Przedmowa do wydania z 1987 roku
Napisałem powieść Księżycowy pył między
sierpniem a listopadem 1960 roku - ledwie trzy lata po wystrzeleniu
Sputnika, które zapoczątkowało erę kosmiczną. Pół roku później prezydent
Kennedy zainicjował program Apollo i jeszcze przed końcem tamtej dekady
Armstrong i Aldrin wylądowali na Księżycu. Jak świetnie wiemy, nie
zapadli się od razu w grube pokłady pyłu.
Niemniej w 1960 roku było to całkiem realne zagrożenie. Ziemskie
teleskopy ukazywały księżycowe równiny jako powierzchnie dziwnie gładkie
i sporo astronomów (w tym doktor Thomas Gold) sugerowało, że są one
pokryte grubą warstwą nader drobnego pyłu. Dowodzili z zapałem, że przez
miliardy lat drastyczne wahania temperatury podczas księżycowych nocy i dni mogły skruszyć i ostatecznie zmienić na proszek tamtejsze skały.
Gold i inni rozwinęli model dynamiczny, według którego posiadające
ładunek elektryczny1 cząstki pyłu mogłyby płynnie
przemieszczać się po powierzchni Księżyca i gromadzić w różnych
zapadliskach terenu. Tworzyłyby w ten sposób swoiste pułapki, równie
groźne dla astronautów jak ruchome piaski na Ziemi.
Ta idea najwyraźniej fascynowała mnie przez wiele lat, skoro
wykorzystałem ją już w powieści Earthlight (1955). Jednakże nie mogę
twierdzić, że podstawowa koncepcja Księżycowego pyłu jest moim
dziełem; pomysł pochodzi od nieżyjącego już Jamesa Blisha, który w jednym z opowiadań wspomniał o "jeżdżeniu na nartach po pyłowych morzach
Księżyca".
Gdy pierwsze sondy Łuna i Surveyor wylądowały na Księżycu w połowie lat
sześćdziesiątych, inżynierowie z programu Apollo odetchnęli z ulgą.
Podpory lądowników nie zapadały się specjalnie w księżycowym gruncie i zostawiały ślady całkiem podobne do tego, co można zwykle zobaczyć na
Ziemi. Co więcej, późniejsi astronauci nie tylko nie utonęli w pokładach
pyłu, ale wręcz trudno było im wbić urządzenia badawcze głębiej niż na
kilka centymetrów.
Co zrobić w tej sytuacji z moim "Morzem Pragnienia"? Cóż, mógłbym
przenieść je na Marsa (rejon znany jako Hellas bardzo dobrze do tego by
się nadawał). Zanim jednak podejmę tak drastyczne kroki, zacytuję
fragment z przedmowy do wydania opublikowanego po zakończeniu programu
Apollo, w 1978 roku:
Wielkie osiągnięcia astronautyczne ostatnich lat nie wykluczyły
istnienia zjawiska, które zostało przedstawione w tej książce. Dużo
jeszcze czasu upłynie, zanim będziemy mogli z całą stanowczością
powiedzieć, że nie ma niczego, co przypominałoby "Morze Pragnienia".
Powierzchnia Księżyca to 15 milionów mil kwadratowych, obszar równie
wielki jak cała Afryka, który czeka wciąż na dokładne zbadanie. Z całą
pewnością trafimy tam na różne osobliwe i może niebezpieczne
niespodzianki.
Poza tym Księżyc niewątpliwie nie jest wolny od pyłu. Gdy obejrzycie
słynne filmy przedstawiające wyczyny astronautów w księżycowych
pojazdach, zobaczycie dokładnie to, co opisałem w pierwszym rozdziale,
gdy Selene,
sunąc po okręgu, dogoniła własne pyłowe odkosy. Dziwnie wyglądały,
wznosząc się i opadając po idealnych krzywych, bez dodatkowego czynnika
związanego z oporem powietrza.
W tamtym czasie Księżycowy pył był zapewne moim największym sukcesem.
Został zakupiony przez Reader's Digest Condensed Books (jesień 1961).
Zdaje się, że była to pierwsza wycieczka RD w krainę science fiction,
ale nie zdobyłem się nigdy na odwagę, żeby sprawdzić, jak im to wyszło.
Nie dlatego, abym zakładał, że redaktorzy z Pleasentville zepsuli moją
prozę. Obawiałem się, że mogli ją udoskonalić.
Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek podsuwał Księżycowy pył
Stanleyowi Kubrickowi, ale co najmniej trzech producentów zakupiło prawa
do ekranizacji. Jeden z nich (Robert Temple) wpadł na świetny pomysł,
jak przedstawić "Morze Pragnienia", nawet jeśli do dzisiaj go nie
odkryliśmy. Chociaż coraz bliżej już nam do końca stulecia, wciąż żywię
nadzieję, że Księżycowy pył trafi na ekrany - i to jeszcze przed
naszym powrotem na Księżyc.
Colombo, Sri Lanka
24 sierpnia 1986
Arthur C. Clarke
Proszę się nie śmiać. Być może właśnie coś takiego dzieje się w pierścieniach Saturna i prowadzi do pojawiania się ciemnych obszarów widocznych na zdjęciach dostarczonych przez sondę Voyager. Jak na razie nie potrafimy wytłumaczyć ich pochodzenia. [wróć]
Rozdział 1
Pat Harris uważał stanowisko szypra jedynej
łodzi księżycowej za szczególne wyróżnienie. Gdy pasażerowie wchodzili
na pokład Selene, zajmowali czym prędzej miejsca i walczyli o fotele
przy oknach, on jak zawsze się zastanawiał, jaki będzie ten rejs. W lusterku wstecznym widział elegancką postać panny Wilkins, odzianej w niebieski mundur Księżycowej Komisji Turystycznej, która rutynowo witała
turystów. Podczas służby starał się myśleć o niej jako o "pannie
Wilkins", nie Sue; pomagało mu to skupić się na obowiązkach. Nie miał
pojęcia, jak ona nazywała go w myślach.
Nie dostrzegał żadnych znajomych twarzy; to była nowa grupa,
niecierpliwie czekająca na pierwszy rejs. Większość stanowili typowi
turyści; starsi ludzie, odwiedzający świat, który w latach ich młodości
był w oczywisty sposób niedostępny. Trafiło się też czterech czy pięciu
pasażerów po trzydziestce, zapewne pracowników technicznych jednej z baz
księżycowych, którzy byli na urlopie. Pat już kiedyś odkrył, że prawie
zawsze starsi pasażerowie pochodzili z Ziemi, a ci młodsi byli
mieszkańcami Księżyca.
Niemniej dla wszystkich Morze Pragnienia było wielką atrakcją. Szara i pylista równina morza ciągnęła się za oknami obserwacyjnymi Selene do
gwiazd na linii horyzontu. Wyżej wisiał malejący akurat sierp Ziemi,
obecny od miliarda lat. Niebieskozielone światło macierzystego świata
kąpało tę krainę w zimnym blasku. I rzeczywiście było tu zimno, nawet
trzysta poniżej zera.
Kiedy się patrzyło na Morze Pragnienia, nie dało się orzec, czy jego
powierzchnia jest stała czy płynna. Była zupełnie płaska, pozbawiona
cech szczególnych. Brakowało na niej mnogości pęknięć i szczelin, które
naznaczały resztę tego jałowego świata. Nie było tu pagórków, głazów czy
nawet kamyków. Pełna monotonia. Żadne morze na Ziemi - ba, nawet żaden
staw przy młynie - nie było nigdy równie spokojne jak ten przestwór.
To jednak było morze pyłu, a nie wody, coś całkowicie odbiegającego od
doświadczeń ludzi. Zapewne dlatego właśnie tak ich fascynowało i przyciągało. Pył drobniejszy niż talk, bardziej suchy w warunkach próżni
niż piaski Sahary, zachowujący się jednak jak płyn, gdy nadarzyła się po
temu okazja. Każdy wrzucony doń cięższy przedmiot znikał natychmiast bez
śladu. Nic nie mogło się poruszać po jego zdradliwej powierzchni poza
małymi dwuosobowymi ślizgaczami pyłowymi czy samą Selene, która była
skrzyżowaniem sań i autobusu, w pewien sposób przypominającym dawne
sanie motorowe stosowane kiedyś na Antarktydzie.
Oficjalne nazywano ją liniowcem pyłowym, typ I, chociaż Pat nie słyszał
o tym, żeby powstał choćby nawet projekt typu II. Poza tym mówiono o Selene bardzo różnie - "statek", "łódź" czy "autobus księżycowy". Pat
wolał "łódź", bo dzięki temu nikt nie mógł go wziąć za szypra statku
kosmicznego, a takich kapitanów było oczywiście mnóstwo.
- Witamy na pokładzie Selene - powiedziała panna Wilkins, gdy
pasażerowie zajęli miejsca. - Kapitan Harris i ja cieszymy się, że
możemy państwa gościć. Nasz rejs potrwa cztery godziny, a naszym
pierwszym celem będzie Jezioro Kraterowe, położone sto kilometrów stąd,
na wschodzie, w Górach Niedostępności...
Pat ledwo słyszał znajome wprowadzenie; skupiał się na ostatnim etapie
odliczania. Selene miała tak naprawdę wiele wspólnego ze statkiem
kosmicznym. Nie mogło być inaczej, skoro poruszała się w próżni i musiała stwarzać pasażerom możliwość przeżycia we wrogim środowisku.
Chociaż nigdy nie wznosiła się ponad powierzchnię Księżyca i była
napędzana silnikami elektrycznymi, nie zaś rakietowymi, miała takie same
wyposażenie jak pełnoprawne jednostki kosmiczne i obowiązywała ją
analogiczna procedura przedstartowa.
Mieszanka tlenowa: OK. Napęd: OK. Radio: OK ("Witam, Tęcza, tu Selene.
Czy mnie odbierasz?"). Nawigacja bezwładnościowa: wyzerowana. Czujniki
śluzy powietrznej: włączone. Czujniki szczelności kabiny: OK.
Oświetlenie wewnętrzne: OK. Trap: odłączony. I tak dalej, lista
obejmowała ponad pięćdziesiąt elementów, z których każdy w razie
problemów zostałby automatycznie zaznaczony. Niemniej Pat Harris,
podobnie jak wszyscy astronauci z jego pokolenia, nie zwykł polegać na
automatycznych ostrzeżeniach, o ile mógł tylko sam sprawować nad czymś
kontrolę.
W końcu osiągnęli stan gotowości. Silniki ruszyły niemal bezgłośnie, ale
póki co łopaty wirników pozostawały ustawione w chorągiewkę i Selene
ledwo wyczuwalnie drżała na cumach. Potem Pat zmienił łagodnie kąt
natarcia łopat lewego wirnika i łódź zaczęła odsuwać się w prawo od
budynku przystani. Gdy byli już dość daleko, wyrównał ustawienie obu
wirników i pchnął manetkę mocy do przodu.
Jednostka sprawowała się bardzo dobrze i miło się ją prowadziło,
zwłaszcza gdy wziąć pod uwagę, że była to zupełnie nowa konstrukcja.
Miała się nijak do tysięcy lat prób i błędów, procesu rozpoczętego w chwili, gdy człowiek epoki neolitu zepchnął kłodę do strumienia.
Selene była pierwszą jednostką całkiem nowej klasy, owocem pracy
koncepcyjnej kilku inżynierów, którzy usiedli razem pewnego dnia i zadali sobie pytanie: "Jak zbudować pojazd, który będzie poruszał się po
morzu pyłu?".
Niektórzy z nich chcieli nawiązać do dawnych parowców z teatrem na
pokładzie i planowali zastosować tylne koło łopatkowe, ale ostatecznie
zdecydowano się na zanurzone pędniki wentylatorowe. Ich wirniki wgryzały
się w pył, pchając tym samym statek, niemniej ślad ich kreciej roboty
znikał w ciągu kilku sekund. Zaraz po przejściu Selene morze stawało
się równie gładkie jak wcześniej.
Przysadziste kopuły ciśnieniowe Port Roris szybko zaczęły osuwać się za
horyzont. Po dziesięciu minutach nie było już ich widać. Selene była
całkiem sama pośród czegoś, co nie zyskało nigdy tradycyjnej nazwy w żadnym ludzkim języku.
Kiedy Pat wyłączył silniki, jednostka sunęła jeszcze przez chwilę siłą
rozpędu, a w końcu się zatrzymała i w kabinie zaczęło się robić coraz
ciszej. Odczekał jeszcze chwilę, aż pasażerowie całkiem zamilkną i uświadomią sobie, w jak dziwnym miejscu się znaleźli. Zawsze było tak
samo, zrozumienie sytuacji zajmowało parę chwil. Wszyscy oni mieli za
sobą podróż kosmiczną i widzieli blask gwiazd w próżni oraz olśniewające
oblicze Ziemi. Ale tutaj było inaczej. Ani to ląd, ani morze, ani
przestwór powietrza czy próżni, tylko coś pokrewnego w pewien sposób
każdemu z tych środowisk.
Pat nie czekał, aż cisza ich przerośnie czy przytłoczy. Wstał i obrócił
się do pasażerów.
- Dobry wieczór, panie i panowie - zaczął. - Mam nadzieję, że panna
Wilkins pomogła wam poczuć się dobrze na pokładzie Selene.
Zatrzymaliśmy się tutaj, ponieważ jest to dobre miejsce, aby przedstawić
wam to morze i pozwolić wam poczuć, czym ono jest.
Wskazał okna i rozciągającą się za nimi niesamowitą gładź szarości.
- Jak daleko jest waszym zdaniem do horyzontu? - spytał cicho. - Albo
inaczej: jak wysoki byłby człowiek, gdyby stanął w tym miejscu, gdzie
gwiazdy zdają się łączyć z równiną?
Sama wzrokowa obserwacja nie dawała szansy na znalezienie odpowiedzi na
to pytanie. Logika podpowiadała, że Księżyc to mały świat, zatem
horyzont musi tu być bardzo blisko. Ale zmysły wydawały całkiem inny
werdykt. Teren jest płaski, donosiły. Ciągnie się w nieskończoność.
Rozdziela wszechświat na dwoje, od zawsze przecina gwiezdne odmęty...
Złudzenie nie znikało nawet wtedy, gdy poznawało się przyczynę takiego
stanu rzeczy. Ludzkie oko nie potrafi ocenić odległości, jeśli nie ma
się na czym skupić. Spojrzenie ślizgało się bezradnie po monotonnym
oceanie pyłu. Nie było nawet mgiełki atmosferycznej, którą zawsze
widziało się na Ziemi i która podsuwała pewne wskazówki co do dystansu.
Wszystkie gwiazdy jaśniały wciąż tak samo intensywnym blaskiem aż do
samego horyzontu.
- Wierzcie mi lub nie - ciągnął Pat - ale nasze pole widzenia obejmuje
zaledwie trzy kilometry, czyli prawie dwie mile, dodam na użytek tych
spośród was, którzy jeszcze nie oswoili się z systemem metrycznym. Wiem,
że wielu gotowych byłoby przysiąc, że horyzont jest tu odległy o całe
lata świetlne, ale gdyby dało się chodzić po tej powierzchni, można by
dotrzeć do niego w dwadzieścia minut.
Wrócił na swoje miejsce i ponownie uruchomił silniki.
- Ruszamy dalej - zawołał przez ramię. - Przez następne sześćdziesiąt
kilometrów nie napotkamy niczego ciekawego.
Selene wyrwała do przodu. Po raz pierwszy można było odczuć, jaką
prędkość potrafi rozwinąć. Pojawił się nawet wyrazisty kilwater. Wirniki
wentylatorów zaciekle wgryzały się w kurz, aż po obu burtach pojawiły
się szare odkosy. Z daleka Selene wyglądałaby jak pług śnieżny
przemierzający zimowy krajobraz pod mroźnym księżycem. Ale te popielate,
z wolna opadające pióropusze to nie był śnieg, a przyświecającą im z góry lampą była planeta Ziemia.
Pasażerowie się odprężyli. Jazda była płynna i niemal bezgłośna. Podczas
lotu na Księżyc każdy z nich podróżował setki razy szybciej niż teraz,
ale w kosmosie prawie nigdy nie czuło się prędkości. Przemykanie po
szarej powierzchni było o wiele bardziej ekscytujące. Pat wprowadził
Selene w ciasny skręt, tak że sunąc po okręgu, dogoniła własne pyłowe
odkosy. Dziwnie wyglądały, wznosząc się i opadając po idealnych
krzywych, bez dodatkowego czynnika związanego z oporem powietrza. Na
Ziemi takie obłoki dryfowałyby całymi godzinami, może nawet przez kilka
dni.
Gdy tylko łódź wróciła na stały kurs i znowu nie było na zewnątrz nic do
oglądania poza monotonną pyłową równiną, pasażerowie skupili uwagę na
przygotowanych dla nich materiałach. Każdy dostał teczkę ze zdjęciami,
mapami, pamiątkami ("Niniejszym zaświadcza się, że pan/pani/panna ...
odbył/odbyła rejs po morzach księżycowych na pokładzie liniowca pyłowego
Selene") i krótkim tekstem informacyjnym. Zawarto w nim wszystko, co
mogli chcieć wiedzieć na temat Morza Pragnienia, a może nawet trochę
więcej.
Przeczytali, że większość powierzchni Księżyca jest pokryta cienką
warstwą pyłu, zwykle nie grubszą niż kilka milimetrów. Po części
pochodził on z kosmosu - szczątki meteorytów, które spadały na
pozbawioną atmosferycznej osłony powierzchnię Księżyca od co najmniej
pięciu miliardów lat. Po części zaś powstał ze skał księżycowych, które
regularnie rozszerzały się i kurczyły na skutek ekstremalnych zmian
temperatury powierzchni globu podczas przejść między nocą a dniem.
Niemniej niezależnie od pochodzenia pył był tak drobny, że nawet przy
słabej grawitacji zachowywał się jak ciecz.
Przez wieki spływał z gór na niziny, tworząc mniejsze, potem coraz
większe zbiorniki. Pierwsi odkrywcy spodziewali się tego i zazwyczaj
byli nieźle przygotowani. Ale Morze Pragnienia i tak sprawiło im
niespodziankę. Nikt nie spodziewał się znaleźć pyłowego jeziora o średnicy ponad stu kilometrów.
W porównaniu z księżycowymi "morzami" było bardzo małe, przez co
astronomowie nigdy oficjalnie nie uznali jego nazwy, wskazując, że jest
to tylko niewielka część Sinus Roris, Zatoki Rosy. Dlaczego więc,
pytali, część zatoki miałaby być całym morzem? Ale nazwa, wymyślona
przez copywritera z Księżycowej Komisji Turystycznej, i tak się
przyjęła. Brzmiała co najmniej równie dobrze jak podobne morskie nazwy:
Morze Chmur, Morze Deszczów, Morze Spokoju. Nie wspominając już o Morzu
Nektaru...
Broszura zawierała również trochę danych, które miały uspokoić co
bardziej nerwowych podróżników. Zapewniała, że Komisja Turystyczna
pamiętała o wszystkim: "Podjęto wszelkie możliwe środki ostrożności dla
zagwarantowania bezpieczeństwa pasażerów. Selene dysponuje zapasem
powietrza wystarczającym na ponad siedem dni, wszystkie niezbędne
systemy pokładowe zostały zdublowane. Automatyczna radiolatarnia podaje
waszą pozycję w regularnych odstępach czasu, a gdyby zaś, co jest
wyjątkowo mało prawdopodobne, doszło do całkowitej awarii zasilania
statku, ślizgacze pyłowe z Roris odholują was do portu, nieznacznie
tylko wydłużając czas rejsu. Przede wszystkim nie musicie obawiać się
złej pogody. Co więcej, nawet ktoś kiepsko znoszący rejsy nie nabawi się
na Księżycu choroby morskiej. Na Morzu Pragnienia nie ma sztormów,
zawsze panuje na nim spokój".
Ostatnie pocieszające zdanie zostało dodane w dobrej wierze, bo któż
mógł się spodziewać, że niebawem okaże się nieprawdziwe?
Podczas gdy Selene pędziła cicho przez noc oświetloną blaskiem Ziemi,
Księżyc zajmował się własnymi sprawami. Teraz, po eonach sennej
martwoty, sporo się na nim działo. W ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat
więcej tutaj się wydarzyło niż przez pięć miliardów lat od chwili jego
powstania, a to wszystko dopiero nabierało rozpędu.
W pierwszym mieście, jakie człowiek kiedykolwiek wzniósł poza swoim
macierzystym światem, główny administrator Olsen przechadzał się po
parku. Był bardzo dumny z tej oazy zieleni, podobnie jak dwadzieścia
pięć tysięcy mieszkańców Port Clavius. Nie był to oczywiście duży park,
chociaż również nie aż tak mały, jak sugerował pewien żałosny komentator
telewizyjny, który nazwał go "korytkiem balkonowym z wielkościowymi
urojeniami". I niewątpliwie nigdzie na Ziemi nie dałoby się znaleźć
parku ze słonecznikami wyrastającymi na dziesięć metrów.
Wysoko w górze sunęły delikatne chmury pierzaste - a przynajmniej ich
pozór. Rzecz jasna był to obraz rzutowany na wewnętrzną stronę kopuły,
lecz iluzja była tak doskonała, że budziła niekiedy w administratorze
tęsknotę za domem. Chociaż czy naprawdę? Przecież to właśnie był jego
dom, poprawił się w myślach.
Czuł jednak, że nie do końca tak jest. Księżyc mógł być prawdziwym domem
dla jego dzieci, lecz nie dla niego. Urodził się w Sztokholmie, na
Ziemi, i chociaż te więzy słabły z biegiem lat, nigdy nie uległy
zerwaniu. Jego dzieci urodziły się w Port Clavius i były prawdziwymi
obywatelami Księżyca.
Niecały kilometr dalej, tuż poza główną kopułą, szef Księżycowej Komisji
Turystycznej zerknął na najnowsze wyniki firmy i pozwolił sobie na
łagodny uśmiech satysfakcji. Ten sezon znowu okazał się lepszy od
poprzedniego. Oczywiście na Księżycu nie było żadnych pór roku, ale
napływ turystów zwiększał się wyraźnie, gdy na północnej półkuli Ziemi
panowała zima.
Jak utrzymać ten wzrost? To zawsze był problem, ponieważ turyści ciągle
szukali czegoś nowego i nie można było proponować im wciąż tych samych
atrakcji. Owszem, całkiem obcy krajobraz, niska grawitacja, widok Ziemi,
tajemnice strony odwrotnej, niebo całkiem inne niż na Ziemi, osady
pionierskie (gdzie turyści nie zawsze byli mile widziani). W sumie
nieźle, ale czy Księżyc miał do zaoferowania cokolwiek więcej? Wielka
szkoda, że nie było tu rodzimych Selenitów z ich osobliwymi zwyczajami i jeszcze osobliwszą budową ciała, których turyści mogliby namiętnie
fotografować. Niestety, najznaczniejsza forma życia, jaką kiedykolwiek
odkryto na Księżycu, była widoczna jedynie pod mikroskopem i nie była na
dodatek bardzo obca, gdyż wywodziła się z mikroorganizmów przybyłych na
Srebrny Glob na pokładzie Łuny 2, zaledwie dziesięć lat przed pierwszą
ludzką wizytą.
Kierownik Davis przywołał w myślach treść ostatniego telefaksu i zastanowił się, czy było tam coś, co mogłoby mu pomóc. Nadeszła kolejna
prośba od jakiejś firmy telewizyjnej, o której nigdy nawet nie słyszał,
gotowej zrealizować kolejny dokument o Księżycu, o ile pokryją im przy
tym wszystkie koszty. Prośba od razu trafiła do kosza. Gdyby odpowiadał
pozytywnie na wszystkie takie przyjazne oferty, szybko musiałby ogłosić
bankructwo.
Był też wylewny list od jego odpowiednika w Nowoorleańskiej Komisji
Turystycznej, sugerujący wymianę personelu. Nie miał pojęcia, jak może
to pomóc jemu czy tamtej ekipie z Nowego Orleanu, ale z drugiej strony
nie miało pociągać za sobą żadnych kosztów i jako gest dobrej woli mogło
przynieść różne niewymierne korzyści. Najciekawsza była jednak wiadomość
od mistrza Australii w narciarstwie wodnym, który pytał, czy ktoś może
próbował używać takich nart na Morzu Pragnienia.
Tak, to był dobry pomysł. Aż dziwne, że nikt dotąd tego nie spróbował.
Być może ktoś mógłby tak jechać za Selene czy mniejszym ślizgaczem
pyłowym. Z pewnością warto byłoby to przetestować. Zawsze zależało mu na
wyszukiwaniu nowych form księżycowej rekreacji, a Morze Pragnienia było
jednym z jego ulubionych projektów.
Był to też projekt, który za ledwie kilka godzin miał przerodzić się w koszmar.
Rozdział 2
Horyzont przed Selene nie rysował się już
jako idealny wycinek łuku. Ponad jego krawędzią rosło poszarpane pasmo
gór. W miarę jak liniowiec zbliżał się do nich, zdawały się wspinać na
wyżyny nieba, jakby wynoszone gigantyczną windą.
- Góry Niedostępności - oznajmiła panna Wilkins. - Zostały tak nazwane,
ponieważ Morze Pragnienia otacza je ze wszystkich stron. Można też
zauważyć, że są o wiele bardziej strome niż większość gór na Księżycu.
Nie rozwodziła się nad tym, ponieważ pechowym zrządzeniem losu większość
szczytów księżycowych okazała się nieciekawa. Ogromne kratery, które
wyglądały tak imponująco na zdjęciach zrobionych z Ziemi, z bliska
okazywały się łagodnymi pagórkami. Wcześniejsze wrażenie było złudzeniem
wynikającym z gry cieni o świcie i o zachodzie słońca. Nie było ani
jednego krateru księżycowego, którego ściany wznosiłyby się tak
gwałtownie jak ulice San Francisco, niewiele zaś na tyle stromych, by
mogły ucieszyć ambitnego kolarza. Niemniej publikacje Komisji
Turystycznej pomijały te kwestie milczeniem, ograniczając się do
przedstawiania najbardziej spektakularnych klifów i kanionów,
sfotografowanych ze starannie wybranych punktów widokowych.
- Do tej pory nie zostały dokładnie zbadane - kontynuowała panna
Wilkins. - W zeszłym roku zabraliśmy tam grupę geologów i wysadziliśmy
ich na tamtym cyplu, ale udało im się dotrzeć tylko kilka kilometrów w głąb lądu. Dalej może więc być dosłownie wszystko, ale po prostu nie
mamy o tym pojęcia.
Brawa dla Sue, pomyślał Pat. Była pierwszorzędnym przewodnikiem i wiedziała, co pozostawić wyobraźni, a co wyjaśnić ze szczegółami.
Wypowiadała się swobodnie, bez śladu tego znudzonego zaśpiewu, który
dopadał wielu zawodowych przewodników. Poza tym dogłębnie opanowała
temat; bardzo rzadko nie potrafiła odpowiedzieć na jakieś pytanie.
Ogólnie rzecz biorąc, była onieśmielającą młodą damą i chociaż często
pojawiała się w erotycznych marzeniach Pata, w głębi ducha trochę się
jej obawiał.
Zafascynowani pasażerowie wpatrywali się w coraz bliższe szczyty. Na
wciąż tajemniczym Księżycu było jeszcze bardziej sekretne miejsce,
wznoszące się niczym wyspa pośród dziwnego morza. Góry Niedostępności
miały być wyzwaniem dla następnego pokolenia odkrywców. Pomimo nazwy
obecnie dość łatwo było do nich dotrzeć, ale przy milionach kilometrów
kwadratowych powierzchni Księżyca, które nie zostały jeszcze dokładnie
zbadane, musiały poczekać na swoją kolej.
Selene skręciła w stronę rzucanego przez nie cienia. Zanim ktokolwiek
zdał sobie sprawę, co się dzieje, nisko zawieszona nad horyzontem Ziemia
zniknęła z pola widzenia. Jej jaskrawe światło wciąż igrało na
wyniesionych wysoko szczytach, ale tutaj w dole zapanowała całkowita
ciemność.
- Zgaszę światła w kabinie - zapowiedziała stewardesa. - Będziecie
lepiej widzieć.
Bez przyćmionego czerwonego blasku podróżnicy czuli, że są całkiem sami
pośród księżycowej nocy. Po chwili jasne szczyty zniknęły. Statek
wchodził coraz głębiej w obszar cienia i widzieli nad sobą już tylko
gwiazdy. Zimne i stałe punkty światła pośród czerni tak absolutnej, że
umysł się buntował.
Trudno było rozpoznać znajome konstelacje wśród takiej mnogości gwiazd.
Oko gubiło się pośród niewidocznych z Ziemi wzorów, całym labiryncie
gromad i mgławic. Jeden tylko punkt pozostał łatwy do odróżnienia.
Olśniewająca latarnia Wenus przyćmiewająca blaskiem wszystkie inne ciała
niebieskie.
Minęło kilka minut, zanim podróżnicy zauważyli, że nie tylko niebo warto
podziwiać. Za rozpędzonym liniowcem widać było długi i fosforyzujący
ślad, jakby ktoś magicznie nakreślił palcem linię światła na ciemnym i pylistym obliczu Księżyca. Selene ciągnęła za sobą kometowy wręcz
ogon, podobny do kilwateru pozostawianego przez statki na tropikalnych
morzach Ziemi.
Tyle że tutaj nie było żadnych mikroorganizmów, które mogłyby wywołać
typową dla ziemskich wód fluorescencję. Błyszczały tak niezliczone
ziarenka pyłu. Pozbywały się ładunku elektrycznego uzyskanego podczas
szybkiego przejścia Selene. Choć było to prozaiczne zjawisko, mogło
budzić zachwyt. Świetlista wstęga, rodząca się i gasnąca za statkiem,
jakby sama Droga Mleczna odbijała się w powierzchni Księżyca.
Ten blask jednak zniknął, gdy Pat włączył reflektor. Całkiem niedaleko,
wręcz niebezpiecznie blisko, przesuwała się wysoka ściana skalna. W tym
miejscu zbocze góry wyrastało niemal pionowo i trudno było nawet orzec,
jak wysoko sięgało. Widzieli tylko ten jego fragment, który znajdował
się akurat w świetle reflektora.
Przy księżycowych górach Himalaje, Góry Skaliste czy Alpy były
niewielkie. Na Ziemi siły erozji zaczynały ścierać pasma górskie zaraz
po ich powstaniu. Na Księżycu nie było ani wiatru, ani deszczu, nie było
niczego, co mogłoby skutecznie wygładzić kamienne granie. Jedyna
księżycowa erozja wiązała się ze zmianami temperatury, a to nader powoli
kruszyło skały i zmieniało je w pył. Te góry były równie stare jak
świat, który je zrodził.
Pat był bardzo dumny z tego punktu wycieczki i starannie zaplanował
następny jej akt. Wyglądało to niebezpiecznie, ale ryzyko było zerowe.
Selene setki razy pokonywała już tę trasę i elektroniczna pamięć
systemu nawigacyjnego znała drogę lepiej niż jakikolwiek ludzki pilot.
Nagle wyłączył reflektor i teraz pasażerowie uświadomili sobie, że gdy
wpatrywali się w jedną stronę, góry cichcem podeszły do nich także z tej
drugiej.
W niemal całkowitej ciemności Selene pędziła wąskim kanionem, i to
nawet nie po prostej, ponieważ od czasu do czasu wykonywała drobne
manewry, aby ominąć niewidzialne przeszkody. Część z nich była po
prawdzie całkiem fikcyjna, ale Pat tak zaprogramował kurs, aby budził
jak największe emocje. Oczywiście zrobił to już sporo wcześniej, kiedy
sunął tutaj w blasku dnia z niewielką prędkością. Liczne ochy i achy
dowiodły, że wykonał dobrą robotę.
Jedynym, co pozostało widoczne ze świata zewnętrznego, była wąska wstęga
gwiazd kołysząca się pozornie nad ich głowami, gdy statek wychodził w kolejną cyrkulację. Nocna jazda, jak prywatnie nazywał ją Pat, trwała
około pięciu minut, ale wydawała się ciągnąć o wiele dłużej. Gdy
ponownie włączył reflektor, pasażerowie westchnęli z ulgą, ale i z rozczarowaniem. Nieprędko mieli zapomnieć o tym przeżyciu.
Teraz, gdy widzieli już otoczenie, mogli się przekonać, że Selene
przemieszcza się wąwozem o stromych ścianach, które powoli odsuwały się
coraz dalej na boki. W końcu dotarli do jakby owalnego amfiteatru o średnicy około trzech kilometrów. Znajdowali się w samym sercu wygasłego
wulkanu, który powstał eony temu, w czasach, gdy Księżyc był jeszcze
młody.
Jak na księżycowe standardy był to raczej mały krater, ale za to
wyjątkowy. Wszechobecny pył wlewał się przez miliony lat do jego niecki,
niegdyś wypełnionej prawdziwym ogniem piekielnym. Z wielkim pożytkiem
dla turystów wygasł on na długo przed pojawieniem się życia na Ziemi.
Nigdy więcej się nie obudził, chociaż były tu jeszcze inne siły, które
nie zniknęły i cierpliwie czekały na swój czas.
Gdy Selene zaczęła powolnie okrążać amfiteatralną nieckę o stromych
ścianach, wielu pasażerom mogło się to skojarzyć z rejsami po górskich
jeziorach na Ziemi. Tutaj też panowała ta osobliwa cisza, to samo
poczucie obecności nieznanej głębiny pod łodzią. Ziemia miała wiele
jezior kraterowych, ale Księżyc tylko jedno, chociaż samych kraterów
było tu o wiele więcej.
Pat bez pośpiechu okrążył jezioro dwa razy, przesuwając reflektory po
otaczających je ścianach. W ten sposób wyglądały najbardziej urokliwie,
a w ciągu dnia, gdy słońce zalewało je blaskiem, traciły wiele ze swojej
magii. Teraz zdawały się przynależeć do królestwa niesamowitości, jakby
zostały zrodzone z osobliwych fantazji Edgara Allana Poego. Zdawało się
nawet, że gdzieś na skraju widzenia coś się porusza, dostrzegało się
jakieś dziwne kształty pozostające poza zasięgiem świateł. To była
oczywiście gra wyobraźni, w tej krainie nie było żadnego ruchu poza
wędrówką cieni wywołanych blaskiem Słońca i Ziemi. Nie mogło być żadnych
duchów na świecie, który nigdy nie znał życia.
Nadszedł czas, aby zawrócić i ruszyć tym samym wąwozem w stronę
otwartego morza. Pat skierował tępy dziób Selene w stronę wąskiej
rozpadliny i ponownie weszli między wysokie skalne ściany. Tym razem
zostawił włączone światła, aby pasażerowie widzieli, dokąd zmierzają.
Nocna jazda miała pozostać unikatowym doświadczeniem.
Daleko przed nimi, poza zasięgiem reflektorów Selene, rosła plama
łagodnego blasku, ogarniająca coraz wyraźniej skały i urwiska. Nawet w ostatniej kwadrze Ziemia wciąż była jaśniejsza niż tuzin księżyców w pełni i kiedy wyszli z cienia gór, szybko zapanowała na niebie.
Dwudziestu dwóch pasażerów obecnych na pokładzie uniosło oczy na
niebiesko-zielony sierp i podziwiało jego piękno. Znajome pola, jeziora
i lasy Ziemi bardzo zyskiwały na wspaniałości, gdy patrzyło się na nie z daleka. Być może płynęła z tego jakaś nauka, na przykład że dla
docenienia własnego świata ludzie muszą zobaczyć go dopiero z kosmosu.
Na Ziemi też w tamtej chwili wiele oczu musiało spoglądać w stronę
rosnącego Księżyca. Zapewne nawet więcej niż kiedykolwiek wcześniej,
skoro obecnie Księżyc był tak ważny dla ludzkości. Było też możliwe,
chociaż mało prawdopodobne, że niektóre z tych oczu wpatrywały się przez
potężne teleskopy w słabą iskierkę reflektorów Selene, gdy
przedzierała się przez księżycową noc. Ale jeśli nawet tak było,
zupełnie się nie przejęli, gdy ta iskierka zamigotała w pewnej chwili i zgasła.
W ciągu miliona lat bańka rosła pod korzeniami gór niczym ogromny
ropień. Przez całe dzieje ludzkości pochodzący z nie do końca martwego
wnętrza Księżyca gaz cierpliwie przeciskał się różnymi szczelinami coraz
wyżej i gromadził się w jamach setki metrów pod powierzchnią. Na
pobliskiej Ziemi epoki lodowcowe mijały jedna po drugiej, podczas gdy
skryte pod pylistą powierzchnią jaskinie rosły, łączyły się i w końcu
zlały się w jeden wielki zbiornik. A teraz ta bańka miała pęknąć.
Kapitan Harris przełączył sterowanie na autopilota i rozmawiał z pasażerami z pierwszego rzędu, gdy poczuł pierwszy wstrząs. Przez ułamek
sekundy zastanawiał się, czy może wirnik wentylatora trafił na jakąś
skrytą przeszkodę, ale zaraz potem ich świat się rozpadł, i to całkiem
dosłownie.
To było tak, jakby odpadło dno morza. Z namysłem i powoli, jak wszystko,
co spada na Księżycu. Powierzchnia przed dziobem Selene pokryła się
nagle zmarszczkami i zapadła na podobieństwo ludzkiego pępka. Obszar o powierzchni kilku hektarów ożył, jakby został wybudzony z odwiecznego
snu. W samym jego środku formował się olbrzymi lej, pyłowy wir. Widzieli
to wszystko doskonale w blasku Ziemi. W końcu lej stał się tak głęboki,
że jego przeciwległa ściana zniknęła w cieniu. Selene zdawała się
pędzić po łuku w tamtą stronę, jakby gnała w kierunku zagłady.
I rzeczywiście tak to wyglądało. Gdy Pat przejął pospiesznie stery, łódź
zsuwała się bezwładnie po osobliwym zboczu. Jej własny pęd i coraz
szybszy prąd pyłu niosły ją w dół. Pat nic nie mógł na to poradzić, więc
tylko starał się nie dopuścić do wywrócenia łodzi dnem do góry i liczył
na to, że ruch wirowy wyniesie ich wyżej na przeciwległą stronę leja,
zanim wszystko to się zawali.
Nie słyszał nawet, czy pasażerowie wrzeszczą lub krzyczą. Skupiał się
wyłącznie na tym makabrycznym, niepojętym dryfie i utrzymaniu liniowca w pozycji poziomej. Gdy zmagał się ze sterami, na zmianę regulując obroty
pędników, coś nagle pojawiło się w jego głowie, wyrwane z otchłani
zapomnianych zdarzeń. To drażniące wrażenie nie chciało go opuścić.
Widział już kiedyś coś podobnego...
Dopiero w chwili, gdy dotarł na dno leja i zobaczył masę pyłu
osuwającego się po wirującym zboczu, blokada pamięci puściła do końca i uświadomił sobie, co to było.
Był chłopcem bawiącym się na gorącym piasku dawno minionego lata. Ujrzał
mały dołek, idealnie gładkie i symetryczne zagłębienie, w którym coś się
czaiło, coś niemal całkiem zagrzebanego i wystawiającego tylko szczęki.
Obserwował to z ciekawością przez dłuższą chwilę, aż pojął, że to scena
miniaturowego dramatu. Zobaczył mrówkę, która zajęta swoimi sprawami
zbliżyła się za bardzo do dołka i stoczyła się na dół.
W zwykłych okolicznościach łatwo by uciekła, ale ledwie pierwsze
ziarenko piasku dotarło na sam dół, ukryty tam potwór wynurzył się z kryjówki. Przednimi łapami cisnął salwą piasku w szamoczącego się owada,
aż lawina zagarnęła go i wciągnęła do gardzieli krateru.
Selene tak samo zsuwała się teraz. Wprawdzie ten dół nie był z pewnością dziełem żadnego mrówkolwa, ale Pat czuł się tak samo bezradny
jak tamta skazana na zagładę mrówka, którą widział wiele lat temu. Też
podobnie starał się wydostać z pułapki, podczas gdy ruchome podłoże
niosło go w głębiny, gdzie czekała śmierć. Dla mrówki ta śmierć była
szybka, dla nich byłaby bardzo długa.
Przeciążone silniki robiły swoje, ale to nie wystarczało. Osuwający się
pył nabierał prędkości, a co gorsza, coraz bardziej ich ogarniał. W tej
chwili dotarł do dolnej krawędzi okien i wznosił się dalej. W końcu
zakrył prawie całe okna. Pat wyłączył silniki, żeby nie dopuścić do ich
zniszczenia. Gdy to zrobił, szary przypływ przesłonił całkowicie widok
sierpa Ziemi. W ciszy i ciemności opadali w głąb Księżyca.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki