Księżycowy pył - Arthur C. Clarke

Kup ebooka

39.99 zł
31.19 zł (21,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa do wydania z 1987 roku

Napi­sa­łem powieść Księ­ży­cowy pył mię­dzy sierp­niem a listo­pa­dem 1960 roku - led­wie trzy lata po wystrze­le­niu Sput­nika, które zapo­cząt­ko­wało erę kosmiczną. Pół roku póź­niej pre­zy­dent Ken­nedy zaini­cjo­wał pro­gram Apollo i jesz­cze przed koń­cem tam­tej dekady Arm­strong i Aldrin wylą­do­wali na Księ­życu. Jak świet­nie wiemy, nie zapa­dli się od razu w grube pokłady pyłu.

Nie­mniej w 1960 roku było to cał­kiem realne zagro­że­nie. Ziem­skie tele­skopy uka­zy­wały księ­ży­cowe rów­niny jako powierzch­nie dziw­nie gład­kie i sporo astro­no­mów (w tym dok­tor Tho­mas Gold) suge­ro­wało, że są one pokryte grubą war­stwą nader drob­nego pyłu. Dowo­dzili z zapa­łem, że przez miliardy lat dra­styczne waha­nia tem­pe­ra­tury pod­czas księ­ży­co­wych nocy i dni mogły skru­szyć i osta­tecz­nie zmie­nić na pro­szek tam­tej­sze skały. Gold i inni roz­wi­nęli model dyna­miczny, według któ­rego posia­da­jące ładu­nek elek­tryczny1 cząstki pyłu mogłyby płyn­nie prze­miesz­czać się po powierzchni Księ­życa i gro­ma­dzić w róż­nych zapa­dli­skach terenu. Two­rzy­łyby w ten spo­sób swo­iste pułapki, rów­nie groźne dla astro­nau­tów jak ruchome pia­ski na Ziemi.

Ta idea naj­wy­raź­niej fascy­no­wała mnie przez wiele lat, skoro wyko­rzy­sta­łem ją już w powie­ści Ear­th­li­ght (1955). Jed­nakże nie mogę twier­dzić, że pod­sta­wowa kon­cep­cja Księ­ży­co­wego pyłu jest moim dzie­łem; pomysł pocho­dzi od nie­ży­ją­cego już Jamesa Bli­sha, który w jed­nym z opo­wia­dań wspo­mniał o "jeż­dże­niu na nar­tach po pyło­wych morzach Księ­życa".

Gdy pierw­sze sondy Łuna i Surveyor wylą­do­wały na Księ­życu w poło­wie lat sześć­dzie­sią­tych, inży­nie­ro­wie z pro­gramu Apollo ode­tchnęli z ulgą. Pod­pory lądow­ni­ków nie zapa­dały się spe­cjal­nie w księ­ży­co­wym grun­cie i zosta­wiały ślady cał­kiem podobne do tego, co można zwy­kle zoba­czyć na Ziemi. Co wię­cej, póź­niejsi astro­nauci nie tylko nie uto­nęli w pokła­dach pyłu, ale wręcz trudno było im wbić urzą­dze­nia badaw­cze głę­biej niż na kilka cen­ty­me­trów.

Co zro­bić w tej sytu­acji z moim "Morzem Pra­gnie­nia"? Cóż, mógł­bym prze­nieść je na Marsa (rejon znany jako Hel­las bar­dzo dobrze do tego by się nada­wał). Zanim jed­nak podejmę tak dra­styczne kroki, zacy­tuję frag­ment z przed­mowy do wyda­nia opu­bli­ko­wa­nego po zakoń­cze­niu pro­gramu Apollo, w 1978 roku:

Wiel­kie osią­gnię­cia astro­nau­tyczne ostat­nich lat nie wyklu­czyły ist­nie­nia zja­wi­ska, które zostało przed­sta­wione w tej książce. Dużo jesz­cze czasu upły­nie, zanim będziemy mogli z całą sta­now­czo­ścią powie­dzieć, że nie ma niczego, co przy­po­mi­na­łoby "Morze Pra­gnie­nia". Powierzch­nia Księ­życa to 15 milio­nów mil kwa­dra­to­wych, obszar rów­nie wielki jak cała Afryka, który czeka wciąż na dokładne zba­da­nie. Z całą pew­no­ścią tra­fimy tam na różne oso­bliwe i może nie­bez­pieczne nie­spo­dzianki.

Poza tym Księ­życ nie­wąt­pli­wie nie jest wolny od pyłu. Gdy obej­rzy­cie słynne filmy przed­sta­wia­jące wyczyny astro­nau­tów w księ­ży­co­wych pojaz­dach, zoba­czy­cie dokład­nie to, co opi­sa­łem w pierw­szym roz­dziale, gdy Selene,

sunąc po okręgu, dogo­niła wła­sne pyłowe odkosy. Dziw­nie wyglą­dały, wzno­sząc się i opa­da­jąc po ide­al­nych krzy­wych, bez dodat­ko­wego czyn­nika zwią­za­nego z opo­rem powie­trza.

W tam­tym cza­sie Księ­ży­cowy pył był zapewne moim naj­więk­szym suk­ce­sem. Został zaku­piony przez Reader's Digest Con­den­sed Books (jesień 1961). Zdaje się, że była to pierw­sza wycieczka RD w kra­inę science fic­tion, ale nie zdo­by­łem się ni­gdy na odwagę, żeby spraw­dzić, jak im to wyszło. Nie dla­tego, abym zakła­dał, że redak­to­rzy z Ple­asen­tville zepsuli moją prozę. Oba­wia­łem się, że mogli ją udo­sko­na­lić.

Nie przy­po­mi­nam sobie, abym kie­dy­kol­wiek pod­su­wał Księ­ży­cowy pył Stan­ley­owi Kubric­kowi, ale co naj­mniej trzech pro­du­cen­tów zaku­piło prawa do ekra­ni­za­cji. Jeden z nich (Robert Tem­ple) wpadł na świetny pomysł, jak przed­sta­wić "Morze Pra­gnie­nia", nawet jeśli do dzi­siaj go nie odkry­li­śmy. Cho­ciaż coraz bli­żej już nam do końca stu­le­cia, wciąż żywię nadzieję, że Księ­ży­cowy pył trafi na ekrany - i to jesz­cze przed naszym powro­tem na Księ­życ.

Colombo, Sri Lanka

24 sierp­nia 1986

Arthur C. Clarke

Pro­szę się nie śmiać. Być może wła­śnie coś takiego dzieje się w pier­ście­niach Saturna i pro­wa­dzi do poja­wia­nia się ciem­nych obsza­rów widocz­nych na zdję­ciach dostar­czo­nych przez sondę Voy­ager. Jak na razie nie potra­fimy wytłu­ma­czyć ich pocho­dze­nia. [wróć]

Rozdział 1

Pat Har­ris uwa­żał sta­no­wi­sko szy­pra jedy­nej łodzi księ­ży­co­wej za szcze­gólne wyróż­nie­nie. Gdy pasa­że­ro­wie wcho­dzili na pokład Selene, zaj­mo­wali czym prę­dzej miej­sca i wal­czyli o fotele przy oknach, on jak zawsze się zasta­na­wiał, jaki będzie ten rejs. W lusterku wstecz­nym widział ele­gancką postać panny Wil­kins, odzia­nej w nie­bie­ski mun­dur Księ­ży­co­wej Komi­sji Tury­stycz­nej, która ruty­nowo witała tury­stów. Pod­czas służby sta­rał się myśleć o niej jako o "pan­nie Wil­kins", nie Sue; poma­gało mu to sku­pić się na obo­wiąz­kach. Nie miał poję­cia, jak ona nazy­wała go w myślach.

Nie dostrze­gał żad­nych zna­jo­mych twa­rzy; to była nowa grupa, nie­cier­pli­wie cze­ka­jąca na pierw­szy rejs. Więk­szość sta­no­wili typowi tury­ści; starsi ludzie, odwie­dza­jący świat, który w latach ich mło­do­ści był w oczy­wi­sty spo­sób nie­do­stępny. Tra­fiło się też czte­rech czy pię­ciu pasa­że­rów po trzy­dzie­stce, zapewne pra­cow­ni­ków tech­nicz­nych jed­nej z baz księ­ży­co­wych, któ­rzy byli na urlo­pie. Pat już kie­dyś odkrył, że pra­wie zawsze starsi pasa­że­ro­wie pocho­dzili z Ziemi, a ci młodsi byli miesz­kań­cami Księ­życa.

Nie­mniej dla wszyst­kich Morze Pra­gnie­nia było wielką atrak­cją. Szara i pyli­sta rów­nina morza cią­gnęła się za oknami obser­wa­cyj­nymi Selene do gwiazd na linii hory­zontu. Wyżej wisiał male­jący aku­rat sierp Ziemi, obecny od miliarda lat. Nie­bie­sko­zie­lone świa­tło macie­rzy­stego świata kąpało tę kra­inę w zim­nym bla­sku. I rze­czy­wi­ście było tu zimno, nawet trzy­sta poni­żej zera.

Kiedy się patrzyło na Morze Pra­gnie­nia, nie dało się orzec, czy jego powierzch­nia jest stała czy płynna. Była zupeł­nie pła­ska, pozba­wiona cech szcze­gól­nych. Bra­ko­wało na niej mno­go­ści pęk­nięć i szcze­lin, które nazna­czały resztę tego jało­wego świata. Nie było tu pagór­ków, gła­zów czy nawet kamy­ków. Pełna mono­to­nia. Żadne morze na Ziemi - ba, nawet żaden staw przy mły­nie - nie było ni­gdy rów­nie spo­kojne jak ten prze­stwór.

To jed­nak było morze pyłu, a nie wody, coś cał­ko­wi­cie odbie­ga­ją­cego od doświad­czeń ludzi. Zapewne dla­tego wła­śnie tak ich fascy­no­wało i przy­cią­gało. Pył drob­niej­szy niż talk, bar­dziej suchy w warun­kach próżni niż pia­ski Sahary, zacho­wu­jący się jed­nak jak płyn, gdy nada­rzyła się po temu oka­zja. Każdy wrzu­cony doń cięż­szy przed­miot zni­kał natych­miast bez śladu. Nic nie mogło się poru­szać po jego zdra­dli­wej powierzchni poza małymi dwu­oso­bo­wymi śli­zga­czami pyło­wymi czy samą Selene, która była skrzy­żo­wa­niem sań i auto­busu, w pewien spo­sób przy­po­mi­na­ją­cym dawne sanie moto­rowe sto­so­wane kie­dyś na Antark­ty­dzie.

Ofi­cjalne nazy­wano ją liniow­cem pyło­wym, typ I, cho­ciaż Pat nie sły­szał o tym, żeby powstał choćby nawet pro­jekt typu II. Poza tym mówiono o Selene bar­dzo róż­nie - "sta­tek", "łódź" czy "auto­bus księ­ży­cowy". Pat wolał "łódź", bo dzięki temu nikt nie mógł go wziąć za szy­pra statku kosmicz­nego, a takich kapi­ta­nów było oczy­wi­ście mnó­stwo.

- Witamy na pokła­dzie Selene - powie­działa panna Wil­kins, gdy pasa­że­ro­wie zajęli miej­sca. - Kapi­tan Har­ris i ja cie­szymy się, że możemy pań­stwa gościć. Nasz rejs potrwa cztery godziny, a naszym pierw­szym celem będzie Jezioro Kra­te­rowe, poło­żone sto kilo­me­trów stąd, na wscho­dzie, w Górach Nie­do­stęp­no­ści...

Pat ledwo sły­szał zna­jome wpro­wa­dze­nie; sku­piał się na ostat­nim eta­pie odli­cza­nia. Selene miała tak naprawdę wiele wspól­nego ze stat­kiem kosmicz­nym. Nie mogło być ina­czej, skoro poru­szała się w próżni i musiała stwa­rzać pasa­że­rom moż­li­wość prze­ży­cia we wro­gim śro­do­wi­sku. Cho­ciaż ni­gdy nie wzno­siła się ponad powierzch­nię Księ­życa i była napę­dzana sil­ni­kami elek­trycz­nymi, nie zaś rakie­to­wymi, miała takie same wypo­sa­że­nie jak peł­no­prawne jed­nostki kosmiczne i obo­wią­zy­wała ją ana­lo­giczna pro­ce­dura przed­star­towa.

Mie­szanka tle­nowa: OK. Napęd: OK. Radio: OK ("Witam, Tęcza, tu Selene. Czy mnie odbie­rasz?"). Nawi­ga­cja bez­wład­no­ściowa: wyze­ro­wana. Czuj­niki śluzy powietrz­nej: włą­czone. Czuj­niki szczel­no­ści kabiny: OK. Oświe­tle­nie wewnętrzne: OK. Trap: odłą­czony. I tak dalej, lista obej­mo­wała ponad pięć­dzie­siąt ele­men­tów, z któ­rych każdy w razie pro­ble­mów zostałby auto­ma­tycz­nie zazna­czony. Nie­mniej Pat Har­ris, podob­nie jak wszy­scy astro­nauci z jego poko­le­nia, nie zwykł pole­gać na auto­ma­tycz­nych ostrze­że­niach, o ile mógł tylko sam spra­wo­wać nad czymś kon­trolę.

W końcu osią­gnęli stan goto­wo­ści. Sil­niki ruszyły nie­mal bez­gło­śnie, ale póki co łopaty wir­ni­ków pozo­sta­wały usta­wione w cho­rą­giewkę i Selene ledwo wyczu­wal­nie drżała na cumach. Potem Pat zmie­nił łagod­nie kąt natar­cia łopat lewego wir­nika i łódź zaczęła odsu­wać się w prawo od budynku przy­stani. Gdy byli już dość daleko, wyrów­nał usta­wie­nie obu wir­ni­ków i pchnął manetkę mocy do przodu.

Jed­nostka spra­wo­wała się bar­dzo dobrze i miło się ją pro­wa­dziło, zwłasz­cza gdy wziąć pod uwagę, że była to zupeł­nie nowa kon­struk­cja. Miała się nijak do tysięcy lat prób i błę­dów, pro­cesu roz­po­czę­tego w chwili, gdy czło­wiek epoki neo­litu zepchnął kłodę do stru­mie­nia. Selene była pierw­szą jed­nostką cał­kiem nowej klasy, owo­cem pracy kon­cep­cyj­nej kilku inży­nie­rów, któ­rzy usie­dli razem pew­nego dnia i zadali sobie pyta­nie: "Jak zbu­do­wać pojazd, który będzie poru­szał się po morzu pyłu?".

Nie­któ­rzy z nich chcieli nawią­zać do daw­nych parow­ców z teatrem na pokła­dzie i pla­no­wali zasto­so­wać tylne koło łopat­kowe, ale osta­tecz­nie zde­cy­do­wano się na zanu­rzone pęd­niki wen­ty­la­to­rowe. Ich wir­niki wgry­zały się w pył, pcha­jąc tym samym sta­tek, nie­mniej ślad ich kre­ciej roboty zni­kał w ciągu kilku sekund. Zaraz po przej­ściu Selene morze sta­wało się rów­nie gład­kie jak wcze­śniej.

Przy­sa­dzi­ste kopuły ciśnie­niowe Port Roris szybko zaczęły osu­wać się za hory­zont. Po dzie­się­ciu minu­tach nie było już ich widać. Selene była cał­kiem sama pośród cze­goś, co nie zyskało ni­gdy tra­dy­cyj­nej nazwy w żad­nym ludz­kim języku.

Kiedy Pat wyłą­czył sil­niki, jed­nostka sunęła jesz­cze przez chwilę siłą roz­pędu, a w końcu się zatrzy­mała i w kabi­nie zaczęło się robić coraz ciszej. Odcze­kał jesz­cze chwilę, aż pasa­że­ro­wie cał­kiem zamilkną i uświa­do­mią sobie, w jak dziw­nym miej­scu się zna­leźli. Zawsze było tak samo, zro­zu­mie­nie sytu­acji zaj­mo­wało parę chwil. Wszy­scy oni mieli za sobą podróż kosmiczną i widzieli blask gwiazd w próżni oraz olśnie­wa­jące obli­cze Ziemi. Ale tutaj było ina­czej. Ani to ląd, ani morze, ani prze­stwór powie­trza czy próżni, tylko coś pokrew­nego w pewien spo­sób każ­demu z tych śro­do­wisk.

Pat nie cze­kał, aż cisza ich prze­ro­śnie czy przy­tło­czy. Wstał i obró­cił się do pasa­że­rów.

- Dobry wie­czór, panie i pano­wie - zaczął. - Mam nadzieję, że panna Wil­kins pomo­gła wam poczuć się dobrze na pokła­dzie Selene. Zatrzy­ma­li­śmy się tutaj, ponie­waż jest to dobre miej­sce, aby przed­sta­wić wam to morze i pozwo­lić wam poczuć, czym ono jest.

Wska­zał okna i roz­cią­ga­jącą się za nimi nie­sa­mo­witą gładź sza­ro­ści.

- Jak daleko jest waszym zda­niem do hory­zontu? - spy­tał cicho. - Albo ina­czej: jak wysoki byłby czło­wiek, gdyby sta­nął w tym miej­scu, gdzie gwiazdy zdają się łączyć z rów­niną?

Sama wzro­kowa obser­wa­cja nie dawała szansy na zna­le­zie­nie odpo­wie­dzi na to pyta­nie. Logika pod­po­wia­dała, że Księ­życ to mały świat, zatem hory­zont musi tu być bar­dzo bli­sko. Ale zmy­sły wyda­wały cał­kiem inny wer­dykt. Teren jest pła­ski, dono­siły. Cią­gnie się w nie­skoń­czo­ność. Roz­dziela wszech­świat na dwoje, od zawsze prze­cina gwiezdne odmęty...

Złu­dze­nie nie zni­kało nawet wtedy, gdy pozna­wało się przy­czynę takiego stanu rze­czy. Ludz­kie oko nie potrafi oce­nić odle­gło­ści, jeśli nie ma się na czym sku­pić. Spoj­rze­nie śli­zgało się bez­rad­nie po mono­ton­nym oce­anie pyłu. Nie było nawet mgiełki atmos­fe­rycz­nej, którą zawsze widziało się na Ziemi i która pod­su­wała pewne wska­zówki co do dystansu. Wszyst­kie gwiazdy jaśniały wciąż tak samo inten­syw­nym bla­skiem aż do samego hory­zontu.

- Wierz­cie mi lub nie - cią­gnął Pat - ale nasze pole widze­nia obej­muje zale­d­wie trzy kilo­me­try, czyli pra­wie dwie mile, dodam na uży­tek tych spo­śród was, któ­rzy jesz­cze nie oswo­ili się z sys­te­mem metrycz­nym. Wiem, że wielu goto­wych byłoby przy­siąc, że hory­zont jest tu odle­gły o całe lata świetlne, ale gdyby dało się cho­dzić po tej powierzchni, można by dotrzeć do niego w dwa­dzie­ścia minut.

Wró­cił na swoje miej­sce i ponow­nie uru­cho­mił sil­niki.

- Ruszamy dalej - zawo­łał przez ramię. - Przez następne sześć­dzie­siąt kilo­me­trów nie napo­tkamy niczego cie­ka­wego.

Selene wyrwała do przodu. Po raz pierw­szy można było odczuć, jaką pręd­kość potrafi roz­wi­nąć. Poja­wił się nawet wyra­zi­sty kil­wa­ter. Wir­niki wen­ty­la­to­rów zacie­kle wgry­zały się w kurz, aż po obu bur­tach poja­wiły się szare odkosy. Z daleka Selene wyglą­da­łaby jak pług śnieżny prze­mie­rza­jący zimowy kra­jo­braz pod mroź­nym księ­ży­cem. Ale te popie­late, z wolna opa­da­jące pió­ro­pu­sze to nie był śnieg, a przy­świe­ca­jącą im z góry lampą była pla­neta Zie­mia.

Pasa­że­ro­wie się odprę­żyli. Jazda była płynna i nie­mal bez­gło­śna. Pod­czas lotu na Księ­życ każdy z nich podró­żo­wał setki razy szyb­ciej niż teraz, ale w kosmo­sie pra­wie ni­gdy nie czuło się pręd­ko­ści. Prze­my­ka­nie po sza­rej powierzchni było o wiele bar­dziej eks­cy­tu­jące. Pat wpro­wa­dził Selene w cia­sny skręt, tak że sunąc po okręgu, dogo­niła wła­sne pyłowe odkosy. Dziw­nie wyglą­dały, wzno­sząc się i opa­da­jąc po ide­al­nych krzy­wych, bez dodat­ko­wego czyn­nika zwią­za­nego z opo­rem powie­trza. Na Ziemi takie obłoki dry­fo­wa­łyby całymi godzi­nami, może nawet przez kilka dni.

Gdy tylko łódź wró­ciła na stały kurs i znowu nie było na zewnątrz nic do oglą­da­nia poza mono­tonną pyłową rów­niną, pasa­że­ro­wie sku­pili uwagę na przy­go­to­wa­nych dla nich mate­ria­łach. Każdy dostał teczkę ze zdję­ciami, mapami, pamiąt­kami ("Niniej­szym zaświad­cza się, że pan/pani/panna ... odbył/odbyła rejs po morzach księ­ży­co­wych na pokła­dzie liniowca pyło­wego Selene") i krót­kim tek­stem infor­ma­cyj­nym. Zawarto w nim wszystko, co mogli chcieć wie­dzieć na temat Morza Pra­gnie­nia, a może nawet tro­chę wię­cej.

Prze­czy­tali, że więk­szość powierzchni Księ­życa jest pokryta cienką war­stwą pyłu, zwy­kle nie grub­szą niż kilka mili­me­trów. Po czę­ści pocho­dził on z kosmosu - szczątki mete­ory­tów, które spa­dały na pozba­wioną atmos­fe­rycz­nej osłony powierzch­nię Księ­życa od co naj­mniej pię­ciu miliar­dów lat. Po czę­ści zaś powstał ze skał księ­ży­co­wych, które regu­lar­nie roz­sze­rzały się i kur­czyły na sku­tek eks­tre­mal­nych zmian tem­pe­ra­tury powierzchni globu pod­czas przejść mię­dzy nocą a dniem. Nie­mniej nie­za­leż­nie od pocho­dze­nia pył był tak drobny, że nawet przy sła­bej gra­wi­ta­cji zacho­wy­wał się jak ciecz.

Przez wieki spły­wał z gór na niziny, two­rząc mniej­sze, potem coraz więk­sze zbior­niki. Pierwsi odkrywcy spo­dzie­wali się tego i zazwy­czaj byli nie­źle przy­go­to­wani. Ale Morze Pra­gnie­nia i tak spra­wiło im nie­spo­dziankę. Nikt nie spo­dzie­wał się zna­leźć pyło­wego jeziora o śred­nicy ponad stu kilo­me­trów.

W porów­na­niu z księ­ży­co­wymi "morzami" było bar­dzo małe, przez co astro­no­mo­wie ni­gdy ofi­cjal­nie nie uznali jego nazwy, wska­zu­jąc, że jest to tylko nie­wielka część Sinus Roris, Zatoki Rosy. Dla­czego więc, pytali, część zatoki mia­łaby być całym morzem? Ale nazwa, wymy­ślona przez copyw­ri­tera z Księ­ży­co­wej Komi­sji Tury­stycz­nej, i tak się przy­jęła. Brzmiała co naj­mniej rów­nie dobrze jak podobne mor­skie nazwy: Morze Chmur, Morze Desz­czów, Morze Spo­koju. Nie wspo­mi­na­jąc już o Morzu Nek­taru...

Bro­szura zawie­rała rów­nież tro­chę danych, które miały uspo­koić co bar­dziej ner­wo­wych podróż­ni­ków. Zapew­niała, że Komi­sja Tury­styczna pamię­tała o wszyst­kim: "Pod­jęto wszel­kie moż­liwe środki ostroż­no­ści dla zagwa­ran­to­wa­nia bez­pie­czeń­stwa pasa­że­rów. Selene dys­po­nuje zapa­sem powie­trza wystar­cza­ją­cym na ponad sie­dem dni, wszyst­kie nie­zbędne sys­temy pokła­dowe zostały zdu­blo­wane. Auto­ma­tyczna radio­la­tar­nia podaje waszą pozy­cję w regu­lar­nych odstę­pach czasu, a gdyby zaś, co jest wyjąt­kowo mało praw­do­po­dobne, doszło do cał­ko­wi­tej awa­rii zasi­la­nia statku, śli­zga­cze pyłowe z Roris odho­lują was do portu, nie­znacz­nie tylko wydłu­ża­jąc czas rejsu. Przede wszyst­kim nie musi­cie oba­wiać się złej pogody. Co wię­cej, nawet ktoś kiep­sko zno­szący rejsy nie nabawi się na Księ­życu cho­roby mor­skiej. Na Morzu Pra­gnie­nia nie ma sztor­mów, zawsze panuje na nim spo­kój".

Ostat­nie pocie­sza­jące zda­nie zostało dodane w dobrej wie­rze, bo któż mógł się spo­dzie­wać, że nie­ba­wem okaże się nie­praw­dziwe?

Pod­czas gdy Selene pędziła cicho przez noc oświe­tloną bla­skiem Ziemi, Księ­życ zaj­mo­wał się wła­snymi spra­wami. Teraz, po eonach sen­nej mar­twoty, sporo się na nim działo. W ciągu ostat­nich pięć­dzie­się­ciu lat wię­cej tutaj się wyda­rzyło niż przez pięć miliar­dów lat od chwili jego powsta­nia, a to wszystko dopiero nabie­rało roz­pędu.

W pierw­szym mie­ście, jakie czło­wiek kie­dy­kol­wiek wzniósł poza swoim macie­rzy­stym świa­tem, główny admi­ni­stra­tor Olsen prze­cha­dzał się po parku. Był bar­dzo dumny z tej oazy zie­leni, podob­nie jak dwa­dzie­ścia pięć tysięcy miesz­kań­ców Port Cla­vius. Nie był to oczy­wi­ście duży park, cho­ciaż rów­nież nie aż tak mały, jak suge­ro­wał pewien żało­sny komen­ta­tor tele­wi­zyjny, który nazwał go "koryt­kiem bal­ko­no­wym z wiel­ko­ścio­wymi uro­je­niami". I nie­wąt­pli­wie ni­gdzie na Ziemi nie dałoby się zna­leźć parku ze sło­necz­ni­kami wyra­sta­ją­cymi na dzie­sięć metrów.

Wysoko w górze sunęły deli­katne chmury pie­rza­ste - a przy­naj­mniej ich pozór. Rzecz jasna był to obraz rzu­to­wany na wewnętrzną stronę kopuły, lecz ilu­zja była tak dosko­nała, że budziła nie­kiedy w admi­ni­stra­to­rze tęsk­notę za domem. Cho­ciaż czy naprawdę? Prze­cież to wła­śnie był jego dom, popra­wił się w myślach.

Czuł jed­nak, że nie do końca tak jest. Księ­życ mógł być praw­dzi­wym domem dla jego dzieci, lecz nie dla niego. Uro­dził się w Sztok­hol­mie, na Ziemi, i cho­ciaż te więzy sła­bły z bie­giem lat, ni­gdy nie ule­gły zerwa­niu. Jego dzieci uro­dziły się w Port Cla­vius i były praw­dzi­wymi oby­wa­te­lami Księ­życa.

Nie­cały kilo­metr dalej, tuż poza główną kopułą, szef Księ­ży­co­wej Komi­sji Tury­stycz­nej zer­k­nął na naj­now­sze wyniki firmy i pozwo­lił sobie na łagodny uśmiech satys­fak­cji. Ten sezon znowu oka­zał się lep­szy od poprzed­niego. Oczy­wi­ście na Księ­życu nie było żad­nych pór roku, ale napływ tury­stów zwięk­szał się wyraź­nie, gdy na pół­noc­nej pół­kuli Ziemi pano­wała zima.

Jak utrzy­mać ten wzrost? To zawsze był pro­blem, ponie­waż tury­ści cią­gle szu­kali cze­goś nowego i nie można było pro­po­no­wać im wciąż tych samych atrak­cji. Ow­szem, cał­kiem obcy kra­jo­braz, niska gra­wi­ta­cja, widok Ziemi, tajem­nice strony odwrot­nej, niebo cał­kiem inne niż na Ziemi, osady pio­nier­skie (gdzie tury­ści nie zawsze byli mile widziani). W sumie nie­źle, ale czy Księ­życ miał do zaofe­ro­wa­nia cokol­wiek wię­cej? Wielka szkoda, że nie było tu rodzi­mych Sele­ni­tów z ich oso­bli­wymi zwy­cza­jami i jesz­cze oso­bliw­szą budową ciała, któ­rych tury­ści mogliby namięt­nie foto­gra­fo­wać. Nie­stety, naj­znacz­niej­sza forma życia, jaką kie­dy­kol­wiek odkryto na Księ­życu, była widoczna jedy­nie pod mikro­sko­pem i nie była na doda­tek bar­dzo obca, gdyż wywo­dziła się z mikro­or­ga­ni­zmów przy­by­łych na Srebrny Glob na pokła­dzie Łuny 2, zale­d­wie dzie­sięć lat przed pierw­szą ludzką wizytą.

Kie­row­nik Davis przy­wo­łał w myślach treść ostat­niego tele­faksu i zasta­no­wił się, czy było tam coś, co mogłoby mu pomóc. Nade­szła kolejna prośba od jakiejś firmy tele­wi­zyj­nej, o któ­rej ni­gdy nawet nie sły­szał, goto­wej zre­ali­zo­wać kolejny doku­ment o Księ­życu, o ile pokryją im przy tym wszyst­kie koszty. Prośba od razu tra­fiła do kosza. Gdyby odpo­wia­dał pozy­tyw­nie na wszyst­kie takie przy­ja­zne oferty, szybko musiałby ogło­sić ban­kruc­two.

Był też wylewny list od jego odpo­wied­nika w Nowo­or­le­ań­skiej Komi­sji Tury­stycz­nej, suge­ru­jący wymianę per­so­nelu. Nie miał poję­cia, jak może to pomóc jemu czy tam­tej eki­pie z Nowego Orle­anu, ale z dru­giej strony nie miało pocią­gać za sobą żad­nych kosz­tów i jako gest dobrej woli mogło przy­nieść różne nie­wy­mierne korzy­ści. Naj­cie­kaw­sza była jed­nak wia­do­mość od mistrza Austra­lii w nar­ciar­stwie wod­nym, który pytał, czy ktoś może pró­bo­wał uży­wać takich nart na Morzu Pra­gnie­nia.

Tak, to był dobry pomysł. Aż dziwne, że nikt dotąd tego nie spró­bo­wał. Być może ktoś mógłby tak jechać za Selene czy mniej­szym śli­zga­czem pyło­wym. Z pew­no­ścią warto byłoby to prze­te­sto­wać. Zawsze zale­żało mu na wyszu­ki­wa­niu nowych form księ­ży­co­wej rekre­acji, a Morze Pra­gnie­nia było jed­nym z jego ulu­bio­nych pro­jek­tów.

Był to też pro­jekt, który za led­wie kilka godzin miał prze­ro­dzić się w kosz­mar.

Rozdział 2

Hory­zont przed Selene nie ryso­wał się już jako ide­alny wyci­nek łuku. Ponad jego kra­wę­dzią rosło poszar­pane pasmo gór. W miarę jak linio­wiec zbli­żał się do nich, zda­wały się wspi­nać na wyżyny nieba, jakby wyno­szone gigan­tyczną windą.

- Góry Nie­do­stęp­no­ści - oznaj­miła panna Wil­kins. - Zostały tak nazwane, ponie­waż Morze Pra­gnie­nia ota­cza je ze wszyst­kich stron. Można też zauwa­żyć, że są o wiele bar­dziej strome niż więk­szość gór na Księ­życu.

Nie roz­wo­dziła się nad tym, ponie­waż pecho­wym zrzą­dze­niem losu więk­szość szczy­tów księ­ży­co­wych oka­zała się nie­cie­kawa. Ogromne kra­tery, które wyglą­dały tak impo­nu­jąco na zdję­ciach zro­bio­nych z Ziemi, z bli­ska oka­zy­wały się łagod­nymi pagór­kami. Wcze­śniej­sze wra­że­nie było złu­dze­niem wyni­ka­ją­cym z gry cieni o świ­cie i o zacho­dzie słońca. Nie było ani jed­nego kra­teru księ­ży­co­wego, któ­rego ściany wzno­si­łyby się tak gwał­tow­nie jak ulice San Fran­ci­sco, nie­wiele zaś na tyle stro­mych, by mogły ucie­szyć ambit­nego kola­rza. Nie­mniej publi­ka­cje Komi­sji Tury­stycz­nej pomi­jały te kwe­stie mil­cze­niem, ogra­ni­cza­jąc się do przed­sta­wia­nia naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­nych kli­fów i kanio­nów, sfo­to­gra­fo­wa­nych ze sta­ran­nie wybra­nych punk­tów wido­ko­wych.

- Do tej pory nie zostały dokład­nie zba­dane - kon­ty­nu­owała panna Wil­kins. - W zeszłym roku zabra­li­śmy tam grupę geo­lo­gów i wysa­dzi­li­śmy ich na tam­tym cyplu, ale udało im się dotrzeć tylko kilka kilo­me­trów w głąb lądu. Dalej może więc być dosłow­nie wszystko, ale po pro­stu nie mamy o tym poję­cia.

Brawa dla Sue, pomy­ślał Pat. Była pierw­szo­rzęd­nym prze­wod­ni­kiem i wie­działa, co pozo­sta­wić wyobraźni, a co wyja­śnić ze szcze­gó­łami. Wypo­wia­dała się swo­bod­nie, bez śladu tego znu­dzo­nego zaśpiewu, który dopa­dał wielu zawo­do­wych prze­wod­ni­ków. Poza tym dogłęb­nie opa­no­wała temat; bar­dzo rzadko nie potra­fiła odpo­wie­dzieć na jakieś pyta­nie. Ogól­nie rzecz bio­rąc, była onie­śmie­la­jącą młodą damą i cho­ciaż czę­sto poja­wiała się w ero­tycz­nych marze­niach Pata, w głębi ducha tro­chę się jej oba­wiał.

Zafa­scy­no­wani pasa­że­ro­wie wpa­try­wali się w coraz bliż­sze szczyty. Na wciąż tajem­ni­czym Księ­życu było jesz­cze bar­dziej sekretne miej­sce, wzno­szące się niczym wyspa pośród dziw­nego morza. Góry Nie­do­stęp­no­ści miały być wyzwa­niem dla następ­nego poko­le­nia odkryw­ców. Pomimo nazwy obec­nie dość łatwo było do nich dotrzeć, ale przy milio­nach kilo­me­trów kwa­dra­to­wych powierzchni Księ­życa, które nie zostały jesz­cze dokład­nie zba­dane, musiały pocze­kać na swoją kolej.

Selene skrę­ciła w stronę rzu­ca­nego przez nie cie­nia. Zanim kto­kol­wiek zdał sobie sprawę, co się dzieje, nisko zawie­szona nad hory­zon­tem Zie­mia znik­nęła z pola widze­nia. Jej jaskrawe świa­tło wciąż igrało na wynie­sio­nych wysoko szczy­tach, ale tutaj w dole zapa­no­wała cał­ko­wita ciem­ność.

- Zga­szę świa­tła w kabi­nie - zapo­wie­działa ste­war­desa. - Będzie­cie lepiej widzieć.

Bez przy­ćmio­nego czer­wo­nego bla­sku podróż­nicy czuli, że są cał­kiem sami pośród księ­ży­co­wej nocy. Po chwili jasne szczyty znik­nęły. Sta­tek wcho­dził coraz głę­biej w obszar cie­nia i widzieli nad sobą już tylko gwiazdy. Zimne i stałe punkty świa­tła pośród czerni tak abso­lut­nej, że umysł się bun­to­wał.

Trudno było roz­po­znać zna­jome kon­ste­la­cje wśród takiej mno­go­ści gwiazd. Oko gubiło się pośród nie­wi­docz­nych z Ziemi wzo­rów, całym labi­ryn­cie gro­mad i mgła­wic. Jeden tylko punkt pozo­stał łatwy do odróż­nie­nia. Olśnie­wa­jąca latar­nia Wenus przy­ćmie­wa­jąca bla­skiem wszyst­kie inne ciała nie­bie­skie.

Minęło kilka minut, zanim podróż­nicy zauwa­żyli, że nie tylko niebo warto podzi­wiać. Za roz­pę­dzo­nym liniow­cem widać było długi i fos­fo­ry­zu­jący ślad, jakby ktoś magicz­nie nakre­ślił pal­cem linię świa­tła na ciem­nym i pyli­stym obli­czu Księ­życa. Selene cią­gnęła za sobą kome­towy wręcz ogon, podobny do kil­wa­teru pozo­sta­wia­nego przez statki na tro­pi­kal­nych morzach Ziemi.

Tyle że tutaj nie było żad­nych mikro­or­ga­ni­zmów, które mogłyby wywo­łać typową dla ziem­skich wód flu­ore­scen­cję. Błysz­czały tak nie­zli­czone zia­renka pyłu. Pozby­wały się ładunku elek­trycz­nego uzy­ska­nego pod­czas szyb­kiego przej­ścia Selene. Choć było to pro­za­iczne zja­wi­sko, mogło budzić zachwyt. Świe­tli­sta wstęga, rodząca się i gasnąca za stat­kiem, jakby sama Droga Mleczna odbi­jała się w powierzchni Księ­życa.

Ten blask jed­nak znik­nął, gdy Pat włą­czył reflek­tor. Cał­kiem nie­da­leko, wręcz nie­bez­piecz­nie bli­sko, prze­su­wała się wysoka ściana skalna. W tym miej­scu zbo­cze góry wyra­stało nie­mal pio­nowo i trudno było nawet orzec, jak wysoko się­gało. Widzieli tylko ten jego frag­ment, który znaj­do­wał się aku­rat w świe­tle reflek­tora.

