1
Jak na wtorkowy wieczór widownia Baletu Miasta Księżycowego była wyjątkowo pełna. Widok tłumu, tłoczącego się w kuluarach, popijającego, rozgadanego i mieszającego się ze sobą, przepełniał Bryce Quinlan cichą radością i dumą.
Powód tego szturmu na spektakl mógł być tylko jeden. Bystry słuch Fae pozwalał jej rozróżnić spośród tysięcy szeptów te, mówiące: "Juniper Andromeda". Gwiazda dzisiejszego przedstawienia.
A jednak, pomimo rozgorączkowanego tłumu, teatr wypełniała atmosfera spokoju i szacunku dla wyższych wartości. Jak w świątyni.
Bryce miała metafizyczne poczucie, że starożytne posągi bogów, zdobiących teatralny hol, śledzą ją wzrokiem. A może chodziło o elegancko ubraną parę wiekowych zmiennokształtnych stojących przy wpółleżącej postaci Cthony - ziemskiej bogini, nagiej i czekającej na objęcia jej kochanka, Solasa. Owi zmiennokształtni - którzy, sądząc po woni, musieli być wielkimi i zamożnymi kotami, na co wskazywały ich zegarki i biżuteria - jawnie śledzili ją wzrokiem.
Bryce posłała im obojętny, powściągliwy uśmiech.
Takie sytuacje powtarzały się regularnie od ataku zeszłej wiosny. Początkowo reakcje były poruszające, bo ludzie przychodzili do niej i płakali z wdzięczności. Teraz tylko patrzyli.
Bryce nie miała pretensji do ludzi, którzy chcieli z nią porozmawiać, jeśli mieli taką potrzebę. Uzdrowiła to miasto, ale jego mieszkańcy...
Wydawało się, że wszystko stracone, kiedy jej światło buchnęło, ogarniając Lunathion. Hunt miał szczęście, bo ocaliło go w chwili, kiedy miał wydać ostatnie tchnienie. Pięć tysięcy innych istot nie miało takiego szczęścia.
Tak samo jak ich rodziny.
Tyle pogrzebowych łodzi spływało Istros ku mgłom Kościeliska, że wyglądały jak stada czarnych łabędzi. Hunt wzleciał z nią w niebo, aby mogła to zobaczyć. Tłumy stały na nabrzeżach, a płacz żałobników niósł się ku niskim ciemnym chmurom, pod którymi szybowała z Athalarem.
Przytulił ją mocniej i wrócili do domu.
- Zapraszam do zdjęcia - zachęcała zmiennokształtnych Ember Quinlan, stojąc pod marmurowym torsem Ogenas, wynurzającej się z fal. Uniesione ręce oceanicznej bogini uwypuklały jej pełne, sterczące piersi. - Tylko dziesięć złotych marek. Piętnaście, jeśli chcecie na nim być.
- Mamo, odbiło ci? - mruknęła Bryce. Ember stała z rękami na biodrach, w pięknej szarej, jedwabnej sukni i paszminie. - Proszę, przestań.
Ember otworzyła usta, jakby chciała powiedzieć coś jeszcze do zmiennokształtnych, którzy szybko oddalili się ku schodom, ale wtrącił się jej mąż.
- Bryce ma rację - powiedział Randall. Wyglądał imponująco w mundurze marynarki.
Ember spiorunowała ojczyma Bryce spojrzeniem ciemnych oczu, lecz Randall, jakby tego nie widział, pokazał na fryz za ich plecami. - To mi przypomina Athalara.
Bryce, wdzięczna za zmianę tematu, popatrzyła w tamtym kierunku. Fryz przedstawiał potężnego Fae, pochylonego nad kowadłem i wznoszącego ciężki młot. Z nieba nad jego głową wystrzelała błyskawica, a jej wyładowanie spływało po młocie na przedmiot, który wykuwał - miecz.
Podpis był lakoniczny: "Rzeźbiarz nieznany. Pamir, ok. 125 e.W.".
Bryce wyjęła komórkę, zrobiła zdjęcie i wybrała okienko czatu "Hunt Athalar jest lepszy ode mnie w sunballu".
Temu nie mogła zaprzeczyć. W zeszłym tygodniu, w słoneczne popołudnie, wybrali się na miejscowe boisko, żeby pograć w sunballa i Hunt ją rozniósł. To wtedy zmienił swoją nazwę w jej telefonie.
Paroma ruchami kciuków dopisała: "To twój zapomniany przodek?" i wysłała zdjęcie.
Kiedy chowała komórkę, zobaczyła, że matka ją obserwuje.
- Co jest? - burknęła.
Ember pokazała na fresk.
- Kogo on przedstawia?
Bryce spojrzała na podpis w dolnym prawym rogu.
- Tu jest tylko napisane: "Wykuwanie Miecza" - przetłumaczyła.
Matka zerknęła na zatarty napis.
- W jakim języku?
- W Dawnej Mowie Fae.
- Aha. - Ember wydęła usta i Randall wtopił się w tłum, aby podziwiać strzelistą statuę Luny, celującej z łuku ku niebiosom, z dwoma myśliwskimi psami u nóg i jeleniem trącającym nosem jej biodro. - Tak dobrze ją znasz?
- Znam - odparła Bryce i dodała: - Przydaje się.
- Wyobrażam sobie. - Ember zatknęła za ucho pasmo czarnych włosów.
Bryce przeszła do następnego fryzu, podwieszonego pod sufitem na niewidzialnych drutach.
- A ten pokazuje Pierwsze Wojny - powiedziała, studiując płaskorzeźbę wykutą w marmurze. - Przedstawiono tu... - Postarała się o neutralny wyraz twarzy.
- Co? - Ember podeszła bliżej, aby podziwiać zastępy skrzydlatych demonów atakujących z nieba ziemską armię zgromadzoną na równinie.
- Tu widzisz wojska Hel, które przybyły, aby podbić Midgard w czasie Pierwszych Wojen - dokończyła Bryce, utrzymując obojętny ton głosu. Starała się wyrzucić z głowy nawałę ostrych kłów i pazurów, łopot skórzastych skrzydeł, huk jej karabinu rezonujący w kościach, ulice spływające krwią i krzyki, wrzaski...
- To dzieło szybko zyska uznanie - zauważył Randall, który wrócił i razem z nimi podziwiał fryz.
Bryce nie odpowiedziała. Nie miała ochoty rozmawiać z rodzicami o wydarzeniach z zeszłej wiosny. A już zwłaszcza nie wśród tłumu tłoczącego się w teatralnym holu.
Randall ruchem brody pokazał na plakietkę.
- Co tam jest napisane?
Bryce, świadoma, że matka śledzi każde drgnienie jej powieki, nawet nie mrugnęła, tłumacząc tekst z Dawnej Mowy Fae.
Nie w tym rzecz, że chciała ukryć, przez co przeszła. Parę razy rozmawiała o tym z rodzicami. Nieodmiennie kończyło się to płaczem Ember albo gniewną tyradą przeciwko Wanom, którzy zamknęli tylu niewinnych, i w rezultacie emocje matki zaczynały dominować nad emocjami córki.
Bryce uznała, że łatwiej będzie unikać takich tematów. Może sobie je przegadać z Huntem albo wypocić na zajęciach z tańca u Madame Kyrah dwa razy w tygodniu. Małe kroki, które miały ją doprowadzić do terapeutycznej kozetki, tak jak sugerowała Juniper. Bardzo jej pomagały.
Bryce spojrzała na tekst.
- To dzieło jest częścią większej całości, zapewne zajmującej cały front budynku, której każdy fragment opowiada inną historię. Podpis głosi: "Oto siedmiu książąt Hel, którzy, patrząc pożądliwie na Midgard, szczują swoje barbarzyńskie hordy na połączone armie".
- Najwyraźniej nic się nie zmieniło od piętnastu tysięcy lat - powiedziała Ember i cień przemknął w jej ciemnych oczach.
Bryce zignorowała tę uwagę. Nigdy nie mówiła Ember o księciu Aidasie, o tym, jak dwa razy jej pomógł, i o tym, że wydaje się nieświadomy mrocznych planów swoich braci. Gdyby matka wiedziała, że jest w tak dobrych stosunkach z piątym księciem Hel, trzeba by przedefiniować pojęcie berserkerskiego szału.
- Nie mogliby cię tu zatrudnić? - zapytała Ember, pokazując szerokim gestem opalonej ręki na paradne wejście do gmachu BMK oraz główny hol i inne poziomy, gdzie jedna wystawa goniła drugą. - Masz doskonałe kwalifikacje. Idealnie się dla nich nadajesz.
- Nie szukają pracowników.
Istotnie tak było, a Bryce nie chciała wykorzystywać swojego statusu księżniczki. Wolałaby dostać pracę w prestiżowym miejscu ze względu na własne zasługi, a nie na tytuł.
Jej praca w Archiwach Fae... Z pewnością dostała ją dlatego, że dla nich była przede wszystkim księżniczką Fae. Jednak tych dwóch sytuacji nie dało się porównać, bo o swoje ostatnie zajęcie niespecjalnie się starała.
- Może jednak byś spróbowała?
- Mamo. - W głosie Bryce pojawił się ostry ton.
- Bryce.
- Moje drogie panie. - Randall żartobliwym tonem próbował rozładować napięcie.
Bryce uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością, ale matka zmarszczyła czoło. Z westchnieniem wzniosła oczy ku roziskrzonym żyrandolom nad głowami eleganckiego tłumu.
- Mamo, dajmy już temu spokój, dobrze?
- Z czym mamy sobie dać spokój? - zapytała Ember niewinnym tonem.
- Z twoimi pomysłami na temat mojego zatrudnienia - wycedziła Bryce przez zaciśnięte zęby. - Przez lata suszyłaś mi głowę z powodu pracy asystentki, a teraz, kiedy mam lepsze zajęcie, znów ci się nie podoba?
Nie powinna tego mówić w tym miejscu, wśród tłumu, ale nie mogła się powstrzymać.
Ember najwyraźniej nie miała podobnych skrupułów.
- Ależ skąd, podoba mi się. Chodzi jedynie o miejsce, w którym pracujesz.
- Archiwa Fae działają niezależnie od niego - odparła Bryce.
- Czyżby? Sama słyszałam, jak chwalił się, nazywając je swoją osobistą biblioteką.
Bryce zasznurowała usta.
- Mamo, galerii już nie ma, a ja potrzebuję pracy. Co poradzę, że nie ma dla mnie ofert z korpo od dziewiątej do piątej albo że dział sztuki Baletu Miejskiego nie szuka pracowników?
- Po prostu nie rozumiem, czemu nie chcesz pogadać z Jesibą. Przecież ciągle ma ten swój magazyn i na pewno potrzebuje kogoś do pomocy.
Bryce miała ochotę wznieść oczy do sufitu, ale się powstrzymała. Już pierwszego dnia ataku na miasto tamtej wiosny Jesiba ewakuowała galerię oraz cenne woluminy - jedyne, które ocalały ze starożytnej Wielkiej Biblioteki Parthos. Większość zbiorów Jesiby znajdowała się w magazynie, zapakowana w pudła, lecz Bryce nie miała pojęcia, gdzie Roga ukryła książki z Parthos - jeden z nielicznych zabytków ludzkiego świata sprzed nadejścia Asteri. Zakrawało na cud, że nikt im nie doniósł o tej książkowej kontrabandzie.
- Nie wiem, jak mam prosić o pracę, aby nie wyglądało, że o nią żebrzę - powiedziała.
- Księżniczki nie żebrzą.
Bryce już nie pamiętała, ile razy mówiła matce, że nie jest żadną księżniczką. Nie chciała nią być, a pieprzony Jesienny Król z pewnością też by tego nie chciał. Ostatni raz rozmawiała z tym dupkiem, kiedy odwiedził ją w galerii, tuż przed starciem z Micahem, gdy ujawniła, jaka moc płynie w jej żyłach.
Z trudem się powstrzymała, żeby nie zerknąć na swój dekolt, gdzie głębokie wycięcie zwiewnej bladoniebieskiej sukni odsłaniało znamię w kształcie gwiazdy między jej piersiami. Na szczęście z tyłu suknia nie była aż tak wycięta, aby można było zobaczyć róg wytatuowany na plecach. Białe znamię odznaczało się niczym stara blizna na tle opalonej skóry. Nie zbladło przez te trzy miesiące, które minęły od ataku na miasto.
Bryce już dawno przestała liczyć, ile razy tego wieczoru spojrzenie matki potajemnie pomknęło ku jej znamieniu.
Grupa olśniewających kobiet - leśnych nimf, jak można się było domyślać po ich cedrowej woni - przeszła obok nich, z kieliszkami szampana w rękach i Bryce zniżyła głos:
- Co mam ci powiedzieć? Że wrócę do domu, do Nidaros i będę udawała normalność?
- A co jest złego w normalności? - Piękna twarz matki płonęła wewnętrznym ogniem, który nie tylko nigdy nie gasł, lecz także nawet nie przygasał. - Myślę, że Huntowi podobałoby się takie życie.
- Hunt nadal pracuje dla 33 Legionu, mamo - wyjaśniła Bryce. - Do cholery, już zapomniałaś, że jest zastępcą dowódcy? Możliwe, że chciał ci sprawić przyjemność, mówiąc, że fajnie by mu się żyło w Nidaros, ale zapewniam cię, że nawet przez chwilę o tym nie pomyślał.
- Aleś go wkopała - skomentował Randall, pochylony nad najbliższą plakietką.
Bryce nie zdążyła odpowiedzieć, bo Ember ją ubiegła.
- Nie myśl, że nie zauważyłam, że w waszym związku jest coś dziwnego.
Istne mistrzostwo świata - matka w ciągu pięciu minut potrafiła poruszyć dwa tematy, o których Bryce nie chciała mówić.
- W jakim sensie?
- Jesteście razem, ale nie ze sobą - stwierdziła Ember, nie owijając w bawełnę. - O co tu chodzi?
- Nie twoja sprawa - odparowała Bryce. Jej komórka jak na zamówienie zawibrowała w torebce. Wyjęła ją i spojrzała na ekran.
Hunt odpisał: "Chciałbym mieć taki sześciopak!".
Bryce, uśmiechając się nieznacznie, zerknęła przez ramię na napakowanego Fae z młotem, po czym wystukała: "Jeszcze trochę ci do niego brakuje".
- Nie mów do mnie w ten sposób, Bryce Adelaide Quinlan.
Smartfon znów zawibrował, ale nie spojrzała, co odpisał Hunt, tylko odpowiedziała matce:
- Czy mogłabyś przestać? I nie waż się o tym wspomnieć, kiedy się zjawi.
Ember już miała zripostować, kiedy wtrącił się Randall.
- Święta racja. Żadnych pytań o pracę, czy o wasz związek w obecności Hunta.
Ember nie miała ochoty się poddać, więc Bryce powiedziała szybko:
- Mamo... po prostu przestań, okej? Moja praca mi nie przeszkadza, a z Huntem jest jak jest i dobrze nam z tym. Nie narzekam i niech tak pozostanie.
Kłamała. W pewien sposób.
Lubiła swoją pracę, naprawdę. Prywatne zbiory Archiwum Fae zawierały starożytne artefakty, zaniedbane od wieków. Kolekcja wymagała pilnego przejrzenia i skatalogowania, gdyż wiosną miała być pokazywana na objazdowej wystawie.
Bryce sama ustalała godziny pracy, a nad sobą miała tylko główną archiwistkę, zmiennokształtną sowę - jedną z niewielu nie-Fae w zespole - lecz ta pracowała od zmierzchu do świtu, więc przeważnie się rozmijały. Najgorszym momentem dnia było dla Bryce wejście przez główny gmach do rozległego kompleksu budynków, bo strażnicy gapili się na nią. Niektórzy nawet się kłaniali. Dalej szła przez atrium, gdzie ścigały ją spojrzenia pracowników biblioteki i klientów.
Właściwie teraz wszyscy się na nią gapili i miała tego kurewsko dosyć. Ale nie zamierzała żalić się matce.
- Jak sobie życzysz - powiedziała Ember. - Przecież wiesz, że po prostu się o ciebie martwię.
Coś drgnęło w piersi Bryce.
- Wiem, mamo. I wiem, że... - Starała się dobierać słowa. - Bardzo mi pomaga myśl, że mam dom, do którego mogę w każdej chwili wrócić. Ale jeszcze nie teraz.
- Słusznie - skomentował Randall i rzuciwszy Ember znaczące spojrzenie, objął ją w talii i pokierował ku kolejnemu fryzowi na drugim końcu holu.
Bryce natychmiast sięgnęła po telefon i zobaczyła dwie wiadomości od Hunta.
"Masz ochotę policzyć żeberka na moim kaloryferze, kiedy wrócimy z baletu?"
Bryce poczuła rozkoszny dreszcz i palce podkurczyły się jej w butach. Dziękowała bogom, że jej rodzice mieli tylko ludzki węch.
Hunt dodał: "Przy okazji, będę o piątej. Jest nowe zadanie i Isaiah mnie trochę przetrzymał".
Posłała mu uniesiony kciuk i odpisała: "Przyjedź ASAP, pls. Strasznie mnie grillują na temat pracy. I ciebie".
Hunt zareagował natychmiast. Bryce przeczytała, idąc powoli w stronę rodziców, wpatrzonych we fryz. "Mnie?"
- Bryce! - zawołała matka, pokazując na płaskorzeźbę. - Zobacz, to JU!
Bryce uniosła głowę i zachichotała.
- Zajebisty wojownik Jelly Urodzinka. - Tym razem dzieło przedstawiało pegaza, choć nie był to pegaz-jednorożec, jak jej zabawka z dzieciństwa, szarżującego na polu bitwy i dosiadanego przez zakutego w zbroję jeźdźca ze wzniesionym mieczem. Zrobiła zdjęcie i wysłała do Hunta.
"Pierwsze Wojny, JU do boju!"
Już miała odpowiedzieć na jego pytanie "Mnie?", kiedy matka powiedziała:
- Napisz Huntowi, żeby przestał flirtować i się pospieszył.
Bryce spiorunowała ją wzrokiem i schowała komórkę.
Tyle rzeczy się zmieniło, odkąd ujawniła swoje pochodzenie jako córki Jesiennego Króla i potomkini Gwiezdnych Fae. Ludzie się na nią gapili, choć usiłowała się ukryć za ciemnymi okularami i pod daszkiem czapki. Dostała pracę w Archiwum Fae. Dobrze, że przynajmniej matka się nie zmieniła.
Bryce, wchodząc do prywatnej loży w sekcji dla aniołów - znajdującej się po lewej stronie widowni, na pierwszym poziomie - z uśmiechem popatrzyła na ciężką złotą kurtynę, która jeszcze się nie uniosła. Za dziesięć minut miało się zacząć przedstawienie. A wtedy świat zobaczy, jak nieludzko utalentowana jest Juniper.
Ember z wdziękiem opadła na fotel wyściełany czerwonym aksamitem przy samej krawędzi loży. Randall usiadł obok niej. Matka Bryce nie uśmiechała się. Trudno było się temu dziwić, zważywszy, że cała lśniąca od klejnotów, wytworna elita zgromadzona w znajdujących się w przeciwległym skrzydle lożach królewskich Fae gapiła się na jej córkę. To cud, że Ember jeszcze nie pokazała im faka.
Randall spojrzał w dół ponad złoconą poręczą i aż gwizdnął na widok pierwszych rzędów.
- Ładny widok.
Powietrze za plecami Bryce ożyło, nagle naelektryzowane. Włoski na jej ramionach zjeżyły się. Męski głos zadudnił od wejścia:
- Oto przywilej posiadania skrzydeł, nikt nie chce siadać za tobą.
Bryce rozwinęła w sobie zdolność natychmiastowego wyczuwania obecności Hunta, tak jak czuje się zapach błyskawic niesiony przez wiatr. Wystarczyło, aby wszedł do pomieszczenia, i już czuła w ciele uderzenie energii. Nie tylko jej magia to czuła: jej krew także.
Zobaczyła Hunta stojącego w drzwiach i szarpiącego węzeł krawata na szyi.
Był jak zwykle piekielnie... boski.
Miał na sobie czarny garnitur i białą koszulę, świetnie skrojone do jego muskularnego ciała. Efekt był powalający, a wszystko na tle szarych skrzydeł... natychmiast poczuła wilgoć w majtkach.
Jego uśmieszek mówił wszystko, ale najpierw zwrócił się do Randalla:
- Nieźle się prezentujesz, stary. Przepraszam za spóźnienie. - Bryce ledwie słyszała odpowiedź ojczyma, bo na scenie malakim rozpoczęli swój spektakl.
W tym miesiącu Hunt krócej się ostrzygł. Nie za krótko, bo interweniowała u jego stylisty, kiedy draki chciał ściąć długie, bujne pukle. Skończyło się na włosach do ramion. Ta długość mu pasowała, ale po paru tygodniach i tak ją zaskoczył, kiedy zobaczyła, że sczesuje włosy do tyłu, zostawiając tylko parę niesfornych kosmyków, wystających przez otwór sunballówki, noszonej tył na przód. Dzisiaj jednak zmusił je do posłuchu, odsłaniając czoło.
I ten ciągły szok dla niej: zero tatuaży. Ani śladu całych lat tortur, które musiał przejść anioł, zanim na niewolniczym tatuażu na jego prawym przegubie nie wytłoczono symbolu "C", oznaczającego wolnego mężczyznę. Jeszcze nie pełnego obywatela, ale bliższego tego statusu niż peregrini.
Mankiet zakrywał ten stempel. Bryce przeniosła wzrok na twarz Hunta. Usta miał spękane, a w ciemnych oczach czaiło się pożądanie.
- Ty też fajnie wyglądasz - powiedział, puszczając do niej oko.
Randall zakaszlał dyskretnie, ale dalej wertował program. Obok niego Ember robiła to samo.
Bryce musnęła dłonią przód niebieskiej sukni.
- W tej staroci?
Hunt zachichotał i jeszcze bardziej rozluźnił krawat.
Bryce westchnęła.
- Proszę, powiedz mi, że nie jesteś jednym z tych wielkich, twardych facetów, którzy głośno marudzą, że musieli się wbić w garnitur.
Teraz odkaszlnęła Ember, ale oczy Hunta się śmiały, kiedy odpowiedział Bryce:
- Na szczęście nie muszę tego robić zbyt często, co?
Przerwało im pukanie do drzwi loży i pojawił się kelner - satyr z tacą z szampanem.
- Od panny Andromedy - oznajmił kopytny pracownik w liberii.
Bryce uśmiechnęła się.
- Wow. - Zanotowała w pamięci, aby podwoić bukiet, który zamierzała nazajutrz posłać June. Wzięła kieliszek od satyra, ale zanim zdążyła go podnieść do ust, Hunt powstrzymał ją, lekko chwytając za przegub. Oficjalnie zakończyła już okres abstynencji, trwający od wiosny, ale podejrzewała, że chodziło mu o coś więcej niż przyhamowanie jej zapędów.
Pytająco uniosła brwi i zaczekawszy, aż kelner odejdzie, zapytała:
- Nie chcesz, żebym wzniosła toast?
Hunt sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął coś, co wyglądało jak pudełeczko z miętówkami. Albo z czymś, co przypominało miętówki. Zanim zdążyła zareagować, wpuścił białą pigułeczkę do kieliszka.
- Na Hel, co...?
- Po prostu sprawdzam. - Hunt obserwował jej kieliszek. - Jeśli wrzucono narkotyki albo truciznę, kolor zmieni się na zielony.
Ember z aprobatą kiwnęła głową.
- Satyr powiedział, że szampan jest od Juniper, ale skąd można mieć pewność, Bryce? Wszystko tam może być. - Obrzuciła Hunta łaskawym spojrzeniem. - Dobry pomysł.
Bryce chciała zaprotestować, ale uznała, że nie ma sensu.
- I co teraz? To już się nie nadaje do picia?
- Pastylka nie zmienia smaku - odrzekł Hunt i stuknął się z nią smukłym kieliszkiem z bladozłocistym płynem. - Na zdrowie.
- Boski trunek - mruknęła, ale wypiła. Smakowało jak szampan, bez śladu jakiegokolwiek dodatku.
Złote kinkiety i skrzące się kandelabry przygasły dwa razy w odstępie pięciu minut, sygnalizując zbliżający się początek spektaklu. Bryce i Hunt zajęli miejsca za jej rodzicami. Stąd ledwie było widać Furię Axtar, siedzącą w pierwszym rzędzie.
Hunt podążył wzrokiem za spojrzeniem Bryce.
- Nie chciała siedzieć tu z nami?
- Nie. - Bryce obserwowała lśniące, ciemne włosy przyjaciółki i jej czarny strój. - Chce widzieć z bliska każdą kroplę potu na czole Juniper.
- Myślałem, że widzi to każdego wieczoru - stwierdził cierpko Hunt i Bryce zmarszczyła czoło.
Niespodziewanie Ember odwróciła się w fotelu ze szczerym uśmiechem na twarzy.
- Co tam słychać u Furii i Juniper? Zamieszkały razem?
- Tak, dwa tygodnie temu. - Bryce wyciągała szyję, żeby przyjrzeć się Furii, zaczytanej w programie. - I dobrze im idzie. Myślę, że tym razem Furia zostanie na dłużej.
Jej matka zapytała ostrożnie:
- A ty i Furia? Bo różnie pomiędzy wami bywało.
Hunt uprzejmie zajął się swoim smartfonem. Bryce kartkowała strony programu.
- Wyjaśnienie pewnych spraw zajęło trochę czasu, ale już jest dobrze.
- Czy Axtar dalej robi to, co potrafi najlepiej? - zagadnął Hunt.
- Tak. - Bryce była mu wdzięczna, że jawnie nie nazwał jej przyjaciółki płatną najemniczką. - I dobrze jej z tym. Najważniejsze, że June i Furia są ze sobą szczęśliwe.
- To dobrze. - Ember uśmiechnęła się łagodnie. - Taka ładna z nich para. - I to była cała jej mama, cała ona. Ember oceniła związek swojej córki i Hunta. - Wy też powinniście wziąć z nich przykład.
Bryce zapadła się w fotelu, zasłaniając programem płonącą twarz. Czemu te światła nie gasną? Na szczęście Hunt wziął sprawę na klatę.
- Kto czeka, ten się doczeka, Ember.
Bryce się zjeżyła, słysząc jego rozbawiony, kpiący ton. Trzasnęła programem o kolana.
- Dzisiaj jest wielki dzień June. Nie spieprz go głupim gadaniem.
Ember klepnęła córkę w kolano, po czym skupiła się na scenie.
Hunt dopił szampana, a Bryce zaschło w ustach na widok mocarnej kolumny jego szyi pochłaniającej złocisty płyn.
- No proszę, a myślałem, że lubisz gadać - powiedział.
Bryce śliniła się na jego widok, ale nie chciała zrujnować sobie sukni, skupiła się więc na obserwacji tłumu zajmującego miejsca w lożach. Mnóstwo spojrzeń kierowało się w ich stronę.
Zwłaszcza z lóż zajmowanych przez Fae. Nie zauważyła ani swojego ojca, ani Ruhna, ale rozpoznała parę znajomych twarzy. W tym rodziców Tristana Flynna - lorda i lady Hawthorne, wraz ze snobistyczną córką Sathią, siedzącą pomiędzy nimi. Żaden z tych boskich celebrytów nie był zachwycony obecnością Bryce. I dobrze.
- Pamiętaj, że dzisiaj jest wielki dzień dla June - szepnął Hunt z lekkim uśmieszkiem.
- O co ci chodzi? - żachnęła się.
Hunt pokazał ruchem głowy na elitarnych Fae i ich kwaśne miny.
- Widzę, że kombinujesz, jak pokazać, co o nich sądzisz.
- Nieprawda.
Pochylił się ku niej jeszcze bardziej, muskając jej szyję oddechem.
- A właśnie, że tak. Wiem, bo sam mam podobne pomysły. - Tu i tam na widowni rozbłysły flesze i Bryce była pewna, że towarzystwo nie fotografuje kurtyny.
Zerknęła z boku na Hunta; na twarz, którą znała tak dobrze jak własną. Przez moment, przez zbyt krótką wieczność, patrzyli na siebie. Bryce przełknęła z wysiłkiem, ale nie była w stanie się ruszyć, przerwać wzrokowego kontaktu.
Grdyka Hunta poruszyła się. On też nic nie mówił.
Trzy pieprzone miesiące tej tortury. Głupie trwanie przy sobie. Coś więcej niż przyjaciele. Więcej, lecz bez fizycznych doznań.
Odezwał się wreszcie niskim, nabrzmiałym z napięcia głosem.
- Miło z twojej strony, że przyszłaś tutaj dla Juniper.
Bryce odrzuciła włosy na ramię.
- Mówisz to tak, jakby to było wielkie poświęcenie.
Ruchem brody pokazał na ciągle nadętych Fae.
- Nie wypada tu siedzieć w czapce i ciemnych okularach więc... no wiesz.
Kiwnęła głową.
- Szkoda, że nie załatwiła nam dostawek gdzieś wyżej.
Juniper - z myślą o sterczących skrzydłach Hunta - zarezerwowała im lożę. W ten sposób każdy mógł się gapić na Gwiezdną Księżniczkę i Upadłego Anioła.
Orkiestra zaczęła stroić instrumenty. Dźwięki budzących się do życia skrzypiec i fletów skierowały uwagę Bryce na kanał dla orkiestry. Jej mięśnie same się napięły, jakby antycypowały ruch. Taniec.
Hunt znów pochylił się ku niej i powiedział głębokim, wibrującym głosem:
- Pięknie wyglądasz, wiesz?
- Och, wiem - odpowiedziała, przygryzając dolną wargę, żeby się nie uśmiechnąć. Światła zaczęły przygasać i Bryce postanowiła się dłużej nie cackać. - To kiedy mam policzyć te twoje żeberka, Athalarze?
Anioł odchrząknął i poruszył się w fotelu, aż zaszeleściły pióra. Bryce uśmiechnęła się skrycie.
- Jeszcze cztery miesiące, Quinlan - odpowiedział szeptem.
- I trzy dni - dodała.
Oczy mu błysnęły w zapadającej ciemności.
- O czym tak szepczecie? - zapytała Ember i Bryce odpowiedziała, nie odrywając wzroku od Hunta:
- O niczym ważnym.
O czymś bardzo ważnym. O tym głupim układzie, który z nim zawarła - że nie wskoczą od razu do łóżka, tylko zaczekają z zaspokojeniem swoich żądz do Zimowego Przesilenia. W ciągu lata i jesieni mieli się lepiej poznać, wyjść z cienia psychotycznego Archanioła i grasujących demonów.
I trwali w tym postanowieniu. Masochistycznie torturowali się flirtem i czasami - a zwłaszcza dzisiejszego wieczoru - Bryce szczerze żałowała swojej propozycji. Miała ochotę zaciągnąć Athalara do szatni i zedrzeć z niego ten wieczorowy strój.
Cztery miesiące, trzy dni i... Zerknęła na swój mały damski zegarek. I cztery godziny. Ale z wybiciem godziny Zimowego Przesilenia...
- Na pieprzonego płonącego Solasa, Quinlan - szepnął Hunt i znów poprawił się w fotelu.
- Przepraszam - mruknęła i po raz drugi podziękowała losowi, że jej rodzice nie mają węchu tak czułego jak jej anioł.
Ale Hunt tylko się roześmiał i położył rękę na oparciu jej fotela, bawiąc się pasmami długich włosów. Sprawiał wrażenie zadowolonego. Pewnego swojej pozycji tutaj.
Spojrzała na rodziców, których łączyła podobna bliskość i uśmiechnęła się mimo woli. Mama też nie rzuciła się od razu na Randalla. Musieli mieć podobne przeżycia jak oni albo tak sobie przynajmniej wyobrażała. Bryce wiedziała, że minął prawie rok, zanim sformalizowali swój związek. I okazał się cholernie mocny.
Dlatego ceniła sobie te trudne miesiące z Huntem, tak jak ceniła lekcje tańca u Madame Kyrah. Nikt poza nim nie rozumiał, przez co musiała przejść, bo tylko on był przy Bramie.
Chłonęła wzrokiem przystojne rysy, kolejny raz zagryzając wargi. Ile nocy przegadali o wszystkim i o niczym? Ile razy zamawiali coś do domu, oglądali filmy i programy rozrywkowe, mecze sunballa, grali w gry wideo albo po prostu siedzieli na dachu, obserwując, jak malakim, czarownice i draki śmigają po niebie niczym komety?
Wiele jej opowiadał o swojej przeszłości - rzeczy smutne, koszmarne i wesołe. Chciała wiedzieć o nim wszystko. A im więcej się dowiadywała, tym bliższy się jej stawał i tym bardziej...
Światło wystrzeliło z gwiazdy na jej piersi.
Bryce nakryła ją ręką.
- Nie powinnam zakładać tej głupiej kiecki.
Nie do końca udało się stłumić oślepiająco białe światło zalewające widownię i wydobywające z mroku setki twarzy skupionych na orkiestrze, która ucichła, czekając na dyrygenta.
Nie ośmieliła się popatrzyć na Fae, aby nie zobaczyć ich zdegustowanych, potępiających min.
Ember i Randall odwrócili się do niej. W twarzy ojczyma zobaczyła troskę. Ember miała oczy rozszerzone strachem. Ona też widziała niechętne miny Fae. Całe życie starała się ukrywać Bryce przed nimi, bo wiedziała, jak zareagują na moc, która teraz z niej emanowała.
Jakiś idiota wrzasnął z widowni na parterze:
- Hej, zgaś to światło!
Bryce poczuła, że palą ją policzki, kiedy parę osób zachichotało, ale szybko ucichło. Mogła się tylko domyślać, że była to zasługa Furii.
Zakrywała teraz gwiazdę obiema dłońmi, wściekła, że ta cholera zaświeciła w najmniej odpowiednim momencie.
- Nie wiem, jak to zgasić - mruknęła, przyjmując pozycję, jakby chciała zerwać się z fotela i uciec z loży do pustego teraz westybulu.
Ale Hunt przesunął ciepłą, suchą ręką po jej piersiach i nakrył znak, więżąc jego światło w swojej dużej dłoni. Stłumiony blask przeświecał mu przez palce, barwiąc śniadą skórę na złocistoróżowy kolor.
- Przyznaj się, chciałaś, żebym cię popieścił - szepnął, a Bryce zdobyła się tylko na głupi chichot. Wtuliła twarz w ramię Hunta; gładki materiał garnituru chłodził jej policzki i skroń.
- Chcesz wyjść na chwilę? - zapytał, choć widziała, jak piorunował wściekłym spojrzeniem tych nadąsanych buców. Elita Fae szeptała o hańbie.
- Może wrócimy do domu? - Ember miała zmartwiony głos.
- Nie - odparła stanowczo Bryce, przykładając dłoń do dłoni Hunta. - Nic mi nie jest.
- Nie możesz tu tak siedzieć - argumentowała matka.
- Mamo, wszystko w porządku.
Dłoń Hunta nawet nie drgnęła.
- Jesteśmy przyzwyczajeni, że tak się na nas gapią, prawda, Quinlan? - Posłał Ember promienny uśmiech. - Mogą nam naskoczyć. - W jego uśmiechu pojawiło się okrucieństwo mające przypomnieć im wszystkim, że nazywa się nie tylko Hunt Athalar, ale także Umbra Mortis, Cień Śmierci.
Zasłużył sobie na ten przydomek.
Ember znów z aprobatą skinęła głową, Randall uczynił podobny gest. Na szczęście pojawił się dyrygent i w sali rozbrzmiały oklaski.
Bryce głęboko wciągnęła powietrze i z wolna je wypuściła. Nie miała żadnej kontroli nad jaśnieniem czy gaśnięciem swojej gwiazdy. Upiła łyk szampana i lekkim tonem powiedziała do Hunta:
- Jutro plotkarskie nagłówki będą krzyczały: "Napalony Umbra Mortis maca Gwiezdną Księżniczkę w teatrze".
- Niezłe - mruknął Hunt. - Moja pozycja w Trzydziestce Trójce będzie wyższa.
Uśmiechnęła się. Jednym z wielu jego darów była zdolność rozśmieszania jej, zwłaszcza w momentach, kiedy świat się sprzysięgał, aby ją upokorzyć i odwrócić się od niej.
Palce na jej piersi pociemniały i Bryce odetchnęła z ulgą.
- Dzięki - powiedziała, kiedy dyrygent uniósł pałeczkę.
Hunt niespiesznie zabrał rękę z jej piersi.
- Nie dziękuj, Quinlan.
Zerknęła na niego z ukosa, zdziwiona ledwie dostrzegalną zmianą tonu. Ale orkiestra zaczęła grać melodyjną uwerturę i kurtyna się podniosła. Bryce wychyliła się z zapartym tchem, czekając na wielkie wejście swojej przyjaciółki.
Prolog
Sofie przeżyła dwa tygodnie w obozie śmierci w Kavalli.
Dwa tygodnie, a jednak wartownicy - wilkozłaki nie zdążyli jej wytropić. Wszystko szło zgodnie z planem. Fetor bydlęcego wagonu, w którym musiała się tłoczyć dzień po dniu, przeniknął ją do szpiku kości. I trwał, kiedy kazali im wysiąść i maszerować pomiędzy ceglanymi barakami obozu - tego nowego Hel, które było tylko pomniejszonym modelem piekła, jakie szykowali im Asteri, gdyby wojna miała dalej trwać.
Wystarczyły dwa tygodnie, aby fetor stał się jej własną wonią, mylącą czułe nosy wilkozłaków. Tego ranka stała zaledwie parę kroków od strażnika pilnującego kolejki więźniów do śniadania i nawet nie spojrzał w jej kierunku.
Taki mały sukces. Każdy plus się liczył w tej sytuacji.
Połowa baz buntowników Ophionu upadła. Wkrótce ten los spotka kolejne. Ale dla niej istniały teraz tylko dwa miejsca - obóz oraz port w Servaście, jej dzisiejszy cel. Samotnie, nawet pieszo, doszłaby tam bez wysiłku. Pozwalała jej na to rzadka cecha, polegająca na zdolności płynnego przechodzenia od człowieka do Wana. Do tego była jednym z niewielu ludzi, którzy zaliczyli Skok.
Po przejściu rytuału właściwie dołączyła do Wanów, co gwarantowało długie życie oraz inne korzyści, jakich nie mogło jej dać dziedzictwo człowieczej rodziny. Nie pomyślałaby o takim kroku, gdyby nie zachęta rodziców. Przekonali ją, że zdolność uzdrawiania się, jaką uzyska po Skoku, stanie się dodatkową obroną przed światem zaprogramowanym na zniszczenie jej gatunku. Zrobiła to w tajemnicy, w nielegalnym, głęboko zakamuflowanym centrum Skoku, a jej Kotwicą był lubieżny satyr. Jako zwyczajową zapłatę za rytuał musiała oddać energię brzasku. Od tego czasu przez lata uczyła się nosić swoje człowieczeństwo jak płaszcz, którym można się osłonić. Ale nigdy naprawdę nie będzie Wanem. Nie w sercu. Nie w duszy.
Lecz nie dzisiaj... Dzisiaj Sofie nie miała nic przeciwko obudzeniu w sobie bestii.
Podróż nie zapowiadała się łatwo, zważywszy na kilkanaście drobnych postaci przyczajonych za nią w błocie, przed płotem z drutu kolczastego.
Pięciu chłopców i sześć dziewczynek skupiło się wokół jej trzynastoletniego brata, który stał czujnie wyprostowany, niczym pasterz strzegący stada.
Dzieci o ziemistej skórze były wychudzone. Zbyt wielkie oczy patrzyły z wymizerowanych twarzy. Nie dostrzegała w nich nadziei.
Sofie nie potrzebowała wysłuchiwać ich historii. Sama miała podobną: ich zbuntowani ludzcy rodzice zostali uwięzieni albo sprzedani w niewolę. W jej przypadku była to druga opcja.
Dotąd miała więcej szczęścia niż rozumu. Wilkozłaki nie potrafiły jej wyczuć, ale to mogło się zmienić w każdej chwili. Przed trzema laty zasiedziała się do późna z przyjaciółmi w uniwersyteckiej bibliotece. Wracając do domu po północy, z daleka dostrzegła wybite okna i wyważone drzwi. Na ścianie ich skromnego domku na przedmieściach namazano sprayem - REBELIANCKIE ŚCIERWA. Rzuciła się do ucieczki, błogosławiąc boginię Urd, bo wilcza straż, warująca przed wejściem, jej nie dostrzegła.
Z czasem udało się jej ustalić, że rodzice nie żyją, zamęczeni na torturach przez jeleniołaczkę lub elitarny szwadron jej wilczych inkwizytorów. Prowadząc miesiącami kwerendę w obrębie Ophionu, zdołała także się dowiedzieć, że jej dziadkowie zostali zesłani do obozu Bracchus na północy i tam rozstrzelano ich wraz z innymi starszymi ludźmi, a ciała zgniły w zbiorowej mogile.
Jej brat zaś... Dopiero teraz się dowiedziała, jaki los spotkał Emile'a. Latami współpracowała z buntownikami Ophionu w zamian za jakiekolwiek strzępy informacji o nim i o reszcie rodziny. Nie chciała pamiętać, co robiła, by zdobyć tę wiedzę. Szpiegowanie i zabijanie na zlecenie Ophionu - te rzeczy ciążyły jej na sumieniu niczym płaszcz z ołowiu.
Aż wreszcie Ophion uznał, że zasłużyła się na tyle, by jej ujawnić, że Emile trafił do obozu w Kavalli i jakimś cudem nadal żyje. To dużo, ale kolejnym zadaniem było przekonać dowództwo, żeby pozwolono jej go uratować.
Nic by z tego nie wyszło, gdyby nie pomoc Pippy. Dowództwo ufało swojej wiernej i dzielnej bojowniczce, dowódczyni elitarnego oddziału Łuna. Sofie była dla nich cenna zwłaszcza teraz, kiedy szeregi rebeliantów zostały mocno przerzedzone. Choć to jej niekompletne człowieczeństwo... Znała swoją wartość, lecz krew Wanów w jej żyłach sprawiała, że nigdy całkiem jej nie zaufano. Dlatego Sofie czasami potrzebowała Pippy - akcje Łuny pod dowództwem Pippy potrzebowały zaś mocy Sofie.
Rebeliantka nie pomagała jej z czystej sympatii. Sofie była przekonana, że w partyzanckiej siatce Ophionu nie ma miejsca na przyjaźń. Jednak Pippa była oportunistką i wiedziała, że jeśli ta skomplikowana operacja się uda i powróci w triumfie, dowództwo spojrzy na nią jeszcze łaskawszym okiem.
W tydzień po tym, jak plan został zaaprobowany, trzy lata po aresztowaniu jej rodziny, Sofie dostała się do Kavalli.
Zaczekała, aż pojawi się patrol wilkozłaków i wyszła prosto na nich, niecałą milę od obozu. Od razu znaleźli zaszyte w jej płaszczu podrobione papiery rebeliantów. Nie mieli natomiast pojęcia, że Sofie ma ukryte w głowie informacje, które mogą zapoczątkować finalną fazę walk przeciwko Asteri.
Cios mogący zakończyć wojnę.
Ophion za późno się zorientował, że przed wyruszeniem do Kavalli Sofie wreszcie wypełniła misję, do której przygotowywała się przez całe lata. Zanim nawiązała z nimi współpracę, zadbała, aby Ophion i Pippa byli świadomi, jaką wiedzę posiadła. To dawało jej pewność, że nie wycofają się z obietnicy wyciągnięcia jej i Emile'a z obozu. Wiedziała, że słono zapłaci za trzymanie informacji w sekrecie i wykorzystanie ich jako swoistego zabezpieczenia.
Ale o to będzie się martwić później.
Wilczy patrol przesłuchiwał ją przez dwa dni. Potem wrzucono ją wraz z innymi do bydlęcego wagonu. Byli przekonani, że mają do czynienia z przygłupią dziewczyną rodzaju ludzkiego, wykorzystaną przez kochasia, który podrzucił jej trefne papiery.
W życiu by nie przypuszczała, że przyda się jej fakultet z aktorstwa. Kiedy miała wyrywane paznokcie, w kółko powtarzała w myślach słowa ulubionego wykładowcy doceniającego jej aktorski talent. I zeznawała, grając rolę życia.
Zastanawiała się, czy dowództwo Ophionu zorientuje się, że prowadzi z nimi grę, wykorzystując swoje zdolności aktorskie.
Ale to też nie było ważne, przynajmniej na razie. Tego dnia liczył się tylko desperacki plan, który miała wprowadzić w życie. Jeśli nie zostanie zdradzona, jeśli dowództwo nie domyśli się prawdy, dwadzieścia mil dalej będzie czekała łódź, którą dostaną się na Pangerę. Sofie ogarnęła spojrzeniem gromadkę dzieci, modląc się w duchu, żeby pomieściło się w niej więcej niż trzech pasażerów, o których początkowo mówiła.
Przez pierwsze półtora tygodnia w obozie wypatrywała brata na wielkim terenie. Aż wreszcie, parę dni temu, dojrzała go w kolejce po posiłek. Udała, że się potknęła, by ukryć szok, radość i smutek.
Tak wyrósł. Był wyższy niż ojciec. Wydawał się złożony z chudych członków i kości - okrutna karykatura zdrowego, wyrośniętego trzynastolatka, którym powinien być. I tylko twarz... ciągle jeszcze dziecinna, tak jak ją zapamiętała, choć dało się w niej wypatrzyć pierwsze oznaki męskiej dojrzałości.
Jeszcze tego samego dnia wyczaiła moment, żeby wślizgnąć się do jego baraku. Pomimo trzyletniej rozłąki i niezliczonych nieszczęść, które ich dotknęły, brat od razu rozpoznał siostrę. Nie była w stanie mu odmówić, kiedy zaczął błagać, aby wraz z nim zabrała resztę dzieci.
I teraz za jej plecami przyczaiła się cała dwunastka.
Lada chwila syreny mogły zawyć na alarm. Zdążyła się już nauczyć tych sygnałów, bo każdy oznaczał coś innego - pobudkę, posiłek, naloty kontrolne.
Przenikliwy krzyk ptaka przeszył nisko ścielącą się mgłę. Czysto, można iść.
Dziękując w myślach kapłanowi słońca i bogu, któremu służył, Sofie wyciągnęła zmaltretowaną dłoń w kierunku drutów pod napięciem. Nie patrzyła na opuchnięte palce bez paznokci; nie zważała, że są sztywne i pozbawione czucia. Dotknęła drutów i uderzył w nią prąd.
Energia przeniknęła ją, weszła w nią i stała się nią. Dała sobą kierować wedle życzenia.
Jednak myśl i energia ogrodzenia znów skierowała się na zewnątrz. Czubki palców iskrzyły, kiedy Sofie zacisnęła je na ogrodzeniu. Metal pod jej ręką rozpalił się do barwy pomarańczowej, a potem czerwonej.
Ustawiła dłoń kantem i nacisnęła, a jej powierzchnia była tak rozpalona, że cięła metal i druty jak masło. Za jej plecami Emile upominał dzieci, żeby nie krzyczały, ale usłyszała, jak jeden z chłopców szepcze: "Czarownica".
Typowy ludzki strach przed zdolnościami Wanów - a zwłaszcza przed kobietami obdarzonymi tak potężną mocą. Sofie nie odwróciła się, aby mu wyjaśnić, że to nie moc czarów z niej emanuje, tylko coś o wiele bardziej niezwykłego.
Poczuła dotyk chłodnej ziemi, kiedy przecięła wszystko do samego dołu. Rozwarła połówki ogrodzenia na tyle szeroko, żeby zmieścić się w otworze. Dzieci ruszyły ku niej, ale powstrzymała je gestem, czujnie wpatrzona w pustą przestrzeń za płotem. Droga oddzielająca obóz od lasu i gęstych paproci była pusta.
Jednak zagrożenie mogło nadejść z innej strony. Wzrok Sofie pomknął ku strażniczym wieżyczkom sterczącym na rogach obozu, skąd wartownicy ze snajperskimi karabinami bezustannie obserwowali okolicę.
Nabrała powietrza i znów energia, wyssana z ogrodzenia, targnęła jej ciałem. Iskry sypnęły się ze szperaczy i reflektory oślepły. Rozległy się krzyki i w obozie wszczął się nerwowy ruch.
Sofie poszerzyła przejście, nie zważając na metal wgryzający się w dłonie i ponagliła dzieciaki do biegu - szybko, szybko, szybko...
Małe cienie w jasnoszarych drelichach, brudnych i obszarpanych, były zbyt widoczne w świetle księżyca bliskiego pełni. Dzieciaki wybiegły przez wyrwę w płocie, przecięły błotnistą drogę i wpadły w leśny gąszcz, kryjący głęboki wąwóz. Emile zabezpieczał tyły; widok jego tykowatej, chudej postaci ciągle był dla niej szokiem, równie potężnym jak moce, którymi władała.
Nie miała czasu na takie myśli. Biegła za nim, osłabiona z niedożywienia i pracy ponad siły, przygnieciona koszmarem tego miejsca. Kamienie raniły bose stopy, ślizgające się w błocie, ale widok wymizerowanych twarzyczek wyglądających z gęstwy paproci kazał jej zapomnieć o bólu.
- Szybko, szybko - szepnęła.
Furgonetka zaraz odjedzie.
Jedna z dziewczynek zachwiała się, kiedy poderwawszy się na nogi, chciała zbiec po stoku wąwozu. Sofie chwyciła ją za kościste ramię i podtrzymując słaniające się dziecko, pociągnęła je za sobą przez gąszcz paproci. Z pośpiechu potknęła się o korzenie. Szybciej. Muszą biec szybciej...
Zawyła syrena.
Tego sygnału Sofie jeszcze nie słyszała, ale było jasne, co oznacza: ucieczkę.
Snopy świateł latarek rozbłysły pomiędzy drzewami, kiedy Sofie zbiegała z dziećmi stromym zboczem wąwozu. Zatem wilkozłaki przybrały ludzką postać. Dobrze, bo w tym wcieleniu dużo gorzej widziały w ciemnościach. Źle, bo miały ręce, a w nich broń.
Brakowało jej powietrza, ale zdołała się skupić i wysłała za siebie niszczący impuls energii. Światła latarek zgasły. Nawet brzask nie pokonałby jej mocy. Podniosły się krzyki - męskie, wściekłe.
Sofie wybiegła przed dzieci, a Emile został z tyłu, pilnując, żeby nikogo nie zgubić. Mimo całego przerażenia czuła dumę, patrząc na niego.
Wiedziała, że jeśli ich złapią, nie wrócą do obozu żywi.
Mięśnie nóg ją paliły, kiedy wdzierała się na strome przeciwległe zbocze. Wolała nie myśleć, co muszą czuć dzieci, skoro własne nogi nie chciały jej nieść. Kiedy wyszli na górę, wilkozłaki zawyły; nieludzki dźwięk wydobył się z ich humanoidalnych gardeł. Na nowo skrzykiwały się do pogoni.
Sofie zaczęła popychać dzieci, żeby biegły szybciej. Pośród mgły, paproci, drzew i kamieni...
Kiedy jeden z chłopców upadł, poniosła go dalej, usiłując skupić się na słabych, chudych rączkach, wczepionych w jej bluzę.
Szybko, szybko, szybko...
I wreszcie droga, a na niej furgonetka. Agent Silverbow czekał.
Nie znała jego prawdziwego imienia. Nie pozwoliła mu go zdradzić, ale domyślała się, czym - albo kim - jest. Dla niej zawsze będzie Silverem. I jak zwykle nie zostawił jej w potrzebie.
A tak się zarzekał, że nie pomoże! Mówił, że Ophion go zabije, jeśli się urwie ze swojej aktualnej misji. Że Pippa go zabije albo rozkaże jednemu z żołnierzy swojej Łuny, aby to zrobił.
Tymczasem przyjechał tu z Sofie i przez dwa tygodnie czekał w ukryciu, aż do wczorajszej nocy, kiedy przysłała mu sygnał brzasku - jedyny znak, jaki ośmieliła się dać w tym obozie śmierci infiltrowanym przez Wanów. Oznaczał, że Silver za dwadzieścia cztery godziny ma być w umówionym miejscu.
Poprosiła, aby nie używał swoich mocy, nawet jeśli miałoby mu to zapewnić bezpieczeństwo. Nie chciała, aby wyssały z niego siły potrzebne do pomocy w ucieczce. Potrzebowała całej jego sprawności.
W świetle księżyca twarz Silvera majaczyła bladą plamą nad kołnierzem imperialnego, ukradzionego munduru. Włosy miał gładko przyczesane i prezentował się nienagannie, jak przystało na oficera. Nie krył niezadowolenia na widok dodatkowej jedenastki dzieci - wyraźnie wątpiąc, czy zdoła je upchnąć w pospolitej białej furgonetce.
- Wszystkie - powiedziała twardo Sofie, zatrzymując się przy aucie. - Wszystkie, Silver.
Zrozumiał. Zawsze ją rozumiał.
Z niezwykłą zwinnością wyskoczył z wozu i otworzył tylne drzwi. Po minucie Sofie siedziała w fotelu pasażera, czując ciepło ciała mężczyzny przez podarte ubranie. Zanim zdążyła wziąć pierwszy spokojny oddech, wcisnął gaz i ruszył z piskiem opon. Jadąc, muskał kciukiem jej ramię, jakby chciał się upewnić, że ona tu jest. Że jej się udało.
Żadne z dzieci nie powiedziało słowa. Żadne nie zapłakało.
Furgonetka pędziła w noc, a Sofie zastanawiała się, czy jeszcze potrafią.
Dojechanie do portu w Servaście zajęło im trzydzieści minut.
Sofie jechała oparta o Silvera, który - choć pędził po wyboistej, krętej bocznej drodze - upewnił się, że dzieci znalazły jedzenie w torbach upchniętych w bagażniku. Były w nich racje dla trzech osób, ale mali obozowicze podzielili pomiędzy siebie każdy okruszek. Silver zatroszczył się także o porcję dla Sofie. Po dwóch tygodniach w obozie czuła się jak wrak i nie mogła się nadziwić, jak te dzieciaki mogły przetrwać całe miesiące. Lata. Jej brat spędził tam aż trzy lata.
- Jeleniołaczka czai się w pobliżu. Dziś rano dostałem raport, że jest w Alcene - powiedział cicho Silver, biorąc kolejny ostry zakręt.
Chodziło o niewielkie miasto, odległe o dwie godziny jazdy - jeden z ważnych punktów przeładunkowych przy Trakcie, wiązce linii kolejowych, wiodących z północy na południe, którymi dostarczano amunicję i zaopatrzenie dla imperialnych oddziałów.
- Szpiedzy meldują, że przemieszcza się w naszym kierunku.
Sofie poczuła ucisk w żołądku, jednak skupiła się na wkładaniu ubrania i butów, które przywiózł dla niej Silver.
- Miejmy nadzieję, że zdążymy dotrzeć do wybrzeża przed nią - dodał. Grdyka mu chodziła.
- A Pippa? - ośmieliła się zapytać Sofie.
W szczęce Silvera zadrgał mięsień. On i Pippa od lat rywalizowali o awans do wyższych rang dowództwa. "Oszalała fanatyczka" - tak nieraz o niej mówił, zwykle po brutalnych akcjach Łuny, która nie brała jeńców. Jednak Sofie rozumiała fanatyczne poświęcenie Pippy dla sprawy, bo sama dorastała jako człowiek i dobrze wiedziała, jak takie osoby są traktowane przez Wanów. Silver nie miał szans tego zrozumieć.
- Na razie nic nie wiem - odparł. - Lepiej niech siedzi cicho tam, gdzie obiecała, że będzie siedzieć. - Niechęć i nieufność emanowały z każdego jego słowa.
W kabinie zapadła cisza. Sofie nie mogła mu zdradzić informacji, które posiadła, choć tyle dla niej zrobił i tyle dla niej znaczył; choć tyle czasu spędzili ze sobą, łącząc się w ciszy ciałami i duszami. Nie mogła nikomu powiedzieć - aż do chwili, kiedy dowództwo spełni swoje obietnice.
Asteri już się pewnie domyślili, co odkryła. To oni musieli wysłać jej tropem jeleniołaczkę, aby ta uciszyła ją raz na zawsze.
Lecz w tej chwili ważniejsze było inne zagrożenie. Gdy pędzili do Servastu, wilkozłaki tropiły ich wytrwale, niczym psy gończe. Silver też musiał to wiedzieć, gdyż ciągle zerkał we wsteczne lusterko.
Zapewne we dwoje daliby radę paru zmiennokształtnym wilkom, bo już tak bywało, ale za uciekinierami z Kavalli z pewnością wysłano duży oddział. Za duży, aby udało im się przeżyć w starciu.
Ale Sofie musiała być gotowa na wszystko. Przed wyruszeniem do Kavalli oddała swój kom-kryształ, za pomocą którego mogła się łączyć z dowództwem. Ów wyjątkowy, cenny instrument łączności przysługiwał wyłącznie najlepszym szpiegom Ophionu. Wiedziała, że ten odłamek kwarcu będzie u nich bezpieczny. Tak jak Emile ma być bezpieczny pod opieką Silvera. Dał jej na to słowo.
Kiedy wyszli z auta, mgła spowijała wąskie nabrzeża Servastu i wiła się nad zimnymi, mrocznymi wodami Morza Haldreńskiego. Osnuwała stare kamienne domy portowego miasta, rozmywając brzaskowy blask latarni. Żaden promień światła nie przesączał się przez zamknięte okiennice. Żaden samochód ani przechodzień nie mącił ciszy wymarłych ulic.
Zupełnie jakby zaułki Servastu opustoszały z okazji ich przyjazdu. Jakby mieszkańcy - głównie niezamożni rybacy, zarówno rodzaju ludzkiego, jak i Wanowie, obywatele Domu Wielu Wód - zadekowali się w domach, wyczuwając, że tej mglistej, ciemnej nocy lepiej nie wystawiać nosa za drzwi.
Nie, kiedy wilkozłaki są na łowach.
Silver prowadził. Włosy wystawały mu spod czapki, mocno wciśniętej na głowę, czujne oczy błyskały spod daszka, a dłoń trzymał blisko broni, którą miał przy boku. Sofie nie raz widziała, jak zabijał swoją mocą, ale czasami łatwiej było użyć pistoletu.
Emile trzymał się przy niej, kiedy przemykali przez stare, zaniedbane i puste place targowe. Czuła spojrzenia śledzące ich zza zamkniętych okiennic. Ale nikt nie zaoferował im schronienia i pomocy.
Sofie o to nie dbała. Dopóki miała nadzieję, że łódź czeka w umówionym miejscu, Hel mogło pochłonąć to miasto.
Na szczęście trzy przecznice dalej, na końcu długiego drewnianego pomostu, Bodegraven już czekał z włączonym silnikiem. Srebrne litery połyskiwały na czarnej burcie niewielkiego parostatku. Blade światło sączyło się z paru iluminatorów, ale pokład był pusty. Emile gwałtownie wciągnął powietrze, jakby Luna zesłała mu wizję.
Sofie modliła się, aby inne łodzie Ophionu czekały poza portem, gotowe do wsparcia, tak jak jej to obiecało dowództwo, w zamian za cenny nabytek, po który pojechała do obozu. Było im wszystko jedno, czy tym nabytkiem będzie jej brat, czy coś innego. Ważne, że powiedziała im, co on potrafi.
Bez ustanku przeczesywała wzrokiem ulice, doki i niebo.
Moc w żyłach Sofie pulsowała w kontrze do rytmu jej serca. Jakby dudniły kości, wybijając podzwonne. To było ostrzeżenie.
Teraz albo nigdy.
Chciała biec, ale szeroka dłoń Silvera opadła na jej bark.
- Oni tam są - powiedział z tym swoim akcentem z północy. Dzięki wrażliwym zmysłom wyczuwał wilkozłaki o wiele lepiej niż ona.
Daremnie wpatrywała się w dachy, ulice i mgłę.
- Jak blisko?
Napięcie ściągnęło przystojne rysy agenta.
- Są wszędzie. Wszędzie, kurwa.
Tylko trzy przecznice dzieliły ich od wybawienia. Na najbliższej ulicy rozbrzmiały okrzyki:
- Tam! Tam!
Jedno uderzenie serca i decyzja. Jedno uderzenie... - Emile zatrzymał się i strach błysnął w jego ciemnych oczach.
Dość strachu. Dość bólu.
- Leć - syknęła do Silvera. Sięgnął po broń, ale przytrzymała jego rękę i popatrzyła mu w oczy. - Wsadź dzieci na łódź, niech płyną. Ja zatrzymam wilkozłaki i dołączę do was.
Dzieci ruszyły biegiem i tylko Emile jeszcze się ociągał.
- Leć! - nakazała Silverowi jeszcze raz. Musnął jej policzek najczulszym gestem, po czym pospieszył za dziećmi, krzycząc do kapitana, żeby ustawił silnik na wyższe obroty. Nikt nie przeżyje, jeśli zaraz nie odpłyną.
Odwróciła się do brata.
- Biegnij na łódź.
Jego oczy - oczy ich matki - rozszerzyły się gwałtownie.
- Ale jak ty...
- Odnajdę cię, Emile, obiecuję. Pamiętaj, co ci mówiłam. A teraz leć.
Obejmując chude, kościste ciało, skrycie wciągnęła jego zapach, głęboko ukryty pod warstwą obozowego potu i brudu. Emile się zachwiał i omal nie upadł, kiedy wyczuł energię kumulującą się w czubkach palców siostry.
- Niech za to zapłacą - powiedział cicho.
Sofie przymknęła oczy, zagłębiając się w siebie. Kumulując energię. Światła zgasły w pobliskich domach. Kiedy w ciemnościach otworzyła oczy, dostrzegła, że Emile już jest na pomoście. Silver czekał tam na niego. Jego sylwetka rysowała się na tle jedynej latarni, jaka się jeszcze paliła. Spojrzenia Sofie i Silvera spotkały się.
Raz, krótko skinęła głową - mając nadzieję, że włożyła w ten gest wszystko, co miała w sercu - i wycelowała tam, skąd niosło się wycie wilkozłaków.
Sofie wybiegła prosto w złote snopy świateł czterech aut oznaczonych symbolem Asteri: SPQM w wieńcu siedmiu gwiazd. W każdym tłoczyły się wilkozłaki w imperialnych mundurach, z bronią gotową do strzału.
Od razu zobaczyła złotowłosą kobietę siedzącą na przednim siedzeniu odkrytego wojskowego pojazdu. Na jej szyi lśnił srebrny naszyjnik.
Łania.
Jeleniołaczka jechała w obstawie dwóch strzelców, którzy celowali w Sofie. Nawet w ciemnościach włosy Lidii Cervos lśniły. Jej piękna twarz była chłodna i nieruchoma. W spojrzeniu bursztynowych oczu, wpatrzonych w Sofie, kryło się złośliwe rozbawienie. Triumf.
Sofie zdążyła uskoczyć za róg, zanim serie z broni huknęły jak grzmot. Wściekły pomruk wilkozłaków przetoczył się przez mgłę, kiedy pognała między domy ile sił w nogach, byle dalej od nabrzeża. Od łodzi i dzieci. Od Emile'a.
Silver nie wesprze jej swoją mocą. Nie będzie wiedział, gdzie jest.
Zdyszana biegła przez puste, mroczne ulice, zagłębiając się w miasto. Zabuczała jachtowa syrena. Dźwięk, stłumiony mgłą, zdawał się naglić, żeby szybko wracała.
W odpowiedzi z tyłu zawył chór upiornych głosów. Zbliżały się.
Zatem część pogoni przybrała wilczą postać.
Pazury zazgrzytały na bruku i Sofie przyspieszyła, zagryzając zęby. Kierowała się ku jedynemu miejscu znalezionemu wcześniej na planie Servastu, w którym miała szansę się obronić. Syrena znów zabuczała, oznajmiając, że zaraz muszą odpłynąć.
Jeszcze trochę dalej, w miasto... jeszcze trochę.
Pazury rwały za nią.
"Nie zwalniaj". Nie tylko wilki jej zagrażały; także snajperzy, czekający na dogodny moment do strzału. Jeleniołaczka musiała wiedzieć, jakie informacje posiada uciekinierka. Sofie powinna być dumna, że Łania we własnej osobie dowodzi akcją przeciwko niej.
Przed nią pojawił się niewielki plac z fontanną pośrodku. Sofie wystrzeliła w nią skondensowaną wiązkę mocy, która przebiwszy kamień i metal, zagotowała wodę, aż wytrysnęła potężnym gejzerem. Wilki, wybiegające z ulic otaczających plac, z pluskiem wpadły w wodę i otoczyły ją kręgiem.
Sofie znieruchomiała pośrodku zalanego placu.
Wilki w ludzkiej postaci nosiły imperialne mundury. Na kołnierzach lśniły srebrne strzałki. Sofie poczuła ucisk w żołądku. Tylko jeden rodzaj wilkozłaków miał takie srebrne dystynkcje - osobista gwardia Łani. Elita zmiennokształtnych.
Syrena znów zabuczała, zapowiadając ostateczne pożegnanie.
Sofie wskoczyła na krawędź fontanny i uśmiechnęła się do wilków zacieśniających krąg wokół niej. Jeszcze jej nie zabiją. Nie zrobią tego, zanim Łania jej nie przesłucha. Szkoda, że nie wiedziały, kim naprawdę jest Sofie. Ani człowiekiem, ani wiedźmą.
Uwolniła moc, którą w sobie kumulowała.
Trzeszczące wyładowaniami kłęby energii skupiły się na czubkach jej palców i końcach krótkich kasztanowych włosów. Któryś z wilkozłaków nagle pojął, w czym rzecz, skojarzywszy jedną z mitologicznych opowieści, jakie Wanowie opowiadali swoim dzieciom.
- Ona jest pieprzonym piorunowcem! - ryknął, kiedy wyładowanie energii trafiło w wodę, w której on i jego towarzysze stali po kostki.
Nie mieli szans.
Kamienie jeszcze iskrzyły, kiedy Sofie rzuciła się w stronę doków, poświęciwszy tylko jedno spojrzenie na wpół zanurzonym, dymiącym trupom. Nadtopione srebrne strzałki spływały z kołnierzy.
Znów syrena. Jeszcze może zdążyć.
Wilkozłak tylko częściowo miał rację. Sofie była w połowie piorunnym ptakiem. Dawno temu jej prababka, zanim ją stracono, miała ludzkiego partnera. Dziedzictwo, które długo pozostawało tylko rodzinną legendą, po latach objawiło się w jej prawnuczce.
Dlatego buntownikom tak zależało na Sofie Renast i dlatego wysyłali ją na niebezpieczne misje. Z tego powodu Pippa zaczęła ją cenić. Sofie wydzielała zapach człowieka i za niego ją uważano, lecz w jej żyłach kryła się moc zdolna zabić w ułamku sekundy. Dawno temu Asteri doprowadzili do niemal całkowitej zagłady piorunnych ptaków. Sofie nie udało się dowiedzieć, jak prababka umknęła myśliwym, gdyż jej potomkowie pilnie strzegli sekretu swojego pochodzenia. Ona też strzegła.
Aż do chwili, kiedy trzy lata temu aresztowano i zabito jej rodziców. Wówczas dotarła do najbliższej bazy Ophionu i zademonstrowała im, co potrafi. A potem powiedziała, czego żąda w zamian za swoje usługi.
Nienawidziła buntowników niemal tak samo, jak Asteri i świata, który stworzyli. Przez trzy lata Ophion zwodził ją obietnicą zlokalizowania Emile'a i uwolnienia go, zapewniając, że zaraz to zrobi, tylko niech Sofie zaliczy jeszcze jedną misję. Pippa i Silver prawdopodobnie wierzyli w Sprawę, choć różnili się co do metod i celów walki. Tymczasem dla Sofie liczył się tylko Emile. Marzenie o wolnym świecie jest cudowną rzeczą, ale co jej przyjdzie z wolności, kiedy nie ma rodziny, aby się wspólnie nią cieszyć?
Ileż to razy dla tych rebeliantów wysysała energię z sieci, ze świateł i maszyn, aby zabijać nią, zabijać, zabijać, aż jej dusza rozpadała się na kawałki. Zaczęła się nawet zastanawiać, czy ich nie porzucić i nie poszukać brata na własną rękę, ale nie była szpiegiem. Nie miała swojej siatki. Służyła więc dalej Ophionowi i w tajemnicy tworzyła własną przynętę, za pomocą której mogłaby wabić buntowników. Zadbała, aby się domyślali, jak cenne informacje posiadła, zanim udała się do Kavalli.
Szybciej, szybciej. Biegła z powrotem do nabrzeża. Jeśli nie zdąży, powinna tam być szalupa, którą spróbuje dopłynąć do statku. Ostatecznie rzuci się do wody i będzie płynąć wpław, aż Silver ją zauważy i wyrwie z wody swoją mocą.
Mijała zrujnowane domy i wyboiste ulice, zasnute welonem mgły.
Gdy zobaczyła przed sobą długi drewniany pomost i statek wciągający cumy, przyspieszyła.
Na pokładzie Bodegravena widziała wpatrzonego w nią Silvera. Dlaczego nie użył mocy, żeby jej pomóc? Przebiegła jeszcze kilkanaście kroków i zobaczyła, że mężczyzna trzyma się za krwawiące ramię.
Niech Cthona ma go w swej opiece. Nie sprawiał wrażenia ciężko rannego, ale Sofie miała podejrzenia co do rodzaju kuli, która go trafiła. Pocisk z rdzeniem z gorsyjskiego kamienia, który neutralizuje magię.
Moc Silvera była bezużyteczna. Ale jeśli snajper postrzelił go na pokładzie... Sofie przeszył dreszcz.
Wojskowy pojazd stał w cieniu budynku przy nabrzeżu. Siedziała w nim Łania, ze snajperem u boku celującym w Sofie. Uciekinierka miała wrażenie, jakby wszystko znikło i został tylko czarny złowrogi wylot lufy.
W magazynku musiał być cały ładunek gorsyjskich pocisków. Które mogły ją dosięgnąć w ułamku sekundy.
Złociste oczy jeleniołaczki jarzyły się w mroku jak węgle. Sofie oceniła odległość dzielącą ją od pomostu i liny, którą Silver rzucił na deski i powoli rozwijał, w miarę jak jacht oddalał się od nabrzeża.
Łania prowokująco przekrzywiła głowę. Zwodniczo spokojny głos wydobył się spomiędzy karminowych warg:
- Jesteś szybsza od kuli, piorunowcu?
Sofie nie marnowała czasu na odpowiedź. Szybka jak wiatr z fiordów swojej ojczyzny, runęła przed siebie, pędząc do pomostu. Wiedziała, że jest na celowniku.
Koniec pomostu zamajaczył w mroku, pośród ciemnej wody.
Karabin wystrzelił z trzaskiem.
Ryk Silvera rozdarł noc, zanim Sofie upadła na deski w deszczu odłamków tnących jej twarz, a siła uderzenia smagnęła ją po oku. Ból przeszył prawe udo, zostawiając rozdarte mięśnie i zmiażdżoną kość. Spadł na nią tak gwałtownie, że wtłoczył jej krzyk w gardło.
Ryk Silvera urwał się gwałtownie i usłyszała, jak wrzeszczy do kapitana: "Płyń, płyń, płyń!".
Sofie, leżąc twarzą na deskach, czuła, że jest niedobrze. Uniosła głowę, tłumiąc okrzyk bólu. Krew ciekła jej z nosa. Monotonne pulsowanie silników jednostek klasy Omega wibrowało jej w ciele, kiedy patrzyła, jak światła suną po ciemnej wodzie ku nabrzeżu.
Cztery imperialne, wojenne okręty podwodne niczym stado rekinów szykowały się do okrążenia Bodegravena.
Pippa Spetsos stała na pokładzie statku buntowników Orrae, tnącego mroczne wody Morza Haldreńskiego. W oddali, niczym złote gwiazdy, migotały brzaskowe światła miast rozrzuconych wzdłuż północnego wybrzeża Pangery.
Ale Pippa patrzyła w stronę Servastu, śledząc niewielkie, sunące ku nim światełko.
Bodegraven stawił się na czas.
Pippa przycisnęła dłoń do zimnego, twardego pancerza na piersi, tuż nad godłem oddziału Łuna, przedstawiającym zachodzące słońce. Ale to nie był jeszcze moment, aby odetchnąć z ulgą. Musiała najpierw zobaczyć Sofie i upewnić się, że dwie cenne wartości są bezpieczne: jej wiedza i jej brat.
Dopiero potem będzie mogła pokazać Sofie, co dowództwo sądzi o fakcie, że zostało zmanipulowane.
Agent Silverbow, ten arogancki głupiec, pomagał kobiecie, którą kochał. Wartość, jaką przedstawiała Sofie, dla niego się nie liczyła. A może jednak? Wiedza, którą jakoby gromadziła przez lata, mogła skusić także jego.
Zjawił się kapitan Richmond.
- Raportuj - rozkazała.
Zdążył się już boleśnie przekonać, że musi jej słuchać. Dobrze wiedział, kto z dowództwa wspiera Pippę i jest gotów poszczuć Hel na każdego, kto spróbuje jej zaszkodzić.
- Nawiązaliśmy kontakt radiowy - dodał. - Twojej współpracowniczki tam nie ma.
Pippa zamarła.
- A brat?
- Chłopak jest. I jedenastka innych dzieciaków z Kavalli. Sofie Renast została, żeby zabezpieczyć ich ucieczkę. Przykro mi.
"Przykro mi"... Pippa straciła rachubę, ile razy słyszała te pieprzone słowa.
Jednak tym razem... Przecież mają Emile'a. Czy jest wart utraty Sofie?
To była gra, którą podjęli, zdając sobie sprawę z ryzyka. Zakładali, że mogą utracić jedną wartość, lecz w zamian zyskać drugą. Ale tak było, zanim Sofie wyruszyła na misję, bo tuż przed przeniknięciem do obozu poinformowała dowództwo, że posiadła kluczowe informacje na temat ich wrogów. Zatem utrata Sofie teraz, kiedy ma tak...
- Chcę, żeby... - syknęła do kapitana.
Nie dokończyła. Jeden z marynarzy ludzkiej rasy gwałtownie rozsunął przeszklone drzwi sterówki. W świetle księżyca jego twarz miała blady, upiorny odcień. Popatrzył na kapitana, a potem na Pippę, niepewny, komu ma raportować.
- Bodegraven ma na ogonie cztery Omegi, szybko zmniejszające dystans. Agent Silverbow wyeliminowany, trafiony w ramię gorsyjską kulą - zameldował.
Pippa poczuła ucisk w żołądku. Z gorsyjską kulą w ciele Silverbow będzie bezużyteczny.
- Prędzej zatopią łódź, niż pozwolą tym dzieciom uciec - powiedziała.
Nie zdążyła zobojętnieć na okropności tego świata na tyle, aby ta myśl jej nie zmroziła. Kapitan Richmond zaklął pod nosem.
- Przygotować działa - rozkazała Pippa. Choć szanse przeżycia ataku Omeg były nikłe, mogli chociaż odwrócić uwagę od jachtu. Kapitan skinął głową, lecz marynarz gwałtownie wciągnął powietrze i pokazał coś w oddali. Na ląd spłynęła fala ciemności.
- Na Hel, co...
- To nie Hel - mruknęła Pippa, obserwując, jak zaciemnienie się rozszerza.
To musiała być robota Sofie albo... - Wytężonym wzrokiem wpatrzyła się w Bodegravena, aby w następnej chwili pobiec na mostek. Richmond ruszył za nią.
Stanęli zdyszani przed panoramiczną szybą. Bodegraven szedł ku nim całą parą, ścigając się ze lśniącymi spod wody światłami czterech Omeg, które były coraz bliżej.
Wtem w głębi rozbłysło potężne białe światło i owinęło długimi mackami najbliższą łódź podwodną.
Za moment puściło swoją ofiarę i pomknęło do kolejnej. Światła pierwszej Omegi zgasły. Radar na mostku nie wykazał nawet śladu po jednostce wroga.
- O, bogowie - wyszeptał Richmond.
"Coś w tym stylu" - miała ochotę powiedzieć Pippa. Osobliwy dar Sofie pozwalał jej władać nie tylko elektrycznością, lecz także energią brzasku. Właściwie była w stanie zakumulować każdy rodzaj energii, aby nią sterować. Przed wiekami Asteri całkowicie wytępili jej gatunek - właśnie z powodu owego daru - albo tak im się przynajmniej wydawało.
Ale teraz było ich dwoje.
Sofie mówiła, że jej moc jest niczym w porównaniu z mocą brata. Potęgę tej mocy Pippa mogła teraz podziwiać, kiedy świetlne macki pomknęły ku drugiej Omedze - i znów nastąpił blackout. Skończywszy z nią, sięgnęły po trzecią.
Nie widziała Emile'a na pokładzie Bodegravena, ale musiał tam być.
- Jak można zatopić Omegę bez torped? - mruknął jeden z marynarzy. Trzecia łódź podwodna była bliżej i wyraźnie widzieli, jak światło podkrada się do niej. Pippa dostrzegła wykwitające z niego długie, strzępiaste smugi - jak skrzydła.
- Anioł? - szepnął ktoś. Pippa w duchu wzruszyła ramionami. Pośród nielicznych Wanów w Ophionie nie było aniołów. Gdyby ona mogła decydować, nie byłoby tam żadnych Wanów, chyba że takich jak rodzeństwo Renast - z ich mocami, ale z ludzkimi duszami i ciałami.
Emile jest wielkim darem dla rebelii. Dowództwo będzie zachwycone.
Światła trzeciej Omegi zgasły i okręt znikł w atramentowej toni. Pippa patrzyła na ten złowrogi triumf, a w jej żyłach buzowała krew. Została ostatnia Omega.
- Dawaj... - szepnęła. - No, dawaj... - Zbyt wiele zależało od tego statku. Mógł przeważyć losy wojny.
- Dwie siarkowe torpedy odpalono z ostatniej Omegi! - krzyknął marynarz.
Ale potężne białe światło rozciągnęło się w pędzie, aby dopaść wroga i posłać go na dno.
Sięgnęło jeszcze dalej, jak wyciągnięta ręka z rozczapierzonymi palcami, rozświetlająca czarną toń do barwy turkusu.
Marynarz zameldował głosem drżącym z wrażenia i podziwu:
- Siarkowe torpedy znikły z radaru. Rozpłynęły się.
Pozostały tylko światła pozycyjne Bodegravena, niczym blade gwiazdy w morzu mroku.
- Komendantko Spestos? - odezwał się kapitan.
Pippa go zignorowała. Obeszła ciepłe wnętrze sterówki i wypatrzyła lornetkę dalekiego zasięgu wiszącą przy drzwiach. Za moment była już na smaganym wiatrem dziobie statku i ogniskowała szkła na zbliżającym się jachcie.
Emile stał na pokładzie - dziecko z fotografii Sofie, tylko starsze. Chuda, samotna sylwetka na dziobie. Spojrzał w dół, kiedy przepływali nad miejscem zagłady, a potem odwrócił się i wpatrzony w ląd za rufą, z wolna osunął się na kolana.
Pippa, uśmiechając się do siebie, skierowała lornetkę na ten sam punkt, usiłując przebić wzrokiem ciemności Pangery.
Leżała zwinięta na boku. Fale klaszczące o pale pomostu i odgłos kapiącej krwi były jedynymi dźwiękami, jakie słyszała. Sofie chciała umrzeć.
Jej ręka bezwładnie zwisła z pomostu, kiedy Bodegraven w pośpiechu odpłynął ku zbawczym światłom na morzu. Do Pippy. To ona ściągnęła okręty wojenne, aby łódź z dziećmi mogła bezpiecznie dopłynąć do celu. Prawdopodobnie chciała się upewnić, że na pokładzie oprócz Emile'a będzie także Sofie... ale ruszyła na pomoc. Ophion ruszył na pomoc.
Łzy spływały jej po policzkach i kapały na deski. Wszystko ją bolało.
Wiedziała, że tak będzie, jeśli posunie się za daleko i ściągnie zbyt wiele energii, tak jak dzisiaj. Energia brzasku wywoływała o wiele większy ból niż elektryczna. Choć wypalała wnętrzności, łaknęło się jej coraz więcej. Dlatego Sofie dotąd unikała takich akcji. A zarazem wiedziała, jak bardzo Emile będzie pożądany dla dowództwa oraz dla Pippy i jej szwadronu.
Nic już w niej nie zostało. Najmniejsza iskierka energii. I nikt się nie zjawi, żeby ją ocalić.
Kroki zadudniły na pomoście, wstrząsając jej ciałem. Zagryzła zęby z bólu.
Lśniące czarne oficerki zatrzymały się przy jej twarzy. Sofie popatrzyła w górę zdrowym okiem. Blada twarz Łani spoglądała na nią z wysoka.
- Niegrzeczna dziewczynka - powiedziała dźwięcznym głosem Łania. - Zabiłaś prądem moje wilkozłaki. - Bursztynowe oczy wpatrywały się w Sofie. - Masz imponującą moc. A jeszcze bardziej imponującą posiada twój brat, który zatopił moje cztery Omegi. Jak widać, legendy o waszym gatunku nie kłamały.
Sofie milczała.
Łamaczka szpiegów uśmiechnęła się nieznacznie.
- Powiedz mi, komu przekazałaś informacje, a odejdę stąd, darując ci życie. Będziesz mogła znów zobaczyć swojego braciszka.
- Nikomu - wykrztusiła Sofie sztywnymi wargami.
- W takim razie zapraszam cię na przejażdżkę, Sofie Renast.
Wilkozłaki zawlekły Sofie na łódź bez oznaczeń. Płynęli w milczeniu. Minęła godzina i niebo zaczęło jaśnieć. Kiedy oddalili się od brzegu na tyle, by nie było już widać mrocznego cienia lądu, majaczącego na nocnym niebie, Łania dała znak ręką. Silniki zgasły i łódź znieruchomiała, kołysząc się na falach.
Błyszczące oficerki znów zatrzymały się przy Sofie. Przeguby miała skute gorsyjskimi kajdankami mającymi zneutralizować jej moc. Już dawno straciła czucie w zranionej nodze.
Łania skinieniem głowy pokazała swojemu słudze, aby postawił ranną na nogi. Sofie zagryzła zęby, żeby nie krzyczeć z bólu. Drugi z wilków otworzył drzwiczki rufowej pawęży, odsłaniając niewielką platformę sterczącą nad wodą. Sofie poczuła gulę w gardle.
- Jako że twój brat skazał na śmierć w odmętach wielu imperialnych żołnierzy, taka sama kara wydaje się stosowna dla ciebie - rzekła jeleniołaczka i stanęła na platformie, nie zważając, że woda chlapie jej na buty. Wyjęła z kieszeni niewielki biały kamień i pokazawszy go Sofie, cisnęła w głębinę. Bystrym wanowskim wzrokiem śledziła jego opadanie w atramentową toń.
- Tu jest tak głęboko, że umrzesz, zanim dotrzesz na dno - oznajmiła. Wiatr igrał z jej złotymi włosami, zdmuchując je na władczą twarz. Wsunęła ręce w kieszenie i przyglądała się, jak wilkozłaki, klęknąwszy przy nogach Sofie, pętają je łańcuchami obciążonymi ołowiem.
- Pytam jeszcze raz: komu przekazałaś informacje, zanim trafiłaś do Kavalli?
Sofie znów poczuła ból wyrywanych paznokci. Zobaczyła twarze więźniów. Ludzi, których zostawiła w obozie. Chodziło jej wyłącznie o Emile'a - pod tym względem Ophion miał rację. I jakaś jej cząstka akceptowała, że zabijała dla tych ludzi, walczyła dla nich. A teraz także dla brata.
- Mówiłam ci, nikomu - wycedziła.
- Rozumiem. - Łania pokazała na wodę. - Wiesz, jak to się skończy.
Sofie starała się nie pokazać, w jakim jest szoku, że spotkało ją wielkie szczęście - ostatnia łaska Solasa. Najwyraźniej nawet Łania nie była tak sprytna, za jaką się uważała. Oferowała jej szybką, koszmarną śmierć - niedającą się porównać do niekończących się, okrutnych tortur, których Sofie się spodziewała.
- Postawcie ją na platformie - rozkazała jeleniołaczka.
Wilkozłak - potężny, ciemnowłosy samiec - zaprotestował z jawnym niezadowoleniem.
- Wydrzemy z niej prawdę. - To był Mordoc, zastępca Łani, budzący postrach, niewiele mniejszy od swojej dowódczyni - zwłaszcza ze względu na swoje szczególne zdolności.
Łania nawet nie raczyła na niego spojrzeć.
- Szkoda czasu. Powiedziała, że nikomu nie zdradziła tajemnicy i chcę jej wierzyć. - Leniwy uśmiech wykwitł na wargach pięknej jeleniołaczki. - Więc informacje zginą wraz z nią.
Nie było dyskusji. Wilki postawiły Sofie na platformie. Zdusiła krzyk, kiedy fala bólu przeszyła jej udo. Lodowata woda bryznęła, mocząc jej ubranie i paląc ciało odrętwiającym zimnem.
Nie panowała nad drżącym ciałem. Usiłowała zapamiętać pocałunek powietrza, zapach morza, szarość nieba przed świtem. Już nie zobaczy słońca, choć niedługo wzejdzie. Nie zobaczy już żadnego dnia.
Chłonęła piękno i prostotę tych ostatnich chwil. Szkoda, że tak niewiele jej zostało. Chciałaby więcej.
Jeleniołaczka przysunęła się bliżej.
- Ostatnie słowa?
Emile uciekł i tylko to się liczy. Jest już bezpieczny.
Sofie posłała Łani szyderczy uśmiech.
- Niech cię Hel pochłonie.
Łapska Mordoca zepchnęły ją z platformy.
Lodowate odmęty wybiły jej oddech z płuc jak wybuch bomby, a ołowiane kajdany zabrały wszystko, czym była i czym mogła być, pociągając Sofie na dno.
Łania majaczyła nieruchomo jak zjawa w zimnej mgle Morza Haldreńskiego, śledząc Sofie Renast, póki nie wpadła w ramiona bogini Ogenas.
2
Bryce starała się opanować rozkoszne drżenie, gdy Hunt musnął ją skrzydłem, wchodząc po trzeszczących schodach do domu Ruhna.
"Mała imprezka" - tak to określił, zapraszając ich, żeby wpadli do niego po przedstawieniu. Już wcześniej Bryce miała ochotę się napić na samą myśl, że matka znów będzie ją piłować na temat pracy, życia łóżkowego i statusu księżniczki. Odstawili rodziców do hotelu, a potem wpadli do mieszkania, żeby się przebrać, bo Hunt, gderał: "Muszę się pozbyć tego pieprzonego garniaka". I pognali na imprezę.
Stary Rynek wypełniał tłum, który musiał wpaść na ten sam pomysł. Fae, zmiennokształtni i ludzie ze wszystkich Domów pili, tańczyli i gadali. Na rachitycznym trawniku gromada zielonowłosych nimf rzecznych oraz faunów obojga płci grała w cornhole. Za nimi inna grupa, tym razem Fae - członków Sił Porządkowych, sądząc po napakowanych mięśniach i wojskowej postawie - z wielkim zaangażowaniem grała w coś, co wyglądało na bocce.
Niezbyt porywający dzień zmienił się w rozszeptany wieczór, na tyle ciepły, że każda knajpka i kafejka przy Starym Rynku - zwłaszcza przy Archer Street i w okolicy - była wypełniona gwarnym tłumem. Przez dźwięki muzy, buchającej z domu Ruhna, do uszu Bryce dobiegały rytmiczne basy z innych domówek przy ulicy, z barów na rogach czy z przejeżdżających aut.
Kto mógł, świętował sam fakt, że żyje.
Nie zamierzali się wyróżniać.
- Furia i June już tu są - zawołała Bryce do Hunta, przekrzykując hałas, kiedy wchodzili na trzeszczące, pochlapane piwem schody, prowadzące do domu Ruhna. - June mówi, że mamy ich szukać w salonie.
Hunt z roztargnieniem kiwnął głową, skupiony na rozbawionym tłumku. Nawet tutaj, w tym luzackim miejscu, od razu zauważono, że przybyli Gwiezdna Księżniczka i Umbra Mortis. Goście rozstąpili się, żeby ich przepuścić, a niektórzy nawet cofnęli się pod ścianę. Bryce momentalnie się usztywniła, ale Hunt szedł swobodnym krokiem. Zdążył przywyknąć do tego gówna, bo od dawna miał z nim do czynienia. Choć oficjalnie nie był już Cieniem Śmierci, ludzie nie zapomnieli, co kiedyś robił i komu służył.
Athalar pewnym krokiem zmierzał do salonu z lewej strony od wejścia; mięśnie jego ramion naprężały się z każdym ruchem. Wyglądały prawie ekshibicjonistycznie, niespecjalnie skrywane przez materiał wyciętej czarnej podkoszulki. Całości dopełniała sunballówka, jak zwykle założona daszkiem do tyłu.
Bryce już chyba wolała, kiedy nosił ją do garnituru.
Ku jej zaskoczeniu Hunt nie zaprotestował, kiedy jakaś nawalona powietrzna zjawa przemknęła, zdobiąc w przelocie jego, a potem Bryce neonowymi naszyjnikami z uwięzionym w nich światłem brzasku. Bryce wzięła świetlną rurkę i owinęła ją jak bransoletkę na ramieniu. Hunt pozostawił swoją na szyi tak, że świecące końce opadły mu na pierś, uwydatniając rzeźbę mięśni pod nagą skórą. Bogowie, jak ona to wytrzyma?
Hunt zdążył zrobić krok w głąb salonu, kiedy głos Tristana Flynna zadudnił z korytarza za ich plecami:
- Ja pierdolę, Ruhn!
Bryce prychnęła, słysząc ten wykrzyknik, i wypatrzyła lorda Fae wśród gości otaczających stół do pingla, na którym namalowano efektowny wizerunek Fae, pożerającego anioła w całości.
Ruhn stał po drugiej stronie stołu, celując fakersami w swoich przeciwników. Kolczyk w wardze połyskiwał w dyskretnym oświetleniu foyer.
- Płacić, dupki - mówił jej brat z petem zwisającym z warg i podskakującym przy każdym słowie.
Bryce sięgnęła po dłoń Hunta, muskając jego miękkie pióra. Momentalnie zesztywniał i spojrzał na nią. Anielskie skrzydła były niezwykle wrażliwe. Równie dobrze mogłaby go chwycić za jaja.
Czując, jak pieką ją policzki, wycelowała palec w brata.
- Powiedz June i Furii, że zaraz tam będę! - zawołała do Hunta, przekrzykując rejwach. - Chcę się przywitać z Ruhnem. - Zaczęła się przepychać przez tłum, nie czekając na odpowiedź.
Flynn aż krzyknął z radości na jej widok. Był już nieźle nawalony, jak zwykle we wtorkowy wieczór. Zastanawiała się, czy nie zrobić mu zdjęcia i nie wysłać rodzicom i siostrze. Może wtedy przestaliby tak po niej jeździć.
U boku Flynna pojawił się Declan Emmet. Ten był w nieco lepszej formie.
- Hej, B. - powitał ją.
Bryce pomachała do niego, nie chcąc krzyczeć ponad głowami tłumu stłoczonego w pomieszczeniu, które niegdyś było jadalnią i zostało przekształcone w pokój do bilardu i strzałek. "Jak nic pasuje do następcy tronu valbarańskich Fae" - pomyślała Bryce, uśmiechając się nieznacznie.
- Cześć, Marc - powiedziała do mężczyzny stojącego za jej przyrodnim bratem.
Wysoki, szczupły lampartołak z mięśniami rysującymi się pod ciemną skórą patrzył na nią z góry jarzącymi się, topazowymi oczami. Declan od miesiąca widywał się z Markiem Rosarinem - przedsiębiorcą, którego poznał na ekskluzywnej imprezie w jednej w większych technologicznych firm z Centralnej Dzielnicy Biznesowej.
- Cześć, księżniczko.
- Od kiedy to pozwalasz Marcowi tytułować się księżniczką? - zapytał Flynn.
- Od czasu, kiedy polubiłam go bardziej od ciebie - odparowała, za co Marc w nagrodę poklepał ją w ramię, a Ruhn obdarzył uśmiechem. - Mała imprezka, co? - powiedziała do brata.
Ruhn wzruszył ramionami, aż zafalowały tatuaże na jego rękach.
- To wina Flynna.
Flynn potwierdził ruchem ręki z puszką piwa, po czym wypił je jednym haustem.
- Gdzie jest Athalar? - zapytał Declan.
- W salonie, z June i Furią - odparła Bryce.
Ruhn pozdrowił gestem przechodzącego imprezowicza.
- A jak tam balet? - zagadnął.
- Fantastyczny. June wymiatała w solówkach. Rzuciła publikę na kolana.
Bryce przechodziły ciary, kiedy patrzyła, jak przyjaciółka tańczy - i łzy zakręciły się jej w oczach, gdy po spektaklu dostała owację na stojąco. Jeszcze nigdy w tej sali nie słyszała tak szalonego aplauzu. Patrząc na zaróżowioną z radości twarz Juniper kłaniającą się w nieskończoność, Bryce wiedziała, że tancerka jest tego świadoma. Zostanie primabaleriną było już tylko kwestią czasu.
- Najbardziej pożądane bilety w mieście. - Marc gwizdnął z podziwu. - Połowa mojego biura zaprzedałaby duszę, byle tam dzisiaj być.
- Szkoda, że mi nie powiedziałeś - odparła Bryce. - Mieliśmy parę miejsc w naszej loży. Dałoby się załatwić wejście.
Marc się uśmiechnął.
- Będę pamiętał następnych razem.
Flynn zaczął ustawiać na stole kubki do beer-ponga.
- A jak tam tatuś i mamusia? - zawołał do Bryce.
- Dobrze. Karmią mnie butlą i czytają bajki na dobranoc.
Usłyszała chichot Ruhna, który zawsze był pupilkiem Ember.
- A ile razy cię dzisiaj grillowała?
- Sześć. - Bryce szerokim gestem pokazała na hol i salon. - Dlatego mam potrzebę napicia się z przyjaciółmi.
- Barek jest do twojej dyspozycji - rzekł Declan, zapraszająco rozchylając ramiona.
Bryce oddaliła się, pomachawszy mu na pożegnanie. Bez imponującej postaci Hunta mało kto ustępował jej w tłoku. Ale kiedy już ktoś ją zauważył, na moment tworzyła się enklawa ciszy. Próbowała ich ignorować i omal nie westchnęła z ulgą na widok znajomej pary rogów wystających ze zgrabnego koka - firmowej fryzury Juniper. Siedziała na poplamionej kanapie w salonie wtulona w Furię, trzymając się z nią za ręce.
Hunt stał przed nimi z niedbale rozchylonymi skrzydłami, gadając z ich przyjaciółmi. Jego wzrok pomknął do wejścia, kiedy Bryce weszła do salonu i przysięgłaby, że zobaczyła błysk w czarnych oczach.
Starając się nie pokazać po sobie radości, usiadła na kanapie obok Juniper i przysunęła się bliżej. Pogładziła ramię faunki.
- Cześć, moja utalentowana, fenomenalna i piękna przyjaciółko.
Juniper uścisnęła ją ze śmiechem.
- Nawzajem.
- Mówiłam to do Furii - sprostowała Bryce.
Juniper palnęła ją w kolano, a Furia zaczęła się śmiać.
- Ona już się zachowuje jak primadonna - stwierdziła.
Bryce dramatycznie westchnęła.
- Nie mogę się doczekać, aż June zacznie strzelać fochy w garderobie.
- Och, obie jesteście straszne - prychnęła June, śmiejąc się razem z nimi. - Po pierwsze, na pewno nie będę miała własnej garderoby. Po drugie...
- Dobra, dobra - przerwała jej Furia, a kiedy June mruknęła coś pod nosem, zachichotała i czule musnęła wargami skroń ukochanej.
Bryce, widząc ten ulotny, intymny moment, ośmieliła się zerknąć na Hunta i zobaczyła, że ten nieznacznie się uśmiecha. Z trudem zdusiła chęć pomarzenia sobie, jak by to było tulić się na kanapie i całować tak jak one.
- Co mam ci przynieść, Quinlan? - zapytał Hunt dziwnie niskim głosem, pokazując gestem głowy na bar w drugim końcu pokoju, ledwie widoczny zza muru gości oblegających dwóch barmanów.
- Whiskey z piwem imbirowym i limonką.
- Już się robi. - Zasalutował teatralnie i zniknął w tłumie.
- Jak się czujesz w roli mniszki, Bryce? - zapytała z przekąsem Furia, pochylając się i zaglądając jej w oczy.
- Chujowo - przyznała, opadając na oparcie.
Kanapa aż się zatrzęsła od śmiechu June. Przyjaciółka klepnęła ją w udo.
- Przypomnij mi, dlaczego daliście sobie na wstrzymanie?
Bryce spojrzała do tyłu ponad oparciem kanapy. Hunt ciągle nie dopchał się do baru.
- Bo jestem pieprzoną idiotką, a wy, wariatki, dobrze to wiecie.
Juniper i Furia zachichotały. Furia upiła łyk swojego drinka z wódką.
- Powiedz mu, że zmieniłaś zdanie - poradziła najemniczka, stawiając szklaneczkę na kolanie odzianym w czarną skórę. Bryce nie mogła zrozumieć, jak może nosić skórę w taki upał. Noc była tak gorąca, że sama ledwie wytrzymywała w szortach, topie i sandałkach.
- I złamać nasz układ przed Zimowym Przesileniem? - syknęła. - Wypominałby mi to latami.
- Athalar wie, że masz dosyć tego układu - zauważyła Furia.
- Jasne, że wie - przytaknęła Juniper.
Bryce skrzyżowała ramiona na piersi.
- Możemy zmienić temat?
- Czemu? To takie zabawne.
Bryce kopnęła skórzany but Furii i skrzywiła się z bólu, kiedy jej stopa w złotym sandałku trafiła na okrutny metal.
- Stalowe palce? Serio?
- Impreza jest rozwojowa. - Na ustach Furii zaigrał uśmieszek. - Ktoś może się dowalać do mojej dziewczyny i będę go musiała potraktować z buta.