Kształt ruin - Juan Gabriel Vásquez

Kup ebooka

39.99 zł
21.99 zł (30,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kiedy widzia­łem go po raz ostatni, Car­los Car­ballo gra­mo­lił się do poli­cyj­nej fur­go­netki. Ręce miał skute kaj­dan­kami na ple­cach, głowę zato­pioną w ramio­nach, a napis na dole ekranu infor­mo­wał o powo­dach jego aresz­to­wa­nia; pró­bo­wał ukraść gar­ni­tur sukienny zamor­do­wa­nego poli­tyka. Był to ulotny obraz wyło­wiony przy­pad­kiem z wie­czor­nego wyda­nia wia­do­mo­ści, pomię­dzy nachal­nym gadul­stwem reklam a nie­długo przed wia­do­mo­ściami spor­to­wymi, i pamię­tam, że pomy­śla­łem wów­czas o milio­nach tele­wi­dzów, któ­rzy oglą­dają ze mną tę scenę, ale spo­śród nich wszyst­kich tylko ja mogłem, nie kła­miąc, powie­dzieć, że nie jestem zasko­czony. Wszystko roze­grało się w sta­rym domu Jorge Elie­cera Gaitana, zamie­nio­nym obec­nie w muzeum, do któ­rego co roku piel­grzy­mują tłumy odwie­dza­ją­cych, żeby cho­ciaż przez krótką chwilę zetknąć się pośred­nio z naj­słyn­niej­szą zbrod­nią poli­tyczną w kolum­bij­skiej histo­rii. Ten gar­ni­tur z sukna Gaitán miał na sobie 9 kwiet­nia 1948 roku, gdy Juan Roa Sierra, sym­pa­ty­zu­jący z nazi­zmem młody męż­czy­zna, który flir­to­wał nie­gdyś z sek­tami różo­krzy­żow­ców i miał w zwy­czaju roz­ma­wiać z Dzie­wicą Maryją, cze­kał na niego przy wyj­ściu z kan­ce­la­rii i z odle­gło­ści kilku metrów oddał cztery strzały na środku uczęsz­cza­nej ulicy, w peł­nym słońcu bogo­tań­skiego połu­dnia. Kule prze­szyły mary­narkę i kami­zelkę, a ludzie, któ­rzy o tym wie­dzą, odwie­dzają muzeum tylko po to, żeby zoba­czyć ciemne dziury pustki. Car­los Car­ballo, można by pomy­śleć, był jed­nym z tych odwie­dza­ją­cych.

Wyda­rzyło się to w drugą środę kwiet­nia 2014 roku. Ponoć Car­ballo wszedł do muzeum około jede­na­stej rano, przez wiele godzin snuł się po nim jak pogrą­żony w reli­gij­nym tran­sie albo przy­sta­wał przed tomami kodeksu kar­nego z prze­chy­loną głową, albo oglą­dał film doku­men­talny uka­zu­jący pło­nące tram­waje i wzbu­rzo­nych ludzi z macze­tami, pusz­czany wciąż od nowa w godzi­nach otwar­cia dla zwie­dza­ją­cych. Zacze­kał na odej­ście ostat­nich uczniów w mun­dur­kach, żeby wejść na dru­gie pię­tro, gdzie w wysta­wio­nej na publiczny widok witry­nie prze­cho­wy­wano gar­ni­tur, który miał na sobie Gaitán w dniu śmierci, i zaczął walić w grube szkło ręką uzbro­joną w kastet. Udało mu się poło­żyć dłoń na ramie­niu mary­narki gra­na­to­wej jak noc, ale nie miał czasu na nic wię­cej, bo straż­nik pil­nu­jący porządku na dru­gim pię­trze, zaalar­mo­wany hała­sem, już celo­wał do niego z pisto­letu. Car­ballo zauwa­żył wów­czas, że poka­le­czył się odłam­kami szkła z witryny, i zaczął obli­zy­wać sobie knyk­cie jak bez­pań­ski pies. Ale nie wyda­wał się szcze­gól­nie zmar­twiony. W tele­wi­zji młoda spi­kerka w bia­łej bluzce i spód­niczce w szkocką kratę pod­su­mo­wała to tak:

"Jakby przy­ła­pano go na malo­wa­niu po murach".

Wszyst­kie gazety następ­nego dnia infor­mo­wały o nie­do­szłej kra­dzieży. Ludzie dzi­wili się, pełni hipo­kry­zji, że mit Gaitana budzi podobne emo­cje sie­dem­dzie­siąt sześć lat po jego śmierci, nie­któ­rzy nawet po raz n-ty porów­nali to zabój­stwo z zabój­stwem Ken­nedy'ego sprzed ponad pięć­dzie­się­ciu lat, które wciąż nie prze­sta­wało fascy­no­wać. Przy­po­mi­nali, jakby była potrzeba, nie­prze­wi­dziane kon­se­kwen­cje mor­der­stwa: mia­sto pło­nące od ludo­wych pro­te­stów, snaj­pe­rzy roz­miesz­czeni na dachach, strze­la­jący do wszyst­kich jak leci, kraj pogrą­żony w woj­nie przez kilka kolej­nych lat. Te same infor­ma­cje powta­rzały się wszę­dzie, mniej lub bar­dziej szcze­gó­łowo, mniej lub bar­dziej melo­dra­ma­tycz­nie, mniej lub bar­dziej okra­szone obra­zami, na przy­kład zdję­ciami tłumu, który wła­śnie zlin­czo­wał mor­dercę i cią­gnie jego pół­na­gie ciało Siódmą Aleją w kie­runku Pałacu Pre­zy­denc­kiego, ale żadne medium nie odwa­żyło się na spe­ku­la­cję, choćby nawet cał­ko­wi­cie pozba­wioną pod­staw, na temat praw­dzi­wych powo­dów, które przy­wio­dły męż­czy­znę nie­bę­dą­cego sza­leń­cem do próby kra­dzieży podziu­ra­wio­nego ubra­nia słyn­nej ofiary zabój­stwa. Nikt nie zadał sobie tego trudu, a potem dzien­ni­ka­rze zaczęli powoli zapo­mi­nać o Car­lo­sie Car­ballu. Kolum­bij­czycy przy­tło­czeni codzienną prze­mocą, nad którą nie mają nawet czasu się zafra­so­wać, pozwo­lili, żeby ten nie­groźny w grun­cie rze­czy czło­wiek roz­pły­nął się jak cień w wie­czor­nym mroku. Nikt wię­cej o nim nie myślał.

To mię­dzy innymi jego histo­rię chcę opo­wie­dzieć. Nie twier­dzę, że dobrze go zna­łem, ale osią­gnę­li­śmy pewien poziom zaży­ło­ści, jaki osią­gają jedy­nie ci, któ­rzy pra­gną się nawza­jem oszu­kać. Aby zacząć swoją opo­wieść (jak prze­czu­wam, i prze­ga­daną, i nie­kom­pletną), muszę wspo­mnieć o czło­wieku, który nas sobie przed­sta­wił, gdyż to, co spo­tkało mnie póź­niej, nabie­rze sensu dopiero, kiedy zre­la­cjo­nuję, w jakich oko­licz­no­ściach poja­wił się w moim życiu Fran­ci­sco Bena­vi­des. Wczo­raj spa­ce­ru­jąc po cen­trum Bogoty -?tu roze­grała się część opi­sy­wa­nych przeze mnie wyda­rzeń -?i pró­bu­jąc upew­nić się raz jesz­cze, że nic mi nie umknęło pod­czas bole­snej rekon­struk­cji, nagle zda­łem sobie sprawę, że zapy­tuję na głos, w jaki spo­sób dowie­dzia­łem się tych rze­czy, bez któ­rych być może byłoby mi lepiej; jak to się stało, że spę­dzi­łem tyle czasu, myśląc o tam­tych umar­łych, z nimi dzie­ląc życie, roz­ma­wia­jąc, słu­cha­jąc ich lamen­tów i samemu lamen­tu­jąc, że nie mogę zro­bić nic, żeby ulżyć im w cier­pie­niu. I ku swo­jemu zdu­mie­niu stwier­dzi­łem, że wszystko zaczęło się od pew­nych słów, rzu­co­nych lekko przez dok­tora Bena­vi­desa, kiedy zapra­szał mnie do swo­jego domu. W tam­tej chwili sądzi­łem, że godzę się dla­tego, bo nie wypada ską­pić czasu oso­bie, która swój poświę­ciła mi w trud­nym momen­cie; spo­dzie­wa­łem się, że wizyta będzie czystko kur­tu­azyjna, okaże się jedną z tak wielu życio­wych bła­ho­stek. Nie mogłem wie­dzieć, jak bar­dzo się mylę, tej nocy bowiem została wpra­wiona w ruch machina prze­ra­że­nia, a zatrzy­mać ją miała dopiero ta książka; książka napi­sana jako próba oczysz­cze­nia się ze zbrodni, któ­rych wpraw­dzie nie popeł­ni­łem, ale które odzie­dzi­czy­łem.

Fran­ci­sco Bena­vi­des nale­żał do grona cie­szą­cych się naj­lep­szą repu­ta­cją chi­rur­gów w naszym kraju, był miło­śni­kiem whi­sky sin­gle malt i zapa­lo­nym czy­tel­ni­kiem, acz­kol­wiek ni­gdy nie omiesz­kał zazna­czać, że bar­dziej inte­re­suje go histo­ria niż fik­cja, i jeśli prze­czy­tał któ­rąś z moich powie­ści, to tylko ze względu na sen­ty­ment, jaki żywi dla swo­ich pacjen­tów. Ja, ści­śle rzecz ujmu­jąc, nie byłem jego pacjen­tem, ale skon­tak­to­wa­li­śmy się po raz pierw­szy wła­śnie z powodu moich pro­ble­mów zdro­wot­nych. Pew­nej nocy w 1996 roku, kilka tygo­dni po prze­pro­wadzce do Paryża, pró­bo­wa­łem roz­szy­fro­wać esej Geo­r­ges'a Pereca, kiedy poczu­łem jakieś dziwne zgru­bie­nie pod prawą kością szczę­kową. Przy­po­mi­nała kulkę pod skórą. Przez następ­nych kilka dni kulka uro­sła, ale ja byłem tak sku­piony na zmia­nie w moim życiu, na zgłę­bia­niu reguł nowego mia­sta i pró­bach zna­le­zie­nia w nim swo­jego miej­sca, że nie zwra­ca­łem na to uwagi. Minęło kilka kolej­nych dni, a ja mia­łem tak spuch­niętą śli­niankę, że znie­kształ­cała mi twarz; ludzie na ulicy patrzyli na mnie współ­czu­jąco, a jedna kole­żanka z roku prze­stała odpo­wia­dać mi na dzień dobry z obawy przed zara­że­niem się jakąś nie­znaną cho­robą. Zaczęły się bada­nia, cały legion pary­skich leka­rzy nie zdo­łał posta­wić traf­nej dia­gnozy, jeden z nich, któ­rego nazwi­ska nie chcę sobie przy­po­mnieć, odwa­żył się nawet zasu­ge­ro­wać chło­niaka. Wtedy moja rodzina zwró­ciła się do Bena­vi­desa, żeby zapy­tać, czy to moż­liwe. Nie był on wpraw­dzie spe­cja­li­stą od onko­lo­gii, ale przez ostat­nie lata zaj­mo­wał się cho­rymi w sta­dium ter­mi­nal­nym, robił to po godzi­nach i za darmo. I cho­ciaż nie­zbyt odpo­wie­dzialne było dia­gno­zo­wać kogoś, kto zna­lazł się po dru­giej stro­nie oce­anu, szcze­gól­nie w epoce, kiedy tele­fony nie prze­sy­łały zdjęć, a kom­pu­tery nie miały wbu­do­wa­nych kamer, to jed­nak Bena­vi­des nie poża­ło­wał swego czasu, wie­dzy i intu­icji, a jego trans­oce­aniczne wspar­cie pomo­gło mi tak bar­dzo jak osta­teczna dia­gnoza. "Gdyby miał pan to, czego szu­kają", powie­dział mi przez tele­fon, "już dawno by to zna­leźli". Pokrętna logika tego zda­nia była dla mnie jak koło ratun­kowe rzu­cone toną­cemu; ten, kto się go chwyta, nie zasta­na­wia się, czy aby nie jest dziu­rawe.

Po kilku tygo­dniach (spę­dzi­łem je zawie­szony w jakimś bez­cza­sie, roz­my­śla­jąc cią­gle o bar­dzo kon­kret­nej moż­li­wo­ści, że moje życie dobie­gnie końca po zale­d­wie dwu­dzie­stu trzech latach, a jed­no­cze­śnie tak ogłu­szony tym cio­sem, że nie zdo­ła­łem poczuć praw­dzi­wego stra­chu ani praw­dzi­wego smutku) pewien inter­ni­sta -?przy­pad­kiem pozna­łem go w Bel­gii -?czło­nek Leka­rzy bez Gra­nic, świeżo po powro­cie z ogar­nię­tego kosz­ma­rem Afga­ni­stanu, rzu­cił okiem i roz­po­znał u mnie postać gruź­licy ata­ku­ją­cej węzły chłonne, nie­wy­stę­pu­jącą już w Euro­pie, ale wciąż spo­ty­kaną (jak mi powie­dziano bez cudzy­słowu, któ­rego użyję teraz) w "trze­cim świe­cie". Przy­jęto mnie do szpi­tala w Liege, zamknięto w ciem­nej sali, zro­biono bada­nie, od któ­rego paliła mnie krew, znie­czu­lono mnie, otwo­rzono prawą stronę twa­rzy pod kością szczę­kową, żeby pobrać próbkę węzła chłon­nego i zosta­wić do hodowli; po tygo­dniu labo­ra­to­rium potwier­dziło dia­gnozę, którą przy­były z Afga­ni­stanu lekarz posta­wił bez tak kosz­tow­nych badań. Przez dzie­więć mie­sięcy przyj­mo­wa­łem trzy anty­bio­tyki, które bar­wiły mój mocz na kolor jaskra­wo­po­ma­rań­czowy; opuch­nięty węzeł powoli się zmniej­szał, aż pew­nego ranka poczu­łem wil­goć na poduszce i uświa­do­mi­łem sobie, że guz pękł. Potem rysy mojej twa­rzy powró­ciły do nor­mal­no­ści (z wyjąt­kiem dwóch blizn, jed­nej dys­kret­nej i tej po zabiegu chi­rur­gicz­nym, bar­dziej rzu­ca­ją­cej się w oczy) i w końcu mogłem zosta­wić ten epi­zod za sobą, cho­ciaż przez wszyst­kie minione lata nie zdo­ła­łem zapo­mnieć o nim cał­ko­wi­cie, gdyż bli­zny nie­ustan­nie każą mi wra­cać do niego pamię­cią. Poczu­cie wdzięcz­no­ści dla dok­tora Bena­vi­desa towa­rzy­szyło mi od tam­tej pory. A kiedy dzie­więć lat póź­niej spo­tka­li­śmy się po raz pierw­szy, od razu przy­szło mi do głowy, że nie podzię­ko­wa­łem mu tak, jak powi­nie­nem. Być może z tego powodu tak szybko zaak­cep­to­wa­łem jego poja­wie­nie się w moim życiu.

Spo­tka­li­śmy się przy­pad­kiem w kawiarni kli­niki Santa Fe. Moja żona leżała tu od pięt­na­stu dni, sta­ra­li­śmy się sta­wić czoło oko­licz­no­ściom, które zmu­siły nas do prze­dłu­że­nia pobytu w Bogo­cie. Wylą­do­wa­li­śmy w sto­licy na początku lipca, dzień po Świę­cie Nie­pod­le­gło­ści, z zamia­rem spę­dze­nia euro­pej­skich let­nich waka­cji z rodzi­nami i powrotu do Bar­ce­lony odpo­wied­nio wcze­śnie przed prze­wi­dzianą datą porodu. Ciąża do dwu­dzie­stego czwar­tego tygo­dnia prze­bie­gała pod­ręcz­ni­kowo, za co byli­śmy wdzięczni każ­dego dnia; wie­dzie­li­śmy bowiem, że ciąża bliź­nia­cza z defi­ni­cji przy­pi­sy­wana jest do kate­go­rii wyso­kiego ryzyka. Ta nor­mal­ność skoń­czyła się pew­nej nie­dzieli, kiedy po nocy dziw­nych dole­gli­wo­ści i bólów odwie­dzi­li­śmy dok­tora Ricarda Ruedę, spe­cja­li­stę od lecze­nia nie­płod­no­ści, który poma­gał nam od początku. Po dokład­nym bada­niu USG prze­ka­zał nam wia­do­mość.

"Niech pan poje­dzie do domu po rze­czy", powie­dział. "Pań­ska żona na razie tu zostaje".

Wyja­śnił nam, co się dzieje, tonem i sło­wami osoby, która ogła­sza wia­do­mość o poża­rze w sali kino­wej; nie może zlek­ce­wa­żyć powagi sytu­acji, ale musi zacho­wać umiar, żeby ludzie nie poza­bi­jali się, ucie­ka­jąc w popło­chu. Opo­wie­dział szcze­gó­łowo, na czym polega nie­wy­dol­ność szyjki macicy, zapy­tał M, czy miała skur­cze, a na koniec oznaj­mił, że konieczny będzie pilny zabieg, żeby opóź­nić nie­od­wra­calny pro­ces, który bez naszej wie­dzy już się roz­po­czął. Potem dodał - loka­li­zu­jąc ogień, sta­ra­jąc się zapo­biec wybu­chowi paniki -?że musimy się pogo­dzić z per­spek­tywą przed­wcze­snego porodu; teraz cho­dziło o to, żeby w tej nie­ko­rzyst­nej sytu­acji opóź­nić go jak naj­bar­dziej, od tego, ile czasu uda się zyskać, zależą szanse na prze­ży­cie naszych córek. Jed­nym sło­wem zaczę­li­śmy wyścig z kalen­da­rzem, wie­dzie­li­śmy, że nie możemy go prze­grać, bo porażki tego kali­bru ruj­nują życie. Od tej chwili wszyst­kie dzia­ła­nia miały na celu opóź­nić poród. Kiedy nad­szedł wrze­sień, M spę­dziła już dwa mie­siące w sali na pierw­szym pię­trze kli­niki, miała zakaz wsta­wa­nia z łóżka i codzien­nie pod­da­wana była bada­niom, które wysta­wiały na próbę naszą wytrzy­ma­łość, odwagę i nasze nerwy.

Codzien­nym rytu­ałem stały się zastrzyki z kor­ty­zonu, mające przy­spie­szyć doj­rze­wa­nie płuc naszych nie­na­ro­dzo­nych córek, pobra­nia krwi tak czę­ste, że żona miała pokłute całe ręce, nie­koń­czące się USG, nie­kiedy nawet dwu­go­dzinne, mające usta­lić stan mózgów, krę­go­słu­pów, dwóch serc biją­cych szyb­ciutko, ale ni­gdy w jed­nym ryt­mie. Noce nie były spo­koj­niej­sze. Pie­lę­gniarki wcho­dziły co chwilę, noto­wały coś na kar­cie pacjenta, zada­wały pyta­nia, a cią­głe nie­wy­spa­nie i napię­cie, w któ­rym żyli­śmy, spra­wiały, że czu­li­śmy się nie­ustan­nie ziry­to­wani. M zaczęła mieć skur­cze, któ­rych jesz­cze nie czuła; żeby je zmniej­szyć (ni­gdy nie dowie­dzia­łem się, czy cho­dziło o ich czę­sto­tli­wość czy o siłę), poda­wano jej lek o nazwie Ada­lat, któ­rego dzia­ła­nie uboczne pole­gało na ude­rze­niach gorąca, zmu­sza­ją­cych mnie do otwie­ra­nia na oścież okna sali i spa­nia w lodo­wa­tym zim­nie bogo­tań­skich nocy. Cza­sami kiedy chłód albo cią­głe wizyty pie­lę­gnia­rek sku­tecz­nie prze­pła­szały sen, sze­dłem prze­spa­ce­ro­wać się po wylud­nio­nej kli­nice; jeśli znaj­do­wa­łem jakiś oświe­tlony kącik, czy­ta­łem kilka stron Lolity w wyda­niu, z któ­rego okładki patrzył na mnie Jeremy Irons, albo snu­łem się kory­ta­rzami pogrą­żo­nymi w pół­mroku -?o tej porze gaszono połowę neo­no­wych lamp - sze­dłem z naszej sali na oddział neo­na­to­lo­gii, a potem do pocze­kalni na oddziale chi­rur­gii jed­nego dnia. Pod­czas tych noc­nych prze­cha­dzek bia­łymi kory­ta­rzami pró­bo­wa­łem sobie przy­po­mnieć ostat­nie wyja­śnie­nia leka­rzy i usta­lić ryzyko, na jakie nara­żone byłyby dziew­czynki, gdyby uro­dziły się w tej chwili; potem pró­bo­wa­łem poli­czyć, jak dużo przy­brały na wadze w ciągu ostat­nich dni i czas, w jakim osią­gną mini­malną wagę konieczną do prze­ży­cia, i dzi­wi­łem się, że mój stan ducha zależy wyłącz­nie od tych, pra­co­wi­cie zli­cza­nych, przy­by­wa­ją­cych gra­mów. Ni­gdy jed­nak nie odda­la­łem się zbyt­nio od sali żony i przez cały czas mia­łem tele­fon w ręku, nie w kie­szeni, żeby być pew­nym, że go usły­szę. I patrzy­łem na niego czę­sto: żeby spraw­dzić, czy mam zasięg, że sygnał jest dobry, że córki nie uro­dzą się pod moją nie­obec­ność przez brak czte­rech kre­se­czek na małym sza­rym fir­ma­men­cie cie­kło­kry­sta­licz­nego wyświe­tla­cza.

Pod­czas jed­nej z tych noc­nych wycie­czek natkną­łem się na dok­tora Bena­vi­desa, choć wła­ści­wie to on mnie roz­po­znał. Mie­sza­łem znu­żony moją drugą kawę z mle­kiem, sie­dząc w głębi otwar­tego non stop baru, z daleka od grupy stu­den­tów robią­cych sobie chyba prze­rwę w trak­cie noc­nego dyżuru (na któ­rym w moim mie­ście, peł­nym drob­niej­szych i poważ­niej­szych aktów prze­mocy, zawsze jest duży ruch), w czy­ta­nej książce Lolita i Hum­bert Hum­bert zaczy­nali swoją podróż po Sta­nach Zjed­no­czo­nych, z motelu do motelu, zna­cząc kolejne par­kingi łzami i zaka­zaną miło­ścią, wpra­wia­jąc w ruch geo­gra­fię. To on do mnie pod­szedł, przed­sta­wił się skrom­nie i zapy­tał o dwie rze­czy: czy go pamię­tam i jak skoń­czyła się histo­ria moich węzłów chłon­nych. Zanim zdą­ży­łem mu odpo­wie­dzieć, przy­siadł się z wła­snym kub­kiem kawy, trzy­mał go mocno, jakby się bał, że ktoś mu go nagle wyrwie. Nie był to jeden z tych pla­sti­ko­wych kub­ków z obozu dla uchodź­ców, jakie dawali nam, ale solidny cera­miczny kubek poma­lo­wany w ciem­no­nie­bie­skie wzory: logo uni­wer­sy­tetu wyła­niało się nieco roz­pacz­li­wie spod małych dłoni, spod roz­cza­pie­rzo­nych pal­ców.

"I co pan tu robi o tej porze?", zapy­tał.

Zda­łem mu lako­niczną rela­cję: zagro­że­nie przed­wcze­snym poro­dem, tydzień ciąży, roko­wa­nia. Ale szybko zorien­to­wa­łem się, że nie ma ochoty roz­ma­wiać na ten temat, więc odpo­wie­dzia­łem pyta­niem na pyta­nie: "A pan?".

"Odwie­dza­łem pacjenta", odparł.

"A co dolega pań­skiemu pacjen­towi?"

"Trudny do znie­sie­nia ból", odpo­wie­dział bez owi­ja­nia w bawełnę. "Przy­sze­dłem zoba­czyć, czy mogę coś dla niego zro­bić". A potem zmie­nił temat, ale nie mia­łem wra­że­nia, że unika odpo­wie­dzi. Bena­vi­des nie był osobą uni­ka­jącą roz­mów o bólu. "Czy­ta­łem pana książkę, tę o Niem­cach" powie­dział. "Kto by pomy­ślał, że mój pacjent wyro­śnie na pisa­rza".

"Kto by pomy­ślał".

"A w dodatku pisze rze­czy dla sta­rusz­ków".

"Rze­czy dla sta­rusz­ków?"

"O latach czter­dzie­stych. O dru­giej woj­nie świa­to­wej. O dzie­wią­tym kwiet­nia, o tym wszyst­kim".

Mówił o książce, którą wyda­łem rok wcze­śniej. Pomysł na nią powstał w 1999 roku, kiedy pozna­łem Ruth de Frank, nie­miecką Żydówkę, która ucie­kła przed pie­kłem nad­cią­ga­ją­cym nad Europę i zna­la­zła się w Kolum­bii w 1938 roku; była świad­kiem tego, jak kolum­bij­ski rząd, aliant alian­tów, zerwał sto­sunki dyplo­ma­tyczne z pań­stwami Osi i zaczął zamy­kać oby­wa­teli wro­gich państw -?pro­pa­gan­dzi­stów albo sym­pa­ty­ków euro­pej­skich faszy­zmów -?w luk­su­so­wych wiej­skich hote­li­kach zmie­nio­nych w obozy odosob­nie­nia. Pod­czas trzech dni inten­syw­nych wywia­dów mia­łem przy­jem­ność i przy­wi­lej wysłu­cha­nia tej kobiety obda­rzo­nej nie­po­spo­litą pamię­cią, która opo­wie­działa mi pra­wie całe swoje życie, a ja zano­to­wa­łem to na zbyt małych kart­kach notesu, jedy­nego, jaki mogłem dostać w pro­win­cjo­nal­nym hote­liku, gdzie się pozna­li­śmy. W całym pasjo­nu­ją­cym cha­osie życia Ruth, pły­ną­cego przez sie­dem­dzie­siąt lat na dwóch kon­ty­nen­tach, naj­bar­dziej szo­ku­jąca oka­zała się dla mnie jedna aneg­dota, chwila, kiedy jej żydow­ska rodzina ucie­ki­nie­rów -?jeden z tych iro­nicz­nych zakrę­tów histo­rii -?stała się ofiarą prze­śla­do­wań także w Kolum­bii, tylko dla­tego że miała nie­miec­kie oby­wa­telstwo. To nie­po­ro­zu­mie­nie (tak, wiem, "nie­po­ro­zu­mie­nie" jest sło­wem nie­od­po­wied­nim i nazbyt fry­wol­nym) stało się pierw­szym impul­sem do napi­sa­nia powie­ści, którą zaty­tu­ło­wa­łem Los infor­man­tes, a życie i wspo­mnie­nia Ruth de Frank zmie­niły się, znie­kształ­cone, jak to zwy­kle w fik­cji bywa, w naj­waż­niej­szą postać tej powie­ści, coś w rodzaju moral­nego kom­pasu tego fik­cyj­nego świata -?Sarę Guter­man.

Ale owa powieść poru­szała rów­nież wiele innych kwe­stii. Roz­gry­wała się zasad­ni­czo w latach czter­dzie­stych i nie­unik­nione było, że histo­ria albo jej boha­te­ro­wie natkną się na wyda­rze­nia z 9 kwiet­nia 1948 roku. Posta­cie Los infor­man­tes roz­ma­wiają o tym tra­gicz­nym dniu; ojciec nar­ra­tora, wykła­dowca reto­ryki, wspo­mina z podzi­wem cudowne prze­mó­wie­nia Gaitana, jest rów­nież opis na dwóch krót­kich stro­nicz­kach, jak nar­ra­tor udaje się do cen­trum Bogoty, żeby odwie­dzić miej­sce zbrodni, jak sam czy­ni­łem to wie­lo­krot­nie, a Sara Guter­man, towa­rzy­sząca mu tego dnia, schyla się, żeby dotknąć szyn, po któ­rych w latach czter­dzie­stych jeź­dziły jesz­cze tram­waje. W bia­łej ciszy nocy w szpi­tal­nym barze, nad kub­kiem kawy, dok­tor wyznał mi, że wła­śnie ta scena -?star­sza kobieta wycho­dząca na ulicę, na któ­rej Gaitán upadł postrze­lony, i doty­ka­jąca torów, po któ­rych już od dawna nie jeż­dżą tram­waje, jakby spraw­dzała puls zra­nio­nego zwie­rzę­cia -?spra­wiła, że posta­no­wił mnie odszu­kać. "Bo ja też to zro­bi­łem", powie­dział.

"Co takiego?"

"Poje­cha­łem do cen­trum. Zatrzy­ma­łem się przed tabli­cami. A nawet dotkną­łem torów". Zawie­sił głos. Po chwili zapy­tał: "A pan od kiedy się tym inte­re­suje?"

"Nie wiem", przy­zna­łem. "Chyba od zawsze. Jedno z moich pierw­szych opo­wia­dań było o dzie­wią­tym kwiet­nia. Na szczę­ście ni­gdy go nie opu­bli­ko­wano. Pamię­tam tylko, że pod koniec padał śnieg".

"W Bogo­cie?"

"Tak, w Bogo­cie. Na ciało Gaitana. I na tory".

"Rozu­miem", powie­dział. "To dla­tego nie lubię czy­tać zmy­ślo­nych histo­rii".

Tak zaczę­li­śmy roz­ma­wiać o 9 kwiet­nia. Zwró­ciło moją uwagę, że w odnie­sie­niu do tam­tych wyda­rzeń Bena­vi­des nie uży­wał słowa Bogo­tazo, gór­no­lot­nego prze­zwi­ska, jakim ochrzci­li­śmy tak dawno temu ów legen­darny dzień. Nie, Bena­vi­des zawsze poda­wał datę, cza­sem nawet kom­pletną, wraz z rokiem, jakby cho­dziło o poda­nie imie­nia i nazwi­ska osoby, która zasłu­guje na sza­cu­nek, albo jakby uży­wa­nie przy­domka było nie­grzecz­nym spo­ufa­la­niem się; w końcu trudno kum­plo­wać się z fascy­nu­ją­cymi nas wyda­rze­niami z prze­szło­ści. Zaczął sypać aneg­do­tami, ja sta­ra­łem się odpła­cić mu tym samym. Opo­wie­dział mi o inspek­to­rach Sco­tland Yardu wyna­ję­tych przez rząd do nad­zo­ro­wa­nia śledz­twa i o swo­jej krót­kiej wymia­nie kore­spon­den­cji z jed­nym z nich: bar­dzo uprzej­mym męż­czy­zną, który z cał­kiem świe­żym obu­rze­niem wspo­mi­nał dni swo­jego pobytu w Kolum­bii, kiedy to rząd doma­gał się codzien­nych rapor­tów z postę­pów w śledz­twie, rzu­ca­jąc mu jed­no­cze­śnie kłody pod nogi. Ja z kolei opo­wie­dzia­łem mu o swo­jej roz­mo­wie z Leti­cią González, ciotką mojej żony, któ­rej męża Juana Roę Cervan­tesa goniła grupka libe­ra­łów z macze­tami, gdyż pomy­lili go z zabójcą o tym samym imie­niu i nazwi­sku; kiedy pozna­łem Roę Cervan­tesa oso­bi­ście, sam opo­wie­dział mi o tych dniach zamętu, ale tym, co pamię­tał naj­wy­raź­niej (i wspo­mi­na­jąc wyda­rze­nie, z tru­dem powstrzy­my­wał łzy), była kara wymie­rzona mu przez zwo­len­ni­ków Gaitana -?spa­lili jego biblio­tekę.

"No tak, nie­zła histo­ria, mieć takie imię i nazwi­sko", przy­znał Bena­vi­des i się uśmiech­nął.

Wów­czas opo­wie­dział mi o rela­cji Her­nanda de la Esprielli, pacjenta z wybrzeża, który zna­lazł się w Bogo­cie pod­czas zamie­szek i spę­dził pierw­szą noc pod sto­sem tru­pów, uni­ka­jąc w ten spo­sób śmierci; ja z kolei opi­sa­łem mu swoją wizytę w domu Gaitana po tym, jak urzą­dzono tam muzeum i wysta­wiono na mane­ki­nie bez głowy, w szkla­nej witry­nie, jego gra­na­towy jak noc gar­ni­tur z dziu­rami po kulach w suk­nie (nie pamię­ta­łem dwiema czy trzema), żeby mogli to zoba­czyć wszy­scy zwie­dza­jący. Dyżu­ru­jący stu­denci już sobie poszli, a my jesz­cze przez pięt­na­ście, może dwa­dzie­ścia minut sie­dzie­li­śmy w barze, wymie­nia­jąc się aneg­do­tami z zapa­łem chłop­ców zdo­by­wa­ją­cych nowe karty do albu­mów z pił­ka­rzami. Ale dok­tor Bena­vi­des musiał w pew­nym momen­cie pomy­śleć, że zakłóca mi chwilę ciszy. Takie przy­naj­mniej mia­łem wra­że­nie; jak wszy­scy leka­rze przy­zwy­cza­jeni do cudzego bólu i tro­ski wie­dział, że pacjenci i ich bli­scy potrze­bują chwil samot­no­ści, kiedy nikt ich nie zaga­duje i nie muszą z nikim roz­ma­wiać. I wtedy się ze mną poże­gnał.

"Miesz­kam nie­da­leko", powie­dział, ści­ska­jąc mi dłoń. "Kiedy będzie pan miał ochotę poga­wę­dzić o dzie­wią­tym kwiet­nia, niech pan do mnie zaj­rzy. Napi­jemy się whi­sky, opo­wiem panu kilka rze­czy. Na ten temat mogę roz­ma­wiać bez końca".

Przez chwilę myśla­łem o tym, że są w Kolum­bii ludzie, dla któ­rych roz­ma­wia­nie o 9 kwiet­nia jest jak gra w sza­chy czy w karty, jak dzier­ga­nie na szy­dełku albo zbie­ra­nie znacz­ków. Nie ma ich już, prawdę mówiąc, zbyt wielu; odcho­dzili, nie pozo­sta­wia­jąc spad­ko­bier­ców ani nie two­rząc szkoły, zwy­cię­żeni przez bez­względną amne­zję gnę­biącą nie­ustan­nie ten biedny kraj. A jed­nak wciąż ist­nieją, bo zamor­do­wa­nie Gaitana -?adwo­kata wywo­dzą­cego się z klas ludo­wych, który dotarł na szczyty kariery poli­tycz­nej, powo­ła­nego, by uwol­nić Kolum­bię od jej bez­li­to­snych elit; bły­sko­tli­wego mówcy potra­fią­cego prze­mie­szać w swo­ich prze­mó­wie­niach na pozór nie­moż­liwe do pogo­dze­nia wpływy Marksa i Mus­so­li­niego -?jest czę­ścią naszej naro­do­wej mito­lo­gii, podob­nie jak zabój­stwo Ken­nedy'ego dla miesz­kańca Sta­nów Zjed­no­czo­nych, a dla Hisz­pana zamach stanu 23 lutego. Jak wszy­scy Kolum­bij­czycy dora­sta­łem, sły­sząc a to, że Gaitana zabili kon­ser­wa­ty­ści, a to, że libe­ra­ło­wie, że zabili go komu­ni­ści, że zagra­niczni szpie­dzy, że zabiła go klasa robot­ni­cza, bo poczuła się zdra­dzona, że zabiła go oli­gar­chia, bo poczuła się zagro­żona, i szybko przy­ją­łem do wia­do­mo­ści, jak wszy­scy zro­zu­mie­li­śmy to z cza­sem, że Juan Roa Sierra był tylko zbroj­nym ramie­niem spi­sku z powo­dze­niem utrzy­ma­nego w tajem­nicy. Może to wła­śnie jest przy­czyną mojej obse­sji na punk­cie tego dnia; ni­gdy nie darzy­łem postaci Gaitana bez­kry­tycz­nym podzi­wem, jaki zauwa­żam w sto­sunku do niego u innych, wydaje mi się, że ma ona wię­cej cieni, niż jeste­śmy skłonni przy­znać, wiem jed­nak, że mój kraj byłby lep­szym miej­scem, gdyby nie zamor­do­wano tego poli­tyka, a przede wszyst­kim mógł­bym spo­glą­dać spo­koj­niej w lustro, gdyby to zabój­stwo tyle lat póź­niej wciąż nie pozo­sta­wało bez­karne.

Dzie­wiąty kwiet­nia jest w kolum­bij­skiej histo­rii prze­pa­ścią. Ale jest też czymś wię­cej: samot­nym czy­nem, który pogrą­żył cały kraj w krwa­wej woj­nie, zbio­rową neu­rozą, która spra­wiła, że na ponad pół wieku prze­sta­li­śmy sobie ufać. Przez cały ten czas od chwili zbrodni, my, Kolum­bij­czycy, sta­ra­li­śmy się -?bez­sku­tecz­nie -?zro­zu­mieć, co wyda­rzyło się w ów pią­tek 1948 roku. Dla wielu stało się to mniej lub bar­dziej poważ­nym hobby, pochła­nia­ją­cym naszą ener­gię. Wiem, że ist­nieją oby­wa­tele Sta­nów Zjed­no­czo­nych -?sam znam takich kilku -?roz­ma­wia­jący przez całe życie o zabój­stwie Ken­nedy'ego, o naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach, naj­trud­niej­szych do usta­le­nia deta­lach; wie­dzą oni, jakiej firmy buty miała na sobie tego dnia Jac­kie Ken­nedy, cytują z pamięci aka­pity raportu komi­sji War­rena. I są rów­nież Hisz­pa­nie -?nie znam wpraw­dzie wielu, ale jed­nego ow­szem i to mi wystar­czy -?cią­gle dys­ku­tu­jący nad nie­uda­nym zama­chem stanu 23 lutego 1981 roku w madryc­kim Kon­gre­sie Depu­to­wa­nych, potra­fiący z zamknię­tymi oczami zna­leźć ślady po strza­łach na sufi­cie sali obrad. Są tacy ludzie na całym świe­cie, tak sobie przy­naj­mniej wyobra­żam, odpo­wia­da­jący w ten spo­sób na spi­skowe teo­rie dzie­jów swo­ich kra­jów: zmie­niają je w opo­wieść powta­rzaną wciąż od nowa, jak powta­rza się dzie­ciom baśnie, a także w miej­sce pamięci i wyobraźni, wir­tu­alne miej­sce tury­stycz­nych wycie­czek, pod­czas któ­rych oży­wiamy na nowo nasze nostal­gie albo pró­bu­jemy zna­leźć coś, co nam zagi­nęło. Dok­tor, jak wydało mi się wów­czas, nale­żał do takich osób. Czy ja rów­nież się do nich zali­cza­łem? Bena­vi­des zapy­tał mnie, od kiedy się tym inte­re­suję, ja zaś napo­mkną­łem mu o opo­wia­da­niu napi­sa­nym w cza­sach stu­denc­kich. Ale nie zdra­dzi­łem jego genezy ani nie wspo­mnia­łem o chwili, w któ­rej powstało. Nie się­ga­łem do tego pamię­cią już od dawna i zasko­czyło mnie, że wła­śnie wtedy, pośród groź­nej teraź­niej­szo­ści, wspo­mnie­nia posta­no­wiły powró­cić.

Były to gorące dni 1991 roku. Od kwiet­nia 1984, kiedy to boss nar­ko­ty­kowy Pablo Esco­bar kazał zabić mini­stra spra­wie­dli­wo­ści Rodriga Larę Bonillę, wojna mię­dzy kar­te­lem z Medellín a pań­stwem kolum­bij­skim zdą­żyła wziąć sztur­mem moje mia­sto czy też zmie­nić je w teren swo­ich manew­rów. Bomby wybu­chały w miej­scach sta­ran­nie wybie­ra­nych przez nar­cos tak, żeby zabić ano­ni­mo­wych oby­wa­teli nie­bę­dą­cych w tej woj­nie stroną (cho­ciaż wszy­scy byli­śmy w tej woj­nie stroną, a wiara, że jest ina­czej, rów­nała się nie­win­no­ści, a może wręcz naiw­no­ści). W dwóch zama­chach -?żeby podać przy­kład -?zor­ga­ni­zo­wa­nych przed Dniem Matki w cen­trach han­dlo­wych zgi­nęło dwa­dzie­ścia jeden osób; kiedy indziej bomba pod­ło­żona na are­nie walki z bykami w Medellín zabiła dwa­dzie­ścia dwie osoby. Kolejne eks­plo­zje, kolejne krzy­żyki w kalen­da­rzu. Z upły­wem mie­sięcy zaczy­na­li­śmy rozu­mieć, że nie jeste­śmy wolni od zagro­że­nia - nikt z nas nie jest -?bo każ­dego w każ­dym miej­scu i o każ­dej porze może zasko­czyć bomba. Miej­sca zama­chów z jakichś ata­wi­stycz­nych powo­dów, które nie bar­dzo potra­fi­li­śmy zrozu­mieć, odgra­dzano taśmami i nie było tam wstępu. Frag­menty mia­sta zostały nam ode­brane, zamie­nione, każde z osobna, w memento mori z kamie­nia i cegieł, a jed­no­cze­śnie docie­rało do nas nie­śmiałe jesz­cze poczu­cie, że oto nowy rodzaj losu (losu oddzie­la­ją­cego nas od śmierci, który wraz z losem decy­du­ją­cym o miło­ści są naj­waż­niej­sze i naj­bar­dziej aro­ganc­kie) poja­wił się w naszym życiu nie­wi­doczny i przede wszyst­kim nie­prze­wi­dy­walny jak fala ude­rze­niowa.

Tym­cza­sem zaczą­łem stu­dia na wydziale prawa miesz­czą­cym się w cen­trum Bogoty, w sta­rym, słu­żą­cym nie­gdyś za wię­zie­nie dla bojow­ni­ków o nie­pod­le­głość, sie­dem­na­sto­wiecz­nym klasz­to­rze, po któ­rego scho­dach nie­je­den zszedł wprost na szu­bie­nicę; aule o gru­bych murach wydały zaś na świat wielu pre­zy­den­tów, nie­mało poetów, a w nie­któ­rych nie­for­tun­nych przy­pad­kach także poetów pre­zy­den­tów. W salach wykła­do­wych nie roz­ma­wiano wcale o tym, co działo się poza nimi: deba­to­wa­li­śmy raczej nad tym, czy grupa spe­le­olo­gów uwię­ziona w jaskini ma prawo pozja­dać się nawza­jem; deba­to­wa­li­śmy nad tym, czy Shy­lock w Kupcu wenec­kim miał prawo żądać od Anto­nia funta jego ciała i czy tani kru­czek prawny Por­cji był rze­czy­wi­ście legalny. Na innych zaję­ciach (zna­ko­mi­tej ich czę­ści) nudzi­łem się w spo­sób nie­mal fizyczny, odczu­wa­łem coś w rodzaju dygotu w klatce pier­sio­wej, przy­po­mi­na­ją­cego lekki atak paniki. Pod­czas śmier­tel­nie nud­nych wykła­dów z prawa for­mal­nego i prawa mająt­ko­wego sia­dy­wa­łem w ostat­nich ław­kach i tam, osła­niany przez wie­lo­ko­lo­rowy mur ple­ców kole­gów, wyj­mo­wa­łem na pul­pit książki Bor­gesa albo Var­gasa Llosy, albo Flau­berta, o któ­rym czy­ta­łem u Var­gasa Llosy, albo Ste­ven­sona i Kafki, wspo­mi­na­nych przez Bor­gesa. Szybko dosze­dłem do wnio­sku, że nie ma sensu cho­dzić na zaję­cia tylko po to, żeby insce­ni­zo­wać tę aka­de­micką uzur­pa­cję; zaczą­łem waga­ro­wać, tra­cić czas na grę w bilard i dys­ku­sje o lite­ra­tu­rze, słu­chać w sali skó­rza­nych sof Casa Silva nagrań Leona de Gre­iffa albo Pabla Nerudy czy­ta­ją­cych swoje wier­sze albo włó­czy­łem się po oko­li­cach uni­wer­sy­tetu, bez żad­nej usta­lo­nej trasy ani zwy­cza­jo­wych ście­żek, z placu, na któ­rym prze­sia­dy­wali pucy­buci, sze­dłem do kawiarni na pla­cyku z fon­tanną Queveda, z uczęsz­cza­nych ławek w parku San­tan­der na ustronne i spo­koj­niej­sze w parku Palo­mar del Príncipe, z księ­garni Cen­tro Cul­tu­ral del Libro, z ich loka­lami o powierzchni metra kwa­dra­to­wego i zaan­ga­żo­wa­nymi księ­ga­rzami, któ­rzy potra­fili zdo­być każdą powieść laty­no­ame­ry­kań­skiego boomu, do Świą­tyni Idei, trzy­pię­tro­wej willi miesz­czą­cej księ­garnię i warsz­tat intro­li­ga­tor­ski; można tu było usiąść na scho­dach i pośród jazgotu maszyn, wdy­cha­jąc odu­rza­jący zapach kleju, poczy­tać cudze książki. Zaczą­łem pisać abs­trak­cyjne opo­wia­da­nia, jak Sto lat samot­no­ści pełne poetyc­kich eks­ce­sów, i inne, w któ­rych naśla­do­wa­łem inter­punk­cję sak­so­fo­ni­sty pod­pa­trzoną u Cor­ta­zara w Bestia­riu­szu czy dajmy na to w Circe. Pod koniec dru­giego roku stu­diów zro­zu­mia­łem coś, co wyklu­wało się we mnie od kilku mie­sięcy: że prawo mnie nie inte­re­suje i nie jest mi do niczego potrzebne, bo moją jedyną obse­sją jest czy­ta­nie fik­cji, z cza­sem chcia­łem się też nauczyć ją two­rzyć.

Pew­nego dnia coś się wyda­rzyło.

Pod­czas zajęć z histo­rii idei poli­tycz­nych roz­ma­wia­li­śmy o Hob­be­sie albo o Locke'u, albo o Mon­te­skiu­szu, kiedy z ulicy doszły nas echa wystrza­łów. Nasza sala znaj­do­wała się na ósmym pię­trze gma­chu przy Siód­mej Alei, z okien mie­li­śmy dosko­nały widok na jezd­nię i zachodni chod­nik. Sie­dzia­łem w ostat­nim rzę­dzie oparty ple­cami o ścianę i jako pierw­szy pod­nio­słem się, żeby wyj­rzeć przez okno: i tam, na chod­niku przed witry­nami sklepu papier­ni­czego Pan­ame­ri­cana leżała postrze­lona osoba, która wykrwa­wiała się na oczach gapiów. Poszu­ka­łem wzro­kiem strzelca, bez­sku­tecz­nie: nikt nie miał w ręku pisto­letu, nikt nie biegł, żeby znik­nąć za zba­wien­nym rogiem ulicy, nie zauwa­ży­łem też żad­nych głów odwra­ca­ją­cych się w kie­runku ucie­ka­ją­cego ani cie­kaw­skich spoj­rzeń, wycią­gnię­tych w jego kie­runku pal­ców -?bogo­ta­nie bowiem nauczyli się już nie wtrą­cać w nie swoje sprawy. Ranny był w gar­ni­tu­rze, niczym urzęd­nik, nie miał jed­nak kra­wata, spod roz­pię­tej dzia­ni­no­wej mary­narki widzia­łem białą koszulę popla­mioną krwią. Nie ruszał się. Pomy­śla­łem: nie żyje. Wów­czas prze­chod­nie unie­śli ciało na rękach, ktoś zatrzy­mał biały samo­chód dostaw­czy z otwartą przy­czepą. Uło­żyli ciało na przy­cze­pie i jeden z tych, któ­rzy go prze­nie­śli, wsko­czył do niej. Zasta­na­wia­łem się, czy go znał, a może roz­po­znał w tam­tej chwili, czy był obok, kiedy padły strzały (może to jego wspól­nik mający roze­zna­nie w nie do końca bez­piecz­nych inte­re­sach), czy też powo­do­wały nim po pro­stu soli­dar­ność i zaraź­liwe współ­czu­cie. Nie cze­ka­jąc, aż świa­tło w alei Jime­neza zmieni się na zie­lone, biały wóz dostaw­czy uciekł z korka, skrę­ca­jąc gwał­tow­nie w lewo (domy­śli­łem się, że wiozą go do szpi­tala San José) i znik­nął mi z oczu.

Gdy zaję­cia dobie­gły końca, zsze­dłem z ósmego pię­tra na dzie­dzi­niec uni­wer­sy­tecki, uda­łem się na pla­cyk Rosa­rio, gdzie wzno­sił się pomnik zało­ży­ciela mia­sta don Gon­zala Jime­neza de Quesady, któ­rego zbroja i miecz zacho­wały się na zawsze w mojej pamięci ską­pane w gów­nie gołębi. Prze­spa­ce­ro­wa­łem się wąską Czter­na­stą Ulicą, zawsze chłodną, gdyż pro­mie­nie słońca docie­rają tu tylko wcze­snym ran­kiem, ni­gdy po dzie­wią­tej, i prze­sze­dłem przez Siódmą Aleję na wyso­ko­ści sklepu papier­ni­czego Pan­ame­ri­cana. Plama krwi lśniła na chod­niku jak jakiś zgu­biony przed­miot; prze­chod­nie obcho­dzili ją, wymi­jali i można było nawet uwie­rzyć, że to krew zra­nio­nego w wypadku czło­wieka i że oko­liczni miesz­kańcy, oglą­da­jąc ją od nie­pa­mięt­nych cza­sów, przy­zwy­cza­ili się do niej, nauczyli, jak w nią nie wdep­nąć. Plama była wiel­ko­ści otwar­tej dłoni. Pod­sze­dłem tak bli­sko, że mia­łem ją mię­dzy sto­pami, jak­bym chciał ją uchro­nić przed roz­dep­ta­niem, i wów­czas sam wła­śnie to zro­bi­łem: wdep­ną­łem w nią.

Zro­bi­łem to ostroż­nie, zale­d­wie czub­kiem mojego buta, jak wkłada się palce do wody, żeby spraw­dzić jej tem­pe­ra­turę. Zepsu­łem czy­sty, dobrze zazna­czony obrys plamy. Musia­łem wtedy poczuć nagły przy­pływ wstydu, gdyż unio­słem głowę, żeby zoba­czyć, czy nikt mnie nie obser­wuje i po cichu nie potę­pia mojego zacho­wa­nia (które miało w sobie coś z braku sza­cunku, a nawet pro­fa­na­cji), i odda­li­łem się stam­tąd, pró­bu­jąc nie wyko­ny­wać ruchów zwra­ca­ją­cych czy­ją­kol­wiek uwagę. Kilka kro­ków dalej znaj­do­wały się mar­mu­rowe płyty upa­mięt­nia­jące Jorge Elie­cera Gaitana. Przy­sta­ną­łem, żeby je prze­czy­tać, a raczej uda­wa­łem, że je czy­tam, potem prze­cią­łem Siódmą Aleję, idąc chod­ni­kiem alei Jime­neza, skrę­ci­łem za róg, wsze­dłem do Café Pasaje, zamó­wi­łem kie­li­szek czer­wo­nego wina i uży­łem ser­wetki, żeby oczy­ścić czu­bek buta. Mógł­bym zosta­wić tam ser­wetkę, na sto­liku kawiarni, pod por­ce­la­no­wym spodecz­kiem, ale wola­łem zabrać ją ze sobą, uwa­ża­jąc, żeby nie dotknąć gołą ręką krwi tego czło­wieka. Wyrzu­ci­łem ser­wetkę do pierw­szego napo­tka­nego kosza na śmieci. Nikomu o tym nie opo­wie­dzia­łem, ani tego dnia, ani póź­niej.

Następ­nego ranka wró­ci­łem na ten sam chod­nik. Plamy już nie było, został po niej zale­d­wie słabo widoczny ślad na sza­rym beto­nie. Zasta­na­wia­łem się, co mogło się stać z ran­nym męż­czy­zną, czy prze­żył wypa­dek, czy wraca do zdro­wia w towa­rzy­stwie żony i dzieci, czy też umarł i teraz w jakimś zakątku tego roz­ju­szo­nego mia­sta dobiega wła­śnie końca czu­wa­nie przy nim. Podob­nie jak poprzed­niego dnia, posze­dłem kilka kro­ków w stronę alei Jime­neza, zatrzy­ma­łem się przy mar­mu­ro­wych tabli­cach, ale tym razem prze­czy­ta­łem od początku do końca wszyst­kie napisy na każ­dej z nich i uświa­do­mi­łem sobie, że ni­gdy wcze­śniej tego nie zro­bi­łem. Gaitán, czło­wiek, o któ­rym w mojej rodzi­nie roz­ma­wiało się, odkąd się­gam pamię­cią, wciąż był nie­mal obcą mi osobą, nie­wy­raźną posta­cią prze­cha­dza­jącą się po moich mgli­stych wyobra­że­niach o histo­rii Kolum­bii. Tego samego dnia zacze­ka­łem na pro­fe­sora Fran­ci­sca Her­rerę, aż skoń­czy swoje lek­cje reto­ryki, i zapy­ta­łem, czy mogę zapro­sić go na piwo, żeby opo­wie­dział mi o 9 kwiet­nia.

"Lepiej na kawę z mle­kiem", odparł. "Wra­cam potem do domu, nie chcę śmier­dzieć piwem".

Fran­ci­sco Her­rera -?dla przy­ja­ciół Pacho -?był szczu­płym męż­czy­zną w dużych oku­la­rach w czar­nych pla­sti­ko­wych opraw­kach, oto­czo­nym sławą eks­cen­tryka. Mówił bary­to­nem, co nie prze­szka­dzało mu imi­to­wać któ­re­go­kol­wiek z naszych poli­ty­ków. Pod­sta­wo­wym wykła­da­nym przez niego przed­mio­tem była filo­zo­fia prawa, ale jego zna­jo­mość reto­ryki i talent do naśla­dow­nic­twa pozwo­liły mu zor­ga­ni­zo­wać popo­łu­dniowe zaję­cia, na któ­rych można było posłu­chać wiel­kich prze­mó­wień z histo­rii poli­tyki, od mowy Anto­niu­sza w Juliu­szu Ceza­rze do prze­mó­wie­nia Mar­tina Luthera Kinga, i roze­brać je na czyn­niki pierw­sze. Nie­rzadko zaję­cia były tylko pro­lo­giem; cho­dzi­li­śmy z Her­rerą potem do pobli­skiej knajpy, gdzie zapra­sza­li­śmy go na kie­li­sze­czek likieru, a on w zamian pre­zen­to­wał nam swoje naj­lep­sze imi­ta­cje słyn­nych mów, wzbu­dza­jąc cie­ka­wość, roz­ba­wie­nie, a cza­sem pro­wo­ku­jąc sar­ka­styczne komen­ta­rze przy sąsied­nich sto­li­kach. Naśla­do­wa­nie wystą­pień Gaitana szło mu szcze­gól­nie dobrze, orli nos i zacze­sane na bry­lan­tynę włosy two­rzyły ilu­zję podo­bień­stwa, ale naj­waż­niej­sze były zna­jo­mość jego życia i dzieła, dzięki któ­rym opu­bli­ko­wał krótką bio­gra­fię poli­tyka w wydaw­nic­twie uni­wer­sy­tec­kim; to wszystko prze­peł­niało każde z wypo­wia­da­nych przez niego zdań takim auten­ty­zmem, że przy­po­mi­nał wręcz medium pod­czas seansu spi­ry­ty­stycz­nego, a w jego wystą­pie­niach Gaitán powra­cał do żywych. Kie­dyś mu o tym powie­dzia­łem; gdy wygła­szał jego mowy, miało się wra­że­nie, że Gaitán go opę­tał. Uśmiech­nął się jak ktoś, kto poświę­cił całe życie jakiejś eks­tra­wa­gan­cji i nagle z nie­ma­łym zdu­mie­niem zdał sobie sprawę, że nie stra­cił czasu.

W drzwiach Café Pasaje -?zatrzy­ma­li­śmy się, żeby wypu­ścić pucy­buta z drew­nianą skrzynką pod pachą -?zapy­tał mnie, o czym kon­kret­nie chcę poroz­ma­wiać.

"Chciał­bym wie­dzieć, jak to dokład­nie było", odrze­kłem. "Jak wyglą­dało zabój­stwo Gaitana".

"A, to w takim razie nawet nie będziemy sia­dać. Niech pan pój­dzie ze mną, za róg ulicy".

Tak też zro­bi­li­śmy, ruszy­li­śmy tam bez słowa, mil­cze­li­śmy, scho­dząc po scho­dach na pla­cyk od alei Jime­neza, dotar­li­śmy na róg i zacze­kali chwilę, żeby móc prze­ciąć Siódmą Aleję. Pacho poru­szał się jakby z pośpie­chem, a ja sta­ra­łem się dotrzy­mać mu kroku. Zacho­wy­wał się jak star­szy brat, który wyje­chał z domu, a teraz młod­szego opro­wa­dza po swoim nowym mie­ście. Minę­li­śmy mar­mu­rowe tablice, zasko­czyło mnie tro­chę, że Pacho nie zatrzy­mał się, żeby na nie spoj­rzeć, nawet nie poka­zał mi ich wycią­gniętą ręką ani ski­nie­niem głowy. Doszli­śmy do miej­sca, gdzie w 1948 roku stał budy­nek Agustína Nieta (uświa­do­mi­łem sobie, że zna­leź­li­śmy się tylko kilka kro­ków od miej­sca, gdzie jesz­cze wczo­raj była plama krwi, dziś zostały po niej tylko nie­wy­raźny cień i wspo­mnie­nie), i Pacho zapro­wa­dził mnie do prze­szklo­nych drzwi lokalu komer­cyj­nego.

"Pro­szę ich dotknąć", powie­dział.

Przez chwilę nie rozu­mia­łem, o co mu cho­dzi.

"Mam dotknąć drzwi?"

"Tak, niech pan ich dotknie", nale­gał, a ja posłu­cha­łem. "Bo przez te wła­śnie drzwi wyszedł Gaitán dzie­wią­tego kwiet­nia", cią­gnął. "Oczy­wi­ście nie są to dokład­nie te same drzwi, bo budy­nek też nie jest ten sam, nie­dawno wybu­rzono gmach Agustína Nieta i posta­wiono ten na jego miej­scu. Ale umówmy się, że w tej chwili, dla nas, to są wła­śnie drzwi, przez które wyszedł Gaitán, a pan ich dotyka. Była mniej wię­cej pierw­sza po połu­dniu i Gaitán szedł na obiad z dwoma przy­ja­ciółmi. Był w dobrym humo­rze. A wie pan, dla­czego był w dobrym humo­rze?"

"Nie, Pacho", odpo­wie­dzia­łem. Z budynku wyszła jakaś para, przez chwilę patrzyli na nas dziw­nie. "Niech mi pan wyja­śni dla­czego".

"Bo poprzed­niego popo­łu­dnia wygrał sprawę w sądzie. Dla­tego się cie­szył".

Obronę porucz­nika Cor­tesa oskar­żo­nego o zastrze­le­nie dzien­ni­ka­rza Eudora Gala­rzy Ossy nale­ża­łoby potrak­to­wać nie w kate­go­rii wygra­nego pro­cesu, ale uznać za cud. Gaitán wygło­sił poru­sza­jącą mowę obroń­czą, przy­zna­jąc, że porucz­nik zabił wpraw­dzie dzien­ni­ka­rza, ale uczy­nił to w spra­wie­dli­wej obro­nie wła­snego honoru. Zbrod­nia miała miej­sce przed dzie­się­ciu laty. Dzien­ni­karz, redak­tor naczelny gazety codzien­nej z Mani­za­les, pozwo­lił na opu­bli­ko­wa­nie arty­kułu kry­ty­ku­ją­cego znę­ca­nie się porucz­nika nad swo­imi żoł­nie­rzami; kiedy redak­tor Gala­rza sta­nął w obro­nie swo­jego repor­tera, który nie zro­bił nic innego, jak tylko powie­dział prawdę, porucz­nik wyjął pisto­let i oddał dwa strzały. Tak wyglą­dało zda­rze­nie. Ale Gaitán się­gnął po swój naj­wspa­nial­szy reto­ryczny arse­nał, żeby poru­szyć kwe­stię ludz­kich namięt­no­ści, honoru woj­sko­wego, poczu­cia obo­wiązku, obronny war­to­ści patrio­tycz­nych, pro­por­cjo­nal­no­ści mię­dzy znie­wagą a obroną, pew­nych oko­licz­no­ści będą­cych ujmą na hono­rze woj­sko­wego, w prze­ci­wień­stwie do cywila, i tego, jak żoł­nierz, bro­niąc swo­jego honoru, broni zara­zem całego spo­łe­czeń­stwa. Nie zasko­czyło mnie wcale, że Pacho zna na pamięć finał tej mowy. Zoba­czy­łem, jak nie­spiesz­nie prze­mie­nia się w Gaitana, co zda­rzyło mi się obser­wo­wać wcze­śniej wiele razy, usły­sza­łem jego zmie­niony głos, nie­bę­dący już niskim aksa­mit­nym gło­sem Fran­ci­sca Her­rery, ale wyż­szym Gaitana, naśla­do­wał nie tylko jego barwę, lecz także głę­boki oddech metro­nomu, sta­ran­nie zazna­czone spół­gło­ski i pod­nio­słe rytmy:

"Porucz­niku Cortés, nie wiem, co zade­cy­duje ława przy­się­głych, ale tłumy cze­kają nie­cier­pli­wie na tę decy­zję! Porucz­niku Cortés, nie potrze­buje pan mojej obrony. Pań­skie szla­chetne życie, pań­skie pełne bólu życie może wycią­gnąć do mnie rękę, a uści­snę ją, wie­dząc, że ści­skam dłoń czło­wieka honoru, peł­nego szla­chet­no­ści i dobroci!"

"Szla­chet­no­ści i dobroci", powtó­rzy­łem.

"Paradne, prawda?" -?zapy­tał Pacho. "Bała­mutna mani­pu­la­cja, ale przy tym maj­stersz­tyk. Maj­stersz­tyk wła­śnie dla­tego, że jest bała­mutną mani­pu­la­cją".

"Bała­mutna, ale sku­teczna", powie­dzia­łem.

"No wła­śnie".

"Jeśli o to cho­dzi, Gaitán był praw­dzi­wym cza­ro­dzie­jem".

"Zga­dzam się, był cza­ro­dzie­jem", potwier­dził Pacho. "Był obrońcą wol­no­ści, ale oca­lił od wię­zie­nia zabójcę dzien­ni­ka­rza. I nikt nawet nie widział w tym sprzecz­no­ści. Morał: ni­gdy nie należy ufać wiel­kim mów­com".

Tłum zgo­to­wał mu owa­cję, a potem wyniósł Gaitana na ramio­nach niczym tore­adora. Była pierw­sza dzie­sięć w nocy. Gaitán, zmę­czony ale zado­wo­lony, zgo­dził się na obo­wiąz­kowe świę­to­wa­nie, wzno­sił toa­sty ze zna­jo­mymi i obcymi i dotarł do domu o czwar­tej nad ranem. Pięć godzin póź­niej był już z powro­tem w swo­jej kan­ce­la­rii, ucze­sany i nie­ska­zi­tel­nie ubrany w trzy­czę­ściowy gar­ni­tur, ciem­no­gra­na­towy, pra­wie czarny w cie­niut­kie białe prążki. Przy­jął jakie­goś klienta, ode­brał kilka tele­fo­nów od dzien­ni­ka­rzy. Około pierw­szej w gabi­ne­cie zja­wiło się kilku przy­ja­ciół, chcieli mu tylko pogra­tu­lo­wać -?byli tam mię­dzy innymi Pedro Eli­seo Cruz, Ale­jan­dro Val­lejo, Jorge Padilla. Jeden z nich, Pli­nio Men­doza Neira, zapro­sił wszyst­kich obec­nych na obiad, gdyż suk­ces poprzed­niej nocy nale­żało odpo­wied­nio uczcić.

"Zgoda", powie­dział Gaitán, śmie­jąc się gło­śno. "Ale ostrze­gam, Pli­niu, że nie jestem tani".

"Zje­chali windą, która znaj­do­wała się mniej wię­cej tutaj", wyja­śnił Pacho, wska­zu­jąc na wej­ście do budynku (tego nowego). "Winda nie zawsze tam dzia­łała, bo cza­sem bra­ko­wało prądu. Tego dnia był. Tędy wyszli, niech pan spoj­rzy". Spoj­rza­łem. "Zna­leźli się na ulicy. Pli­nio Men­doza wziął Gaitana pod ramię, o tak". Pacho ujął mnie pod ramię i pro­wa­dził od drzwi na chod­nik Siód­mej Alei. Teraz musiał pod­nieść głos, gdyż nie osła­niała nas już ściana gma­chu i prze­szka­dzał mu szum samo­cho­dów i gwar prze­chod­niów. "Tam, po dru­giej stro­nie ulicy, na kinie Faenza wisiał afisz. Wyświe­tlali Rzym, mia­sto otwarte Ros­sel­li­niego. Gaitán stu­dio­wał w Rzy­mie i nie­wy­klu­czone, że pla­kat przy­kuł jego uwagę przez pro­ste sko­ja­rze­nie fak­tów. Ale ni­gdy się tego nie dowiemy, zawsze pozo­sta­nie tajem­nicą, co dzieje się w umy­śle czło­wieka na chwilę przed śmier­cią, jakie wspo­mnie­nia wra­cają z odmę­tów pamięci, jakie sko­ja­rze­nia. Tak czy owak, myśląc o Rzy­mie czy nie, myśląc o Ros­sel­li­nim czy nie, poczuł, że Pli­nio Men­doza odciąga go parę kro­ków na bok. Jakby chciał z nim prze­dys­ku­to­wać coś pouf­nego. I wie pan co? Być może chciał.

"Mam dla cie­bie pewną wia­do­mość, bar­dzo krótką", powie­dział Men­doza.

Wtedy zoba­czył, jak Gaitan staje jak wryty, potem zaczyna się cofać w kie­runku budynku, zasła­nia­jąc sobie twarz dłońmi, jakby chciał się ochro­nić. Roz­le­gły się -?jeden po dru­gim -?trzy strzały; po upły­wie sekundy padł czwarty. Gaitán runął na plecy.

"Co się stało, Jorge?", zapy­tał Men­doza.

Co za głu­pie pyta­nie", stwier­dził Pacho. "Ale cie­kawe, czy komuś w takiej chwili przy­szłoby do głowy coś ory­gi­nal­niej­szego".

"Nikomu", przy­zna­łem.

"Men­doza dostrzegł zabójcę", cią­gnął Pacho, "i chciał się na niego rzu­cić. Ale ten wyce­lo­wał do niego z pisto­letu, więc musiał się cof­nąć. Bał się, że też zosta­nie postrze­lony, i pró­bo­wał wró­cić do budynku, do drzwi, żeby się schro­nić".

Pacho znów wziął mnie pod ramię. Wró­ci­li­śmy pod nie­ist­nie­jące drzwi gma­chu Agustína Nieta. Odwró­ci­li­śmy się, spo­glą­da­jąc na ruch na Siód­mej Alei, i Pacho pod­niósł rękę, żeby poka­zać mi miej­sce na chod­niku, gdzie leżał Gaitán. Z jego głowy cie­kła strużka krwi. "Tu stał Juan Roa Sierra, zabójca. Cze­kał na Gaitana przy wej­ściu do gma­chu Agustína Nieta. To oczy­wi­ście tylko przy­pusz­cze­nia. Po zbrodni świad­ko­wie twier­dzili, że widzieli, jak wszedł do budynku, jak jeź­dził windą w górę i na dół, co było zacho­wa­niem dość podej­rza­nym. Zwró­cili na niego uwagę. Ale nie można brać ich zeznań za pew­nik, po tak waż­nym wyda­rze­niu ludziom zaczyna się wyda­wać, że widzieli rze­czy podej­rzane. Nie­któ­rzy twier­dzili potem, że Roa miał na sobie szary gar­ni­tur w prążki, bar­dzo stary i znisz­czony. Inni, że gar­ni­tur był w prążki, ale koloru kawy. Jesz­cze inni, że nie było żad­nych prąż­ków. Trzeba wyobra­zić sobie zamie­sza­nie, krzyki świad­ków, ludzi bie­ga­ją­cych w kółko. Tak czy owak, Men­doza widział mor­dercę z miej­sca, gdzie teraz sto­imy. Zoba­czył, jak unosi broń i znów celuje do Gaitana, jakby zamie­rzał go dobić. Ale według Men­dozy Roa nie oddał kolej­nego strzału. Inny świa­dek stwier­dził, że ow­szem, strze­lił, kula odbiła się ryko­sze­tem od bruku i o mało co nie zabiła Men­dozy. Tam na rogu -?Pacho wska­zał w kie­runku alei Jime­neza - stał poli­cjant. Men­doza zoba­czył, że waha się przez chwilę, a potem wyj­muje pisto­let i strzela do Roy Sierry. Roa zaczął ucie­kać na pół­noc, o tam, pro­szę spoj­rzeć".

"Patrzę".

"Potem odwró­cił się, jakby chciał prze­stra­szyć tych, co towa­rzy­szyli Gaita­nowi, nie wiem, czy pan mnie rozu­mie, jakby pró­bo­wał ase­ku­ro­wać się pod­czas ucieczki. I wtedy rzu­cili się na niego prze­chod­nie. Jedni mówią, że pobiegł za nim też poli­cjant, ten, który miał strze­lać, a może inny. Nie­któ­rzy, że poli­cjant zaszedł go od tyłu, wów­czas Roa uniósł ręce do góry i wtedy ludzie się na niego rzu­cili. Jesz­cze inni twier­dzą, że pró­bo­wał prze­biec na drugą stronę Siód­mej Alei, kie­ru­jąc się na wschód. Dopa­dli go tutaj, na kra­wę­dzi chod­nika, zanim zdą­żył to zro­bić. Kiedy przy­ja­ciele Gaitana zoba­czyli, że zabójca został schwy­tany, wró­cili do ran­nego, żeby spraw­dzić, czy mogą mu jakoś pomóc. Kape­lusz spadł mu z głowy i zna­lazł się o krok od ciała, które leżało w tej pozy­cji", wyja­śnił Pacho, kre­śląc w powie­trzu poziome linie. "Rów­no­le­gle do jezdni. Ale zamie­sza­nie było tak wiel­kie, że każdy z przy­ja­ciół opo­wie­dział potem swoją wer­sję wyda­rzeń. Jedni, że głowa Gaitana wska­zy­wała połu­dnie, a stopy pół­noc, inni, że było odwrot­nie. Zga­dzali się co do jed­nego: miał otwarte, prze­ra­ża­jąco spo­kojne oczy. Ktoś, chyba Val­lejo, zauwa­żył, że z ust pły­nie mu krew. Ktoś inny krzyk­nął, żeby przy­nieść wody. Na par­te­rze budynku znaj­do­wał się bar El Gato Negro, wyszła z niego kel­nerka ze szklanką wody. Podobno krzy­czała: "Zabili nam Gaitan­cita". Ludzie pochy­lali się nad nim, chcieli go dotknąć jak świę­tego: jego ubra­nia, wło­sów. Wtedy nad­szedł Pedro Eli­seo Cruz, lekarz, przy­kuc­nął i spró­bo­wał zmie­rzyć mu puls.

"Żyje?", zapy­tał Ale­jan­dro Val­lejo.

"Ty po pro­stu zatrzy­maj tak­sówkę", odparł Cruz.

Ale tak­sówka, czarna tak­sówka pod­je­chała sama, zanim kto­kol­wiek zdą­żył ją zawo­łać", cią­gnął Pacho. "Ludzie prze­py­chali się, żeby móc pod­nieść Gaitana i wło­żyć go do samo­chodu. Zanim to się stało, Cruz pod­szedł i zauwa­żył ranę w tyle głowy. Pró­bo­wał jej się przyj­rzeć, ale kiedy obró­cił lekko głowę Gaitana, ten zwy­mio­to­wał krwią. Ktoś zapy­tał, jak to widzi.

"Jest zgu­biony", odparł Cruz.

Gaitán wydu­sił z sie­bie kilka skarg", powie­dział Pacho. "A wła­ści­wie jęków skargi".

"Więc jesz­cze żył", zauwa­ży­łem.

"Wtedy jesz­cze tak", potwier­dził Pacho. "Kel­nerka z innej, znaj­du­ją­cej się nie­opo­dal kawiarni El Moilino albo El Inca, przy­się­gała póź­niej, że sły­szała, jak mówi: "Nie daj­cie mi umrzeć". Ale ja w to nie wie­rzę. Wie­rzę raczej w to, co mówił Cruz, że nie było już dla Gaitana ratunku. Wtedy zja­wił się czło­wiek z apa­ra­tem i zaczął robić mu zdję­cia".

"Jak to, Pacho?", zapy­ta­łem. "Więc są zdję­cia postrze­lo­nego Gaitana?"

"Tak sły­sza­łem, ow­szem. Sam ich nie widzia­łem, ale podobno są. Inna rzecz, czy prze­trwały do dziś. Trudno sobie teraz wyobra­zić, że coś tak waż­nego mogłoby się zagu­bić, prze­paść, dajmy na to, na jakimś stry­chu. Ale bar­dzo praw­do­po­dobne, że tak wła­śnie się stało. Bo jeśli było ina­czej, dla­czego ich nie znamy? Oczy­wi­ście moż­liwe rów­nież, że ktoś je znisz­czył. Te dni owiane są tak wielką tajem­nicą... No więc mniej wię­cej tak to się wszystko odbyło. Foto­graf prze­ci­snął się przez tłum, toru­jąc sobie drogę łok­ciami, i zaczął robić zdję­cia Gaita­nowi.

Jeden ze świad­ków zda­rze­nia się obu­rzył: "Po co foto­gra­fo­wać zabi­tego", powie­dział. "Niech pan lepiej zrobi zdję­cie mor­dercy".

Ale foto­graf tego nie zro­bił", cią­gnął Pacho. "Ludzie nie­śli już Gaitana do tak­sówki. Cruz wsiadł razem z nim, a do innej tak­sówki, która nad­je­chała zaraz po niej, wsia­dła cała reszta. I ruszyli na połu­dnie, do kli­niki Cen­tral. Podobno w tam­tej chwili wiele osób wyjęło swoje chu­s­teczki, pochy­liło się nad miej­scem, gdzie wcze­śniej leżało ciało, i zaczęło ście­rać krew Gaitana. Ponoć póź­niej nad­biegł ktoś z kolum­bij­ską flagą i zro­bił to samo".

"A Roa Sierra?", -?zapy­ta­łem.

"Roę Sierrę zła­pał poli­cjant, pamięta pan?"

"Tak, tutaj, nie­da­leko budynku".

"Pra­wie na rogu. Roa Sierra cofał się w kie­runku alei Jime­neza, kiedy poli­cjant zaszedł go od tyłu i przy­sta­wił mu lufę do ple­ców.

"Niech pan mnie nie zabija, sier­żan­cie", popro­sił Roa.

Tym sier­żan­tem oka­zał się pod­ofi­cer wra­ca­jący ze służby (wyjął mu z ręki niklo­wany pisto­let i wsu­nął go sobie do kie­szeni spodni). Potem zła­pał go za ramię.

Nazy­wał się Jiménez", powie­dział Pacho. "Sier­żant Jiménez patro­lu­jący aleję Jime­neza; nie­kiedy wydaje mi się, że histo­rii cza­sem bra­kuje wyobraźni. No więc sier­żant pro­wa­dził Roę Sierrę, ale jakiś facet go dopadł i pobił, nie wiem, czy pię­ścią, czy jakąś skrzynką. Popchnął go tak, że Roa Sierra ude­rzył o witrynę sklepu, który znaj­do­wał się tutaj". Pacho poka­zał drzwi budynku przy­le­ga­ją­cego nie­gdyś do gma­chu Agustína Nieta. "Nazy­wał się Faux, o ile dobrze pamię­tam, i tu była witryna, która się roz­biła, chyba mie­ścił się tu sklep Kodaka, ale nie jestem tego pewien. Nie wia­domo, czy z powodu pobi­cia, czy zde­rze­nia z witryną Roa zaczął krwa­wić z nosa.

Widząc napie­ra­ją­cych na nich ludzi, sier­żant Jiménez zaczął się roz­glą­dać za kry­jówką. Szedł na połu­dnie, przy fasa­dzie budynku. "To on", krzy­czał tłum, "to zabójca mece­nasa Gaitana". Sier­żant, cią­gnąc za ramię Roę, skie­ro­wał się ku wej­ściu do apteki Gra­nada, ale pod­czas tej krót­kiej drogi pucy­buci dopa­dli mor­dercę ze swo­imi cięż­kimi drew­nia­nymi skrzyn­kami.

Roa umie­rał ze stra­chu", opo­wia­dał Pacho. "Ludzie, któ­rzy widzieli, jak strze­lał, Val­lejo i Men­doza, mówili póź­niej, że dostrze­gli na jego twa­rzy prze­raź­liwy gry­mas nie­na­wi­ści, nie­na­wi­ści, jaką żywią fana­tycy. Wszy­scy twier­dzili rów­nież, że w chwili, kiedy odda­wał strzały, Roa zacho­wy­wał się, jakby cał­ko­wi­cie nad sobą pano­wał. Ale póź­niej, kiedy oto­czyli go wście­kli pucy­buci, kiedy sypały się na niego ciosy i myślał -?tak przy­naj­mniej sobie wyobra­żam -?że tłum chce go zlin­czo­wać, wtedy cały fana­tyzm i pano­wa­nie nad sobą wypa­ro­wały. Został tylko strach. Zmiana była tak zaska­ku­jąca, że niektó­rzy świad­ko­wie myśleli, że było dwóch zabój­ców: fana­tyk i tchórz.

Mor­derca Gaitana był blady. Miał oliw­kową skórę i wyra­zi­ste rysy twa­rzy, dłu­gie włosy, dawno nie­ob­ci­nane, kil­ku­dniowy zarost pokry­wa­jący jego twarz cie­ni­stymi pla­mami. Wszystko to upo­dab­niało go do bez­pań­skiego psa. Inni świad­ko­wie twier­dzili, że wyglą­dał jak mecha­nik albo rze­mieśl­nik, jeden z nich upie­rał się nawet, że widział plamę oleju na ręka­wie gar­ni­turu. "Zlin­czo­wać zabójcę!", krzyk­nął ktoś. Z nosem zła­ma­nym od jed­nego z cio­sów Roa dał się wepchnąć do apteki Gra­nada. Pas­cal del Vec­chio, przy­ja­ciel Gaitana, popro­sił, żeby ukryć zabójcę, bo ina­czej tłum go zlin­czuje. Wepchnęli tam Roę, który wyda­wał się pogo­dzony z losem i nie sta­wiał oporu, zoba­czyli, jak przy­cup­nął w kącie, żeby nie być widzia­nym z ulicy. Ktoś opu­ścił meta­lowe żalu­zje. Jeden z pra­cow­ni­ków apteki pod­szedł do niego.

"Czemu zabi­łeś dok­tora Gaitana?", zapy­tał.

"Ach, pro­szę pana", odparł Roa, "to potężne sprawy, nie mogę mówić".

Pró­bo­wali roz­wa­lić żalu­zję", cią­gnął Pacho. "Wła­ści­ciel prze­stra­szył się, że zde­mo­lują mu lokal, i sam otwo­rzył.

"Ludzie pana zabiją", nale­gał pra­cow­nik. "Niech pan mi powie, kto panu kazał".

"Nie mogę", odparł Roa.

Roa pró­bo­wał scho­wać się za kon­tu­arem, ale zła­pali go, zanim zdo­łał przez niego prze­sko­czyć", tłu­ma­czył Pacho. "Dopa­dli go pucy­buci i wywle­kli na ulicę. Ale jesz­cze zanim to się stało, ktoś zna­lazł wózek trans­por­towy, wie pan, taki do prze­wo­że­nia towa­rów. Więc ktoś chwy­cił ten wózek i rzu­cił go na Roę. Ja zawsze sądzi­łem, że już w tym momen­cie Roa stra­cił przy­tom­ność. Na chod­niku bili go na­dal: pię­ściami, skrzyn­kami, kopali go w kro­cze. Podobno nawet ktoś kilka razy wbił w niego pióro. Zaczęli go cią­gnąć na połu­dnie, do Pałacu Pre­zy­denc­kiego. Jest zdję­cie, to słynne zdję­cie, które zro­bił ktoś z gór­nego pię­tra, kiedy ciżba była tro­chę dalej, mniej wię­cej na placu Boli­vara. Widać na nim ludzi wlo­ką­cych Roę, i widać Roę, a raczej jego mar­twe ciało. Kiedy go wle­kli, spa­dły z niego ubra­nia i został pra­wie nagi. To jedna z naj­bar­dziej maka­brycz­nych foto­gra­fii z tego maka­brycz­nego dnia. Roa już na niej nie żyje, co ozna­cza, że zmarł w jakimś punk­cie trasy pro­wa­dzą­cej od apteki Gra­nada. Cza­sem myślę o tym, że Roa sko­nał w tym samym momen­cie co Gaitán. Wie pan, o któ­rej dokład­nie godzi­nie zmarł Gaitán? O pierw­szej pięć­dzie­siąt pięć. Za pięć druga. To nie­wy­klu­czone, że umarł w tej samej chwili, co jego zabójca, prawda? Nie wiem, dla­czego to ważne, a raczej wiem, że to nie­ważne, ale cza­sami o tym myślę. Stąd powle­kli Roę Sierrę. Tu znaj­do­wała się apteka Gra­nada i stąd go zabrali. Być może, kiedy znaj­do­wał się w miej­scu, gdzie teraz sto­imy, już nie żył. Może umarł póź­niej. Nie wiemy i ni­gdy się tego nie dowiemy".

Pacho zamilkł. Otwo­rzył dłoń, spoj­rzał w niebo.

"Cho­lera, zaczyna kro­pić", powie­dział. "Chce pan wie­dzieć coś jesz­cze?"

Zna­leź­li­śmy się kilka kro­ków od miej­sca, gdzie postrze­lono nie tak dawno ano­ni­mo­wego męż­czy­znę. Zasta­na­wia­łem się, czy Pacho wie­dział o strze­la­ni­nie, ale potem wydało mi się to infor­ma­cją nie­zna­czącą, pustą, a pyta­nie o to wręcz bra­kiem sza­cunku dla czło­wieka, który tak hoj­nie podzie­lił się ze mną swoją wie­dzą. Pomy­śla­łem, że to byli bar­dzo różni zmarli, Gaitán i ten ano­ni­mowy męż­czy­zna, w dodatku ich śmierć dzie­liło wiele lat, a jed­nak ich dwie plamy krwi, ta, którą zebrali ludzie swo­imi chu­s­tecz­kami w 1948 roku, i ta, która popla­miła czu­bek mojego buta w roku 1991, w grun­cie rze­czy nie róż­niły się tak bar­dzo. Nie łączyło ich nic poza moją cho­ro­bliwą fascy­na­cją, ale to wystar­czyło, gdyż ta cho­ro­bliwa fascy­na­cja była rów­nie silna jak pły­nąca mi pro­sto z serca nie­zgoda na to mia­sto tam­tych lat, mia­sto mor­dercę, mia­sto cmen­tarz, mia­sto, w któ­rym każdy róg ma swo­ich pole­głych. To wła­śnie odkry­łem w sobie, nie bez prze­ra­że­nia; owo mroczne zacie­ka­wie­nie umar­łymi krą­żą­cymi po uli­cach Bogoty, tymi zabi­tymi teraz i tymi zabi­tymi kie­dyś. Miesz­ka­łem w roz­ju­szo­nym mie­ście, odwie­dza­łem miej­sca pew­nych zbrodni wła­śnie dla­tego, że mnie prze­ra­żały, śle­dzi­łem duchy zmar­łych gwał­towną śmier­cią wła­śnie dla­tego, że bałem się, iż sam padnę jej ofiarą. Nie­ła­two było to wyja­śnić, nawet takiemu czło­wie­kowi jak Pacho Her­rera.

"Nie, to już wszystko", powie­dzia­łem. "Bar­dzo panu dzię­kuję".

I patrzy­łem za nim, póki nie znik­nął w tłu­mie.

Tej nocy wró­ci­łem do domu i ciur­kiem napi­sa­łem sie­dem stron opo­wia­da­nia, w któ­rym rela­cjo­no­wa­łem, a może sta­ra­łem się zre­la­cjo­no­wać to, co usły­sza­łem od Pacha Her­rery, gdy spa­ce­ro­wa­li­śmy Siódmą Aleją, tym samym chod­ni­kiem, na któ­rym histo­ria mojego kraju doznała potęż­nego wstrząsu. Nie sądzę, żebym wtedy był świa­dom, jak bar­dzo opo­wieść Pacha zawład­nęła moją wyobraź­nią, nie zda­wa­łem sobie rów­nież sprawy, że w ciągu ostat­nich trzy­dzie­stu czte­rech lat to samo przy­da­rzyło się tysiącom Kolum­bij­czy­ków. Opo­wia­da­nie nie było dobre, ale było moje; nie zostało napi­sane gło­sem zapo­ży­czo­nym od Garcíi Marqu­eza ani Cor­ta­zara, ani Bor­gesa, jak wiele innych tek­stów, które popeł­ni­łem lub mia­łem popeł­nić w tym cza­sie, lecz zacho­wy­wało w swoim tonie i spoj­rze­niu coś, co po raz pierw­szy wydało mi się moje wła­sne. Poka­za­łem je Pachowi -?jak mło­dzie­niec, który szuka apro­baty kogoś bar­dziej doświad­czo­nego -?i od tam­tej pory zaczą­łem z nim nową rela­cję, zupeł­nie inną, bar­dziej poufałą, opartą na kole­żeń­stwie, a nie na auto­ry­te­cie. Kilka dni póź­niej zapy­tał, czy chcę odwie­dzić z nim dom Gaitana.

"Dom Gaitana?"

"Dom, w któ­rym miesz­kał, kiedy go zabito", wyja­śnił Pacho. "Teraz oczy­wi­ście mie­ści się w nim muzeum".

Zja­wi­li­śmy się więc pew­nego sło­necz­nego popo­łu­dnia w tym dużym dwu­pię­tro­wym gma­chu, do któ­rego od tam­tej pory nie wró­ci­łem, oto­czo­nym zie­le­nią (pamię­tam nie­wielki traw­nik i drzewo), zamiesz­ka­nym nie­ustan­nie przez ducha Gaitana. Na dole znaj­do­wał się stary tele­wi­zor, na któ­rym wyświe­tlano w kółko doku­ment poświę­cony jego życiu, dalej były gło­śniki wyplu­wa­jące nagra­nia z jego prze­mó­wień, na górze zaś, u szczytu sze­ro­kich scho­dów, witryna, w któ­rej wysta­wiano gar­ni­tur gra­na­towy jak noc. Obsze­dłem witrynę, szu­ka­jąc w tka­ni­nie śla­dów po kulach, a kiedy je odna­la­złem, ciarki prze­szły mi po ple­cach. Póź­niej uda­łem się do ogrodu na grób poli­tyka i sta­łem tam przez chwilę, przy­po­mi­na­jąc sobie wszystko, co opo­wie­dział mi Pacho, uno­si­łem głowę i patrzy­łem na poru­szane przez wiatr liście, i czu­łem na wło­sach cie­pło bogo­tań­skiego popo­łu­dnia. Wtedy Pacho wyszedł, nie dając mi czasu na poże­gna­nie, i zatrzy­mał tak­sówkę. Widzia­łem, jak zamyka drzwi, jak poru­sza ustami, poda­jąc adres, i zdej­muje oku­lary, jak czy­nimy to, żeby wyjąć papro­szek, który wpadł nam do oka, uwie­ra­jącą rzęsę, łzę, która mgli nam wzrok.

Wizyta u dok­tora Bena­vi­desa miała miej­sce kilka dni po naszej roz­mo­wie w kli­nice. W sobotę spę­dzi­łem dwie godziny na pię­trze z restau­ra­cjami i barami pobli­skiego cen­trum han­dlo­wego, żeby odmie­nić choć tro­chę rutynę posił­ków w szpi­tal­nej sto­łówce, potem prze­dłu­ży­łem sobie nieco wychodne i uda­łem się do księ­garni Librería Nacio­nal, gdzie zna­la­złem książkę José Avel­la­nosa, uzna­łem bowiem, że może oka­zać się przy­datna do powie­ści, którą wła­śnie pisa­łem. Była to pika­rej­ska i kapry­śna histo­ria o moż­li­wej wizy­cie Jose­pha Con­rada w Pana­mie, z każ­dym kolej­nym zda­niem rozu­mia­łem coraz lepiej, że pisa­nie jej miało tylko jeden cel -?odwró­cić moją uwagę od zdro­wot­nych lęków, spra­wić, żebym cho­ciaż chwi­lami o nich zapo­mniał. Kiedy wró­ci­łem do sali, M wła­śnie pod­da­wano bada­niu czę­sto­tli­wo­ści jej nie­wy­czu­wal­nych skur­czów; do brzu­cha przy­cze­piono elek­trody, z usta­wio­nej przy łóżku maszyny sączył się elek­tryczny szum, a w tym szu­mie sły­chać było deli­katny a zara­zem fre­ne­tyczny taniec rysika po papie­rze mili­me­tro­wym. Z każ­dym skur­czem zapis zmie­niał się, linie pod­ska­ki­wały jak obu­dzone nagle zwie­rzę. "Wła­śnie miała pani skurcz", oznaj­miła jedna z pie­lę­gnia­rek. "Poczuła go pani?"

A M musiała przy­znać, że nie, że i tym razem go nie poczuła; była tym zmar­twiona, jakby w jakiś absur­dalny spo­sób ją to iry­to­wało. Dla mnie nato­miast ten pokre­ślony papier był jed­nym z pierw­szych śla­dów, jakie zosta­wiały na świe­cie moje córki, i zasta­na­wia­łem się nawet, czy nie popro­sić pie­lę­gnia­rek, żeby pozwo­liły mi zro­bić kopię. Ale wtedy pomy­śla­łem: a jeśli wszystko pój­dzie nie tak? Jeśli poród się nie uda, dziew­czynki nie prze­żyją albo prze­żyją, ale nie będą zdrowe i w przy­szło­ści nie będzie czego upa­mięt­niać, a przede wszyst­kim czego świę­to­wać? Ta moż­li­wość cią­gle jesz­cze nie stra­ciła aktu­al­no­ści; ani leka­rze, ani bada­nia nie wyklu­czyły jej osta­tecz­nie. Pie­lę­gniarki ode­szły, a ja o nic ich nie popro­si­łem.

{: ._idGenObjectAttribute-1} -

"Jak wyszło bada­nie?", zapy­ta­łem.

"Jak zwy­kle", odparła M, uśmie­cha­jąc się smutno. "Uparły się, że chcą już wyjść, jakby umó­wiły się na randkę". Po chwili dodała: "Ktoś coś dla cie­bie zosta­wił. Tam, na sto­liku".

Była to pocz­tówka, którą roz­po­zna­łem natych­miast, a wła­ści­wie foto­gra­fia roz­miaru pocz­tów­ko­wego z napi­saną na odwro­cie wia­do­mo­ścią. Auto­rem zdję­cia był Sady González, nie tylko jeden z wiel­kich foto­gra­fów XX wieku, ale rów­nież par excel­lence świa­dek el Bogo­tazo. To było jedno z jego naj­bar­dziej zna­nych zdjęć. González zro­bił je w kli­nice Cen­tral, gdzie prze­wie­ziono Gaitana, by rato­wać mu życie. Kiedy je robił, było już wia­domo, że wysiłki leka­rzy poszły na marne, stwier­dzono zgon ran­nego, tro­chę pod­szy­ko­wano zwłoki i wpusz­czono do środka obcych, dla­tego Gaitán spo­wity jest prze­ście­ra­dłem -?nie­ska­zi­tel­nie, nie­po­ko­jąco bia­łym -?i oto­czony ludźmi. Nie­któ­rzy z nich to leka­rze: jeden poło­żył na prze­ście­ra­dle lewą dłoń z wiel­kim pier­ście­niem na palcu, jakby chciał nie dopu­ścić, żeby ciało spa­dło, inny, być może Pedro Eli­seo Cruz, patrzy w głąb, chyba na poli­cjanta, który usi­łuje zna­leźć się w kadrze (widać prze­czu­wał waż­kość chwili). Na lewo od kra­wę­dzi stoi dok­tor Anto­nio Arias, z pro­filu, patrzy w pustkę i na jego twa­rzy maluje się szcze­gólne przy­gnę­bie­nie, a może tylko mnie się wydaje szcze­gólne, bo dok­tor Arias jest jedy­nym, który nie spo­gląda na foto­grafa, auten­tyczny smu­tek nie pozwala mu dostrzec tego, co dzieje się w sali. Mię­dzy nimi leży Gaitán, ktoś unosi mu deli­kat­nie głowę -?jego pozy­cja nie jest natu­ralna -?żeby był dobrze widoczny na zdję­ciu, które zro­biono wła­śnie po to, żeby zaświad­czyć o śmierci cau­dilla, ja jed­nak sądzę, że udało się na nim osią­gnąć znacz­nie wię­cej, gdyż na twa­rzy Gaitana można dostrzec, jak mówi wiersz, który lubię, pospo­litą ano­ni­mo­wość bólu. Nie wiem, ile razy oglą­da­łem to zdję­cie wcze­śniej, ale tam, w sali kli­niki, obok mojej żony leżą­cej w łóżku, pomy­śla­łem, że ni­gdy wcze­śniej nie zwró­ci­łem uwagi na dziew­czynkę sto­jącą za Gaita­nem, teraz wyda­wało mi się, że to ona pod­trzy­muje głowę zmar­łego. Poka­za­łem M zdję­cie, a ona uznała, że nie mam racji, że robi to męż­czy­zna w oku­la­rach, bo dziew­czynka ma zaci­śnięte palce, a rękę trzyma pod takim kątem, że nie mogłaby niczego pod­trzy­mać. Chcia­łem wie­rzyć, że M się nie myli, ale nie mogłem; patrzy­łem na dłoń dziew­czynki i widzia­łem, jak pod­piera głowę Gaitana, która zda­wała się uno­sić nad bia­łym prze­ście­ra­dłem, i bar­dzo mnie to nie­po­ko­iło.

Na odwro­cie foto­gra­fii dok­tor Bena­vi­des napi­sał dłu­go­pi­sem żelo­wym (żeby litery nie roz­ma­zały się na pokry­tej folią powierzchni):

Sza­nowny Pacjen­cie!

Jutro, w nie­dzielę, urzą­dzam kola­cję. Petit comité, jak to mówią; piszę po fran­cu­sku, żeby spra­wić wra­że­nie bar­dziej uczo­nego. Cze­kam na Pana o 8, z wielką ochotą poroz­ma­wiam z Panem o rze­czach, które dziś już nikogo nie obcho­dzą. Wiem, że jest Pan zajęty waż­niej­szymi spra­wami, ale obie­cuję, posta­ram się, żeby nie żało­wał Pan tej decy­zji. Choćby ze względu na whi­sky.

Z ser­decz­no­ścią

FB

I tak oto następ­nego dnia, a był to 11 wrze­śnia, wyru­szy­łem na pół­noc Bogoty, tam gdzie mia­sto zaczyna się pruć, ustę­pu­jąc miej­sca cha­otycz­nej naprze­mien­nej sekwen­cji gro­dzo­nych osie­dli i cen­trów han­dlo­wych, a potem, bez uprze­dze­nia, wiel­kim pustym poła­ciom, gdzie­nie­gdzie wykwi­tają na nich poje­dyn­cze budowle, na które raczej nikt nie wydał pozwo­le­nia. W radiu mówiono o Nowym Jorku i zama­chach ter­ro­ry­stycz­nych z 2001 roku, a dzien­ni­ka­rze i ich roz­mówcy robili to, co miało stać się zwy­cza­jem pod­czas kolej­nych rocz­nic -?wspo­mi­nali, gdzie byli tego dnia. A ja, gdzie byłem cztery lata wcze­śniej? W Bar­ce­lo­nie, koń­czy­łem wła­śnie jeść obiad. Nie mia­łem wtedy tele­wi­zora, więc nie wie­dzia­łem o niczym, dopóki nie zadzwo­nił Enri­que de Hériz: "Przyjdź do mnie, pospiesz się", powie­dział. "Świat się wali". Teraz jecha­łem Dzie­wiątą Aleją na pół­noc, a roz­gło­śnia powta­rzała audy­cje z tam­tego dnia; trans­mi­to­wane na żywo opo­wie­ści o tym, co się dzieje, pełne zdu­mie­nia i wście­kło­ści dekla­ra­cje tuż po zawa­le­niu się pierw­szej wieży, reak­cje poli­ty­ków nie­zdol­nych wyra­zić praw­dzi­wego obu­rze­nia nawet w tak dra­ma­tycz­nej sytu­acji. Jeden z komen­ta­to­rów stwier­dził, że sobie na to zasłu­żyli. "Kto?", zapy­tał inny, rów­nie zasko­czony jak ja. "Stany Zjed­no­czone", odpowie­dział pierw­szy. "Za dekady impe­ria­li­zmu i poni­ża­nia innych. Wresz­cie ktoś odpła­cił im pięk­nym za nadobne". W tej chwili dojeż­dża­łem na miej­sce, ale nie myśla­łem już o adre­sie, który podał mi Bena­vi­des, lecz o mojej wizy­cie w Nowym Jorku osiem mie­sięcy po zama­chu, o roz­mo­wach z ludźmi, któ­rzy stra­cili wtedy kogoś bli­skiego, o tym, jak doświad­czy­łem bólu mia­sta, które odpowie­działo na ataki dziel­nie i soli­dar­nie. Mówca cią­gnął dalej swoją tyradę, a mnie cisnęła się na usta masa cha­otycz­nych odpo­wie­dzi, ale zdo­ła­łem powie­dzieć tylko -?na głos i do nikogo -?"Biedny skur­wy­syn".

Dok­tor już cze­kał, jego syl­wetka wypeł­niała drzwi. Cho­ciaż był wyż­szy ode mnie zale­d­wie o pół głowy, mia­łem wra­że­nie, że należy do ludzi, któ­rzy się gar­bią, żeby nie ude­rzyć głową o nad­proże. Miał oku­lary w alu­mi­nio­wych opraw­kach, chyba z tych, któ­rych szkła zmie­niają odcień w zależ­no­ści od tego, jak inten­sywne jest świa­tło, wtedy w progu, pod chmu­rami, które prze­my­kały szybko nad naszymi gło­wami, przy­po­mi­nał mi szpiega z jakiejś powie­ści, kogoś w rodzaju Smi­leya, tylko nieco bar­dziej kor­pu­lent­nego, a przede wszyst­kim bar­dziej melan­cho­lij­nego. Mimo że miał nie­wiele ponad pięć­dzie­siąt lat, Bena­vi­des, w roz­pię­tym swe­trze, który nie chro­nił go zbyt dobrze przed chło­dem bogo­tań­skich wie­czo­rów, wywarł na mnie wra­że­nie czło­wieka zmę­czo­nego. Cudzy ból wycień­cza nas w mniej lub bar­dziej sub­telny spo­sób; Bena­vi­des przez wiele lat swo­jego życia musiał z nim obco­wać, dzie­lić z pacjen­tami ich cier­pie­nia i lęki, to współ­czu­cie wypom­po­wało z niego ener­gię. Czę­sto wydaje się nam, że ludzie sta­rzeją się szyb­ciej, kiedy rezy­gnują z pracy, cza­sem przy­pi­su­jemy winę za to pierw­szej rze­czy, jaka aku­rat przyj­dzie nam do głowy; temu, co wiemy o ich życiu, obser­wo­wa­nemu z daleka nie­szczę­ściu, cho­ro­bie, o któ­rej ktoś nam opo­wie­dział. Albo, jak w przy­padku Bena­vi­desa, spe­cy­fice jego zawodu, którą zna­łem na tyle dobrze, żeby go podzi­wiać, a raczej podzi­wiać jego odda­nie innym, i ubo­le­wać nad tym, że nie jestem taki jak on.

"Wcze­śnie pan przy­je­chał" powie­dział dok­tor. Zapro­wa­dził mnie na wewnętrzne patio, przez któ­rego świe­tlik sączyło się jesz­cze uko­śnie wie­czorne świa­tło; po kilku minu­tach oży­wio­nej roz­mowy znów powró­cił do mojej powie­ści, zapy­tał o żonę, jak się czuje, jakie imiona chcemy nadać naszym cór­kom, powie­dział, że on sam ma dwoje dwu­dzie­sto­let­nich już dzieci, córkę i syna; następ­nie wyja­śnił, że ławeczka, na któ­rej sie­dzę, była kie­dyś pod­kła­dem kole­jo­wym i on sam doro­bił jej nogi, potem poka­zał kołki w ścia­nie i powie­dział, że słu­żyły kie­dyś za śruby (nie znam ich tech­nicz­nej nazwy), któ­rymi przy­mo­co­wano ten pod­kład. On zaś, cią­gnął, sie­dział na krze­śle pocho­dzą­cym z hotelu w Popayán, który zawa­lił się pod­czas trzę­sie­nia ziemi w 1983 roku, a jedyna ozdoba na sto­ją­cym na środku sto­liku słu­żyła kie­dyś za śrubę okrę­tową statku towa­ro­wego. "Wciąż nie rozu­miem, dla­czego wyba­czają mi te dzi­wac­twa, no ale wyba­czają", wyja­śnił. Dopiero póź­niej pomy­śla­łem, że dok­tor wysta­wiał mnie na próbę: spraw­dzał, czy podzie­lam jego irra­cjo­nalne zain­te­re­so­wa­nie przed­mio­tami z prze­szło­ści, owymi mil­czą­cymi duchami.

"No dobrze, chodźmy do środka, straszna tu wil­goć", rzekł, a jego rysy twa­rzy to roz­my­wały się, to chwi­lami cał­kiem nikły w pół­mroku. "Chyba goście wresz­cie zaczęli się scho­dzić".

Rze­czony petit comité nie oka­zał się wcale taki mały. Nie­wielki dom pełen był gości, więk­szość z nich mniej wię­cej w wieku gospo­da­rza; pomy­śla­łem, nie mając ku temu żad­nych prze­sła­nek, że to jego kole­dzy. Ludzie tło­czyli się przy stole w jadalni, każdy z tale­rzem w ręku, pró­bo­wali utrzy­mać chwiejną rów­no­wagę, nakła­da­jąc sobie mięsa na zimno czy sałatkę ziem­nia­czaną, albo sta­rali się przy­szpi­lić nie­sforne szpa­ragi, upar­cie ześli­zgu­jące się z widel­ców. Z nie­wi­docz­nych gło­śni­ków sączył się głos Billy Holi­day, a może była to Are­tha Fran­klin. Bena­vi­des przed­sta­wił mnie swo­jej żonie: Estela była nie­wy­soką kości­stą kobietą o arab­skim nosie, a jej szczery uśmiech łago­dził nieco iro­nię nie­ustan­nie obecną w jej spoj­rze­niu. Potem obe­szli­śmy pokój (powie­trze prze­sią­kło już zapa­chem dymu), Bena­vi­des chciał bowiem przed­sta­wić mi parę osób. Zaczął od męż­czy­zny w oku­la­rach z gru­bymi szkłami bar­dzo podob­nego, prze­mknęło mi przez myśl, do tego, który pod­trzy­my­wał głowę Gaitana na foto­gra­fii, i dru­giego, niskiego łysego wąsa­cza, który z tru­dem wyrwał rękę z ręki swo­jej żony o pofar­bo­wa­nych wło­sach, żeby się ze mną przy­wi­tać. "Mój pacjent", mówił Bena­vi­des, przed­sta­wia­jąc mnie, i mia­łem wra­że­nie, że bawi go powta­rza­nie tego nie­win­nego kłam­stewka. Ja tym­cza­sem poczu­łem się nie­swojo, ogar­nął mnie nie­po­kój i bez trudu odkry­łem jego przy­czynę: jakaś część mojej świa­do­mo­ści pochło­nięta była tym, co też dzieje się u mojej -?wciąż jesz­cze przy­szłej -?rodziny, u dziew­czy­nek, które, na prze­kór nie­bez­pie­czeń­stwu, rosły w brzu­chu żony. I tak, prze­cha­dza­jąc się po domu Bena­vi­desa, dozna­łem zupeł­nie nowego lęku; roz­my­śla­łem, czy na tym wła­śnie -?na takiej nie­spo­dzie­wa­nej samot­no­ści, na zabo­bon­nym prze­ko­na­niu, że naj­gor­sze dzieje się pod naszą nie­obec­ność -?polega ojco­stwo, poża­ło­wa­łem, że pro­wa­dzę tu banalne roz­mowy, zamiast posie­dzieć przy M i pomóc jej w czym­kol­wiek, czego by potrze­bo­wała. Za moimi ple­cami ktoś recy­to­wał wiersz:

Ta róża zaświad­czyć może

miłość nie miłość, a prze­cież

Inną nie będzie miło­ścią.

Ta róża zaświad­czyć może,

o chwili, gdy sta­łaś się moją.

To był naj­gor­szy wiersz Leona de Gre­iffa, w każ­dym razie mnie wyda­wał się naj­bar­dziej nie­godny jego fan­ta­stycz­nego dorobku, ale znają go na pamięć wszy­scy Kolum­bij­czycy i nie­uchron­nie wykwita -?nomen omen -?na pew­nego rodzaju spo­tka­niach towa­rzy­skich. To w domu Bena­vi­desa było wła­śnie jed­nym z nich. I znów poża­ło­wa­łem, że przy­ją­łem zapro­sze­nie. Pod wiszącą paprotką obok prze­su­wa­nych drzwi do ogrodu, teraz już ciem­nego, stały dwie prze­szklone szafki, na które natych­miast zwró­ci­łem uwagę, gdyż przed­mioty w nich przy­po­mi­nały eks­po­naty muze­alne. Zatrzy­ma­łem się przed nimi, patrzy­łem nie­obec­nym wzro­kiem; z początku powo­do­wała mną chęć ucieczki od towa­rzy­skich obo­wiąz­ków, potem jed­nak zawar­tość tych sza­fek wzbu­dziła moją cie­ka­wość. Co to było?

"To mie­dziany kalej­do­skop", wyja­śnił Bena­vi­des. Pod­szedł do mnie bez­sze­lest­nie i chyba czy­tał mi w myślach, a może po pro­stu przy­wykł do tego, że goście odwie­dza­jący go po raz pierw­szy stają przed szaf­kami i zadają pyta­nia. "A to jest praw­dziwy kolec skor­piona z Ama­zo­nii. To rewol­wer Le-Mat z tysiąc osiem­set pięć­dzie­sią­tego szó­stego roku. Szkie­let grze­chot­nika. Był wpraw­dzie mały, ale wie pan prze­cież, że to nie roz­miar się liczy".

"Ma pan pry­watne muzeum", powie­dzia­łem.

Spoj­rzał na mnie z wyraź­nym zado­wo­le­niem."Mniej wię­cej", przy­znał. "Zbie­ram te rze­czy od dawna".

"Nie, mówię o całym domu. Cały ten dom jest pań­skim muzeum".

Bena­vi­des uśmiech­nął się sze­roko i wska­zał na ścianę: zdo­biły ją dwie ramki (cho­ciaż nie wiem, czy w tym wypadku powi­nie­nem mówić o ozdo­bach, bo nie wywie­szono ich tam, żeby peł­niły funk­cję este­tyczną). "To okładka płyty Syd­neya Becheta", powie­dział. Bechet zło­żył na niej pod­pis pod datą 2 maja 1959 roku. "A to", wska­zał na nie­wielki mebel przy­su­nięty do szafki i nie­mal nie­wi­doczny, "jest waga, którą kie­dyś przy­wie­ziono mi z Chin".

"Ory­gi­nalna?", zapy­ta­łem głu­pio.

"Co do naj­mniej­szej czę­ści", odparł Bena­vi­des. Urzą­dze­nie było prze­piękne: na pod­sta­wie z rzeź­bio­nego drewna, w kształ­cie litery T, z któ­rej ramion zwi­sały dwie szalki. "Widzi pan to zala­ko­wane pudełko? Są w nim oło­wiane odważ­niki, naj­ład­niej­sze na świe­cie. Poza tym chciał­bym pana z kimś poznać".

Dopiero wtedy dotarło do mnie, że nie jest sam. Za moim gospo­da­rzem stał -?jakby ukry­wa­jąc się nie­śmiało -?męż­czy­zna o bla­dej cerze, w lewej ręce trzy­mał szklankę wody gazo­wa­nej. Miał sińce pod oczami, ale nie wyda­wał się star­szy od Bena­vi­desa. A jeśli o jego dziwny strój cho­dzi -?brą­zowa mary­narka, koszula z wyso­kim kroch­ma­lo­nym koł­nie­rzy­kiem -?uwagę zwra­cał czer­wony fular, inten­syw­nie czer­wony, pra­wie lśniący, w odcie­niu płachty tore­adora. Męż­czy­zna w czer­wonym fula­rze wycią­gnął miękką wil­gotną dłoń i przed­sta­wił się cichutko, może nie­pew­nie, może w spo­sób nieco znie­wie­ściały, tym tonem głosu, który zmu­sza roz­mówcę do nachy­le­nia się nad mówią­cym, żeby cokol­wiek zro­zu­mieć.

"Car­los Car­ballo", powie­dział, wyraź­nie wyma­wia­jąc pierw­sze litery imie­nia i nazwi­ska. "Do usług".

"Car­los to przy­ja­ciel rodziny", oświad­czył Bena­vi­des. "Stary, bar­dzo stary. Nie pamię­tam cza­sów, kiedy go nie było".

"Bo naj­pierw byłem przy­ja­cie­lem two­jego taty", odparł męż­czy­zna.

"Naj­pierw stu­den­tem, potem przy­ja­cie­lem", uści­ślił Bena­vi­des. "Odzie­dzi­czy­łem cię w spadku. Jak parę butów".

"Stu­den­tem? Stu­den­tem czego?"

"Mój ojciec wykła­dał na Uni­wer­sy­te­cie Naro­do­wym", wyja­śnił Bena­vi­des. "Uczył przy­szłych praw­ni­ków medy­cyny sądo­wej. Kie­dyś panu opo­wiem, Vásquez. Zapa­mię­ta­łem kilka świet­nych aneg­dot".

"O tak", potwier­dził Car­ballo. "Był naj­lep­szym wykła­dowcą na świe­cie. Wielu z nas odmie­nił życie". Mówił to z poważną miną, mia­łem nawet wra­że­nie, że się wypro­sto­wał. "Wspa­niały umysł".

"Kiedy umarł?", zapy­ta­łem.

"W osiem­dzie­sią­tym siód­mym", odpo­wie­dział Bena­vi­des.

"Dwa­dzie­ścia lat temu", wes­tchnął Car­ballo. "Jak ten czas leci".

Zdzi­wiło mnie, że ktoś, kto wkłada tego typu fular -?pro­wo­ka­cję z wykwint­nego jedwa­biu -?prze­ma­wia jed­no­cze­śnie utar­tymi zwro­tami peł­nymi fra­ze­sów. Ale Car­ballo był w spo­sób oczy­wi­sty typem nie­prze­wi­dy­wal­nym, dla­tego chyba zain­te­re­so­wał mnie bar­dziej niż pozo­stali goście, nie uni­ka­łem więc jego towa­rzy­stwa, nie wymy­śla­łem wymó­wek, żeby się wymknąć. Wyją­łem z kie­szeni tele­fon, potwier­dzi­łem, że dwie czarne kre­seczki są odpo­wied­nio dłu­gie, że nie mam nie­ode­bra­nych połą­czeń, a potem scho­wa­łem go z powro­tem. Ktoś zawo­łał Bena­vi­desa. Spoj­rza­łem w tym samym kie­runku co on i dostrze­głem Estelę macha­jącą rękami (rękawy jej luź­nej bluzki opa­dły i uka­zy­wały ramiona blade jak brzuch żaby). "Zaraz wra­cam", powie­dział Bena­vi­des. "Jedno z dwojga: albo moja mał­żonka się dusi, albo trzeba przy­nieść wię­cej lodu". Car­ballo opo­wia­dał o tym, jak bar­dzo bra­kuje mu mistrza -?tak teraz o nim mówił, per mistrz, być może w jego gło­wie słowo to zapi­sane zostało wielką literą -?zwłasz­cza w chwi­lach, kiedy czło­wiek potrze­buje, żeby ktoś nauczył go czy­tać prawdę zawartą w rze­czy­wi­sto­ści. To zda­nie wydało mi się klej­no­tem zna­le­zio­nym w bło­cie, czymś, co wresz­cie paso­wało do fularu.

"Czy­tać prawdę zawartą w rze­czy­wi­sto­ści?", zapy­ta­łem. "Co wła­ści­wie ma pan na myśli?"

"Oj, cią­gle mam z tym pro­blem", powie­dział Car­ballo. "A pan nie?"

"Ale z czym?"

"Nie wiem, co myśleć. Potrze­buję kogoś, kto mnie ukie­run­kuje. Na przy­kład dziś. W samo­cho­dzie słu­cha­łem radia, wie pan, popo­łu­dniowe audy­cje. Mówili o jede­na­stym wrze­śnia".

"Tak, też tego słu­cha­łem po dro­dze".

"A ja myśla­łem: jak bar­dzo przy­dałby się nam mistrz Bena­vi­des. Żeby poka­zać nam prawdę ukrytą pod poli­tycz­nymi mani­pu­la­cjami, za kry­mi­nalną współ­od­po­wie­dzial­no­ścią mediów. On nie prze­łknąłby tych baje­czek. Umiałby odkryć oszu­stwo".

"Jakie oszu­stwo?".

"Wszystko jest oszu­stwem, niech mi pan nie wma­wia, że pan tego nie widzi. Te bajeczki o Al-Kaidzie. O bin Lade­nie. To zwy­kłe gówno, za prze­pro­sze­niem. Takie rze­czy nie dzieją się w ten spo­sób. Czy ktoś naprawdę sądzi, że taki budy­nek jak bliź­nia­cze wieże może się zawa­lić, bo ude­rzy w nie samo­lot? Nie, to była robota zro­biona od środka, kon­tro­lo­wane wybu­rze­nie. Mistrz Bena­vi­des od razu by to zauwa­żył".

"Jak to?", nie wiem, czy kie­ro­wała mną cie­ka­wość, czy cho­ro­bliwa fascy­na­cja takimi teo­riami. "Niech pan mi wyja­śni, o co cho­dzi z tym wybu­rze­niem".

"To bar­dzo łatwe. Takie budynki jak te, zupeł­nie pro­ste, zawa­lają się tak, jak zawa­liły się wieże World Trade Cen­ter, tylko wtedy, jeśli ktoś pod­łoży na dole ładu­nek wybu­chowy. Trzeba zaata­ko­wać w nogi, nie w głowę. Prawa fizyki to prawa fizyki. Widział pan kie­dyś, żeby drzewo upa­dło, kiedy utnie mu się koronę?"

"Ale budy­nek to nie to samo, co drzewo. Samo­loty się roz­biły, wybuchł pożar, naru­szył struk­turę budynku, który spło­nął. Nie było tak?"

"No cóż", wes­tchnął Car­ballo. "Jeśli pan naprawdę chce w to wie­rzyć". Upił łyk wody. "Ale to nie­moż­liwe, żeby budy­nek tego typu zapadł się cały. To było jak scena z filmu, nie zaprze­czy pan".

"To jesz­cze o niczym nie świad­czy".

"Jasne. O niczym nie świad­czy, jeśli ktoś się uprze, żeby niczego nie dostrzec. Rze­czy­wi­ście naj­gor­szym ślep­cem jest ten, kto nie chce zoba­czyć".

"Niech mi pan tu nie przy­ta­cza głu­pich przy­słów", obru­szy­łem się. Nie wiem, dla­czego potrak­to­wa­łem go tak nie­grzecz­nie. Iry­tuje mnie irra­cjo­nal­ność z wyboru, nie cier­pię ludzi zasła­nia­ją­cych się sło­wami, zwłasz­cza ucie­ka­ją­cych się do jed­nej z miliona sztu­czek języ­ko­wych, wymy­ślo­nych po to, żeby uza­sad­nić wiarę nie­po­partą dowo­dami. Sta­ram się jed­nak pano­wać nad swo­imi naj­gor­szymi impul­sami, tak zro­bi­łem i wów­czas. "Dam się prze­ko­nać, jeśli przed­stawi mi pan argu­menty, bo na razie nie prze­ko­nał mnie pan do niczego".

"A panu to wszystko nie wydaje się dziwne?"

"Dla­czego mia­łoby wyda­wać mi się dziwne? Dla­tego że wieże runęły tak, a nie ina­czej? Nie jestem inży­nie­rem, nie umiał­bym..."

"Nie tylko o to cho­dzi. Dla­czego aku­rat wła­śnie tego poranka siły powietrzne nie były gotowe? Że dokład­nie tego dnia sys­tem obrony powietrz­nej został wyłą­czony? Że ataki dopro­wa­dziły bez­po­śred­nio do wojny tak wów­czas potrzeb­nej, żeby zacho­wać sta­tus quo?"

"Ale to zupeł­nie różne rze­czy, panie Car­lo­sie, chyba nie muszę tego wyja­śniać", powie­dzia­łem. -?"Oczy­wi­ście, że Bush posłu­żył się zama­chem jako pre­tek­stem do roz­po­czę­cia wojny, którą pla­no­wał już od jakie­goś czasu. Ale stąd do wnio­sku, że mógłby poświę­cić życie trzech tysięcy cywi­lów, jesz­cze daleka droga".

"Tak się tylko wydaje. Że to dwie różne sprawy. To wielki try­umf tych ludzi. Zdo­łali nas prze­ko­nać, że rze­czy powią­zane nie mają ze sobą nic wspól­nego. Dziś tylko naiwni sądzą, że księżna Diana zgi­nęła w wypadku".

"Księżna Diana? A co ona ma do tego..."

"Tylko naiw­niak może sądzić, że nie ma podo­bieństw mię­dzy jej śmier­cią a śmier­cią Mary­lin. Nie­któ­rzy z nas je dostrze­gają".

"Aj, niech pan nie gada bzdur", żach­ną­łem się. "To gor­sze niż jasno­widz­two, to mi zakrawa na para­noję".

W tym momen­cie pod­szedł do nas Bena­vi­des, który usły­szał ostat­nie zda­nie. Zro­biło mi się wstyd, ale nie zna­la­złem słów, żeby prze­pro­sić. Oczy­wi­ście zde­ner­wo­wa­łem się za bar­dzo i nie było dla mnie jasne dla­czego; to, że ni­gdy nie mia­łem cier­pli­wo­ści do ludzi czy­ta­ją­cych cały świat przez pry­zmat teo­rii spi­sko­wych, nie uspra­wie­dli­wiało nie­grzecz­no­ści. Przy­po­mnia­łem sobie powieść Ricarda Piglii, w któ­rej pisze on, że nawet para­no­icy mają nie­przy­ja­ciół. Kon­takt z uro­je­niami innych, które mogą przy­bie­rać różne kształty i kryją się pod fasadą naj­spo­koj­niej­szych oso­bo­wo­ści, ma na nas wpływ, cho­ciaż nie zawsze zda­jemy sobie z tego sprawę i jeśli stra­cimy czuj­ność, możemy ugrzę­znąć w głu­pich dys­ku­sjach z ludźmi, któ­rzy poświę­cają swoje życie na sze­rze­nie nie­od­po­wie­dzial­nych hipo­tez. A może potrak­to­wa­łem Car­balla nie­spra­wie­dli­wie: może był tylko wpraw­nym recy­ta­to­rem infor­ma­cji wyło­wio­nych z inter­ne­to­wych kloak, nie­świa­do­mie uza­leż­nio­nym od mniej lub bar­dziej sub­tel­nych pro­wo­ka­cji, skan­da­li­zo­wa­nia ludzi skłon­nych im ulec. A może to wszystko jesz­cze prost­sze: Car­ballo był czło­wie­kiem zła­ma­nym, a jego teo­rie sta­no­wiły mecha­nizm zabez­pie­cza­jący przed tym, co nie­prze­wi­dy­walne w życiu, które w jakiś nie­wia­domy dla mnie spo­sób wyrzą­dziło mu krzywdę.

Bena­vi­des od razu się zorien­to­wał, że atmos­fera zro­biła się napięta, a moja cham­ska odpo­wiedź mogła jesz­cze pogor­szyć sytu­ację. Podał mi szklankę whi­sky. "Tyle czasu zabrało mi przej­ście przez cały dom, że ser­wetka już jest mokra", powie­dział prze­pra­sza­ją­cym tonem. Wzią­łem szklankę w mil­cze­niu i natych­miast poczu­łem w dłoni jej cię­żar i twarde żło­bie­nia w szkle. Car­ballo też się nie odzy­wał, wbił wzrok w pod­łogę. Po chwili bar­dzo krę­pu­ją­cej ciszy Bena­vi­des powie­dział: "Car­lo­sie, nie zgad­niesz, czyim wnu­kiem jest Vásquez".

Car­ballo z wyraźną nie­chę­cią dał się wcią­gnąć w tę zabawę.

"Czyim?", zapy­tał.

"José Maríi Vil­lar­re­ala", odparł Bena­vi­des.

Wyda­wało mi się, że oczy Car­balla na chwilę roz­bły­sły. Nie mogę powie­dzieć, że otwo­rzyły się sze­roko, co uzna­jemy powszech­nie za oznakę zasko­cze­nia albo podziwu, ale było w nich coś, co mnie zain­try­go­wało, nie przez to, co poka­zy­wały, czuję się w obo­wiązku wyja­śnić, ale ze względu na to, co ewi­dent­nie sta­rały się ukryć.

"José María Vil­lar­real był pań­skim dziad­kiem?", powtó­rzył Car­ballo. Znów zro­bił się nie­spo­kojny, jak wtedy, gdy mówił o bliź­nia­czych wie­żach, ja tym­cza­sem zasta­na­wia­łem się, skąd Bena­vi­des wie­dział o tym, że jeste­śmy spo­krew­nieni. Nie dzi­wiło mnie to zbyt­nio, gdyż mój dzia­dek José María Vil­lar­real był waż­nym człon­kiem Par­tii Kon­ser­wa­tyw­nej, w kolum­bij­skiej poli­tyce wszy­scy wszyst­kich znają. W każ­dym razie mogłem, a nawet powi­nie­nem napo­mknąć o tym pod­czas naszej pierw­szej roz­mowy w szpi­tal­nej sto­łówce. Czemu Bena­vi­des wcze­śniej o tym nie wspo­mniał? Dla­czego tak bar­dzo zain­te­re­so­wało to Car­balla? Wtedy nie mogłem tego wie­dzieć. Oczy­wi­ste było jed­nak, że Bena­vi­des wspo­mniał o nim, żeby zneu­tra­li­zo­wać wro­gość, jaką wyczuł mię­dzy nami. I rów­nież oczy­wi­ste wydało mi się, że osią­gnął to natych­miast.

"I zna­li­ście się?", zapy­tał Car­ballo. "Pan i dzia­dek. Znał go pan dobrze?"

"Gorzej, niż­bym chciał", odpar­łem. "Mia­łem dwa­dzie­ścia jeden lat, kiedy umarł".

"Na co umarł?"

"Nie wiem. Śmier­cią natu­ralną". Spoj­rza­łem na Bena­vi­desa. "A jak to się stało, że pano­wie go znają?"

"Jak mogli­by­śmy go nie znać", odrzekł Car­ballo. Już się nie gar­bił, jego głos odzy­skał poprzed­nią żywio­ło­wość, jakby nasza kłót­nia ni­gdy nie miała miej­sca. "Fran­ci­sco, przy­nieś książkę, poka­żemy mu".

"No nie, nie teraz. Jeste­śmy na przy­ję­ciu".

"Przy­nieś ją, pro­szę. Zrób to dla mnie".

"Jaką książkę?", zapy­ta­łem.

"Przy­nieś, poka­żemy mu frag­ment".

Bena­vi­des zro­bił zabawną minę, jak dziecko, które musi wyko­nać pole­ce­nie rodzi­ców, będące w rze­czy­wi­sto­ści kapry­sem. Znik­nął w sąsied­nim pokoju i wró­cił po chwili, szybko zna­lazł rze­czoną książkę, może czy­tał ją wła­śnie, a może w jego biblio­tece pano­wał nie­na­ganny porzą­dek pozwa­la­jący mu zlo­ka­li­zo­wać tom bez prze­bie­ga­nia wzro­kiem kolej­nych pó­łek, prze­cią­ga­nia nie­pew­nymi pal­cami po nie­cier­pli­wych grzbie­tach. Roz­po­zna­łem okładkę z czer­wo­nego kar­tonu, zanim dok­tor wrę­czył książkę Car­bal­lowi, Życie jest opo­wie­ścią, tom wspo­mnień, które Gabriel García Márquez opu­bli­ko­wał trzy lata wcze­śniej; egzem­pla­rze książki zalały wszyst­kie kolum­bij­skie biblio­teki i wiele biblio­tek w innych kra­jach. Car­ballo wziął ją do ręki i zaczął szu­kać inte­re­su­ją­cej go strony, zanim ją zna­lazł, moja pamięć (instynkt) pod­po­wie­działa mi, czego szuka. Powi­nie­nem się domy­ślić wcze­śniej; mie­li­śmy roz­ma­wiać o 9 kwiet­nia.

"O, tutaj jest", powie­dział Car­ballo.

Podał mi tom i pal­cem poka­zał aka­pit na stro­nie 352 tam­tego wyda­nia, tego samego, które mia­łem w domu w Bar­ce­lo­nie. We wspo­mnia­nym roz­dziale García Márquez wspo­mina zabój­stwo Gaitana, które zasko­czyło go w Bogo­cie -?stu­dio­wał tu bez więk­szego prze­ko­na­nia prawo, żył cha­otycz­nie i miesz­kał w pen­sjo­na­cie przy Ósmej Alei, w cen­trum mia­sta, nie dalej niż dwie­ście kro­ków od miej­sca, gdzie Roa Sierra oddał swoje cztery śmier­cio­no­śne strzały. Opo­wia­da­jąc o zamiesz­kach, wal­kach ulicz­nych oraz gwał­tow­nym i ogól­nym cha­osie (a także o wysił­kach rządu cen­tral­nego, by zacho­wać kon­trolę), García Márquez pisał: W sąsied­nim depar­ta­men­cie Boyacá, sły­ną­cym ze swego histo­rycz­nego libe­ra­li­zmu i suro­wego kon­ser­wa­ty­zmu, guber­na­tor José María Vil­lar­real -?zatwar­działa kon­serwa -?nie tylko stłu­mił w pierw­szych godzi­nach lokalne zamieszki, ale w dodatku wysłał naj­le­piej uzbro­jone oddziały na odsiecz sto­licy. Zatwar­działa kon­serwa, słowa Garcíi Marqu­eza o moim dziadku były w grun­cie rze­czy miłe, bio­rąc pod uwagę, że cho­dziło o czło­wieka, który na roz­kaz pre­zy­denta Ospiny sfor­mo­wał oddział poli­cji, wybie­ra­jąc jego człon­ków według jed­nego tylko kry­te­rium -?kon­ser­wa­tyw­nych poglą­dów. Nie­długo przed 9 kwiet­nia ten zbyt upo­li­tycz­niony oddział wymknął się spod kon­troli i szybko zmie­nił się w narzę­dzie repre­sji, co przy­nio­sło fatalne kon­se­kwen­cje.

"Wie­dział pan o tym, panie Vasqu­ezie?", zapy­tał mnie Bena­vi­des. "Wie­dział pan, że w książce jest mowa o pań­skim dziadku?"

"Tak, wie­dzia­łem".

"Zatwar­działa kon­serwa", rzekł Car­ballo.

"Ni­gdy nie roz­ma­wia­li­śmy o poli­tyce", powie­dzia­łem.

"Nie? Ni­gdy nie roz­ma­wia­li­ście o dzie­wią­tym kwiet­nia?"

"O ile mnie pamięć nie myli, nie. Opo­wia­dał cza­sem aneg­doty, to prawda".

"Ach, bar­dzo cie­kawe", powie­dział Car­ballo. "Bar­dzo nas to inte­re­suje, prawda, Fran­ci­sco?"

"Prawda", przy­tak­nął Bena­vi­des.

"No, niech­że pan coś opo­wie", zachę­cał mnie Car­ballo.

"Sam nie wiem, co mam opo­wie­dzieć. Było kilka rze­czy. Na przy­kład odwie­dził go kie­dyś przy­ja­ciel libe­rał, mniej wię­cej w porze obiadu. "Mój drogi Chepe", powie­dział, "chciał­bym, żebyś nie noco­wał dziś w domu". "Dla­czego?", zapy­tał wuj. A przy­ja­ciel libe­rał odparł: "Bo tej nocy przyj­dziemy cię zabić". Opo­wia­dał mi o takich rze­czach, o pla­no­wa­nych zama­chach na niego".

"A o dzie­wią­tym kwiet­nia?", zapy­tał Car­ballo. "Ni­gdy nie mówił o dzie­wią­tym kwiet­nia?"

"Nie", odrze­kłem. "Udzie­lił o tym kilku wywia­dów, nic wię­cej. Ja z nim o tym nie roz­ma­wia­łem".

"Bo on na pewno wie­dział bar­dzo wiele rze­czy, prawda?"

"Jakich rze­czy?"

"Był wów­czas guber­na­to­rem Boyacá. Wszy­scy o tym wie­dzą. Otrzy­my­wał aktu­alne wia­do­mo­ści, dla­tego wysłał do Bogoty poli­cję. Mogę sobie wyobra­zić, że potem na­dal był dobrze poin­for­mo­wany o tym, co się dzieje. Zada­wał pyta­nia, poro­zu­mie­wał się z przed­sta­wi­cie­lami rządu, prawda? I przez całe swoje dłu­gie życie roz­ma­wiał o tym na pewno z wie­loma oso­bami, tak to sobie przy­naj­mniej wyobra­żam, miał wie­dzę o wielu tych zda­rze­niach, które, że tak powiem, nie są ujaw­niane opi­nii publicz­nej".

"Nie wiem", przy­zna­łem. "Ni­gdy mi o tym nie mówił".

"Rozu­miem", powie­dział Car­ballo. "A czy pań­ski dzia­dek wspo­mniał kie­dyś o ele­ganc­kim męż­czyź­nie?"

Nie patrzył na mnie, kiedy zada­wał mi to pyta­nie. Dobrze to pamię­tam, bo ja z kolei szu­ka­łem w tej chwili wzroku Bena­vi­desa, ale go nie napo­tka­łem, wyda­wał mi się nie­obecny, a może myślał o czymś innym, jakby chciał uciec od tej roz­mowy, która nagle prze­stała go inte­re­so­wać. Póź­niej zro­zu­mia­łem, że inte­re­so­wała go w tym momen­cie bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek, ale nie mia­łem pod­staw, żeby dopa­try­wać się ukry­tych inten­cji w tej na pozór przy­pad­ko­wej poga­wędce.

"Jakim ele­ganc­kim męż­czyź­nie?", zapy­ta­łem.

Palce Car­balla znów zaczęły prze­bie­gać po stro­nach auto­bio­gra­fii Marqu­eza. Wkrótce zna­la­zły to, czego szu­kały.

"Niech pan prze­czyta", powie­dział, wska­zu­jąc opuszką palca słowo. "Pro­szę zacząć tutaj".

Po zabi­ciu Gaitana, opo­wia­dał García Márquez, Roę zaczął gonić roz­ju­szony tłum i nie miał innego wyj­ścia jak schro­nić się w aptece Gra­nada, żeby unik­nąć lin­czu. W środku zna­la­zło się z nimi kilku poli­cjan­tów i wła­ści­ciel, więc Roa Sierra uwie­rzył chyba, że jest bez­pieczny. I wów­czas wyda­rzyło się coś zupeł­nie nie­spo­dzie­wa­nego. Czło­wiek w trzy­czę­ścio­wym sza­rym gar­ni­turze, o manierach bry­tyj­skiego lorda zaczął pod­że­gać tłum; jego słowa oka­zały się na tyle sku­teczne, a jego osoba spo­tkała się z tak wiel­kim auto­ry­te­tem, że wła­ści­ciel apteki odsło­nił żela­zną żalu­zję, pucy­buci zaś, toru­jąc sobie drogę swo­imi skrzyn­kami, porwali prze­ra­żo­nego zabójcę. I tam, na środku Siód­mej Alei, na oczach poli­cjan­tów, zagrze­wani przez ele­ganc­kiego męż­czy­znę, zabili go. Ele­gancki męż­czy­zna -?o manie­rach bry­tyj­skiego lorda, w swoim trzy­czę­ścio­wym gar­ni­tu­rze -?zaczął krzy­czeć: Do pałacu. García Márquez pisze następ­nie:

Po pięć­dzie­się­ciu latach w mojej pamięci tkwi na­dal obraz czło­wieka, który zda­wał się pod­ju­dzać tłusz­czę przed apteką, ale nie odna­la­złem go w żad­nej z nie­zli­czo­nych rela­cji, jakie czy­ta­łem na temat tam­tych dni. Widzia­łem go z bar­dzo bli­skiej odle­gło­ści: pierw­szo­rzęd­nie skro­jony gar­ni­tur, ala­ba­strowa cera i pre­cy­zyjna kon­trola nad każ­dym gestem i sło­wem. Tak bar­dzo przy­kuł moją uwagę, że wpa­try­wa­łem się w niego, póki nie wsa­dzono go do zbyt nowego auta, rów­nie szybko jak zabrano zwłoki mor­dercy, i odtąd obraz jego znik­nął w pamięci histo­rii. Nawet z mojej, aż wiele lat póź­niej, już jako dzien­ni­karz, uświa­do­mi­łem sobie, że czło­wiek ten zdo­łał zapewne dopro­wa­dzić do zabój­stwa fał­szy­wego mor­dercy, osła­nia­jąc tym samym toż­sa­mość praw­dzi­wego.

"Osła­nia­jąc toż­sa­mość praw­dzi­wego", powtó­rzył Car­ballo jed­no­cze­śnie ze mną i nagle zabrzmie­li­śmy jak jakiś ama­tor­ski chór na tym przy­ję­ciu. "Bar­dzo dziwne, nie sądzi pan?"

"Dziwne", przy­tak­ną­łem.

"Pisze o tym sam García Márquez, a nie jakiś pierw­szy z brzegu palant. I pisze to w swo­ich wspo­mnie­niach. Musi pan przy­znać, że to naprawdę podej­rzane. Niech pan nie pró­buje zaprze­czać, że ta postać jest podej­rzana. I to, że pogrą­żyła się w zapo­mnie­niu".

"Oczy­wi­ście, że coś w tym jest", powie­dzia­łem. "Zabój­stwo, któ­rego wciąż nie wyja­śniono. Zabój­stwo oto­czone spi­sko­wymi teo­riami. Nie dzi­wię się, że tak to pana inte­re­suje, panie Car­lo­sie, już zdą­ży­łem się prze­ko­nać, że to pań­ski świat. Ale nie jestem pewien, czy należy przyj­mo­wać poje­dyn­czy aka­pit powie­ścio­pi­sa­rza jak prawdę obja­wioną. Choćby nawet był to sam García Márquez".

Car­ballo wyda­wał się bar­dziej dotknięty niż roz­cza­ro­wany. Cof­nął się o krok (zda­rzają się nie­po­ro­zu­mie­nia tak potężne, że odczu­wamy je jak fizyczną agre­sję i nie­wiele bra­kuje nam, żeby unieść pię­ści jak bok­ser), zamknął książkę, ale nie oddał jej ani nie wło­żył z powro­tem do czer­wo­nego kar­tonu, skrzy­żo­wał ręce za ple­cami. "Rozu­miem", powie­dział sar­ka­stycz­nym tonem. "Może ty, Fran­ci­sco, pod­po­wiesz mi, jak się wydo­stać z tego świata, w któ­rym wszy­scy jeste­śmy sza­leni".

"Car­lo­sie, niech pan nie trak­tuje tego tak oso­bi­ście. Chcia­łem tylko powie­dzieć..."

"Wiem, co chciał pan powie­dzieć, bo zro­bił to pan już wcze­śniej. Że jestem para­no­ikiem".

"Nie, nie. Pro­szę mi to wyba­czyć", odrze­kłem. "Nie to..."

"Ale są tacy, co myślą zupeł­nie odwrot­nie, prawda, Fran­ci­sco? Są tacy, któ­rzy widzą jasno to, na co inni oka­zali się ślepi. To nie jest pań­ski świat, Vásquez. W pań­skim świe­cie ist­nieją tylko zbiegi oko­licz­no­ści. To przy­pa­dek, że wieże zawa­liły się, cho­ciaż nie powinny się zawa­lić. To przy­pa­dek, że przed apteką Gra­nada zna­lazł się męż­czy­zna, który z taką łatwo­ścią spra­wił, że otwarto mu żalu­zję. To przy­pa­dek, że nazwi­sko pań­skiego dziadka poja­wia się w powie­ści czter­na­ście stron po tym incy­den­cie".

"Teraz ja nie rozu­miem", powie­dzia­łem. "Co ma wspól­nego mój dzia­dek z tym face­tem?"

"Nie wiem", przy­znał Car­ballo. "I pan też nie, bo ni­gdy go o to nie zapy­tał. Bo ni­gdy nie roz­ma­wiał pan ze swoim dziad­kiem o dzie­wią­tym kwiet­nia. Nie wie pan, czy dzia­dek poznał kie­dyś tego męż­czy­znę, który spra­wił, że tłum wdarł się do apteki Gra­nada. Nie inte­re­suje to pana, Vásquez? Nie inte­re­suje pana, kim był czło­wiek, który dopro­wa­dził do zabój­stwa Roy Sierry na oczach tłumu, a potem wsiadł do luk­su­so­wego samo­chodu i znik­nął na zawsze? Mówimy o naj­po­waż­niej­szym wyda­rze­niu, jakie zda­rzyło się w naszym kraju, a pana wydaje się to guzik obcho­dzić. Pań­ski krewny uczest­ni­czył w tym histo­rycz­nym momen­cie i na pewno wie­dział, kim był ten facet, w tam­tych cza­sach wszy­scy się znali. Wszy­scy jeste­ście tacy sami, wyjeż­dża­cie za gra­nicę i natych­miast zapo­mi­na­cie o kraju. A może jest zupeł­nie ina­czej, teraz przy­szło mi to do głowy. Może pan po pro­stu chce chro­nić dziadka. Dosko­nale pan wie, że zmo­bi­li­zo­wał poli­cję z Boyacá, która zmie­niła się potem w oddziały zabój­ców. Co pan czuje, kiedy pan o tym myśli? Mar­twi się pan o to, czy jest dosta­tecz­nie poin­for­mo­wany? Mar­twił się o to wcze­śniej? A może guzik to pana obcho­dzi, myśli pan, że nie ma z tym nic wspól­nego, że to wszystko wyda­rzyło się ćwierć wieku przed pań­skimi uro­dzi­nami. Tak, z pew­no­ścią tak pan myśli, że te histo­rie to bajeczki dla innych, że to nie pań­skie pro­blemy. Wie pan co? Cie­szę się, że los kazał pań­stwu zostać tutaj na czas porodu. A raczej zmu­sił pań­ską żonę, żeby uro­dziła tutaj. Żeby pań­ski kraj dał panu nauczkę za ego­izm. Żeby wkrótce pań­skie córki nauczyły pana, co to zna­czy być Kolum­bij­czy­kiem. Oczy­wi­ście jeśli wszystko pój­dzie dobrze, prawda? Jeśli nie umrą jak dwa sła­bo­wite kotki. To też byłaby dobra nauczka, kiedy teraz o tym myślę".

To, co się wów­czas stało, pamię­tam jak przez mgłę. Pamię­tam, że w następ­nej sekun­dzie zorien­to­wa­łem się, że nie mam już szklanki whi­sky w dłoni; w jesz­cze następ­nej, że rzu­ci­łem ją Car­bal­lowi w twarz, pamię­tam brzęk szkła roz­bi­ja­ją­cego się o pod­łogę, pamię­tam też Car­balla na kola­nach, zakry­wa­ją­cego twarz dłońmi, krwa­wią­cego ze zła­ma­nego nosa, krew pla­miła fulard, czer­wień na czer­wieni, ciemna czer­wień (czarna krew, jak mawiali Grecy) na fos­fo­ry­zu­ją­cej czer­wieni płachty tore­adora; pamię­tam także strużkę spły­wa­jącą po lewej dłoni, pla­miącą man­kiet koszuli i pasek od zegarka, pamię­tam, że był z bia­łej tka­niny i przez to bar­dziej podatny na plamy niż pasek skó­rzany. Pamię­tam wyda­wane przez Car­balla okrzyki bólu, a może krzy­czał ze stra­chu, na nie­któ­rych widok krwi wywiera wła­śnie taki efekt. Pamię­tam też, że Bena­vi­des zła­pał mnie za ramię silną ręką zdra­dza­jącą auto­ry­tet i zde­cy­do­wa­nie (minęło pra­wie dzie­sięć lat, a ucisk tej dłoni na moim ramie­niu wciąż jest żywy w pamięci, wciąż mogę go poczuć) popro­wa­dził mnie przez salon, goście roz­stę­po­wali się przed nami, posy­ła­jąc zdu­mione, cza­sem nawet otwar­cie potę­pia­jące spoj­rze­nia, kątem oka zdo­ła­łem dostrzec Estelę, naszą gospo­dy­nię, która bie­gła w kie­runku ran­nego z torebką lodu, i inną kobietę, być może gospo­się, która nio­sła szczotkę i śmiet­niczkę, a na jej twa­rzy malo­wał się wyraz iry­ta­cji i znie­cier­pli­wie­nia. Zdą­żyło przejść mi przez myśl, że Bena­vi­des wyrzuci mnie z domu. Zdą­ży­łem tego poża­ło­wać, poża­ło­wać końca zna­jo­mo­ści, która nie była jesz­cze przy­jaź­nią, ale mogła się w nią prze­ro­dzić, i w przy­pły­wie poczu­cia winy wyobra­zi­łem sobie otwie­rane drzwi i rękę wypy­cha­jącą mnie za próg. Czu­łem się zmę­czony, być może wypi­łem tro­chę za dużo, cho­ciaż sam w to wąt­pię, ale w uśpio­nej świa­do­mo­ści byłem skłonny zaak­cep­to­wać kon­se­kwen­cje swo­ich czy­nów, więc pospiesz­nie ukła­da­łem w gło­wie zda­nia, któ­rymi chcia­łem prze­pro­sić i się uspra­wiedliwić, chyba już zaczą­łem wypo­wia­dać je na głos, kiedy zda­łem sobie sprawę, że Bena­vi­des nie pro­wa­dzi mnie do drzwi wej­ścio­wych, ale na schody. "Niech pan wej­dzie na górę, pierw­sze drzwi po lewej, niech się pan tam zamknie i na mnie poczeka", powie­dział i podał mi bre­lo­czek. "Niech pan nie otwiera nikomu. Przyjdę, jak tylko będę mógł. Chyba mamy wiele do obga­da­nia".

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki