłużony w królestwie Jagiełły Mikołaj został prymasem i arcybiskupem w Gnieźnie. To znaczy, że te wielkie rody litewskie i ruskie - bo one były etnicznie nie tylko litewskie sensu stricto - łączą się w pewnego rodzaju wspólnocie herbowej z polskimi. I chociaż - powtarzam - będą konflikty, będą spory, bo wszyscy jesteśmy tylko ludźmi ze swoimi ambicjami, różnymi charakterami i także interesami, to jednak unia zbudowana na takich fundamentach mogła przetrwać dłużej niż inne.
A pytanie, czy ten eksperyment mógł budzić pewnego rodzaju zainteresowanie na Zachodzie, znajduje świetną ilustrację w postaci panowania króla, który dziś jest traktowany jako fatalny przykład władcy. Akurat rozpoczęto nową edycję pocztu władców polskich przez Państwowy Instytut Wydawniczy, dwa tomy już się ukazały. I właśnie się dowiedziałem, że z kolejnych wykreślono Henryka Walezego. Nie będzie go w tym poczcie, bo po co pisać o takim uciekinierze z tronu polskiego... Uważam to za fatalny błąd, bo chociaż Henryk Walezy nie zapisał się szczególnie ciekawie w naszych dziejach, to jest właśnie bardzo ważnym punktem stycznym naszej historii z historią Europy.
Henryk z dynastii Walezjuszy, jako młodszy syn króla Francji, uległ sugestii swego dworu, że warto starać się o tron Polski, bo to wielkie państwo. W roku 1573 Francja była mniej więcej dwa razy mniejsza od Rzeczpospolitej, nie tylko terytorialnie. Rzeczpospolita budziła respekt pod wieloma względami. Walezy, przygotowując się do tej roli, musiał zmierzyć się po pierwsze ze swoim bardzo świeżym dziedzictwem, czyli z nocą Świętego Bartłomieja: rzezią protestantów, którą wykonano w Paryżu z jego walnym udziałem. Co oczywiście stało w radykalnej sprzeczności z nastawieniem elit Rzeczpospolitej, które żeby całkowicie uniemożliwić powtórzenie w Polsce nocy Świętego Bartłomieja, zawarły, jak wiadomo, konfederację warszawską w 1573 roku. Nowy władca, żeby w ogóle mógł zostać uznany i ukoronowany, musi zaprzysiąc ochronę praw innowierców. Dla Henryka Walezego to było coś nowego. Młody człowiek z dość otwartą głową bardzo starannie przygotowywał się do tej wyprawy do Polski, poznał nasz system polityczny, w którym Sejm odgrywał bardzo dużą, wręcz fundamentalną rolę. W Senacie, czyli w izbie wyższej Sejmu, więcej niż połowa świeckich senatorów to byli wtedy protestanci (choć w całym Senacie przeważali katolicy, bo zasiadający w nim także biskupi byli tylko katoliccy). I to właśnie stanowiło dla niego szokujące doświadczenie: że byli w Senacie protestanci, liczni i bardzo wpływowi, a obok byli katolicy i nawet biskupi dogadywali się całkiem nieźle z protestanckimi panami. Akurat ówczesny prymas Uchański należał do takich "tolerantów", jak ich nazywano, to znaczy nie stawiał na ostrzu noża kwestii wyznaniowych. Drukowano już wówczas książki popularyzujące polską historię i polskie prawo, więc chociaż Henryk Walezy słabo czytał po łacinie, to na francuski mu łacinę przekładano. W ten sposób poznał odrębny system polski i mimo iż był tutaj tylko kilka miesięcy, sporo się nauczył. Gdy jego starszy brat zmarł i w ten sposób mógł zostać dziedzicznym królem w swoim własnym kraju, wybrał Francję, czemu nie sposób się dziwić, ale oczywiście zdradził w ten sposób swoich wyborców polskich - więc to nie jest jego usprawiedliwienie, tylko próba zrozumienia. I co później zrobił? Otóż te krótkie doświadczenia z Polski skłoniły go do zachowania wyjątkowego w całym ciągu królów Francji od średniowiecza do rewolucji francuskiej. To jest jedyny król, który w trakcie swojego panowania zwołał dwukrotnie Stany Generalne, czyli odpowiednik naszego Sejmu. Uznał, że warto przygotowywać pewne decyzje, uzyskując aprobatę przedstawicielstwa społeczeństwa. Utorował drogę reformie, którą wiążemy dopiero z jego następcą - Henrykiem IV, ale bez wcześniejszego panowania Walezego, który zresztą został zamordowany przez fanatyka katolickiego, nie byłoby tolerancyjnej reformy Henryka IV.
A czasem żartuje się z polskiej megalomanii, chlubiącej się, że Francuzi nauczyli się od Polaków właśnie wtedy jeść nożem i widelcem.
Tak nie było, ale Francuzi nauczyli się od nas innej rzeczy, bardzo ważnej z punktu widzenia kultury i mody francuskiej, czyli mody światowej. W stroju polskich panów, którzy przyjechali w uroczystej delegacji po Henryka Walezego do Paryża, Francuzi dostrzegli niezwykły szczegół: obcasy. Oczywiście sprawa jest bardziej powikłana, bo myśmy wzięli obcasy od Węgrów, a Węgrzy i my razem z Persji. Obcas był potrzebny, żeby dobrze siedzieć w strzemionach. Dziś obcas kojarzy nam się z modą, zwłaszcza kobiecą, i z Francją jako stolicą mody, tymczasem nie byłoby obcasów we Francji, gdyby nie to spotkanie z Polską - i to mówię z pełną odpowiedzialnością po konsultacjach z historykami mody. Natomiast sam chciałbym rzeczywiście podkreślić właśnie to spotkanie z inną kulturą polityczną, którą w pewnym stopniu zasymilował Henryk Walezy i z której próbował coś przenieść do Francji. Oczywiście potem zwyciężył powrót do idei absolutyzmu i w wieku XVII już nikt tego nie chciał pamiętać, ale historycy zajmujący się dziejami Francji podkreślają znaczenie spotkania z kulturą polityczną Polski, wyższą kulturą polityczną z punktu widzenia standardów europejskich XX i XXI wieku, bo kulturą tolerancyjną i opartą na zasadzie konsensusu, a nie absolutyzmu. Żeby nie być gołosłownym: podkreślił to najwybitniejszy żyjący dzisiaj historyk wczesnonowożytnej Francji James Collins, profesor Uniwersytetu Georgetown, zafascynowany tym właśnie wpływem polskiej przygody Henryka Walezego. Można się zastanowić nad tym, czy Europa to absolutyzm w wersji Ludwika XIV, czy raczej tolerancja, parlamentaryzm w wersji w jakiejś mierze dającej się wyprowadzić z tradycji polskiej. I to jest kluczowe pytanie.
Ten polski model, chociaż przetrwał cztery wieki, to jednak został przez sąsiadów hołdujących absolutyzmom pokonany. A my nadzieję na jego odrodzenie pokładaliśmy w Napoleonie. I tu docieramy do kolejnego projektu oraz postaci, która bardzo mocno dzieli do dzisiaj Europę. Czy epoka Napoleona to była modernizacja, czy też imperialna dominacja? Kodeks Napoleona to ponoć jedno z pierwszych nowoczesnych narzędzi integracyjnych.
Kiedy mówimy "Napoleon", myślimy "oświecenie". Sądzę, że warto użyć takiego skrótu myślowego. To jest główny dziedzic i propagator wcielania siłą zasad oświecenia francuskiego, które jest z punktu widzenia idei europejskiej czymś w rodzaju poszerzenia tradycji "republiki uczonych", oświeconych elit - tej tradycji intelektualistów, którzy z pewnym poczuciem wyższości patrzą na "tłum miotany emocjami religijnymi". Tutaj znów szukamy nowej wersji jedności. Nakłada się na to zjawisko zmierzch christianitas, wspólnoty, w której możemy się bić, możemy się spierać, ale w której nikt nie neguje drugiemu prawa do istnienia. Po wojnie trzydziestoletniej pustoszącej niemiecki środek Europy idei christianitas zostaje zadany ostateczny cios, liczy się już tylko suwerenność poszczególnych władców, a nie żadna idea wspólnoty. Pojawia się wtedy natomiast idea abstrakcyjnego prawa europejskiego, które zastąpi tę jedność duchową i jedność polityczną. Skoro już nie możemy się porozumieć na żadnych moralnych zasadach, to przynajmniej ustalmy jakieś prawne reguły gry między suwerennymi państwami.
I potem przychodzi następny etap, to już są właśnie czasy początku oświecenia. Rok 1713 po kolejnych niszczących wojnach wprowadza drugą fundamentalnie ważną zasadę dla zrozumienia wszystkiego, co dalej, do dzisiaj będzie się w Europie działo. Chodzi o wprowadzoną wówczas pokojem w Utrechcie zasadę balance of power, równowagi sił, jako zasadę regulującą stosunki międzynarodowe. Zasadę matematyczną, czy raczej fizyczną, zamiast wspólnoty duchowej. Ustalmy coś abstrakcyjnego, w czym będziemy się mogli porozumieć, i tak jak w fizyce siły powinny się równoważyć. Bierzemy jednak pod uwagę tylko te najpotężniejsze siły, czyli imperia. One muszą się równoważyć (zawsze kosztem słabszych) - i wtedy będzie pokój. Zasada balance of power niszczy oczywiście do reszty jakikolwiek sens christianitas, bo tu już nie ma żadnej zasady moralnej, jest tylko ta zasada fizyczna, rozumowa koncepcja pewnego naukowego porządku w kontraście z chrześcijaństwem, z religią uznaną już wtedy za przeszkodę dla pokoju, za zabobon.
Niedawno przypomniałem sobie parę biografii Napoleona. To był w stu procentach człowiek oświecenia. Kluczowym elementem oświeceniowego światopoglądu Napoleona była wizja ładu opartego na pewnych rozumowych, racjonalnych zasadach. Oczywiście wiązało się to także z zasadą balance of power, bardziej jednak power niż balance. Skoro mam do dyspozycji siłę, którą zdobyłem, czyli Francję, najpotężniejsze państwo w Europie, będące w wielkim impecie rewolucyjnym, mogę tę siłę wykorzystać, żeby zdobyć absolutną przewagę nad resztą Europy. Siłę Napoleon wykorzystuje dla własnej chwały, ego tutaj odgrywa bardzo istotną rolę, ale wszystko jest uzasadnione nowym, "racjonalnym" porządkiem. Zburzymy te spróchniałe mury świętego cesarstwa rzymskiego narodu niemieckiego! - to właśnie zrobił Napoleon. Burzymy przeszłość, budujemy coś lepszego, nowocześniejszego, oświeconego. Przeszłość to także te wszystkie państewka, które kiedyś widniały na mapach. Przypomnijmy, że zniszczenie Rzeczpospolitej było wielkim szokiem, ale zlikwidowanie Wenecji przez najazd francuskich rewolucjonistów było szokiem w pewnym sensie równie wielkim, bo Wenecja jako osobne państwo trwa dużo dłużej niż Rzeczpospolita: miała ponad tysiąc trzysta lat tradycji. Ale przecież rozum jest w stanie zanegować tradycję, wysłać ją na śmietnik historii, gdy przeszkadza nowemu ładowi. Przez wojnę, przez wielką przemoc zbudujemy nowy, wspaniały świat... Napoleon nie budował utopii Huxleya, ale oświeceniową utopię nowej Europy - wtedy już to pojęcie było używane - Europy zjednoczonej wokół jednego wzorca, który siłą wprowadzała Francja.