Przy księ­ży­co­wych górach Hima­laje, Góry Ska­li­ste czy Alpy były nie­wiel­kie. Na Ziemi siły ero­zji zaczy­nały ście­rać pasma gór­skie zaraz po ich powsta­niu. Na Księ­życu nie było ani wia­tru, ani desz­czu, nie było niczego, co mogłoby sku­tecz­nie wygła­dzić kamienne gra­nie. Jedyna księ­ży­cowa ero­zja wią­zała się ze zmia­nami tem­pe­ra­tury, a to nader powoli kru­szyło skały i zmie­niało je w pył. Te góry były rów­nie stare jak świat, który je zro­dził.

Pat był bar­dzo dumny z tego punktu wycieczki i sta­ran­nie zapla­no­wał następny jej akt. Wyglą­dało to nie­bez­piecz­nie, ale ryzyko było zerowe. Selene setki razy poko­ny­wała już tę trasę i elek­tro­niczna pamięć sys­temu nawi­ga­cyj­nego znała drogę lepiej niż jaki­kol­wiek ludzki pilot. Nagle wyłą­czył reflek­tor i teraz pasa­że­ro­wie uświa­do­mili sobie, że gdy wpa­try­wali się w jedną stronę, góry cich­cem pode­szły do nich także z tej dru­giej.

W nie­mal cał­ko­wi­tej ciem­no­ści Selene pędziła wąskim kanio­nem, i to nawet nie po pro­stej, ponie­waż od czasu do czasu wyko­ny­wała drobne manewry, aby omi­nąć nie­wi­dzialne prze­szkody. Część z nich była po praw­dzie cał­kiem fik­cyjna, ale Pat tak zapro­gra­mo­wał kurs, aby budził jak naj­więk­sze emo­cje. Oczy­wi­ście zro­bił to już sporo wcze­śniej, kiedy sunął tutaj w bla­sku dnia z nie­wielką pręd­ko­ścią. Liczne ochy i achy dowio­dły, że wyko­nał dobrą robotę.

Jedy­nym, co pozo­stało widoczne ze świata zewnętrz­nego, była wąska wstęga gwiazd koły­sząca się pozor­nie nad ich gło­wami, gdy sta­tek wycho­dził w kolejną cyr­ku­la­cję. Nocna jazda, jak pry­wat­nie nazy­wał ją Pat, trwała około pię­ciu minut, ale wyda­wała się cią­gnąć o wiele dłu­żej. Gdy ponow­nie włą­czył reflek­tor, pasa­że­ro­wie wes­tchnęli z ulgą, ale i z roz­cza­ro­wa­niem. Nie­prędko mieli zapo­mnieć o tym prze­ży­ciu.

Teraz, gdy widzieli już oto­cze­nie, mogli się prze­ko­nać, że Selene prze­miesz­cza się wąwo­zem o stro­mych ścia­nach, które powoli odsu­wały się coraz dalej na boki. W końcu dotarli do jakby owal­nego amfi­te­atru o śred­nicy około trzech kilo­me­trów. Znaj­do­wali się w samym sercu wyga­słego wul­kanu, który powstał eony temu, w cza­sach, gdy Księ­życ był jesz­cze młody.

Jak na księ­ży­cowe stan­dardy był to raczej mały kra­ter, ale za to wyjąt­kowy. Wszech­obecny pył wle­wał się przez miliony lat do jego niecki, nie­gdyś wypeł­nio­nej praw­dzi­wym ogniem pie­kiel­nym. Z wiel­kim pożyt­kiem dla tury­stów wygasł on na długo przed poja­wie­niem się życia na Ziemi. Ni­gdy wię­cej się nie obu­dził, cho­ciaż były tu jesz­cze inne siły, które nie znik­nęły i cier­pli­wie cze­kały na swój czas.

Gdy Selene zaczęła powol­nie okrą­żać amfi­te­atralną nieckę o stro­mych ścia­nach, wielu pasa­że­rom mogło się to sko­ja­rzyć z rej­sami po gór­skich jezio­rach na Ziemi. Tutaj też pano­wała ta oso­bliwa cisza, to samo poczu­cie obec­no­ści nie­zna­nej głę­biny pod łodzią. Zie­mia miała wiele jezior kra­te­ro­wych, ale Księ­życ tylko jedno, cho­ciaż samych kra­te­rów było tu o wiele wię­cej.

Pat bez pośpie­chu okrą­żył jezioro dwa razy, prze­su­wa­jąc reflek­tory po ota­cza­ją­cych je ścia­nach. W ten spo­sób wyglą­dały naj­bar­dziej uro­kli­wie, a w ciągu dnia, gdy słońce zale­wało je bla­skiem, tra­ciły wiele ze swo­jej magii. Teraz zda­wały się przy­na­le­żeć do kró­le­stwa nie­sa­mo­wi­to­ści, jakby zostały zro­dzone z oso­bli­wych fan­ta­zji Edgara Allana Poego. Zda­wało się nawet, że gdzieś na skraju widze­nia coś się poru­sza, dostrze­gało się jakieś dziwne kształty pozo­sta­jące poza zasię­giem świa­teł. To była oczy­wi­ście gra wyobraźni, w tej kra­inie nie było żad­nego ruchu poza wędrówką cieni wywo­ła­nych bla­skiem Słońca i Ziemi. Nie mogło być żad­nych duchów na świe­cie, który ni­gdy nie znał życia.

Nad­szedł czas, aby zawró­cić i ruszyć tym samym wąwo­zem w stronę otwar­tego morza. Pat skie­ro­wał tępy dziób Selene w stronę wąskiej roz­pa­dliny i ponow­nie weszli mię­dzy wyso­kie skalne ściany. Tym razem zosta­wił włą­czone świa­tła, aby pasa­że­ro­wie widzieli, dokąd zmie­rzają. Nocna jazda miała pozo­stać uni­ka­to­wym doświad­cze­niem.

Daleko przed nimi, poza zasię­giem reflek­to­rów Selene, rosła plama łagod­nego bla­sku, ogar­nia­jąca coraz wyraź­niej skały i urwi­ska. Nawet w ostat­niej kwa­drze Zie­mia wciąż była jaśniej­sza niż tuzin księ­ży­ców w pełni i kiedy wyszli z cie­nia gór, szybko zapa­no­wała na nie­bie. Dwu­dzie­stu dwóch pasa­że­rów obec­nych na pokła­dzie unio­sło oczy na nie­biesko-zie­lony sierp i podzi­wiało jego piękno. Zna­jome pola, jeziora i lasy Ziemi bar­dzo zyski­wały na wspa­nia­ło­ści, gdy patrzyło się na nie z daleka. Być może pły­nęła z tego jakaś nauka, na przy­kład że dla doce­nie­nia wła­snego świata ludzie muszą zoba­czyć go dopiero z kosmosu.

Na Ziemi też w tam­tej chwili wiele oczu musiało spo­glą­dać w stronę rosną­cego Księ­życa. Zapewne nawet wię­cej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej, skoro obec­nie Księ­życ był tak ważny dla ludz­ko­ści. Było też moż­liwe, cho­ciaż mało praw­do­po­dobne, że nie­które z tych oczu wpa­try­wały się przez potężne tele­skopy w słabą iskierkę reflek­to­rów Selene, gdy prze­dzie­rała się przez księ­ży­cową noc. Ale jeśli nawet tak było, zupeł­nie się nie prze­jęli, gdy ta iskierka zami­go­tała w pew­nej chwili i zga­sła.

W ciągu miliona lat bańka rosła pod korze­niami gór niczym ogromny ropień. Przez całe dzieje ludz­ko­ści pocho­dzący z nie do końca mar­twego wnę­trza Księ­życa gaz cier­pli­wie prze­ci­skał się róż­nymi szcze­li­nami coraz wyżej i gro­ma­dził się w jamach setki metrów pod powierzch­nią. Na pobli­skiej Ziemi epoki lodow­cowe mijały jedna po dru­giej, pod­czas gdy skryte pod pyli­stą powierzch­nią jaski­nie rosły, łączyły się i w końcu zlały się w jeden wielki zbior­nik. A teraz ta bańka miała pęk­nąć.

Kapi­tan Har­ris prze­łą­czył ste­ro­wa­nie na auto­pi­lota i roz­ma­wiał z pasa­że­rami z pierw­szego rzędu, gdy poczuł pierw­szy wstrząs. Przez uła­mek sekundy zasta­na­wiał się, czy może wir­nik wen­ty­la­tora tra­fił na jakąś skrytą prze­szkodę, ale zaraz potem ich świat się roz­padł, i to cał­kiem dosłow­nie.

To było tak, jakby odpa­dło dno morza. Z namy­słem i powoli, jak wszystko, co spada na Księ­życu. Powierzch­nia przed dzio­bem Selene pokryła się nagle zmarszcz­kami i zapa­dła na podo­bień­stwo ludz­kiego pępka. Obszar o powierzchni kilku hek­ta­rów ożył, jakby został wybu­dzony z odwiecz­nego snu. W samym jego środku for­mo­wał się olbrzymi lej, pyłowy wir. Widzieli to wszystko dosko­nale w bla­sku Ziemi. W końcu lej stał się tak głę­boki, że jego prze­ciw­le­gła ściana znik­nęła w cie­niu. Selene zda­wała się pędzić po łuku w tamtą stronę, jakby gnała w kie­runku zagłady.

I rze­czy­wi­ście tak to wyglą­dało. Gdy Pat prze­jął pospiesz­nie stery, łódź zsu­wała się bez­wład­nie po oso­bli­wym zbo­czu. Jej wła­sny pęd i coraz szyb­szy prąd pyłu nio­sły ją w dół. Pat nic nie mógł na to pora­dzić, więc tylko sta­rał się nie dopu­ścić do wywró­ce­nia łodzi dnem do góry i liczył na to, że ruch wirowy wynie­sie ich wyżej na prze­ciw­le­głą stronę leja, zanim wszystko to się zawali.

Nie sły­szał nawet, czy pasa­że­ro­wie wrzesz­czą lub krzy­czą. Sku­piał się wyłącz­nie na tym maka­brycz­nym, nie­po­ję­tym dry­fie i utrzy­ma­niu liniowca w pozy­cji pozio­mej. Gdy zma­gał się ze ste­rami, na zmianę regu­lu­jąc obroty pęd­ni­ków, coś nagle poja­wiło się w jego gło­wie, wyrwane z otchłani zapo­mnia­nych zda­rzeń. To draż­niące wra­że­nie nie chciało go opu­ścić. Widział już kie­dyś coś podob­nego...

Dopiero w chwili, gdy dotarł na dno leja i zoba­czył masę pyłu osu­wa­ją­cego się po wiru­ją­cym zbo­czu, blo­kada pamięci puściła do końca i uświa­do­mił sobie, co to było.

Był chłop­cem bawią­cym się na gorą­cym pia­sku dawno minio­nego lata. Ujrzał mały dołek, ide­al­nie gład­kie i syme­tryczne zagłę­bie­nie, w któ­rym coś się cza­iło, coś nie­mal cał­kiem zagrze­ba­nego i wysta­wia­ją­cego tylko szczęki. Obser­wo­wał to z cie­ka­wo­ścią przez dłuż­szą chwilę, aż pojął, że to scena minia­tu­ro­wego dra­matu. Zoba­czył mrówkę, która zajęta swo­imi spra­wami zbli­żyła się za bar­dzo do dołka i sto­czyła się na dół.

W zwy­kłych oko­licz­no­ściach łatwo by ucie­kła, ale led­wie pierw­sze zia­renko pia­sku dotarło na sam dół, ukryty tam potwór wynu­rzył się z kry­jówki. Przed­nimi łapami cisnął salwą pia­sku w sza­mo­czą­cego się owada, aż lawina zagar­nęła go i wcią­gnęła do gar­dzieli kra­teru.

Selene tak samo zsu­wała się teraz. Wpraw­dzie ten dół nie był z pew­no­ścią dzie­łem żad­nego mrów­kolwa, ale Pat czuł się tak samo bez­radny jak tamta ska­zana na zagładę mrówka, którą widział wiele lat temu. Też podob­nie sta­rał się wydo­stać z pułapki, pod­czas gdy ruchome pod­łoże nio­sło go w głę­biny, gdzie cze­kała śmierć. Dla mrówki ta śmierć była szybka, dla nich byłaby bar­dzo długa.

Prze­cią­żone sil­niki robiły swoje, ale to nie wystar­czało. Osu­wa­jący się pył nabie­rał pręd­ko­ści, a co gor­sza, coraz bar­dziej ich ogar­niał. W tej chwili dotarł do dol­nej kra­wę­dzi okien i wzno­sił się dalej. W końcu zakrył pra­wie całe okna. Pat wyłą­czył sil­niki, żeby nie dopu­ścić do ich znisz­cze­nia. Gdy to zro­bił, szary przy­pływ prze­sło­nił cał­ko­wi­cie widok sierpa Ziemi. W ciszy i ciem­no­ści opa­dali w głąb Księ­życa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki