Rozdział I
Pięć tygodni wcześniej
ULA SIEDZIAŁA PRZED KLAWIATURĄ komputerową. Była zdenerwowana. Oparła dłonie o kolana, aby zniwelować ich drżenie. Przez cały tydzień prawie nic nie robiła. Współpracownicy dawali jej do zrozumienia, że niewiele umie, dlatego na razie powinna ograniczyć się do parzenia kawy. Dopiero dzisiaj podinspektor Juraszczyk zlecił jej protokołowanie przesłuchania. Nic trudnego, trzeba pisać to, co inni mówią, najprostsza policyjna robota, mimo to adrenalina w niej buzowała. Chciała dobrze wypaść, a jak za bardzo się chce, to zwykle coś nie wychodzi. Bała się, że nie zdąży notować, a przecież w protokole musi znaleźć się każde słowo świadka. Przyszło jej do głowy, żeby nagrać przesłuchanie na dyktafon. Gdyby coś jej umknęło, to mogłaby ten fragment później uzupełnić. Podniosła się, aby pójść po telefon. W tym samym momencie do gabinetu wszedł podinspektor Juraszczyk.
- Chce pani jeszcze poprawić makijaż? - zapytał, widząc ją stojącą niepewnie przy stanowisku protokolanta.
Nie była pewna, ale w jego głosie chyba pojawił się sarkazm. Pokręciła przecząco głową i usiadła z powrotem. Juraszczyk ją onieśmielał. Czuła respekt nie tyle przed jego trzydziestoletnim doświadczeniem czy stopniem policyjnym. Już sama jego postawa sprawiała, że nie byłaby w stanie teraz przeprosić i na chwilę wyjść, nawet do toalety. Od podinspektora biła siła i pewność siebie. Zdecydowanym ruchem odsunął krzesło od biurka i usiadł.
- To przesłuchanie trochę potrwa. Jeśli chce pani wyjść, to teraz, bo potem się nie da.
Nie patrzył na nią, lecz na dokumenty rozłożone na biurku. Zaczął je przesuwać dużymi dłońmi. Nagle wszystkie zgarnął do szuflady gestem, który zdawał się mówić, że są to nic nieznaczące świstki.
- Jestem gotowa do protokołowania.
- Zaczynamy więc.
Aspirant Żuk wprowadził do pokoju młodego mężczyznę. Świadek wyglądał zwyczajnie. Był krótko ostrzyżony i ubrany w popielatą rozpiętą bluzę, spod której wyłaniała się rozciągnięta koszulka. Miał też na sobie sportowe obuwie i wytarte dżinsy. Nawet w rysach twarzy nie było nic, co pozwalałoby zapamiętać go na dłużej. Gdy usiadł, Ula zauważyła, że na jego klatce piersiowej połyskuje krzyżyk zawieszony na łańcuszku.
- Imię i nazwisko - rzucił podinspektor, zerkając w tablet.
Świadek wskazał palcem na siebie.
- Moje?
- Jasne, że twoje.
- Krzysztof Marczak.
Ula wpisała dane mężczyzny do formularza. Dopisała, że przesłuchiwanie ma miejsce w komendzie policji w Elblągu przy ulicy Tysiąclecia, przesłuchania dokonuje podinspektor Dawid Juraszczyk w obecności protokolanta i tu wpisała swoje imię i nazwisko wraz ze stopniem: posterunkowa Urszula Baranowska. Te kilka słów wpisanych wprawnie i bez literówki sprawiło, że drżenie rąk ustąpiło, a oddech stał się równy. Będzie dobrze. Odnotowała, że przebieg czynności nie jest utrwalany za pomocą rejestratora obrazu i dźwięku, po czym zapisała, że świadek został poinformowany o odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań i podpisał stosowny dokument.
Świadek na polecenie podinspektora podawał właśnie wiek i dane adresowe. Zaskoczyło ją, że taki młody, tylko 21 lat, był aż pięć lat młodszy od niej. To właściwie jeszcze chłopak, a nie mężczyzna, i prawdopodobnie dlatego Juraszczyk zwracał się do niego na "ty".
- Czym się zajmujesz?
- Ja?
- Tak, ty. Ustalmy, że ty tu jesteś przesłuchiwany, bo chyba jeszcze się nie zorientowałeś.
- Niczym się nie zajmuję.
- Nie pracujesz? Nie uczysz się?
- Nie.
- Rodzice cię karmią i kupują ci zabawki?
- Można tak powiedzieć.
- A właśnie że nie można. Na przesłuchaniu odpowiadasz albo twierdząco, albo przecząco. No to jak?
Dopiero teraz świadek spojrzał na nią. Uśmiechnęła się delikatnie, aby dodać mu otuchy. Podinspektor traktował go zbyt ostro. Niepotrzebnie, przecież to tylko świadek przestępstwa, a nie podejrzany o jego dokonanie.
- Tak, rodzice mnie utrzymują - powiedział ciszej, jak gdyby miał nadzieję, że protokolantka nie usłyszy i nie zanotuje jego odpowiedzi.
- To teraz opowiedz, co się stało dzisiaj w Centrum Handlowym Ogrody przy Pułkownika Dąbka.
Chłopak odchrząknął i poprawił się na krześle.
- No to wszedłem do sklepu z telefonami komórkowymi. Poprosiłem dziewczynę za ladą, żeby pokazała mi samsunga galaxy. Wyjęła dwa modele. Nie mogłem się zdecydować. Pomyślałem, że zobaczę jeszcze iPhone'a. Podała mi dwa kolejne aparaty. Oglądałem je kilka minut, potem odłożyłem wszystkie na ladę i powiedziałem, że się zastanowię i przyjdę jutro. Wtedy do boksu wpadł ten gościu w kapturze, zgarnął z lady te cztery telefony i zwiał. To się wydarzyło tak prędko, że nawet nie zdążyłem zareagować. Dziewczyna też nie zdążyła nic zrobić. Gdy oboje wyskoczyliśmy za nim, to już go nigdzie nie było. Naprawdę był szybki.
Ula myślała, że wypowiedź Krzysztofa Marczaka będzie dłuższa. Gdy ten zamilkł, trzymała palce nad klawiaturą, gotowa do dalszego protokołowania. Juraszczyk też sądził, że będzie jakiś ciąg dalszy, bo czekał rozparty na krześle. Milczenie świadka się przeciągało.
- No i co? To już wszystko? - zapytał podinspektor.
- Tak.
- No to teraz podaj nazwisko wspólnika.
- Jakiego wspólnika?
- Tego, z którym ukradłeś cztery telefony warte ponad dziesięć tysięcy złotych.
- Nie miałem nic wspólnego z tą kradzieżą. Ja tylko poszedłem obejrzeć te aparaty.
- Oj, Krzysiu, kogo ty chcesz oszukać? Starego glinę? Mam uwierzyć, że z marnym kieszonkowym od rodziców poszedłeś kupić sobie telefon za trzy tysiące?
- Ale ten telefon to nie dla mnie, to dla ojca na pięćdziesiąte urodziny. Brat mnie poprosił, żebym się rozejrzał za prezentem. Może pan go zapytać, on jutro przyjeżdża ze Sztokholmu.
- Wystarczy, że muszę twoich kłamstw wysłuchiwać, twojego brata już sobie daruję.
- Ja naprawdę szukałem telefonu dla ojca. Mnie nowy aparat nie jest potrzebny, mam dobrego smartfona, dostałem od brata na osiemnastkę.
Marczak wyjął z kieszeni telefon i uniósł go w górę.
- Daj mi go! - polecił podinspektor.
Chłopak przycisnął aparat do piersi.
- Po co?
- No daj mi go! - Juraszczyk zdecydowanym gestem wyciągnął rękę przez biurko. - Przecież go sobie nie przywłaszczę. Chcę tylko obejrzeć.
Marczak podał mu telefon. Podinspektor wstał i wyszedł z pokoju. Po chwili wrócił bez aparatu. Ula była mocno skonsternowana. Nie wiedziała, czy powinna zapisać ten fakt w protokole. Nie miała wątpliwości, że telefon wróci do właściciela, ale zapewne wcześniej któryś z funkcjonariuszy przejrzy jego zawartość. Kwalifikowało się to do nadużycia władzy policyjnej.
- Gdzie mój smartfon?
- Bezpieczny w rękach moich kolegów. Będziesz wychodził, to ci go oddamy.
Ula pospiesznie zanotowała to, co się wydarzyło w związku z telefonem świadka. Podinspektor zapewne wie, co robi, przecież to doświadczony funkcjonariusz, z wieloma sukcesami na koncie.
Juraszczyk znowu rozparł się na krześle, kładąc duże dłonie na udach.
- No co? Podasz mi nazwisko wspólnika?
- Nie mam wspólnika i nie mam nic wspólnego z tym napadem na sklep.
Nagle dłoń podinspektora zwinęła się w pięść i spadła z hukiem na blat biurka. Marczak drgnął przestraszony, Ula również.
- Słuchaj! Mamy twój telefon, ustalimy, z kim się kontaktowałeś w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin. Wkrótce będziemy mieli jego nazwisko. Zaoszczędzisz nam i sobie trochę czasu, podając je wcześniej. A kto wie, może nawet sędzia złagodzi ci wyrok w zamian za współpracę z wymiarem sprawiedliwości. Na razie z artykułu dwieście siedemdziesiąt osiem kodeksu karnego za przestępstwo kradzieży grozi ci do pięciu lat pozbawienia wolności.
Ula oderwała wzrok od monitora i spojrzała na świadka. Zaciskał zęby, próbując powstrzymać drżenie brody. Na płacz mu się raczej nie zbierało, był jednak mocno zdenerwowany.
- Kontaktowałem się z wieloma osobami w ciągu czterdziestu ośmiu godzin. Czy wszystkich ich uznacie za moich wspólników?
- Najpierw wyślemy do nich esemesa z pytaniem, czy wszystko dobrze, bo u ciebie doskonale. Zobaczymy, kto pierwszy oddzwoni albo odpisze.
W oczach Marczaka pojawił się lęk. Chyba czuł, że policyjny podstęp z telefonem może go wydać. Do tej pory był dla Uli tylko świadkiem, teraz zaczynała w nim widzieć przestępcę. Musiała też przyznać, że Juraszczyk miał dobry pomysł z odebraniem przesłuchiwanemu aparatu. Na pewno często to robił i nikt się dotąd nie poskarżył, bo w innym razie zaprzestałby tych praktyk.
- Nie macie prawa grzebać w moim telefonie. Oddajcie mi go!
- Krzysiu, nie unoś się tak. Mogłeś ze mną współpracować, podać nazwisko kolegi, a tak masz niezłe bagno.
- Nie mam nic wspólnego z tą kradzieżą, a właściwie mam tyle, że tam byłem. Mogło trafić na kogoś innego, a wypadło na mnie.
Podinspektor podniósł się z krzesła. Emanowały z niego pewność siebie i spokój. Ula zerkała na szefa z podziwem. Nie ma to jak doświadczenie w zawodzie. Juraszczyk miał za sobą dziesiątki przesłuchań i teraz przynosiło to efekt.
- Daję ci kilka minut. Mam nadzieję, że je dobrze wykorzystasz.
- O czym pan mówi? Na co mam wykorzystać te kilka minut?
- Na przemyślenia, Marczak. Zacznij już analizować swoje położenie.
Podinspektor wyszedł z pokoju przesłuchań, nie zamykając za sobą drzwi. Ula odnotowała to w protokole, po czym zamachała palcami w powietrzu. Najchętniej wstałaby i trochę się poprzeciągała. Kark jej zdrętwiał, ale nie od niewygodnej pozycji, lecz z napięcia. Nawet nie przypuszczała, że to przesłuchanie będzie ją tak emocjonowało. Spojrzała na Krzysztofa. Siedział ze spuszczoną głową i zaciśniętymi dłońmi.
Po kwadransie zaczęła się irytować, że Juraszczyk nie wraca. Co on sobie myśli? Że ona będzie tu siedzieć do nocy? Przesłuchiwany też się niecierpliwił. Kręcił się na krześle i spoglądał na otwarte drzwi. Nagle się odezwał:
- Mam tego dosyć. Wracam do domu.
Marczak wstał, ona również. Wiedziała, że powinna go zatrzymać. Jeśli teraz wyjdzie, to będzie jej wina.
- To jeszcze nie koniec przesłuchania. Proszę zostać.
- Nie mam takiego zamiaru.
Na korytarzu rozległy się kroki kilku osób. Ktoś głośno protestował, że się nie zgadza na takie traktowanie. Dotarł do nich wyniosły głos Juraszczyka, a potem czyjś śmiech. Ula zobaczyła, że Krzysztof blednie i osuwa się na krzesło. Podeszła do niego.
- Słabo panu? Może wody?
- Tak, wody.
Wybiegła z pokoju przesłuchań i na korytarzu wpadła na aspiranta Żuka. Lubiła tego policjanta o dużych brązowych oczach. Jako jedyny nie traktował jej z góry. Nie dawał do zrozumienia, że taka dziewuszka jak ona nie poradzi sobie w wydziale kryminalnym, do którego od razu trafiła, gdy inni zaczynali służbę od szlifowania krawężników.
- Gdzie się tak spieszysz?
- Po wodę dla świadka. Słabo mu się zrobiło.
- Na pewno symuluje.
- Nie sądzę, zrobił się blady jak ściana.
- Nie dziwię mu się. Chyba już wie, że się nie wywinie. Jura takich cwaniaczków łamie w ciągu godziny.
- Myślisz, że to potrwa jeszcze godzinę?
- Nie wiem. Godzinę albo piętnaście minut, ale finał może być tylko jeden. Dobrze, że Jura wziął cię do protokołowania. Zobaczysz, jak się wyciąga od przestępców przyznanie się do winy.
- Proszę, przypilnuj świadka - rzuciła przez ramię, wymijając aspiranta.
Wpadła do pomieszczenia socjalnego. Pospiesznie nalała wody do szklanki i wyszła na korytarz. Gdy przechodziła obok zamkniętych drzwi pokoju numer dwa, usłyszała podniesiony głos. Nie rozpoznała, do którego z policjantów należał, ale wyglądało na to, że tam też trwało przesłuchanie.
Mariusz stał w progu. Na jej widok się odsunął. Podziękowała mu uśmiechem i weszła do środka.
Podała szklankę z wodą chłopakowi. Od razu wypił całą zawartość.
- Ja stąd wychodzę - oznajmił drżącymi wargami. - Już wszystko powiedziałem.
- To podinspektor decyduje o końcu przesłuchania. Proszę usiąść i czekać na ciąg dalszy.
Chłopak się roześmiał.
- Nie możecie mnie tu zatrzymać siłą i zmusić, żebym dalej zeznawał. Nie macie takiego prawa.
- No, proszę, jaki znawca prawa nam się trafił - odezwał się Juraszczyk, wchodząc do pokoju.
Ula ponownie zajęła miejsce przed klawiaturą komputerową, a podinspektor stanął za biurkiem.
- Mamy już twojego wspólnika. Właśnie go przywieźli. Nazywa się Mateusz Jagielski.
- To jest mój kumpel, a nie wspólnik.
- Wiesz, co odpisał, gdy wysłaliśmy mu esemesa? Że nie przypuszczał, że to będzie takie proste. No niestety, pomylił się. Właśnie się tłumaczy w pokoju obok.
- Nic na nas nie macie.
- Mamy monitoring, na którym widać złodzieja z kapturem naciągniętym na głowę i twarzą zasłoniętą szalikiem, miał też okulary przeciwsłoneczne. Sylwetka i wzrost pasują do Mateusza Jagielskiego. No i buty... twój kolega zmienił bluzę i spodnie, ale buty zostawił. Błąd.
Krzysztof Marczak uniósł się z krzesła. Trzymał przed sobą dłonie zaciśnięte w pięści, jak gdyby szykował się do ciosu.
- Człowieku, co ty pierdolisz? Przecież całe mnóstwo ludzi ma taką sylwetkę jak Mati i takie buty.
- Usiądź! - polecił podinspektor.
Chłopak nadal stał z zaciętym wyrazem twarzy.
- Siadaj! - wrzasnął Juraszczyk.
Ula drgnęła przestraszona, a Marczak opadł na krzesło.
- Czy przyznajesz się do kradzieży czterech telefonów komórkowych ze sklepu przy ulicy Pułkownika Dąbka sto pięćdziesiąt dwa?
- Nie.
- Gdzie są skradzione aparaty?
- Nie skroiłem ich.
- Czy Mateusz Jagielski jest twoim wspólnikiem?
- Nie.
- Dlaczego wybraliście właśnie ten sklep?
- Poszedłem tam poszukać prezentu dla ojca.
- Mieliście zamówienie na te telefony?
- Nie.
- Czy przyznajesz się do kradzieży czterech telefonów komórkowych ze sklepu przy ulicy Pułkownika Dąbka sto pięćdziesiąt dwa?
Ula nie zanotowała tego pytania, bo już miała je zapisane, zrobiła to dosłownie przed trzema minutami. Trzymała palce na klawiaturze, była gotowa do dalszego protokołowania. Zdumiona wsłuchiwała się w głos Juraszczyka, gdy powtórzył te same pięć pytań. Nie zapisała ich ani odpowiedzi udzielonych przez Marczaka, bo były identyczne jak przed paroma minutami. Ula wiedziała, o co chodzi Juraszczykowi. Liczył na to, że chłopak na odczepnego przyzna się do przestępstwa, bo po prostu będzie miał dosyć przesłuchania.
Marczak nagle wstał.
- Chciałbym iść do toalety.
- Nie teraz. Siadaj.
- Ale ja muszę.
- Jeśli zaczniesz łazić po komendzie, to prędko nie skończymy, a przecież zależy nam na tym, żeby się jak najszybciej pożegnać.
Chłopak usiadł. Zaczęła się kolejna runda tych samych pięciu pytań. Odpowiadał ciszej i wolniej, jak gdyby dopadło go znużenie. Umilkł dopiero wtedy, gdy po raz czwarty padło to samo pytanie. Ula tym razem zaprotokołowała ten fragment przesłuchania, myśląc, że to wygląda na podręcznikowe dręczenie świadka.
Za ścianą rozległ się krzyk. Marczak rozejrzał się zaskoczony, a Ula posłała zaniepokojone spojrzenie podinspektorowi. Powinien zareagować, przecież w pokoju obok dzieje się coś złego. On jednak siedział rozparty na krześle.
- No, co, Krzysiu, twój kolega chyba się łamie. Sądzę, że zaraz złoży zeznania obciążające was obu.
- Chciałbym zadzwonić do rodziców. Niech pan odda mi telefon.
- Oj! Krzysiu chce się poskarżyć mamie i tacie. Zaraz mamusia przyleci i wytrze nosek Krzysiowi.
Juraszczyk otwarcie szydził ze świadka. Uli bardzo się to nie podobało. Miała przed oczami swoją notatkę ze szkolenia policyjnego, w której dwukrotnie podkreśliła zdanie mówiące o tym, że pracownik służby śledczej powinien posiadać wysoką inteligencję, konstruktywną wyobraźnię i nienaruszalne zasady etyczne. Podinspektor nie mógł się pochwalić żadną z tych cech. Zupełnie niezrozumiały był dla niej zachwyt aspiranta Żuka nad umiejętnościami Juraszczyka. Że niby ona dużo się nauczy podczas protokołowania tego przesłuchania. Na razie jest wyłącznie zniesmaczona.
- Chciałbym zadzwonić po adwokata. Tego nie może mi pan zabronić.
- Po adwokata? Ale po co? Przecież zeznajesz jako świadek, a nie podejrzany. Niepotrzebna ci papuga.
Chłopak podniósł się i pochylił nad biurkiem.
- Ty chuju, oddaj mi telefon - wysyczał przez zaciśnięte zęby.
Ula pokiwała głową. To musiało się tak skończyć, a jedynym winnym jest Juraszczyk. Na własne życzenie ma teraz agresywnego świadka.
Podinspektor wstał. Sylwetką dominował nad Marczakiem, mężczyzna naprzeciwko chłopca. Nagle pięścią uderzył świadka w bok głowy. Tamten jęknął i zachwiał się, potrącając stojące za nim krzesło. Ula zasłoniła dłonią usta, żeby nie krzyknąć. Wszystko się w niej buntowało przeciwko tej sytuacji, ale nie odważyła się na otwarty protest. Miała nadzieję, że funkcjonariusz zaraz się opamięta.
- Do mnie zwracasz się w słowach: Panie podinspektorze Juraszczyk. Czy to jest jasne?
Chłopak milczał. Z oczu leciały mu łzy.
- Zadałem ci pytanie. Odpowiedz!
- Tak, to jest dla mnie jasne.
Za ścianą ponownie rozległ się krzyk, tym razem dłuższy, zakończony zawodzeniem, świadczący o tym, że wyrwał się z gardła osoby, której zadano ból.
Marczak ponownie usiadł na krześle, łapiąc się za jego boki, jak gdyby bał się, że zaraz się z niego zsunie.
- Podinspektorze Juraszczyk, proszę, niech pan mnie stąd wypuści. Ja nic złego nie zrobiłem.
- Myślisz, Krzysiu, że nie wiem, na co umówiłeś się ze swoim wspólnikiem?
- Ja się na nic nie umawiałem.
- A właśnie, że się umówiliście, że będziecie szli w zaparte, że za nic się nie przyznacie do kradzieży. To nie było mądre, bo trafiliście na mnie.
Ula zaczęła ponownie protokołować, choć ręce się jej trzęsły. O uderzeniu świadka w głowę nie napisała. Gdyby to zrobiła, Juraszczyk i tak kazałby jej ten fragment usunąć. Chciała, aby przesłuchanie już się skończyło. Niech ten chłopak się przyzna albo niech podinspektor mu odpuści.
- Czy zrabowałeś cztery telefony ze sklepu przy ulicy Pułkownika Dąbka sto pięćdziesiąt dwa?
Zanotowała to pytanie, a następnie przeczącą odpowiedź świadka. Odetchnęła na moment, gdy podinspektor wyszedł na korytarz. Może ktoś mu przemówi do rozsądku. Przecież to niemożliwe, żeby funkcjonariusze nie wiedzieli, co się dzieje w firmie. Te krzyki z sąsiedniego pokoju muszą docierać do wielu osób. Niech ktoś w końcu zareaguje i przerwie ten horror.
Za chwilę miała się przekonać, że najgorsze dopiero przed nią.
Do pokoju wszedł sierżant Wojtaszek. Miał na sobie dres i czarne trampki. W obu dłoniach ściskał pałkę i kołysał się, jak gdyby stał na pokładzie łodzi. Zamachnął się i uderzył Marczaka w łokieć. Ten jęknął i zwinął się na krześle. Ula poderwała się.
- Przestań! - wrzasnęła.
Wojtaszek nawet na nią nie spojrzał. Wymierzył po raz kolejny, trafiając świadka w drugi łokieć. Tamten zawył z bólu.
- Nie bij go!
Chciała, aby jej głos zabrzmiał stanowczo, ale sama czuła, że brzmi jak u wystraszonego dziecka.
Sierżant uderzył Marczaka w ścięgno Achillesa. Krzyk wdarł się w uszy Uli, a przed oczami mignęła jej wykrzywiona cierpieniem i strachem twarz chłopaka. Rzuciła się na Wojtaszka, próbując złapać go za ręce. Odepchnął ją i znowu się zamierzył. Wybiegła na korytarz i stanęła jak wryta.
Podinspektor Juraszczyk opierał się o futrynę sąsiednich drzwi. W ustach trzymał papierosa. Jego ogolona czaszka lśniła w elektrycznym świetle, a cała postawa świadczyła o tym, że właśnie ma chwilę relaksu. Towarzyszyła mu ładna blondynka w mundurze, której Ula nie miała jeszcze okazji poznać, oraz aspirant Żuk. Wszyscy spokojnie gawędzili. Miała ochotę zapytać: Ludzie, czy was popierdoliło? Co wy robicie? Milczała jednak, a gdy podinspektor ruchem głowy pokazał, żeby wróciła do pokoju przesłuchań, zrobiła to.
Wojtaszek skończył właśnie swoją robotę. Wyminął się z nią w drzwiach, dzierżąc w górze pałkę. W pomieszczeniu unosiła się woń potu. Marczak leżał skulony na podłodze i płakał. Stanęła przy nim. Chciała mu pomóc, ale nie wiedziała jak.
- No, Krzysiu, podnoś się z podłogi. Wystarczy tego leżakowania, to nie przedszkole.
Podinspektor stał w drzwiach i dopalał papierosa. Pod siłą jego wzroku Ula zajęła miejsce za klawiaturą. Chłopak jednak leżał dalej. Juraszczyk zbliżył się do niego i szturchnął butem.
- Podnoś się.
Marczak wdrapał się na krzesło. Cały dygotał. Rękawem bluzy wytarł nos.
- No to co? Przyznajesz się do rabunku?
Chłopak schował głowę w ramionach, a potem wyszeptał:
- Nie.
Ula nabrała przekonania, że Marczak nie ma nic wspólnego z tą kradzieżą, bo w przeciwnym razie by się przyznał po takim laniu.
- No, dobra, twardy jesteś - mruknął podinspektor. - Już pokazałeś, że masz jaja, teraz możesz opowiedzieć, jak to było naprawdę. Twój kolega już to zrobił.
Chłopak kiwał się w przód i tył. Koło jego buta leżał srebrny krzyżyk. Zapewne zerwał mu się z szyi, gdy sierżant Wojtaszek go okładał. Schylił się i go podniósł.
- Nie skroiłem tych telefonów. Poszedłem do sklepu, aby znaleźć prezent dla ojca.
Juraszczyk westchnął z rezygnacją.
- Sam tego chciałeś. Idę po paralizator.
Ula czuła, jak przerażenie ściska ją za gardło. Robiło się naprawdę niebezpiecznie. Paralizator mógł zabić. Czy świadek zdawał sobie z tego sprawę? Gdy Juraszczyk wyszedł z pokoju, złapała oddech i powiedziała:
- Przyznaj się. Potem w sądzie wszystkiego się wyprzesz.
Marczak patrzył na nią otępiałym wzrokiem. W dłoni ściskał krzyżyk.
- Przyznaj się, bo on cię zabije.
Podinspektor wrócił do pokoju i stanął za plecami chłopaka. Przycisnął mu do karku paralizator.
- Wiesz, dlaczego tutaj? Bo to miejsce mocno unerwione. Mógłbym ci jeszcze przyłożyć elektrody do krocza. Zaraz przesunę włącznik i porazi cię sto pięćdziesiąt tysięcy woltów, mięśnie ci się skurczą tak mocno, że możesz się zesrać, a przede wszystkim będziesz się zwijał z bólu.
Ula poczuła strużkę potu spływającą po plecach. Chłopak też się pocił. Miał mokrą całą twarz.
- No i co? Przyznajesz się?
Milczenie.
- Liczę do trzech. Raz, dwa, trzy.
Rozległ się cichy odgłos przesuwanego włącznika, a potem jeszcze cichsze brzęczenie, po którym nastąpił przeraźliwy wrzask Marczaka. W tej samej chwili chłopak zwalił się na podłogę.
Ula uniosła ręce, aby zatkać sobie uszy. Wciąż dźwięczał w nich przepełniony bólem krzyk. Gdy podjęła decyzję o pracy w policji, czuła się silna i odważna. Gotowa była walczyć zarówno z drobnymi przestępcami, jak i wielką mafią. Teraz była świadkiem tortur nad bezbronnym człowiekiem i trzęsła się ze strachu jak galareta. Zareagowała, gdy sierżant Wojtaszek okładał pałką chłopaka, ale stanąć przeciwko podinspektorowi Juraszczykowi nie miała odwagi. Bała się, że porazi ją tym paralizatorem.
Marczak przyznał się do winy, leżąc na podłodze. Szlochając, błagał, żeby już więcej nie razić go prądem.
Ula zdrętwiałymi palcami zapisywała okoliczności kradzieży, które chłopak relacjonował urywanymi zdaniami. Po wszystkim wydrukowała protokół. Podinspektor go przeczytał, po czym kazał jej usunąć fragmenty świadczące o nadużyciu władzy policyjnej.
Marczakowi nie dane było zapoznać się z treścią protokołu. Podpisał go na stanowcze polecenie Juraszczyka. Ona zostawiła swój autograf jako ostatnia.