Kiedy widziałem go po raz ostatni, Carlos
Carballo gramolił się do policyjnej furgonetki. Ręce miał skute
kajdankami na plecach, głowę zatopioną w ramionach, a napis na dole
ekranu informował o powodach jego aresztowania; próbował ukraść garnitur
sukienny zamordowanego polityka. Był to ulotny obraz wyłowiony
przypadkiem z wieczornego wydania wiadomości, pomiędzy nachalnym
gadulstwem reklam a niedługo przed wiadomościami sportowymi, i pamiętam,
że pomyślałem wówczas o milionach telewidzów, którzy oglądają ze mną tę
scenę, ale spośród nich wszystkich tylko ja mogłem, nie kłamiąc,
powiedzieć, że nie jestem zaskoczony. Wszystko rozegrało się w starym
domu Jorge Eliecera Gaitana, zamienionym obecnie w muzeum, do którego co
roku pielgrzymują tłumy odwiedzających, żeby chociaż przez krótką chwilę
zetknąć się pośrednio z najsłynniejszą zbrodnią polityczną w kolumbijskiej historii. Ten garnitur z sukna Gaitán miał na sobie 9
kwietnia 1948 roku, gdy Juan Roa Sierra, sympatyzujący z nazizmem młody
mężczyzna, który flirtował niegdyś z sektami różokrzyżowców i miał w zwyczaju rozmawiać z Dziewicą Maryją, czekał na niego przy wyjściu z kancelarii i z odległości kilku metrów oddał cztery strzały na środku
uczęszczanej ulicy, w pełnym słońcu bogotańskiego południa. Kule
przeszyły marynarkę i kamizelkę, a ludzie, którzy o tym wiedzą,
odwiedzają muzeum tylko po to, żeby zobaczyć ciemne dziury pustki.
Carlos Carballo, można by pomyśleć, był jednym z tych odwiedzających.
Wydarzyło się to w drugą środę kwietnia 2014 roku. Ponoć Carballo wszedł
do muzeum około jedenastej rano, przez wiele godzin snuł się po nim jak
pogrążony w religijnym transie albo przystawał przed tomami kodeksu
karnego z przechyloną głową, albo oglądał film dokumentalny ukazujący
płonące tramwaje i wzburzonych ludzi z maczetami, puszczany wciąż od
nowa w godzinach otwarcia dla zwiedzających. Zaczekał na odejście
ostatnich uczniów w mundurkach, żeby wejść na drugie piętro, gdzie w wystawionej na publiczny widok witrynie przechowywano garnitur, który
miał na sobie Gaitán w dniu śmierci, i zaczął walić w grube szkło ręką
uzbrojoną w kastet. Udało mu się położyć dłoń na ramieniu marynarki
granatowej jak noc, ale nie miał czasu na nic więcej, bo strażnik
pilnujący porządku na drugim piętrze, zaalarmowany hałasem, już celował
do niego z pistoletu. Carballo zauważył wówczas, że pokaleczył się
odłamkami szkła z witryny, i zaczął oblizywać sobie knykcie jak
bezpański pies. Ale nie wydawał się szczególnie zmartwiony. W telewizji
młoda spikerka w białej bluzce i spódniczce w szkocką kratę podsumowała
to tak:
"Jakby przyłapano go na malowaniu po murach".
Wszystkie gazety następnego dnia informowały o niedoszłej kradzieży.
Ludzie dziwili się, pełni hipokryzji, że mit Gaitana budzi podobne
emocje siedemdziesiąt sześć lat po jego śmierci, niektórzy nawet po raz
n-ty porównali to zabójstwo z zabójstwem Kennedy'ego sprzed ponad
pięćdziesięciu lat, które wciąż nie przestawało fascynować.
Przypominali, jakby była potrzeba, nieprzewidziane konsekwencje
morderstwa: miasto płonące od ludowych protestów, snajperzy
rozmieszczeni na dachach, strzelający do wszystkich jak leci, kraj
pogrążony w wojnie przez kilka kolejnych lat. Te same informacje
powtarzały się wszędzie, mniej lub bardziej szczegółowo, mniej lub
bardziej melodramatycznie, mniej lub bardziej okraszone obrazami, na
przykład zdjęciami tłumu, który właśnie zlinczował mordercę i ciągnie
jego półnagie ciało Siódmą Aleją w kierunku Pałacu Prezydenckiego, ale
żadne medium nie odważyło się na spekulację, choćby nawet całkowicie
pozbawioną podstaw, na temat prawdziwych powodów, które przywiodły
mężczyznę niebędącego szaleńcem do próby kradzieży podziurawionego
ubrania słynnej ofiary zabójstwa. Nikt nie zadał sobie tego trudu, a potem dziennikarze zaczęli powoli zapominać o Carlosie Carballu.
Kolumbijczycy przytłoczeni codzienną przemocą, nad którą nie mają nawet
czasu się zafrasować, pozwolili, żeby ten niegroźny w gruncie rzeczy
człowiek rozpłynął się jak cień w wieczornym mroku. Nikt więcej o nim
nie myślał.
To między innymi jego historię chcę opowiedzieć. Nie twierdzę, że dobrze
go znałem, ale osiągnęliśmy pewien poziom zażyłości, jaki osiągają
jedynie ci, którzy pragną się nawzajem oszukać. Aby zacząć swoją
opowieść (jak przeczuwam, i przegadaną, i niekompletną), muszę wspomnieć
o człowieku, który nas sobie przedstawił, gdyż to, co spotkało mnie
później, nabierze sensu dopiero, kiedy zrelacjonuję, w jakich
okolicznościach pojawił się w moim życiu Francisco Benavides. Wczoraj
spacerując po centrum Bogoty -?tu rozegrała się część opisywanych przeze
mnie wydarzeń -?i próbując upewnić się raz jeszcze, że nic mi nie
umknęło podczas bolesnej rekonstrukcji, nagle zdałem sobie sprawę, że
zapytuję na głos, w jaki sposób dowiedziałem się tych rzeczy, bez
których być może byłoby mi lepiej; jak to się stało, że spędziłem tyle
czasu, myśląc o tamtych umarłych, z nimi dzieląc życie, rozmawiając,
słuchając ich lamentów i samemu lamentując, że nie mogę zrobić nic, żeby
ulżyć im w cierpieniu. I ku swojemu zdumieniu stwierdziłem, że wszystko
zaczęło się od pewnych słów, rzuconych lekko przez doktora Benavidesa,
kiedy zapraszał mnie do swojego domu. W tamtej chwili sądziłem, że godzę
się dlatego, bo nie wypada skąpić czasu osobie, która swój poświęciła mi
w trudnym momencie; spodziewałem się, że wizyta będzie czystko
kurtuazyjna, okaże się jedną z tak wielu życiowych błahostek. Nie mogłem
wiedzieć, jak bardzo się mylę, tej nocy bowiem została wprawiona w ruch
machina przerażenia, a zatrzymać ją miała dopiero ta książka; książka
napisana jako próba oczyszczenia się ze zbrodni, których wprawdzie nie
popełniłem, ale które odziedziczyłem.
Francisco Benavides należał do grona cieszących się najlepszą reputacją
chirurgów w naszym kraju, był miłośnikiem whisky single malt i zapalonym
czytelnikiem, aczkolwiek nigdy nie omieszkał zaznaczać, że bardziej
interesuje go historia niż fikcja, i jeśli przeczytał którąś z moich
powieści, to tylko ze względu na sentyment, jaki żywi dla swoich
pacjentów. Ja, ściśle rzecz ujmując, nie byłem jego pacjentem, ale
skontaktowaliśmy się po raz pierwszy właśnie z powodu moich problemów
zdrowotnych. Pewnej nocy w 1996 roku, kilka tygodni po przeprowadzce do
Paryża, próbowałem rozszyfrować esej Georges'a Pereca, kiedy poczułem
jakieś dziwne zgrubienie pod prawą kością szczękową. Przypominała kulkę
pod skórą. Przez następnych kilka dni kulka urosła, ale ja byłem tak
skupiony na zmianie w moim życiu, na zgłębianiu reguł nowego miasta i próbach znalezienia w nim swojego miejsca, że nie zwracałem na to uwagi.
Minęło kilka kolejnych dni, a ja miałem tak spuchniętą śliniankę, że
zniekształcała mi twarz; ludzie na ulicy patrzyli na mnie współczująco,
a jedna koleżanka z roku przestała odpowiadać mi na dzień dobry z obawy
przed zarażeniem się jakąś nieznaną chorobą. Zaczęły się badania, cały
legion paryskich lekarzy nie zdołał postawić trafnej diagnozy, jeden z nich, którego nazwiska nie chcę sobie przypomnieć, odważył się nawet
zasugerować chłoniaka. Wtedy moja rodzina zwróciła się do Benavidesa,
żeby zapytać, czy to możliwe. Nie był on wprawdzie specjalistą od
onkologii, ale przez ostatnie lata zajmował się chorymi w stadium
terminalnym, robił to po godzinach i za darmo. I chociaż niezbyt
odpowiedzialne było diagnozować kogoś, kto znalazł się po drugiej
stronie oceanu, szczególnie w epoce, kiedy telefony nie przesyłały
zdjęć, a komputery nie miały wbudowanych kamer, to jednak Benavides nie
pożałował swego czasu, wiedzy i intuicji, a jego transoceaniczne
wsparcie pomogło mi tak bardzo jak ostateczna diagnoza. "Gdyby miał pan
to, czego szukają", powiedział mi przez telefon, "już dawno by to
znaleźli". Pokrętna logika tego zdania była dla mnie jak koło ratunkowe
rzucone tonącemu; ten, kto się go chwyta, nie zastanawia się, czy aby
nie jest dziurawe.
Po kilku tygodniach (spędziłem je zawieszony w jakimś bezczasie,
rozmyślając ciągle o bardzo konkretnej możliwości, że moje życie
dobiegnie końca po zaledwie dwudziestu trzech latach, a jednocześnie tak
ogłuszony tym ciosem, że nie zdołałem poczuć prawdziwego strachu ani
prawdziwego smutku) pewien internista -?przypadkiem poznałem go w Belgii
-?członek Lekarzy bez Granic, świeżo po powrocie z ogarniętego koszmarem
Afganistanu, rzucił okiem i rozpoznał u mnie postać gruźlicy atakującej
węzły chłonne, niewystępującą już w Europie, ale wciąż spotykaną (jak mi
powiedziano bez cudzysłowu, którego użyję teraz) w "trzecim świecie".
Przyjęto mnie do szpitala w Liege, zamknięto w ciemnej sali, zrobiono
badanie, od którego paliła mnie krew, znieczulono mnie, otworzono prawą
stronę twarzy pod kością szczękową, żeby pobrać próbkę węzła chłonnego i zostawić do hodowli; po tygodniu laboratorium potwierdziło diagnozę,
którą przybyły z Afganistanu lekarz postawił bez tak kosztownych badań.
Przez dziewięć miesięcy przyjmowałem trzy antybiotyki, które barwiły mój
mocz na kolor jaskrawopomarańczowy; opuchnięty węzeł powoli się
zmniejszał, aż pewnego ranka poczułem wilgoć na poduszce i uświadomiłem
sobie, że guz pękł. Potem rysy mojej twarzy powróciły do normalności (z wyjątkiem dwóch blizn, jednej dyskretnej i tej po zabiegu chirurgicznym,
bardziej rzucającej się w oczy) i w końcu mogłem zostawić ten epizod za
sobą, chociaż przez wszystkie minione lata nie zdołałem zapomnieć o nim
całkowicie, gdyż blizny nieustannie każą mi wracać do niego pamięcią.
Poczucie wdzięczności dla doktora Benavidesa towarzyszyło mi od tamtej
pory. A kiedy dziewięć lat później spotkaliśmy się po raz pierwszy, od
razu przyszło mi do głowy, że nie podziękowałem mu tak, jak powinienem.
Być może z tego powodu tak szybko zaakceptowałem jego pojawienie się w moim życiu.
Spotkaliśmy się przypadkiem w kawiarni kliniki Santa Fe. Moja żona
leżała tu od piętnastu dni, staraliśmy się stawić czoło okolicznościom,
które zmusiły nas do przedłużenia pobytu w Bogocie. Wylądowaliśmy w stolicy na początku lipca, dzień po Święcie Niepodległości, z zamiarem
spędzenia europejskich letnich wakacji z rodzinami i powrotu do
Barcelony odpowiednio wcześnie przed przewidzianą datą porodu. Ciąża do
dwudziestego czwartego tygodnia przebiegała podręcznikowo, za co byliśmy
wdzięczni każdego dnia; wiedzieliśmy bowiem, że ciąża bliźniacza z definicji przypisywana jest do kategorii wysokiego ryzyka. Ta normalność
skończyła się pewnej niedzieli, kiedy po nocy dziwnych dolegliwości i bólów odwiedziliśmy doktora Ricarda Ruedę, specjalistę od leczenia
niepłodności, który pomagał nam od początku. Po dokładnym badaniu USG
przekazał nam wiadomość.
"Niech pan pojedzie do domu po rzeczy", powiedział. "Pańska żona na
razie tu zostaje".
Wyjaśnił nam, co się dzieje, tonem i słowami osoby, która ogłasza
wiadomość o pożarze w sali kinowej; nie może zlekceważyć powagi
sytuacji, ale musi zachować umiar, żeby ludzie nie pozabijali się,
uciekając w popłochu. Opowiedział szczegółowo, na czym polega
niewydolność szyjki macicy, zapytał M, czy miała skurcze, a na koniec
oznajmił, że konieczny będzie pilny zabieg, żeby opóźnić nieodwracalny
proces, który bez naszej wiedzy już się rozpoczął. Potem dodał -
lokalizując ogień, starając się zapobiec wybuchowi paniki -?że musimy
się pogodzić z perspektywą przedwczesnego porodu; teraz chodziło o to,
żeby w tej niekorzystnej sytuacji opóźnić go jak najbardziej, od tego,
ile czasu uda się zyskać, zależą szanse na przeżycie naszych córek.
Jednym słowem zaczęliśmy wyścig z kalendarzem, wiedzieliśmy, że nie
możemy go przegrać, bo porażki tego kalibru rujnują życie. Od tej chwili
wszystkie działania miały na celu opóźnić poród. Kiedy nadszedł
wrzesień, M spędziła już dwa miesiące w sali na pierwszym piętrze
kliniki, miała zakaz wstawania z łóżka i codziennie poddawana była
badaniom, które wystawiały na próbę naszą wytrzymałość, odwagę i nasze
nerwy.
Codziennym rytuałem stały się zastrzyki z kortyzonu, mające przyspieszyć
dojrzewanie płuc naszych nienarodzonych córek, pobrania krwi tak częste,
że żona miała pokłute całe ręce, niekończące się USG, niekiedy nawet
dwugodzinne, mające ustalić stan mózgów, kręgosłupów, dwóch serc
bijących szybciutko, ale nigdy w jednym rytmie. Noce nie były
spokojniejsze. Pielęgniarki wchodziły co chwilę, notowały coś na karcie
pacjenta, zadawały pytania, a ciągłe niewyspanie i napięcie, w którym
żyliśmy, sprawiały, że czuliśmy się nieustannie zirytowani. M zaczęła
mieć skurcze, których jeszcze nie czuła; żeby je zmniejszyć (nigdy nie
dowiedziałem się, czy chodziło o ich częstotliwość czy o siłę), podawano
jej lek o nazwie Adalat, którego działanie uboczne polegało na
uderzeniach gorąca, zmuszających mnie do otwierania na oścież okna sali
i spania w lodowatym zimnie bogotańskich nocy. Czasami kiedy chłód albo
ciągłe wizyty pielęgniarek skutecznie przepłaszały sen, szedłem
przespacerować się po wyludnionej klinice; jeśli znajdowałem jakiś
oświetlony kącik, czytałem kilka stron Lolity w wydaniu, z którego
okładki patrzył na mnie Jeremy Irons, albo snułem się korytarzami
pogrążonymi w półmroku -?o tej porze gaszono połowę neonowych lamp -
szedłem z naszej sali na oddział neonatologii, a potem do poczekalni na
oddziale chirurgii jednego dnia. Podczas tych nocnych przechadzek
białymi korytarzami próbowałem sobie przypomnieć ostatnie wyjaśnienia
lekarzy i ustalić ryzyko, na jakie narażone byłyby dziewczynki, gdyby
urodziły się w tej chwili; potem próbowałem policzyć, jak dużo przybrały
na wadze w ciągu ostatnich dni i czas, w jakim osiągną minimalną wagę
konieczną do przeżycia, i dziwiłem się, że mój stan ducha zależy
wyłącznie od tych, pracowicie zliczanych, przybywających gramów. Nigdy
jednak nie oddalałem się zbytnio od sali żony i przez cały czas miałem
telefon w ręku, nie w kieszeni, żeby być pewnym, że go usłyszę. I patrzyłem na niego często: żeby sprawdzić, czy mam zasięg, że sygnał
jest dobry, że córki nie urodzą się pod moją nieobecność przez brak
czterech kreseczek na małym szarym firmamencie ciekłokrystalicznego
wyświetlacza.
Podczas jednej z tych nocnych wycieczek natknąłem się na doktora
Benavidesa, choć właściwie to on mnie rozpoznał. Mieszałem znużony moją
drugą kawę z mlekiem, siedząc w głębi otwartego non stop baru, z daleka
od grupy studentów robiących sobie chyba przerwę w trakcie nocnego
dyżuru (na którym w moim mieście, pełnym drobniejszych i poważniejszych
aktów przemocy, zawsze jest duży ruch), w czytanej książce Lolita i Humbert Humbert zaczynali swoją podróż po Stanach Zjednoczonych, z motelu do motelu, znacząc kolejne parkingi łzami i zakazaną miłością,
wprawiając w ruch geografię. To on do mnie podszedł, przedstawił się
skromnie i zapytał o dwie rzeczy: czy go pamiętam i jak skończyła się
historia moich węzłów chłonnych. Zanim zdążyłem mu odpowiedzieć,
przysiadł się z własnym kubkiem kawy, trzymał go mocno, jakby się bał,
że ktoś mu go nagle wyrwie. Nie był to jeden z tych plastikowych kubków
z obozu dla uchodźców, jakie dawali nam, ale solidny ceramiczny kubek
pomalowany w ciemnoniebieskie wzory: logo uniwersytetu wyłaniało się
nieco rozpaczliwie spod małych dłoni, spod rozczapierzonych palców.
"I co pan tu robi o tej porze?", zapytał.
Zdałem mu lakoniczną relację: zagrożenie przedwczesnym porodem, tydzień
ciąży, rokowania. Ale szybko zorientowałem się, że nie ma ochoty
rozmawiać na ten temat, więc odpowiedziałem pytaniem na pytanie: "A pan?".
"Odwiedzałem pacjenta", odparł.
"A co dolega pańskiemu pacjentowi?"
"Trudny do zniesienia ból", odpowiedział bez owijania w bawełnę.
"Przyszedłem zobaczyć, czy mogę coś dla niego zrobić". A potem zmienił
temat, ale nie miałem wrażenia, że unika odpowiedzi. Benavides nie był
osobą unikającą rozmów o bólu. "Czytałem pana książkę, tę o Niemcach"
powiedział. "Kto by pomyślał, że mój pacjent wyrośnie na pisarza".
"Kto by pomyślał".
"A w dodatku pisze rzeczy dla staruszków".
"Rzeczy dla staruszków?"
"O latach czterdziestych. O drugiej wojnie światowej. O dziewiątym
kwietnia, o tym wszystkim".
Mówił o książce, którą wydałem rok wcześniej. Pomysł na nią powstał w 1999 roku, kiedy poznałem Ruth de Frank, niemiecką Żydówkę, która
uciekła przed piekłem nadciągającym nad Europę i znalazła się w Kolumbii
w 1938 roku; była świadkiem tego, jak kolumbijski rząd, aliant aliantów,
zerwał stosunki dyplomatyczne z państwami Osi i zaczął zamykać obywateli
wrogich państw -?propagandzistów albo sympatyków europejskich faszyzmów
-?w luksusowych wiejskich hotelikach zmienionych w obozy odosobnienia.
Podczas trzech dni intensywnych wywiadów miałem przyjemność i przywilej
wysłuchania tej kobiety obdarzonej niepospolitą pamięcią, która
opowiedziała mi prawie całe swoje życie, a ja zanotowałem to na zbyt
małych kartkach notesu, jedynego, jaki mogłem dostać w prowincjonalnym
hoteliku, gdzie się poznaliśmy. W całym pasjonującym chaosie życia Ruth,
płynącego przez siedemdziesiąt lat na dwóch kontynentach, najbardziej
szokująca okazała się dla mnie jedna anegdota, chwila, kiedy jej
żydowska rodzina uciekinierów -?jeden z tych ironicznych zakrętów
historii -?stała się ofiarą prześladowań także w Kolumbii, tylko dlatego
że miała niemieckie obywatelstwo. To
nieporozumienie (tak, wiem, "nieporozumienie" jest słowem nieodpowiednim
i nazbyt frywolnym) stało się pierwszym impulsem do napisania powieści,
którą zatytułowałem Los informantes, a życie i wspomnienia Ruth de
Frank zmieniły się, zniekształcone, jak to zwykle w fikcji bywa, w najważniejszą postać tej powieści, coś w rodzaju moralnego kompasu tego
fikcyjnego świata -?Sarę Guterman.
Ale owa powieść poruszała również wiele innych kwestii. Rozgrywała się
zasadniczo w latach czterdziestych i nieuniknione było, że historia albo
jej bohaterowie natkną się na wydarzenia z 9 kwietnia 1948 roku.
Postacie Los informantes rozmawiają o tym tragicznym dniu; ojciec
narratora, wykładowca retoryki, wspomina z podziwem cudowne przemówienia
Gaitana, jest również opis na dwóch krótkich stroniczkach, jak narrator
udaje się do centrum Bogoty, żeby odwiedzić miejsce zbrodni, jak sam
czyniłem to wielokrotnie, a Sara Guterman, towarzysząca mu tego dnia,
schyla się, żeby dotknąć szyn, po których w latach czterdziestych
jeździły jeszcze tramwaje. W białej ciszy nocy w szpitalnym barze, nad
kubkiem kawy, doktor wyznał mi, że właśnie ta scena -?starsza kobieta
wychodząca na ulicę, na której Gaitán upadł postrzelony, i dotykająca
torów, po których już od dawna nie jeżdżą tramwaje, jakby sprawdzała
puls zranionego zwierzęcia -?sprawiła, że postanowił mnie odszukać. "Bo
ja też to zrobiłem", powiedział.
"Co takiego?"
"Pojechałem do centrum. Zatrzymałem się przed tablicami. A nawet
dotknąłem torów". Zawiesił głos. Po chwili zapytał: "A pan od kiedy się
tym interesuje?"
"Nie wiem", przyznałem. "Chyba od zawsze. Jedno z moich pierwszych
opowiadań było o dziewiątym kwietnia. Na szczęście nigdy go nie
opublikowano. Pamiętam tylko, że pod koniec padał śnieg".
"W Bogocie?"
"Tak, w Bogocie. Na ciało Gaitana. I na tory".
"Rozumiem", powiedział. "To dlatego nie lubię czytać zmyślonych
historii".
Tak zaczęliśmy rozmawiać o 9 kwietnia. Zwróciło moją uwagę, że w odniesieniu do tamtych wydarzeń Benavides nie używał słowa Bogotazo, górnolotnego przezwiska, jakim
ochrzciliśmy tak dawno temu ów legendarny dzień. Nie, Benavides zawsze
podawał datę, czasem nawet kompletną, wraz z rokiem, jakby chodziło o podanie imienia i nazwiska osoby, która zasługuje na szacunek, albo
jakby używanie przydomka było niegrzecznym spoufalaniem się; w końcu
trudno kumplować się z fascynującymi nas wydarzeniami z przeszłości.
Zaczął sypać anegdotami, ja starałem się odpłacić mu tym samym.
Opowiedział mi o inspektorach Scotland Yardu wynajętych przez rząd do
nadzorowania śledztwa i o swojej krótkiej wymianie korespondencji z jednym z nich: bardzo uprzejmym mężczyzną, który z całkiem świeżym
oburzeniem wspominał dni swojego pobytu w Kolumbii, kiedy to rząd
domagał się codziennych raportów z postępów w śledztwie, rzucając mu
jednocześnie kłody pod nogi. Ja z kolei opowiedziałem mu o swojej
rozmowie z Leticią González, ciotką mojej żony, której męża Juana Roę
Cervantesa goniła grupka liberałów z maczetami, gdyż pomylili go z zabójcą o tym samym imieniu i nazwisku; kiedy poznałem Roę Cervantesa
osobiście, sam opowiedział mi o tych dniach zamętu, ale tym, co pamiętał
najwyraźniej (i wspominając wydarzenie, z trudem powstrzymywał łzy),
była kara wymierzona mu przez zwolenników Gaitana -?spalili jego
bibliotekę.
"No tak, niezła historia, mieć takie imię i nazwisko", przyznał
Benavides i się uśmiechnął.
Wówczas opowiedział mi o relacji Hernanda de la Esprielli, pacjenta z wybrzeża, który znalazł się w Bogocie podczas zamieszek i spędził
pierwszą noc pod stosem trupów, unikając w ten sposób śmierci; ja z kolei opisałem mu swoją wizytę w domu Gaitana po tym, jak urządzono tam
muzeum i wystawiono na manekinie bez głowy, w szklanej witrynie, jego
granatowy jak noc garnitur z dziurami po kulach w suknie (nie pamiętałem
dwiema czy trzema), żeby mogli to zobaczyć wszyscy zwiedzający.
Dyżurujący studenci już sobie poszli, a my jeszcze przez piętnaście,
może dwadzieścia minut siedzieliśmy w barze, wymieniając się anegdotami
z zapałem chłopców zdobywających nowe karty do albumów z piłkarzami. Ale
doktor Benavides musiał w pewnym momencie pomyśleć, że zakłóca mi chwilę
ciszy. Takie przynajmniej miałem wrażenie; jak wszyscy lekarze
przyzwyczajeni do cudzego bólu i troski wiedział, że pacjenci i ich
bliscy potrzebują chwil samotności, kiedy nikt ich nie zagaduje i nie
muszą z nikim rozmawiać. I wtedy się ze mną pożegnał.
"Mieszkam niedaleko", powiedział, ściskając mi dłoń. "Kiedy będzie pan
miał ochotę pogawędzić o dziewiątym kwietnia, niech pan do mnie zajrzy.
Napijemy się whisky, opowiem panu kilka rzeczy. Na ten temat mogę
rozmawiać bez końca".
Przez chwilę myślałem o tym, że są w Kolumbii ludzie, dla których
rozmawianie o 9 kwietnia jest jak gra w szachy czy w karty, jak
dzierganie na szydełku albo zbieranie znaczków. Nie ma ich już, prawdę
mówiąc, zbyt wielu; odchodzili, nie pozostawiając spadkobierców ani nie
tworząc szkoły, zwyciężeni przez bezwzględną amnezję gnębiącą
nieustannie ten biedny kraj. A jednak wciąż istnieją, bo zamordowanie
Gaitana -?adwokata wywodzącego się z klas ludowych, który dotarł na
szczyty kariery politycznej, powołanego, by uwolnić Kolumbię od jej
bezlitosnych elit; błyskotliwego mówcy potrafiącego przemieszać w swoich
przemówieniach na pozór niemożliwe do pogodzenia wpływy Marksa i Mussoliniego -?jest częścią naszej narodowej mitologii, podobnie jak
zabójstwo Kennedy'ego dla mieszkańca Stanów Zjednoczonych, a dla
Hiszpana zamach stanu 23 lutego. Jak wszyscy Kolumbijczycy dorastałem,
słysząc a to, że Gaitana zabili konserwatyści, a to, że liberałowie, że
zabili go komuniści, że zagraniczni szpiedzy, że zabiła go klasa
robotnicza, bo poczuła się zdradzona, że zabiła go oligarchia, bo
poczuła się zagrożona, i szybko przyjąłem do wiadomości, jak wszyscy
zrozumieliśmy to z czasem, że Juan Roa Sierra był tylko zbrojnym
ramieniem spisku z powodzeniem utrzymanego w tajemnicy. Może to właśnie
jest przyczyną mojej obsesji na punkcie tego dnia; nigdy nie darzyłem
postaci Gaitana bezkrytycznym podziwem, jaki zauważam w stosunku do
niego u innych, wydaje mi się, że ma ona więcej cieni, niż jesteśmy
skłonni przyznać, wiem jednak, że mój kraj byłby lepszym miejscem, gdyby
nie zamordowano tego polityka, a przede wszystkim mógłbym spoglądać
spokojniej w lustro, gdyby to zabójstwo tyle lat później wciąż nie
pozostawało bezkarne.
Dziewiąty kwietnia jest w kolumbijskiej historii przepaścią. Ale jest
też czymś więcej: samotnym czynem, który pogrążył cały kraj w krwawej
wojnie, zbiorową neurozą, która sprawiła, że na ponad pół wieku
przestaliśmy sobie ufać. Przez cały ten czas od chwili zbrodni, my,
Kolumbijczycy, staraliśmy się -?bezskutecznie -?zrozumieć, co wydarzyło
się w ów piątek 1948 roku. Dla wielu stało się to mniej lub bardziej
poważnym hobby, pochłaniającym naszą energię. Wiem, że istnieją
obywatele Stanów Zjednoczonych -?sam znam takich kilku -?rozmawiający
przez całe życie o zabójstwie Kennedy'ego, o najdrobniejszych
szczegółach, najtrudniejszych do ustalenia detalach; wiedzą oni, jakiej
firmy buty miała na sobie tego dnia Jackie Kennedy, cytują z pamięci
akapity raportu komisji Warrena. I są również Hiszpanie -?nie znam
wprawdzie wielu, ale jednego owszem i to mi wystarczy -?ciągle
dyskutujący nad nieudanym zamachem stanu 23 lutego 1981 roku w madryckim
Kongresie Deputowanych, potrafiący z zamkniętymi oczami znaleźć ślady po
strzałach na suficie sali obrad. Są tacy ludzie na całym świecie, tak
sobie przynajmniej wyobrażam, odpowiadający w ten sposób na spiskowe
teorie dziejów swoich krajów: zmieniają je w opowieść powtarzaną wciąż
od nowa, jak powtarza się dzieciom baśnie, a także w miejsce pamięci i wyobraźni, wirtualne miejsce turystycznych wycieczek, podczas których
ożywiamy na nowo nasze nostalgie albo próbujemy znaleźć coś, co nam
zaginęło. Doktor, jak wydało mi się wówczas, należał do takich osób. Czy
ja również się do nich zaliczałem? Benavides zapytał mnie, od kiedy się tym interesuję, ja zaś
napomknąłem mu o opowiadaniu napisanym w czasach studenckich. Ale nie
zdradziłem jego genezy ani nie wspomniałem o chwili, w której powstało.
Nie sięgałem do tego pamięcią już od dawna i zaskoczyło mnie, że właśnie
wtedy, pośród groźnej teraźniejszości, wspomnienia postanowiły powrócić.
Były to gorące dni 1991 roku. Od kwietnia 1984, kiedy to boss
narkotykowy Pablo Escobar kazał zabić ministra sprawiedliwości Rodriga
Larę Bonillę, wojna między kartelem z Medellín a państwem kolumbijskim
zdążyła wziąć szturmem moje miasto czy też zmienić je w teren swoich
manewrów. Bomby wybuchały w miejscach starannie wybieranych przez
narcos tak, żeby zabić anonimowych obywateli niebędących w tej wojnie
stroną (chociaż wszyscy byliśmy w tej wojnie stroną, a wiara, że jest
inaczej, równała się niewinności, a może wręcz naiwności). W dwóch
zamachach -?żeby podać przykład -?zorganizowanych przed Dniem Matki w centrach handlowych zginęło dwadzieścia jeden osób; kiedy indziej bomba
podłożona na arenie walki z bykami w Medellín zabiła dwadzieścia dwie
osoby. Kolejne eksplozje, kolejne krzyżyki w kalendarzu. Z upływem
miesięcy zaczynaliśmy rozumieć, że nie jesteśmy wolni od zagrożenia -
nikt z nas nie jest -?bo każdego w każdym miejscu i o każdej porze może
zaskoczyć bomba. Miejsca zamachów z jakichś atawistycznych powodów,
które nie bardzo potrafiliśmy zrozumieć, odgradzano taśmami i nie było
tam wstępu. Fragmenty miasta zostały nam odebrane, zamienione, każde z osobna, w memento mori z kamienia i cegieł, a jednocześnie docierało
do nas nieśmiałe jeszcze poczucie, że oto nowy rodzaj losu (losu
oddzielającego nas od śmierci, który wraz z losem decydującym o miłości
są najważniejsze i najbardziej aroganckie) pojawił się w naszym życiu
niewidoczny i przede wszystkim nieprzewidywalny jak fala uderzeniowa.
Tymczasem zacząłem studia na wydziale prawa mieszczącym się w centrum
Bogoty, w starym, służącym niegdyś za więzienie dla bojowników o niepodległość, siedemnastowiecznym klasztorze, po którego schodach
niejeden zszedł wprost na szubienicę; aule o grubych murach wydały zaś
na świat wielu prezydentów, niemało poetów, a w niektórych niefortunnych
przypadkach także poetów prezydentów. W salach wykładowych nie
rozmawiano wcale o tym, co działo się poza nimi: debatowaliśmy raczej
nad tym, czy grupa speleologów uwięziona w jaskini ma prawo pozjadać się
nawzajem; debatowaliśmy nad tym, czy Shylock w Kupcu weneckim miał
prawo żądać od Antonia funta jego ciała i czy tani kruczek prawny Porcji
był rzeczywiście legalny. Na innych zajęciach (znakomitej ich części)
nudziłem się w sposób niemal fizyczny, odczuwałem coś w rodzaju dygotu w klatce piersiowej, przypominającego lekki atak paniki. Podczas
śmiertelnie nudnych wykładów z prawa formalnego i prawa majątkowego
siadywałem w ostatnich ławkach i tam, osłaniany przez wielokolorowy mur
pleców kolegów, wyjmowałem na pulpit książki Borgesa albo Vargasa Llosy,
albo Flauberta, o którym czytałem u Vargasa Llosy, albo Stevensona i Kafki, wspominanych przez Borgesa. Szybko doszedłem do wniosku, że nie
ma sensu chodzić na zajęcia tylko po to, żeby inscenizować tę akademicką
uzurpację; zacząłem wagarować, tracić czas na grę w bilard i dyskusje o literaturze, słuchać w sali skórzanych sof Casa Silva nagrań Leona de
Greiffa albo Pabla Nerudy czytających swoje wiersze albo włóczyłem się
po okolicach uniwersytetu, bez żadnej ustalonej trasy ani zwyczajowych
ścieżek, z placu, na którym przesiadywali pucybuci, szedłem do kawiarni
na placyku z fontanną Queveda, z uczęszczanych ławek w parku Santander
na ustronne i spokojniejsze w parku Palomar del Príncipe, z księgarni
Centro Cultural del Libro, z ich lokalami o powierzchni metra
kwadratowego i zaangażowanymi księgarzami, którzy potrafili zdobyć każdą
powieść latynoamerykańskiego boomu, do Świątyni Idei, trzypiętrowej
willi mieszczącej księgarnię i warsztat introligatorski; można tu było
usiąść na schodach i pośród jazgotu maszyn, wdychając odurzający zapach
kleju, poczytać cudze książki. Zacząłem pisać abstrakcyjne opowiadania,
jak Sto lat samotności pełne poetyckich ekscesów, i inne, w których
naśladowałem interpunkcję saksofonisty podpatrzoną u Cortazara w Bestiariuszu czy dajmy na to w Circe. Pod koniec drugiego roku
studiów zrozumiałem coś, co wykluwało się we mnie od kilku miesięcy: że
prawo mnie nie interesuje i nie jest mi do niczego potrzebne, bo moją
jedyną obsesją jest czytanie fikcji, z czasem chciałem się też nauczyć
ją tworzyć.
Pewnego dnia coś się wydarzyło.
Podczas zajęć z historii idei politycznych rozmawialiśmy o Hobbesie albo
o Locke'u, albo o Monteskiuszu, kiedy z ulicy doszły nas echa
wystrzałów. Nasza sala znajdowała się na ósmym piętrze gmachu przy
Siódmej Alei, z okien mieliśmy doskonały widok na jezdnię i zachodni
chodnik. Siedziałem w ostatnim rzędzie oparty plecami o ścianę i jako
pierwszy podniosłem się, żeby wyjrzeć przez okno: i tam, na chodniku
przed witrynami sklepu papierniczego Panamericana leżała postrzelona
osoba, która wykrwawiała się na oczach gapiów. Poszukałem wzrokiem
strzelca, bezskutecznie: nikt nie miał w ręku pistoletu, nikt nie biegł,
żeby zniknąć za zbawiennym rogiem ulicy, nie zauważyłem też żadnych głów
odwracających się w kierunku uciekającego ani ciekawskich spojrzeń,
wyciągniętych w jego kierunku palców -?bogotanie bowiem nauczyli się już
nie wtrącać w nie swoje sprawy. Ranny był w garniturze, niczym urzędnik,
nie miał jednak krawata, spod rozpiętej dzianinowej marynarki widziałem
białą koszulę poplamioną krwią. Nie ruszał się. Pomyślałem: nie żyje.
Wówczas przechodnie unieśli ciało na rękach, ktoś zatrzymał biały
samochód dostawczy z otwartą przyczepą. Ułożyli ciało na przyczepie i jeden z tych, którzy go przenieśli, wskoczył do niej. Zastanawiałem się,
czy go znał, a może rozpoznał w tamtej chwili, czy był obok, kiedy padły
strzały (może to jego wspólnik mający rozeznanie w nie do końca
bezpiecznych interesach), czy też powodowały nim po prostu solidarność i zaraźliwe współczucie. Nie czekając, aż światło w alei Jimeneza zmieni
się na zielone, biały wóz dostawczy uciekł z korka, skręcając gwałtownie
w lewo (domyśliłem się, że wiozą go do szpitala San José) i zniknął mi z oczu.
Gdy zajęcia dobiegły końca, zszedłem z ósmego piętra na dziedziniec
uniwersytecki, udałem się na placyk Rosario, gdzie wznosił się pomnik
założyciela miasta don Gonzala Jimeneza de Quesady, którego zbroja i miecz zachowały się na zawsze w mojej pamięci skąpane w gównie gołębi.
Przespacerowałem się wąską Czternastą Ulicą, zawsze chłodną, gdyż
promienie słońca docierają tu tylko wczesnym rankiem, nigdy po
dziewiątej, i przeszedłem przez Siódmą Aleję na wysokości sklepu
papierniczego Panamericana. Plama krwi lśniła na chodniku jak jakiś
zgubiony przedmiot; przechodnie obchodzili ją, wymijali i można było
nawet uwierzyć, że to krew zranionego w wypadku człowieka i że okoliczni
mieszkańcy, oglądając ją od niepamiętnych czasów, przyzwyczaili się do
niej, nauczyli, jak w nią nie wdepnąć. Plama była wielkości otwartej
dłoni. Podszedłem tak blisko, że miałem ją między stopami, jakbym chciał
ją uchronić przed rozdeptaniem, i wówczas sam właśnie to zrobiłem:
wdepnąłem w nią.
Zrobiłem to ostrożnie, zaledwie czubkiem mojego buta, jak wkłada się
palce do wody, żeby sprawdzić jej temperaturę. Zepsułem czysty, dobrze
zaznaczony obrys plamy. Musiałem wtedy poczuć nagły przypływ wstydu,
gdyż uniosłem głowę, żeby zobaczyć, czy nikt mnie nie obserwuje i po
cichu nie potępia mojego zachowania (które miało w sobie coś z braku
szacunku, a nawet profanacji), i oddaliłem się stamtąd, próbując nie
wykonywać ruchów zwracających czyjąkolwiek uwagę. Kilka kroków dalej
znajdowały się marmurowe płyty upamiętniające Jorge Eliecera Gaitana.
Przystanąłem, żeby je przeczytać, a raczej udawałem, że je czytam, potem
przeciąłem Siódmą Aleję, idąc chodnikiem alei Jimeneza, skręciłem za
róg, wszedłem do Café Pasaje, zamówiłem kieliszek czerwonego wina i użyłem serwetki, żeby oczyścić czubek buta. Mógłbym zostawić tam
serwetkę, na stoliku kawiarni, pod porcelanowym spodeczkiem, ale wolałem
zabrać ją ze sobą, uważając, żeby nie dotknąć gołą ręką krwi tego
człowieka. Wyrzuciłem serwetkę do pierwszego napotkanego kosza na
śmieci. Nikomu o tym nie opowiedziałem, ani tego dnia, ani później.
Następnego ranka wróciłem na ten sam chodnik. Plamy już nie było, został
po niej zaledwie słabo widoczny ślad na szarym betonie. Zastanawiałem
się, co mogło się stać z rannym mężczyzną, czy przeżył wypadek, czy
wraca do zdrowia w towarzystwie żony i dzieci, czy też umarł i teraz w jakimś zakątku tego rozjuszonego miasta dobiega właśnie końca czuwanie
przy nim. Podobnie jak poprzedniego dnia, poszedłem kilka kroków w stronę alei Jimeneza, zatrzymałem się przy marmurowych tablicach, ale
tym razem przeczytałem od początku do końca wszystkie napisy na każdej z nich i uświadomiłem sobie, że nigdy wcześniej tego nie zrobiłem. Gaitán,
człowiek, o którym w mojej rodzinie rozmawiało się, odkąd sięgam
pamięcią, wciąż był niemal obcą mi osobą, niewyraźną postacią
przechadzającą się po moich mglistych wyobrażeniach o historii Kolumbii.
Tego samego dnia zaczekałem na profesora Francisca Herrerę, aż skończy
swoje lekcje retoryki, i zapytałem, czy mogę zaprosić go na piwo, żeby
opowiedział mi o 9 kwietnia.
"Lepiej na kawę z mlekiem", odparł. "Wracam potem do domu, nie chcę
śmierdzieć piwem".
Francisco Herrera -?dla przyjaciół Pacho -?był szczupłym mężczyzną w dużych okularach w czarnych plastikowych oprawkach, otoczonym sławą
ekscentryka. Mówił barytonem, co nie przeszkadzało mu imitować
któregokolwiek z naszych polityków. Podstawowym wykładanym przez niego
przedmiotem była filozofia prawa, ale jego znajomość retoryki i talent
do naśladownictwa pozwoliły mu zorganizować popołudniowe zajęcia, na
których można było posłuchać wielkich przemówień z historii polityki, od
mowy Antoniusza w Juliuszu Cezarze do przemówienia Martina Luthera
Kinga, i rozebrać je na czynniki pierwsze. Nierzadko zajęcia były tylko
prologiem; chodziliśmy z Herrerą potem do pobliskiej knajpy, gdzie
zapraszaliśmy go na kieliszeczek likieru, a on w zamian prezentował nam
swoje najlepsze imitacje słynnych mów, wzbudzając ciekawość,
rozbawienie, a czasem prowokując sarkastyczne komentarze przy sąsiednich
stolikach. Naśladowanie wystąpień Gaitana szło mu szczególnie dobrze,
orli nos i zaczesane na brylantynę włosy tworzyły iluzję podobieństwa,
ale najważniejsze były znajomość jego życia i dzieła, dzięki którym
opublikował krótką biografię polityka w wydawnictwie uniwersyteckim; to
wszystko przepełniało każde z wypowiadanych przez niego zdań takim
autentyzmem, że przypominał wręcz medium podczas seansu
spirytystycznego, a w jego wystąpieniach Gaitán powracał do żywych.
