Kto mieszka za ścianą? - Cara Hunter

Reflow text when sidebars are open.
Prolog
Otwiera oczy w ciemności tak namacalnej, jak opaska na nich. Powietrze jest ciężkie od wilgoci - nikt nie oddychał nim przez bardzo długi czas.
Jej pozostałe zmysły budzą się gwałtownie. Czuje kapanie ciszy, chłód, zapach; pleśń i coś jeszcze, czego nie potrafi w tej chwili zidentyfikować. Coś zwierzęcego, cuchnącego. Porusza palcami i czuje pod dżinsami pył i wilgoć. Powoli powraca do niej wspomnienie, jak się tu znalazła i dlaczego to się wydarzyło.
Jak mogła być tak głupia.
Tłumi kwaśną falę paniki i próbuje usiąść, ale nie daje rady. Wypełnia płuca powietrzem i krzyczy, ciskając echem o ściany. Wrzeszczy i woła do zdarcia gardła.
Ale nikt nie nadchodzi. Ponieważ nikt jej nie słyszy.
Znów zamyka oczy, czując, jak gorące łzy gniewu ściekają po twarzy. Jest sztywna z wściekłości, samooskarżenia i nie zdaje sobie sprawy z niczego więcej, aż przerażona czuje, jak małe, zakończone pazurkami stópki rozpoczynają wędrówkę po jej skórze.
Ktoś powiedział, że kwiecień jest najbrutalniejszym miesiącem, nieprawdaż? Cóż, ktokolwiek tak twierdzi, nie jest detektywem. Okrucieństwo może przejawić się w każdym momencie - wiem, bo sam to widziałem. Niemniej chłód i mrok w jakiś sposób sprawiają, że wszystko jest jakby przytłumione. Blask słoneczny i świergot ptaków bywają w tej pracy brutalne. Może to ze względu na kontrast. Śmierć i nadzieja.
Ta historia zaczyna się z nadzieją. Pierwszy maja: pierwszy dzień wiosny - prawdziwej wiosny. A jeśli kiedykolwiek odwiedziliście Oksford, zrozumiecie. W tym miejscu zawsze jest wszystko albo nic. Kiedy pada, kamienie mają kolor moczu, ale w świetle słońca, gdy kolegia wyglądają jak wykute z chmur, nie ma piękniejszego miejsca. A ja jestem tylko cynicznym starym gliną.
Jeśli chodzi o Majowy Poranek[1], cóż - to Oksford w najbardziej ekscentrycznym, buńczucznym wydaniu. Pogański, chrześcijański, nieco szalony i często trudno jest to wszystko od siebie oddzielić. Chóry chłopięce śpiewające o wschodzie słońca ze szczytu wieży, grupki imprezowiczów przepychających się przy obwoźnych sklepikach z burgerami, czynnych przez całą noc. Puby otwierają podwoje o szóstej nad ranem, a połowa studenckiej populacji nadal jest pijana po całej nocy zabawy. Nawet trzeźwi obywatele północnego Oksfordu wylegają masowo na ulice, z kwiatami we włosach (pewnie sądzicie, że żartuję). W zeszłym roku w uroczystościach wzięło udział ponad dwadzieścia pięć tysięcy ludzi. Jeden gość przyszedł przebrany za drzewo. Myślę, że zaczynacie rozumieć.
Tak czy owak to ważny dzień w policyjnym kalendarzu - w dobrym znaczeniu. Wczesny początek jest co prawda morderczy, ale rzadko kiedy zdarzają się kłopoty, a ludzie karmią nas kanapkami z bekonem i poją kawą. A przynajmniej tak było, kiedy ja ostatnio w tym uczestniczyłem. Wtedy jednak byłem jeszcze zwykłym mundurowym - zanim zostałem detektywem i dochrapałem się stanowiska inspektora.
W tym roku jest jednak inaczej. W tym roku morderczy jest nie tylko wczesny start.
* * *
Mark Sexton dociera na miejsce spóźniony niemal godzinę. O tej porze, rano, powinno mu pójść jak z płatka, ale na M40 był potworny korek, ciągnący się aż do Banbury Road. A kiedy Mark skręca we Frampton Road, widzi, że ciężarówka budowlańców blokuje jego podjazd. Przeklina, wrzuca gwałtownie wsteczny i wycofuje się z piskiem opon. Potem z rozmachem otwiera drzwi i wyskakuje na ulicę, ledwie omijając kałużę wymiocin na chodniku. Spogląda pod nogi z obrzydzeniem, sprawdzając buty. Co, do cholery, dzieje się z tym pieprzonym miastem od samego rana? Zamyka samochód, szybko podchodzi do drzwi domu i sięga do kieszeni w poszukiwaniu kluczy. Przynajmniej postawili już rusztowanie. Sprzedaż trwała dużo dłużej, niż oczekiwał, ale przy odrobinie szczęścia powinni skończyć do Bożego Narodzenia. Przegrał licytację budynku na końcu Woodstock Road i musiał podwyższyć ofertę, żeby dostać ten tutaj, ale kiedy już go wykończy, dom będzie prawdziwą kopalnią złota. Reszta rynku nieruchomości może i cienko przędła, ale z tyloma Chińczykami i Rosjanami w tym mieście ceny nigdy nie spadały. Droga stąd do Londynu zajmowała zaledwie godzinę, a trzy przecznice dalej znajdowała się jedna z najlepszych prywatnych szkół dla chłopców. Żonie Marka nie podobało się to, że dom jest bliźniakiem, ale on powiedział jej: popatrz tylko, jest wielki jak diabli. Autentyczny wiktoriański dom, trzypiętrowy, z piwnicą, w której zamierzał urządzić nowoczesną piwnicę na wino oraz kino domowe (chociaż o tym akurat jego żona jeszcze nie wiedziała). A ich sąsiadem był jakiś staruch, który raczej nie będzie urządzał zbyt wielu całonocnych balang. Owszem, ogród jest raczej niezadbany, ale mogą przecież zawsze postawić kilka trejaży. Poza tym projektant terenów zielonych wspomniał coś o splecionych drzewach - tysiączek za każde, ale to natychmiastowa zasłona. Chociaż nawet to nie rozwiąże problemu frontu. Mark spogląda na rdzewiejącą cortinę, wspartą na cegłach na podwórku przed domem numer 33 oraz na trzy rowery przypięte łańcuchem do drzewa. Do tego dochodzi jeszcze sterta gnijących palet i czarne plastikowe torby na śmieci, z których wysypują się na chodnik puste puszki po piwie. Były tu ostatnim razem, gdy tu przyjechał dwa tygodnie temu. Wsunął wtedy liścik przez szczelinę w drzwiach, prosząc starucha, żeby usunął torby. Najwyraźniej dupek tego nie zrobił.
Drzwi otwierają się i staje w nich Tim Knight, architekt Marka, ze zwojem planów w rękach. Uśmiecha się szeroko i gestem zaprasza swojego klienta do środka.
- Panie Sexton, cieszę się, że pana widzę. Myślę, że będzie pan zadowolony z postępów, jakie poczyniliśmy.
- No, mam taką nadzieję - odpowiada Sexton z ironią. - Dzisiejszy poranek nie może już chyba być gorszy.
- Zacznijmy na samej górze.
Obaj mężczyźni ruszają na najwyższe piętro. Ich stopy łomoczą na odsłoniętym drewnie schodów. Na górze gra na cały głos radio, a w większości pokojów są robotnicy: dwóch tynkarzy na najwyższym piętrze, hydraulik w łazience przylegającej do sypialni i specjalista konserwator, pracujący nad ramami otwieranych pionowo okien. Jeden czy dwóch budowniczych zerka na Sextona, ale on nie zwraca na nich uwagi. W ręku ma tablet i zapisuje skrzętnie każdą rozpoczętą robotę, zadając szczegółowe pytania na temat większości.
Kończą przegląd w przybudówce na tyłach domu, gdzie stara ceglana szopa została zburzona, a na jej miejscu powstaje teraz ogromna, wysoka szklarnia z metalu i szkła. Za drzewami, na skarpie przy końcu ogrodu widać gdzieniegdzie fragmenty georgiańskiej elegancji Crescent Square. Sexton chciałby móc pozwolić sobie na kupienie jednego z tamtych domów, ale cóż, od zakupu tego tutaj ceny poszły w górę o pięć procent, więc nie miał na co narzekać. Prosi architekta, żeby pokazał mu plany kuchni ("Chryste, niewiele można dzisiaj dostać za sześćdziesiąt patyków, co? Nie dają nawet pieprzonej zmywarki"), a potem odwraca się, szukając drzwi do schodów prowadzących do piwnicy.
Knight wygląda na lekko zaniepokojonego.
- Ach, właśnie zamierzałem o tym wspomnieć. Jeśli chodzi o piwnicę, pojawił się pewien kłopot.
Oczy Sextona zwężają się w szparki.
- Co to znaczy "kłopot"?
- Wczoraj zadzwonił do mnie Trevor. Natknęli się na problem ze ścianą oddzielającą obie posesje. Być może będziemy potrzebować legalnej zgody na naprawę. Cokolwiek tam zrobimy, będzie miało wpływ na sąsiedni dom.
- Do kurwy nędzy! - Sexton się krzywi. - Nie stać nas na wciąganie w to cholernych prawników. Co to za pieprzony problem?
- Zaczęli usuwać gips, żeby wpuścić nowe okablowanie, ale okazało się, że w niektórych miejscach murarka była w bardzo złym stanie. Bóg wie, ile minęło czasu, od kiedy pani Pardew zaglądała na dół.
- Głupia stara raszpla - mamrocze Sexton, a Knight postanawia zignorować ten komentarz. To dość lukratywne zlecenie.
- W każdym razie obawiam się, że jeden z młodszych pracowników nie zorientował się na czas, z czym ma do czynienia - ciągnie. - Proszę się jednak nie martwić. Jutro wezwiemy inżyniera budowlanego... - Ale Sexton zaczyna się już przeciskać obok niego.
- Daj mi pan zobaczyć samemu, do cholery!
Żarówka na schodach migocze słabo, gdy obaj schodzą na dół. Całe pomieszczenie śmierdzi grzybem.
- Proszę uważać, gdzie pan staje - mówi Knight. - Niektóre schodki są uszkodzone. W tych ciemnościach łatwo można sobie skręcić kark.
- Masz pan latarkę?! - woła Sexton, będący kilka kroków z przodu. - Nic nie widzę, cholera.
Knight podaje Sextonowi latarkę, którą ten zaraz zapala. Od razu dostrzega, w czym problem. Na pozostałościach starego, żółknącego gipsu widać purchle farby. Pod spodem większość cegieł została przeżarta przez suchą pleśń. Od podłogi do sufitu ciągnie się szerokie na palec pęknięcie, którego wcześniej tam nie było.
- Chryste! I co, będziemy musieli podstemplować cały cholerny dom? Jakim cudem rzeczoznawca tego nie znalazł?
- Pani Pardew miała szereg szafek wzdłuż całej tej ściany - mówi przepraszająco Knight. - Rzeczoznawca nie dałby rady się za nie dostać.
- A co ważniejsze, jakim cudem nikt nie nadzorował tego głupiego małego kapcana, który rozwalił mi całą pierdoloną ścianę... - Sexton podnosi z podłogi jedno z narzędzi i zaczyna nim dziabać cegły. Architekt podchodzi bliżej.
- Naprawdę, na pana miejscu bym tego nie robił...
Ze ściany wykrusza się jedna cegła, potem kolejna, a wreszcie spory kawałek muru ląduje w chmurze pyłu u ich stóp. Tym razem Sexton uwalał buty, ale on w ogóle tego nie zauważa. Wpatruje się w ścianę z otwartymi ustami.
W murze widnieje dziura, szeroka może na pięć centymetrów.
A w mroku za nią widać twarz.
* * *
W komisariacie St Aldate świeżo awansowany detektyw sierżant Gareth Quinn raczy się już drugą tego dnia kawą i trzecim tostem. Drogi krawat przerzucił sobie przez ramię, żeby nie ubrudzić go okruszkami. Jest on dopełnieniem eleganckiego garnituru i ogólnej aury bycia zbyt inteligentnym, żeby pracować jako zwykły gliniarz. Zbyt inteligentnym i zbyt szykownym. Reszta biura wydziału kryminalnego jest niemal pusta. Do tej pory pojawili się jedynie Chris Gislingham i Verity Everett. W tej chwili zespół nie zajmuje się żadnym poważnym śledztwem, a inspektor Fawley pojechał na jednodniową konferencję. Przyjemność późniejszego rozpoczęcia dnia pracy poprzedziła jak zwykle kusząca perspektywa nadrobienia zaległości w robocie papierkowej.
Przez chwilę panuje spokój; w promieniach słońca przedzierających się przez żaluzje unosi się kurz, powietrze wypełnia zapach kawy i słychać tylko ciche szeleszczenie gazety Quinna. A potem dzwoni telefon. Jest 9.17.
Quinn odbiera.
- Wydział kryminalny - zaczyna. - Cholera. Jesteś pewien?
Gislingham i Everett spoglądają na niego. Gislingham zawsze opisywany jest jako "solidny" i "mocnej budowy" - i to nie tylko dlatego, że robi się nieco zbyt okrągły w pasie. Gislingham, który - w przeciwieństwie do Quinna - nie dochrapał się stopnia sierżanta i biorąc pod uwagę jego wiek, prawdopodobnie już nigdy się nie dochrapie. Nie można go jednak oceniać przez ten pryzmat. Każdy wydział kryminalny potrzebuje takiego Gislinghama, a tonący człowiek właśnie kogoś takiego chciałby widzieć na drugim końcu rzuconej mu liny ratunkowej. Co do Everett, to kolejna osoba, której nie można oceniać po wyglądzie: przypomina trzydziestopięcioletnią Miss Marple i jest równie nieustępliwa, jak słynna detektyw amator. Jak to często powtarza Gislingham, Ev musiała być w poprzednim życiu posokowcem.
Quinn nadal rozmawia przez telefon.
- I na pewno sąsiad nie otwiera drzwi? Okej. Nie, zajmiemy się tym. Powiedz mundurowym, żeby spotkali się z nami na miejscu i niech będzie z nimi przynajmniej jedna funkcjonariuszka.
Gislingham już sięga po kurtkę. Quinn odkłada słuchawkę i wstając, dojada tost.
- Dzwonili z centrali. Zgłosił się ktoś z Frampton Road i mówi, że w piwnicy u sąsiada jest dziewczyna.
- W piwnicy? - Oczy Everett rozszerzają się z zaskoczenia.
- Ktoś przez pomyłkę wybił dziurę w ścianie działowej. Podobno po sąsiedzku mieszka tam jakiś starszy człowiek, dobijają się do niego, ale bezskutecznie.
- O kurwa.
- Owszem. Dobrze to ujęłaś.
Kiedy podjeżdżają pod dom, na zewnątrz zaczyna się już gromadzić tłumek. Część ludzi to robotnicy pracujący pod numerem 31, szczęśliwi, że znalazł się powód, aby przerwać robotę i nie oberwać przez to od Sextona; inni to zapewne sąsiedzi. Widać również kilku dobrze już wymęczonych zabawą hulaków, z kwiatami we włosach i puszkami piwa w rękach. Nieco surrealistycznej atmosfery dopełnia zaparkowana przy krawężniku naturalnej wielkości plastikowa krowa, przybrana kwiecistym obrusem i ozdobiona żonkilami zaplecionymi wokół jej rogów. Kilku wykonawców tańca morris rozpoczęło improwizowany pokaz na chodniku.
- A niech mnie - mówi Gislingham, gdy Quinn gasi silnik. - Myślicie, że możemy im wlepić mandat za parkowanie tego czegoś bez ważnego pozwolenia?
Wysiadają i przechodzą przez ulicę, dokładnie w momencie, gdy pod dom podjeżdżają wozy patrolowe. Jedna z kobiet w tłumie gwiżdże zaczepnie na widok Quinna i składa się ze śmiechu, gdy ten odwraca się, aby na nią spojrzeć. Do detektywów dołącza troje mundurowych, którzy przed chwilą przyjechali. Jeden z nich niesie taran. Jest również funkcjonariuszka Erica Somer. Gislingham dostrzega wymianę spojrzeń między nią i Quinnem. Widzi uśmiech w jej oczach i zażenowanie w jego. A więc to tak, myśli. Podejrzewał, że tych dwoje coś łączy. Którejś nocy powiedział Janet, że przyłapał Quinna i Somer przy ekspresie do kawy zbyt wiele razy, żeby mógł to być jedynie zbieg okoliczności. Wcale nie winił Quinna - Erica to prawdziwa ślicznotka, nawet w mundurze i wygodnych butach. Miał tylko nadzieję, że nie spodziewa się zbyt wiele. Gdyby Quinn był psem, nikt nie nazwałby go Fido.[2]
- Wiemy, jak nazywa się mieszkaniec tego domu? - pyta Quinn.
- William Harper, sierżancie - odpowiada Somer. - Wezwaliśmy karetkę na wypadek, gdyby rzeczywiście była tam jakaś dziewczyna.
- Wiem, kurwa, co widziałem.
Quinn odwraca się i widzi mężczyznę w tego rodzaju garniturze, który Quinn sam by sobie kupił, gdyby miał pieniądze. Dopasowany krój, jedwabna nić i bordowa atłasowa podszewka, rzucająca się w oczy podobnie jak purpurowa koszula w kratę i różowy krawat w kropki. Facet ma wypisane na czole "City[3]". Jak również "cholernie wkurzony".
- Słuchajcie ludzie, ile to wszystko będzie trwało? - ciągnie. - O piętnastej mam spotkanie z moim prawnikiem, a jeśli w drodze powrotnej korki będą takie same...
- Przepraszam, ale kim pan jest?
- Mark Sexton. Sąsiedni dom... jestem właścicielem.
- To pan nas tu wezwał?
- Tak, ja. Byłem na dole, w piwnicy, z architektem, kiedy część ściany się rozkruszyła. Tam w środku siedzi dziewczyna. Wiem, co widziałem i w przeciwieństwie do tych obiboków nie jestem na rauszu. Proszę spytać Knighta. On też to widział.
- Rozumiem. - Quinn przywołuje do drzwi funkcjonariusza z taranem. - Zaczynajmy. I zróbcie porządek na chodniku, dobrze? To zupełnie jak żywcem wyjęte z Kultu[4].
Kiedy Quinn odchodzi, Sexton woła jeszcze za nim:
- Hej, a co z moimi cholernymi robotnikami! Kiedy mogą wrócić do pracy?
Quinn ignoruje go, ale Gislingham, przechodząc obok Sextona, klepie go po ramieniu.
- Przykro mi, kolego - mówi radośnie. - Ten wyszukany remont będzie musiał poczekać.
Na progu sąsiedniego domu Quinn wali w drzwi.
- Panie Harper! Policja Thames Valley. Jeżeli jest pan w domu, proszę otworzyć drzwi, inaczej będziemy zmuszeni je wyważyć.
Cisza.
- Dobra. - Quinn kiwa głową na mundurowego. - Zrób to.
Drzwi są solidniejsze, niż się zdawało, zważywszy na stan reszty budynku, ale po trzecim uderzeniu zawiasy wreszcie ustępują. Jakiś podchmielony obserwator wiwatuje. Reszta zbliża się do domu, usiłując zobaczyć, co się dzieje.
Quinn i Gislingham wchodzą do środka i zamykają za sobą drzwi.
Wewnątrz domu panuje całkowity bezruch. Nadal słyszą dzwonki tancerzy morrisa, a gdzieś tam w nieruchomym powietrzu brzęczą muchy. Nikt nie odnawiał tego mieszkania od wieków; tapeta odpada od ścian, sufity są zapadnięte i upstrzone brązowymi plamami. Na podłodze leżą rozrzucone gazety.
Quinn rusza powoli korytarzem. Stare deski podłogowe skrzypią, a gazety szeleszczą pod butami.
- Halo, jest tu ktoś? Panie Harper? Policja!
A potem to słyszy. Ciche skomlenie. Gdzieś blisko. Stoi przez chwilę, usiłując zrozumieć, skąd dochodzi, a potem rzuca się do przodu i otwiera drzwi pod schodami.
Na sedesie siedzi stary człowiek ubrany wyłącznie w podkoszulek. Do jego czaszki i ramion przylegają pasma czarnych drutowatych włosów. Majtki ma spuszczone do kostek, a penis i jądra zwisają zwiotczałe między jego nogami. Starzec kuli się i odsuwa od Quinna, nadal coś mamrocząc. Kościstymi palcami chwyta deskę klozetową. Mężczyzna jest brudny, a na podłodze leżą odchody.
- Sanitariusze już przyjechali, jeśli ich pan potrzebuje, sierżancie Quinn! - woła Somer z progu.
- I dzięki Bogu. Sprowadź ich tutaj, dobrze?
Somer odsuwa się, przepuszczając dwóch mężczyzn w zielonych kombinezonach. Jeden przykuca przed staruszkiem.
- Panie Harper, nie musi się pan obawiać. Sprawdzimy teraz, jak się pan czuje.
Gislingham gwiżdże, otwierając drzwi do kuchni.
- Niech ktoś zadzwoni do V & A[5].
Wiekowa kuchenka gazowa, pomarańczowo-brązowe płytki i metalowy zlew. Stół pokryty laminatem z czterema krzesłami nie od kompletu. Wszędzie piętrzą się brudne talerze, garnki, puste butelki po piwie i niedokończone puszki z jedzeniem, w których kłębią się muchy. Wszystkie okna są szczelnie zamknięte, a linoleum przykleja się do butów. Szklane drzwi z zasłonką z paciorków prowadzą do szklarni. Widać też drugie drzwi, prawdopodobnie wiodące do piwnicy. Są zamknięte, ale na gwoździu obok wisi pęk kluczy. Gislingham zdejmuje je, przebiera w nich i przy trzecim podejściu znajduje pasujący klucz, który, choć zardzewiały, gładko obraca się w zamku. Otwiera drzwi i zapala światło, a potem odsuwa się, przepuszczając Quinna. Powoli, krok za krokiem, schodzą na dół. Nad ich głowami syczy jarzeniówka.
- Halo? Jest tu ktoś?
Światło jest słabe, ale wystarczy na oświetlenie pomieszczenia. Widać kartonowe pudła, czarne plastikowe torby na śmieci, starą lampę i blaszaną balię wypełnioną różnymi śmieciami. I to wszystko.
Stoją, spoglądając po sobie. Serca biją im tak głośno, że ledwie słyszą cokolwiek poza nimi.
- Co to było? - szepcze w pewnym momencie Gislingham. - Jakieś skrobanie. Szczury?
Quinn wzdryga się odruchowo, badając podłogę pod stopami; jednego nie zniesie - szczurów.
Gislingham znów się rozgląda, przyzwyczajając oczy do półmroku i żałując, że nie zabrał z samochodu latarki.
- A co tam jest? - Przeciska się obok pudełek i nagle orientuje się, że piwnica jest dużo większa, niż myśleli.
- Quinn... tutaj są kolejne drzwi. Możesz mi pomóc?
Usiłuje je otworzyć, ale drzwi nie ustępują. Na górze jest zasuwa i Quinnowi wreszcie udaje się ją odsunąć, ale cholerne drzwi nadal są zablokowane.
- Muszą być zamknięte na klucz - mówi Gislingham. - Masz jeszcze przy sobie ten pęczek?
W półmroku znalezienie odpowiedniego jest znacznie trudniejsze, ale w końcu im się udaje. Napierają na drzwi, które powoli otwierają się do środka, aż wreszcie w policjantów uderza fala smrodu, tak że muszą zasłonić usta i nosy dłońmi, żeby wytrzymać ten odór.
Na betonowej podłodze u ich stóp leży młoda kobieta w podartych na kolanach dżinsach i złachanym sweterku, który kiedyś był chyba żółty. Dziewczyna ma otwarte usta i zamknięte oczy. W mdławym świetle jarzeniówki jej skóra przybrała śmiertelnie blady odcień.
Ale jest coś jeszcze. Coś, na co żaden z nich nie był przygotowany.
Siedzi obok kobiety i ciągnie ją za włosy.
Dziecko.
* * *
A gdzie byłem ja, kiedy to wszystko się wydarzyło? Chciałbym powiedzieć, że brałem udział w czymś ważnym i imponującym, jak współpraca z Wydziałem Specjalnym albo antyterrorystycznym, ale ponura prawda była taka, iż znajdowałem się na kursie w Warwick. "Ochrona policyjna społeczności lokalnych w XXI wieku", dla wszystkich od stopnia inspektora wzwyż. Szczęściarze z nas, prawda? Morderstwo popełnione przy użyciu PowerPointa o nieprzyzwoicie wczesnej godzinie. Mundurowi pilnujący porządku podczas Majowego Poranka zdecydowanie mają lepiej. Potem jednak zadzwonił telefon, co natychmiast zirytowało zniecierpliwioną nadgorliwą organizatorkę prelekcji, która nalegała, żebyśmy wszyscy wyłączyli komórki, a następnie głośno westchnęła, kiedy wymknąłem się na korytarz. Pewnie martwi się, że już nie wrócę.
- Zabrali dziewczynę do Johna Radcliffe'a - mówi Quinn. - Jest w kiepskim stanie. Wyraźnie nie jadła od jakiegoś czasu i jest poważnie odwodniona. W pokoju była jedna butelka wody, ale podejrzewam, że większość oddawała do picia dzieciakowi. Lekarze będą nam w stanie powiedzieć więcej po przeprowadzeniu odpowiednich testów.
- A chłopiec?
- Nadal nic nie mówi. Ale, Chryste, nie może mieć więcej niż dwa lata, więc cóż niby takiego mógłby nam powiedzieć? Biedaczysko, nie pozwala się do siebie zbliżyć ani mnie, ani Gisowi, więc Somer pojechała razem z nim karetką. Aresztowaliśmy Harpera na miejscu, ale kiedy próbowaliśmy go wyprowadzić z domu, zaczął się rzucać i przeklinać. Podejrzewam, że ma alzheimera.
- Posłuchaj, wiem, że nie muszę tego mówić, ale jeżeli Harper jest w jakikolwiek sposób niepełnosprawnym dorosłym, musimy postępować zgodnie z przepisami.
- Wiem. Już się tym zajęliśmy. Zadzwoniłem do ludzi z opieki społecznej. I nie tylko ze względu na Harpera. Dzieciak też będzie potrzebował pomocy.
Zapada cisza i podejrzewam, że obaj myślimy o tym samym.
Bardzo możliwe, że mamy do czynienia z dzieckiem, które nie doświadczyło niczego innego - które urodziło się w piwnicy. W ciemnościach.
- Dobra - mówię wreszcie. - Zaraz wyjeżdżam. Będę około południa.
BBC Midlands Today
Poniedziałek, 1 maja 2017 | ostatnia aktualizacja, 11.21
NAJNOWSZE WIADOMOŚCI: Kobieta i małe dziecko znalezione w piwnicy w północnym Oksfordzie
Dotarły do nas wiadomości o znalezieniu młodej kobiety z małym dzieckiem, które prawdopodobnie jest jej synem, w piwnicy domu na Frampton Road w północnym Oksfordzie. W sąsiednim budynku odbywa się remont budowlany, który doprowadził dziś rano do odkrycia kobiety uwięzionej w piwnicy. Ofiara nie została zidentyfikowana. Policja Thames Valley nie wydała jeszcze żadnego oświadczenia w tej sprawie.
Więcej wiadomości na bieżąco.
* * *
Godzina 11.27. W pokoju obserwatorów w Kidlington Gislingham ogląda Harpera na monitorze przekazującym obraz z kamery. Staruszek ma teraz na sobie koszulę i spodnie. Siedzi przygarbiony na kanapie, a obok, na krześle z twardym oparciem, siedzi przemawiający do niego z przejęciem pracownik opieki społecznej. Harper wydaje się niespokojny - wierci się, noga mu podskakuje - ale widać wyraźnie, nawet bez dźwięku, że wszystko rozumie. Przynajmniej na razie. Przypatruje się opiekunowi społecznemu ze zniecierpliwieniem, jego słowa zbywając machnięciem sztywnej, przywiędłej dłoni. Wszystko to obserwuje lekarka.
Drzwi otwierają się i Gislingham spogląda na wchodzącego do pokoju Quinna, który rzuca plik dokumentów na stół i nachyla się nad biurkiem.
- Everett pojechała prosto do szpitala. Przesłucha ofiarę, gdy tylko jej pozwolą. Eric... - Rumieni się. - Posterunkowa Somer wróciła na Frampton Road, żeby koordynować przepytywanie sąsiadów, a Challow jest w środku ze swoimi technikami.
Zapisuje coś w papierach i wsuwa długopis za ucho. Tak jak zawsze. Kiwa głową w kierunku monitora z transmisją wideo.
- Mamy coś?
Gislingham kręci głową.
- Pracownik opieki jest z nim od pół godziny. Ross. Derek Ross. Jestem pewien, że już wcześniej go spotkałem. Wiemy, o której pojawi się tu Fawley?
Quinn zerka na zegarek.
- Około dwunastej. Powiedział, żebyśmy zaczynali sami, jeżeli lekarz i opieka społeczna wyrażą zgodę. Prawniczka jest już w drodze. Opieka społeczna chce się zabezpieczyć i chyba nie mogę ich za to winić.
- Podwójna asekuracja, co? - komentuje sucho Gislingham. - Ale czy są pewni, że Harper czuje się na tyle dobrze, żeby go przesłuchać?
- Podobno ma przebłyski świadomości i możemy go wtedy przepytywać. ale jeśli zacznie świrować, będziemy musieli odpuścić.
Gislingham wpatruje się przez chwilę w monitor. Z brody mężczyzny zwisa nitka śliny; jest tam już przynajmniej od dziesięciu minut, ale starzec jej nie wytarł.
- Sądzisz, że to zrobił? Że w ogóle był w stanie?
Quinn ma ponurą minę.
- Jeżeli ten dzieciak urodził się w tej piwnicy, to owszem, absolutnie tak. Wiem, że Harper wygląda w tej chwili żałośnie, ale dwa czy trzy lata temu... Mógł być zupełnie inny. I to tamten mężczyzna popełnił przestępstwo, a nie ten tutaj, godny litości stary pierdziel.
Gislingham wzdryga się, mimo że w pokoju jest gorąco. Quinn wygląda przez okno.
- Co jest?
- Po prostu zastanawiam się... Nie zmienił się przecież z dnia na dzień. To się musiało dziać całymi miesiącami. Może latami. A ona nie wiedziała, że facet zaczyna tracić rozum. Była uwięziona w piwnicy, ukryta przed światem... a gość pewnie zaczął zapominać o tym, że tam siedzi. Jedzenie się kończyło, potem woda... ona musiała myśleć o dzieciaku... a nawet jeżeli krzyczała, staruszek jej nie słyszał...
Quinn kręci głową.
- Chryste. Dotarliśmy tam w samą porę.
Na monitorze Derek Ross wstaje i znika z pola widzenia. Chwilę później drzwi do pokoju obserwatorów otwierają się i mężczyzna wchodzi do środka.
- To pan jest jego opiekunem społecznym, tak? - Gislingham wstaje z kanapy.
Ross kiwa głową.
- Od dwóch lat lub coś koło tego.
- A zatem wiedział pan o jego demencji?
- Został oficjalnie zdiagnozowany kilka miesięcy temu, ale podejrzewam, że ten stan trwał dużo dłużej. Wie pan jednak równie dobrze jak ja, jak nieprzewidywalna jest ta choroba. Że pojawia się skokami, atakuje od czasu do czasu. Martwiłem się ostatnio, że jego stan się znacznie pogorszył. Mniej więcej rok temu zdarzyło mu się kilka razy upaść i oparzyć się przy kuchence.
- Do tego jeszcze pije, prawda? Czuć od niego alkohol.
Ross wzdycha.
- Tak. Ostatnio rzeczywiście był to spory problem. Mimo wszystko nie mogę uwierzyć, że zrobiłby coś takiego... coś tak okropnego...
- Nikt z nas nie wie tak naprawdę, do czego jesteśmy zdolni. - Quinn jest nieprzekonany.
- Ale jego stan...
- Proszę posłuchać - w głosie Quinna pobrzmiewa teraz stalowa nuta - lekarka powiedziała, że możemy go przesłuchać i chyba się na tym zna. Co do zarzutów, cóż, to inna sprawa i kiedy dotrzemy do tego etapu, zdecyduje o nich prokuratura. Niemniej w jego piwnicy była uwięziona dziewczyna i dziecko, więc musimy się dowiedzieć, w jaki sposób się tam dostali. Rozumie pan to, prawda, panie Ross?
Ross waha się, a potem kiwa głową.
- Mogę być przy przesłuchaniu? On mnie zna, to może pomóc. Harper bywa trochę... trudny. Jak zresztą za chwilę się panowie przekonacie.
- No dobrze. - Quinn zbiera swoje papiery.
Trzej mężczyźni ruszają w kierunku drzwi, ale Ross zatrzymuje się nagle i kładzie rękę na ramieniu Quinna.
- Potraktujcie go łagodnie, dobrze?
Quinn spogląda na Rossa i unosi brew.
- Tak jak on tę dziewczynę?
* * *
Rozmowa z Isabel Fielding
17 Frampton Road
1 maja 2017, godzina 11.15
W rozmowie uczestniczy posterunkowa E. Somer
ES: Jak długo pani tu mieszka, pani Fielding?
IF: Zaledwie od kilku lat. To dom należący do college'u. Mój mąż wykłada w Wadham.
ES: Zna pani pana Harpera? Sąsiada spod numeru trzydzieści trzy?
IF: Cóż, nie rozmawiamy ze sobą. Wkrótce po tym, jak się tu wprowadziliśmy, odwiedził nas zdenerwowany i zapytał, czy nie widzieliśmy pokrowca na jego samochód. Podobno gdzieś zginął. Trochę to było dziwne, zważywszy na to, że jego samochód raczej nigdzie się nie wybiera. Pomyśleliśmy jednak, że może ten człowiek jest nieco, no wie pani, ekscentryczny. To częste zjawisko. To znaczy, tutaj, w tym mieście. Żyje tu wielu takich "oryginałów". Niektórzy są byłymi nauczycielami akademickimi i mieszkają tu od wieków. Myślę, że docierają do etapu purpury i kotów i mówią sobie, "do diabła z tym".
ES: Purpury i kotów?
IF: No wie pani, ten wiersz. "Kiedy będę starą kobietą, zacznę nosić purpurę"[6] czy jak to tam szło. No wie pani, kiedy dochodzi się do takiego wieku, w którym człowiek przestaje się czymkolwiek przejmować.
ES: Czy pan Harper przestał się przejmować?
IF: Czasem błąkał się po ulicy, rozmawiał sam ze sobą. Dziwacznie się ubierał. Rękawiczki w lipcu, wychodzenie na ulicę w piżamie i tym podobne. Ale generalnie jest nieszkodliwy.
[przerwa]
Przepraszam, to źle zabrzmiało. Chodziło mi...
ES: Proszę się nie martwić, pani Fielding. Rozumiem, co miała pani na myśli.
* * *
- Panie Harper, jestem sierżant Gareth Quinn, a mój kolega to posterunkowy Chris Gislingham. Dereka Rossa już pan zna, a ta pani występuje w roli pana prawniczki.
Kobieta po drugiej stronie stołu spogląda na staruszka przelotnie, ale Harper nie reaguje. Zdaje się w ogóle nie zauważać jej obecności.
- Panie Harper, został pan zatrzymany o godzinie 10.15 dzisiejszego poranka jako podejrzany o uprowadzenie i bezprawne pozbawienie wolności. Został pan pouczony o swoich prawach i potwierdził pan, że rozumie. Teraz przeprowadzimy formalne przesłuchanie, które jest nagrywane.
- To znaczy, że wszystko to filmują, Bill - mówi Ross. - Rozumiesz?
Oczy starego człowieka zwężają się w szparki.
- Oczywiście, że rozumiem. Nie jestem cholernym idiotą. A poza tym jak dla ciebie - spogląda na Quinna - to doktor Harper, chłopczyku.
Quinn zerka na Rossa, który kiwa głową.
- Doktor Harper wykładał na uniwersytecie w Birmingham do 1998 roku. Socjologię.
Gislingham widzi, że Quinn lekko się rumieni. Trzy razy jednego przedpołudnia to chyba jakiś rekord.
Sierżant otwiera plik z dokumentacją.
- Rozumiem, że mieszka pan pod aktualnym adresem od 1978 roku? Chociaż pracował pan w Birmingham?
Harper spogląda na niego, jakby Quinn celowo robił z siebie głupka.
- Birmingham to zadupie.
- Przeprowadził się pan tutaj w 1978 roku?
- Gówno prawda. Jedenastego grudnia 1975 roku - mówi Harper. - W dzień urodzin mojej żony.
- Pierwsza żona doktora Harpera umarła w 1999 roku - wyjaśnia szybko Ross. - Ożenił się powtórnie w 2001 roku, ale niestety, druga pani Harper zginęła w wypadku samochodowym w 2010 roku.
- Głupia krowa - mówi Harper głośno. - Pijana. Pijana w trzy dupy.
Ross zerka na prawniczkę. Wydaje się zażenowany.
- Koroner wykrył u pani Harper podwyższony poziom alkoholu we krwi w momencie wypadku.
- Czy doktor Harper ma jakieś dzieci?
Harper wyciąga rękę i stuka w blat stołu tuż przed sierżantem.
- Mów do mnie, chłopcze. Rozmawiaj ze mną. Nie z tym idiotą.
Quinn spogląda na niego.
- Dobrze. Czy ma pan dzieci?
- Annie. - Harper się krzywi. - Tłusta krowa.
Quinn chwyta za długopis.
- Pana córka ma na imię Annie?
- Nie - przerywa Ross. - Billowi czasem wszystko się miesza. Annie była jego sąsiadką spod numeru 46. Podobno bardzo miła kobieta. Wpadała do niego, żeby sprawdzić, czy dobrze się czuje, ale w 2014 przeprowadziła się do Kanady, żeby być bliżej syna.
- Chce skalpować, głupia krowa. Powiedziałem jej, że w moim domu nigdy na coś takiego nie pozwolę.
Quinn spogląda na Rossa.
- Doktor Harper miał na myśli "skype'owanie". Ale nie chce używać komputera, więc nic by z tego nie wyszło.
- Żadnych innych członków rodziny?
Ross spogląda na niego obojętnie.
- O ile wiem, żadnych.
* * *
- Na pewno jest syn... tylko zupełnie nie pamiętam, jak ma na imię.
Somer już od piętnastu minut stoi na progu domu numer 7. Żałuje, że nie przyjęła zaproszenia na herbatę, ale z drugiej strony, gdyby to zrobiła, mogła tu utkwić na cały dzień. Pani Gibson nie przerywała nawet na zaczerpnięcie oddechu.
- Syn? Tak pani myśli? - Somer przerzuca notatki. - Nikt inny o nim nie wspomniał.
- To akurat mnie nie dziwi. Okoliczni mieszkańcy nie lubią się "angażować". Nie tak, jak to było w czasach mojego dzieciństwa. Wtedy ludzie się sobą opiekowali. Wszyscy znali swoich sąsiadów. A teraz? Nie mam pojęcia, kim jest połowa tych dorobkiewiczów.
- Ale jest pani pewna, że zdecydowanie był jakiś syn?
- John! Tak jest! Wiedziałam, że w końcu mi się przypomni. Nie było go tu już od jakiegoś czasu. Facet w średnim wieku, siwe włosy.
Somer zapisuje to sobie.
- Kiedy widziała go pani po raz ostatni?
Na korytarzu za plecami pani Gibson rozlega się hałas i kobieta odwraca się, odpędzając kogoś wołaniem "sio, sio", a potem bardziej przymyka drzwi.
- Przepraszam, kochaniutka. Ten diabelski kot zawsze próbuje się wydostać przez drzwi wejściowe, jeśli tylko ma szansę. W tylnych drzwiach ma klapkę, ale wie pani, jakie są koty. Zawsze chcą robić to, czego nie powinny, a syjamy są najgorsze...
- Pani Gibson, możemy wrócić do syna pana Harpera?
- Ach, tak, oczywiście. Teraz, kiedy pani pyta, wydaje mi się, że widziałam go jakieś dwa lata temu.
- A czy pan Harper miewa jakichś gości, o których pani wie?
Pani Gibson się krzywi.
- Cóż, odwiedza go ten pracownik opieki społecznej. Jakby to miało w czymś pomóc.
* * *
Quinn oddycha głęboko. Harper spogląda na niego.
- O co chodzi, chłopcze? Wypluj to z siebie, na litość boską! Nie siedź tak, jakbyś chciał się wysrać.
Nawet prawniczka wygląda teraz na zakłopotaną.
- Doktorze Harper, czy wie pan, dlaczego dzisiaj rano odwiedziła pana w domu policja?
Harper odchyla się na oparcie.
- Nie mam zielonego pojęcia. Pewnie ten dupek zza ściany znów narzekał na śmieci. Głupi fiut.
- Pan Sexton rzeczywiście zadzwonił do nas, ale problem nie dotyczył śmieci. Dzisiaj rano poszedł do piwnicy, gdzie rozkruszył się kawałek ściany.
Harper spogląda to na Quinna, to na Gislinghama.
- I co, kurwa, w związku z tym? Głupi fiut.
Quinn i Gislingham wymieniają spojrzenia. Obaj przeprowadzili wystarczająco dużo przesłuchań, aby wiedzieć, że to właśnie ten moment. Bardzo niewielu winnych, nawet najlepszych i najbardziej wprawnych kłamców, nie potrafi kontrolować mowy ciała na tyle dobrze, żeby absolutnie się nie zdradzić. Błysk w oku, nagłe drgnięcie dłoni - niemal zawsze jest coś. Ale nie w tej chwili. Twarz Harpera jest obojętna - nie próbuje się wycofać ani stawiać. Po prostu nic.
- A ja nie mam pieprzonego telewizora.
Quinn spogląda na Harpera.
- Słucham?
Staruch pochyla się do przodu.
- Kretyn. Nie mam pieprzonego telewizora!
Ross spogląda nerwowo na Quinna.
- Wydaje mi się, że doktor Harper chce przez to powiedzieć, iż nie potrzebuje licencji. Myśli, że to dlatego go tutaj sprowadziliśmy.
Harper spogląda wrogo na opiekuna społecznego.
- Ty mi tu nie mów, co ja myślę. Pieprzony kretyn! Nie potrafisz odróżnić twarzy od własnej dupy.
- Doktorze Harper - mówi Gislingham. - W pana piwnicy była młoda kobieta. To dlatego pan tu jest. Nie z powodu licencji na odbiór programów telewizyjnych.
Harper nachyla się gwałtownie do przodu, celując palcem w twarz Gislinghama.
- Nie mam pieprzonego telewizora!
Quinn dostrzega niepokój w oczach Rossa; sytuacja zaczyna się wymykać spod kontroli.
- Doktorze Harper, w pana piwnicy była młoda dziewczyna. Co ona tam robiła?
Harper odchyla się na oparcie. Spogląda to na jednego oficera, to na drugiego i po raz pierwszy wygląda nieco podejrzanie. Gislingham otwiera plik z dokumentami i wyjmuje fotografię ofiary. Odwraca ją, pokazując Harperowi.
- To jest ta kobieta. Jak ma na imię?
Harper spogląda na niego chytrze.
- Annie - mówi. - Tłusta krowa.
Ross kręci głową.
- To nie jest Annie, Bill. Wiesz, że to nie ona.
Harper nie patrzy na zdjęcie.
- Doktorze Harper, musi pan się przyjrzeć tej fotografii - nalega Gislingham.
- Priscilla - odpowiada Harper, opluwając sobie brodę. - Zawsze była ładniutka. Diablica. Chodziła po domu z cyckami na wierzchu.
Ross wygląda na zdesperowanego.
- To nie jest Priscilla. Wiesz dobrze, że nie.
Harper wyciąga szponiastą dłoń i nie spuszczając wzroku z Gislinghama, zrzuca zdjęcie ze stołu wraz z telefonem posterunkowego. Komórka uderza w ścianę i spada w kawałkach na podłogę.
- Dlaczego, do cholery, pan to zrobił! - krzyczy Gislingham, zrywając się z krzesła.
- Doktorze Harper - mówi Quinn przez zaciśnięte zęby. - Ta młoda kobieta znajduje się w tej chwili w szpitalu imienia Johna Radcliffe'a, gdzie lekarze przeprowadzą jej kompleksowe badania. Gdy tylko będzie w stanie rozmawiać, dowiemy się, kim jest i w jaki sposób znalazła się zamknięta w pana piwnicy. To pana szansa, aby powiedzieć nam, co się wydarzyło. Rozumie pan to? Czy zdaje sobie pan sprawę, jak bardzo poważna jest sytuacja?
Harper pochyla się i pluje sierżantowi w twarz.
- Pierdol się. Słyszysz? Pierdol się!
Zapada przerażająca cisza. Gislingham nie śmie spojrzeć na Quinna. Potem słyszy, jak sierżant wyciąga coś z kieszeni, i widzi, jak wyciera sobie twarz.
- Myślę, że powinniśmy przerwać, detektywie - mówi prawniczka. - Nie sądzi pan?
- Przesłuchanie zakończone o godzinie 11.37 - mówi Quinn z lodowatym spokojem. - Doktor Harper zostanie odprowadzony do aresztu i umieszczony w celi...
- Och, na litość boską - wtrąca się Ross. - Chyba pan widzi, że ten człowiek nie jest w wystarczająco dobrym stanie na takie traktowanie?
- Pan Harper może być niebezpieczny dla społeczeństwa - odpowiada Quinn chłodno, składając dokumenty z przesadną uwagą. - Jak również dla siebie. Poza tym jego dom jest obecnie miejscem przestępstwa, w związku z tym nie może tam wrócić.
Quinn wstaje i rusza w kierunku drzwi, ale Ross dogania go i wychodzi za nim na korytarz.
- Znajdę mu jakieś miejsce - mówi. - Dom opieki... gdzieś, gdzie będą mogli go przypilnować...
Quinn odwraca się tak szybko, że nagle obaj stają twarzą w twarz.
- Przypilnować go? - syczy. - Czy to właśnie pan robił przez te wszystkie miesiące? Pilnował go pan?
Ross cofa się z pobladłą twarzą.
- Niech pan posłucha... - Ale Quinn nie zamierza odpuścić.
- Jak długo, pana zdaniem, ta kobieta tam siedziała, co? Ona i ten dzieciak? Dwa lata? Trzy? I przez cały ten czas pan odwiedzał Harpera w domu, pilnował go. Tydzień w tydzień. Jest pan jedynym cholernym człowiekiem, który wchodził do środka. I chce mi pan serio powiedzieć, że nic pan nie wiedział? - Wbija palec w pierś Rossa. - Jeśli o mnie chodzi, Harper nie jest jedyną osobą, którą należałoby aresztować. Jest kilka bardzo poważnych pytań, na które powinien pan odpowiedzieć, panie Ross. To znacznie przekroczyło profesjonalne zaniedbanie...
Ross unosi ręce i odpycha Quinna.
- Czy pan w ogóle ma jakiekolwiek pojęcie, iloma ludźmi się zajmuję? Ile papierzysk muszę przerzucić? Biorąc pod uwagę to i korki na drogach, mam szczęście, jeżeli uda mi się wycisnąć piętnaście minut na wizytę. Wystarczy, żeby sprawdzić, czy klient się odżywia i czy nie siedzi we własnym gównie. Uważa pan, że mam jeszcze czas na inspekcję domu? Chyba pan wierzy w pieprzone bajki!
- Nigdy pan niczego nie widział? Nie słyszał?
- Quinn. - W drzwiach staje Gislingham.
- Nigdy nie byłem w tej cholernej piwnicy - mówi z naciskiem Ross. - Nie wiedziałem nawet, że Harper takową ma...
- Naprawdę chce pan, żebym w to uwierzył? - Quinn robi się czerwony na twarzy.
- Quinn - powtarza Gislingham natarczywie, a kiedy sierżant go ignoruje, chwyta go za ramię i odwraca. Korytarzem ktoś się zbliża.
Fawley.
* * *
Na Frampton Road Alan Challow idzie ścieżką do drzwi wejściowych i zatrzymuje się na chwilę, pozwalając, aby pilnujący wejścia mundurowy podniósł taśmę policyjną. Jak dotychczas jest najgorętszy dzień roku i Challow poci się w kombinezonie ochronnym. Tłum zgromadzony na końcu ścieżki jest dwukrotnie większy niż rano i jego charakter się zmienił. Większość uczestników Majowego Poranka już zniknęła. Robotnicy także rozeszli się do domów. Została jeszcze garstka sąsiadów, ale większość ciekawskich to ludzie poszukujący makabrycznego dreszczyku albo ciekawej historii. A może jednego i drugiego, bo przynajmniej połowa z nich to pismaki.
W kuchni na tyłach domu dwóch techników Challowa zbiera odciski palców. Jeden z nich, kobieta, kiwa głową do szefa i ściąga maskę, żeby z nim porozmawiać. Nad jej górną wargą perli się pot.
- To jedna z tych okazji, kiedy człowiek jest wdzięczny za strój ochronny. Bóg jeden wie, kiedy ostatni raz ktoś tutaj porządnie posprzątał.
- Gdzie jest piwnica?
- Za tobą. - Kobieta wskazuje palcem. - Założyliśmy lepsze oświetlenie, co tylko pogarsza sytuację. - Wzrusza ponuro ramionami. - Ale to już wiesz.
Challow krzywi się: ma za sobą dwadzieścia pięć lat pracy w tym zawodzie. Pochyla się lekko, żeby nie uderzyć w lampę zawieszoną nad stopniami i schodzi na dół, rzucając ogromne drżące cienie na ściany z gołej cegły. W piwnicy czeka na niego dwóch kolejnych techników, przeglądających zebrane tu śmiecie.
- No dobra - mówi Challow. - Wiem, że to utrapienie, ale musimy przenieść to wszystko do bazy. Gdzie była dziewczyna?
- Tam.
Challow wchodzi do pokoju w głębi piwnicy. Lampa łukowa rzuca bezlitosne jaskrawe światło na brudną podłogę, zeszmaconą pościel i elektryczną toaletę z maceratorem, stojącą w kałuży potwornie śmierdzącego szamba. Widać kolejne pudła ze śmieciami i karton, w którym kiedyś były butelki z wodą, ale teraz została już tylko jedna. Plastikowa torba na śmieci pęka w szwach od opakowań po żywności i pustych puszek. W pomieszczeniu nie ma śladu po jedzeniu. W głębi pokoiku, w kącie widać dziecięcy barłóg, zwinięty jak mysie gniazdo.
- Dobra - mówi wreszcie Challow, przerywając ciszę. - To też musimy zabrać.
Jedna z techniczek podchodzi do szczeliny w ścianie działowej. Niektóre cegły są pokruszone i ktoś wydłubał spomiędzy nich spoiwo.
- Alan! - woła go po chwili kryminalistyczka, odwracając się. - Popatrz.
Challow podchodzi do niej. Wilgotny gips jest wysmarowany czerwonymi smugami.
- Chryste - mówi Challow po dłuższej chwili milczenia. - Próbowała wydrapać przejście w ścianie.
* * *
Nie widziałem Dereka Rossa od czasu sprawy Daisy Mason. Siedział wtedy z jej bratem, gdy go przesłuchiwaliśmy, tak więc widywałem go dość często. Było to niecały rok temu, ale sądząc po wyglądzie, można by uznać, że minęło co najmniej pięć lat. Stracił więcej włosów, przybrał na wadze, a pod prawym okiem ma tik nerwowy. Podejrzewam jednak, że z tym ostatnim może mieć coś wspólnego Quinn.
- Sierżancie Quinn. - Spoglądam na mojego współpracownika. - Może zdobędzie pan dla nas wszystkich kawę. I nie mam tu na myśli świństwa z naszego automatu.
Quinn spogląda na mnie, otwiera usta i zamyka je znowu.
- Sir, ja... - zaczyna, ale Gislingham dotyka jego ramienia nad łokciem.
- Chodź. Pomogę ci.
I to jest właśnie najlepsza charakterystyka ich dwóch: Gis, który zawsze doskonale wie, kiedy przestać drążyć, i Quinn, który zawsze nosi przy sobie cały zestaw wierteł.
Prowadzę Rossa do sąsiedniego pokoju. Monitor ma wyłączony głośnik, ale nadal pokazuje, co się dzieje w pokoju przesłuchań. Prawniczka stoi przy stole, szykując się do odejścia. Harper siedzi skulony na krześle, z kolanami przyciśniętymi do piersi. Wygląda na bardzo drobnego, bardzo starego i bardzo przestraszonego.
Stawiam przed Rossem kubek z wodą, a potem siadam naprzeciwko niego i odsuwam się nieco. Pod pachami mężczyzny wykwitły dwie duże plamy wilgoci, a zapach można najlepiej określić słowem "cierpki". Uwierzcie mi, nie chcielibyście siedzieć zbyt blisko.
- Jak się pan miewa?
Ross spogląda na mnie.
- Tak sobie - odpowiada ostrożnie.
Odchylam się na oparcie.
- No dobrze, niech mi pan opowie o Harperze.
Lekko sztywnieje.
- Czy jestem o coś podejrzany?
- Jest pan ważnym świadkiem. Musi pan sobie z tego zdawać sprawę.
Wzdycha.
- Tak, przypuszczam, że tak. Co chce pan wiedzieć?
- Powiedział pan moim ludziom, że odwiedzał Harpera tylko raz w tygodniu. Jak długo się to już ciągnie?
- Dwa lata, może trochę dłużej. Musiałbym sprawdzić w dokumentach.
- I nie zostaje pan w jego domu na dłużej?
Ross upija nieco wody. Część ścieka mu na spodnie, ale tego nie zauważa.
- Nie mogę... nie mam na to czasu. Serio, bardzo chciałbym z nim posiedzieć przez godzinę, gadając o pogodzie, ale przy ostatnich cięciach budżetowych...
- O nic pana nie oskarżam.
- Ale pana sierżant, owszem.
- Przepraszam za to. Chociaż niech pan weźmie pod uwagę stan, w jakim była ta dziewczyna. Nie wspominając o dziecku. I jeśli nie umie sobie wyobrazić, jak mógł pan przychodzić tam przez cały ten czas i nie wiedzieć, że ona tam była, to wcale go za to nie winię. Szczerze powiedziawszy, również mam kłopot z uwierzeniem w to - ponieważ bez względu na to, co przed chwilą powiedziałem, jestem o włos od przesłuchania go w roli podejrzanego. I dopóki nie nabiorę przekonania, że nie jest, przy Harperze będzie musiał siedzieć kto inny. I tak będzie nam trudno uzyskać wyrok w tej sprawie. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuję, jest spieprzone śledztwo.
Ross przeczesuje dłonią włosy, a raczej to, co mu z nich zostało.
- Niech pan posłucha, takie domy mają dość grube ściany. Nie dziwi mnie, że niczego nie słyszałem.
- I nigdy nie zszedł pan na dół?
Spogląda mi prosto w oczy.
- Jak już powiedziałem, nie miałem nawet pojęcia, że Bill ma piwnicę. Sądziłem, że te drzwi prowadzą do schowka.
- A co z górą?
Kręci głową.
- Od kiedy znam Billa, w zasadzie mieszka na parterze.
- Ale jest w stanie korzystać ze schodów?
- Jeżeli musi. Ale nie robi tego zbyt często. Annie zainstalowała dla niego łóżko w dużym pokoju, zanim się wyprowadziła. Na tyłach domu, w przybudówce, jest wanna. Proste wyposażenie, ale działa. Boję się pomyśleć, w jakim stanie jest cała góra. Od czasu gdy ktokolwiek tam wchodził, musiały upłynąć całe lata. Prawdopodobnie od śmierci Priscilli.
- Żadnej sprzątaczki? Czy rada miasta nie powinna kogoś przysłać?
- Próbowaliśmy, ale Bill tylko zwyzywał sprzątaczkę, która powiedziała, że więcej nie przyjdzie. Sam wycieram trochę kurze i dezynfekuję sraczyk. Ale w czasie, który mam do dyspozycji, niewiele można zrobić.
- A co z jedzeniem? Zakupami? To też pan robi?
- Kiedy urząd odebrał Billowi prawo jazdy, poprosiłem lokalną organizację charytatywną zrzeszającą emerytów, żeby zorganizowała mu regularne dostawy z supermarketu. Było to jakieś osiemnaście miesięcy temu. Na jego koncie bankowym jest otwarty rachunek za te zakupy. Harper ma mnóstwo pieniędzy. No, może nie mnóstwo, ale wystarczająco dużo.
- Dlaczego się nie wyprowadzi? Ten dom musi być wart fortunę, nawet w obecnym stanie.
Ross się krzywi.
- Ten dupek z sąsiedztwa zapłacił ponad trzy miliony. Ale Bill nie chce iść do domu starców, mimo że jego artretyzm znacznie się pogorszył w ciągu ostatniego miesiąca, a lekarz zamierza przepisać mu środki na alzheimera i oczywiście ktoś będzie musiał przypilnować, żeby Bill brał je we właściwy sposób. Ja nie dam rady, nie mam takiej możliwości. Jeżeli zostanie sam w domu, prędzej czy później dojdzie do wypadku. Już kilka razy się poparzył.
- Czy Harper wie, że chciałby go pan przenieść gdzie indziej?
Ross oddycha głęboko.
- Owszem. Jakieś sześć tygodni temu usiadłem z nim i próbowałem mu wytłumaczyć całą sytuację. Obawiam się, że nie przyjął tego zbyt dobrze. Zrobił się agresywny... zaczął na mnie krzyczeć i rzucać różnymi przedmiotami, więc się wycofałem. Planowałem kolejną rozmowę w tym tygodniu. Właśnie zwolniło się miejsce w Newstead House, w Witney. To jeden z lepszych ośrodków. Ale teraz, Bóg jeden wie, co będzie.
Przerywa i dopija wodę. Nalewam mu jeszcze trochę.
- Czy przyszło panu do głowy, że jednym z powodów, dla których nie chciał się wyprowadzić, była ta dziewczyna? - pytam ostrożnie.
Twarz Rossa robi się biała. Odstawia wodę.
- Nie mógł zostawić domu, kiedy ona nadal tam była, ponieważ wtedy ktoś by ją znalazł - mówię dalej. - A nie mógł jej wypuścić dokładnie z tego samego powodu.
- To co zamierzał zrobić?
Wzruszam ramionami.
- Nie wiem. Miałem nadzieję, że pan...
Nagle na korytarzu słychać ruch i Gislingham otwiera gwałtownie drzwi.
- Szefie, chyba... - zaczyna, ale ja już przeciskam się obok niego.
W pokoju obok dwoje policjantów usiłuje obezwładnić Harpera. Trudno uwierzyć, że to ten sam człowiek; rzuca się z pazurami na ich twarze, kopie i wrzeszczy na policjantkę.
- Pizda!
Kobieta jest wyraźnie wstrząśnięta. A ja ją znam i wiem, że nie jest żółtodziobem. Na policzku ma zadrapanie, a przód munduru czymś zalany.
- Dałam mu tylko herbaty - jąka się. - Powiedział, że jest za gorąca... że chcę go poparzyć... Ja wcale... to nieprawda...
- Wiem. Posłuchaj, usiądź teraz gdzieś na chwilę, a potem niech ktoś ci opatrzy tę ranę.
Policjantka dotyka twarzy.
- Nie zdawałam sobie sprawy...
- Myślę, że to tylko zadrapanie, ale lepiej niech ktoś to obejrzy.
Kobieta kiwa głową, a kiedy ruszam za nią do wyjścia, Harper znów się na nią rzuca.
- Pizda! To ją powinieneś aresztować, ty kretynie... próbowała mnie, kurwa, poparzyć. Złośliwa dziwka!
Kiedy wracam do sąsiedniego pokoju, Ross wpatruje się w monitor. Stoję przez chwilę, obserwując go.
- Która z tych wersji jest prawdziwym Billem Harperem? - pytam w końcu. - Ta, która kuliła się jak przestraszone dziecko, czy ta, która właśnie zaatakowała jednego z moich ludzi?
Ross kręci głową.
- To choroba. Właśnie to robi z człowiekiem.
- Być może. Albo też zwyczajnie usuwa samokontrolę. Może zawsze był gniewnym człowiekiem, tylko nie pozwalał, aby wymknęło się to spod kontroli. Wiedział, jak sobie z tym radzić, jak to ukryć.
Ross odwraca się, żeby na mnie spojrzeć, ale nagle unika mojego wzroku. Coś w tym jest - coś, czego mi nie mówi.
Pozwalam, aby chwila milczenia się przedłużyła, a potem robię krok do przodu.
- O co chodzi, Derek?
Zerka na mnie, a potem odwraca wzrok. Jest zaczerwieniony.
- Co jeszcze ukrywa William Harper?
[1] May Morning, uroczystości obchodzone przez studentów o świcie 1 maja, na moście Magdaleny, z występami chóru chłopięcego, graniem na dzwonach i szeregiem uroczystości i imprez ludowych, znane również z prób skoków z mostu do rzeczki Cherwell, kilkaset metrów dalej wpadającej do Tamizy (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
[2] Znany z niezwykłej wierności pies, który przez 14 lat czekał na swojego nieżyjącego pana na przystanku autobusowym. Dorobił się pomnika, który jest świadectwem miłości i wierności aż po kres życia.
[3] Centrum finansowo-handlowe Londynu.
[4] Ang. Wicker Man, horror z 1973 roku, określany jako thriller egzystencjalny.
[5] Skrót oznaczający muzeum Wiktorii i Alberta, największe muzeum sztuki i rzemiosła artystycznego w Londynie, kolekcjonujące przedmioty powstałe na przestrzeni 5000 lat, z Europy, Ameryki Płn., Azji i Afryki.
[6] Odniesienie do wiersza Ostrzeżenie Jenny Joseph. Pierwszy wers brzmi: "kiedy będę starą kobietą, zacznę nosić purpurową suknię".