Księżycowe Miasto. Dom płomienia i cienia. Tom 3 - Sarah J. Maas


Reflow text when sidebars are open.
Łania klęczała przed swoimi nieśmiertelnymi panami, zastanawiając się, jakie to by było uczucie, gdyby przegryzła im gardła.
Jej własne gardło otaczał srebrny, ciężki naszyjnik. Ciepło ciała nie rozgrzewało metalu. Tak jakby zabrane życia, które symbolizował, chciały, aby także doświadczała lodowatego dotyku śmierci.
Srebrna strzałka na mundurze wilkozłaka symbolizowała zlikwidowanie buntownika z ziem Midgardu. Lidia otrzymała tak wiele strzałek, że nie mieściły się na jej szarym imperialnym mundurze. Wystarczyło, aby wytopić z nich srebrny naszyjnik.
Czy ktokolwiek w tej komnacie znał jego prawdziwą naturę?
To była obroża. Z przypiętą złotą smyczą, trzymaną przez jednego z tych potworów, przed którymi się znajdowała.
Czy owym potworom przyszło do głowy, że posłuszna pupilka, warująca u ich stóp, wyobraża sobie smak ich krwi na swoich zębach i języku?
Tymczasem musiała klęczeć, dopóki nie pozwolą jej wstać. Tak jak ten świat musiał klęczeć, dopóki sześciu Asteri na swoich tronach nie wydrenuje go do szczętu i nie porzuci jego truchła, aby gniło w nieskończoności przestrzeni.
Służba z Wiecznego Pałacu zdążyła już zmyć krew ze lśniącej kryształowej podłogi pod jej kolanami. W sterylnym powietrzu nie wisiał już metaliczny zapach krwi; nie została ani kropla plamiąca podpierające strop kolumny. Tak jakby dwa dni temu nic się nie wydarzyło.
Jednak Lidia Cervos nie mogła sobie pozwolić na niepotrzebne dywagacje. Nie teraz, kiedy obok niej klęczał Polluks i czuła na swojej łydce dotyk jednego z jego lśniących skrzydeł. W każdym innym przypadku można by to uznać za gest wsparcia, solidarności.
Lecz w przypadku Polluksa, w przypadku Młota, był to wyłącznie wyraz dominacji.
Lidia postarała się, aby jej spojrzenie było martwe i zimne, podobnie jak jej serce. Skupiła się na dwóch królach Fae, broniących swoich racji.
- Mój zmarły syn działał na własną rękę - oświadczył Morven, król avalleńskich Fae, z posępnym wyrazem na białej jak kość twarzy. Był wysokim, ciemnowłosym mężczyzną i mimo czerni szat nie sprawiał wrażenia przytłoczonego brzemieniem żałoby. - Gdybym wiedział o zdradzie Cormaca, sam oddałbym go w wasze ręce.
Lidia zerknęła na bandę pasożytów, rozpartych na swoich kryształowych tronach.
Rigelus, jak zwykle ukryty w ciele nastoletniego Fae, podparł pięścią delikatny podbródek.
- Doprawdy, trudno mi uwierzyć, że nie wiesz, co robi twój syn, wziąwszy pod uwagę, jak krótko zawsze go trzymałeś.
Cienie zafalowały na szerokich barkach Morvena, wysnuwając pasma spomiędzy łusek jego zbroi.
- Zawsze był krnąbrny - odparł. - Myślałem, że wybiłem mu różne głupoty z głowy już dawno temu.
- W takim razie źle myślałeś - prychnął Hesperus, Gwiazda Wieczorna, który przybrał postać jasnowłosej nimfy. Jej długie, smukłe palce postukiwały o lśniące podłokietniki tronu. - Możemy tylko przypuszczać, że podłożem jego zdrady jest rozkład panujący w twoim królewskim domu. To zepsucie należy ukrócić.
Po raz pierwszy od dziesiątków lat, odkąd Łania go znała, król Morven pokornie milczał. Wczoraj nie miał wyjścia i musiał przyjąć zaproszenie Asteri, lecz bardzo nie w smak mu było przypomnienie, że jego autonomia jest tylko iluzją, nawet na mglistej wyspie Avallen.
W głębi duszy Łania czuła satysfakcję, widząc tego mężczyznę, który brylował w czasie Narad na Szczycie, na spotkaniach, balach i salonach, a teraz musiał się gryźć w język i ważyć każde słowo. Wiedząc, że może być jego ostatnim.
- Nie miałem pojęcia, co robi mój syn i co się dzieje w jego tchórzliwym sercu - mruknął Morven. - Przysięgam na złoty łuk Luny. - Jego głos zabrzmiał dźwięcznie, kiedy dodał z zaskakującą furią: - Potępiam wszystko, co Cormac czynił i za czym się opowiadał. Nie należy mu się grób ani pochówek. Żaden statek nie zawiezie jego ciała do Summerlandu. I zadbam, aby jego imię zostało usunięte ze wszystkich dokumentów i archiwów mojego domu.
Na ułamek sekundy Lidia pozwoliła sobie na ukłucie żalu na myśl o znanym jej agencie Ophionu. O księciu Fae z Avallen, który był gotów na wszystko, aby zniszczyć istoty, przed którymi teraz klęczała.
Ona też była gotowa na wszystko. I nadal jest.
Polaris, Gwiazda Północna, występująca w ciele białoskrzydłej, ciemnoskórej anielicy, wycedziła:
- Żaden statek nie zawiedzie ciała Cormaca do Summerlandu, bo chłopak wysadził się w powietrze. I chciał nas zabrać ze sobą. - Cichy, nienawistny śmiech Polaris przeszył ciało Lidii jak sztylet. - Jakby mógł tego dokonać zwykły, nędzny ogień.
Morven milczał. Zrobił wszystko, na co mógł się zdobyć. Omal nie padł przed nimi na kolana, błagając o łaskę. A może i do tego dojdzie - lecz póki co król Fae z Avallen wysoko trzymał głowę.
Legenda mówiła, że nawet Asteri nie są w stanie przedrzeć się przez mgłę otaczającą wyspę Avallen. Lidia nie słyszała, aby kiedykolwiek tego próbowali. Być może dlatego Morven się tu zjawił - aby nie prowokować ich do sprawdzenia, czy legenda mówi prawdę.
Istniała możliwość, że zostaliby powstrzymani przez starożytną moc otaczającą Avallen - a taką rzecz trudno by im było utrzymać w tajemnicy.
Rigelus oparł kostkę stopy o kolano drugiej nogi. Lidia była świadkiem tego, jak Jasna Ręka Asteri, z tą samą nonszalancką miną, nakazywał egzekucje całych rodzin.
- A ty, Einarze? Co masz do powiedzenia na temat swojego syna?
- Zdradzieckie gówno - rzucił Polluks, klęczący obok Lidii. Jego skrzydło nadal władczo spoczywało na jej łydce. Jakby miał Łanię na własność.
Jesienny Król zignorował Młota. Zignorował wszystkich, poza Rigelusem, kiedy odpowiedział spokojnie:
- Ruhn od małego był nieznośny. Robiłem, co mogłem, żeby go okiełznać. Jestem prawie pewien, że swoimi machinacjami wciągnęła go w to jego własna siostra.
Lidia starała się, aby jej palce nie drgnęły, choć miała ochotę zacisnąć je w pięść. Ustabilizowała bicie serca do leniwego, zwyczajnego rytmu, w którym uszy Wanów nie potrafiłyby wychwycić niczego podejrzanego.
- Zatem jesteś gotów potępić jedno dziecko, aby ocalić drugie? - zapytał Rigelus z łagodnym uśmiechem. - Jakim jesteś ojcem, Einarze?
- Bryce Quinlan i Ruhn Danaan nie mają już prawa nazywać się moimi dziećmi.
Rigelus przekrzywił głowę. Krótkie, czarne włosy zalśniły w blasku kryształowej sali.
- O ile wiem, przyjęła nazwisko Danaan. Czyżbyś unieważnił jej królewski status?
Mięsień zadrgał w policzku Jesiennego Króla.
- Muszę jeszcze wyznaczyć dla niej odpowiednią karę.
Skrzydła Polluksa zaszeleściły, lecz anioł nie uniósł głowy, gdy warknął do Jesiennego Króla:
- Jak dorwę tę twoją kurewską córkę, będziesz zadowolony, że się jej wyrzekłeś. Po dziesięciokroć zrobię jej to, co zrobiła Harpii.
- Najpierw będziesz musiał ją znaleźć - odparł chłodno Jesienny Król. Lidia przypuszczała, że Einar Danaan należy do tych paru Fae na Midgardzie, którzy potrafią otwarcie kpić z anioła tak potężnego jak Malleus. Bursztynowe oczy Jesiennego Króla, tak podobne do oczu jego córki, przeniosły się na Asteri. - Czy wasi mistycy już wykryli, gdzie może być?
- A nie chciałbyś wiedzieć, gdzie jest twój syn? - zapytał z kpiącym uśmiechem Octartis, Gwiazda Południa.
- Wiem, gdzie jest Ruhn - odpowiedział Jesienny Król z kamienną twarzą. - Zasłużył sobie na to miejsce. - Spojrzał w kierunku klęczącej Lidii i zmierzył ją chłodnym wzrokiem. - Mam nadzieję, że wyciśniesz z niego wszystkie odpowiedzi.
Lidia odwzajemniła jego spojrzenie z twarzą nieruchomą jak kamień, jak lód - twarzą śmierci.
Wzrok Jesiennego Króla przesunął się na srebrną obrożę na jej szyi i nieznaczny, aprobujący uśmiech zadrgał na jego wargach. Jednak pytanie zadał Rigelusowi, tonem tak władczym, że mogła go jedynie podziwiać:
- Gdzie jest Bryce?
Rigelus westchnął, znudzony i poirytowany, co było śmiertelnie niebezpiecznym połączeniem.
- Postanowiła opuścić Midgard.
- Błąd, który wkrótce naprawimy - dodał Polaris.
Rigelus rzucił pomniejszemu Asteri ostrzegawcze spojrzenie.
Jesienny Król zapytał głosem o ton mniej butnym:
- Bryce już nie ma w tym świecie?
Morven czujnie zerknął na drugiego króla Fae. Według powszechnej wiedzy istniało tylko jedno miejsce na Midgardzie, umożliwiające przejście pomiędzy światami - Północna Szczelina w Nenie, otoczona murem, mającym zapobiegać przechodzeniu innych do tego świata. Jeżeli Bryce nie było na Midgardzie, musiała być na Hel.
Lidii nigdy nie przyszło do głowy, że mur wokół Szczeliny ma również powstrzymywać Midgardczyków przed wyjściem.
A przynajmniej większość Midgardczyków.
Rigelus rzekł chłodno:
- Ta wiedza nie może być udostępniona nikomu. - Twarda nuta, zaostrzająca jego słowa, sugerowała resztę zdania: pod karą śmierci. Lidia była świadkiem, jak inni Asteri zastanawiali się wówczas, jakim cudem Bryce Quinlan otworzyła portal do innego świata w ich własnym pałacu i prześlizgnęła się przez niego między palcami Jasnej Ręki. Ich niedowierzanie i wściekłość były małym pocieszeniem w lawinie wydarzeń, jaka potem nastąpiła. Ich obraz był ciągle żywy w pamięci Lidii.
Dźwięk srebrnego dzwonka zza tronów Asteri uprzejmie przypomniał, że zbliża się następne spotkanie.
- Ta rozmowa jeszcze się nie skończyła - powiedział ostrzegawczo Rigelus do dwóch królów Fae i pokazał kościstym palcem na podwójne drzwi, prowadzące do holu. - To, co dotychczas tu usłyszeliście, powinno was przekonać, że nie ma takiego miejsca na planecie, w którym moglibyście się schronić przed naszym gniewem.
Królowie Fae skłonili się i wyszli bez słowa.
Ciężar spojrzeń Asteri skupił się na Lidii. Zdawały się przepalać jej duszę. Wytrzymała je, tak jak wiele koszmarów w swoim życiu.
- Wstań, Lidio - rzekł Rigelus z nutą bliską czułości. - Wstań, mój Młocie. - Lidia przełknęła gulę, palącą jak kwas, i podniosła się z kolan, a za nią Polluks. Białe skrzydło musnęło jej policzek; nieskazitelna biel i miękkość piór kontrastowały ze zgnilizną jego duszy.
Znów zadźwięczał dzwonek, lecz Rigelus gestem powstrzymał mistrza ceremonii, stojącego w cieniu kolumn. Następna audiencja mogła poczekać.
- Jak idą przesłuchania? - zapytał, rozsiadając się wygodniej na tronie, jakby rozmawiał o pogodzie.
- Pracujemy nad tym - odpowiedziała Lidia, mając wrażenie, jakby usta nie należały do jej ciała. - Trzeba czasu, aby złamać Athalara i Danaana.
- A Ogar z Piekieł? - zapytał Hesperus z okrutnym błyskiem w ciemnych oczach nimfy.
- Ciągle go sonduję. - Lidia zadarła brodę i splotła ręce za plecami. - Ale jestem pewna, Wasze Wysokości, że wyciągnę z niego wszystko, co trzeba.
- Tak, jak zwykle czynisz - przytaknął Rigelus, zerknąwszy na jej srebrną obrożę. - Liczymy na twoje wyrafinowane metody, Łaniu.
Lidia skłoniła się w pas z imperialną maestrią. Obok niej Polluks zrobił to samo, elegancko składając skrzydła. Po prostu ideał żołnierza - bo na takiego przecież był hodowany.
Młot odezwał się dopiero wtedy, gdy wkroczyli do długiego korytarza ciągnącego się za salą tronową.
- Myślisz, że ta mała dziwka naprawdę uciekła na Hel? - Polluks wskazał głową za siebie, na nieprzeniknioną, milczącą kryształową Bramę w odległym końcu korytarza.
Rzędy posągowych popiersi po obu jego stronach, przedstawiające Asteri w różnych formach, jakie przyjmowali przez wieki, zostały zrekonstruowane. Wstawiono nowe szyby w miejsce tych strzaskanych przez błyskawice Athalara.
Podobnie w sali tronowej nie został żaden ślad tamtych wydarzeń. I żadna, najmniejsza plotka o nich nie wyszła poza kryształowe ściany pałacu.
Jedynym dowodem, że coś tu zaszło, byli dwaj wartownicy z Gwardii Asteri, strzegący Bramy z obu stron. Biało-złote mundury lśniły szamerunkami w promieniach słońca, wpadających przez okna, a groty włóczni, trzymanych w urękawiczonych dłoniach, jarzyły się jak spadające gwiazdy. Przyłbice złotych hełmów mieli opuszczone i nie było widać ich twarzy. W sumie nic straconego, uznała. Z pewnością były wyprane z życia i z jakiejkolwiek indywidualności. Ta elita wysoko urodzonych aniołów była hodowana do służby i posłuszeństwa. I noszenia lśniących bielą skrzydeł. Tak jak u anioła u jej boku.
Lidia równym, niespiesznym krokiem zmierzała ku windzie.
- Nie zamierzam tracić czasu na wyjaśnianie tego. Ale nie wątpię, że pewnego dnia Bryce Quinlan tu powróci, obojętnie skąd.
Za oknami roztaczał się widok na siedem wzgórz Wiecznego Miasta, skąpanych w słońcu. Większość z nich obsiadły domy z terakotowymi dachami. Góra o nagim wierzchołku - w sumie raczej wzgórze - leżała pomiędzy siedmioma niemal identycznymi wzniesieniami, na północ od granicy miasta. Na jej szczycie coś lśniło metalicznie jak promień.
Czyżby to była świadoma prowokacja wobec Athalara? Tam, na górze Hermon, gdzie on i Archanielica Shahar po raz pierwszy wystąpili ze swoimi Upadłymi, gdzie odbyła się finalna bitwa rebelii, zgromadzono teraz oddziały nowych, hybrydowych mechów Asteri. Osadzony w lochach Athalar nie mógł ich widzieć, ale znając Rigelusa, można było przypuszczać, że miejsce stacjonowania nowych machin bez wątpienia miało być symboliczne.
Wczoraj rano Lidia czytała raport na temat tego, co szykowali Asteri w ciągu ostatnich paru tygodni - pomimo wysiłków Ophionu, aby to zatrzymać. Pomimo jej wysiłków, aby to zatrzymać. Jednak szczegółowe sprawozdanie nie potrafiło oddać wrażenia, jakie robiły te mechy, lśniące w promieniach zachodzącego słońca. Ulice miasta roiły się od wojskowych transportów, które dostarczały roboty na wzgórze, wpełzając na górę jeden za drugim, z tabunami dziennikarzy depczącymi im po piętach i donoszącymi o najnowszych militarnych technikach.
Żołądek zawsze się jej ściskał na widok tych mechów - i ścisnął się teraz, kiedy patrzyła na stalowo lśniące słońce.
Kolejny dowód klęski Ophionu. Zniszczyli mecha na wyspie Ydra, a potem całe laboratorium, lecz stało się to za późno. Rigelus w sekrecie stworzył metalową armię i zainstalował ją na nagim szczycie Hermon. Nastąpił postęp w dziedzinie militarnych hybryd, które nie wymagały już sterujących nimi operatorów, choć w razie potrzeby w każdej z nich było miejsce na wanowskiego żołnierza. Najprawdopodobniej zwykłe mechy miały być dobrze wykalkulowanym wabikiem dla Ophionu, podczas gdy w sekrecie powstawała najnowsza generacja hybryd. Magia i technika połączyły się z zabójczą skutecznością, zarazem pomagając ograniczyć straty własnych żołnierzy. Lecz dla ocalałych rebeliantów ta broń oznaczała śmierć i klęskę.
Powinna od razu przejrzeć fortel Rigelusa, lecz tak się nie stało. I teraz ten koszmar zostanie spuszczony ze smyczy i poszczuty na świat.
Drzwi windy się rozsunęły i Lidia z Polluksem w milczeniu weszli do kabiny. Łania wcisnęła guzik najniższego podziemnego poziomu - nie, drugiego od końca. Windy nie zjeżdżały do katakumb, do których można było dotrzeć jedynie po spiralnych, kryształowych schodach. Tam śniły na jawie tysiące mistyków.
I wszyscy mieli tylko jedno zadanie: namierzyć Bryce Quinlan.
Pytanie nasuwało się samo: skoro powszechnie wiadomo, że Północna Szczelina i inne Bramy otwierają się na Hel, czemu Asteri angażują aż takie środki w poszukiwanie Bryce? Skoro trafiła na Hel, po co zatrudniać armię mistyków, żeby ją znaleźli?
Chyba że Bryce Quinlan trafiła w inne miejsce niż Hel. Być może do innego świata. A jeśli tak...
Ile czasu mogą potrwać poszukiwania? Ile jest światów poza Midgardem? Jakie są szanse, że Bryce przeżyje w innym świecie - i czy kiedykolwiek wróci na Midgard?
Drzwi windy rozsunęły się, wypuszczając ich prosto w wilgotny, stęchły półmrok lochów. Polluks kroczył pierwszy kamiennym chodnikiem, z ciasno złożonymi skrzydłami, jakby nie chciał, aby brud tego miejsca splamił ich nieskazitelną biel.
- To dlatego utrzymujesz ich przy życiu? Jako przynętę dla tej dziwki?
- Tak. - Lidia kierowała się odgłosem krzyków, mijając brzaskowe kinkiety na ścianach korytarza. - Quinlan i Athalar są dla siebie towarzyszami. Dlatego ona zrobi wszystko, żeby wrócić do naszego świata. A kiedy się tu pojawi, podąży prosto do niego.
- I brata?
- Ruhn i Bryce są Gwiezdnymi Fae - powiedziała Lidia, otwierając grube żelazne drzwi, prowadzące do dużego pomieszczenia izby tortur. Metal zazgrzytał o skałę, wydając odgłos niewiele się różniący od krzyków udręki wokół nich. - Będzie chciała go uwolnić, jako brata i sojusznika.
Zeszła po kilku stopniach do samego serca sali - tam, gdzie trzech mężczyzn, zakutych w gorsyjskie kajdany, zwisało spod sufitu. Pod nimi rozlewały się kałuże krwi, która ściekała do kratek umieszczonych pod ich bosymi stopami.
Lidia zatrzasnęła w sobie wszystko, co czuło i oddychało.
Athalar i Baksjan zwisali nieprzytomni w swoich okowach; ich torsy pokrywała plątanina blizn, rozcięć i przypaleń. A ich plecy...
Nieustające kapanie, jak z zepsutego kranu, rozbrzmiewało w ciszy sali. Krew ciągle sączyła się z kikutów skrzydeł. Gorsyjskie kajdany spowolniały proces uzdrawiania aniołów do niemal ludzkiego poziomu - nie dawały im umrzeć, ale gwarantowały, że będą cierpieć i przeżywać każdą chwilę potwornego bólu.
Lidia nie mogła się zdobyć, żeby spojrzeć na trzecią postać, zwisającą pomiędzy nimi. Nie śmiała nawet głębiej odetchnąć w jego bliskości.
Świsnął skórzany rzemień i Lidia skuliła się wewnętrznie w oczekiwaniu, aż bat uderzy. Spadł na krwawy, odarty do mięsa grzbiet Athalara i Umbra Mortis szarpnął się w łańcuchach.
- Pobudka - warknął Młot. - Mamy piękny dzień.
Opuchnięte powieki Athalara rozwarły się. Nienawiść ziała z ciemnych oczodołów.
Aureola, która na nowo pojawiła się wokół jego skroni, zdawała się ciemniejsza niż cienie w lochach. Zmasakrowane usta rozchyliły się we wściekłym uśmiechu, odsłaniając skrwawione zęby.
- Witaj, słonko.
Cichy, chrapliwy śmiech rozbrzmiał z prawej strony Athalara. I Lidia spojrzała, choć wiedziała, że to szaleństwo.
Ruhn Danaan, następca tronu valbarańskich Fae, patrzył na nią.
Wargę miał opuchniętą w miejscu, gdzie Polluks wydarł mu kolczyk. Podobnie krwawiła brew, skąd również wyrwane zostało kółko. Nagi, wytatuowany tors i ramiona wyciągnięte nad głową znaczyła gęstwina krwawych szram i siniaków.
Intensywnie niebieskie oczy księcia płonęły nienawiścią.
Do niej.
Polluks znów smagnął biczem plecy Athalara, nie zawracając sobie głowy pytaniami. Bo to była tylko rozgrzewka. Na przesłuchanie przyjdzie czas później.
Baksjan nadal był nieprzytomny. Zeszłego wieczoru Polluks stłukł go na krwawą miazgę po tym, jak tępą piłą oderżnął skrzydła jemu i Athalarowi. Ogar tylko lekko drgnął.
"Night" - spróbowała Lidia, przesyłając swój mentalny głos przez dzielące ich, stęchłe powietrze. Dotąd ich umysły rozmawiały tylko we śnie, ale próbowała skomunikować się z nim na jawie od chwili, kiedy tu trafił. Raz po raz wywoływała go w myślach. I zawsze odpowiadała jej cisza.
Taka sama od chwili, kiedy Ruhn zrozumiał, kim ona jest. I kim była.
A przecież wiedziała, że ma telepatyczną zdolność komunikacji, choć gorsyjskie kajdany zablokowały jego magię i spowolniły zdrowienie. Wiedziała, że wcześniej rozmawiał w ten sposób z siostrą, zanim Bryce uciekła.
"Night".
Górna warga Ruhna ściągnęła się w milczącym, nienawistnym uśmiechu. Krew spłynęła mu po brodzie.
Zadzwoniła komórka Polluksa. Świdrujący, głośny dźwięk rozbrzmiał w tej starodawnej świątyni bólu. Umilkł, pozostawiając po sobie potworną ciszę.
- Mordoc - mruknął Młot, nie puszczając pejcza. Odwrócił się od kołyszącego się w łańcuchach, brutalnie potraktowanego ciała Athalara. - Raportuj.
Lidia nie miała pretensji, że jej kapitan donosi Młotowi. Polluks bardzo przeżył śmierć Harpii i osobiście polecił Mordocowi oraz jego wilkozłakom, aby polowali na każdą informację, która mogłaby wyjaśnić, dokąd trafiła Bryce Quinlan.
Jego przekonanie, że Bryce ma na rękach krew Harpii, wynikało wyłącznie z faktu, iż Athalar i Ruhn dotąd nie zdradzili, że zabiła ją Lidia. Wiedzieli, kim jest Łania, i tylko świadomość, jak bardzo jest ważna dla rebelii, kazała im milczeć.
Na moment, kiedy Polluks stał odwrócony, Lidia pozwoliła, aby maska opadła. Niech Ruhn zobaczy jej prawdziwą twarz. Tą, która całowała jego duszę i dzieliła z nim własną, kiedy stawali się jednym bytem.
"Ruhn" - błagała go w myślach. "Ruhn".
Ale książę Fae nie odpowiadał. Nienawiść w jego oczach nie zmalała, więc Lidia znów przywdziała maskę Łani.
Kiedy Polluks wsunął telefon do kieszeni i ponownie wzniósł bicz, Łania rozkazała mu niskim, beznamiętnym głosem, za którym, jak za tarczą, kryła się od lat:
- Lepiej weź drut kolczasty.