Kiedyś mu o tym powiedziałem; gdy wygłaszał jego mowy, miało się
wrażenie, że Gaitán go opętał. Uśmiechnął się jak ktoś, kto poświęcił
całe życie jakiejś ekstrawagancji i nagle z niemałym zdumieniem zdał
sobie sprawę, że nie stracił czasu.
W drzwiach Café Pasaje -?zatrzymaliśmy się, żeby wypuścić pucybuta z drewnianą skrzynką pod pachą -?zapytał mnie, o czym konkretnie chcę
porozmawiać.
"Chciałbym wiedzieć, jak to dokładnie było", odrzekłem. "Jak wyglądało
zabójstwo Gaitana".
"A, to w takim razie nawet nie będziemy siadać. Niech pan pójdzie ze
mną, za róg ulicy".
Tak też zrobiliśmy, ruszyliśmy tam bez słowa, milczeliśmy, schodząc po
schodach na placyk od alei Jimeneza, dotarliśmy na róg i zaczekali
chwilę, żeby móc przeciąć Siódmą Aleję. Pacho poruszał się jakby z pośpiechem, a ja starałem się dotrzymać mu kroku. Zachowywał się jak
starszy brat, który wyjechał z domu, a teraz młodszego oprowadza po
swoim nowym mieście. Minęliśmy marmurowe tablice, zaskoczyło mnie
trochę, że Pacho nie zatrzymał się, żeby na nie spojrzeć, nawet nie
pokazał mi ich wyciągniętą ręką ani skinieniem głowy. Doszliśmy do
miejsca, gdzie w 1948 roku stał budynek Agustína Nieta (uświadomiłem
sobie, że znaleźliśmy się tylko kilka kroków od miejsca, gdzie jeszcze
wczoraj była plama krwi, dziś zostały po niej tylko niewyraźny cień i wspomnienie), i Pacho zaprowadził mnie do przeszklonych drzwi lokalu
komercyjnego.
"Proszę ich dotknąć", powiedział.
Przez chwilę nie rozumiałem, o co mu chodzi.
"Mam dotknąć drzwi?"
"Tak, niech pan ich dotknie", nalegał, a ja posłuchałem. "Bo przez te
właśnie drzwi wyszedł Gaitán dziewiątego kwietnia", ciągnął. "Oczywiście
nie są to dokładnie te same drzwi, bo budynek też nie jest ten sam,
niedawno wyburzono gmach Agustína Nieta i postawiono ten na jego
miejscu. Ale umówmy się, że w tej chwili, dla nas, to są właśnie drzwi,
przez które wyszedł Gaitán, a pan ich dotyka. Była mniej więcej pierwsza
po południu i Gaitán szedł na obiad z dwoma przyjaciółmi. Był w dobrym
humorze. A wie pan, dlaczego był w dobrym humorze?"
"Nie, Pacho", odpowiedziałem. Z budynku wyszła jakaś para, przez chwilę
patrzyli na nas dziwnie. "Niech mi pan wyjaśni dlaczego".
"Bo poprzedniego popołudnia wygrał sprawę w sądzie. Dlatego się
cieszył".
Obronę porucznika Cortesa oskarżonego o zastrzelenie dziennikarza Eudora
Galarzy Ossy należałoby potraktować nie w kategorii wygranego procesu,
ale uznać za cud. Gaitán wygłosił poruszającą mowę obrończą, przyznając,
że porucznik zabił wprawdzie dziennikarza, ale uczynił to w sprawiedliwej obronie własnego honoru. Zbrodnia miała miejsce przed
dziesięciu laty. Dziennikarz, redaktor naczelny gazety codziennej z Manizales, pozwolił na opublikowanie artykułu krytykującego znęcanie się
porucznika nad swoimi żołnierzami; kiedy redaktor Galarza stanął w obronie swojego reportera, który nie zrobił nic innego, jak tylko
powiedział prawdę, porucznik wyjął pistolet i oddał dwa strzały. Tak
wyglądało zdarzenie. Ale Gaitán sięgnął po swój najwspanialszy
retoryczny arsenał, żeby poruszyć kwestię ludzkich namiętności, honoru
wojskowego, poczucia obowiązku, obronny wartości patriotycznych,
proporcjonalności między zniewagą a obroną, pewnych okoliczności
będących ujmą na honorze wojskowego, w przeciwieństwie do cywila, i tego, jak żołnierz, broniąc swojego honoru, broni zarazem całego
społeczeństwa. Nie zaskoczyło mnie wcale, że Pacho zna na pamięć finał
tej mowy. Zobaczyłem, jak niespiesznie przemienia się w Gaitana, co
zdarzyło mi się obserwować wcześniej wiele razy, usłyszałem jego
zmieniony głos, niebędący już niskim aksamitnym głosem Francisca
Herrery, ale wyższym Gaitana, naśladował nie tylko jego barwę, lecz
także głęboki oddech metronomu, starannie zaznaczone spółgłoski i podniosłe rytmy:
"Poruczniku Cortés, nie wiem, co zadecyduje ława przysięgłych, ale tłumy
czekają niecierpliwie na tę decyzję! Poruczniku Cortés, nie potrzebuje
pan mojej obrony. Pańskie szlachetne życie, pańskie pełne bólu życie
może wyciągnąć do mnie rękę, a uścisnę ją, wiedząc, że ściskam dłoń
człowieka honoru, pełnego szlachetności i dobroci!"
"Szlachetności i dobroci", powtórzyłem.
"Paradne, prawda?" -?zapytał Pacho. "Bałamutna manipulacja, ale przy tym
majstersztyk. Majstersztyk właśnie
dlatego, że jest bałamutną manipulacją".
"Bałamutna, ale skuteczna", powiedziałem.
"No właśnie".
"Jeśli o to chodzi, Gaitán był prawdziwym czarodziejem".
"Zgadzam się, był czarodziejem", potwierdził Pacho. "Był obrońcą
wolności, ale ocalił od więzienia zabójcę dziennikarza. I nikt nawet nie
widział w tym sprzeczności. Morał: nigdy nie należy ufać wielkim
mówcom".
Tłum zgotował mu owację, a potem wyniósł Gaitana na ramionach niczym
toreadora. Była pierwsza dziesięć w nocy. Gaitán, zmęczony ale
zadowolony, zgodził się na obowiązkowe świętowanie, wznosił toasty ze
znajomymi i obcymi i dotarł do domu o czwartej nad ranem. Pięć godzin
później był już z powrotem w swojej kancelarii, uczesany i nieskazitelnie ubrany w trzyczęściowy garnitur, ciemnogranatowy, prawie
czarny w cieniutkie białe prążki. Przyjął jakiegoś klienta, odebrał
kilka telefonów od dziennikarzy. Około pierwszej w gabinecie zjawiło się
kilku przyjaciół, chcieli mu tylko pogratulować -?byli tam między innymi
Pedro Eliseo Cruz, Alejandro Vallejo, Jorge Padilla. Jeden z nich,
Plinio Mendoza Neira, zaprosił wszystkich obecnych na obiad, gdyż sukces
poprzedniej nocy należało odpowiednio uczcić.
"Zgoda", powiedział Gaitán, śmiejąc się głośno. "Ale ostrzegam, Pliniu,
że nie jestem tani".
"Zjechali windą, która znajdowała się mniej więcej tutaj", wyjaśnił
Pacho, wskazując na wejście do budynku (tego nowego). "Winda nie zawsze
tam działała, bo czasem brakowało prądu. Tego dnia był. Tędy wyszli,
niech pan spojrzy". Spojrzałem. "Znaleźli się na ulicy. Plinio Mendoza
wziął Gaitana pod ramię, o tak". Pacho ujął mnie pod ramię i prowadził
od drzwi na chodnik Siódmej Alei. Teraz musiał podnieść głos, gdyż nie
osłaniała nas już ściana gmachu i przeszkadzał mu szum samochodów i gwar
przechodniów. "Tam, po drugiej stronie ulicy, na kinie Faenza wisiał
afisz. Wyświetlali Rzym, miasto otwarte Rosselliniego. Gaitán
studiował w Rzymie i niewykluczone, że plakat przykuł jego uwagę przez
proste skojarzenie faktów. Ale nigdy się tego nie dowiemy, zawsze
pozostanie tajemnicą, co dzieje się w umyśle człowieka na chwilę przed
śmiercią, jakie wspomnienia wracają z odmętów pamięci, jakie
skojarzenia. Tak czy owak, myśląc o Rzymie czy nie, myśląc o Rossellinim
czy nie, poczuł, że Plinio Mendoza odciąga go parę kroków na bok. Jakby
chciał z nim przedyskutować coś poufnego. I wie pan co? Być może chciał.
"Mam dla ciebie pewną wiadomość, bardzo krótką", powiedział Mendoza.
Wtedy zobaczył, jak Gaitan staje jak wryty, potem zaczyna się cofać w kierunku budynku, zasłaniając sobie twarz dłońmi, jakby chciał się
ochronić. Rozległy się -?jeden po drugim -?trzy strzały; po upływie
sekundy padł czwarty. Gaitán runął na plecy.
"Co się stało, Jorge?", zapytał Mendoza.
Co za głupie pytanie", stwierdził Pacho. "Ale ciekawe, czy komuś w takiej chwili przyszłoby do głowy coś oryginalniejszego".
"Nikomu", przyznałem.
"Mendoza dostrzegł zabójcę", ciągnął Pacho, "i chciał się na niego
rzucić. Ale ten wycelował do niego z pistoletu, więc musiał się cofnąć.
Bał się, że też zostanie postrzelony, i próbował wrócić do budynku, do
drzwi, żeby się schronić".
Pacho znów wziął mnie pod ramię. Wróciliśmy pod nieistniejące drzwi
gmachu Agustína Nieta. Odwróciliśmy się, spoglądając na ruch na Siódmej
Alei, i Pacho podniósł rękę, żeby pokazać mi miejsce na chodniku, gdzie
leżał Gaitán. Z jego głowy ciekła strużka krwi. "Tu stał Juan Roa
Sierra, zabójca. Czekał na Gaitana przy wejściu do gmachu Agustína
Nieta. To oczywiście tylko przypuszczenia. Po zbrodni świadkowie
twierdzili, że widzieli, jak wszedł do budynku, jak jeździł windą w górę
i na dół, co było zachowaniem dość podejrzanym. Zwrócili na niego uwagę.
Ale nie można brać ich zeznań za pewnik, po tak ważnym wydarzeniu
ludziom zaczyna się wydawać, że widzieli rzeczy podejrzane. Niektórzy
twierdzili potem, że Roa miał na sobie szary garnitur w prążki, bardzo
stary i zniszczony. Inni, że garnitur był w prążki, ale koloru kawy.
Jeszcze inni, że nie było żadnych prążków. Trzeba wyobrazić sobie
zamieszanie, krzyki świadków, ludzi biegających w kółko. Tak czy owak,
Mendoza widział mordercę z miejsca, gdzie teraz stoimy. Zobaczył, jak
unosi broń i znów celuje do Gaitana, jakby zamierzał go dobić. Ale
według Mendozy Roa nie oddał kolejnego strzału. Inny świadek stwierdził,
że owszem, strzelił, kula odbiła się rykoszetem od bruku i o mało co nie
zabiła Mendozy. Tam na rogu -?Pacho wskazał w kierunku alei Jimeneza -
stał policjant. Mendoza zobaczył, że waha się przez chwilę, a potem
wyjmuje pistolet i strzela do Roy Sierry. Roa zaczął uciekać na północ,
o tam, proszę spojrzeć".
"Patrzę".
"Potem odwrócił się, jakby chciał przestraszyć tych, co towarzyszyli
Gaitanowi, nie wiem, czy pan mnie rozumie, jakby próbował asekurować się
podczas ucieczki. I wtedy rzucili się na niego przechodnie. Jedni mówią,
że pobiegł za nim też policjant, ten, który miał strzelać, a może inny.
Niektórzy, że policjant zaszedł go od tyłu, wówczas Roa uniósł ręce do
góry i wtedy ludzie się na niego rzucili. Jeszcze inni twierdzą, że
próbował przebiec na drugą stronę Siódmej Alei, kierując się na wschód.
Dopadli go tutaj, na krawędzi chodnika, zanim zdążył to zrobić. Kiedy
przyjaciele Gaitana zobaczyli, że zabójca został schwytany, wrócili do
rannego, żeby sprawdzić, czy mogą mu jakoś pomóc. Kapelusz spadł mu z głowy i znalazł się o krok od ciała, które leżało w tej pozycji",
wyjaśnił Pacho, kreśląc w powietrzu poziome linie. "Równolegle do
jezdni. Ale zamieszanie było tak wielkie, że każdy z przyjaciół
opowiedział potem swoją wersję wydarzeń. Jedni, że głowa Gaitana
wskazywała południe, a stopy północ, inni, że było odwrotnie. Zgadzali
się co do jednego: miał otwarte, przerażająco spokojne oczy. Ktoś, chyba
Vallejo, zauważył, że z ust płynie mu krew. Ktoś inny krzyknął, żeby
przynieść wody. Na parterze budynku znajdował się bar El Gato Negro,
wyszła z niego kelnerka ze szklanką wody. Podobno krzyczała: "Zabili nam
Gaitancita". Ludzie pochylali się nad nim, chcieli go dotknąć jak
świętego: jego ubrania, włosów. Wtedy nadszedł Pedro Eliseo Cruz,
lekarz, przykucnął i spróbował zmierzyć mu puls.
"Żyje?", zapytał Alejandro Vallejo.
"Ty po prostu zatrzymaj taksówkę", odparł Cruz.
Ale taksówka, czarna taksówka podjechała sama, zanim ktokolwiek zdążył
ją zawołać", ciągnął Pacho. "Ludzie przepychali się, żeby móc podnieść
Gaitana i włożyć go do samochodu. Zanim to się stało, Cruz podszedł i zauważył ranę w tyle głowy. Próbował jej się przyjrzeć, ale kiedy
obrócił lekko głowę Gaitana, ten zwymiotował krwią. Ktoś zapytał, jak to
widzi.
"Jest zgubiony", odparł Cruz.
Gaitán wydusił z siebie kilka skarg", powiedział Pacho. "A właściwie
jęków skargi".
"Więc jeszcze żył", zauważyłem.
"Wtedy jeszcze tak", potwierdził Pacho. "Kelnerka z innej, znajdującej
się nieopodal kawiarni El Moilino albo El Inca, przysięgała później, że
słyszała, jak mówi: "Nie dajcie mi umrzeć". Ale ja w to nie wierzę.
Wierzę raczej w to, co mówił Cruz, że nie było już dla Gaitana ratunku.
Wtedy zjawił się człowiek z aparatem i zaczął robić mu zdjęcia".
"Jak to, Pacho?", zapytałem. "Więc są zdjęcia postrzelonego Gaitana?"
"Tak słyszałem, owszem. Sam ich nie widziałem, ale podobno są. Inna
rzecz, czy przetrwały do dziś. Trudno sobie teraz wyobrazić, że coś tak
ważnego mogłoby się zagubić, przepaść, dajmy na to, na jakimś strychu.
Ale bardzo prawdopodobne, że tak właśnie się stało. Bo jeśli było
inaczej, dlaczego ich nie znamy? Oczywiście możliwe również, że ktoś je
zniszczył. Te dni owiane są tak wielką tajemnicą... No więc mniej więcej
tak to się wszystko odbyło. Fotograf przecisnął się przez tłum, torując
sobie drogę łokciami, i zaczął robić zdjęcia Gaitanowi.
Jeden ze świadków zdarzenia się oburzył: "Po co fotografować zabitego",
powiedział. "Niech pan lepiej zrobi zdjęcie mordercy".
Ale fotograf tego nie zrobił", ciągnął Pacho. "Ludzie nieśli już Gaitana
do taksówki. Cruz wsiadł razem z nim, a do innej taksówki, która
nadjechała zaraz po niej, wsiadła cała reszta. I ruszyli na południe, do
kliniki Central. Podobno w tamtej chwili wiele osób wyjęło swoje
chusteczki, pochyliło się nad miejscem, gdzie wcześniej leżało ciało, i zaczęło ścierać krew Gaitana. Ponoć później nadbiegł ktoś z kolumbijską
flagą i zrobił to samo".
"A Roa Sierra?", -?zapytałem.
"Roę Sierrę złapał policjant, pamięta pan?"
"Tak, tutaj, niedaleko budynku".
"Prawie na rogu. Roa Sierra cofał się w kierunku alei Jimeneza, kiedy
policjant zaszedł go od tyłu i przystawił mu lufę do pleców.
"Niech pan mnie nie zabija, sierżancie", poprosił Roa.
Tym sierżantem okazał się podoficer wracający ze służby (wyjął mu z ręki
niklowany pistolet i wsunął go sobie do kieszeni spodni). Potem złapał
go za ramię.
Nazywał się Jiménez", powiedział Pacho. "Sierżant Jiménez patrolujący
aleję Jimeneza; niekiedy wydaje mi się, że historii czasem brakuje
wyobraźni. No więc sierżant prowadził Roę Sierrę, ale jakiś facet go
dopadł i pobił, nie wiem, czy pięścią, czy jakąś skrzynką. Popchnął go
tak, że Roa Sierra uderzył o witrynę sklepu, który znajdował się tutaj".
Pacho pokazał drzwi budynku przylegającego niegdyś do gmachu Agustína
Nieta. "Nazywał się Faux, o ile dobrze pamiętam, i tu była witryna,
która się rozbiła, chyba mieścił się tu sklep Kodaka, ale nie jestem
tego pewien. Nie wiadomo, czy z powodu pobicia, czy zderzenia z witryną
Roa zaczął krwawić z nosa.
Widząc napierających na nich ludzi, sierżant Jiménez zaczął się
rozglądać za kryjówką. Szedł na południe, przy fasadzie budynku. "To
on", krzyczał tłum, "to zabójca mecenasa Gaitana". Sierżant, ciągnąc za
ramię Roę, skierował się ku wejściu do apteki Granada, ale podczas tej
krótkiej drogi pucybuci dopadli mordercę ze swoimi ciężkimi drewnianymi
skrzynkami.
Roa umierał ze strachu", opowiadał Pacho. "Ludzie, którzy widzieli, jak
strzelał, Vallejo i Mendoza, mówili później, że dostrzegli na jego
twarzy przeraźliwy grymas nienawiści, nienawiści, jaką żywią fanatycy.
Wszyscy twierdzili również, że w chwili, kiedy oddawał strzały, Roa
zachowywał się, jakby całkowicie nad sobą panował. Ale później, kiedy
otoczyli go wściekli pucybuci, kiedy sypały się na niego ciosy i myślał
-?tak przynajmniej sobie wyobrażam -?że tłum chce go zlinczować, wtedy
cały fanatyzm i panowanie nad sobą wyparowały. Został tylko strach.
Zmiana była tak zaskakująca, że niektórzy świadkowie myśleli, że było
dwóch zabójców: fanatyk i tchórz.
Morderca Gaitana był blady. Miał oliwkową skórę i wyraziste rysy twarzy,
długie włosy, dawno nieobcinane, kilkudniowy zarost pokrywający jego
twarz cienistymi plamami. Wszystko to upodabniało go do bezpańskiego
psa. Inni świadkowie twierdzili, że wyglądał jak mechanik albo
rzemieślnik, jeden z nich upierał się nawet, że widział plamę oleju na
rękawie garnituru. "Zlinczować zabójcę!", krzyknął ktoś. Z nosem
złamanym od jednego z ciosów Roa dał się wepchnąć do apteki Granada.
Pascal del Vecchio, przyjaciel Gaitana, poprosił, żeby ukryć zabójcę, bo
inaczej tłum go zlinczuje. Wepchnęli tam Roę, który wydawał się
pogodzony z losem i nie stawiał oporu, zobaczyli, jak przycupnął w kącie, żeby nie być widzianym z ulicy. Ktoś opuścił metalowe żaluzje.
Jeden z pracowników apteki podszedł do niego.
"Czemu zabiłeś doktora Gaitana?", zapytał.
"Ach, proszę pana", odparł Roa, "to potężne sprawy, nie mogę mówić".
Próbowali rozwalić żaluzję", ciągnął Pacho. "Właściciel przestraszył
się, że zdemolują mu lokal, i sam otworzył.
"Ludzie pana zabiją", nalegał pracownik. "Niech pan mi powie, kto panu
kazał".
"Nie mogę", odparł Roa.
Roa próbował schować się za kontuarem, ale złapali go, zanim zdołał
przez niego przeskoczyć", tłumaczył Pacho. "Dopadli go pucybuci i wywlekli na ulicę. Ale jeszcze zanim to się stało, ktoś znalazł wózek
transportowy, wie pan, taki do przewożenia towarów. Więc ktoś chwycił
ten wózek i rzucił go na Roę. Ja zawsze sądziłem, że już w tym momencie
Roa stracił przytomność. Na chodniku bili go nadal: pięściami,
skrzynkami, kopali go w krocze. Podobno nawet ktoś kilka razy wbił w niego pióro. Zaczęli go ciągnąć na południe, do Pałacu Prezydenckiego.
Jest zdjęcie, to słynne zdjęcie, które zrobił ktoś z górnego piętra,
kiedy ciżba była trochę dalej, mniej więcej na placu Bolivara. Widać na
nim ludzi wlokących Roę, i widać Roę, a raczej jego martwe ciało. Kiedy
go wlekli, spadły z niego ubrania i został prawie nagi. To jedna z najbardziej makabrycznych fotografii z tego makabrycznego dnia. Roa już
na niej nie żyje, co oznacza, że zmarł w jakimś punkcie trasy
prowadzącej od apteki Granada. Czasem myślę o tym, że Roa skonał w tym
samym momencie co Gaitán. Wie pan, o której dokładnie godzinie zmarł
Gaitán? O pierwszej pięćdziesiąt pięć. Za pięć druga. To niewykluczone,
że umarł w tej samej chwili, co jego zabójca, prawda? Nie wiem, dlaczego
to ważne, a raczej wiem, że to nieważne, ale czasami o tym myślę. Stąd
powlekli Roę Sierrę. Tu znajdowała się apteka Granada i stąd go zabrali.
Być może, kiedy znajdował się w miejscu, gdzie teraz stoimy, już nie
żył. Może umarł później. Nie wiemy i nigdy się tego nie dowiemy".
Pacho zamilkł. Otworzył dłoń, spojrzał w niebo.
"Cholera, zaczyna kropić", powiedział. "Chce pan wiedzieć coś jeszcze?"
Znaleźliśmy się kilka kroków od miejsca, gdzie postrzelono nie tak dawno
anonimowego mężczyznę. Zastanawiałem się, czy Pacho wiedział o strzelaninie, ale potem wydało mi się to informacją nieznaczącą, pustą,
a pytanie o to wręcz brakiem szacunku dla człowieka, który tak hojnie
podzielił się ze mną swoją wiedzą. Pomyślałem, że to byli bardzo różni
zmarli, Gaitán i ten anonimowy mężczyzna, w dodatku ich śmierć dzieliło
wiele lat, a jednak ich dwie plamy krwi, ta, którą zebrali ludzie swoimi
chusteczkami w 1948 roku, i ta, która poplamiła czubek mojego buta w roku 1991, w gruncie rzeczy nie różniły się tak bardzo. Nie łączyło ich
nic poza moją chorobliwą fascynacją, ale to wystarczyło, gdyż ta
chorobliwa fascynacja była równie silna jak płynąca mi prosto z serca
niezgoda na to miasto tamtych lat, miasto mordercę, miasto cmentarz,
miasto, w którym każdy róg ma swoich poległych. To właśnie odkryłem w sobie, nie bez przerażenia; owo mroczne zaciekawienie umarłymi krążącymi
po ulicach Bogoty, tymi zabitymi teraz i tymi zabitymi kiedyś.
Mieszkałem w rozjuszonym mieście, odwiedzałem miejsca pewnych zbrodni
właśnie dlatego, że mnie przerażały, śledziłem duchy zmarłych gwałtowną
śmiercią właśnie dlatego, że bałem się, iż sam padnę jej ofiarą.
Niełatwo było to wyjaśnić, nawet takiemu człowiekowi jak Pacho Herrera.
"Nie, to już wszystko", powiedziałem. "Bardzo panu dziękuję".
I patrzyłem za nim, póki nie zniknął w tłumie.
Tej nocy wróciłem do domu i ciurkiem napisałem siedem stron opowiadania,
w którym relacjonowałem, a może starałem się zrelacjonować to, co
usłyszałem od Pacha Herrery, gdy spacerowaliśmy Siódmą Aleją, tym samym
chodnikiem, na którym historia mojego kraju doznała potężnego wstrząsu.
Nie sądzę, żebym wtedy był świadom, jak bardzo opowieść Pacha zawładnęła
moją wyobraźnią, nie zdawałem sobie również sprawy, że w ciągu ostatnich
trzydziestu czterech lat to samo przydarzyło się tysiącom
Kolumbijczyków. Opowiadanie nie było dobre, ale było moje; nie zostało
napisane głosem zapożyczonym od Garcíi Marqueza ani Cortazara, ani
Borgesa, jak wiele innych tekstów, które popełniłem lub miałem popełnić
w tym czasie, lecz zachowywało w swoim tonie i spojrzeniu coś, co po raz
pierwszy wydało mi się moje własne. Pokazałem je Pachowi -?jak
młodzieniec, który szuka aprobaty kogoś bardziej doświadczonego -?i od
tamtej pory zacząłem z nim nową relację, zupełnie inną, bardziej
poufałą, opartą na koleżeństwie, a nie na autorytecie. Kilka dni później
zapytał, czy chcę odwiedzić z nim dom Gaitana.
"Dom Gaitana?"
"Dom, w którym mieszkał, kiedy go zabito", wyjaśnił Pacho. "Teraz
oczywiście mieści się w nim muzeum".
Zjawiliśmy się więc pewnego słonecznego popołudnia w tym dużym
dwupiętrowym gmachu, do którego od tamtej pory nie wróciłem, otoczonym
zielenią (pamiętam niewielki trawnik i drzewo), zamieszkanym nieustannie
przez ducha Gaitana. Na dole znajdował się stary telewizor, na którym
wyświetlano w kółko dokument poświęcony jego życiu, dalej były głośniki
wypluwające nagrania z jego przemówień, na górze zaś, u szczytu
szerokich schodów, witryna, w której wystawiano garnitur granatowy jak
noc. Obszedłem witrynę, szukając w tkaninie śladów po kulach, a kiedy je
odnalazłem, ciarki przeszły mi po plecach. Później udałem się do ogrodu
na grób polityka i stałem tam przez chwilę, przypominając sobie
wszystko, co opowiedział mi Pacho, unosiłem głowę i patrzyłem na
poruszane przez wiatr liście, i czułem na włosach ciepło bogotańskiego
popołudnia. Wtedy Pacho wyszedł, nie dając mi czasu na pożegnanie, i zatrzymał taksówkę. Widziałem, jak zamyka drzwi, jak porusza ustami,
podając adres, i zdejmuje okulary, jak czynimy to, żeby wyjąć paproszek,
który wpadł nam do oka, uwierającą rzęsę, łzę, która mgli nam wzrok.
Wizyta u doktora Benavidesa miała miejsce kilka dni po naszej rozmowie w klinice. W sobotę spędziłem dwie godziny na piętrze z restauracjami i barami pobliskiego centrum handlowego, żeby odmienić choć trochę rutynę
posiłków w szpitalnej stołówce, potem przedłużyłem sobie nieco wychodne
i udałem się do księgarni Librería Nacional, gdzie znalazłem książkę
José Avellanosa, uznałem bowiem, że może okazać się przydatna do
powieści, którą właśnie pisałem. Była to pikarejska i kapryśna historia
o możliwej wizycie Josepha Conrada w Panamie, z każdym kolejnym zdaniem
rozumiałem coraz lepiej, że pisanie jej miało tylko jeden cel -?odwrócić
moją uwagę od zdrowotnych lęków, sprawić, żebym chociaż chwilami o nich
zapomniał. Kiedy wróciłem do sali, M właśnie poddawano badaniu
częstotliwości jej niewyczuwalnych skurczów; do brzucha przyczepiono
elektrody, z ustawionej przy łóżku maszyny sączył się elektryczny szum,
a w tym szumie słychać było delikatny a zarazem frenetyczny taniec
rysika po papierze milimetrowym. Z każdym skurczem zapis zmieniał się,
linie podskakiwały jak obudzone nagle zwierzę. "Właśnie miała pani
skurcz", oznajmiła jedna z pielęgniarek. "Poczuła go pani?"
A M musiała przyznać, że nie, że i tym razem go nie poczuła; była tym
zmartwiona, jakby w jakiś absurdalny sposób ją to irytowało. Dla mnie
natomiast ten pokreślony papier był jednym z pierwszych śladów, jakie
zostawiały na świecie moje córki, i zastanawiałem się nawet, czy nie
poprosić pielęgniarek, żeby pozwoliły mi zrobić kopię. Ale wtedy
pomyślałem: a jeśli wszystko pójdzie nie tak? Jeśli poród się nie uda,
dziewczynki nie przeżyją albo przeżyją, ale nie będą zdrowe i w przyszłości nie będzie czego upamiętniać, a przede wszystkim czego
świętować? Ta możliwość ciągle jeszcze nie straciła aktualności; ani
lekarze, ani badania nie wykluczyły jej ostatecznie. Pielęgniarki
odeszły, a ja o nic ich nie poprosiłem.
{: ._idGenObjectAttribute-1} -
"Jak wyszło badanie?", zapytałem.
"Jak zwykle", odparła M, uśmiechając się smutno. "Uparły się, że chcą
już wyjść, jakby umówiły się na randkę". Po chwili dodała: "Ktoś coś dla
ciebie zostawił. Tam, na stoliku".
Była to pocztówka, którą rozpoznałem natychmiast, a właściwie fotografia
rozmiaru pocztówkowego z napisaną na odwrocie wiadomością. Autorem
zdjęcia był Sady González, nie tylko jeden z wielkich fotografów XX
wieku, ale również par excellence świadek el Bogotazo. To było jedno z jego najbardziej znanych zdjęć. González zrobił je w klinice Central,
gdzie przewieziono Gaitana, by ratować mu życie. Kiedy je robił, było
już wiadomo, że wysiłki lekarzy poszły na marne, stwierdzono zgon
rannego, trochę podszykowano zwłoki i wpuszczono do środka obcych,
dlatego Gaitán spowity jest prześcieradłem -?nieskazitelnie, niepokojąco
białym -?i otoczony ludźmi. Niektórzy z nich to lekarze: jeden położył
na prześcieradle lewą dłoń z wielkim pierścieniem na palcu, jakby chciał
nie dopuścić, żeby ciało spadło, inny, być może Pedro Eliseo Cruz,
patrzy w głąb, chyba na policjanta, który usiłuje znaleźć się w kadrze
(widać przeczuwał ważkość chwili). Na lewo od krawędzi stoi doktor
Antonio Arias, z profilu, patrzy w pustkę i na jego twarzy maluje się
szczególne przygnębienie, a może tylko mnie się wydaje szczególne, bo
doktor Arias jest jedynym, który nie spogląda na fotografa, autentyczny
smutek nie pozwala mu dostrzec tego, co dzieje się w sali. Między nimi
leży Gaitán, ktoś unosi mu delikatnie głowę -?jego pozycja nie jest
naturalna -?żeby był dobrze widoczny na zdjęciu, które zrobiono właśnie
po to, żeby zaświadczyć o śmierci caudilla, ja jednak sądzę, że udało
się na nim osiągnąć znacznie więcej, gdyż na twarzy Gaitana można
dostrzec, jak mówi wiersz, który lubię, pospolitą anonimowość bólu. Nie
wiem, ile razy oglądałem to zdjęcie wcześniej, ale tam, w sali kliniki,
obok mojej żony leżącej w łóżku, pomyślałem, że nigdy wcześniej nie
zwróciłem uwagi na dziewczynkę stojącą za Gaitanem, teraz wydawało mi
się, że to ona podtrzymuje głowę zmarłego. Pokazałem M zdjęcie, a ona
uznała, że nie mam racji, że robi to mężczyzna w okularach, bo
dziewczynka ma zaciśnięte palce, a rękę trzyma pod takim kątem, że nie
mogłaby niczego podtrzymać. Chciałem wierzyć, że M się nie myli, ale nie
mogłem; patrzyłem na dłoń dziewczynki i widziałem, jak podpiera głowę
Gaitana, która zdawała się unosić nad białym prześcieradłem, i bardzo
mnie to niepokoiło.
Na odwrocie fotografii doktor Benavides napisał długopisem żelowym (żeby
litery nie rozmazały się na pokrytej folią powierzchni):
Szanowny Pacjencie!
Jutro, w niedzielę, urządzam kolację. Petit comité, jak to mówią;
piszę po francusku, żeby sprawić wrażenie bardziej uczonego. Czekam na
Pana o 8, z wielką ochotą porozmawiam z Panem o rzeczach, które dziś już
nikogo nie obchodzą. Wiem, że jest Pan zajęty ważniejszymi sprawami, ale
obiecuję, postaram się, żeby nie żałował Pan tej decyzji. Choćby ze
względu na whisky.
Z serdecznością
FB
I tak oto następnego dnia, a był to 11 września, wyruszyłem na północ
Bogoty, tam gdzie miasto zaczyna się pruć, ustępując miejsca chaotycznej
naprzemiennej sekwencji grodzonych osiedli i centrów handlowych, a potem, bez uprzedzenia, wielkim pustym połaciom, gdzieniegdzie wykwitają
na nich pojedyncze budowle, na które raczej nikt nie wydał pozwolenia. W radiu mówiono o Nowym Jorku i zamachach terrorystycznych z 2001 roku, a dziennikarze i ich rozmówcy robili to, co miało stać się zwyczajem
podczas kolejnych rocznic -?wspominali, gdzie byli tego dnia. A ja,
gdzie byłem cztery lata wcześniej? W Barcelonie, kończyłem właśnie jeść
obiad. Nie miałem wtedy telewizora, więc nie wiedziałem o niczym, dopóki
nie zadzwonił Enrique de Hériz: "Przyjdź do mnie, pospiesz się",
powiedział. "Świat się wali". Teraz jechałem Dziewiątą Aleją na północ,
a rozgłośnia powtarzała audycje z tamtego dnia; transmitowane na żywo
opowieści o tym, co się dzieje, pełne zdumienia i wściekłości deklaracje
tuż po zawaleniu się pierwszej wieży, reakcje polityków niezdolnych
wyrazić prawdziwego oburzenia nawet w tak dramatycznej sytuacji. Jeden z komentatorów stwierdził, że sobie na to zasłużyli. "Kto?", zapytał inny,
równie zaskoczony jak ja. "Stany Zjednoczone", odpowiedział pierwszy.
"Za dekady imperializmu i poniżania innych. Wreszcie ktoś odpłacił im
pięknym za nadobne". W tej chwili dojeżdżałem na miejsce, ale nie
myślałem już o adresie, który podał mi Benavides, lecz o mojej wizycie w Nowym Jorku osiem miesięcy po zamachu, o rozmowach z ludźmi, którzy
stracili wtedy kogoś bliskiego, o tym, jak doświadczyłem bólu miasta,
które odpowiedziało na ataki dzielnie i solidarnie. Mówca ciągnął dalej
swoją tyradę, a mnie cisnęła się na usta masa chaotycznych odpowiedzi,
ale zdołałem powiedzieć tylko -?na głos i do nikogo -?"Biedny
skurwysyn".
Doktor już czekał, jego sylwetka wypełniała drzwi. Chociaż był wyższy
ode mnie zaledwie o pół głowy, miałem wrażenie, że należy do ludzi,
którzy się garbią, żeby nie uderzyć głową o nadproże. Miał okulary w aluminiowych oprawkach, chyba z tych, których szkła zmieniają odcień w zależności od tego, jak intensywne jest światło, wtedy w progu, pod
chmurami, które przemykały szybko nad naszymi głowami, przypominał mi
szpiega z jakiejś powieści, kogoś w rodzaju Smileya, tylko nieco
bardziej korpulentnego, a przede wszystkim bardziej melancholijnego.
Mimo że miał niewiele ponad pięćdziesiąt lat, Benavides, w rozpiętym
swetrze, który nie chronił go zbyt dobrze przed chłodem bogotańskich
wieczorów, wywarł na mnie wrażenie człowieka zmęczonego. Cudzy ból
wycieńcza nas w mniej lub bardziej subtelny sposób; Benavides przez
wiele lat swojego życia musiał z nim obcować, dzielić z pacjentami ich
cierpienia i lęki, to współczucie wypompowało z niego energię. Często
wydaje się nam, że ludzie starzeją się szybciej, kiedy rezygnują z pracy, czasem przypisujemy winę za to pierwszej rzeczy, jaka akurat
przyjdzie nam do głowy; temu, co wiemy o ich życiu, obserwowanemu z daleka nieszczęściu, chorobie, o której ktoś nam opowiedział. Albo, jak
w przypadku Benavidesa, specyfice jego zawodu, którą znałem na tyle
dobrze, żeby go podziwiać, a raczej podziwiać jego oddanie innym, i ubolewać nad tym, że nie jestem taki jak on.
"Wcześnie pan przyjechał" powiedział doktor. Zaprowadził mnie na
wewnętrzne patio, przez którego świetlik sączyło się jeszcze ukośnie
wieczorne światło; po kilku minutach ożywionej rozmowy znów powrócił do
mojej powieści, zapytał o żonę, jak się czuje, jakie imiona chcemy nadać
naszym córkom, powiedział, że on sam ma dwoje dwudziestoletnich już
dzieci, córkę i syna; następnie wyjaśnił, że ławeczka, na której siedzę,
była kiedyś podkładem kolejowym i on sam dorobił jej nogi, potem pokazał
kołki w ścianie i powiedział, że służyły kiedyś za śruby (nie znam ich
technicznej nazwy), którymi przymocowano ten podkład. On zaś, ciągnął,
siedział na krześle pochodzącym z hotelu w Popayán, który zawalił się
podczas trzęsienia ziemi w 1983 roku, a jedyna ozdoba na stojącym na
środku stoliku służyła kiedyś za śrubę okrętową statku towarowego.
"Wciąż nie rozumiem, dlaczego wybaczają mi te dziwactwa, no ale
wybaczają", wyjaśnił. Dopiero później pomyślałem, że doktor wystawiał
mnie na próbę: sprawdzał, czy podzielam jego irracjonalne
zainteresowanie przedmiotami z przeszłości, owymi milczącymi duchami.
"No dobrze, chodźmy do środka, straszna tu wilgoć", rzekł, a jego rysy
twarzy to rozmywały się, to chwilami całkiem nikły w półmroku. "Chyba
goście wreszcie zaczęli się schodzić".
Rzeczony petit comité nie okazał się wcale taki mały. Niewielki dom
pełen był gości, większość z nich mniej więcej w wieku gospodarza;
pomyślałem, nie mając ku temu żadnych przesłanek, że to jego koledzy.
Ludzie tłoczyli się przy stole w jadalni, każdy z talerzem w ręku,
próbowali utrzymać chwiejną równowagę, nakładając sobie mięsa na zimno
czy sałatkę ziemniaczaną, albo starali się przyszpilić niesforne
szparagi, uparcie ześlizgujące się z widelców. Z niewidocznych głośników
sączył się głos Billy Holiday, a może była to Aretha Franklin. Benavides
przedstawił mnie swojej żonie: Estela była niewysoką kościstą kobietą o arabskim nosie, a jej szczery uśmiech łagodził nieco ironię nieustannie
obecną w jej spojrzeniu. Potem obeszliśmy pokój (powietrze przesiąkło
już zapachem dymu), Benavides chciał bowiem przedstawić mi parę osób.
Zaczął od mężczyzny w okularach z grubymi szkłami bardzo podobnego,
przemknęło mi przez myśl, do tego, który podtrzymywał głowę Gaitana na
fotografii, i drugiego, niskiego łysego wąsacza, który z trudem wyrwał
rękę z ręki swojej żony o pofarbowanych włosach, żeby się ze mną
przywitać. "Mój pacjent", mówił Benavides, przedstawiając mnie, i miałem
wrażenie, że bawi go powtarzanie tego niewinnego kłamstewka. Ja
tymczasem poczułem się nieswojo, ogarnął mnie niepokój i bez trudu
odkryłem jego przyczynę: jakaś część mojej świadomości pochłonięta była
tym, co też dzieje się u mojej -?wciąż jeszcze przyszłej -?rodziny, u dziewczynek, które, na przekór niebezpieczeństwu, rosły w brzuchu żony.
I tak, przechadzając się po domu Benavidesa, doznałem zupełnie nowego
lęku; rozmyślałem, czy na tym właśnie -?na takiej niespodziewanej
samotności, na zabobonnym przekonaniu, że najgorsze dzieje się pod naszą
nieobecność -?polega ojcostwo, pożałowałem, że prowadzę tu banalne
rozmowy, zamiast posiedzieć przy M i pomóc jej w czymkolwiek, czego by
potrzebowała. Za moimi plecami ktoś recytował wiersz:
Ta róża zaświadczyć może
miłość nie miłość, a przecież
Inną nie będzie miłością.
Ta róża zaświadczyć może,
o chwili, gdy stałaś się moją.
To był najgorszy wiersz Leona de Greiffa, w każdym razie mnie wydawał
się najbardziej niegodny jego fantastycznego dorobku, ale znają go na
pamięć wszyscy Kolumbijczycy i nieuchronnie wykwita -?nomen omen -?na
pewnego rodzaju spotkaniach towarzyskich. To w domu Benavidesa było
właśnie jednym z nich. I znów pożałowałem, że przyjąłem zaproszenie. Pod
wiszącą paprotką obok przesuwanych drzwi do ogrodu, teraz już ciemnego,
stały dwie przeszklone szafki, na które natychmiast zwróciłem uwagę,
gdyż przedmioty w nich przypominały eksponaty muzealne. Zatrzymałem się
przed nimi, patrzyłem nieobecnym wzrokiem; z początku powodowała mną
chęć ucieczki od towarzyskich obowiązków, potem jednak zawartość tych
szafek wzbudziła moją ciekawość. Co to było?
"To miedziany kalejdoskop", wyjaśnił Benavides. Podszedł do mnie
bezszelestnie i chyba czytał mi w myślach, a może po prostu przywykł do
tego, że goście odwiedzający go po raz pierwszy stają przed szafkami i zadają pytania. "A to jest prawdziwy kolec skorpiona z Amazonii. To
rewolwer Le-Mat z tysiąc osiemset pięćdziesiątego szóstego roku.
Szkielet grzechotnika. Był wprawdzie mały, ale wie pan przecież, że to
nie rozmiar się liczy".
"Ma pan prywatne muzeum", powiedziałem.
Spojrzał na mnie z wyraźnym zadowoleniem."Mniej więcej", przyznał.
"Zbieram te rzeczy od dawna".
"Nie, mówię o całym domu. Cały ten dom jest pańskim muzeum".
Benavides uśmiechnął się szeroko i wskazał na ścianę: zdobiły ją dwie
ramki (chociaż nie wiem, czy w tym wypadku powinienem mówić o ozdobach,
bo nie wywieszono ich tam, żeby pełniły funkcję estetyczną). "To okładka
płyty Sydneya Becheta", powiedział. Bechet złożył na niej podpis pod
datą 2 maja 1959 roku. "A to", wskazał na niewielki mebel przysunięty do
szafki i niemal niewidoczny, "jest waga, którą kiedyś przywieziono mi z Chin".
"Oryginalna?", zapytałem głupio.
"Co do najmniejszej części", odparł Benavides. Urządzenie było
przepiękne: na podstawie z rzeźbionego drewna, w kształcie litery T, z której ramion zwisały dwie szalki. "Widzi pan to zalakowane pudełko? Są
w nim ołowiane odważniki, najładniejsze na świecie. Poza tym chciałbym
pana z kimś poznać".
Dopiero wtedy dotarło do mnie, że nie jest sam. Za moim gospodarzem stał
-?jakby ukrywając się nieśmiało -?mężczyzna o bladej cerze, w lewej ręce
trzymał szklankę wody gazowanej. Miał sińce pod oczami, ale nie wydawał
się starszy od Benavidesa. A jeśli o jego dziwny strój chodzi -?brązowa
marynarka, koszula z wysokim krochmalonym kołnierzykiem -?uwagę zwracał
czerwony fular, intensywnie czerwony, prawie lśniący, w odcieniu płachty
toreadora. Mężczyzna w czerwonym fularze wyciągnął miękką wilgotną dłoń
i przedstawił się cichutko, może niepewnie, może w sposób nieco
zniewieściały, tym tonem głosu, który zmusza rozmówcę do nachylenia się
nad mówiącym, żeby cokolwiek zrozumieć.
"Carlos Carballo", powiedział, wyraźnie wymawiając pierwsze litery
imienia i nazwiska. "Do usług".
"Carlos to przyjaciel rodziny", oświadczył Benavides. "Stary, bardzo
stary. Nie pamiętam czasów, kiedy go nie było".
"Bo najpierw byłem przyjacielem twojego taty", odparł mężczyzna.
"Najpierw studentem, potem przyjacielem", uściślił Benavides.
"Odziedziczyłem cię w spadku. Jak parę butów".
"Studentem? Studentem czego?"
"Mój ojciec wykładał na Uniwersytecie Narodowym", wyjaśnił Benavides.
"Uczył przyszłych prawników medycyny sądowej. Kiedyś panu opowiem,
Vásquez. Zapamiętałem kilka świetnych anegdot".
"O tak", potwierdził Carballo. "Był najlepszym wykładowcą na świecie.
Wielu z nas odmienił życie". Mówił to z poważną miną, miałem nawet
wrażenie, że się wyprostował. "Wspaniały umysł".
"Kiedy umarł?", zapytałem.
"W osiemdziesiątym siódmym", odpowiedział Benavides.
"Dwadzieścia lat temu", westchnął Carballo. "Jak ten czas leci".
Zdziwiło mnie, że ktoś, kto wkłada tego typu fular -?prowokację z wykwintnego jedwabiu -?przemawia jednocześnie utartymi zwrotami pełnymi
frazesów. Ale Carballo był w sposób oczywisty typem nieprzewidywalnym,
dlatego chyba zainteresował mnie bardziej niż pozostali goście, nie
unikałem więc jego towarzystwa, nie wymyślałem wymówek, żeby się
wymknąć. Wyjąłem z kieszeni telefon, potwierdziłem, że dwie czarne
kreseczki są odpowiednio długie, że nie mam nieodebranych połączeń, a potem schowałem go z powrotem. Ktoś zawołał Benavidesa. Spojrzałem w tym
samym kierunku co on i dostrzegłem Estelę machającą rękami (rękawy jej
luźnej bluzki opadły i ukazywały ramiona blade jak brzuch żaby). "Zaraz
wracam", powiedział Benavides. "Jedno z dwojga: albo moja małżonka się
dusi, albo trzeba przynieść więcej lodu". Carballo opowiadał o tym, jak
bardzo brakuje mu mistrza -?tak teraz o nim mówił, per mistrz, być może
w jego głowie słowo to zapisane zostało wielką literą -?zwłaszcza w chwilach, kiedy człowiek potrzebuje, żeby ktoś nauczył go czytać prawdę
zawartą w rzeczywistości. To zdanie wydało mi się klejnotem znalezionym
w błocie, czymś, co wreszcie pasowało do fularu.
"Czytać prawdę zawartą w rzeczywistości?", zapytałem. "Co właściwie ma
pan na myśli?"
"Oj, ciągle mam z tym problem", powiedział Carballo. "A pan nie?"
"Ale z czym?"
"Nie wiem, co myśleć. Potrzebuję kogoś, kto mnie ukierunkuje. Na
przykład dziś. W samochodzie słuchałem radia, wie pan, popołudniowe
audycje. Mówili o jedenastym września".
"Tak, też tego słuchałem po drodze".
"A ja myślałem: jak bardzo przydałby się nam mistrz Benavides. Żeby
pokazać nam prawdę ukrytą pod politycznymi manipulacjami, za kryminalną
współodpowiedzialnością mediów. On nie przełknąłby tych bajeczek.
Umiałby odkryć oszustwo".
"Jakie oszustwo?".
"Wszystko jest oszustwem, niech mi pan nie wmawia, że pan tego nie
widzi. Te bajeczki o Al-Kaidzie. O bin Ladenie. To zwykłe gówno, za
przeproszeniem. Takie rzeczy nie dzieją się w ten sposób. Czy ktoś
naprawdę sądzi, że taki budynek jak bliźniacze wieże może się zawalić,
bo uderzy w nie samolot? Nie, to była robota zrobiona od środka,
kontrolowane wyburzenie. Mistrz Benavides od razu by to zauważył".
"Jak to?", nie wiem, czy kierowała mną ciekawość, czy chorobliwa
fascynacja takimi teoriami. "Niech pan mi wyjaśni, o co chodzi z tym
wyburzeniem".
"To bardzo łatwe. Takie budynki jak te, zupełnie proste, zawalają się
tak, jak zawaliły się wieże World Trade Center, tylko wtedy, jeśli ktoś
podłoży na dole ładunek wybuchowy. Trzeba zaatakować w nogi, nie w głowę. Prawa fizyki to prawa fizyki. Widział pan kiedyś, żeby drzewo
upadło, kiedy utnie mu się koronę?"
"Ale budynek to nie to samo, co drzewo. Samoloty się rozbiły, wybuchł
pożar, naruszył strukturę budynku, który spłonął. Nie było tak?"
"No cóż", westchnął Carballo. "Jeśli pan naprawdę chce w to wierzyć".
Upił łyk wody. "Ale to niemożliwe, żeby budynek tego typu zapadł się
cały. To było jak scena z filmu, nie zaprzeczy pan".
"To jeszcze o niczym nie świadczy".
"Jasne. O niczym nie świadczy, jeśli ktoś się uprze, żeby niczego nie
dostrzec. Rzeczywiście najgorszym ślepcem jest ten, kto nie chce
zobaczyć".
"Niech mi pan tu nie przytacza głupich przysłów", obruszyłem się. Nie
wiem, dlaczego potraktowałem go tak niegrzecznie. Irytuje mnie
irracjonalność z wyboru, nie cierpię ludzi zasłaniających się słowami,
zwłaszcza uciekających się do jednej z miliona sztuczek językowych,
wymyślonych po to, żeby uzasadnić wiarę niepopartą dowodami. Staram się
jednak panować nad swoimi najgorszymi impulsami, tak zrobiłem i wówczas.
"Dam się przekonać, jeśli przedstawi mi pan argumenty, bo na razie nie
przekonał mnie pan do niczego".
"A panu to wszystko nie wydaje się dziwne?"
"Dlaczego miałoby wydawać mi się dziwne? Dlatego że wieże runęły tak, a nie inaczej? Nie jestem inżynierem, nie umiałbym..."
"Nie tylko o to chodzi. Dlaczego akurat właśnie tego poranka siły
powietrzne nie były gotowe? Że dokładnie tego dnia system obrony
powietrznej został wyłączony? Że ataki doprowadziły bezpośrednio do
wojny tak wówczas potrzebnej, żeby zachować status quo?"
"Ale to zupełnie różne rzeczy, panie Carlosie, chyba nie muszę tego
wyjaśniać", powiedziałem. -?"Oczywiście, że Bush posłużył się zamachem
jako pretekstem do rozpoczęcia wojny, którą planował już od jakiegoś
czasu. Ale stąd do wniosku, że mógłby poświęcić życie trzech tysięcy
cywilów, jeszcze daleka droga".
"Tak się tylko wydaje. Że to dwie różne sprawy. To wielki tryumf tych
ludzi. Zdołali nas przekonać, że rzeczy powiązane nie mają ze sobą nic
wspólnego. Dziś tylko naiwni sądzą, że księżna Diana zginęła w wypadku".
"Księżna Diana? A co ona ma do tego..."
"Tylko naiwniak może sądzić, że nie ma podobieństw między jej śmiercią a śmiercią Marylin. Niektórzy z nas je dostrzegają".
"Aj, niech pan nie gada bzdur", żachnąłem się. "To gorsze niż
jasnowidztwo, to mi zakrawa na paranoję".
W tym momencie podszedł do nas Benavides, który usłyszał ostatnie
zdanie. Zrobiło mi się wstyd, ale nie znalazłem słów, żeby przeprosić.
Oczywiście zdenerwowałem się za bardzo i nie było dla mnie jasne
dlaczego; to, że nigdy nie miałem cierpliwości do ludzi czytających cały
świat przez pryzmat teorii spiskowych, nie usprawiedliwiało
niegrzeczności. Przypomniałem sobie powieść Ricarda Piglii, w której
pisze on, że nawet paranoicy mają nieprzyjaciół. Kontakt z urojeniami
innych, które mogą przybierać różne kształty i kryją się pod fasadą
najspokojniejszych osobowości, ma na nas wpływ, chociaż nie zawsze
zdajemy sobie z tego sprawę i jeśli stracimy czujność, możemy ugrzęznąć
w głupich dyskusjach z ludźmi, którzy poświęcają swoje życie na
szerzenie nieodpowiedzialnych hipotez. A może potraktowałem Carballa
niesprawiedliwie: może był tylko wprawnym recytatorem informacji
wyłowionych z internetowych kloak, nieświadomie uzależnionym od mniej
lub bardziej subtelnych prowokacji, skandalizowania ludzi skłonnych im
ulec. A może to wszystko jeszcze prostsze: Carballo był człowiekiem
złamanym, a jego teorie stanowiły mechanizm zabezpieczający przed tym,
co nieprzewidywalne w życiu, które w jakiś niewiadomy dla mnie sposób
wyrządziło mu krzywdę.
Benavides od razu się zorientował, że atmosfera zrobiła się napięta, a moja chamska odpowiedź mogła jeszcze pogorszyć sytuację. Podał mi
szklankę whisky. "Tyle czasu zabrało mi przejście przez cały dom, że
serwetka już jest mokra", powiedział przepraszającym tonem. Wziąłem
szklankę w milczeniu i natychmiast poczułem w dłoni jej ciężar i twarde
żłobienia w szkle. Carballo też się nie odzywał, wbił wzrok w podłogę.
Po chwili bardzo krępującej ciszy Benavides powiedział: "Carlosie, nie
zgadniesz, czyim wnukiem jest Vásquez".
Carballo z wyraźną niechęcią dał się wciągnąć w tę zabawę.
"Czyim?", zapytał.
"José Maríi Villarreala", odparł Benavides.
Wydawało mi się, że oczy Carballa na chwilę rozbłysły. Nie mogę
powiedzieć, że otworzyły się szeroko, co uznajemy powszechnie za oznakę
zaskoczenia albo podziwu, ale było w nich coś, co mnie zaintrygowało,
nie przez to, co pokazywały, czuję się w obowiązku wyjaśnić, ale ze
względu na to, co ewidentnie starały się ukryć.
"José María Villarreal był pańskim dziadkiem?", powtórzył Carballo. Znów
zrobił się niespokojny, jak wtedy, gdy mówił o bliźniaczych wieżach, ja
tymczasem zastanawiałem się, skąd Benavides wiedział o tym, że jesteśmy
spokrewnieni. Nie dziwiło mnie to zbytnio, gdyż mój dziadek José María
Villarreal był ważnym członkiem Partii Konserwatywnej, w kolumbijskiej
polityce wszyscy wszystkich znają. W każdym razie mogłem, a nawet
powinienem napomknąć o tym podczas naszej pierwszej rozmowy w szpitalnej
stołówce. Czemu Benavides wcześniej o tym nie wspomniał? Dlaczego tak
bardzo zainteresowało to Carballa? Wtedy nie mogłem tego wiedzieć.
Oczywiste było jednak, że Benavides wspomniał o nim, żeby zneutralizować
wrogość, jaką wyczuł między nami. I również oczywiste wydało mi się, że
osiągnął to natychmiast.
"I znaliście się?", zapytał Carballo. "Pan i dziadek. Znał go pan
dobrze?"
"Gorzej, niżbym chciał", odparłem. "Miałem dwadzieścia jeden lat, kiedy
umarł".
"Na co umarł?"
"Nie wiem. Śmiercią naturalną". Spojrzałem na Benavidesa. "A jak to się
stało, że panowie go znają?"
"Jak moglibyśmy go nie znać", odrzekł Carballo. Już się nie garbił, jego
głos odzyskał poprzednią żywiołowość, jakby nasza kłótnia nigdy nie
miała miejsca. "Francisco, przynieś książkę, pokażemy mu".
"No nie, nie teraz. Jesteśmy na przyjęciu".
"Przynieś ją, proszę. Zrób to dla mnie".
"Jaką książkę?", zapytałem.
"Przynieś, pokażemy mu fragment".
Benavides zrobił zabawną minę, jak dziecko, które musi wykonać polecenie
rodziców, będące w rzeczywistości kaprysem. Zniknął w sąsiednim pokoju i wrócił po chwili, szybko znalazł rzeczoną książkę, może czytał ją
właśnie, a może w jego bibliotece panował nienaganny porządek
pozwalający mu zlokalizować tom bez przebiegania wzrokiem kolejnych
półek, przeciągania niepewnymi palcami po niecierpliwych grzbietach.
Rozpoznałem okładkę z czerwonego kartonu, zanim doktor wręczył książkę
Carballowi, Życie jest opowieścią, tom wspomnień, które Gabriel García
Márquez opublikował trzy lata wcześniej; egzemplarze książki zalały
wszystkie kolumbijskie biblioteki i wiele bibliotek w innych krajach.
Carballo wziął ją do ręki i zaczął szukać interesującej go strony, zanim
ją znalazł, moja pamięć (instynkt) podpowiedziała mi, czego szuka.
Powinienem się domyślić wcześniej; mieliśmy rozmawiać o 9 kwietnia.
"O, tutaj jest", powiedział Carballo.
Podał mi tom i palcem pokazał akapit na stronie 352 tamtego wydania,
tego samego, które miałem w domu w Barcelonie. We wspomnianym rozdziale
García Márquez wspomina zabójstwo Gaitana, które zaskoczyło go w Bogocie
-?studiował tu bez większego przekonania prawo, żył chaotycznie i mieszkał w pensjonacie przy Ósmej Alei, w centrum miasta, nie dalej niż
dwieście kroków od miejsca, gdzie Roa Sierra oddał swoje cztery
śmiercionośne strzały. Opowiadając o zamieszkach, walkach ulicznych oraz
gwałtownym i ogólnym chaosie (a także o wysiłkach rządu centralnego, by
zachować kontrolę), García Márquez pisał: W sąsiednim departamencie
Boyacá, słynącym ze swego historycznego liberalizmu i surowego
konserwatyzmu, gubernator José María Villarreal -?zatwardziała konserwa
-?nie tylko stłumił w pierwszych godzinach lokalne zamieszki, ale w dodatku wysłał najlepiej uzbrojone oddziały na odsiecz stolicy.
Zatwardziała konserwa, słowa Garcíi Marqueza o moim dziadku były w gruncie rzeczy miłe, biorąc pod uwagę, że chodziło o człowieka, który na
rozkaz prezydenta Ospiny sformował oddział policji, wybierając jego
członków według jednego tylko kryterium -?konserwatywnych poglądów.
Niedługo przed 9 kwietnia ten zbyt upolityczniony oddział wymknął się
spod kontroli i szybko zmienił się w narzędzie represji, co przyniosło
fatalne konsekwencje.
"Wiedział pan o tym, panie Vasquezie?", zapytał mnie Benavides.
"Wiedział pan, że w książce jest mowa o pańskim dziadku?"
"Tak, wiedziałem".
"Zatwardziała konserwa", rzekł Carballo.
"Nigdy nie rozmawialiśmy o polityce", powiedziałem.
"Nie? Nigdy nie rozmawialiście o dziewiątym kwietnia?"
"O ile mnie pamięć nie myli, nie. Opowiadał czasem anegdoty, to prawda".
"Ach, bardzo ciekawe", powiedział Carballo. "Bardzo nas to interesuje,
prawda, Francisco?"
"Prawda", przytaknął Benavides.
"No, niechże pan coś opowie", zachęcał mnie Carballo.
"Sam nie wiem, co mam opowiedzieć. Było kilka rzeczy. Na przykład
odwiedził go kiedyś przyjaciel liberał, mniej więcej w porze obiadu.
"Mój drogi Chepe", powiedział, "chciałbym, żebyś nie nocował dziś w domu". "Dlaczego?", zapytał wuj. A przyjaciel liberał odparł: "Bo tej
nocy przyjdziemy cię zabić". Opowiadał mi o takich rzeczach, o planowanych zamachach na niego".
"A o dziewiątym kwietnia?", zapytał Carballo. "Nigdy nie mówił o dziewiątym kwietnia?"
"Nie", odrzekłem. "Udzielił o tym kilku wywiadów, nic więcej. Ja z nim o tym nie rozmawiałem".
"Bo on na pewno wiedział bardzo wiele rzeczy, prawda?"
"Jakich rzeczy?"
"Był wówczas gubernatorem Boyacá. Wszyscy o tym wiedzą. Otrzymywał
aktualne wiadomości, dlatego wysłał do Bogoty policję. Mogę sobie
wyobrazić, że potem nadal był dobrze poinformowany o tym, co się dzieje.
Zadawał pytania, porozumiewał się z przedstawicielami rządu, prawda? I przez całe swoje długie życie rozmawiał o tym na pewno z wieloma
osobami, tak to sobie przynajmniej wyobrażam, miał wiedzę o wielu tych
zdarzeniach, które, że tak powiem, nie są ujawniane opinii publicznej".
"Nie wiem", przyznałem. "Nigdy mi o tym nie mówił".
"Rozumiem", powiedział Carballo. "A czy pański dziadek wspomniał kiedyś
o eleganckim mężczyźnie?"
Nie patrzył na mnie, kiedy zadawał mi to pytanie. Dobrze to pamiętam, bo
ja z kolei szukałem w tej chwili wzroku Benavidesa, ale go nie
napotkałem, wydawał mi się nieobecny, a może myślał o czymś innym, jakby
chciał uciec od tej rozmowy, która nagle przestała go interesować.
Później zrozumiałem, że interesowała go w tym momencie bardziej niż
kiedykolwiek, ale nie miałem podstaw, żeby dopatrywać się ukrytych
intencji w tej na pozór przypadkowej pogawędce.
"Jakim eleganckim mężczyźnie?", zapytałem.
Palce Carballa znów zaczęły przebiegać po stronach autobiografii
Marqueza. Wkrótce znalazły to, czego szukały.
"Niech pan przeczyta", powiedział, wskazując opuszką palca słowo.
"Proszę zacząć tutaj".
Po zabiciu Gaitana, opowiadał García Márquez, Roę zaczął gonić
rozjuszony tłum i nie miał innego wyjścia jak schronić się w aptece
Granada, żeby uniknąć linczu. W środku znalazło się z nimi kilku
policjantów i właściciel, więc Roa Sierra uwierzył chyba, że jest
bezpieczny. I wówczas wydarzyło się coś zupełnie niespodziewanego. Człowiek w trzyczęściowym szarym garniturze, o manierach
brytyjskiego lorda zaczął podżegać tłum; jego słowa okazały się
na tyle skuteczne, a jego osoba spotkała się z tak wielkim autorytetem,
że właściciel apteki odsłonił żelazną żaluzję, pucybuci zaś, torując
sobie drogę swoimi skrzynkami, porwali przerażonego zabójcę. I tam, na
środku Siódmej Alei, na oczach policjantów, zagrzewani przez
eleganckiego mężczyznę, zabili go. Elegancki mężczyzna -?o manierach
brytyjskiego lorda, w swoim trzyczęściowym garniturze -?zaczął krzyczeć:
Do pałacu. García Márquez pisze następnie:
Po pięćdziesięciu latach w mojej pamięci tkwi nadal obraz człowieka,
który zdawał się podjudzać tłuszczę przed apteką, ale nie odnalazłem go
w żadnej z niezliczonych relacji, jakie czytałem na temat tamtych dni.
Widziałem go z bardzo bliskiej odległości: pierwszorzędnie skrojony
garnitur, alabastrowa cera i precyzyjna kontrola nad każdym gestem i słowem. Tak bardzo przykuł moją uwagę, że wpatrywałem się w niego, póki
nie wsadzono go do zbyt nowego auta, równie szybko jak zabrano zwłoki
mordercy, i odtąd obraz jego zniknął w pamięci historii. Nawet z mojej,
aż wiele lat później, już jako dziennikarz, uświadomiłem sobie, że
człowiek ten zdołał zapewne doprowadzić do zabójstwa fałszywego
mordercy, osłaniając tym samym tożsamość prawdziwego.
"Osłaniając tożsamość prawdziwego", powtórzył Carballo jednocześnie ze
mną i nagle zabrzmieliśmy jak jakiś amatorski chór na tym przyjęciu.
"Bardzo dziwne, nie sądzi pan?"
"Dziwne", przytaknąłem.
"Pisze o tym sam García Márquez, a nie jakiś pierwszy z brzegu palant. I pisze to w swoich wspomnieniach. Musi pan przyznać, że to naprawdę
podejrzane. Niech pan nie próbuje zaprzeczać, że ta postać jest
podejrzana. I to, że pogrążyła się w zapomnieniu".
"Oczywiście, że coś w tym jest", powiedziałem. "Zabójstwo, którego wciąż
nie wyjaśniono. Zabójstwo otoczone spiskowymi teoriami. Nie dziwię się,
że tak to pana interesuje, panie Carlosie, już zdążyłem się przekonać,
że to pański świat. Ale nie jestem pewien, czy należy przyjmować
pojedynczy akapit powieściopisarza jak prawdę objawioną. Choćby nawet
był to sam García Márquez".
Carballo wydawał się bardziej dotknięty niż rozczarowany. Cofnął się o krok (zdarzają się nieporozumienia tak potężne, że odczuwamy je jak
fizyczną agresję i niewiele brakuje nam, żeby unieść pięści jak bokser),
zamknął książkę, ale nie oddał jej ani nie włożył z powrotem do
czerwonego kartonu, skrzyżował ręce za plecami. "Rozumiem", powiedział
sarkastycznym tonem. "Może ty, Francisco, podpowiesz mi, jak się
wydostać z tego świata, w którym wszyscy jesteśmy szaleni".
"Carlosie, niech pan nie traktuje tego tak osobiście. Chciałem tylko
powiedzieć..."
"Wiem, co chciał pan powiedzieć, bo zrobił to pan już wcześniej. Że
jestem paranoikiem".
"Nie, nie. Proszę mi to wybaczyć", odrzekłem. "Nie to..."
"Ale są tacy, co myślą zupełnie odwrotnie, prawda, Francisco? Są tacy,
którzy widzą jasno to, na co inni okazali się ślepi. To nie jest pański
świat, Vásquez. W pańskim świecie istnieją tylko zbiegi okoliczności. To
przypadek, że wieże zawaliły się, chociaż nie powinny się zawalić. To
przypadek, że przed apteką Granada znalazł się mężczyzna, który z taką
łatwością sprawił, że otwarto mu żaluzję. To przypadek, że nazwisko
pańskiego dziadka pojawia się w powieści czternaście stron po tym
incydencie".
"Teraz ja nie rozumiem", powiedziałem. "Co ma wspólnego mój dziadek z tym facetem?"
"Nie wiem", przyznał Carballo. "I pan też nie, bo nigdy go o to nie
zapytał. Bo nigdy nie rozmawiał pan ze swoim dziadkiem o dziewiątym
kwietnia. Nie wie pan, czy dziadek poznał kiedyś tego mężczyznę, który
sprawił, że tłum wdarł się do apteki Granada. Nie interesuje to pana,
Vásquez? Nie interesuje pana, kim był człowiek, który doprowadził do
zabójstwa Roy Sierry na oczach tłumu, a potem wsiadł do luksusowego
samochodu i zniknął na zawsze? Mówimy o najpoważniejszym wydarzeniu,
jakie zdarzyło się w naszym kraju, a pana wydaje się to guzik obchodzić.
Pański krewny uczestniczył w tym historycznym momencie i na pewno
wiedział, kim był ten facet, w tamtych czasach wszyscy się znali.
Wszyscy jesteście tacy sami, wyjeżdżacie za granicę i natychmiast
zapominacie o kraju. A może jest zupełnie inaczej, teraz przyszło mi to
do głowy. Może pan po prostu chce chronić dziadka. Doskonale pan wie, że
zmobilizował policję z Boyacá, która zmieniła się potem w oddziały
zabójców. Co pan czuje, kiedy pan o tym myśli? Martwi się pan o to, czy
jest dostatecznie poinformowany? Martwił się o to wcześniej? A może
guzik to pana obchodzi, myśli pan, że nie ma z tym nic wspólnego, że to
wszystko wydarzyło się ćwierć wieku przed pańskimi urodzinami. Tak, z pewnością tak pan myśli, że te historie to bajeczki dla innych, że to
nie pańskie problemy. Wie pan co? Cieszę się, że los kazał państwu
zostać tutaj na czas porodu. A raczej zmusił pańską żonę, żeby urodziła
tutaj. Żeby pański kraj dał panu nauczkę za egoizm. Żeby wkrótce pańskie
córki nauczyły pana, co to znaczy być Kolumbijczykiem. Oczywiście jeśli
wszystko pójdzie dobrze, prawda? Jeśli nie umrą jak dwa słabowite kotki.
To też byłaby dobra nauczka, kiedy teraz o tym myślę".
To, co się wówczas stało, pamiętam jak przez mgłę. Pamiętam, że w następnej sekundzie zorientowałem się, że nie mam już szklanki whisky w dłoni; w jeszcze następnej, że rzuciłem ją Carballowi w twarz, pamiętam
brzęk szkła rozbijającego się o podłogę, pamiętam też Carballa na
kolanach, zakrywającego twarz dłońmi, krwawiącego ze złamanego nosa,
krew plamiła fulard, czerwień na czerwieni, ciemna czerwień (czarna
krew, jak mawiali Grecy) na fosforyzującej czerwieni płachty toreadora;
pamiętam także strużkę spływającą po lewej dłoni, plamiącą mankiet
koszuli i pasek od zegarka, pamiętam, że był z białej tkaniny i przez to
bardziej podatny na plamy niż pasek skórzany. Pamiętam wydawane przez
Carballa okrzyki bólu, a może krzyczał ze strachu, na niektórych widok
krwi wywiera właśnie taki efekt. Pamiętam też, że Benavides złapał mnie
za ramię silną ręką zdradzającą autorytet i zdecydowanie (minęło prawie
dziesięć lat, a ucisk tej dłoni na moim ramieniu wciąż jest żywy w pamięci, wciąż mogę go poczuć) poprowadził mnie przez salon, goście
rozstępowali się przed nami, posyłając zdumione, czasem nawet otwarcie
potępiające spojrzenia, kątem oka zdołałem dostrzec Estelę, naszą
gospodynię, która biegła w kierunku rannego z torebką lodu, i inną
kobietę, być może gosposię, która niosła szczotkę i śmietniczkę, a na
jej twarzy malował się wyraz irytacji i zniecierpliwienia. Zdążyło
przejść mi przez myśl, że Benavides wyrzuci mnie z domu. Zdążyłem tego
pożałować, pożałować końca znajomości, która nie była jeszcze
przyjaźnią, ale mogła się w nią przerodzić, i w przypływie poczucia winy
wyobraziłem sobie otwierane drzwi i rękę wypychającą mnie za próg.
Czułem się zmęczony, być może wypiłem trochę za dużo, chociaż sam w to
wątpię, ale w uśpionej świadomości byłem skłonny zaakceptować
konsekwencje swoich czynów, więc pospiesznie układałem w głowie zdania,
którymi chciałem przeprosić i się usprawiedliwić, chyba już zacząłem
wypowiadać je na głos, kiedy zdałem sobie sprawę, że Benavides nie
prowadzi mnie do drzwi wejściowych, ale na schody. "Niech pan wejdzie na
górę, pierwsze drzwi po lewej, niech się pan tam zamknie i na mnie
poczeka", powiedział i podał mi breloczek. "Niech pan nie otwiera
nikomu. Przyjdę, jak tylko będę mógł. Chyba mamy wiele do obgadania".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki